Tęczowe Hollywood Małgorzaty Zajączkowskiej

Z aktorką MAŁGORZATĄ ZAJĄCZKOWSKĄ rozmawia Rafał Dajbor

fot. Marlena Bielińska (arch. Teatru 6. piętro)

Z jaką wiedzą na temat homoseksualności wyjechałaś z Polski w 1981 r., by wrocić po niemal dwudziestu latach jako aktorka, ktora zaistniała w Hollywood? Pamiętasz moment, w ktorym zetknęłaś się z nieheteronormatywnością pierwszy raz?

Pierwszego momentu nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że gdy byłam w warszawskiej PWST, z pierwszego roku wydziału aktorskiego wyleciał bardzo, moim zdaniem, zdolny chłopak – jak się potem okazało, dlatego że był gejem.

To od razu dotykamy ciekawego wątku – homofobii PWST w latach 70. XX wieku. Jadwiga Jankowska-Cieślak mowiła mi w wywiadzie dla „Repliki“, że szkoła była homofobiczna, natomiast wielu innych rozmowcow zaprzeczało tej tezie.

Z mojego punktu widzenia – była. Ten chłopak miał głos jak miód, którym fenomenalnie interpretował teksty. Ale to nie wszystko, gdyż pół roku później skreślono z listy studentów kolejnego chłopaka, z którym ten wcześniej wyrzucony miał romans. Uderzyło mnie to wtedy strasznie.

A przecież w kadrze profesorskiej były osoby nieheteronormatywne, by wspomnieć choćby twojego profesora i reżysera twojego przedstawienia dyplomowego – Jerzego Kaliszewskiego. Na pewno biseksualnego, być może homoseksualnego. Jankowska- -Cieślak mowiła, że niewiele się od niego nauczyła. Że był nudnym, starszym panem. Z kolei Jan Peszek (także w rozmowie z „Repliką“) przyznał, że wszystko, co najlepsze w swoim aktorstwie, zawdzięcza profesorowi Kaliszewskiemu. Do kogo ci bliżej?

W okresie studiów – do Jankowskiej- -Cieślak. Dziś zdecydowanie do Peszka i jak będę miała spotkanie z Jankiem, to z nim nawet o tym porozmawiam. Trochę się profesora Kaliszewskiego bałam, trochę go nie lubiłam, a trochę mnie denerwował. Wiele nam opowiadał, ale trzymał duży dystans. Był jakby za ścianą. Oglądając nasze sceny, robił dziwne miny, dziwne gesty. Im dłużej jestem w zawodzie, tym bardziej profesora Kaliszewskiego doceniam. On uczył rzemiosła. Fachu. To właśnie profesor Kaliszewski nauczył mnie podstawowej rzeczy – że jeśli sobie z jakąś rolą nie radzę, bo mi nie leży emocjonalnie, a z jakiegoś powodu muszę ją zagrać, to rzemiosło mi pomoże. Mówiło się w szkole o jego homoseksualności, ale nas to specjalnie nie zajmowało. A wobec chłopaków zachowywał się zawsze bez żadnych podtekstów, był wobec nich zdystansowany, jak wobec wszystkich.

W PWST byłaś na bardzo ciekawym roku – twoimi koleżankami były m.in. Joanna Pacuła i Liliana Głąbczyńska, czyli, tak samo jak ty, aktorki, ktore zrobiły kariery na drugiej połkuli. Przy czym losy każdej z was toczą się dziś inaczej. Pacuła mieszka i pracuje w USA, Głąbczyńska dzieli swoj talent między Polskę a Kanadę, ty wrociłaś na stałe do Polski.

Czasem jeżdżę do USA i nawet kilka lat temu zagrałam jedną z dwóch głównych ról, obok Karen Gillan, w filmie „Late Bloomers”, w Polsce miał on chyba tytuł „Lepiej późno niż wcale”. Reżyserka tego filmu szukała aktorki mówiącej dobrze polsku i ktoś tam sobie o mnie przypomniał. A do Polski wróciłam w 1999 r. Po rozwodzie zostałam sama z synem, no i po pierwszym okresie wielkiego podekscytowania faktem, że oto ja, polska aktorka, gram z największymi gwiazdami kina, zaczęłam mieć dość słuchania, że w tej czy tej roli byłabym super, tylko nie z tym akcentem

A dlaczego wyjechałaś z Polski?

To jest bardzo ciekawe zagadnienie, bo wcześniej w ogóle nie myślałam o żadnej emigracji, a już na pewno nie o graniu w Hollywood. W 1981 r. Joaśka Pacuła wyjechała do Francji i wydzwaniała do mnie, żebym do niej przyjechała. Byłam wtedy aktorką Teatru Narodowego i poszłam do dyrektora Adama Hanuszkiewicza, który miał taką zasadę, że jak było wszystko w porządku, mówił do mnie „mała”, a jak miał pretensje – „proszę pani”. Powiedział: „Proszę pani, pani chyba zwariowała. Pani gra we wszystkich spektaklach”. No ale jak to w teatrze – tu ktoś złamał nogę, tu ktoś zachorował i nagle zrobiło mi się łącznie dziewięć wolnych dni. Poleciałam do Paryża. A cztery dni później wybuchł stan wojenny. I nie było jak wrócić. W Paryżu poznałam mojego przyszłego męża, też Polaka. On marzył o wyjechaniu do USA. A że byłam zakochana, to myślałam na zasadzie „wszystko jedno gdzie, byle z nim”. Tak, po dwóch i pół roku we Francji, znalazłam się w Ameryce.

We Francji zagrałaś w kilku filmach, znajdowałaś się w bardzo ciekawym polonijnym kręgu, w ktorym byli m.in. Joanna Pacuła, Ewa Sałacka, Eugeniusz Priwieziencew, Włodzimierz Press. Poznałaś tam gejow?

Polskich artystów we Francji było wtedy więcej. Agnieszka Holland, Boguś Linda, Krzysiek Krauze, Daniel Olbrychski… Oczywiście, że poznałam wtedy całe mnóstwo osób homoseksualnych. W towarzystwie, w którym się obracałam, byli geje, o których wiadomo było, że są parą i na nikim tam nie robiło to wrażenia. Było to normalne. I na mnie także nie. Wychowywali mnie dziadkowie, dla których w ogóle nie istniała kwestia gejowska, żydowska… Liczył się człowiek. Jedyni ludzie, których dziadkowie nie tolerowali, to była ubecja. Mam dziś przyjaciół gejów, którzy potrafią powiedzieć do mnie o kimś: „nie mogę patrzeć na tę ciotę”. Wiedzą, że ja wiem, co chcą przez to powiedzieć, że to tak, jakbym ja powiedziała o kimś „nie mogę patrzeć na tego chuja”. Mam tylko jeden problem – gdy gej ma żonę, żona nic nie wie o jego drugim życiu, a on ją oszukuje. Znam geja, który jest fantastycznym ojcem. Jego przyjaciółka chciała mieć dziecko. On chciał mieć dziecko. Żyją na dwa domy i wychowują swojego syna wspaniale. Ale tu wszystko było uczciwie dogadane, jasne od początku do końca. A przy tym nie oczekuję od nikogo, że zrobi coming out, że będzie o tym opowiadał. Wiem, że wielu gejów nie ujawnia się, by nie „stracić” rodziców, bliskich. Nie można od nikogo wymagać heroizmu.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.