Syndrom oszusta

Z ANOUK HERMAN, osobą autorską książki „Nigdy nie będziesz szło samo” o osobach niebinarnych, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

 

Foto: Joanna Nowicka

 

 Kiedy czytałem „Nigdy nie będziesz szło samo”, miałem wrażenie, że osoby bohaterskie dryfują po mrocznych wodach, które są Polską, i szukają swoich ludzi. Kiedy na nich trafiają, ich życie choć na chwilę staje się pełniejsze. Zgodzisz się z tym?

To bardzo trafna uwaga. Wychodzą ze swojego mieszkania, by skonfrontować swoje nowo odkrywane tożsamości z tym, co jest na zewnątrz. To próba „dogadania” ze światem tego, co prywatne.

Jedna z osób, Riko, odkrywa swoją niebinarność. Przychodzi to do niej jak grom z jasnego nieba.

Riko po prostu przeczytało o niebinarności i uznało, że do niego pasuje. Jest przykładem osoby, która poszukując tożsamości, wpada na konkretne pomocowe źródła. Dzięki nim ma szansę na porównanie własnych odczuć z odczuciami większości. Może stwierdzić: „Kurde, mam inaczej!”. Dla mnie odkrywanie tożsamości Riko było procesem, w którym ktoś ma już mentorów, osoby, które wcześniej wydeptały ścieżkę. W taki sposób jemu mogłoby być dużo łatwiej. Zależało mi, aby pokazać, że dziś osoba zastanawiająca się nad tożsamością ma szansę bycia w społeczności, wsiąknięcia w nią, że jest ona tuż za rogiem.

Na pewno pamiętasz odkrywanie własnej tożsamości.

Przemiana, którą przechodziłom, znacząco różniła się od tej, którą przechodzi Riko. Bardzo długo zastanawiałom się, co może być ze mną nie tak. Nie miałom źródeł, dzięki którym olśniłoby mnie: „Ej, to, co odczuwam, jest podobne do tego i tego!”. Zrozumienie przyszło po latach, wraz z odpowiednimi słowami, nazewnictwem. W dzisiejszych czasach dużo łatwiej o treści, które dają szansę, by ułożenie tożsamościowych puzzli nie było żmudnym procesem, jak w moim przypadku.

Co było w nim najtrudniejsze?

Nazywanie i szukanie słów, by powiedzieć, kim jestem. Chciałom opisać swoje wrażenie niedopasowania, odkryć, że nie jestem jedyne i że paradoksalnie to bycie poza spektrum binarnym ma jakąś nazwę. Zdecydowanie poczucie braku intersubiektywności było najcięższe. Bardzo długo zastanawiałom się, czy jestem binarną osobą transpłciową w stronę męską. Natomiast czułom się pogodzone z socjalizacją w stronę kobiecą oraz z tym, że mam cechy stereotypowo przypisane do obu płci. Gdy natrafi łom na określenie „niebinarność”, zrozumiałom, że się w nim mieszczę.

Czy osobom z twojego najbliższego otoczenia łatwo przyszło „przestawienie się”?

Bardziej starały się śledzić, co mówię, i dostosowywać się do moich językowych poszukiwań. Nie były to osoby, które same gdzieś szukały informacji na temat niebinarności, tylko bazowały na mojej wiedzy. Były przy tym bardzo życzliwe i robiły to, o co je prosiłom, np. używały odpowiednich zaimków, imienia. Byłom dla nich przewodnikiem.

A rodzice?

Nie jestem przed ojcem wyoutowane. Z kolei mama bardzo szybko zaakceptowała moją niebinarność. Powiedziałobym nawet, że przeczuwała, iż z jej dzieckiem jest „coś nie tak”, (śmiech) że nie mieści się w dotychczas znanych jej kategoriach. Zresztą moją queerowość wyczuwała wcześniej, wiedziała, że nie jestem hetero.

Gdzie szukałoś reprezentacji?

Pierwszym źródłem były anglojęzyczne fanfiki, w których ktoś opisał postać mającą niebinarne cechy albo wprowadził nazwę „niebinarność”. Pamiętam, że w pierwszym momencie nie zrozumiałom tego pojęcia. Wydało mi się abstrakcyjne. Później już byłom na nie wyczulone. Zaczęłom googlować, jednak w tamtych czasach – które przecież były zaledwie kilka lat temu – nic sensownego się nie wyświetlało. Na szczęście to się zmieniło.

W „Nigdy nie będziesz szło samo” pojawiają się imiona Melody i Riko. Twoje też nie należy do pospolitych. Jak wygląda proces nadawania nowego imienia?

Imienia Anouk używam od dłuższego czasu, ale teraz jest już moim prawdziwym, z dokumentów. Wybrałom je, zanim wiedziałom, że jestem osobą niebinarną. Po prostu do mnie pasowało. Teraz pasuje jeszcze bardziej, bo nie kończy się na literę „A”, czyli nie sugeruje płci przypisanej przy urodzeniu. Po raz pierwszy „Anouk” pojawiło się dla mnie w filmie „Czekolada”, który w dzieciństwie oglądałom z mamą. Spodobało mi się. Mama szybko zaczęła się do mnie tak zwracać. Następnie otoczenie.

A skąd Riko i Melody?

Dzisiaj mamy dużo grup FB czy nitek na Reddicie, gdzie ludzie o nienormatywnych tożsamościach mogą poszukiwać wsparcia przy wybieraniu imienia. Ukonstytuowały się też pewne imiona, po które często sięgamy ze względu na to, że nie tylko są neutralne płciowo, ale też są do zaakceptowania przez polskie urzędy. Wybierając „Riko”, korzystałom z listy stworzonej przez ludzi pomagających osobom transpłciowym i niebinarnym w tranzycji społecznej w Polsce. Tak większość z nich wybiera swoje imię. Ta lista to „oczywista ścieżka”, która jest kompromisem, na który osoby odkrywające swoją tożsamość muszą pójść z życiem. Wiele polskich osób o queerowej tożsamości poszukuje też nieoczywistych imion anglojęzycznych, które w określonych przypadkach mogą zostać uznane podczas urzędowej procedury zmiany danych, zwłaszcza wówczas, gdy nie doszło jeszcze do sądowego uznania korekty płci metrykalnej. Tak było z Melody.

Jednej z osób bohaterskich towarzyszy syndrom oszusta, że nieutożsamianie się z płcią przypisaną przy urodzeniu to „chwilowe zaburzenie percepcji”. Skąd te myśli?

Syndrom oszusta towarzyszył również mnie! Wynika on z tego, że żyjemy w kraju, w którym poszukiwanie własnej tożsamości, czy w ogóle zastanawianie się nad nią, jest czymś, na co w społeczeństwie nie ma przyzwolenia. Tym bardziej że w ciągu tych poszukiwań wielokrotnie zmienia się „labelki”, np. z transpłciowości na niebinarność i z powrotem. Jak raz sobie coś „wymyślisz”, masz przy tym pozostać. Jeśli się wycofasz, ludzie od razu powiedzą, że totalnie odpływasz. Boimy się również przed samymi sobą przyznać, iż odczuwamy coś inaczej od innych. Nie pozostanie to przecież bez konsekwencji, dlatego decyzja musi być przemyślana. Na pewno ktoś będzie chciał nas skrzywdzić. Niech to przynajmniej będzie tego warte. Riko z mojej książki kwestionuje swoją tożsamość. Wynika to ze strachu, że jak wszystkim o sobie powie, a później mu się odmieni, będzie postrzegane jako osoba, która kręci, jest niezdecydowana. Nie daje sobie prawa do eksploracji, bo boi się, że sprawi innym problem.

Z badań Kampanii Przeciw Homofobii i Lambdy Warszawa z 2021 r. wynika, że tylko 15% ojców i 20% matek akceptuje swoje dzieci trans. W „Nigdy nie będziesz szło samo” rodzice są często nieobecni, albo fizycznie, bo dzieci uciekły z homoi transfobicznych rodzin, albo są zapracowani lub niezainteresowani. Opowiesz coś o tym?

Życie nastolatków często toczy się głównie w internecie, gdzie jest dynamiczniej, tymczasem rodzice tkwią w świecie uwikłanym w dom i w pracę, w którym nie do końca jest miejsce i czas na to, aby śledzić to, co robią ich dzieci. To zła sytuacja, ale powszechna. Żyjemy w systemie często wymagającym od nas pracy ponad siły, odbierającym nam czas wolny, czas dla rodziny. Chciałom pokazać, że nie zawsze jest tak, że rodzice się nie interesują, ale po prostu nie mają zasobów, by to robić. Z drugiej strony są, wspomniane przez ciebie, dzieci, które uciekły z niesprzyjających im rodzin. Te w książce zainspirowane zostały prawdziwym życiem. Przeraża mnie to, że osoby nieheteronormatywne nie mogą odnaleźć nie tyle wsparcia, ile dostać szansy zwyczajnej koegzystencji. Muszą uciekać lub zostają wyrzucone.

Czy nadzieją jest wybrana rodzina?

Zdecydowanie tak!

Masz akceptującą mamę, która używa twojego nowego imienia i poprawnych zaimków. Jak odnalazła się w twojej wybranej rodzinie?

Bardzo dobrze! Mama i moje osoby przyjacielskie trzymają się razem.

Twoje osoby bohaterskie mają mniej szczęścia. Ale nie tylko dom je rozczarowuje, również szkoła. Jaka ona jest dla młodego pokolenia?

Skończyłom liceum w 2017 r. Wtedy nie było to miejsce, które wspierałoby moje poszukiwania tożsamościowe. Co prawda dochodzą do mnie głosy, że dziś bywa inaczej, ale z drugiej wiele osób mówi, iż szkoła nadal zmusza je do używania danych z dokumentów czy zaimków zgodnych z płcią przypisaną przy urodzeniu. W ramach szkoły nie ma też instytucji, do której można się udać i porozmawiać o swoich tożsamościowych wątpliwościach. Nie ma też regulacji, które zmuszałyby nauczycieli do używania poprawnego imienia czy zaimków. Szkoła to ostoja konserwatywnych wartości i przemocowego kształcenia.

Czy w 2017 r. dopiero poszukiwałoś tożsamości?

Tak, dopiero się ona kształtowała. Byłom na etapie testów, np. używania wybranego imienia. Na szczęście osoby z klasy były akceptujące i miałom wiele queerowych przyjaciółek i przyjaciół. Część z nich przyjmowała imię bez słowa. Inne były ciekawe. Nawet jeżeli ich pytania można byłoby uznać za niedelikatne, nie wyczułom złych intencji. Mam wrażenie, że to nie tak, że nastolatkowie zawsze chcą krzywdzić osoby, które jakoś odstają. W przypadku nauczycieli często odbijałom się od muru ograniczeń. Wynikało to z tego, że wiele osób LGBTQ+ z mojej szkoły było dla naszych nauczycieli pierwszymi tak otwarcie mówiącymi o sobie.

Wśród osób piszących często wspomina się o trudnościach w używaniu w tekstach neuratywów.

Dla mnie nie jest to trudne, wynika to z ekspozycji na taki język. Im częściej go widzisz i czytasz teksty napisane w taki sposób, tym szybciej wchodzi ci on do głowy.

Jedna z osób z twojej książki mówi, że milczenie nie jest rozwiązaniem. Literatura young adult daje głos?

Literatura dla młodych dorosłych to pierwszy bastion, który zajmuje się popularyzacją języka neutralnego. Jak również pomaga w odkrywaniu własnej niebinarnej tożsamości, bo wiele osób czyta tego typu książki i mówi o tym czytaniu w social mediach. To całkiem naturalne, by zacząć od literatury młodzieżowej, dotyczy ona bowiem osób, które są w trakcie poszukiwań. Gdybym 10 lat temu miało takie książki, byłoby mi łatwiej jako osobie nastoletniej. Szybciej zrozumiałobym, że wszystko jest ze mną okej.

„Nigdy nie będziesz szło samo” Anouk Herman ukazało się nakładem Wydawnictwa W.A.B. w 2023 r.

***

Anouk Herman – debiutowało książką poetycką „right into pod tramwaj”. Interesuje się ekofeminizmem oraz zagadnieniami dziewczyńskości i femcelstwa. Codziennie dokarmia lokalne stado wygłodniałych gołębi – kocha wszystkie zwierzątka, choć najmocniej myszy i koty.

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Sweet & romantic

Reż. Wera Makowskx i Jakub Zalasa. Wyst.: J. Wasilewska, M. Wójtowicz, M. Trofimiuk, R. Maćkowiak. Spektakl współfinansowany przez Akademię Sztuk Teatralnych im. S. Wyspiańskiego w Krakowie. Premiera: 23 II 2023.

 

Małgorzata Trofimiuk. Foto: Joanna Gałuszka

 

Paul B. Preciado stał się ostatnio kluczowym myślicielem dla polskiego queerowego teatru. Po „Mieszkaniu na Uranie” (recenzja spektaklu w „Replice” nr 96, marzec/kwiecień 2022, a recenzja książki w bieżącym numerze) pojawia się kolejny spektakl inspirowany jego twórczością, a w zapowiedziach jest już następny. Ten zwycięski pochód może budzić zdumienie, bo teksty Preciado nie są łatwe w lekturze, a najtrudniejsze do przełożenia na język teatralny jest to, co w nich najciekawsze – połączona ze społeczno- polityczną analizą autoobserwacja związana z przyjmowaniem testosteronu w czasie tranzycji.

Testosteron to ważny „bohater” przedstawienia w TR Warszawa. Pojawia się w nim nawet przerywnik taneczno-muzyczny w postaci dawnego przeboju Kayah pod tym tytułem, a główna postać Ari (Justyna Wasilewska) także przeprowadza eksperyment na własnym ciele związany z nielegalnym przyjmowaniem hormonu, o czym mówi w rozmowie z lekarzem-dilerem (Rafał Maćkowiak). Jednak co innego czytać tego rodzaju wynurzenia napisane przez trans mężczyznę, a co innego słyszeć je ze sceny wygłaszane przez aktorkę, nawet tak znakomitą jak Wasilewska. W efekcie publiczność spektaklu wydaje się zdezorientowana, niepewna tego, co ogląda, tym bardziej że dzięki wyświetlanym napisom można śledzić, jak samym wykonawcom regularnie mylą się zaimki. Nic dziwnego, że aplauz wzbudza tylko brawurowy monolog dojrzałej aktorki (Małgorzata Trofimiuk łączy w sobie urok diwy i menelki), która po przejmującym wykonaniu przeboju Lany Del Rey decyduje zbuntować się przeciwko ciągłemu graniu podobnych ról matek, przełamać ten schemat i przyjąć pseudonim Mama Del Rey. (Krzysztof Tomasik)  

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Ta tata

Co znaczy coming out w branży gier wideo, a co przed pięcioletnią córką, dlaczego queer to fundament sceny indie, jak do poznania siebie może się przyczynić porno i jak to jest odkrywać swoją niebinarność po trzydziestce – opowiada TINA JANAS, reżyserka gier, w tym m.in. „Inkulinati”. Rozmowa Mateusza Witczaka

 

Foto: Marek Zimakiewicz

 

Zaczynałaś od montażu filmowego, ale dziś pracujesz w gamedevie, czyli przy produkcji gier. Niecodzienna droga.

W liceum zaczęłam kręcić filmy z kolegą, a potem poszłam do szkoły filmowej. Na reżyserię się nie dostałam, ale na montaż – owszem. Na studiach było super, problem zaczął się po nich, kiedy trzeba było zacząć pracę z ludźmi. Jako montażystka nie wybierasz sobie projektów, ale czekasz na telefon od reżysera bądź producenta, często dopiero w montażowni dowiadujesz się więc, z kim właściwie pracujesz. A jeśli trafisz na kogoś toksycznego, jesteście na siebie skazani przez całe dnie albo i tygodnie. Szybko też poczułam, że chcę mieć większy wpływ na to, co robię.

