Trzeba kręcić filmy o tym chorym kraju

Małgorzatą Szumowską, autorką uhonorowanego na festiwalu w Berlinie nagrodą queerową Teddy filmu „W imię…”, rozmawia Bartosz Żurawiecki („Film”)

 

fot. mat. pras.

 

Zrobiłaś film gejowski?

Trudno mi powiedzieć. Na pewno jest on rożnie odbierany, ale w żaden sposób mnie to nie obraża, jeśli ktoś uznaje ten film za gejowski.

W Polsce określenie „gejowski” jest brane w cudzysłów. Nazywanie tak filmu, książki czy spektaklu uważa się za coś degradującego.

W polskich mediach pisano, że Teddy to nagroda LGBT, ale nie tłumaczono, co ten skrót oznacza. Ludzie u nas ciągle się tego wstydzą. Tylko, wiesz, ja nie kręcę filmów jednoznacznych ideologicznie. Nie chodziło mi w tym filmie o to, by bezpardonowo zaatakować Kościół czy zrobić manifest gejowski. Nawet się ostatnio zastanawiałam, czy ta moja niechęć do politycznych deklaracji nie jest wynikiem jakiejś niedojrzałości intelektualnej. Ale taka jest moja droga twórcza, osobista. Może w kolejnych moich filmach będzie więcej politycznej świadomości, a może to nie stanie się nigdy.

W imię… opowiada o miłości księdza i młodego chłopaka w realiach polskiej prowincji. To dopiero drugi fi lm z Europy Wschodniej w ponad 25-letniej historii nagród Teddy wyróżniony tą statuetką. Przy czym pierwszym był w 1990 roku „Coming out” zrobiony jeszcze w NRD. Słyszałaś wcześniej o tej nagrodzie?

Tak, oczywiście, choćby dlatego, że przyjaźnię się z jej pomysłodawcą, Wielandem Speckiem, jednym z szefów festiwalu w Berlinie. Gdy zobaczyliśmy, że do Teddy’ego nominowanych jest 40 filmów, nie nastawialiśmy się na zwycięstwo. Żartowaliśmy tylko z aktorami i ekipą, że jeśli ją dostaniemy, to zostanie to odebrane w Polsce jako prowokacja. No i dostaliśmy! Teddy ma wielki międzynarodowy prestiż. Sama uroczystość wręczania nagród była transmitowana przez telewizję Arte, przez ZDF, mówiono o mojej wygranej w głównym wydaniu wiadomości BBC, dostałam też wiele telefonów z gratulacjami z Francji. Tak przy okazji, na bankiecie po ceremonii poznałam Rufusa Wainwrighta, któremu film bardzo się podobał.

Otrzymaliście także nagrodę czytelników największego berlińskiego miesięcznika LGBT „Siegessaule”. Czyli pełen triumf. Nie da się ukryć, że – niezależnie od wartości artystycznej filmu – mają te nagrody także wymiar polityczny. Z twoich wypowiedzi jednak wynika, że chcesz się wymknąć z tego politycznego kontekstu.

Nie, to nie do końca tak. Tylko że dyskurs polityczny na Zachodzie, gdzie pewne sprawy są już oczywiste, to zupełnie coś innego niż w Polsce. To jest przepaść. Na rozdaniu nagród Teddy był burmistrz Berlina, jawny gej, byli przedstawiciele rządu. Wyobrażasz sobie, by na podobnej uroczystości pojawiła się prezydent Warszawy albo minister kultury? Spójrz też, przez co musi przechodzić Agnieszka Holland, która znajduje w sobie siłę i odwagę, by publicznie dawać odpór rożnym oszołomom. Ja się na takie publiczne debaty nie piszę. Zresztą nie mam takiego zaplecza, żeby w nich dobrze wypadać, nie jestem politykiem. Z „W imię…” mam objechać świat, bo fi lm wejdzie wszędzie do kin, został zaproszony na setki festiwali. Poza tym chcę robić kolejne filmy. Każdy ma swoją działkę. Myślę, że trzeba w Polsce studzić emocje w słowach, chociaż na pewno „W imię…” je rozpali, gdy pojawi się tutaj w kinach.

