Zmęczony optymista

Z MICHAŁEM PAWLĘGĄ, który 20 lat temu był jednym z założycieli Lambdy Warszawa, rozmawia HUBERT SOBECKI z Miłość Nie Wyklucza

 

Możesz się przedstawić w kilku słowach?

Jestem aktywistą, feministą i człowiekiem w procesie zmiany. Nie wiem też, czy bardziej jestem aktywizmem zmęczony, czy raczej zrobiłem już swoje.

Jesteś też weteranem ruchu. Jak to się zaczęło?

Dwadzieścia lat temu, gdy byłem ledwo pełnoletnim człowiekiem, mieliśmy tylko gazety, w których można było dawać ogłoszenia, np. „Inaczej”, i było parę gejowskich klubów. Nie czułem, że klub to jest miejsce dla mnie. Dziś jest tak, że i szesnastolatkowie chodzą do klubu, ale kiedyś wydawało się, że to miejsca dla starszych osób. W Warszawie – w lokalu zdaje się po warsztacie ślusarskim – działał wtedy Ośrodek Gejowski „Rainbow”. Dziś ta nazwa brzmi trochę śmiesznie. Poszedłem, trafiłem na dyżur Telefonu Zaufania dla lesbijek i poznałem ekipę dziewczyn, które tam pracowały. Później sam zacząłem pracować w Telefonie Zaufania i przychodzić na spotkania grup edukacyjnych. Z perspektywy czasu cała ta działalność wydaje się dziś prawie jak podziemna. Nie było mowy o oficjalnych kontaktach na przykład z samorządem. Cała działalność była finansowana w ramach zwalczania HIV/AIDS, żadne LGBT nie wchodziło w grę.

Dlaczego w ogóle tam poszedłeś?

Chciałem być częścią społeczności, ale nie tej klubowej. Poza tym zawsze dobrze się odnajdywałem w działalności społecznej i zmienianiu rzeczywistości.

Skąd wzięła się Lambda?

Ten ośrodek był prowadzony przez stołeczny oddział ogólnopolskiej organizacji Stowarzyszenie Grup Lambda (założony w 1990 r. – przyp. red.), który niestety dość szybko przestał istnieć. Razem z Krzyśkiem Kliszczyńskim, który do dziś jest zaangażowany w Lambdę Warszawa, pomyśleliśmy, że warto utrzymać działania i przed wakacjami 1997 r. zdecydowaliśmy, że założymy własne stowarzyszenie. Oznaczało to wizytę w sądzie okręgowym, który arbitralnie decydował, czy rejestrować dany podmiot. Pomogła nam pani Zofia, która wynajmowała w ośrodku antresolę dla własnego stowarzyszenia i miała znajomą sędzię. Dzięki temu wszystko odbyło się sprawnie. Większą trudnością okazało się zebranie podpisów piętnastu osób do komitetu założycielskiego. Ludzie bali się podawać swoje dane. Lambda Warszawa powstała w październiku 1997 r. Od razu pojawiło się pytanie: skąd brać pieniądze na działalność? Nie było możliwości zdobycia funduszy publicznych, więc poprosiliśmy o pomoc społeczność – kluby i czasopisma. I rzeczywiście przez długi czas warszawski klub „Fantom” i erotyczne czasopismo „Men” finansowały nam lokal.

Sponsorów trzeba było długo namawiać czy byli chętni?

Pytali, co będą z tego mieć, więc zaproponowaliśmy, że będziemy prowadzić w klubie działania edukacyjne dotyczące zapobiegania HIV/AIDS i infekcjom przenoszonym drogą płciową. Z dzisiejszej perspektywy tysiąc złotych miesięcznie może nie powala, ale wtedy wydawało nam się, że było to dużo pieniędzy (śmiech).

Gdy w Miłość Nie Wyklucza mówimy ludziom, że bardziej niż na granty liczymy na wsparcie płynące od społeczności, wiele osób jest zdziwionych. Tymczasem już wtedy mieliście właśnie takich sponsorów.

