„Zawsze lubiłam gejów, a oni mnie”

Z aktorką EWĄ SKIBIŃSKĄ rozmawia Rafał Dajbor

Fot: Tomasz Kempa

Rozmawiamy krótko po wyborach prezydenckich, wszystko wskazuje na to, że kwestia związków partnerskich, nie mówiąc już o równości małżeńskiej, znów zostanie odłożona ad Kalendas Graecas. Czy, według ciebie, związki partnerskie wystarczą?

Uważam, że powinna być pełna równość małżeńska. Chociaż dzieje się wokół nas wiele rzeczy, które muszą niepokoić, martwić – żyjemy jednak w czasie „odwilży”. W różnych dziedzinach życia mamy prawo mieć swoje zdanie, żyć w swojej tożsamości, mieć różne poglądy polityczne i ta różnorodność jest szanowana. Przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym, ale to przenika też do innych miejsc świata. Dlatego nie ma powodu, by tu i teraz stawiać granice ludziom, którzy chcą żyć po swojemu. Znam dzieci, które urodziły się w związkach nieheteronormatywnych, dzieci lesbijek i gejów, które są w tych rodzinach megaszczęśliwe. Rozmawiamy w Nowym Teatrze w Warszawie, akurat w Boże Ciało, przez podwórko i hall teatru przechodzą dziewczynki w białych strojach, które będą sypały kwiatki podczas procesji. Są uśmiechnięte i wyglądają na szczęśliwe. Tak samo jak dzieci żyjące w rodzinach tęczowych, które też chętnie zobaczyłabym w takich strojach, sypiące kwiatki, niebędące w żaden sposób piętnowane.

A co byś powiedziała tym, którzy uważają, że małżeństwa homoseksualne zagrażają tradycyjnej rodzinie?

Zacznę od tego, że dla mnie tradycyjna rodzina jest mocno przereklamowana. Jesteśmy wychowywani tak, by wierzyć, że bez niej, w dodatku bez uświęcenia jej sakramentem, nie można szczęśliwie żyć. Jestem ochrzczona, przystąpiłam do pierwszej komunii, ale świadomie nie przystąpiłam do sakramentu małżeństwa, mimo to przeżyłam ponad trzydzieści szczęśliwych lat ze swoim partnerem, a rozstaliśmy się z klasą i w przyjaźni, bez krzywdzenia nikogo, bez „proszenia” sądu, by sprawiedliwie podzielił nasz majątek. W jaki niby sposób małżeństwo dwóch gejów albo lesbijek miałoby komukolwiek zagrażać? W jaki sposób w ogóle różnorodność może zagrażać? Wręcz odwrotnie. To przez brak akceptacji dla różnorodności ludzie cierpią. I to jest zagrożenie. Dopowiem jeszcze, że czasami mam pewne wątpliwości – moja wnuczka jest wychowana w duchu ateizmu, nie sypie dziś kwiatków. I przeszło mi przez myśl, czy ona czegoś nie traci. Dla mnie udział w procesji był dużym przeżyciem, ale bardziej aktorskim niż religijnym. Mogłam być pięknie ubrana, wykonywać jakąś niecodzienną czynność, brać udział w czymś, co było dla mnie występem.

Pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z osobami homoseksualnymi?

Mój ojciec był szefem Domu Kultury Kolejarza we Wrocławiu. Był tam m.in. kabaret i zespół muzyczny, bywali u nas artyści amatorzy, wśród nich geje. Pamiętam, jak mawiano o nich, że nie lubią kobiet, a wolą mężczyzn. Ale jeśli chodzi o czasy mojej aktorskiej młodości, lata 80. i 90. ubiegłego wieku, to zupełnie niedawno uświadomiłam sobie, że w ogóle nie było gejów i lesbijek.

Jak to nie było?

Nie pamiętam nikogo takiego – ani na studiach, ani w moim otoczeniu. Pierwszą taką osobą, z którą się zetknęłam, była pracownica Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu z pionu operatorskiego. Miała krótkie włosy, zawsze męski ubiór, ale widać było, że ma chyba nieduży biust. Była zawsze bardzo smutna, wycofana, jakby nieodpowiadająca na spojrzenia, czując się najwyraźniej obiektem przypatrywania. Dla mnie, 20-letniej dziewczyny, był to szok, nie wiedziałam, jak się do tej osoby odnosić. Oczywiście, że mówiąc „nie było”, miałam na myśli, że osoby nieheteronormatywne – ta osoba z Wytwórni była wyjątkiem – nie okazywały w żaden sposób swojej inności, a temat homoseksualizmu po prostu nie istniał. O tym się nie mówiło. Dopiero gdy spotkałam Igora Przegrodzkiego…

Miałem o niego zapytać! Uczył cię w szkole teatralnej?

Był moim dziekanem, a potem krótki czas dyrektorem, bo gdy przyszłam do Teatru Polskiego, on właśnie kończył dyrekcję. Igor Przegrodzki był tym jednym gejem, który się zupełnie nie krył. Chodził po Wrocławiu z młodym chłopakiem. Moja mama mawiała, że to jedyny „pederasta” (takiego słowa używała, to pamiętam), który się nie ukrywa i nic mu we Wrocławiu za to nie grozi. Był kimś takim, że nikomu to nie przeszkadzało. Zwłaszcza iż prywatnie wszystko w jego wykonaniu było jakby kreacją aktorską. Ubierał się przepięknie, tak elegancko, że zacierała się granica między codziennym ubiorem a kostiumem. Nawet gdy już odchodził – powiedział z przekorą: „Mam w pawlaczu sto par butów, ale wszystkie za małe na moich bratanków”. Do końca życia miał poczucie humoru i dystans. W szkole poznałam też jeszcze jednego geja – Jerzego Kozłowskiego, który uczył mnie tańca.