Jakie będą reakcje rodzimej widowni, przekonamy się jesienią, kiedy to zaplanowano jego polską premierę. Pamiętasz angielski film „Ksiądz” o duchownym-homoseksualiście?

Pamiętam, nie podobał mi się.

Także zresztą dostał Teddy’ego. Pokazywany w Polsce w połowie lat 90. wywołał protesty. Były pikiety pod kinami, sprawa nawet do sądu trafiła. Spodziewasz się podobnych reakcji?

Mam takie przeczucie, że ludzie Kościoła generalnie będą się starali nie wypowiadać na temat mojego filmu. Kościół będzie milczał, swoim zwyczajem.

Ale dyskusja o seksualności księży już się jednak u nas zaczęła.

W „Newsweeku” na przykład. Za dużo w niej jednak taniej sensacji. Mój film też początkowo miał być bardziej hardkorowy. Pomysł na niego przyszedł mi parę lat temu, jeszcze przed „Sponsoringiem”. Przeczytałam w „Polityce” reportaż o ministrancie, który w Blachowni pod Częstochową zamordował księdza, najprawdopodobniej na tle homoseksualnym. Potem znalazłam jeszcze artykuł w „Dużym Formacie” – „Grzech ukryty w kościele” Romana Daszczyńskiego i Pawła Wiejasa – i zaczęłam pisać scenariusz. Odłożyłam go na czas kręcenia „Sponsoringu”, a gdy do niego wróciłam, to wydał mi się strasznie dosłowny, jaskrawy. Stwierdziłam, że chciałabym zrobić raczej coś o miłości, coś bardziej ambiwalentnego. Zaczęłam iść w tym kierunku, porzuciłam inspirację publicystyką i stworzyłam własną historię.

Konsultowałaś scenariusz ze środowiskiem księży?

Tak, konsultowałam go z byłym już księdzem, Stanisławem Obirkiem. Ale też z wciąż czynnym księdzem, którego nazwiska nie mogę zdradzić. Jest on nawet autorem niektórych kazań wygłaszanych na ekranie przez Andrzeja Chyrę.

Na gejowskich portalach randkowych jest sporo księży i to całkiem jawnych.

Generalnie jest masa księży homoseksualistów. Gdy powstaje jakiś smrodek, taki ksiądz jest przenoszony z jednej parafii do następnej, by okoliczna ludność „nie gadała”. Często też chłopcy z prostych rodzin, którzy mają romans z duchownymi, bywają przez nich umieszczani w seminariach. W ten sposób obie strony zachowują ze sobą kontakt.

Myślałaś o happy endzie? Twój bohater zrzuca sutannę, żyje długo i szczęśliwie ze swoim chłopcem?

Myślałam. Był pomysł, żeby ksiądz wygłosił pożegnalne kazanie. Nawet, jak byliśmy ze „Sponsoringiem” na festiwalu w Toronto, to zrobiliśmy Andrzejowi Chyrze i Mateuszowi Kościukiewiczowi zdjęcia nad Niagarą. Że niby pojechali na romantyczną wycieczkę (śmiech). Ale jednak wydało mi się to całkowicie nieprawdopodobne, bajkowe. A fi lm jest przecież realistyczny. Tak więc kończy się nieco inaczej. Owszem, w Polsce duchowni zrzucają sutannę z miłości do kobiety. Lecz w kontekście homoseksualnym jest to wciąż u nas nierealne, niedopuszczalne.

Twoi aktorzy nie mieli problemu z tym, by pokazać homoseksualne pożądanie?