O gamedevie zawsze marzyłam, ale wydawało mi się, że aby tworzyć gry, trzeba umieć programować. Grałam natomiast często, a gdy w 2015 r. wyszedł Super Mario Maker (SMM to edytor pozwalający tworzyć plansze i dzielić się nimi z obiorcami z całego świata – przyp. red.) – wkręciłam się na max. Do dziś mam zeszyty, w których projektowałam poziomy, a kiedy na YouTubie ktoś zrobił halloweenowy przegląd najstraszniejszych, z dnia na dzień stałam się twórczynią popularnego poziomu! Była to zresztą cenna lekcja: jeśli niezależny twórca nie ma widoczności, to nie istnieje, co wcale nie znaczy, że wykonuje słabą pracę.

Gdy dorastaliśmy – jesteśmy w podobnym wieku – „nie istniała” także niebinarność – ani w mediach, ani w języku.

I dlatego długo do coming outu dojrzewałam. Gdy byłam dzieckiem – mogłam mieć 8, może 9 lat – śniło mi się, że mam kobiece ciało i jest mi w nim przyjemnie, to był zresztą dość seksualny sen. Analizując później „dlaczego dopiero teraz”, odkryłam, że właściwie wszystkie osoby trans, jakie poznawałam za pośrednictwem popkultury, portretowano negatywnie. W „Milczeniu owiec” postać, która przebiera się w kobiece ciuchy, to przecież seryjny morderca – do dziś pamiętam zresztą, jak mój ojciec się z niej śmiał. Z kolei w „Ace Ventura. Psi detektyw” jest szefowa policji, która – okazuje się – ma penisa; w kolejnej scenie grający tytułową rolę Jim Carrey przykłada sobie do ust przetykacz do kibla, bo tak go brzydzi, że się z nią całował. Był też poważniejszy „Nie czas na łzy” o transpłciowym mężczyźnie… tyle że to z kolei traumatyczna historia, która kończy się morderstwem.

Jakoś w liceum pierwszy raz natknęłam się na porno z transpłciowymi kobietami i to było niesamowite! Jako dorastająca osoba zobaczyłam coś, czego w popkulturze lat 90. zobaczyć nie mogłam: reprezentację osób trans, które są piękne i pożądane. Natomiast na niebinarność natknęłam się znacznie później. Jestem pewna, że u wielu osób niebinarnych długo nie pojawiła się myśl o własnej tożsamości, bo w kulturze popularnej właściwie nas nie było. Nawet nie znaliśmy słowa, którym moglibyśmy się określić.

Kłania się filozof Wittgenstein, zresztą gej, który mówił: granice języka stanowią granice poznania.

Wiesz, że „coś” czujesz, ale nie jesteś tego „czegoś” w stanie nazwać. Gdy poszłam na studia, fantazjowałam, jak to by było mieć kobiece ciało; potem zaczęłam się przebierać, ale początkowo wydawało mi się, że jestem „po prostu” fetyszystą. Nigdy nie robiłam tego przy ludziach, zawsze w ukryciu. Sporo ciuchów zyskałam dzięki znajomym, którzy zostawiali mojej dziewczynie paczki z używanymi ubraniami. Ania część sobie brała, a kolejną część miałam przekazać na PCK. I z jednej z takich paczek po cichutku sobie to i owo wzięłam.

Ukradłaś ciuchy Czerwonemu Krzyżowi?! (śmiech)

Podebrałam! Potem trafi łam na portal crossdressing.pl i zaczęłam interesować się sceną dragową, dzięki czemu dowiedziałam się, że obok crossdresserów istnieją także osoby trans i niebinarne. No i że nie jestem w tym sama: jedna z użytkowniczek pisała np. o swojej „leśnej szafie”. Podpowiadała, w jakiej ziemi można zakopać owinięte w folie ubrania – sama, chcąc sobie pozwolić na kobiecą ekspresję, przebierała się wyłącznie w lesie, bo tylko tam czuła się bezpiecznie.

Wciąż mam jednak skromne doświadczenie jako osoba queerowa. Wyoutowałam się 1,5 roku temu, jako 34-latka. Nadal jestem świeża, „w procesie”.

Jakie to było 1,5 roku?

Megaintensywne. Rodził mi się syn, Ignacy, wychowywaliśmy starszą o 5 lat Amelkę, a ja zaliczałam kolejne coming outy i wsiąkałam w środowisko LGBT+. To były dla mnie 2 lata przewartościowywania wszystkiego, odkrywania siebie na nowo, ale dzięki nim wróciła mi chęć życia.

Od razu wyszłaś z szafy jako osoba niebinarna?

Na początku powiedziałam Ani, że lubię nosić kobiece rzeczy, ale jak już zaczęłam móc je nosić w domu, nagle poczułam, że jest w tym coś znacznie, znacznie większego. Że to jest moja ekspresja, że to jestem ja. Natomiast coming out jako osoba niebinarna był trudniejszy, bo trudno powiedzieć o tak dużej zmianie – nawet osobie, którą kochasz i z którą żyjesz, a może właśnie zwłaszcza takiej osobie.

Moja dziewczyna zawsze była tolerancyjna: to ona zawiesiła u nas na balkonie tęczową fl agę, kupiła córce książki o trans dziewczynce i inną, o ślimaku, który nie wie, jakiej jest płci (w naturze ślimaki są hermafrodytami – przyp. red.). Ale i tak to był dla niej szok. Znasz kogoś tyle lat i nagle się okazuje kimś trochę innym. A może się nawet niesłusznie wydawać, że to całkiem inna osoba.

Twoją tożsamość płciową Ania jednak zaakceptowała. A jak z orientacją?

Nie była ona dla niej wielką sprawą – zwłaszcza że preferuję związki z kobietami. Po prostu w seksie mam, jako osoba panseksualna, nieco większe pole manewru.

A skąd wzięło się imię Tina?

Znajomi, których bardzo lubię, nazywali mnie: „Wojtinio”, z czego zrobiłam żeńską „Wojtinię”, z której potem ostała się „Tinia”. Tyle że reakcje na to imię były pełne niezrozumienia. Stałam się więc Tiną, bo przecież Tinę Turner znają prawie wszyscy. Nie chciałam zupełnie się odciąć od Wojtka, nie czułam się zresztą zupełnie inną osobą. Nie chcę zostawiać tamtej wersji siebie za grubą kreską, ale ewoluować. Wiem, że np. niektóre osoby trans potrzebują postawić mur i zapomnieć, a deadname’owanie to forma przemocy. Ale u mnie doszło raczej do płynnego przejścia.

Partnerka zaakceptowała. Synek jest jeszcze malutki, a co z waszą córką?

To był śmieszny coming out. Ania zasugerowała mi, żeby zaproponować Amelce zabawę w księżniczki, a jak ta usłyszała, że możemy się razem poprzebierać w sukienki, to była oczywiście przeszczęśliwa. Kiedy później dojrzałam do tego, by kupować sobie rzeczy – Amelka zaczęła mi je podbierać i się nimi bawić. Na przykład moje dwie ulubione spódnice całkiem zniszczyła. (śmiech)

Jak przymierzałyśmy kiedyś kreacje, spojrzała na mnie poważnym jak na pięciolatkę wzrokiem i powiedziała: „Ja uważam, że chłopcy mogą nosić sukienki i nic w tym dziwnego”. Ostatnio jak szłam na imprezę w makijażu i sukience – Amelka zawsze jest ciekawa, w czym wychodzę – oznajmiła z kolei: „Jesteś wyjątkowy i to mi się w tobie podoba”. Choć nie do końca rozumie niebinarność, to – świadomie i nieświadomie – daje mi dużo wsparcia.

Tobie-tacie czy tobie-mamie?

Amelka nie ma problemu z zaakceptowaniem tego, jak wyglądam, ale dla niej jestem tatą. Co nie stanowi dla mnie problemu, bo sama się czuję bardziej tatą. Może „tą tatą”, ale tatą.

Ta tata wspomniała już, że otworzyła się na imprezy LGBT.

Konkretniej: te w warszawskim klubie Glam. Punkt zwrotny nastąpił, gdy obejrzałyśmy z dziewczyną – naprzemiennie się śmiejąc i płacząc ze wzruszenia – „We’re here” (program HBO, w którym drag queens zjeżdżają z występami do konserwatywnych rejonów USA – przyp. red.). Wcześniej nie miałam gotowości do eksplorowania nieheteronormatywnej kultury, dopiero co zostałam rodzicem i się wyoutowałam; musiałam sama zaakceptować, że jestem OK. A po obejrzeniu „We’re here” po raz pierwszy poczułam, że to, co w sobie mam, nie jest „dziwne”, ale piękne. I że warto to piękno pokazywać, bo być może tuż obok są osoby, które nadal wstydzą się, kim są.

Równolegle zaczęłam chodzić po grupach w sieci, żeby w ogóle poznać ludzi, bo miałam duży deficyt queerowej wspólnoty. Pierwszy szok: w internecie natknęłam się na masę negatywnych interakcji. Przeczytałam np. zdanie: „Nigdy nie będziesz kobietą” – i przestraszyłam się. Bo czego oczekiwać po ogóle, skoro opresyjne są między sobą nawet osoby przez ogół dyskryminowane? To nie była radosna, amerykańska rzeczywistość z show HBO, ale anonimowe, polskie bagienko.

Mimo wszystko udało ci się kogoś poznać?

Zaraz po coming oucie zainstalowałam Tindera. Trik polegał na tym, że nie zapraszałam ludzi na romanse czy seks, ale chciałam – zainspirowana „We’re here” właśnie – zbudować queerpozytywną społeczność nerdów i nerdek. Zaczęło się od spotkania z dwiema dziewczynami na planszówki, potem założyłyśmy grupę na WhatsAppie. Parę osób się wykruszyło, parę zostało, ale nadal spotykamy się raz na jakiś czas na planszówki.

„Dungeons & Dragons” i „Magic: The Gathering”, a więc najpopularniejsza gra RPG świata i prawdopodobnie najpopularniejsza karcianka, coraz śmielej wspierają i uwzględniają osoby queer. Co równościowy zwrot w fantastyce daje naszej społeczności?

Widoczność. Najważniejsi gracze w branży normalizują naszą obecność w popkulturze, a póki ta nie jest znormalizowana – niektórzy mogą się nas po prostu bać. Tymczasem na takim strachu traci całe społeczeństwo, bo dyskryminowana mniejszość nie rozkwitnie ani w domu, ani w miejscu pracy.

Co najwyżej ucieknie. Z badania Open For Business wynika, że tylko ekonomiczne koszta dyskryminacji osób LGBT+ kosztują Polskę od 4,6 do 9,5 mld zł. Nienawiść skutkuje drenażem umysłów, a ten: drenażem budżetu.

Nie da się z siebie dać wszystkiego, gdy nie czujemy się akceptowani, a co dopiero, gdy nie czujemy się tolerowani. Szczególnie jeśli mówimy o artystach i zawodach kreatywnych. Społeczeństwa, które dobrze traktują mniejszości, po prostu na tym zyskują – również ekonomicznie.

Lakonicznie określił to – w szczycie nagonki na osoby LGBT+, podczas kampanii prezydenta Dudy w 2020 r. – Adam Kiciński, prezes grupy CD Projekt. Jak mówił na łamach „Rzeczpospolitej”: „Szacunek i tolerancja wpływają pozytywnie na innowacyjne biznesy i co za tym idzie – na gospodarkę”.

Polski gamedev wydaje się lepiej od innych branż traktować osoby LGBT+… ale pytanie brzmi: które osoby dokładnie? Gejów i lesbijki trochę już przepracowaliśmy, osoby trans, a szczególnie niebinarne dalej wywołują nierzadko wielkie oczy. Dyskusja cały czas trwa, niedawno na jednej z grup twórczyni poprosiła o feedback na temat swojej gry, jednocześnie przedstawiając się jako trans dziewczyna. Natychmiast zetknęła się z komentarzami typu: „Nie chcemy wiedzieć, co masz w gaciach”. Co ciekawe: na żywo problem znika! Dwa razy byłam po coming oucie na eventach – na Digital Dragons w Krakowie i Game Industry Conference w Poznaniu. Choć nie kryłam się z moją ekspresją, mam z tych imprez same pozytywne doświadczenia.

Gdy na Gamescomie (przyciągające setki tysięcy graczy targi w niemieckiej Kolonii – przyp. red.) dostawaliśmy nagrodę za „Inkulinati”, jeden z organizatorów wziął mnie na bok i powiedział: „Cieszę się, że masz odwagę być sobą. Moja ciocia jej nie ma, wciąż żyje jako wujek”. Bardzo mnie to wzruszyło. Poczułam, że warto. Że nawet, jak się boję – bo to jednak duży stres wyjść na polskie ulice w ubraniu, które odpowiada mojej ekspresji – to jednak warto to robić nie tylko dla siebie. Być może dzięki temu jakaś osoba poczuje jakąś moc, która popchnie ją w dobrą stronę.

Prym wiodą GOG czy CD Projekt – firmy, które świadomie myślą o mniejszościach, działają w nich sekcje LGBT+, a ich gry są konsultowane z organizacjami pozarządowymi (przykładowo „Cyberpunk 2077” – z osobami członkowskimi Trans-Fuzji – przyp. red.). To oczywiście bardzo budujące, bo CD Projekt to największa marka polskiej branży. Jeśli przykład płynie z ich strony, jest to odnotowywane wszędzie. W dodatku z czasem ludzie, którzy odejdą ze studia do mniejszych firm lub założą własne, będą już oswojeni z takim sposobem pracy.

A jak radzi sobie z tolerancją niezależne studio Yaza Games, w którym kierujesz pracami nad „Inkulinati”?

Osoby z zespołu musiały tę moją zmianę przeprocesować, bo mieli mnie zakodowaną jako osobę cispłciową i heteroseksualną. Ale poradzili sobie super! Byli ciekawi, czasem czegoś nie wiedzieli, ale zadawali pytania. Trochę ich zresztą przyzwyczaiłam, bo jeszcze przed coming outem zdarzało mi się np. malować paznokcie i nosić pierścionki. Kombinowałam, że jeżeli zacznę delikatnie zmieniać wygląd, to trochę ich na ten swój coming out „przygotuję”.

A choć się go nie spodziewali, szybko przeszli do porządku dziennego, właściwie natychmiast poczułam, że w moim studiu mogę być sobą. Być może zresztą gamedev łatwo odrabia lekcje z tolerancji, bo przecież zderzają się w nim testerzy z programistami czy art directorzy z projektantami – różnorodność perspektyw jest w tę branżę wpisana. Kluczowe dla osób w firmie powinno być zresztą zrozumienie, że gra nie powstanie, jeśli się mimo tych naszych różnic nie porozumiemy.

Coraz różnorodniej robi się także pod innymi względami. Ostatnia edycja raportu „Th e Game Industry of Poland” GIC-a i PARP-u zdradza, że już co czwarty pracownik polskiego gamedevu to kobieta, a co 10. obcokrajowiec.

Przedstawiciele mniejszości zawsze przynoszą ze sobą świeże spojrzenia i perspektywy – to kluczowe zwłaszcza, gdy prowadzisz studio indie. Potrzebujesz wówczas ciągłego dopływu nowych pomysłów, bo nie masz budżetu, żeby zrobić kolejną „Fifę” albo „Call of Duty”. W czasach, gdy co roku na samym Steamie debiutuje ponad 10 tysięcy gier – możemy się wybić wyłącznie oryginalnością.

Z jakich spojrzeń i perspektyw wyrosło „Inkulinati”?

 Zamarzyła nam się strategia, w której w turach walczyłyby ze sobą postaci rodem ze średniowiecznych manuskryptów. Zaczynaliśmy jako pięcioosobowy zespół z postanowieniem, że zrobimy grę dziejącą się na marginaliach ówczesnych kronik, z których zaczerpnęliśmy i projekty postaci, i humor.

Chwyciło. Za pośrednictwem Kickstartera zebraliście na projekt ponad 73 tys. dolarów, potem zyskaliście wydawcę (Deaedalic Entertainment) i pojawiliście się na targach E3 w Los Angeles. Niespodziewanie jednak ogłosiliście w październiku 2021 r. przesunięcie daty premiery, tłumacząc prostolinijnie, że jesteście debiutantami, którzy kładą duży nacisk na jakość. Tytuł pojawił się na rynku dopiero 1,5 roku później.

