Z TOMASZEM SŁODKIM, dziennikarzem, założycielem LGBT.TV, oraz z jego partnerem CAMILO CASTRO, rozmawia Tomasz Piotrowski

Tomku, podobno trzy lata temu pojechałeś na wakacje do Kolumbii i wróciłeś z chłopakiem?
T: To prawda, już od trzech lat jestem z Camilo, ale to nie jest mój pierwszy chłopak z Kolumbii. Już wcześniej trochę tam pomieszkiwałem – głównie właśnie z powodu miłości.
W 2019 roku miałem pierwszego chłopaka z Kolumbii, później innego z Wenezueli, a potem znów z Kolumbii. Te związki po kilku miesiącach kończyły się śmiercią naturalną. I kiedy znów w 2022 roku się tam wybierałem, konkretnie do miasta Medellín, to jeszcze będąc w Warszawie, na Instagramie napisałem do kilku chłopaków, którzy mieli hasztag #gaymedellin. Camilo odpisał pierwszy, najlepiej mi się z nim pisało, więc kiedy przyleciałem do Kolumbii, to się spotkaliśmy. Zaiskrzyło.
Faceci z Ameryki Południowej, a szczególnie z Kolumbii, to twój ideał mężczyzny?
T: Zmęczyłem się związkami w Polsce. Jest tu dużo toksycznych ludzi, z pokręconymi historiami, którzy nie pracują nad sobą, nie chodzą na terapię. A w Kolumbii zobaczyłem, że ludzie są otwarci, ciepli, serdeczni. No i… bardzo przystojni. Pomyślałem: „To jest mój dom”. (śmiech) Latynosi są też trochę „crazy”.
Pierwszy raz poleciałeś do Kolumbii po prostu na wakacje, czy to też już była zaplanowana na Instagramie randka?
T: Mojego pierwszego chłopaka z Kolumbii Wiktora poznałem w Amsterdamie. Spotykaliśmy się u niego, ale też trochę w Niemczech, bo to była połowa drogi między Amsterdamem a Warszawą. Potem spędziliśmy w Warszawie tak fantastycznego Sylwestra, że byliśmy obaj zakochani po uszy. Minęło dwadzieścia dni i wynajęliśmy razem mieszkanie w Kolumbii, by tam zamieszkać
Odważnie.
T: Chyba zbyt odważnie. Bariera językowa nas pokonała. Każdą kłótnię prowadziliśmy za pomocą Google Translator, nieporozumienia tylko się nakręcały, rozstaliśmy się dziewięć miesięcy później.
Camilo, co pomyślałeś, gdy dostałeś wiadomość od Polaka?
C: Nic złego! (śmiech) Kiedy oznaczałem swoje zdjęcia hasztagiem #gaymedellin, pisało do mnie wielu facetów przyjeżdżających do mojego miasta. Pomyślałem więc, że Tomek też jest turystą. Może wyjdzie z tego fajna randka?
I wyszła?
C: Tak. Pierwszy raz spotkaliśmy się 21 marca. Przez następny miesiąc widywaliśmy się bardzo często – albo u Tomka w apartamencie, albo wychodziliśmy coś zjeść. Dużo też imprezowaliśmy.
T: Camilo pracował wtedy w drukarni jako grafi k, około dziesięciu minut pieszo od mojego mieszkania. Pracę zaczynał o siódmej rano i kończył około 20:00. Wtedy przychodził do mnie. Spędzaliśmy razem czas do trzeciej czy czwartej nad ranem. Była to ciężka praca za stosunkowo małą płacę i w związku z tym zacząłem kombinować. Generalnie byłem wtedy w fazie intensywnego wydawania własnych książek – poradników biznesowych, wizerunkowych i podróżniczych – do tej pory wydałem ich siedem. Pomyślałem, że zaproponuję Camilo, by przyleciał ze mną do Polski i by pomagał mi przy drukach, robiąc grafi ki. Skalkulowałem, że może zarobić nawet więcej niż w Medellín. Złożyłem propozycję i została ona przyjęta. Camilo zrezygnował z pracy miesiąc po naszym poznaniu się.
Camilo, znasz faceta od miesiąca i decydujesz się na wyjazd z nim na drugi koniec świata?
C: Spędziliśmy razem wyjątkowe chwile, więc czemu nie? Nie miałem nic do stracenia. T: Kolejny miesiąc byliśmy jeszcze w Kolumbii. Następnie wyjechaliśmy na dwa tygodnie na wakacje do Meksyku, a stamtąd, w czerwcu, dotarliśmy do Polski.
C: I właśnie w Meksyku, na tydzień przed wyjazdem, powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy razem.
Camilo, co wiedziałeś o Polsce?
C: Widziałem Polskę tylko w Internecie. I szczerze mówiąc myślałem, że to jest region Rosji. (śmiech) Nie wiedziałem nawet, że Warszawa jest waszą stolicą. Więc kiedy tu przyjechałem, przeżyłem pozytywny szok kulturowy. Warszawa od razu mi się spodobała.
Tomek, rzeczywiście zatrudniłeś Camilo? Jak to się potoczyło?
T: To muszę zacząć od samego początku. Jestem dziennikarzem radiowym i telewizyjnym. Radio to moja pasja – robię to od jedenastego roku życia. Kiedy w 1994 roku, gdy miałem właśnie jedenaście lat, na antenie Telewizji Polskiej wyemitowano serial „Radio Romans” według scenariusza Ilony Łepkowskiej – zakochałem się w życiu radiowca. Zacząłem namiętnie słuchać Trójki i marzyć o własnym programie. Na tyle mocno, że postanowiłem zbudować sobie studio nagrań w pokoju. Do sufi tu przywiesiłem wojskową siatkę maskującą, za kieszonkowe kupiłem jakąś szybę, udało mi się nawet załatwić mikrofon bezprzewodowy, a wujek elektryk pomógł mi go podłączyć „na dziko” do lokalnej sieci, dzięki czemu można mnie było słuchać odbiorniku radiowym. Dopóki nie odkryli tego rodzice, którzy byli wściekli, nadawałem na prawie całą dziesięciotysięczną Praszkę na Opolszczyźnie – moją rodzinną miejscowość. Jako nastolatek, gdy tylko mogłem, odwiedzałem siedziby różnych rozgłośni i prosiłem, żeby mi wszystko pokazali. Do RMF FM od razu mnie wpuścili, a z Radiem Jasna Góra nawet zacząłem potem współpracę i nagrywałem dla nich relacje z lokalnych odpustów. (śmiech) Jako osiemnastolatek zacząłem prowadzić nocną audycję w Radiu Opole o muzyce reggae, potem poszedłem na studia do Wyższej Szkoły Promocji w Warszawie i zacząłem pracę w dużych mediach radiowych – w radiowej Trójce i Radiu BIS. Miałem też swój program w TVP3 („Głośnik”) i w TVN24 („Fundusze Dla Zuchwałych”). Założyłem też w 2005 roku firmę, która jako pierwsza w Polsce produkowała treści radiowe dla korporacji – dzisiaj nazwalibyśmy je podcastami, wtedy mówiliśmy po prostu o „dźwiękach radiowych”. Nagrywaliśmy w moim studiu radiowo- telewizyjnym, które wynajmowałem jednocześnie komercyjnie korporacjom. Sam prowadziłem programy dla klientów i przygotowywałem kolejny poradnik.
Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
































































































