Od początku postanowiliśmy, że w ogóle nie będziemy dzielić na homo- czy heteroseksualne. To miał być film o miłości, o namiętności w ogóle. Dla mnie to naprawdę wszystko jedno. Poza tym Andrzej Chyra wywodzi się z Nowego Teatru, gdzie tematyka homoseksualna jest wciąż obecna. Mateusz też jest z tym oswojony przez naszych znajomych, środowisko.

Film kręciłaś w mazurskiej wsi, gdzie spędzasz wakacje. Podopiecznych księdza zagrali lokalni, nastoletni chłopcy. Wiedzieli, w czym biorą udział?

Zdawali sobie sprawę, chociaż nie daliśmy im scenariusza, bo nawet by go nie przeczytali. Dostawali wydrukowane strony ze scenami, potem na tej bazie improwizowaliśmy. Jest w filmie fragment, gdy chłopak spowiada się księdzu, że zrobił komuś laskę. Pytaliśmy się po kolei każdego, czy zagra w takiej scenie. Jeden się zgodził.

I zagrał to bardzo fajnie. A znasz jakichś jawnych homoseksualistów w tamtych okolicach?

No co ty! Tam jest agresja wobec gejów, Żydów, wszelkiej inności. Tam nawet nie tolerują mojego związku, tylko dlatego, że jestem starsza od mojego faceta. Raz przyjechali do nas znajomi geje z Warszawy. Sąsiad po ich wyjeździe zapytał mnie przy wódeczce ze swoim specyficznym zaśpiewem: „A powiedz mi, te, co tu były, to pedały, nie?”. „Tak, geje” – odparłam. „A! Gieje!”. Jak ci „inni” są z Warszawy to jest to trochę śmieszne, trochę egzotyczne. Gdyby jednak ktoś tam na miejscu ujawnił się jako homoseksualista homoseksualista, spotkałoby go wiele nieprzyjemności. Tam się mówi o tym, że księża mają dzieci, kochanki. Ale homoseksualizm to temat tabu.

Księżom generalnie więcej wolno. Sutanna przed wieloma rzeczami chroni.

W przerwie między zdjęciami Chyra pijał w sutannie piwo pod sklepem. Raz przyszedł do nas miejscowy proboszcz i poprosił, by jednak pan Chyra tego nie robił w sutannie (śmiech).

W Polsce nie ma kina gejowskiego.

Tak, to przedziwne.

Jesteś jego prekursorką. Myślisz, że powstanie więcej tego typu filmów?

Nie, nie sądzę. Jak patrzę na moich kolegów reżyserów, to w ogóle nie widzę w nich chęci, by poruszać takie tematy. Oni są sami w sobie skrajnie heteroseksualni. Jedynym wyjątkiem jest Tomek Wasilewski, który zrobił teraz „Dryfujące wieżowce”. Bardzo zdolny reżyser.

Ostatnio rozmawiałem na łamach „Repliki” z Maciejem Nowakiem. Powiedział, że polskie kino jest fallocentryczne, panuje w nim dryl wojskowy. Jak się w tym odnajdujesz?

Mam silną pozycję, więc się tym nie przejmuję, idę sobie do przodu swoją drogą. Ale to prawda z wojskowym drylem. Byłam niedawno na spotkaniu reżyserów, patrzyłam na moich kolegów i każdy wydał mi się męski w karykaturalny sposób. Poważny, zacięty maczo. Przygwożdżeni do swoich problemów, do swojego mentalu, nie znam ich, ale taki obrazek został mi w głowie. Panie były znacznie bardziej kolorowe. I też dlatego polskie filmy są, jakie są, czyli przyciężkie. W tym środowisku brakuje barwnych ptaków, świrów, ludzi z apetytem na życie – takich spotykam w teatrze, w sztukach wizualnych, a nie w kinie. Generalnie zresztą żyjemy w jakimś potwornym kraju. Jestem, na przykład, wstrząśnięta tym, co się tu gada przy okazji debaty o związkach partnerskich.