Czy jesteśmy niedoświadczeni? Jesteśmy. Często w kwestiach biznesowych, prawnych czy spółkowych radzimy się ekspertów. Powiem też szczerze: język marginaliów okazał się trudny do przełożenia na język gier wideo. Bywa, że długo o problemach dyskutujemy, bo w Yaza staramy się dojść do konsensusu. Nie jestem osobą, która podjęłaby decyzję wbrew zespołowi. Gdy np. jedna osoba z zespołu chce, żeby w grze było mnóstwo cyferek i statystyk, a inna – wprost przeciwnie, to zamiast przyjąć jedno lub drugie rozwiązanie, staramy się zrozumieć, dlaczego tak myślą, dojść do źródeł ich pomysłów na ten element rozgrywki. To – kreatywnie – świetny proces, ale trwa. Nawet zresztą w grze, którą reżyseruje osoba niebinarna, mamy pewien problem z różnorodnością. Rozgrywka bazuje na generowanym przez algorytm tekście, na razie wszystkie imiona są w nim męskie. I trudno będzie to zmienić.

To w sumie abecadło: o różnorodności trzeba myśleć na etapie projektowania, a nie wprowadzania szlifów.

Z doświadczenia powiem, że szczególnie, gdy w grę wchodzi gramatyka. Nasz problem jest o tyle skomplikowany, że grę pisaliśmy jednocześnie po polsku i angielsku, a oba te języki inaczej podchodzą do płci i niebinarności.

Jest jakaś złota metoda pisania o tej ostatniej?

Trwają dyskusje, ale zdania są tak zróżnicowane, jak sama niebinarność. Ciekawe jest stosowanie rodzaju nijakiego („zrobiłom”), choć trzeba się z nim osłuchać – sama jak go próbowałam – czułam się jak kosmita z „Gwiezdnych wojen”, a ostatecznie zostałam przy żonglowaniu formami żeńską i męską; to jednak naturalne, że wszelkie nowe zjawiska w języku napotykają na opór. Lubię też stronę bierną, która może np. pomóc w zrzuceniu z siebie odpowiedzialności („wypiło mi się pięć piw”, „moja praca nie została zrobiona”).

Zmiana języka to jest coś, o co bardzo powinniśmy walczyć, sama teraz zgłębiam temat „porozumienia bez przemocy” (metoda komunikacji opierająca się na wzajemnym szacunku i zrozumieniu – przyp. red.). Brakuje nam promowania w języku empatii, publicystyka i sztuka zbyt często stawiają na konfrontację.

Jeśli rozmowa to gra o sumie zerowej: ktoś musi wygrać, żeby kto inny mógł przegrać – szansa na porozumienie jest bliska zeru. I w życiu prywatnym, i prowadząc studio, i tworząc, staram się zrozumieć różne perspektywy i nie zamykać się na nikogo. Czasem się natomiast czuję beznadziejnie, bo spotykam kogoś, kto jest tak okopany, że po prostu dialog nie jest możliwy. Nadal jesteśmy zbyt binarnym społeczeństwem o zbyt binarnym myśleniu.

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Detranzycja. Nie tylko defininicja

Dostęp do tranzycji ma tragiczne skutki i zasadne jest rozmawianie o jego ograniczeniu? Jest to kategoryczne kłamstwo. Tekst: Maja Heban

 

Od redakcji: 5 kwietnia Łukasz Sakowski, autor bloga „To tylko teoria”, dokonał coming outu, jakiego w polskiej debacie publicznej jeszcze nie było: ujawnił, że przeszedł tranzycję, którą przerwał, a następnie detranzycję. W obszernym tekście 30-letni bloger napisał, że jako nastolatek, nie mogąc zaakceptować swej homoseksualnej orientacji, dał się przekonać starszej osobie transpłciowej, że jest transpłciową kobietą. W czasie studiów doszedł do wniosku, że mylił się – jest mężczyzną, gejem. Wyznanie Sakowskiego odbiło się głośnym echem w społeczności LGBT, bo towarzyszyły mu transfobiczne postulaty: bloger uważa, że powinno się nie tylko zabronić rozpoczynania tranzycji dla osób poniżej 18. roku życia, mało tego – uważa, że powinna być ona dostępna tylko dla osób po 25. roku życia. Sakowskiemu wtórował kilka dni później prof. Zbigniew Lew Starowicz, który grzmiał, że „czeka nas fala detranzycji” i ubolewał, że słaby jest w Polsce poziom diagnostyki transpłciowości – podczas gdy w kolejnych krajach Zachodu odchodzi się w ogóle od takiej diagnostyki na rzecz prawa do samostanowienia o swojej tożsamości płciowej (pisze o tym Ewelina Negowetti w cyklu swoich tekstów w numerach 101, 102 i w bieżącym numerze „Repliki”). W takim kontekście publikujemy tekst o detranzycji autorstwa Mai Heban, stale z nami współpracującej transpłciowej aktywistki.

Przez ostatnie kilka lat regularnie słyszałam pytanie, czy moim zdaniem do Polski dotrze transfobiczna propaganda, którą od dawna opisuję w kontekście Wielkiej Brytanii i USA. Pseudofeminizm anty-trans znany zwłaszcza w wydaniu brytyjskim jako gender critical miesza się tam ze zwykłą, konserwatywną transfobią spod znaku religijnego fundamentalizmu. Każdy znajdzie coś dla siebie. Prawicowy populista z Wielkiej Brytanii może na co dzień uważać feminizm za stek bzdur, ale jeśli będzie okazja zdobyć parę głosów, chętnie wykreuje się na „obrońcę kobiet” i upomni o ich prawa – nagle rozumiane jako zwalczanie postulatu ruchu osób trans, o co zadbały wcześniej transfobiczne pseudofeministki straszące trans kobietami w toaletach i rozprzestrzeniającą się w mediach społecznościowych „ideologią tożsamości płciowej”. W USA niemalże te same argumenty oparte na tych samych źródłach będą już bez kozery podawane w ekstremistycznej papce o „okaleczaniu” i „seksualizacji” dzieci. Trans, queer, drag, homo – jedno i to samo, chociaż trans to najgorsza wersja z możliwych, więc najbardziej zasługująca na potępienie.

Między działaniami antytrans maskowanymi jako troska o dzieci i kobiety a tymi wprost przedstawianymi jako wojna kulturowa są ludzie, którzy z takich czy innych powodów łyknęli tę propagandę od któregoś z jej piewców. Docieranie do nich ułatwia fakt, że istnieje tabun pseudoekspertów z listami niemerytorycznych albo wybiórczo interpretowanych badań, na których zawsze można się oprzeć niezależnie od tezy. Tranzycja zabija? Proszę bardzo, tutaj badania. Zbyt ostro? Spoko, nie ma problemu, tutaj badania pokazujące, że tranzycja po prostu nie pomaga, tu inne, że 90% nastolatków wyrośnie z dysforii płciowej, jeśli da się im czas i otoczy opieką psychologiczną, a tutaj jeszcze kilka wywiadów z osobami, które wycofały się z tranzycji i teraz wyznają, jak wielka to była krzywda, że im na nią pozwolono (lub na nią skierowano, jak to się często opisuje).

 Dożyliśmy czasów, gdy nie da się poruszyć pewnych wątków dotyczących transpłciowości bez przynajmniej powierzchownego wyjaśnienia, że są używane jako elementy propagandy rozlewającej się obecnie z krajów anglosaskich na resztę Europy. Niektóre aspekty tranzycji jak stosowanie blokerów hormonalnych u nastolatków czy właśnie detranzycja, a więc odwrócenie procesu uzgodnienia płci, trafi ły na front wojny z osobami trans. Nie wystarczy już wyjaśnić, czym detranzycja jest i na czym polega. Trzeba liczyć się z tym, że w przekazie medialnym, anegdotach i świadomości społecznej zjawisko to jawi się przede wszystkim jako dowód na to, że dostęp do tranzycji ma tragiczne skutki i zasadne jest rozmawianie o jego ograniczeniu. Jest to kategoryczne kłamstwo.

Większość osób przechodzących detranzycję… nadal jest trans

Detranzycją nazywamy wycofanie się z tranzycji. Podobnie jak ona może zachodzić na kilku płaszczyznach, jednak ukrywania swojej transpłciowej tożsamości – czyli w pewnym sensie wycofania się z tranzycji społecznej – raczej nie nazywamy detranzycją. Określenie to jest stosowane przede wszystkim wtedy, gdy mowa o przerwaniu terapii hormonalnej, odwróceniu skutków operacji chirurgicznych czy zmianie danych metrykalnych na te pierwotne. Nie oznacza to jednak, że osoby odstawiające leki hormonalne nie są już transpłciowe lub nigdy nie były. Jeśli tranzycja pokazuje nam, że płeć bywa skomplikowaną kwestią, istnienie jej przeciwieństwa tym bardziej powinno to uświadamiać.

To truizm, który ostatnio powtarzam być może zbyt często, ale żeby przejść detranzycję, trzeba najpierw zacząć tranzycję. Badania wskazują jednak na to, że zdecydowana większość osób przechodzących detranzycję… nadal jest trans. To nie jest więc tak, że ten termin jest równoznaczny z odrzuceniem transpłciowej tożsamości i powrotem do płci przypisanej przy urodzeniu. Na zewnątrz może to tak wyglądać, ale w praktyce jest zupełnie inaczej. Detranzycja jest bardzo często sposobem na przetrwanie dla ludzi, którzy nie byliby w stanie zrobić tego, żyjąc otwarcie jako osoby transpłciowe. Czynniki zewnętrzne wpływające na decyzję o przerwaniu korekty płci to coś, co regularnie pojawia się w badaniach dotyczących tego tematu. Presja społeczna i rodzinna, transfobia w pracy lub problem z jej znalezieniem, problemy zdrowotne – to właśnie takie są najczęstsze powody detranzycji. Historii o retranzycji, czyli ponownej korekcie płci po jej wcześniejszym przerwaniu, jest w mediach znacznie mniej niż tych o biednych, skrzywdzonych przez lekarzy nastolatkach ex-trans. Te historie nie są w końcu sensacyjne ani skandaliczne i przede wszystkim – nie przemawiają na niekorzyść osób trans, tylko tego, jak się nas traktuje.

Liczby pojawiające się w badaniach o detranzycji są różne, ale zazwyczaj współczynnik osób faktycznie żałujących decyzji o tranzycji i uznających, że nigdy nie były transpłciowe, nie przekracza kilku procent. Czasami liczby detranzycji bez podziału na powody są w tych badaniach ekstremalnie małe, np. 0.47%, czyli 16 osób z 3398, wśród których zaledwie trzy osoby przerwały tranzycję na stałe. Dane podchodzące do tematu od innej strony, czyli zadowolenia z przebytych zabiegów operacyjnych, również wskazują na to, że uzgodnienia płci żałuje niezwykle mała liczba pacjentów. Nie chcę teraz analizować całego zbioru badań i omawiać liczb, nie piszę w końcu tekstu naukowego. Oceniam też bardzo krytycznie sytuację, w której osoby transpłciowe nieposiadające wykształcenia medycznego muszą wertować setki stron materiałów naukowych, by umieć odpierać propagandę przeciwko nam, podczas gdy po „drugiej stronie” wypowiadają się lekarze promujący terapie konwersyjne. Osoby ciekawe konkretów odsyłam na portal Tranzycja.pl, gdzie można znaleźć merytoryczne, dokładne analizy wraz z odnośnikami do badań.

Mniejszość z mniejszości z mniejszości

Niewielka liczba osób, które wycofują się z tranzycji i faktycznie czują, że była to zła decyzja, nie oznacza bynajmniej, że te historie nie zasługują na opowiadanie. Nie ma niczego złego w detranzycji, podobnie jak nie ma niczego złego w samym uzgodnieniu płci. To nie jest tak, że jeśli osób detrans przybędzie, to pojawi się poważny problem, a zatem hipotetyczne, nowe badanie pokazujące inne dane niż dotychczas z pewnością wstrząśnie społecznością trans i zmieni to, jak wygląda nasza opieka medyczna. Każdy lek ma skutki uboczne, a każda decyzja o przejściu jakiejś operacji wiąże się z ryzykiem – czasem mniejszym, czasem większym. Dopóki nie jest ono duże i niepotrzebne, nieetyczne jest ograniczanie całej populacji dostępu do zdobyczy współczesnej medycyny, by ochronić ułamek potencjalnych pacjentów przed ryzykiem powikłań. Detranzycja będzie istniała zawsze, bo tożsamość płciowa nie podlega diagnostyce ani fizycznemu oglądowi. Tak jak niemożliwe jest orzeczenie ze stuprocentową pewnością, że ktoś jest transpłciowy, tak nie jesteśmy w stanie stwierdzić, które z osób detrans dziś zarzekających się, że tranzycja była ogromnym błędem, kiedyś do niej powróci – a znamy takie przypadki, w tym dotyczące osób, które wcześniej brały udział w kampaniach antytrans, pozwalając na wykorzystywanie swojej tożsamości detranzycjonerów jako narzędzia propagandy.

W krajach takich jak Polska, gdzie sytuacja osób transpłciowych nie jest uregulowana prawnie, osoby detrans również napotykają wynikające z tego problemy. Podobnie jak osoby trans, potrzebują mieć dostęp do rzetelnych informacji i możliwość podejmowania samodzielnych decyzji na temat swoich ciał. Jeśli zdążyły wcześniej przejść terapię hormonalną i operacje, jest możliwe, że będą borykały się z transfobią ze strony otoczenia, zwłaszcza jeśli ich ciała będą przedstawiane jako „okaleczone” i „popsute”. Jeśli postanowią wznowić korektę płci, mogą mieć problem z uzyskaniem na to zgody lekarzy, bo przecież już wcześniej zmieniły zdanie. Tylko one będą wiedziały, co naprawdę wpłynęło na ich decyzję.

Sytuacja osób po detranzycji jest skomplikowana, ale wydaje się, że znaczna część ich interesów pokrywa się z interesem osób transpłciowych. Żeby jak najmniej osób przechodziło tranzycję, której później żałuje, świat musi być bardziej akceptujący dla osób trans i niehetero oraz tych niewpisujących się w stereotypy płciowe. Dostęp do uzgodnienia płci musi działać na zasadzie świadomej zgody, gdzie osoba podejmuje decyzję, mając pełną znajomość procedur, dostępnych opcji, wpływu leków i operacji na organizm. Mimo to detranzycje będą się zdarzały. Dla tych osób będzie wtedy najłatwiej żyć w świecie, który nie demonizuje szukania swojej tożsamości i decydowania o tym, jak wygląda nasze ciało – nawet wtedy, kiedy wygląda w sposób nienormatywny. Dotyczy to też nastolatków, które nie stają się w magiczny sposób odpowiedzialne za swoje decyzje w wieku 18 lat i nie przestają cierpieć z powodu dysforii płciowej, gdy powie się im „nie” albo „najpierw terapia”.

To naturalne, że w epoce intensywnej propagandy antytrans – która dotarła już niestety do Polski – osoby transpłciowe boją się wrogich narracji, więc gdy widzą uczestnictwo w nich osób detrans, reagują gniewem i nieufnością. Musimy jednak pamiętać, że te nieliczne osoby robiące kariery w prawicowych mediach i szczujące na tranzycję to mniejszość z mniejszości z mniejszości. Detranzycja nie jest zdradą ideałów i nie wiemy, co czuje osoba, która ją przechodzi. Nie odrzucajmy ludzi, z którymi mamy tak wiele wspólnego i nie oceniajmy ich na przykładzie propagandystów i oportunistów.  

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Do kogo należy moja płeć? – cz. 3

Trzecia i ostatnia część tekstu EWELINY NEGOWETTI o tym, jak w różnych krajach świata wygląda tranzycja prawna, czyli procedura zmiany oznaczenia płci w dokumentach osób transpłciowych

 

W ostatniej części cyklu o prawnych uzgodnieniach płci w różnych krajach czas na kraje, które budzą szczególne zainteresowanie. Mowa o Rosji, Ukrainie, Chinach, Indiach i USA. Dlaczego te kraje budzą to zainteresowanie? Ponieważ rozwiązania, nastroje i kierunki, jakie zauważamy w tych państwach, pokazują, czego możemy się spodziewać na naszym rodzimym podwórku. Jakich wpływów możemy zacząć wypatrywać. To istotne, ponieważ transpłciowość jest nadal tematem tabu w Polsce, a kiedy coś stanowi tabu, to opinia społeczna nie bazuje na wiedzy i faktach, lecz na zasłyszanych opiniach. Te „z zachodu” służą najczęściej temu, by pokazać (wyimaginowane) zagrożenia.

