Rozmowa Rafała Dajbora

Już przez telefon, gdy umawialiśmy tę rozmowę, zastrzegła pani, że wywiad może się nie udać, bo orientacja seksualna kolegów, koleżanek, reżyserów nigdy nie miała dla pani żadnego znaczenia. Dość często słyszę to zastrzeżenie przy okazji wywiadów dla „Repliki”. Czy środowisko artystyczne było i jest naprawdę aż tak akceptujące? A może jest w tej postawie jednak jakiś… wstyd?
Jeśli o mnie chodzi, to – już nie przez telefon – mogę potwierdzić, że dla mnie nigdy nie miało to żadnego znaczenia i nie z powodu wstydu. Mam wrażenie, że tak naprawdę – jak w wywiadzie dla „Repliki” przyznał Jurek Radziwiłowicz – znaczenie miał i ma talent. I oczywiście to, jakim ktoś jest człowiekiem, kolegą. Jeśli ktoś jest fajnym kolegą, a do tego utalentowanym artystą, to dlaczego jego orientacja seksualna miałaby być jakąkolwiek „sprawą”? Moim zdaniem, ci wszyscy, którzy panu tak mówią podczas wywiadów – mówią szczerze. Ja w każdym razie jestem w tym naprawdę szczera.
I rzeczywiście nie pamięta pani, by wobec aktora, o którym wiadomo było, że jest gejem, zdarzyło się w środowisku jakiekolwiek homofobiczne zachowanie?
Niczego takiego nie byłam świadkiem, a pracowałam naprawdę z wieloma kolegami gejami.
Wrócę oczywiście jeszcze do tematu niektórych z nich, ale chciałbym zacząć od „pieca”, czyli od momentu, w którym po raz pierwszy zetknęła się pani z istnieniem homoseksualizmu. Maria Pakulnis przyznała, że poznała to zjawisko dopiero jako w pełni już dorosła studentka PWST. A jak było w pani przypadku?
Ja wiedziałam o tym wcześniej, już w okresie licealnym. Miałam kolegę, o którym wiedziało się „że jest”. Był utalentowany artystycznie i to aktorsko, udzielał się w szkolnym kole teatralnym, miał zwłaszcza talent komediowy. I to nie było tak, że ktoś stwierdził, że ów kolega „jest”. To się po prostu wyczuwało. Na przykład wolał przebywać w towarzystwie dziewczyn niż chłopaków i dało się odczuć, że między nim a dziewczynami jest zupełnie inna chemia niż wtedy, gdy z dziewczynami przebywa chłopak hetero. Dodam od razu, że ostatecznie nie został on zawodowym aktorem.
Przejdźmy zatem z liceum do warszawskiej PWST. Jednym z pani pedagogów był tam biseksualny Jerzy Kaliszewski. Powiem pani coś ciekawego. Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla „Repliki” przyznała, że odbierała go jako nudnawego starszego pana, od którego niczego się nie nauczyła, a Jan Peszek, także w rozmowie z „Repliką”, powiedział, że wszystko, co najlepsze w swoim aktorstwie zawdzięcza właśnie profesorowi Kaliszewskiemu. Do kogo z nich pani bliżej?
Do Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, niestety. Mówię „niestety”, bo wolałabym każdego z moich profesorów wspominać jako świetnego i osobiście dla mnie ważnego. Ale tak nie jest. W tamtym czasie byłam młoda, zadziorna, szukałam podobnych sobie. Bliżej było mi do takich profesorów, jak Aleksander Bardini czy Ignacy Gogolewski. Profesor Jerzy Kaliszewski był bardzo eleganckim, stonowanym starszym panem, ale nie był nauczycielem, który mógł mnie wtedy zafascynować.
Porozmawiajmy o pani debiutach. Jednym z pierwszych z przedstawień Teatru Telewizji z pani udziałem był spektakl „Ruch jednokierunkowy” Armanda Salacrou w reżyserii Jerzego Surdela (1973). Grał w nim Hugo Krzyski. Aktor, o którym Jan Peszek opowiadał, iż wręcz lubował się w jawnym okazywaniu swojego homoseksualizmu.
Wie pan co, wychodzi na to, że chyba byłam w tamtych czasach zbyt zajęta sobą, swoimi rolami, pracą – i w ogóle się wokół siebie nie rozglądałam. Znałam oczywiście pana Hugona Krzyskiego i nie miałam zielonego pojęcia, że był homoseksualny!
Ale o Andrzeju Nardellim, z którym grała pani w swoim debiucie fi lmowym, czyli „Szklanej kuli” w reżyserii Stanisława Różewicza (1972), chyba już pani wiedziała?
A skądże! Nie wiedziałam! Ależ ciekawych rzeczy się od pana dowiaduję! Uprzedzałam pana, że to będzie trudny wywiad.
Więc żeby go trochę ułatwić, przeskoczmy do Teatru Powszechnego w Warszawie, w którym występowała pani przez kilka dekad. W teatrze tym przez lata pracował także Edmund Fetting. O nim chyba pani wiedziała?
Tak, oczywiście, wiedza o tym, że Edmund Fetting jest homoseksualny, była w środowisku aktorskim powszechna. Między mną a Fettingiem nigdy nie nawiązała się szczególnie bliska przyjaźń, należeliśmy przecież do zupełnie różnych pokoleń. Pan Edmund był człowiekiem skrytym, nieskorym do okazywania emocji, eleganckim, ale przy tym bardzo sympatycznym. Ja go po prostu lubiłam. Mieliśmy w przedstawieniu „Spiskowcy” na podstawie „W oczach zachodu” Conrada dwójkową scenę i wspominam tę współpracę bardzo dobrze. O, coś jeszcze sobie przypomniałam. Pracując w Teatrze Powszechnym, znaleźliśmy się razem w obsadzie Teatru Telewizji „Nie do obrony” w reżyserii Jurka Gruzy. Pan Edmund po próbie woził mnie na nagrania do telewizji swoim samochodem. Do dziś pamiętam, że ten samochód był zachodni, czerwonego koloru i niesłychanie zadbany, elegancki – tak samo, jak jego właściciel. Niestety już nie pamiętam, jakiej był marki.
To ja podpowiem – Witold Sadowy, nota bene swoisty rekordzista, który dokonał coming outu w wieku stu lat. Mówił mi kiedyś, że w pewnym czasie w Warszawie były tylko dwa takie czerwone samochody – jeden Fettinga, a drugi jego. Sadowy pamiętał oczywiście markę – był to Citroën. Porozmawiajmy teraz o Krzysztofi e Kolbergerze…
Kolejny przypadek kogoś, o kim nic latami nie wiedziałam. Studiowałam przecież z Krzyśkiem, a o jego orientacji seksualnej dowiedziałam się bardzo późno. W szkole, patrząc na niego, w życiu nie pomyślałabym, że Krzysiek może być gejem. Nawet się tym zdziwiłam. Wychodzi na to, że byłam jakaś totalnie nieuważna.
Zarówno Edmund Fetting, jak i Krzysztof Kolberger byli amantami, w których podkochiwały się widzki. Czy pani zdaniem właśnie dlatego tak ukrywali swoją homoseksualną tożsamość? Bali się utracić kobiecą widownię? Bo przecież to ukrywanie się musiało być dla nich niekomfortowe.
Z pewnością było. Ukrywanie przed światem jakiejś ważnej części samego siebie zawsze jest bardzo trudne. Nie umiem powiedzieć, czy ukrywali swój homoseksualizm dlatego, by nie stracić widzek, ale podejrzewam, że mogło tak być.
Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
































































































