Przerabiamy ten język nienawiści już od lat.

Jednak nie spodziewałam się aż takiej agresji. Tego, że powychodzą te wszystkie palanty i zaczną obrażać ludzi. Mieszkamy w Warszawie, obracamy się w wąskim kręgu towarzyskim, gdzie bycie gejem czy lesbijką nie jest żadnym problemem. Zetknięcie się z reakcjami tzw. większości, z całą tą nienawiścią, z obrzydliwymi komentarzami na forach internetowych jest jednak dla mnie szokiem. Powiem ci, że po powrocie z Berlina wpadłam przez to w depresję, spałam po 14 godzin dziennie. Jakbym wróciła z jakiegoś innego świata .Trzeba kręcić filmy o tym chorym kraju.

Tylko czy znajdą się na nie fundusze? Ty nie miałaś problemów z zebraniem pieniędzy na realizację „W imię…?

Żadnych. Agnieszce Odorowicz, szefowej Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, podobała się już ta pierwsza, „hardkorowa” wersja scenariusza. Bardzo jej zresztą zależało, by zrobić fi lm o tematyce, która przebije się na Zachodzie. Jestem pewna, że nie byłoby żadnych problemów ze znalezieniem kasy na niepokorne kino. Brałam zresztą przez rok udział w komisji PISFu oceniającej scenariusze i każdy, który wykraczał poza poprawność, bardzo nam się podobał.

Dużo było tych niepoprawnych?

Nie było ich prawie w ogóle.

 

Tekst z nr 42/3-4 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jak całkowicie zniknąć

Jak całkowicie zniknąć (Polska, 2014), reż. P. Wojcieszek, wyk. A. Podsiadlik, P. Roggan, dystr. Alter Ego Pictures, premiera: 17.04.2015

 

fot. mat. pras.

 

Dziewczyna spotyka dziewczynę. Zaczyna się od podchodów w metrze: spojrzenia, uśmiechy, wysiadanie i wsiadanie na tych samych stacjach. Jakieś wzajemne przyciąganie. To Gerda, nieśmiała, skryta Polka wykona pierwszy krok. Mała Rozbójniczka, Niemka, podchwyci jej zabawę czy grę i potem, jako wygadana i wyzwolona, przejmie ster. Spędzą ze sobą kilkanaście godzin. Pojdą do klubu, do knajpy, do łózka. Trochę wygłupów, trochę błahych rozmów, trochę poważniejszych, trochę zauroczenia. Trochę seksu. „Przed wschodem słońca” w wersji lesbijskiej? Nie! Tam chłopak i dziewczyna bez przerwy gadali. Tu dziewczyny odzywają się w sumie niewiele. Są. Są razem. Homofobia, emancypacja – nie, tych tematów nie ma, ale i chyba nie musi być. Akcja filmu toczy się w Berlinie. Gerda, nawet jeśli pełny proces akceptacji ma jeszcze przed sobą, to tu, jako anonimowa postać w liberalnym mieście, może sobie „odpuścić” – i zachowywać się swobodnie, jak jej kompanka. Oniryczna muzyka i zjawiskowe zdjęcia – Berlin wygląda pięknie! – czynią z tej prostej opowieści miejską baśń, osadzoną w rzeczywistości, a jednak odrealnioną. Film zawiera animowane fragmenty, w których słyszymy myśli dziewczyn. Kto lubi takie klimaty, może się w nich zanurzyć i „całkowicie zniknąć”. Mnie brakowało trochę wyrazistych emocji i dynamiki.

A swoją drogą, reżyser Przemysław Wojcieszek coraz bardziej interesuje się LGBT. Po spektaklu „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” i po filmie „Sekret” to jego trzecie dzieło z tymi wątkami.