Przez jakiś czas – gdy te firmy prowadziły osoby z żyłką społecznikowską i doświadczeniami w działaniach na rzecz LGBT+. Wiedziały, że dzięki ich pieniądzom będą realizowane wartości dla nich ważne. Bez tej pomocy Lambda Warszawa pewnie by nie przetrwała.

Co było dalej?

Przede wszystkim zależało nam na utrzymaniu Telefonu Zaufania, który działa nieprzerwanie do dziś. Zaczęły też powstawać kolejne inicjatywy – grupa lesbijek i gejów-chrześcijan, która potem zmieniła się w „Wiarę i Tęczę”, czy grupa wsparcia dla kobiet „Gennema”. Potem zdecydowaliśmy się spróbować zdobyć fundusze od miasta Warszawy. Nasz wniosek trafił do komisji „do spraw patologii społecznych i zdrowia”. Znów chodziło o prewencję HIV/ AIDS. Gdy w 2002 r. nastała pierwsza władza PiS-u w Warszawie, radni uznali, że nie dadzą nam pieniędzy, bo „promujemy homoseksualizm”, zaś środki na prewencję powinien dostać Caritas. Odwołaliśmy się do ówczesnego prezydenta Kaczyńskiego, ale ostatecznie decyzję podejmował nieżyjący już Marcin Wypych, kierujący Biurem Polityki Społecznej. Na spotkaniu powiedział, że nas poprze, bo jako organizacja LGBT+ powinniśmy działać na rzecz społeczności i to nie tylko w obszarze prewencji chorób, ale też innych problemów, w tym uzależnień. Rozmawialiśmy o tym, że osoby LGBT+ są bardziej narażone na uzależnienia z powodu swoich doświadczeń oraz stresu związanego z orientacją i tożsamością. Warto podkreślić, że nawet w Ratuszu obsadzonym przez PiS pracowały osoby nastawione progresywnie. Czasem nawet bardziej, niż ludzie z partii, uchodzących za bardziej przyjazne społeczności LGBT+. Kolejnym kamieniem milowym było przeniesienie się do większego lokalu przy Hożej. Pomógł nam wybrany właśnie na radnego Krystian Legierski. Wtedy dzięki miejskim dotacjom zaczęliśmy profesjonalną działalność pomocową.

To już był 2010 r. Po prostu mieliście pieniądze na wynagrodzenia, tak?

Wiele działań może być wykonywanych wolontariacko, ale utrzymanie ich ciągłości i jakości wymaga pieniędzy. Osoby pracujące w wolontariacie mają prawo zrezygnować, kiedy zechcą. Trudno oczekiwać, że ktoś poprowadzi profesjonalną psychoterapię trzy razy w tygodniu za darmo.

Ile wtedy było u was osób?

Zaczynaliśmy od pięciu-sześciu zaangażowanych osób. Później to był już piętnastoosobowy zespół. Dziś Lambda to ponad pięćdziesiąt osób – trzon i grupa osób pracujących „z doskoku”.

Twój pomysł na Lambdę od początku polegał na działaniach pomocowych.

Misja, którą sformułowaliśmy ponad 10 lat temu, dotyczyła budowania pozytywnej tożsamości osób LGBT+, ale odbywało się to tylko poprzez pomoc osobom będącym w kryzysie. Brakowało oferty dla reszty – przecież nie każda osoba LGBT+ jest w kryzysie (śmiech). Od trzech lat Lambda stara się działać ogólnie dla społeczności.

Mówisz „społeczność”, a nie „środowisko”.

To określenie mniej stygmatyzujące i bardziej otwarte. Żeby być w społeczności, nie trzeba być osobą LGBT+.

Nie chcieliście prowadzić działań medialnych czy lobbingowych?