Rosja

Zaczniemy od Rosji, kraju, gdzie prawa człowieka nie są dobrem najwyższym i to ma znaczenie w kontekście praw osób transpłciowych i niebinarnych.

W Rosji kwestię zmiany oznaczenia płci reguluje od 1997 r. ustawa o aktach stanu cywilnego. Od 2018 r. obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia Federacji Rosyjskiej i ten akt prawny precyzuje procedurę zmiany oznaczenia płci. W teorii osoba powinna okazać w urzędzie stanu cywilnego certyfikat komisji eksperckiej – zaświadczenie o transpłciowości – z placówki medycznej. Przez długi czas nie istniał nawet wzór takiego zaświadczenia, zatem wiele urzędów odmawiało zmiany oznaczenia płci, a sprawy były kierowane na drogę sądową. Obecnie wzór taki istnieje, a proces prawnego uzgadniania płci jest doprecyzowany. Bazuje on, podobnie jak w innych krajach Europy Wschodniej, na „zmedykalizowaniu” kwestii transpłciowości, czyli na uzyskaniu diagnozy transpłciowości. Diagnoza jest wystawiana przez psychiatrę i opiera się na obserwacji pacjenta (sic!) przez okres od miesiąca do nawet 2 lat. Po uzyskaniu pozytywnej diagnozy należy zgromadzić jeszcze zaświadczenia od seksuologa i psychologa i finalnie uzyskać certyfikat komisji eksperckiej (procedura zbliżona do modelu czeskiego, o której pisałam w poprzednim artykule). Uzyskany certyfikat jest ważny rok (!).

Do 2018 r., do uzyskania certyfikatu komisji eksperckiej, było obowiązkowe przeprowadzenie interwencji chirurgicznych. Od 2018 r. i obowiązywania nowego rozporządzenia nie ma obowiązku przeprowadzenia interwencji chirurgicznych ani nawet poddawania się terapii hormonalnej. Jednak, trochę jak w Polsce nadal, przeprowadzone interwencje chirurgiczne (zwłaszcza te nieodwracalne) są niejako dowodem na determinację w dążeniu do zmiany oznaczenia płci u osoby poddającej się badaniu komisji eksperckiej.

Po uzyskaniu certyfikatu komisji osoba transpłciowa może udać się do urzędu stanu cywilnego w celu wymiany paszportu i naniesienia zmian w rejestrze stanu cywilnego. Od 2018 r. do lutego 2023 r. urzędy stanu cywilnego zarejestrowały ok. 2700 osób ze zmianą oznaczenia płci. Wśród tych osób, według rosyjskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, jest 190 osób, które zawarły (heteroseksualne) małżeństwa po zmianie oznaczenia.

Nadal brak przejrzystości i rozwiązań prawnych będących skutkiem zmiany oznaczenia płci powoduje, że decyzja komisji eksperckiej jest wydawana często bardzo opieszale. Kwestia pozostawania w związku małżeńskim jest jedną z tych luk prawnych, które już znamy. Jest to temat nieuregulowany w wielu krajach, gdzie nie ma możliwości zawierania związków jednopłciowych. W Rosji to właśnie powoduje, że komisja ekspercka zwykle wstrzymuje się z wydaniem certyfikatu do czasu, aż osoba „uporządkuje” kwestie prawne w sposób uwiarygadniający (!) jej dążenia. Uzgodnienie płci w dokumentach ma też wpływ na realizowanie praw rodzicielskich. Z jednej strony – nie ma przepisów regulujących te kwestie, z drugiej – w praktyce transpłciowość rodzica ma wpływ na decyzje sądu rodzinnego w sytuacjach konfliktowych. Pewną szykującą się zmianę zwiastuje wypowiedź ministra sprawiedliwości Rosji – Kostantina Czuczenki – który zapowiedział rozpoczęcie prac nad nowelizacją ustawy o aktach stanu cywilnego, a celem tych prac ma być utrwalenie wartości rodzinnych w rosyjskim ustawodawstwie. To ważna informacja, bo transpłciowość, dotąd będąca pod „kuratelą” ministerstwa zdrowia, przechodzi jakby pod dodatkową – ministerstwa sprawiedliwości. To musi budzić niepokój. Na pewno życie wymaga prawnego uregulowania w przepisach odpowiedzi na pytania rodzące się po zmianie oznaczenia płci – kiedy osoba transpłciowa przechodzi na emeryturę, co w sytuacji aresztowania, co z aktem urodzenia dzieci itd.

Zasadniczo w Rosji, jak w wielu krajach, osoba transpłciowa, która zmieniła oznaczenie płci w dokumentach, pozostaje w akcie urodzenia swojego dziecka z niezmienionymi danymi. Czyli jest tu pewna ewidentna niespójność. Ciekawostką jest jednak, że jeden leningradzki urząd stanu cywilnego na skutek prawomocnego wyroku sądowego zarejestrował transpłciowego mężczyznę po zmianie oznaczenia płci w rubryce „matka dziecka” w akcie urodzenia dziecka.

Ukraina

Kwestie tranzycji prawnej w Ukrainie są dość podobnie traktowane jak w krajach sąsiednich. Transpłciowość w znacznej mierze więc jest tam kwestią medyczną, regulowaną przez kilka aktów prawnych, tj.: ustawę o opiece medycznej z 1992 r. i Rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia nr 1041 „O ustaleniu przesłanek medyczno-biologicznych i społeczno-psychologicznych do zmiany (korekty) tożsamości płciowej oraz zatwierdzeniu formy podstawowej dokumentacji księgowej i instrukcji jej wypełniania” (2016). Pochodnymi regulacjami w tym zakresie są: ustawa „O Państwowym Rejestrze Cywilnym” (2010), Rozporządzenie Ministerstwa Sprawiedliwości Ukrainy nr 52/5 „O zatwierdzeniu regulaminu Państwowego Rejestru Cywilnego na Ukrainie” (2000), Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości Ukrainy nr 96/5 „O zatwierdzeniu zasad wprowadzania zmian we wpisach do rejestru cywilnego, ich odnawiania i anulowania” (2011).

Ciekawostką jest liczba wniosków złożonych do komisji eksperckiej w celu prawnego uzgodnienia płci przed rokiem 2016 (poprzednie przepisy), podawana przez Ministerstwo Zdrowia Ukrainy, która wynosi: 55. Z tych wniosków 20 zostało odrzuconych, a 35 osób uzyskało certyfikat (!) transpłciowości, który to jest pierwszym i niezbędnym etapem w procesie zmiany oznaczenia płci.

Nowe przepisy z 2016 r. zawierają dość szczegółowe wskazania dla lekarzy, co można uznać za poprawę dostępności do zmiany oznaczenia płci w dokumentach. Przepisy te precyzują:

  1. Wiek minimum 18 lat.
  2. Potwierdzoną dwuletnią obserwację psychiatryczną (nie należy tego utożsamiać ze znanym w Polsce tzw. testem realnego życia).
  3. Potwierdzoną dysforię płciową.
  4. Rozpoczętą terapię hormonalną (wyjątkiem jest sytuacja zdrowotna niepozwalająca na wdrożenie terapii hormonalnej).

W Ukrainie dzieci w wieku od lat 14 mogą rozpocząć tranzycję medyczną, nie otrzymają one diagnozy tożsamej dla osoby dorosłej, zatem z założenia są wykluczone z możliwości ubiegania się o zmianę płci metrykalnej przed ukończeniem 18 lat.

Obecne przepisy, dalekie od ideału, ogromnie różnią się jednak w stosunku do tych sprzed 2016 r. Wówczas osoba transpłciowa nie mogła m.in. posiadać dzieci poniżej 18. roku życia (to niespotykana w innych krajach regulacja prawna), musiała odbyć trzydziestodniowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym oraz musiała przejść nieodwracalne interwencje chirurgiczne.

Po otrzymaniu certyfi katu komisji eksperckiej osoba zgłasza się do urzędu stanu cywilnego w celu skorygowania danych lub całkowitej zmiany imienia i nazwiska. Luką prawną jest natomiast brak wymogu rozwiedzenia się przed prawną zmianą oznaczenia płci w dokumentach. Powoduje to, że urząd stanu cywilnego, który zmienia oznaczenie płci, jednocześnie odmawia zmiany tego oznaczenia w akcie małżeństwa tej osoby. W Ukrainie trwają rozmowy na temat zmian prawnych, które powinny być wprowadzone, by uregulować następstwa prawne zmiany oznaczenia płci w dokumentach. Jednym z takich tematów jest obniżenie wieku emerytalnego osoby pozostającej już na emeryturze.

USA

W USA każdy stan ma swoje, niezależne rozwiązania, jeśli chodzi o rozwiązania prawne dotyczące uzgodnienia płci, tranzycji medycznej i tranzycji społecznej. To, jak są one różne, pokazuje, że nie tylko w Europie, ale i na całym świecie temat transpłciowości jest mocno obarczony światopoglądem osób mających władzę. Drastyczne zmiany w prawie, niezależnie „w którą stronę” (na korzyść lub niekorzyść osób trans), są tego dowodem. Wprowadzenie na Węgrzech zakazu zmiany oznaczenia płci w akcie urodzenia czy wprowadzenie zasady samostanowienia w Hiszpanii stanowią dowody na to, że bardzo często prawa osób transpłciowych to kwestia polityczna, nie dobro osobiste tych osób (płeć, tożsamość płciowa jako dobro osobiste).

Poważne następstwa takich politycznych rozgrywek obserwujemy teraz m.in. w stanie Floryda i Missouri – mają one na celu uniemożliwienie młodym ludziom i ich rodzicom dostępu do podstawowej opieki w zakresie zdrowia psychicznego i fizycznego.

Koncentracja na osobach małoletnich jest niestety bardzo popularnym leitmotivem, ponieważ tym, co łączy wielu ludzi o bardzo odmiennych poglądach, jest przeświadczenie, że „dzieci nie wiedzą nic o sobie i że obowiązkiem dorosłych jest decydować za nie w każdym obszarze ich życia”. I takie podejście zauważamy w Polsce, w wielu stanach USA i innych krajach. Przeświadczenie, że młoda osoba nie ma prawa decydować o sobie, leży u podstaw wielu rozwiązań prawnych, w tym tych dotyczących transpłciowości.

Prokurator generalny stanu Missouri Andrew Bailey wydał 20 marca br. nadzwyczajne rozporządzenie dotyczące opieki nad młodzieżą transpłciową, uzasadniając decyzję, że taka opieka zdrowotna jest „eksperymentalna”. Małoletnie osoby transpłciowe mają dostęp do tej „eksperymentalnej” opieki w stanie Missouri już od 40 lat. Bailey używa tej samej retoryki, która jest wykorzystywana przeciwko osobom LGBTQ od dekad, mówi, że tożsamość transpłciowa jest „zarazą społeczną”. Przy takim poziomie trudno szukać rozwiązań konstruktywnych, które zapewniają ochronę praw człowieka. Zarządzenie wydane w Missouri jest zestawem najokrutniejszych i skrajnie radykalnych przepisów, które czynią z osoby transpłciowej osobę wymagającą stałej wieloletniej obserwacji psychiatrycznej i leczenia psychiatrycznego jednocześnie.

Podobny dramat rozgrywa się w stanie Floryda, gdzie nowe przepisy zakazują tranzycji medycznej osób małoletnich. Zmiana przepisów odbywa się nie poprzez działania legislacyjne, lecz poprzez głosowanie rad lekarskich, jednak dzieje się to za namową gubernatora Florydy. Procedowane zmiany w prawie zezwalają na odebranie dziecka tym rodzicom, którzy zgadzają się na tranzycję medyczną swojego dziecka. Jest to ten sam przepis, na podstawie którego można odebrać dziecko rodzicom z tytułu przemocy domowej i wykorzystywania. W praktyce – jest to ewidentna próba legalizacji porywania dzieci w imię osobistych przekonań. W sytuacji dzieci transpłciowych – transfobiczny członek rodziny mógłby porwać dziecko rodzicom lub rodzicowi, który wspiera dziecko w procesie tranzycji.

W całym kraju republikańscy ustawodawcy złożyli co najmniej 150 projektów ustaw skierowanych przeciwko osobom transpłciowym, a łącznie jest procedowanych ponad 400 ustaw o podobnym kierunku działań. W Północnej Dakocie prawo umożliwia prokuratorom oskarżenie lekarza o wykroczenie – do 360 dni więzienia i 3 tys. dol. grzywny – za przepisanie blokerów dojrzewania transpłciowym dzieciom.

Jednocześnie zdecydowana większość stanów ma rozwiązania prawne pozwalające osobom transpłciowym uzgadniać płeć w dokumentach, prowadzić tranzycję medyczną oraz daje możliwość zapisu płci dla osób niebinarnych. W stanie Vermont osoby niebinarne mogą mieć w akcie urodzenia oznaczenie „x” jako płeć niebinarna. Takie rozwiązanie funkcjonuje w kilkunastu innych stanach.

Ten bardzo pobieżny opis sytuacji głównie małoletnich osób transpłciowych pokazuje, że USA nie jest ziemią obiecaną w każdym obszarze życia.

Indie

Indie – kraj kontrastów, również w temacie transpłciowości. Rozmawiając o osobach transpłciowych i ich prawach w Indiach, nie można uciec od kultury i religii oraz od kastowości. Dyskusja na temat samych praw człowieka, praw kobiet jest szerokim tematem wzbudzającym ogromne emocje. Kontrast pomiędzy szacunkiem i estymą dla hidźr w trakcie tradycyjnych ceremonii a ich codzienną pozycją społeczną jest przeogromny. Jednak skupmy się na osobach transpłciowych i ich prawie do uzgodnienia oznaczenia płci w dokumentach.

W 2014 r. Sąd Najwyższy Indii uznał istnienie trzeciej płci. Do tej grupy zaliczył osoby transpłciowe, w tym niebinarne. Uznanie trzeciej płci miało na celu potwierdzenie, że osoby transpłciowe mają w Indiach takie same prawa obywatelskie jak osoby cispłciowe. Od 2019 r. osoby transpłciowe nie muszą przechodzić żadnych interwencji medycznych w celu zmiany oznaczenia płci w dokumentach. Mogą zmienić oznaczenie płci z „K” na „M” i odwrotnie oraz mogą oznaczyć płeć w dokumentach literą „T” (transgender) lub „TG” (third gender). W wydanym orzeczeniu sąd zaznaczył, że uznanie osób transpłciowych nie jest sprawą jedynie społeczną czy medyczną, ale sprawą praw człowieka. Aby uzgodnić płeć w dokumentach, osoba transpłciowa musi, również tu, uzyskać certyfikat potwierdzający jej tożsamość płciową. Taki certyfikat jest przyznawany przez sędziego rejonu na zalecenie komisji przesiewowej. Komisja składa się z oficera medycznego, psychologa lub psychiatry, powiatowego urzędnika ds. opieki społecznej, urzędnika rządowego i osoby transpłciowej. Certyfikat ten uprawnia do zmiany imienia w akcie urodzenia oraz we wszystkich innych dokumentach, jakimi osoba się posługuje.

Chiny

Chiny – szacuje się, że w kraju, w którym rejestry dotyczące ludności są dość precyzyjne, mieszka około 400 tysięcy osób transpłciowych – binarnych. W Chinach niebinarność nie istnieje w żadnych zapisach prawa czy regulacjach. 20 kwietnia 2022 r. Chińska Narodowa Komisja Zdrowia zaktualizowała swoje przepisy dotyczące dostępu do operacji korygujących płeć: obniżono minimalny wiek do poddania się operacji z 20 do 18 lat oraz uproszczono obowiązkowe procedury operacyjne i usunięto wcześniejsze warunki przejścia przez rok poradnictwa psychologicznego lub leczenia psychiatrycznego przed operacją. Te zmiany są istotne, ponieważ w Chinach trzeba przejść operacje uzgadniania płci, jeśli chce się zmienić oznaczenie płci w dokumentach.