Film miał swoją prapremierę na zeszłorocznym wrocławskim Festiwalu T-mobile Nowe Horyzonty. (Mateusz Chojnacki)

 

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Twardziele na obcasach

Kino LGBT z Dalekiego Wschodu

 

„Zagubieni w raju”
mat. pras.

 

Zapatrzyliśmy się w zachodnie kino spod znaku LGBT, które ofertę ma, owszem, bogatą, ale często schematyczną. Proponuję więc obrócić się i spojrzeć w drugą stronę, ku Dalekiemu Wschodowi. Okazją do tego będzie 8 Festiwal Pięciu Smaków, prezentujący filmy z Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. W tym roku po raz pierwszy znajdzie się w nim sekcja queerowa. Początek imprezy – 12 listopada w Warszawie.

Ang Lee i inni

Sytuacja mniejszości seksualnych na Dalekim Wschodzie nie jest tak komfortowa, jak w Europie Zachodniej. W żadnym z tamtejszych państw nie istnieją prawne regulacje dotyczące związków jednopłciowych. Wiele też zależy od dominującej religii. Tam, gdzie przeważają muzułmanie – w Malezji, Bangladeszu czy Sri Lance – stosunki homoseksualne (głownie między mężczyznami) są penalizowane. Co ciekawe jednak, także w państwach takich jak Singapur czy Birma, gdzie większość mieszkańców wyznaje buddyzm, istnieją w kodeksach karnych odpowiednie zapisy. Generalnie jednak w krajach buddyjskich „odmieńców seksualnych” traktuje się łagodnie, choć homoseksualizm pozostaje w nich tematem tabu. Jeszcze osobną kwestią są kraje, w których wciąż pełnię władzy sprawuje partia komunistyczna – Chiny, Wietnam, Laos. Tu ostrej kontroli podlega wszelka działalność obywatelska, siłą rzeczy więc i ruch LGBT musi działać w ukryciu. Najwięcej filmów queerowych pochodzi z Tajlandii, chińskiego, ale wciąż cieszącego się specjalnym statusem Hongkongu i – co ważne – z katolickich Filipin (bierzmy z nich przykład!). Tematyka LGBTQ rzadko pojawia się w produkcjach głównego nurtu, czysto komercyjnych, ale też, dlatego azjatyckie tęczowe kino bywa ciekawsze formalnie, bardziej eksperymentalne niż filmy zachodnie. Częściej także i śmielej eksploruje rejony oznaczone literkami „T” i „Q”, jego bohaterami są nierzadko rożnego rodzaju „drag” i „trans”.

Ma zresztą to kino na swoim koncie liczne sukcesy. Z Tajwanu pochodzi przecież Ang Lee, który – zanim wzruszył wszystkich „Tajemnicą Brokeback Mountain” – zdobył sławę „Przyjęciem weselnym” (1993). W tym filmie mieszkający w Nowym Jorku i od lat żyjący z amerykańskim partnerem, Wai-Tung żeni się, by spełnić oczekiwania swych rodziców. Kolejny znany chiński reżyser, tym razem z Hongkongu, Wong Kar-Wai nakręcił (nagrodzoną w Cannes) opowieść o gejowskiej parze podróżującej po Argentynie – „Happy Together” (1997). W Cannes uhonorowano także „Noce wiosennego upojenia” (2009) Lou Ye, intensywną historię erotycznego wielokąta z gejowskim wątkiem. Dekadę wcześniej inny twórca z Państwa Środka, Zhang Yuan, aresztem domowym i konfiskatą paszportu przypłacił realizację filmu „Pałac wschodni, pałac zachodni” (1996), w którym policjant przesłuchuje młodego pisarza przyłapanego na pikiecie niedaleko Zakazanego Miasta w Pekinie. Przyjaciołom Zhanga Yuana udało się jednak przeszmuglować film na festiwal w Cannes.

