Trzeba kręcić filmy o tym chorym kraju

Małgorzatą Szumowską, autorką uhonorowanego na festiwalu w Berlinie nagrodą queerową Teddy filmu „W imię…”, rozmawia Bartosz Żurawiecki („Film”)

 

fot. mat. pras.

 

Zrobiłaś film gejowski?

Trudno mi powiedzieć. Na pewno jest on rożnie odbierany, ale w żaden sposób mnie to nie obraża, jeśli ktoś uznaje ten film za gejowski.

W Polsce określenie „gejowski” jest brane w cudzysłów. Nazywanie tak filmu, książki czy spektaklu uważa się za coś degradującego.

W polskich mediach pisano, że Teddy to nagroda LGBT, ale nie tłumaczono, co ten skrót oznacza. Ludzie u nas ciągle się tego wstydzą. Tylko, wiesz, ja nie kręcę filmów jednoznacznych ideologicznie. Nie chodziło mi w tym filmie o to, by bezpardonowo zaatakować Kościół czy zrobić manifest gejowski. Nawet się ostatnio zastanawiałam, czy ta moja niechęć do politycznych deklaracji nie jest wynikiem jakiejś niedojrzałości intelektualnej. Ale taka jest moja droga twórcza, osobista. Może w kolejnych moich filmach będzie więcej politycznej świadomości, a może to nie stanie się nigdy.

W imię… opowiada o miłości księdza i młodego chłopaka w realiach polskiej prowincji. To dopiero drugi fi lm z Europy Wschodniej w ponad 25-letniej historii nagród Teddy wyróżniony tą statuetką. Przy czym pierwszym był w 1990 roku „Coming out” zrobiony jeszcze w NRD. Słyszałaś wcześniej o tej nagrodzie?

Tak, oczywiście, choćby dlatego, że przyjaźnię się z jej pomysłodawcą, Wielandem Speckiem, jednym z szefów festiwalu w Berlinie. Gdy zobaczyliśmy, że do Teddy’ego nominowanych jest 40 filmów, nie nastawialiśmy się na zwycięstwo. Żartowaliśmy tylko z aktorami i ekipą, że jeśli ją dostaniemy, to zostanie to odebrane w Polsce jako prowokacja. No i dostaliśmy! Teddy ma wielki międzynarodowy prestiż. Sama uroczystość wręczania nagród była transmitowana przez telewizję Arte, przez ZDF, mówiono o mojej wygranej w głównym wydaniu wiadomości BBC, dostałam też wiele telefonów z gratulacjami z Francji. Tak przy okazji, na bankiecie po ceremonii poznałam Rufusa Wainwrighta, któremu film bardzo się podobał.

Otrzymaliście także nagrodę czytelników największego berlińskiego miesięcznika LGBT „Siegessaule”. Czyli pełen triumf. Nie da się ukryć, że – niezależnie od wartości artystycznej filmu – mają te nagrody także wymiar polityczny. Z twoich wypowiedzi jednak wynika, że chcesz się wymknąć z tego politycznego kontekstu.

Nie, to nie do końca tak. Tylko że dyskurs polityczny na Zachodzie, gdzie pewne sprawy są już oczywiste, to zupełnie coś innego niż w Polsce. To jest przepaść. Na rozdaniu nagród Teddy był burmistrz Berlina, jawny gej, byli przedstawiciele rządu. Wyobrażasz sobie, by na podobnej uroczystości pojawiła się prezydent Warszawy albo minister kultury? Spójrz też, przez co musi przechodzić Agnieszka Holland, która znajduje w sobie siłę i odwagę, by publicznie dawać odpór rożnym oszołomom. Ja się na takie publiczne debaty nie piszę. Zresztą nie mam takiego zaplecza, żeby w nich dobrze wypadać, nie jestem politykiem. Z „W imię…” mam objechać świat, bo fi lm wejdzie wszędzie do kin, został zaproszony na setki festiwali. Poza tym chcę robić kolejne filmy. Każdy ma swoją działkę. Myślę, że trzeba w Polsce studzić emocje w słowach, chociaż na pewno „W imię…” je rozpali, gdy pojawi się tutaj w kinach.

Jakie będą reakcje rodzimej widowni, przekonamy się jesienią, kiedy to zaplanowano jego polską premierę. Pamiętasz angielski film „Ksiądz” o duchownym-homoseksualiście?

Pamiętam, nie podobał mi się.