Jak ich odbierałaś?

Lubiłam ich, a oni mnie. Byłam nieśmiałą blondynką o delikatnej urodzie. Zaczęłam studia na Wydziale Lalkarskim, który miał siedzibę w tym samym budynku, co Wydział Aktorski. I to właśnie Igor Przegrodzki zatrzymywał mnie ciągle na korytarzu i pytał „A dlaczego ty, śliczna blondynko, jesteś na lalkach? Kiedy będziesz zdawała na aktorski?”. Z kolei Jerzy Kozłowski zachwycał się moimi biodrami: „Boże, Skibińska, z ciebie dzieci to będą jak pestki ze śliwki wyskakiwać”. W końcu wyskoczyło tylko jedno. Według nauk Kościoła katolickiego, chyba zmarnowałam te swoje biodra. Komplementy ze strony gejów były dla mnie bardzo ważne, bo szczere, bez seksualnego podtekstu. Niedawno Jacek Poniedziałek powiedział mi genialny komplement: „Wiesz, dlaczego cię lubię? Bo ty też lubisz chłopaków”.

A lesbijki? Byłaś obiektem pożądania, podrywu? Grałaś lesbijskie sceny erotyczne w filmie In flagranti (1991).

Znam lesbijki, ale nie przypominam sobie, żebym była podrywana przez kobietę. Wydaje mi się, że trzeba mieć otwartość na taki podryw, a ja tej otwartości nie czuję. Sceny w „In flagranti” grałam z Małgosią Foremniak. Było to czysto zawodowe zadanie. Przyjaźniłyśmy się, obie byłyśmy skupione na swoich chłopakach i przy kręceniu tych scen nie było podejrzenia, że może którąś to podnieca. W ogóle bliżej mi do gejów niż do lesbijek. Aczkolwiek… Mocne kobiety, noszą ce się po męsku, mnie seksualnie obezwładniają. Oczywiście w pozytywnym sensie. Po prostu omdlewam na ich widok.

Wróćmy jeszcze do Igora Przegrodzkiego. Wśród studenckiej braci nie było tekstów w rodzaju: Pedała mamy za dziekana?

Absolutnie nie. Miał tak wielki autorytet, że nic takiego nie mogło mieć miejsca. Powiem jeszcze, że gdy Przegrodzki poznał mojego chłopaka, a potem partnera, po prostu oszalał na jego punkcie. Igor był niezwykle wrażliwy na tego typu urodę – blond loki, niebieskie oczy plus to coś, co potem nazwano metrosekualnością, czyli widoczna na zewnątrz delikatność i wrażliwość, a pod spodem – silna męskość.

Jaki był stosunek dziekana Przegrodzkiego do chłopaków?

Myślę, że chłopcy mogą go różnie wspominać, ale bynajmniej nie dlatego, by pozwalał sobie na niestosowne zachowania, tylko… po prostu widać było, że reprezentanci jego ulubionego typu urody mieli pewne fory, a inni musieli się starać nieco bardziej.

Muszę zapytać o Garderobianego z 1990 r., w którym zagrałaś Irenę. W sztuce jest dwóch głównych bohaterów Sir, heteroseksualny stary aktor, i Norman, gej, jego garderobiany. W spektaklu Macieja Wojtyszki to homoseksualny Przegrodzki grał Sira, a heteroseksualny Jerzy Schejbal Normana.

To było coś wspaniałego. Między Przegrodzkim a Schejbalem genialnie iskrzyło i ewidentnie się znakomicie tą „zamianą” bawili. Muszę dodać, że dla Igora Przegrodzkiego granie heteryka nie było żadnym problemem. To był po pierwsze naprawdę wielki aktor, a po drugie potrafi ł być – patrząc przez pryzmat stereotypów, według których można niby poznać geja po stylu bycia, zgiętych nadgarstkach i wysokim głosie – stuprocentowo męski. Miał tę moc, mógł grać każdą rolę, podobał się kobietom, niektóre wręcz się w nim kochały. W „Śmierci Dantona” grał rolę tytułową, a ja jego kochankę Julię. Pamiętam scenę erotyczną, gdy Igor kładł się na mnie i grał stosunek seksualny. We mnie nie było żadnego skrępowania, tak samo jak przy scenach lesbijskich z Małgosią Foremniak; traktowałam to zawodowo, tylko się bałam, że potężny Igor mnie, taką drobniutką, po prostu zgniecie. A co do „Garderobianego”, to jest w ogóle świetna sztuka i coś mi przyszło do głowy. Tyle sztuk się teraz przerabia, pokazuje ich drugie dno… A gdyby tak z „Garderobianego” zrobić „Garderobianą”? Opowieść o wielkiej aktorce, wielkiej diwie sceny i jej garderobianej – lesbijce? To by mogło być bardzo interesujące.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.