Wątki gejowskie regularnie porusza w swoich filmach, tworzący w Hongkongu, Stanley Kwan. Przywołajmy jeden tylko tytuł – „Lan Yu” (2001), historię miłości między przedsiębiorcą w średnim wieku a młodym studentem. W tle tej opowieści pojawiają się wydarzenia na placu Tienanmen. Inny reżyser z Hongkongu, Scud, miesza na gejowską modłę konwencje filmowe – trzy jego dzieła możecie obejrzeć na outfilm.pl. Także najsłynniejszy obecnie reżyser filipiński, Brillante Mendoza, nie stroni od homoseksualnych toposów. Zadebiutował w roku 2005 „Masażystą”, potem nakręcił m.in. „Serbis” (2008), rozgrywające się w kinie erotycznym.

Z Filipin pochodzą też dwaj laureaci nagrody Teddy festiwalu w Berlinie – „Massimo Oliveros rozkwita” (2005) Auraeusa Solito (film wyszedł u nas na DVD) ma za bohatera młodziutkiego chłopca, który zakochuje się w policjancie. Z kolei paradokumentalna „Niezwykła historia o królowej Racheli” (2008), zrobiona przez islandzkiego reżysera, Olafa de Fleur Johannessona, jest biografią transseksualnej bohaterki z filipińskiego Cebu City, która marzy o życiu w Paryżu.

Władza i seks

Jak wynika z tej wyliczanki częstym tematem w azjatyckim kinie queerowym są napięcia między seksualnością a władzą, reprezentowaną przez rodzinę, siły porządkowe, religię, opinię publiczną… Wspomniałem o kłopotach „nieprawomyślnych” dzieł w Chin, ale warto pamiętać, że, generalnie, w wielu krajach azjatyckich istnieje cenzura, która nierzadko blokuje „nieodpowiednie treści”. Podczas Pięciu Smaków zobaczymy m.in. film transseksualnej tajskiej reżyserki, Tanwarin Sukkhapisit, „It Gets Better” (2012), rozgrywający się w środowisku ladyboys. Jej debiutancki „Insects in the Backyard” (2010) – w którym transseksualna pisarka grana przez samą Tanwarin wychowuje dwoje dorastających dzieci – został zakazany w Tajlandii, ponieważ okazał się zbyt odważny obyczajowo. Skądinąd, jednym z argumentów cenzury było to, że postać „trans” ukazana została w niekorzystnym świetle – faktycznie, jest ona złym ojcem, to wadliwe relacje rodzinne zdają się przyczyną tego, że jej dzieci zbaczają na niewłaściwą drogę (np. syn zaczyna trudnić się prostytucją). W „Będzie lepiej” mamy znacznie sympatyczniejsze postacie ladyboys, a sam film stanowi niewątpliwie apel o akceptację. Tematyka transseksualna gości zresztą w kinie Tajlandii nie od dzisiaj. Również w Polsce ukazał się parę lat temu na DVD film „Piękny bokser” (2004) Ekachaia Uekrongthama – prawdziwa historia mistrza boksu tajskiego, który z pieniędzy zarobionych na ringu opłacał operacje korekty płci.

Inny film z Tajlandii, eksperymentalny „Supernatural” (2013, reż. Thunska Pansittivoraku), wprost porusza kwestię wolności słowa w tym kraju, odnosi się bowiem do paragrafu o „obrazie króla”, z którego skazano już niejedną osobę. Na warszawskim festiwalu obejrzymy także bodaj pierwszy wietnamski film fabularny o gejach, „Zagubieni w raju” (2011) w reżyserii Ngoc Dang Vu. Choć jego bohaterami są piękni, młodzi chłopcy o gładkich ciałach, to i on utrzymany jest w niewesołej tonacji. Dotyka bowiem problemu prostytucji i przestępstw, w jakie uwikłani są ci, których społeczeństwo nie akceptuje. Problem homofobii, tym razem w Korei Południowej, porusza w swoich filmach Hee-il Leesong. Na festiwalu zobaczymy, rozgrywający się w środowisku szkolnym, dramat „Nocny lot” (2014). Z kolei filipińska „Szybka zmiana” (2013) Eduarda Roya Jr. opowiedziana została z perspektywy kobiety, która nielegalnie wstrzykuje rożne substancje „na poprawę urody” transom startującym w konkursach piękności.