Także zresztą dostał Teddy’ego. Pokazywany w Polsce w połowie lat 90. wywołał protesty. Były pikiety pod kinami, sprawa nawet do sądu trafiła. Spodziewasz się podobnych reakcji?

Mam takie przeczucie, że ludzie Kościoła generalnie będą się starali nie wypowiadać na temat mojego filmu. Kościół będzie milczał, swoim zwyczajem.

Ale dyskusja o seksualności księży już się jednak u nas zaczęła.

W „Newsweeku” na przykład. Za dużo w niej jednak taniej sensacji. Mój film też początkowo miał być bardziej hardkorowy. Pomysł na niego przyszedł mi parę lat temu, jeszcze przed „Sponsoringiem”. Przeczytałam w „Polityce” reportaż o ministrancie, który w Blachowni pod Częstochową zamordował księdza, najprawdopodobniej na tle homoseksualnym. Potem znalazłam jeszcze artykuł w „Dużym Formacie” – „Grzech ukryty w kościele” Romana Daszczyńskiego i Pawła Wiejasa – i zaczęłam pisać scenariusz. Odłożyłam go na czas kręcenia „Sponsoringu”, a gdy do niego wróciłam, to wydał mi się strasznie dosłowny, jaskrawy. Stwierdziłam, że chciałabym zrobić raczej coś o miłości, coś bardziej ambiwalentnego. Zaczęłam iść w tym kierunku, porzuciłam inspirację publicystyką i stworzyłam własną historię.

Konsultowałaś scenariusz ze środowiskiem księży?

Tak, konsultowałam go z byłym już księdzem, Stanisławem Obirkiem. Ale też z wciąż czynnym księdzem, którego nazwiska nie mogę zdradzić. Jest on nawet autorem niektórych kazań wygłaszanych na ekranie przez Andrzeja Chyrę.

Na gejowskich portalach randkowych jest sporo księży i to całkiem jawnych.

Generalnie jest masa księży homoseksualistów. Gdy powstaje jakiś smrodek, taki ksiądz jest przenoszony z jednej parafii do następnej, by okoliczna ludność „nie gadała”. Często też chłopcy z prostych rodzin, którzy mają romans z duchownymi, bywają przez nich umieszczani w seminariach. W ten sposób obie strony zachowują ze sobą kontakt.

Myślałaś o happy endzie? Twój bohater zrzuca sutannę, żyje długo i szczęśliwie ze swoim chłopcem?

Myślałam. Był pomysł, żeby ksiądz wygłosił pożegnalne kazanie. Nawet, jak byliśmy ze „Sponsoringiem” na festiwalu w Toronto, to zrobiliśmy Andrzejowi Chyrze i Mateuszowi Kościukiewiczowi zdjęcia nad Niagarą. Że niby pojechali na romantyczną wycieczkę (śmiech). Ale jednak wydało mi się to całkowicie nieprawdopodobne, bajkowe. A fi lm jest przecież realistyczny. Tak więc kończy się nieco inaczej. Owszem, w Polsce duchowni zrzucają sutannę z miłości do kobiety. Lecz w kontekście homoseksualnym jest to wciąż u nas nierealne, niedopuszczalne.

Twoi aktorzy nie mieli problemu z tym, by pokazać homoseksualne pożądanie?

Od początku postanowiliśmy, że w ogóle nie będziemy dzielić na homo- czy heteroseksualne. To miał być film o miłości, o namiętności w ogóle. Dla mnie to naprawdę wszystko jedno. Poza tym Andrzej Chyra wywodzi się z Nowego Teatru, gdzie tematyka homoseksualna jest wciąż obecna. Mateusz też jest z tym oswojony przez naszych znajomych, środowisko.

Film kręciłaś w mazurskiej wsi, gdzie spędzasz wakacje. Podopiecznych księdza zagrali lokalni, nastoletni chłopcy. Wiedzieli, w czym biorą udział?

Zdawali sobie sprawę, chociaż nie daliśmy im scenariusza, bo nawet by go nie przeczytali. Dostawali wydrukowane strony ze scenami, potem na tej bazie improwizowaliśmy. Jest w filmie fragment, gdy chłopak spowiada się księdzu, że zrobił komuś laskę. Pytaliśmy się po kolei każdego, czy zagra w takiej scenie. Jeden się zgodził.

I zagrał to bardzo fajnie. A znasz jakichś jawnych homoseksualistów w tamtych okolicach?