Wcześniejsze prawo z 2017 r. przewidywało, że dokument, który uprawniał do zmiany oznaczenia płci w dokumentach, był wydawany przez lekarza prowadzącego dopiero wówczas, gdy osoba poddała się dwóm odrębnym operacjom korekty płci: usunięcia narządów płciowych i ich rekonstrukcji. Obecne prawo wymaga „jedynie” pierwszej operacji – usunięcia narządów płciowych. W zapisach z 2022 r. usunięto również obowiązek korekty klatki piersiowej dla transpłciowych mężczyzn. Transpłciowe kobiety nie były zobligowane do operacji klatki piersiowej. Jednocześnie znany jest przypadek transpłciowej kobiety, której szpital odmówił przeprowadzenia operacji korygującej płeć i sąd podtrzymał tę odmowę, uzasadniając to faktem, że osoba nie rozwiodła się, a tym samym „dążyła do zachowania jednopłciowego małżeństwa”, które byłoby nielegalne, ponieważ osoba transpłciowa, by zmienić oznaczenie płci, musi być stanu wolnego. Również wymagana jest całkowita niekaralność.

Czyli, obiektywnie patrząc, zmiany prawne z 2022 r. są pewnym polepszeniem sytuacji prawnej osób transpłciowych. Jedynym nowym ograniczeniem, jakie wprowadza przepis z 2022 r., jest zawężenie listy placówek uprawnionych do prowadzenia tranzycji medycznej. Zaświadczenie ze szpitala spoza listy powoduje odrzucenie wniosku o zmianę oznaczenia płci. Nie jest to znaczna różnica w stosunku do stanu poprzedniego. ponieważ zasadniczo to właśnie placówki z tej listy przyjmowały osoby transpłciowe. Społeczność osób transpłciowych w Chinach weryfikuje i aktualizuje listę lekarzy i klinik przyjaznych osobom transpłciowym.

Transpłciowość w Chinach jest mocno medykalizowana oraz patologizowana. Nie jest to nic nowego dla Europejczyków, zwłaszcza z Europy Środkowo-Wschodniej. Takie mentalne uproszczenie transpłciowości stosuje się, by kształtować szybkie osądy i znajdować proste rozwiązania złożonych problemów albo kwestii, które wcale nie wymagają rozwiązań. Patologizacja i medykalizacja są też polem do korupcji i sytuacja osób transpłciowych w Chinach to potwierdza. Osoby o wyższym statusie materialnym mają ułatwiony dostęp do opieki medycznej, do korzystania z interwencji medycznych, a wreszcie do zmiany oznaczenia płci w dokumentach.

Kolejnym obowiązującym przepisem, dość podobnym do rozwiązania polskiego, jest wymóg notarialnej zgody „członka najbliższej rodziny” osoby transpłciowej. W praktyce chodzi o rodziców (również gdy osoba jest pełnoletnia), którzy muszą wyrazić zgodę na przeprowadzenie operacji korygującej płeć.

Pewną specyfiką, dość charakterystyczną dla relacji „władza – obywatel” jest obowiązek poinformowania władz o przeprowadzeniu interwencji medycznych w ramach tranzycji medycznej. Jednocześnie ten obowiązek nie zapewnia zmiany oznaczenia płci, ponieważ ilość wymagań stawianych osobie transpłciowej jest dość znaczna i nader często przekracza możliwości finansowe osoby.

***

Podsumowując rozważania na temat różnych rozwiązań prawnych w krajach nam bliższych kulturowo czy tych dalszych, nasuwa się jednoznaczny wniosek, że normę stanowią konwenanse, a prawa człowieka mają rację bytu o tyle, o ile podtrzymują konwenanse przy życiu. Jesteśmy ich niewolnikami i dopóki nie dostrzeżemy tego lub nie doświadczymy osobiście naruszania naszych praw – sami również wierzymy w nienaruszalność tych konwenansów. Jeśli nazywamy się osobami sojuszniczymi, to powinniśmy podjąć się chociaż trudu wyzwolenia się spod jarzma konwenansów. Nigdy nie wiadomo, kiedy to może nam się przydać osobiście.

***
Ewelina Negowetti – adminka grupy „Transpłciowość w rodzinie” na FB. Aktywistka, edukatorka, ilustratorka edukacyjna. Mama transpłciowego syna. Z wykształcenia specjalistka ds. zarządzania organizacjami pozarządowymi. Laureatka nagrody LGBT+ Diamonds Awards 2022 r w kategorii „Ambasadorka osób LGBT+”. Nieustannie rzuca wyzwanie aksjomatom. O to, w co wierzy, walczy do końca.  

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Dobrze ułożony młodzieniec

Reż. W. Rubin. Wyst.: E. Krempiński, P. Walendziak, M. Buchowiec, H. Lehman, M. Kobiela, M. Kruk, P. Kos, K. Bednarek. Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi, premiera: 25 III 2023.

 

Foto: Hawa

 

To spektakl pod tyloma względami wyjątkowy, że nie wiadomo, o czym napisać na początku. Zacznę od przypomnienia, że to już kolejny raz. W 2018 r., gdy hucznie obchodzono stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości, Jolanta Janiczak (tekst) i Wiktor Rubin (reżyseria) zrobili w Poznaniu lesbijskie przedstawienie o związku narodowej wieszczki Marii Konopnickiej z malarką Marią Dulębianką („Replika”, nr 77, styczeń/luty 2019). Tym razem z okazji sześćsetlecia Łodzi duet zaprezentował prekursorskiego „Dobrze ułożonego młodzieńca” przypominającego postać Eugeniusza Steinbarta, głośną pod koniec lat 30., a dziś niemal zupełnie zapomnianą, i lokalną historię tego transpłciowego mężczyzny, robotnika sądzonego (i skazanego) za posługiwanie się fałszywym dowodem tożsamości.

O „kobiecie udającej mężczyznę” rozpisywała się łódzka prasa, a prasowe relacje z sądu to właściwie jedyne informacje o Steinbarcie, którymi dysponowała Janiczak, pisząc sztukę. Na ich podstawie twórczo rekonstruuje proces sądowy i opowiada tę historię poprzez zeznania świadków i samego oskarżonego. Są też obrońca (Paweł Kos) i prokurator (Michał Kruk), a wraz z nimi dobrze znana „walka o język”, bo przedstawiciel państwa konsekwentnie mówi o bohaterze w rodzaju żeńskim, tytułując go „Eugenią”, a adwokat wciąż musi go poprawiać.

Przypomnienie transowej historii z przeszłości i umieszczenie Steinbarta wśród ważnych postaci w historii miasta to jedno, ale fundamentalny jest gest zaangażowania do głównej roli trans aktywisty Edmunda Krempińskiego, notabene pochodzącego z Łodzi, dobrze znanego z łamów „Repliki” (wywiad w nr 88, listopad/ grudzień 2020), dwukrotnego modela naszego nagiego kalendarza (w 2023 r. jest twarzą marca). Krempiński myślał o zostaniu aktorem, ale zrezygnował z tych planów, gdy okazało się, że transpłciwość uniemożliwia studia w szkole teatralnej (ta skandaliczna sytuacja dopiero ma się zmienić). Teraz Edmund „robi historię”, zostając pierwszym w Polsce transpłciowym aktorem na etacie, stając się częścią teatralnego zespołu.

Dorota Ignatjew, dyrektorka Teatru Nowego, powiedziała na popremierowym bankiecie, że bez Edmunda Krempińskiego ten spektakl byłby sztuczny. Trudno się z tym nie zgodzić, ale trzeba dodać, że nie tylko o autentyczność tu chodzi. Udział Krempińskiego ma także wymiar symboliczny, sprawia, że historia nie dotyczy jednego przypadku, ale całych zastępów osób transpłciowych regularnie odrzucanych przez państwo polskie, od których jednocześnie oczekiwano bezwzględnej lojalności i utożsamienia z prześladowcą. Wyjątkowo w tym kontekście brzmią zarzuty, jakie czyniono Steinbartowi w czasie wojny, że kolaboruje z okupantem.

W większości recenzji, które pojawiły się po premierze, zwracano uwagę, że szczególne znaczenie odgrywa w spektaklu nagość. Chodzi o moment, gdy główny bohater rozbiera się, zdejmując stare ubrania, i wkłada nowe, męskie, przechodząc w ten sposób swego rodzaju tranzycję. To jedna scena, ale ma kolosalne znaczenie i wymiar edukacyjny. Krempiński pokazuje, jak może wyglądać transpłciowe ciało. To jego świadectwo, powtórzenie gestu z kalendarza „Repliki” – tym razem w instytucji publicznej, już nie tylko dla społeczności LGBT.

Pisząc o „Dobrze ułożonym młodzieńcu”, nie sposób nie skupiać się na Edmundzie Krempińskim, ale na szczęście nie jest to spektakl jednego aktora. Wspaniałą postać Czesławy Zaleśnej, żony Eugeniusza, tworzy Paulina Walendziak. Opowieść o ich poznaniu, małżeństwie, staraniach o dziecko, a potem wspólnym wychowywaniu córki to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie w ostatnim czasie zdarzyły się w polskim teatrze.

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Fanfik

(Polska, 2023), reż. Marta Karwowska, dystr. Netflix, premiera: 17.05.2023

 

mat. pras.

 

Powieść „Fanfik” Natalii Osińskiej ukazała się w 2016 r. (i ma na razie dwie kontynuacje, „Slash” i „Fluff ”). Tosiek (na początku historii nazywający się jeszcze Tośką) to znerwicowana, zamknięta na ludzi osoba nierozumiejąca źródła swoich stanów depresyjnych i ataków paniki, spędzająca wolny czas na pisaniu tytułowych fanfików (tekstów nieoficjalnie wykorzystujących postacie i światy ze znanych dzieł kultury). Wszystko się zmienia, gdy zaprzyjaźnia się z nim Leon i na jednej z imprez Tosiek zakłada jego ubrania. To początek odkrywania swojej transpłciowości i przemiany Tosi właśnie w Tośka. Netflix, ogłaszając filmową adaptację, od razu zapowiadał, że do obsadzenia głównej roli szuka transpłciowej osoby, chcąc wiernie pokazać realia życia trans osoby zamiast polegać na znanym nazwisku. Znaleziona osoba, niebinarny Alin Szewczyk (wywiad z nim przeczytacie na s. 24-26) to strzał w dziesiątkę. Od pierwszych minut wypełnia ekran swoją charyzmą, nawet w momentach, kiedy jest jeszcze Tośką mimozą. Niestety, sprowadzenie całej książki do ledwie 95-minutowego filmu poskutkowało ostrym cięciem fabuły. Nie przetrwała ich postać ciotki Idalii, w książce obrazująca możliwość przejścia z konserwy do wzorowego wręcz sojusznictwa. Kluczowe zmiany w bohaterach nie dostały miejsca na oddech, przez co czasem sprawiają wrażenia przypadkowych. Scena samoodkrycia Tośka, po raz pierwszy przymierzającego męskie ubrania, sprowadzona jest do krótkiej animacji. Szkoda, bo w obsadzie czuć potencjał – trochę więcej czasu ekranowego i moglibyśmy mieć polskiego „Heartstoppera”. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

 

Moje długie włosy były mną

Z ANGELĄ GETLER, jedyną jawnie transpłciową dziennikarką w polskiej telewizji, gospodynią programu „Ecce homo. Oto człowiek” na kanale News24, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

 

Foto: Anken Berge, @anken_berge

 

 

Jesteś obecnie jedyną jawną osobą transpłciową w polskiej telewizji. W News24 prowadzisz program „Ecce homo. Oto człowiek”. Mówisz w nim, że wierzysz w ludzi. To trudne zadanie?

„Ecce homo” to pierwszy program w Polsce samodzielnie prowadzony przez osobę trans. Wraz z zaproszonymi gośćmi proponuję widowni, jak może stać się częścią szerszego rozwiązania danego problemu społecznego, który omawiamy w danym odcinku. Rozmawiamy między innymi o bezdomności, nienawiści, wierze czy patriotyzmie. Premierowy odcinek dotyczył samobójstw tęczowych dzieci i nastolatków. Moją misją dziennikarską jest poszerzanie widoczności osób transpłciowych. Wierzę, że mi się uda. Ja potrzebuję ludzi do życia. Kwitnę wśród nich. Między innymi właśnie praca w telewizji, gdzie również nagrywam reportaże, pozwala mi na to.

Jak trafi łaś do News24?

Z ogłoszenia o pracę! Z wykształcenia jestem graficzką. Natomiast w okresie pandemii zdecydowałam, że chcę robić coś, co ma społecznie głębszy sens. Wcześniej hobbistycznie prowadziłam fanpage Transnews Polska, na którym regularnie pisałam posty dotyczące osób transpłciowych. Wiosną 2022 r. trafi łam jako realizatorka do internetowej telewizji Reset Obywatelski. Ten czas to również medialny atak Kaczyńskiego na osoby trans – tym łatwiejszy, że od czasu Anny Grodzkiej Polacy nie mieli okazji szerzej poznać kolejnej osoby transpłciowej. Dlatego w Resecie zaproponowałam prowadzenie programu „Trans Show”, w którym przeprowadzałam wywiady z osobami trans, m.in. z Anną Grodzką właśnie, Mają Heban, Filipką Rutkowską czy Sylvią Baudelaire. Wspólnie pokazywaliśmy, jak bardzo różnorodna jest nasza społeczność. Później trafi łam na wspomniane ogłoszenie z News24. Pomyślałam, że spróbuję. Udało się! Zespół dziennikarski, do jakiego trafi łam, ma przebogate doświadczenie w innych telewizjach i mediach, czym ja się nie mogłam pochwalić. Jednak moja przyszła szefowa, Agnieszka Dębińska, zobaczyła we mnie osobę, która po intensywnym treningu będzie w stanie profesjonalnie wykorzystać swoje przeżycia do szerzenia na antenie idei równości.

Jak wyglądała twoja droga do życia otwarcie, jako Angela?

Była to droga nie tylko długa, ale i samotna. Wszystkie uczucia i odkrywanie siebie przeżywałam sama ze sobą. Od zawsze lubiłam wkładać „dziewczęce” ubrania. Mam nawet takie zdjęcie: liczę sobie może 2-3 lata, noszę korale i sukienkę. Tak mama musiała się ze mną bawić. Później, w wieku przedszkolnym, przymykała oko na to, że czasem lubię pogrzebać w jej szafie. Do czasu. W pewnym momencie nie wypadało, by osoba z siusiakiem, socjalizowana do męskiej roli, ubierała się „jak dziewczynka”. Mimo prób tłumienia, kobieca ekspresja zawsze we mnie była.

Co na to mama?

Co zaskakujące w ogóle nie wzbraniała się przed rozmowami na temat seksualności. Nie zawsze jednak potrafi ła pozostać w tym obiektywna. Pytałam na przykład: „Kim są geje, o których mówią w telewizji?”. Słyszałam: „To panowie, którzy się kochają”. Dodawała jednak, że to niewłaściwe zachowanie, że mężczyzna zawsze powinien być z kobietą. Kiedy mama przyłapywała mnie na grzebaniu w jej ciuchach, słyszałam: „Mężczyźni, którzy lubią nosić damskie ubrania są bardzo samotni” lub „Bardzo się z tym kryją, by nie opuścili ich najbliżsi”. Co pewnie było prawdą w tamtym czasie, w latach 90. Chciała mnie chronić. Brak akceptacji jednak sprawił, iż nie mówiłam jej o moich potrzebach, nawet wtedy, gdy zaczęłam tranzycję. Bałam się jej reakcji. Byłam pewna, że muszę ukrywać moje zachowania, by zasłużyć na jej miłość. Prócz babci i dziadka, których bardzo kochałam, byłyśmy same. Tata zostawił mamę przed moimi urodzinami. Nie szukałam z nim kontaktu. Jesteśmy niemal w tym samym wieku. Mamy po trzydzieści parę lat. Pewnie w młodości też było ci trudno znaleźć reprezentację. Oczywiście! Kojarzyłam z telewizji słowo: „transwestyta”, które w jakiś sposób pasowało do tego, co czułam. Żyłam jako chłopak, a od czasu do czasu miałam potrzebę ponoszenia damskich ubrań. Podobały mi się dziewczyny, więc teoretycznie mogłam prowadzić życie, jak inni koledzy. Teraz wiem, że jestem lesbijką. Wtedy myślałam, że względnie pasuję do chłopięcego wzorca. „Problemem” była tylko potrzeba kobiecej ekspresji. Przystałam na to, że muszę tę siedzącą we mnie osobę w tajemnicy wypuszczać. Tymczasem pojawiły się stany depresyjne.