Skupiamy się na „bezpieczniejszych” tematach. Na przykład bardziej na przestępstwach motywowanych uprzedzeniami, niż adopcją dzieci przez pary jednopłciowe, co nie znaczy, że nie popieramy jako organizacja rozwiązań, którymi się nie zajmujemy. Widoczność w mediach niekoniecznie sprzyja pomaganiu ludziom w kryzysowej sytuacji. Do dziś zjawiają się u nas osoby, dla których nawet wejście do siedziby organizacji jest trudne, bo boją się, że ktoś ich zobaczy. Raczej nie chciałyby spotkać u nas ekipy TV. Zresztą organizacje, które mają różne profile działania dobrze się dopełniają. Na przykład Kampania Przeciw Homofobii działa bardziej na zewnątrz, a nie do środka społeczności. Z kolei organizacje lokalne świadczą pomoc w różnych miastach.

Jednocześnie związana z Lambdą Yga Kostrzewa stała się „dyżurną” osobą wzywaną do mediów w każdej sprawie związanej z LGBT+.

Pod koniec lat 90. były dwie takie osoby: Yga Kostrzewa i Sławek Starosta. Robert Biedroń i Krystian Legierski pojawili się później. Dziś jest takich osób pewnie kilkadziesiąt. Yga Kostrzewa wypracowała sobie rozpoznawalność, i takie też było nasze założenie. Kiedy ludzie pytają mnie, dlaczego mnie nie znają, choć działam na rzecz społeczności LGBT+ od dwudziestu lat, mówię, że nie jestem frontmanem.

Yga do dziś jest jedną z niewielu rozpoznawanych w mainstreamie lesbijek.

Widzę pewną gradację w społeczności, przede wszystkim jeśli chodzi o widoczność. Najpierw są widoczni mężczyźni homoseksualni, potem homoseksualne kobiety, osoby transpłciowe, a na końcu osoby biseksualne.

Jak myślisz dlaczego?

To kwestia uwarunkowań kulturowych. Postrzegania mężczyzn jako ważniejszych niż kobiety. Z kolei biseksualność jest w potocznym rozumieniu – również osób ze społeczności – niejednoznaczna. Ludzie często myślą, że osoby bi „nie mogą się zdecydować”. Nawet przekaz organizacji skupia się w znacznej mierze wyłącznie na osobach homoseksualnych.

Jak to zmienić?

To kwestia dojrzałości naszej społeczności, która powoli dostrzega, że nie jest homogeniczna, a organizacje mogą reprezentować różne grupy i poglądy. Nie mamy jeszcze organizacji stricte działającej na rzecz kobiet homoseksualnych czy osób bi, ale ta różnorodność jest coraz bardziej zauważalna, bo i reprezentacja jest szersza. Poza tym brakuje też na przykład organizacji, która dokumentowałaby historię ruchu LGBT+.

Powiedziałeś, że zacząłeś działać, żeby zmieniać rzeczywistość. Udało się?

Tak. Choć wciąż musimy pracować nad zmianą nastawienia społecznego. Uważam, że zmiany prawne będą możliwe, gdy słupki poparcia społecznego dla nich będą odpowiednio wysokie. Drugie to rozwój świadomości społeczności LGBT+, bo jeśli nie ma coming outów i niewiele osób zabiera głos, to wydawać się może, że zmianami prawnymi nikt nie jest zainteresowany. Zmiana społeczna musi zaistnieć w obu kierunkach – do i od społeczności. Paradoksalnie obecna władza PiS-u może pomóc w konsolidacji społeczności.

To kiedy będzie równość małżeńska w Polsce?

Za pięć lat (śmiech). Wierzę, że kiedyś konserwatyści przestaną rządzić i będzie u nas jak w Portugalii, gdzie małżeństwa wprowadzono szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Tak bywa z prawem czy wyborami. W końcu nikt nie przewidział Roberta Biedronia w Sejmie. A tak powoli, bez zbiegów okoliczności – to pewnie za piętnaście lat.

Jesteś optymistą?

Widzę rozwój Lambdy, KPH, Miłość Nie Wyklucza i wielu organizacji działających regionalnie i jestem optymistą. Jeśli politycznie robimy teraz krok wstecz, to potem tym bardziej ruszymy naprzód.

Czego życzyć Lambdzie na 20-te urodziny?

By za jakiś czas nie była już potrzebna. Ale zanim się to stanie – skuteczności i profesjonalizmu.

Tekst z nr 69 / 9-10 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.