Los człowieka

Myślę jednak, że najlepiej trafi do naszych widzów również filipiński, kameralny „Bwakaw” (2012) Jun Lana. Bohater tego filmu to starszy mężczyzna, który niemal całe swoje życie tkwił w szafie. Gdy wreszcie z niej wychodzi, jest człowiekiem rozgoryczonym i kostycznym. Odrzuca towarzystwo ludzi, a cieplejszymi uczuciami obdarza jedynie swego psa o imieniu – właśnie – Bwakaw.

Do sekcji queerowej Pięciu Smaków zakwalifikowały się także: zrobiona przez 23-letniego Hao Zhou, inspirowana Genetem i Wong Kar- Waiem, chińska „Noc” (2014) oraz dwa filmy lesbijskie – koreańska „Dziewczyna u mych drzwi” (2014) July Jung oraz nepalska „Soongava” (2012) Subarny Thapa. Prawdopodobnie obejrzymy również… film gangsterski – przykład tego, jak tematyka LGBT wchodzi do komercyjnego obiegu. Koreański „Mężczyzna na wysokich obcasach” (2014) Jin Janga zaczyna się od sekwencji, w której detektyw Yoon Ji-wook masakruje całą grupę mafiozow. Niedługo potem dowiadujemy się, że nasz heros w sekrecie przygotowuje się do operacji korekty płci. Kobiecy zew nie przeszkadza jednak Ji-wookowi być jednym z największych twardzieli w policji.

I takie właśnie jest azjatyckie kino queerowe – spaja przeciwieństwa (nazwisko reżysera ostatniego filmu oznacza przecież połączone siły męskie i żeńskie), ma wiele zrozumienia i współczucia dla swoich bohaterów, nawet gdy popełniają złe uczynki. Więcej w nim refleksji na temat ludzkiego losu niż walki o sprawę. Z pewnością spogląda ono na seksualność z innej perspektywy niż ta zachodnia, racjonalna, oświeceniowa.

 

Tekst z nr 51/9-10 2014.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

13. LGBT+ Film Festival

W kinach: od 22 do 29 kwietnia, online: od 6 do 20 maja, szczegóły: lgbtfestival.pl

 

mat. pras.

 

Trzynasta już edycja LGBT+ Film Festival zawita do kin między 22 a 29 kwietnia w Warszawie, po raz pierwszy w kinie KinoGram! Festiwal zagości też w Bydgoszczy (MCK/Kino Orzeł), Koninie (Kino Kameralne/CKiS), Poznaniu (Kino Pałacowe/CKZ), Wrocławiu (Kino Nowe Horyzonty), Łodzi (Kino Bodo), Gdańsku (Kino Kameralna Cafe), Krakowie (Kino Pod Baranami), a także online na platformie MOJEeKINO.pl (od 6 do 20 maja). Poniżej publikujemy recenzje dwóch wybranych przez nas filmów – to tylko przedsmak ogromu atrakcji przygotowanych przez organizatorów. Mają na co czekać fani_ki krótkich metraży: w tym roku znajdziemy je w aż ośmiu blokach (!), m.in. gejowskich, lesbijskich (najdłuższy, dwuczęściowy zestaw), trans i niebinarnych, a także po raz pierwszy animowanych. Wśród premier pełnometrażowych również mocna jest reprezentacja fi lmów les: „Tahara”, reż. Olivia Peace, „Softie” (oryg. „Petite nature”), reż. Samuel Theis, „Love, Spells and All Th at” (oryg. „Aşk, Büyü Vs”), reż. Ümit Ünal (patrz niżej), „Ma Belle, My Beauty”, reż. Marion Hill oraz dokument „Rebel Dykes”. Festiwal otworzy brazylijski kandydat do Oscara „Private Desert” (recenzja poniżej). Poza premierami najgłośniejszych hitów ze światowych festiwali na ekrany powróci także polska „Magdalena” Filipa Gieldona (której entuzjastyczną recenzję Agnieszki Pilacińskiej znajdziecie na naszej stronie internetowej) oraz reportaż o rodzicach osób trans „Wszystko o moim dziecku” dziennikarza TVN24 Piotra Jaconia (który jako ojciec transpłciowej dziewczyny coming out zrobił na łamach „Repliki” nr 91). Wisienką na torcie będzie laureat nagrody Teddy z tegorocznego Berlinale – „Trzy smutne tygrysy” (oryg. „Tres Tigres Tristes”), reż. Gustavo Vinagre.  