Skąd?

Miałam je już okresie nastoletnim. Brały się z poczucia ucisku. Potrzebowałam przestrzeni do eksploracji siebie. Urywałam się na wagary, aby posiedzieć w domu i mieć czas na to, żeby „pobyć” dziewczyną. Funkcjonowanie w męskiej roli było bardzo wykończające. Moją głowę zaprzątała jedna myśl: „Czemu nie urodziłam się dziewczynką?” Dopiero lata później doszłam do tego, że jednak się nią urodziłam. Jako dziecko głęboko wierzyłam, że moje ciało, jak już zacznie dojrzewać, nie przybierze męskiej formy, tylko urosną mi piersi. Będę jak inne dziewczyny. Stało się inaczej, co przyniosło mi ogromny zawód. Dlatego zaczęłam zapuszczać włosy. One były bardziej mną niż reszta mojego ciała, które zaczęło odbiegać od tego, kim się czułam. Mierzyłam 183 cm, rosły mi włosy na nogach, zarost… Zaczęłam odczuwać silną dysforię. Wraz ze mną dojrzewała moja depresja. Dotarłam do takiego momentu, już na studiach, że niemal codziennie płakałam. Nie byłam w stanie tak dalej żyć.

Długie włosy powodowały euforię?

Tak, dawały mi ogromną radość. Znalazłam na nie społeczną wymówkę. Zaczęłam przebywać wśród kolegów, którzy słuchają ciężkiego rocka. Co prawda moje serce się rozdzierało, kiedy kolorowe ciuchy zamieniłam na czarne. Ale cena była tego warta. Wtedy w mediach słyszałam, że jedyną perspektywą zawodową dla jawnych osób trans jest praca seksualna. Oczywiście jako taka jest w porządku, ale po prostu nie jest dla mnie. Wizja przymusu jej podjęcia była więc straszna. Pewnego dnia szczęśliwie trafiłam na internetowe wpisy dwóch trans kobiet pokazujące zupełnie inną rzeczywistość. Jedna pochodziła z Toronto, druga z San Francisco. Ta pierwsza pracowała w biurze, przeszła tranzycję. Wzięła parę tygodni urlopu, w trakcie którego szefostwo zorganizowało szkolenie równościowe reszcie pracowników. Gdy wróciła do pracy, było tak, jakby od zawsze tam funkcjonowała, jako kobieta. Natomiast druga bohaterka, co prawda miała konserwatywną rodzinę, którą straciła po tranzycji, ale za to miała wspierającą i kochającą partnerkę, a jej rodzina przyjęła ją z otwartymi ramionami. Zrozumiałam, że po tranzycji jednak można wieść przeciętne, szare życie. Wykrzyknęłam: „Wow!”. Co prawda Kanada i Stany to zupełnie inne światy, ale stwierdziłam, że może będę musiała włożyć trochę więcej pracy, ale dam sobie radę.

Wszystkie klocki wskoczyły na swoje miejsce?

Po tych historiach wreszcie potrafi łam sama przed sobą przyznać, że nie jestem ekscentrycznym mężczyzną, tylko dziewczyną. W momencie, kiedy zaczęłam tak myśleć, wszystko w moim życiu stało się jasne. Wiedziałam już, dlaczego czuję się tak, jak się czuję. Przestałam płakać. Zaczęłam dążyć do tranzycji.

W jaki sposób?

Już wtedy walczyłam z otyłością, bo zajadałam smutki. Przeszłam na wegetarianizm, by stracić zbędne kilogramy. Bałam się, że inaczej nie przepiszą mi hormonów. Terapię hormonalną rozpoczęłam na przełomie 2012 i 2013 roku. Miałam 26 lat. Byłam pod opieką dr. Dulko. Przygotował dla mnie opinię seksuologiczną, a że nie spotkałam wtedy endokrynologów, którzy deklarowali prowadzenie osób transpłciowych, także przepisywał leki.

Powiedziałaś mamie?

Wyprowadziłam się z domu w 2009 r. Wtedy komunikowałam się z nią tylko przez kłótnie i krzyk. Nie potrafiłyśmy się już porozumieć. Na swoim wreszcie odetchnęłam. Rozmawiałyśmy rzadko. Przez kolejne lata starała się, by nasze relacje się poprawiły. Udało się to dopiero po moim coming oucie w 2014 r. Dopiero, gdy mogłam porozmawiać z nią szczerze o sobie, rzeczywiście stało się to możliwe. Oczywiście musiałam ją później pozwać do sądu w celu zmiany danych w dokumentach. Wtedy już w pełni mnie w tym wspierała. Choć sam fakt konieczności pojawienia się na rozprawie nadal był dla niej bardzo trudny. Wygłosiła jednak tak bardzo wspierającą mnie mowę, że sędzia ogłosiła wyrok już po jednej rozprawie.

Pozytywnie!

Tak, w końcu mogłam szczerze powiedzieć: „Jestem Angela!”. Chociaż przykre doświadczenia zdarzały się nadal. Po coming oucie straciłam znajomych. Nagle przestali się odzywać. Czułam pustkę. W międzyczasie rozstałam się z wieloletnią partnerką. Ona po prostu była hetero. Nie była w stanie kontynuować związku z dziewczyną. Potem miałam też pecha trafi ć na inną kobietę, która skutecznie wykorzystała moje tendencje do współuzależnienia i potrzebę zasługiwania na czyjeś uczucie. Trzymałam się jednak tego toksycznego związku z samotności. Nie potrafi łam sama odejść. Dopiero ona musiała mnie zostawić. Zmarli też dziadkowie, co mnie zupełnie dobiło psychicznie. Na nowo zajadałam smutek. Wcześniej studiowałam sztukę mediów, pracowałam jako początkująca graficzka. Teraz ważyłam 212 kilogramów. Ledwo wstawałam z łóżka, by podpierając się kulami dotrzeć do łazienki. Utrzymywała mnie mama i dawała wsparcie.

Kiedy udało ci się przezwyciężyć trudności?

Nie wierzę, że po śmierci coś na nas czeka. W związku z tym nie poczuję ulgi po cierpieniu, które przeżywałam. Postanowiłam dać sobie szansę i doprowadzić do momentu, gdy poczuję się lepiej. Małymi kroczkami, dzień po dniu. Tak przez długie lata. Wróciłam do leczenia psychoterapeutycznego i psychiatrycznego. Przewrotnie to okres pandemii przyspieszył mój powrót do zdrowia. Cały świat zaczął żyć takim życiem, jakie prowadziłam wcześniej. W domu, w zamknięciu. Odszedł lęk, że coś tracę. Moja psychoterapia nabrała regularności. O ile wcześniej bywało mi trudno osobiście dotrzeć na sesję, tak podczas lockdownu głupio mi było nie dać rady się połączyć przez Skype’a. Nawiązałam też kilka znajomości internetowych. Przeszłam operację bariatryczną, dzięki której schudłam. Po lockdownie zelżały moje lęki społeczne. Byłam gotowa wrócić do ludzi.

Jak cię przyjął świat?

Jakby na mnie czekał przez te wszystkie lata! Gdy się spotkałam ze starą przyjaciółką, rzuciłyśmy się sobie na szyję. Kolejny przyjaciel też mnie doskonale przyjął. Choć on akurat jako jedyny nie opuścił mnie po coming oucie. Także kuzynka ze swoimi dziećmi okazała otwartość. Zostałam dumną ciocią. Zaczęłam na nowo pracować. W taki sposób odbudowywałam swoje życie towarzyskie. Szukałam osób, o których wiedziałam, że mnie na pewno zaakceptują. Znalazłam ich w bohemicznej mieszance performerów warszawskich piwnicznych scen, czyli standupu, burleski, dragu. To najwspanialsi ludzie na świecie!

Z osoby odizolowanej stałaś się panią z telewizji. Jesteś też standuperką.

Standup to moja pasja. Zaczęłam go uprawiać jeszcze przed coming outem. Przerwałam po tranzycji. Kiedy już otwarcie funkcjonowałam jako kobieta, bałam się, jak zostanę przyjęta. Nawet, jakbym chciała, to przez przez głos nie byłam w stanie ukryć swojej transpłciowości. Czy polska publiczność była na to gotowa? Postanowiłam się przekonać w warszawskim Resorcie Komedii. To miejsce otwarte, inkluzywne. Agnieszka Matan prowadzi tam cykl open mic-ów „Dobre Żarty”, który programowo jest bez homofobii, rasizmu, nienawiści. Publiczność więc też przychodzi adekwatna. Jest bezpiecznie. Przed wyjściem na scenę czułam, że serce chce mi wyskoczyć z piersi. Padło moje imię, wyszłam z przygotowanym materiałem. Opowiadałam o pięknym romansie, jaki parę miesięcy wcześniej mnie spotkał. Była to jednak przede wszystkim opowieść o uczuciach, jakie mi towarzyszyły, czyli onieśmieleniu, ekscytacji i poczuciu błogości z bycia akceptowaną taką, jaką się czuję i jaką jestem. Istotny był kontekst mojej transpłciowości, temat pewnie abstrakcyjny dla wielu widzów. Emocje jednak większość odczuwa tak samo, rozmawiałam więc z publicznością ich językiem. Widownia rżała ze śmiechu! Dostałam gromkie brawa. To poczucie akceptacji jest jednym z najwspanialszych uczuć na świecie. Pomyślałam: „Jestem sobą. Wróciłam!”.  

 

Tekst z nr 104/7-8 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Moje hidźry

Z czeskim fotografem LUKÁŠEM HOUDKIEM o jego krakowskiej wystawie zdjęć indyjskich hidźr, o fascynacji tą transpłciową społecznością i o tym, czego Zachód może nauczyć się od tej starej kultury, rozmawia Małgorzata Tarnowska

 

Foto: Donald Chipumha

 

Mieszkasz w Czechach, jesteś romologiem, ale jeden z największych twoich projektów artystycznych dotyczy indyjskiej społeczności hidźr, którą dokumentujesz od ponad 10 lat. Jak wyglądała twoja droga do odkrycia tego tematu?

Wszystko zaczęło się w 2008 r., na wyjeździe badawczym w Radżastanie w Indiach, gdzie jako student badałem społeczność Romów. Szedłem przez pustynię – co uwielbiam – i natrafiłem na samotną farmę. Zacząłem jej się przyglądać i zobaczyłem kobietę o dziwnym, jak mi się zdało, wyglądzie, stojącą w otoczeniu innych kobiet. Dostrzegła mnie i nakazała mi gestem, żebym podszedł. Przeprowadzała jakiś rytuał: towarzyszył jej bębniarz, a ona odgrywała węża.

W jakim sensie wydała ci się dziwna?

Była o wiele wyższa od pozostałych stojących tam indyjskich kobiet, miała niski głos i odmienną mowę ciała. Nie miałem jeszcze wtedy żadnych doświadczeń ze społecznością trans, więc wszystko to było dla mnie zupełnie nowe. Zapytałem o nią pozostałe zgromadzone tam osoby i wyjaśniono mi, że ta kobieta to hidźra odprawiająca rytuał z okazji narodzin cieląt. Kilka dni później znalazłem w księgarni książkę na temat hidźr i zafascynowałem się tym tematem. Postanowiłem wniknąć w ich społeczność i wykorzystać fotografię do dokumentacji jej życia. Zrobiłem to kilka lat później, kiedy wróciłem do Indii w 2012 r.

Jaka jest twoja definicja hidźry?

Używając kategorii zachodnich, można by je nazwać trans kobietami, ale to nie są „tylko” trans kobiety, lecz osoby, które tworzą całą kulturę. W Indiach, w Delhi, gdzie spędziłem najwięcej czasu, funkcjonuje osobna społeczność trans, ukształtowana pod wpływem zachodniego aktywizmu LGBTQ+. Jej członkowie nie chcą jednak być częścią kultury hidźr. A kultura ta jest naprawdę fascynująca. W przeszłości większość hidźr była w młodym wieku wyrzucana z domu – np. jeśli w rodzinie urodziło się interpłciowe dziecko lub jeśli mały chłopiec zaczynał się przebierać w kobiece ubrania lub nakładać makijaż, to bano się, że będzie dręczony i wyśmiewany. A ponieważ chciano dla niego jak najlepiej, przekazywano takie dziecko hidźrom; jeśli było malutkie, to zostawiano je na progu ich domu.

Mówisz o przeszłości, a jak jest teraz?

Teraz już się to nie zdarza, a jeśli już, to w tradycyjnych wioskach ze słabym dostępem do edukacji. Hidźry tworzą własne rodziny z wyboru, a ich struktura jest mniej więcej taka jak w tradycyjnej rodzinie: są matki, córki, babki, siostry. To matriarchalna wspólnota, nie ma w niej ojców. Matkę nazywa się guru, w filozoficznym tego słowa rozumieniu – to ktoś, kto cię prowadzi. Ty jesteś ćela – uczennicą lub córką. Te struktury rodzinne odpowiadają za wzajemną ochronę i stabilizację.

Wspomniałeś wcześniej o domach hidźr. Jak rozumiem, to nie tylko metafora?

Nie. W przeszłości każda rodzina hidźr mieszkała w domu należącym do guru i wykonywała tradycyjne obowiązki – udzielała błogosławieństwa nowo narodzonym dzieciom i zwierzętom czy nowożeńcom. Guru czuwała nad finansami rodziny, a w zamian hidźry wspierały ją finansowo. Celem była również wzajemna ochrona, bo nie każda hidźra może zarabiać na tym samym poziomie. Dzisiaj jest inaczej – zazwyczaj wynajmują niewielką przestrzeń, zwykle skromny pokój, i tylko odwiedzają dom guru. W Delhi często mieszkają osobno i mają własne pieniądze, ale część z nich nadal oddają guru lub na własny koszt kupują jej prezenty, alkohol czy leki. To symboliczne wsparcie, bo guru zazwyczaj są bardzo zamożne.

Ten system przypomina zachodnie domy dragowe: trudna przeszłość, rodzina z wyboru, matriarchalna struktura, solidarność.

Przypomina to trochę „Pose”. (śmiech) Nie dokładnie, ale widać pewne podobieństwo. Istnieje nawet rywalizacja między domami i hierarchia domów. Samo Delhi jest podzielone między domy – dehra. Członkinie każdego z nich pracują na własnym terenie. Domów nie można zmieniać, bo wtedy może się pojawić potrzeba zemsty – np. guru jednego z domów będzie musiała zapłacić wysoką grzywnę. Takie sprawy rozstrzyga pewnego rodzaju sąd, który w razie nieporozumienia wspólnie powołują domy. Zdarzają się też między domami akty przemocy: jeśli zostaniesz złapana na terenie należącym do innego domu, mogą ci ogolić głowę lub oszpecić fryzurę – a piękne włosy są dumą każdej hidźry. Mogą cię też przypalić papierosem albo pobić, żebyś na zawsze zapamiętała, czego ci nie wolno. Poznałem kilka guru i co prawda nie nienawidzą się między sobą, ale czuć między nimi duże napięcie. Zawsze próbowały wyciągnąć ode mnie jakieś informacje na temat innych domów.

A jakie jest nastawienie do hidźr ogółu hinduskiego społeczeństwa?