No co ty! Tam jest agresja wobec gejów, Żydów, wszelkiej inności. Tam nawet nie tolerują mojego związku, tylko dlatego, że jestem starsza od mojego faceta. Raz przyjechali do nas znajomi geje z Warszawy. Sąsiad po ich wyjeździe zapytał mnie przy wódeczce ze swoim specyficznym zaśpiewem: „A powiedz mi, te, co tu były, to pedały, nie?”. „Tak, geje” – odparłam. „A! Gieje!”. Jak ci „inni” są z Warszawy to jest to trochę śmieszne, trochę egzotyczne. Gdyby jednak ktoś tam na miejscu ujawnił się jako homoseksualista homoseksualista, spotkałoby go wiele nieprzyjemności. Tam się mówi o tym, że księża mają dzieci, kochanki. Ale homoseksualizm to temat tabu.

Księżom generalnie więcej wolno. Sutanna przed wieloma rzeczami chroni.

W przerwie między zdjęciami Chyra pijał w sutannie piwo pod sklepem. Raz przyszedł do nas miejscowy proboszcz i poprosił, by jednak pan Chyra tego nie robił w sutannie (śmiech).

W Polsce nie ma kina gejowskiego.

Tak, to przedziwne.

Jesteś jego prekursorką. Myślisz, że powstanie więcej tego typu filmów?

Nie, nie sądzę. Jak patrzę na moich kolegów reżyserów, to w ogóle nie widzę w nich chęci, by poruszać takie tematy. Oni są sami w sobie skrajnie heteroseksualni. Jedynym wyjątkiem jest Tomek Wasilewski, który zrobił teraz „Dryfujące wieżowce”. Bardzo zdolny reżyser.

Ostatnio rozmawiałem na łamach „Repliki” z Maciejem Nowakiem. Powiedział, że polskie kino jest fallocentryczne, panuje w nim dryl wojskowy. Jak się w tym odnajdujesz?

Mam silną pozycję, więc się tym nie przejmuję, idę sobie do przodu swoją drogą. Ale to prawda z wojskowym drylem. Byłam niedawno na spotkaniu reżyserów, patrzyłam na moich kolegów i każdy wydał mi się męski w karykaturalny sposób. Poważny, zacięty maczo. Przygwożdżeni do swoich problemów, do swojego mentalu, nie znam ich, ale taki obrazek został mi w głowie. Panie były znacznie bardziej kolorowe. I też dlatego polskie filmy są, jakie są, czyli przyciężkie. W tym środowisku brakuje barwnych ptaków, świrów, ludzi z apetytem na życie – takich spotykam w teatrze, w sztukach wizualnych, a nie w kinie. Generalnie zresztą żyjemy w jakimś potwornym kraju. Jestem, na przykład, wstrząśnięta tym, co się tu gada przy okazji debaty o związkach partnerskich.

Przerabiamy ten język nienawiści już od lat.

Jednak nie spodziewałam się aż takiej agresji. Tego, że powychodzą te wszystkie palanty i zaczną obrażać ludzi. Mieszkamy w Warszawie, obracamy się w wąskim kręgu towarzyskim, gdzie bycie gejem czy lesbijką nie jest żadnym problemem. Zetknięcie się z reakcjami tzw. większości, z całą tą nienawiścią, z obrzydliwymi komentarzami na forach internetowych jest jednak dla mnie szokiem. Powiem ci, że po powrocie z Berlina wpadłam przez to w depresję, spałam po 14 godzin dziennie. Jakbym wróciła z jakiegoś innego świata .Trzeba kręcić filmy o tym chorym kraju.

Tylko czy znajdą się na nie fundusze? Ty nie miałaś problemów z zebraniem pieniędzy na realizację „W imię…?

Żadnych. Agnieszce Odorowicz, szefowej Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, podobała się już ta pierwsza, „hardkorowa” wersja scenariusza. Bardzo jej zresztą zależało, by zrobić fi lm o tematyce, która przebije się na Zachodzie. Jestem pewna, że nie byłoby żadnych problemów ze znalezieniem kasy na niepokorne kino. Brałam zresztą przez rok udział w komisji PISFu oceniającej scenariusze i każdy, który wykraczał poza poprawność, bardzo nam się podobał.

Dużo było tych niepoprawnych?

Nie było ich prawie w ogóle.

 

Tekst z nr 42/3-4 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.