 

Tekst z nr 96/3-4 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wilde. Historia pisarza

(UK, 1997), reż. B. Gilbert, 14. LGBT+ Film Festival

 

mat. pras.

 

„Są tylko dwie tragedie na świecie: jedna to nie mieć tego, czego się chce, a druga mieć to, co się chciało” – napisał kiedyś Oscar Wilde. „Na świecie”, ale chyba należałoby powiedzieć – zresztą w zgodzie z oryginałem – „w życiu”, a przynajmniej pełnym sprzeczności (zresztą podobnie jak chyba wszystkich queerowych ikon XIX w.) życiu Wilde’a: z jednej strony rozchwytywanego, wszechstronnego pisarza, teoretyka sztuki i – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – międzynarodowego celebryty, z drugiej – piewcy greckiego modelu homoseksualnej miłości, bywalca gejowskich orgii, ale też romantyka, zakochanego z wzajemnością w o kilkanaście lat młodszym Alfredzie Douglasie. Ten ostatni, nazywany pieszczotliwie Bosie’em, był zarazem adresatem największych dzieł pisarza i przyczyną jego głośnego procesu o zniesławienie z 1895 r., będącego reakcją na zarzuty o „sodomię” i „czyny przeciwko naturze”. Procesu, jak wiemy, ostatecznie przegranego, który złamał karierę Wilde’a i w ostateczności go zabił, ale też – z drugiej strony – był kamieniem milowym w zwiększaniu widoczności osób nieheteronormatywnych w zachodniej Europie. Przywołany powyżej zarys biografii pisarza jest wersją silnie już zmitologizowaną i utrwaloną w zbiorowej wyobraźni, i taką też wersję otrzymujemy, oglądając po 25 latach „Wilde’a”: zaskakująco progresywną jak na swoje czasy queerową biografię, przedstawiającą postać autora „Portretu Doriana Graya” z perspektywy jego relacji z mężczyznami i dojrzewania do walki z systemową homofobią, wreszcie – poszukiwania własnej tożsamości w XIX-wiecznej Irlandii (podlegającej jeszcze skrajnie homofobicznej Wielkiej Brytanii, gdzie homoseksualność była penalizowana). Mimo upływu lat „Wilde’a” nadal ogląda się ze ściśniętym gardłem. Ogromna w tym zasługa nie tylko świetnych kreacji: Wilde’a (Stephen Fry), Bosiego (Jude Law) czy matki pisarza Speranzy (Vanessa Redgrave), ale też dużej queerowej wrażliwości twórców filmu, którzy pokazują tragedię Wilde’a jako dramat miłości niemożliwej – takiej, która „nie może wypowiedzieć swojego imienia” w wierszu poety, ale która w miarę rozwoju fabuły coraz śmielej wypowiada się na płaszczyźnie seksualnej, by wreszcie wybuchnąć – w genialnie zagranej przemowie pisarza na sali sądowej – w obliczu homofobicznego prawa. (Małgorzata Tarnowska)

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.