Ta relacja jest nieco schizofreniczna. W przeszłości hidźry cieszyły się dużym szacunkiem, a ludzie wierzyli, że ze względu na męsko-damską energię mają łączność z bogami. Przeprowadzały rytuały podczas ważnych świąt i zajmowały wysoką pozycję w społeczeństwie. Tak było do XIX w., kiedy w Indiach na szeroką skalę pojawili się Brytyjczycy i postanowili pokazać mieszkańcom podbitego kraju, jak mają żyć, bo uznali, że ci nie spełniają ich standardów. Narzucili więc chrześcijański system wartości i prawo i przypisali hidźry do kategorii grup przestępczych, razem z kryminalistami.

Brytyjskie imperium kolonialne stworzyło jeden z najbardziej opresywnych, homofobicznych kodeksów karnych tego czasu.

W rezultacie współczesne hidźry należą do jednych z najbardziej zmarginalizowanych grup społeczeństwa. Ludzie ich nie lubią, patrzą na nie z pogardą, szufladkują je jako „gejów”, bo uważają je za homoseksualnych mężczyzn. Jednocześnie nadal ich potrzebują – choćby do prowadzenia rytuałów. Konsekwencją jest sprzeczność: mieszkańcy Indii rano zapraszają hidźry, by pobłogosławiły im dom, a wieczorem plują na nie na ulicy.

Czy często dochodzi do poważniejszych aktów przemocy?

Są powszechne. Zdarza się przemoc fizyczna, ale też, co najczęstsze, seksualna. Współcześnie większość hidźr to pracownice seksualne, bo tylko wykonując ten zawód, mogą np. szybko zarobić na tranzycję. Jako takie często padają więc ofiarą przemocy seksualnej, gwałtu i brutalności policji.

A jak współcześnie postrzegane są hidźry w świetle prawa?

W Indiach męski homoseksualny seks był przez długi czas nielegalny, co było konsekwencją władzy Brytyjczyków. W 2018 r. po prawie 150 latach zniesiono to stare prawo i hinduski parlament uchwalił nowe, które zapewnia hidźrom pewien stopień ochrony i dekryminalizuje homoseksualny seks. Ale rzeczywistość pozostała bez zmian. W dodatku chociaż seks nie jest już nielegalny, to nadal karze podlega praca seksualna.

Twoje zdjęcia wystawione w MOCAK- -u dokumentują życie hidźr nieraz w bardzo intymnych zbliżeniach. W jaki sposób wchodziłeś w taką zażyłość ze swoimi bohaterami_rkami?

Ponieważ sam jestem gejem, poznawałem tę społeczność przez aplikacje randkowe takie jak Grindr, bo to tam właśnie hidźry często szukają klientów. Poznałem też wielu mężczyzn, którzy je znali. To były setki osób. Po tylu latach hidźry postrzegają mnie już jako część swojej społeczności, nazywają mnie siostrą. (śmiech)

Opowiesz więcej o swoim sposobie pracy?

 Obie moje serie fotograficzne, „Lilie” i „Ritika”, powstały w Delhi. Wybrałem jedno miasto, żeby jakoś ograniczyć pole badawcze. Zawsze podobały mi się stare portrety z Indii i Czech, skąd pochodzę. Powstawały w ten sposób, że osoba fotografowana przez dłuższy czas pozowała w bezruchu. Lubię ten styl wizualny i w taki też sposób wykonywałem zdjęcia hidźr: zdjęcia są statyczne, nie mają w sobie nic „ładnego”, nie spełniają zasad kompozycji. Po pewnym czasie uznałem, że mając tyle zdjęć, warto stworzyć z nich archiwum, przekształcić modeli w obiekty – wiem, nie brzmi to najlepiej, ale większość tych ludzi bardzo dobrze znam i mam nadzieję, że da się to wyczytać ze zdjęć. Chciałem stworzyć ich archiwum – udokumentować, kto wpasowuje się w kategorię hidźry. Obecnie zdjęć jest ok. 130. Ta pierwsza seria, „Lilie”, jest wystawiana w jednym z pomieszczeń MOCAK-u. Tytuł wymyśliłem na bardzo wczesnym etapie – hidźry wydały mi się pod wieloma względami właśnie takie jak te piękne kwiaty. Kruche, delikatne i niewinne.

Druga seria, „Ritika”, dokumentuje życie jednej hidźry.

Ritika to imię jednej z pierwszych hidźr, które poznałem. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy i w ciągu 10 lat połączyła nas bliska przyjaźń. Jej życie było pełne zmian i zwrotów akcji. Postanowiłem je dokumentować. Seria „Ritika” to po prostu sceny z jej życia. Będąc pracownicą seksualną, nadal mieszka z rodzicami, a oni wiedzą, że jest hidźrą, chociaż nigdy nie powiedzieliby tego na głos. Ze wstydu. Poza tym mimo że wiedzą, czym się zajmuje, i tego nie akceptują, to przyjmują od niej pieniądze, bo nadal jest ich najstarszym „synem”, który według tradycji musi utrzymywać rodziców. Z tego samego powodu muszę przy nich używać jej męskiego imienia. Jej życie jest pełne trudów. Moje zdjęcia dokumentują je w całej rozciągłości.

A ty? Czy jako gej i przedstawiciel Zachodu jesteś przed nimi wyoutowany?

Rodzice Ritiki nie mówią po angielsku, więc porozumiewam się z nimi albo za pośrednictwem Ritiki, albo moim szczątkowym hindi. A Ritika na pewno by tego nie przetłumaczyła, bo wyszedłby z tego kwas. (śmiech) W jej domu rodzinnym rządzi polityka don’t ask, don’t tell, jak niegdyś w amerykańskiej armii.

A czy jest jakiś aspekt kultury hidźr, którego po tylu latach nadal nie udało ci się zbadać?

Myślę, że wiem już całkiem sporo, ale nadal istnieją obszary tej kultury, które są dla mnie obce. Istnieje np. rytuał bardzo bolesnej kastracji, który zgodnie z tradycją wykonywano poprzez odcięcie penisa żyłką. Teraz przeprowadza się go w warunkach szpitalnych. Współcześnie wiele hidźr z niego rezygnuje, ale w przeszłości był niezbędnym warunkiem zostania hidźrą. Nigdy nie zaproszono mnie na taki obrzęd, chociaż uczestniczyłem w innych. Ten jest zarezerwowany tylko dla najbliższych członkiń społeczności.

W jaki sposób hidźry, nie mieszkając już razem na stałe, przekazują sobie informacje o takich ważnych wydarzeniach – i szerzej, jak w ogóle się komunikują?

W dzisiejszych czasach są dość aktywne na social mediach, zwłaszcza na Instagramie. Spotykają się w domach guru lub ośrodkach dla społeczności LGBTQ+ – w tych, w których mile widziane są osoby trans, bo nie zawsze jest to oczywiste. Ludzie identyfikujący się jako geje, zwłaszcza z wyższych kast i z wyższym wykształceniem, często nie postrzegają ich jako ludzi ze swojej społeczności. Poza tym hidźry spotykają się w świątyniach, na różnego rodzaju wydarzeniach i wspólnych modlitwach, lub na pogrzebach. Nawet te pochodzące z różnych domów. A jeśli już przy komunikacji jesteśmy, to ciekawostką jest, że komunikują się również niewerbalnie: ich znakiem rozpoznawczym jest klaśnięcie w dłonie. Nie potrafi ę go odtworzyć, chociaż mnie uczono, (śmiech) ale można je rozpoznać na pierwszy rzut oka. Kiedy hidźry idą ulicą, klaszczą w ten sposób, żeby odstraszyć ewentualnych napastników. Klaśnięcie przybiera też różne znaczenia w zależności od kontekstu.

Częścią kultury dragowej jest specyficzne poczucie humoru. A czy hidźry są zabawne?

Są, bardzo, głównie gdy chodzi o poczucie humoru związane z seksem. Seks jest dla nich bardzo częstym tematem żartów, a jednocześnie wyśmiewanie go jest strategią przetrwania. Każda hidźra ma za sobą jakiegoś rodzaju doświadczenie przemocy. Żartują o gwałtach lub byciu napadniętymi i są przy tym zabawne, ale też wulgarne. Wbrew temu, co ludziom się wydaje, wynika to z ich wewnętrznej kruchości.

A jak na twoje własne postrzeganie siebie jako geja wpłynęło życie wśród hidźr?

Kiedy miałem 5 lat, byłem molestowany przez starszego faceta, a kiedy powiedziałem o tym koledze, on się wygadał przed wszystkimi i stałem się obiektem prześladowania i przemocy fizycznej. Nie było to dla mnie łatwe i długo sądziłem, że nigdy nie zaznam normalnego życia. Doświadczenie życia z hidźrami było przełomem dla mnie jako dla aktywisty na rzecz praw człowieka. Staram się wspierać wszystkich cierpiących, wyszedłem z szafy, współorganizowałem Prague Pride, dzielę się swoim życiem w social mediach – i to też jest pewna strategia. Dwa dni temu zaręczyłem się z partnerem i opublikowałem nasze zdjęcie w internecie. Mój narzeczony, Oleksii Kononskyi, jest Ukraińcem i osobą znaną w lokalnym, ukraińskim świecie biznesu. Był to jednocześnie jego publiczny coming out.

Na zakończenie opowiedz, dlaczego – twoim zdaniem – polska społeczność queerowa powinna poznać bliżej historię i kulturę hidźr.

Myślę – i to jest powód, dla którego w ogóle zacząłem szerzej mówić o hidźrach – że temat transpłciowości jest postrzegany przez homofobiczną część sfery publicznej jako coś nowego, co przyszło do nas, do naszej części Europy, z Zachodu. Kultura hidźr jest żywym dowodem na to, że to nieprawda. Poznanie jej dostarcza argumentów: w Indiach, w jednej z kolebek cywilizacji, tacy ludzie istnieją od wielu tysięcy lat. Aż do czasu kiedy najechaliśmy ich my, Europejczycy. Ci ludzie, hidźry, byli uprzywilejowani – pełnili funkcję sędziów, byli doradcami królów. Potem to się zmieniło, bo narzuciliśmy im nasze standardy moralne. Myślę więc, że warto poznawać kulturę hidźr z wielu powodów, ale głównie dlatego, że ta wiedza daje twardy grunt pod stopami w dyskusjach, kiedy już nie wiesz, co odpowiedzieć. Zawsze możesz powiedzieć: istnieje taka kultura, i to nie jedyna na świecie. W rdzennej Ameryce Północnej były osoby two-spirit, podobne społeczności znajdziemy również w historii wielu innych kultur. Tacy ludzie często pełnili w swoich wspólnotach funkcję szamanów czy czarowników i cieszyli się wielkim szacunkiem. Ja cieszę się szczególnie, że moja wystawa odbywa się w Polsce. Zwłaszcza tu trzeba pokazać, że społeczność LGBTQ+ była na świecie od zawsze. Tutaj jest nasze miejsce.

***

Lukáš Houdek (ur. 1984) – czeski fotograf. Ukończył romologię na Uniwersytecie Karola w Pradze. W twórczości koncentruje się głównie na fotografii dokumentalnej. Autor dwóch serii zdjęć dokumentujących życie codzienne indyjskich hidźr – osób uznanych przy narodzinach za mężczyzn, ale odrzucających tę identyfikację i od wieków tworzących odrębną kulturowo społeczność. Obie serie zdjęć Lukáša – „Lilie” i „Ritika” – można oglądać w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK do 30 września 2023r.  

 

Tekst z nr 104/7-8 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Charlotte, Toni i Dora

O trzech transpłciowych kobietach, które jako pierwsze na świecie przeszły korektę płci – przed Lili Elbe, znaną z książki i filmu „Dziewczyna z portretu” – pisze RAIMUND WOLFERT. Tłumaczenie: Andrzej Sosnowski. Konsultacja: Joanna Ostrowska

 

Od lewej: Toni Ebel, Charlotte Charlaque i Dora Richter. Zdjęcie pochodzi z filmu „Eldorado. Wszystko, czego nienawidzą naziści”) w reż. B. Cantu (Filmarchiv
Austria, Wien/Netflix)

 

Prapremiera austriackiego „seksualnego filmu dźwiękowego” „Misterium płci” (niem. Mysterium des Geschlechtes), który miał się przyczynić do rozszerzenia ówczesnych debat o płci, tożsamości czy samookreślaniu się, miała miejsce w kwietniu 1933 r. w Wiedniu. Obraz – w skrócie – opowiada o przygotowaniach przyszłych lekarzy, Feliksa Werkmanna oraz Elisabeth Gärtner do egzaminu końcowego na uniwersytecie. Pewnego dnia Werkmann proponuje swojej przyjaciółce, żeby zbadali nocne życie „osób seksualnie anormalnych”. W jednym z barów poznają morfinistkę oraz mężczyznę przebranego za kobietę. Następnego dnia w uniwersyteckiej klinice przeprowadzona zostaje operacja korekty płci, a później pokazane są tzw. operacje odmładzające. W fabułę filmu zostały wplecione różne sekwencje dokumentalne. W jednej z nich widać trzy eleganckie kobiety, które ufryzowane, z porządnym makijażem i biżuterią, dumnie uśmiechają się do kamery. Sceny te komentuje głos z off u: „Widzimy tu trzy osoby, które z wyglądu wydają się być kobietami. W rzeczywistości zaś są to trzej mężczyźni, którzy od urodzenia, wskutek ich nastawienia psychicznego, wykazywali kobiece skłonności i na własne życzenie dzięki operacji stali się kobietami”.

W „Misterium płci” nie wymieniono ani ich nazwisk, ani żadnych innych danych osobowych, które mogłyby umożliwić identyfikację. Jeszcze przed paroma laty film ten był znany jedynie wtajemniczonym historykom filmu. W wyniku masowych protestów i interwencji policji już po kilku dniach obraz usunięto z repertuaru wiedeńskiego kina Lichtspieltheater. W Niemczech zaś z powodu cenzury w ogóle nie doszło do publicznej projekcji. Dziś, 90 lat później, wiemy już więcej o samym filmie, kulisach jego powstania i bohaterkach. Te trzy kobiety to Charlotte Charlaque, Toni Ebel oraz Dora Richter. Wszystkie trzy w tamtym czasie mieszkały i pracowały w Instytucie Seksuologii berlińskiego lekarza Magnusa Hirschfelda (1868-1935). Z całą pewnością były pierwszymi transpłciowymi kobietami na świecie, które przeszły korektę płci wcześniej niż Lili Elbe (1882-1931). Dotychczas, przede wszystkim dzięki popularności filmu „Dziewczyna z portretu” z 2015 r. (reż. Tom Hooper), Elbe traktowano błędnie jako pierwszą kobietę po operacji korekty płci.

Nie wiemy jednak, jaki stosunek do „Misterium płci” miały Charlotte, Toni i Dora. Po 1933 r., z wiadomych względów (dojście Hitlera do władzy – przyp. red.)milczały i ukrywały fakt, że przy nim pracowały. Przez dziesięciolecia ich dalsze losy pozostawały tajemnicą, aż do 2015 r., kiedy rozpoczęto badania rzucające nowe światło na te biografie. Nadal ich historia zawiera mnóstwo białych plam i pytań bez odpowiedzi. Jednak mimo wszystko jesteśmy już w stanie nakreślić życiorysy tych trzech pionierek.

Centralnym punktem tych opowieści nie będzie jednak Wiedeń, a Berlin – kolebka współczesnego ruchu LGBT i queerowej rzeczywistości, którą znamy dziś. Przed stu laty praktycznie nie było miejsca na świecie, gdzie lesbijki, geje, osoby bi czy trans cieszyłyby się taką wolnością jak w Berlinie Republiki Weimarskiej. Oczywiście zanim naziści zniszczyli znienawidzoną przez siebie queerową infrastrukturę, brutalnie prześladując, mordując czy zmuszając do ucieczki osoby, które z tożsamościowego i seksualnego punktu widzenia były inne – tak jak Charlotte, Toni i Dora.

Charlotte

Charlotte Charlaque urodziła się 14 września 1892 r. w Berlinie jako drugie dziecko w rodzinie o żydowskich korzeniach. Właściwie jej nazwisko rodowe brzmiało Scharlach, a jako że przy narodzinach rodzice uznali ją za chłopca, nadali jej imię Curt. Charlotte czasami nawiązywała do swojego pierwotnego imienia, używając wybranej przez siebie wersji „Charlotte von Curtius”. Jej ojciec Edmund Scharlach prowadził sklep, ale w 1901 r. wyemigrował do USA. Jego żona Jenny wraz z dwójką dzieci dołączyła do niego rok później. Osiedlili się w San Francisco, gdzie mogli być świadkami katastrofalnego trzęsienia ziemi, które nawiedziło miasto w 1906 r.

Pod koniec 1910 r., jeszcze zanim państwo Scharlach się rozwiedli, matka ze starszym synem zdecydowali się wrócić do Niemiec. Charlotte Charlaque vel Curt Scharlach została w USA i przeniosła się najpierw do Chicago, a następnie do Nowego Jorku, gdzie kształciła się jako skrzypaczka. W 1922 r., jak pokazuje jej amerykański paszport, również wróciła do Niemiec, aby tam studiować. Na początku pobytu w Berlinie występowała jako śpiewaczka, tancerka oraz aktorka. Później pracowała jako nauczycielka języków obcych, tłumaczka, a także recepcjonistka w Instytucie Seksuologii Magnusa Hirschfelda. Jednym z jej obowiązków było doradzanie „transwestyckim” pacjentom i pacjentkom przy wyborze stroju. W tamtym czasie pojęcie transpłciowości jeszcze nie istniało, ale w 1929 r. Charlotte pojechała z Magnusem Hirschfeldem oraz jego życiowym partnerem Karlem Giese (1898-1938), pracującym w Instytucie archiwistą, na trzeci międzynarodowy kongres Światowej Ligi Reformy Seksualnej do Londynu.

W tym czasie również, tj. w latach 1929- -1931, Charlotte poddała się w Berlinie operacjom korekty płci, które częściowo sfinansowali brytyjski seksuolog Havelock Ellis (1859-1939) oraz duński lekarz Jonathan Hoegh von Leunbach (1884–1955). W świetle tych faktów wspomnienia Lili Elbe, które ukazały się po raz pierwszy w 1931 r. pod tytułem „Fra mand til kvinde” (dun. Z mężczyzny w kobietę) i wywołały sensację, są problematyczne, gdyż Lily nie była pierwsza i jedyna. Urodziła się w 1882 r. i żyła najpierw w Danii i Francji pod nazwiskiem Einar Wegener. Jak czytamy w „Z mężczyzny w kobietę”, gdy Wegener po raz pierwszy odwiedził Instytut Seksuologii, do poczekalni weszła „dama, asystentka Hirschfelda”. Zaczęła z nim rozmawiać, taktownie dobierając słowa, bez cienia nachalności rzuciła: „Pański przypadek jest dla nas tutaj novum. A to, co z naukowego punktu widzenia dodatkowo wzmaga nasze zainteresowanie, to fakt, że jest pan artystą, intelektualistą, jest pan więc w stanie analizować siebie samego, swoje uczucia i życie emocjonalne. Doświadczy pan wszak czegoś niesłychanego, czegoś niewiarygodnego, żyjąc i czując jak mężczyzna, w końcu będzie pan żyć i czuć jak kobieta”.

W 1930 r. Lili Elbe nie była jednak żadnym novum w Instytucie Seksuologii. Tym bardziej, że biorąc pod uwagę późniejsze wypowiedzi Charlotte Charlaque o jej pracy w Instytucie, możemy śmiało przypuszczać, że to właśnie ona była kobietą, która tak czule powitała Wegenera. Przemawia za tym także fakt, że Charlotte Charlaque protekcjonalnie wypowiadała się o Lili w latach 50. XX w. W jednym z wywiadów powiedziała: „Była zniewieściałym (tuntig – przyp. red.) chłopakiem włóczącym się po ulicach. […] Później Lili Elbe była bardzo nieszczęśliwa. Przygruchała sobie jakiegoś chłopaczka. Bardzo głupio z jej strony”.

Lili Elbe nie była także pierwszą artystką, która poddała się operacjom korekty płci w Instytucie Seksuologii. Tytuł ten o wiele bardziej należy się Toni Ebel, która tak jak Elbe była malarką.

Toni

Toni Ebel urodziła się 10 listopada 1881 r. jako pierwsze z jedenaściorga dzieci berlińskiego kupca i jego żony. Rodzice ochrzcili rzekomego syna imieniem Arno. Jednak już jako małe dziecko wyróżniał się „dziewczyńskim usposobieniem” oraz wybitnym zainteresowaniem pracami domowymi. Gdy w wieku 19 lat Toni poróżniła się z rodzicami, ponieważ zakochała się w mężczyźnie, opuściła Berlin i udała się w podróż, docierając do Włoch, Afryki Północnej i Ameryki.

W 1908 r. Toni vel Arno Ebel wróciła do Niemiec, gdzie widocznie starała się dopasować do stawianych jej wymogów społecznych, przyjmując rolę męską. W 1911 r. poślubiła Olgę Boralewski (1873-1928) z położonego na północ od Torunia Culmsee (ob. Chełmża), która miała syna z wcześniejszego związku. Niestety to małżeństwo było bardzo nieszczęśliwe. Ebel kilkukrotnie próbowała popełnić samobójstwo, aż w końcu została skierowana do zakładu zamkniętego. W 1916 r. powołano ją do służby wojskowej i jako starszy szeregowiec Arno Ebel walczyła na froncie zachodnim we Francji podczas I wojny światowej. W okopie przysypała ją ziemia i z tego powodu przeżyła silne załamanie nerwowe. Zwolniono ją ze służby wojskowej i uznano za „osobę o znacznym stopniu niepełnosprawności”.

Po proklamacji republiki w Niemczech Toni Ebel zaczęła karierę polityczną. Zaangażowała się najpierw w SPD (Socjaldemokratyczną Partię Niemiec), później w KPD (Komunistyczną Partię Niemiec). Po śmierci żony skontaktowała się z Magnusem Hirschfeldem w celu rozpoczęcia procedury korekty płci. Pomogła jej przy tym przyjaciółka Charlotte Charlaque, choć nie wiadomo, kiedy dokładnie się poznały. W 1928 r. Toni otrzymała tzw. legitymację transwestyty, dzięki której mogła pokazywać się w kobiecym stroju także publicznie. Pierwszą z pięciu operacji korekty płci przeszła 6 stycznia 1929 r., zaś jej wniosek o pozwolenie na używanie imienia „Toni” rozpatrzono pozytywnie rok później. Nigdy nie było to jednak jej wymarzone imię.

Dora

Trzecią z pionierek była Dora Richter, nazywana czule przez wszystkie inne w Instytucie „Dorchen”. Urodziła się 16 sierpnia 1892 r. w Seifen (ob. Ryžovna w Czechach) jako najstarsze z sześciorga dzieci muzyka i koronczarki. Również jej rodzice założyli przy narodzinach, że to chłopiec, więc nadali jej imię Rudolf. Dora vel Rudolf już jako dziecko wykazywała zainteresowanie dziewczyńskimi ubraniami i zabawami, gardząc jednocześnie wszystkim tym, co szorstkie, prostackie czy grubiańskie – co kojarzyło jej się z chłopcami. Najpierw Richter szukała ukojenia i oparcia w wierze katolickiej, w której ją wychowano. Bez skutku. Miała liczne próby samobójcze, ponieważ nienawidziła swoich męskich organów płciowych. Po ukończeniu praktyki piekarskiej w 1909 r. przeniosła się do większego miasta, prawdopodobnie do Karlsbad (ob. Karlowe Wary), a w końcu do Lipska, gdzie znalazła zatrudnienie w restauracji, w której mogła nosić strój kelnerki. W 1916 r., podobnie jak Toni Ebel, dostała powołanie do wojska, choć już po dwóch tygodniach zwolniono ją ze służby. W 1920 r. za namową przyjaciela przeprowadziła się do Berlina i zameldowała w Instytucie Hirschfelda. Od tego momentu mieszkała tam i pracowała jako pokojówka i pomoc kuchenna.

Pracujący w Instytucie lekarz Ludwig Levy-Lenz (1889-1966), który urodził się w Poznaniu, napisał w pamiętniku: „Dla transwestytów problematyczna była też kwestia zatrudnienia. […] Jako że mieliśmy tego świadomość i tylko nieliczne miejsca zatrudniały transwestytów, dawaliśmy im w miarę możliwości pracę w naszym instytucie. Mieliśmy więc np. pięć pokojówek – wszystkie to transwestyci i nigdy nie zapomnę tej sceny, którą ujrzałem, gdy raz po pracy zajrzałem do kuchni. Siedziało tam obok siebie spokojnie pięć »dziewcząt«, robiło na drutach i szyło, śpiewając przy tym stare piosenki ludowe. W każdym razie była to najlepsza, najbardziej pracowita i sumienna pomoc domowa, jaką kiedykolwiek mieliśmy. Nie zdarzyło się, by ktoś z osób odwiedzających Instytut »coś« zauważył”.

Według Levy-Lenza życie „transwestyckich pokojówek” w Instytucie Seksuologii około 1930 r. mogło być jednak tak spokojne co najwyżej w kuchni, czyli wśród przyjaciółek i przyjaciół. Już poza kręgiem bliskich osób, nawet w Berlinie sprzed 1933 r., kobiety nie były chronione przed wrogością, oszczerstwami i atakami. Często były również zmuszone zerwać kontakty z rodziną. W przypadku Charlotte Charlaque liczył się jeszcze fakt, że była Żydówką, co tylko wzmagało prześladowania.

Charlotte i Toni

Toni Ebel, którą z Charlotte łączyła głęboka przyjaźń czy wręcz relacja miłosna, przeszła na początku lat 30. na judaizm. Najpóźniej od 1932 r. mieszkały już razem w berlińskiej dzielnicy Schöneberg, a ponieważ obie oczywiście były zdecydowanymi przeciwniczkami narodowego socjalizmu, wiosną 1934 r. uciekły do Czechosłowacji, gdzie osiadły najpierw w Karlowych Warach, a następnie w Brnie i Pradze. Podczas gdy Ebel malowała obrazy dla kuracjuszy i innych klientów, Charlaque dawała lekcje angielskiego i francuskiego m.in. Żydom i Żydówkom, uciekającym przed prześladowaniami z nazistowskich Niemiec. W Brnie miały też chwilowo kontakt z byłym partnerem Magnusa Hirschfelda – Karlem Giese, który na początku 1938 r., tuż po aneksji Austrii przez Rzeszę Niemiecką, z rozpaczy odebrał sobie życie.

Parę miesięcy przed wkroczeniem Niemców do Czechosłowacji i ustanowieniem „Protektoratu Czech i Moraw” sytuacja Toni i Charlotte pogorszyła się. W ich domu przeprowadzano rewizje i zwłaszcza Ebel uchodziła za „nieproszoną cudzoziemkę”. Przeprowadzka z Brna do Pragi stanowiła jedynie tymczasowe rozwiązanie. 19 marca 1942 r. praska policja ds. cudzoziemców aresztowała Charlotte Charlaque za bycie Żydówką. Charlotte początkowo miała być internowana w getcie Th eresienstadt i nawet przygotowano dla niej odpowiednią kenkartę. Jednak Toni Ebel udało się przekonać szwajcarskiego konsula w Pradze, że Charlotte jest amerykańską obywatelką. Nie posiadała odpowiednich dokumentów tylko dlatego, że miała je wcześniej przekazać amerykańskiemu wicekonsulowi w Wiedniu, aby otrzymać nowy paszport. Ebel nie wspomniała jednak, że ów wicekonsul nie zgodził się na wystawienie paszportu dla Charlaque z jej kobiecym imieniem.

Charlotte Charlaque przewieziono do obozu internowania Liebenau, który założono w 1940 r. w miejscu byłego zakładu zamkniętego dla osób psychicznie chorych w południowych Niemczech. Stamtąd zaś, wraz z innymi nie-niemieckimi kobietami i dziećmi, przeznaczonymi na wymianę za Amerykanki i Brytyjki niemieckiego pochodzenia, wysłana do USA. Toni Ebel została sama w Pradze, gdzie wielokrotnie przesłuchiwało ją gestapo. Oszczędzono jej deportacji i internowania w obozie, ale, jako Niemka, została wydalona z Czechosłowacji na początku 1945 r. Zostawiła tam cały swój dorobek. Od granicy między Czechosłowacją, a Niemcami szła pieszo do Cottbus. Stamtąd składem węglowym przyjechała do Berlina.

Po wojnie

Po II wojnie światowej Toni Ebel znów zamieszkała w swoim rodzinnym mieście. Osiedliła się we wschodniej części Berlina, otrzymała status „ofiary faszyzmu” (OdF), a także, w pierwszych latach istnienia Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD), zyskała pewną sławę jako malarka. Wspierała NRD, zwłaszcza że to „pracowniczo-rolnicze państwo” przyznało jej „honorową emeryturę”, a jej obrazy były prezentowane na licznych wystawach. W 1956 r. z okazji jej 75. urodzin uhonorowano ją własną wystawą w jednym z muzeów we wschodnim Berlinie. Krótko po wojnie utrzymywała listowny kontakt z Charlotte, która 2 lipca 1942 r. bezpiecznie dotarła do Nowego Jorku. Z czasem Charlotte zasłynęła jako aktorka w off -broadwayowskim teatrze oraz „królowa promenady Brooklyn Heights”. Jednak obie kobiety nigdy więcej już się nie spotkały.

Toni Ebel zmarła 9. stycznia 1961 r. we wschodnim Berlinie po długiej chorobie. Charlotte Charlaque odeszła niespełna dwa lata później 6 lutego 1963 r. w Nowym Jorku.

O losach Dory Richter wciąż krążą plotki. Po dziś dzień nie udało się ustalić, kiedy i gdzie dokładnie zmarła. Przyjęło się myśleć, że została zamordowana podczas akcji plądrowania Instytutu Seksuologii przez nazistów w maju 1933 r. Najwyraźniej jednak było inaczej. W 1955 r. w Nowym Jorku Charlotte Charlaque, wspominając losy przyjaciółki w kontekście przejęcia władzy przez nazistów, powiedziała: „Jako że była wybitną kucharką, szybko przejęła restaurację w jej rodzinnym mieście”. Dalsze badania być może pokażą, czy faktycznie tak było. Dopiero niedawno nazwisko Dory Richter odnaleziono w spisie powszechnym z 1939 r. z jej rodzinnego miasta. W spisie mieszkańców Ryžovnej z 1950 r. już nie fi guruje. Warto jednak pamiętać, że do tego czasu większość Niemców została już wysiedlona z Czechosłowacji. Poszukiwania więc nadal trwają.

W tekście pojawiają się fragmenty źródeł z epoki, w których używano innego języka dotyczącego transpłciowości. Warto pamiętać o tym, że w pierwszych trzech dekadach XX w. słowa dziś uznane za opresywne były używane w zupełnie innym kontekście.

Za pomoc w zdobyciu fotografii Toni, Charlotte i Dory dziękujemy Benjaminowi Cantu – reżyserowi filmu „Eldorado. Wszystko, czego nienawidzą naziści” (patrz: s. 68).   

***

Raimund Wolfert (ur. 1963 r.) studiował skandynawistykę, językoznawstwo i bibliotekoznawstwo w Bonn, Oslo i Berlinie. Mieszka w Berlinie, pracuje w Towarzystwie Magnusa Hirschfelda i jest redaktorem czasopisma „Mitteilungen der Magnus-Hirschfeld-Gesellschaft”. Autor książek: „Nirgendwo daheim: das bewegte Leben des Bruno Vogel” (2012), „Homosexuellenpolitik in der jungen Bundesrepublik: Kurt Hiller, Hans Giese und das Frankfurter Wissenschaftlich-humanitäre Komitee” (2015), „Botho Laserstein: Anwalt und Publizist für ein neues Sexualstrafrecht” (2020) oraz „Charlotte Charlaque: Transfrau, Laienschauspielerin, »Königin der Brooklyn Heights Promenade«” (2021). Jeden z konsultantów historycznych filmu „Eldorado…”.  

 

Tekst z nr 104/7-8 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.