Jadwiga Skirmunttówna „Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie”

Wydawnictwo MG, 2012

 

Przeżyłam z nią, pod jej dachem, 25 ostatnich jej lat – tak zaczynają się wspomnienia Jadwigi Skirmunttówny o partnerce i miłości jej życia, pisarce Marii Rodziewiczównie. Otrzymaliśmy właśnie kolejne wydanie książki „Pani na Hruszowej” (pierwotnie ukazała się w 1994 r.).

Maria Rodziewiczówna (1864-1944) urodziła się w majątku Pieniuha koło Grodna. Jej rodziców w ramach represji za pomoc powstańcom styczniowym zesłano na Syberię. Po powrocie zamieszkali w Warszawie, a później w majątku Hruszowa na Polesiu, który Maria odziedziczyła w wieku 18 lat. Odtąd historia jej życia była ściśle związana z tym miejscem. Dwór Marii był dla okolicznych ziemian i dla ludu wiejskiego ośrodkiem kultury polskiej. Zakładała polskie szkoły, opiekowała się miejscową ludnością, budowała kościoły, stawiała pomniki, stworzyła system pomocy rozwijającym się majątkom. Stała się symbolem polskości na kresach wschodnich. A oprócz tego napisała trzydzieści powieści, m.in. „Straszny dziadunio”, „Lato leśnych ludzi”, a także sfilmowaną w 1987 r. nowelę „Między ustami a brzegiem pucharu”.

Niestety, ze wspomnień Skirmunttówny nie dowiemy się nic bliższego o jej wieloletniej relacji z pisarką. Poczujemy za to klimat kresów za czasów walki o polskość. Skirmunttówna dużo pisze o zaangażowaniu Rodziewiczówny w walkę z bolszewikami i Niemcami, o jej poświęceniu, poczuciu obowiązku i odwadze. Nieliczne wzmianki o sielankowej stronie życia w Hruszowej przedstawiają pisarkę jako osobę o dużym poczuciu humoru, silną i rozkochaną w przyrodzie. Maria, widziana oczami Jadwigi, jest postacią nieskazitelną. Przez całe życie oczekuje nadejścia Królestwa Bożego, hołduje wyidealizowanemu wizerunkowi Polski. Gdzie na dzisiejszej mapie poglądów sytuowałaby Marię taka postawa?

I pytanie ważniejsze: czy doczekamy się pełnej, rzetelnej biografi Rodziewiczówny, która przy całym swym „czekaniu na Królestwo Boże”, łamała obyczajowe schematy – nosiła się po męsku, a życie spędziła z dwiema kobietami? Tak, z dwiema. Druga to Helena Weychert, z którą Maria jakiś czas mieszkała nawet w Falenicy… (Dagmara Molga)

 

Tekst z nr 41/1-2 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jeanette Winterson „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?”

Rebis 2012

 

 

We wstępie do drugiego wydania swojej debiutanckiej książki Jeanette Winterson, królowa współczesnej lesbijskiej prozy, przewrotnie zapytała: Czy „Nie tylko pomarańcze” są powieścią autobiograficzną?, by jeszcze przewrotniej odpowiedzieć: Nie, żadną miarą nie, oraz tak, jak najbardziej tak. Potem wielokrotnie powtórzyła, że opowiedziane tam własne dzieciństwo i dorastanie, pierwsze relacje erotyczne i egzorcystyczny coming out należy traktować w kategorii fikcji.

„Po co ci szczęście…” to autobiograficzna, niefikcyjna wersja tych samych zdarzeń i dużo więcej. To, co najmocniejsze rusza tu w miejscu, gdzie „Pomarańcze” się zatrzymały – od świadomości „utraconej utraty”. Trauma. Miłość i odrzucane miłości. Histerie i napady psychotyczne. Próba samobójcza i radykalny wybór Żyć! Matka, która jest potworem i matka, która odeszła. Która jest moja? I czyja jestem ja? Była potworem, ale to był mój potwor – mówi Jeanette drugiej matce (biologicznej) o tej pierwszej (adopcyjnej). Moj. A ty? Gdzie wtedy byłaś? Kim jestem? Adoptowane dzieci wymyślają się same, bo tak już musi być; od samego początku pojawia się nieobecność, próżnia, znak zapytania. (…) To jak czytanie książki, której brakuje kilku początkowych kartek. „Po co ci szczęście…” to próba zapisania tych kartek. Niezwykła książka – ryzykowna, odważna i piękna. Typowo dla Jeanette konstrukcyjnie nowatorska. Esej o samej sobie (Po części fakt, po części fikcja – oto, czym jest życie). Eseistyczna poezja biograficzna. (Marta Konarzewska)

 

Tekst z nr 40/11-12 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jedna żółta róża

O związku Eleanor Roosevelt, żony 32. amerykańskiego prezydenta, z reporterką Loreną Hicock pisze Susan Quinn w nowo wydanej w USA książce „Eleanor i Hick. Miłosna historia, która ukształtowała Pierwszą Damę” Napisały do siebie ponad trzy tysiące listów. Ileż bym dała, by cię przytulić naprawdę, a nie na odległość. Nie mogę cię pocałować, więc właśnie pocałowałam twoją fotografię – pisała w jednym z nich

 

fot. mat. pras.

 

Tekst: Mariusz Kurc

Poznały się podczas pierwszej kampanii prezydenckiej Franklina Delano Roosevelta w 1932 r. Lorena była reporterką Associated Press (jedną z niewielu kobiet w tym zawodzie), przydzielono jej temat potencjalnej przyszłej Pierwszej Damy. Ich związek przetrwał całe 30 lat – do końca życia Eleanor. Lorena, która zmarła sześć lat później, w 1968 r., w testamencie zapisała swe papiery bibliotece Rooseveltów z adnotacją, że można je upublicznić 10 lat po śmierci. W ten sposób do archiwum trafi ło ponad 3 tysiące (!) listów między Hick, jak ją nazywano, a Eleanor. Wiele z nich czułych, romantycznych, miłosnych. Pierwsza badaczka, która dotarła do listów w 1980 r., stwierdziła, iż są tak „nieodpowiednie”, że powinny „pozostać zamknięte przez kolejne dekady”. Czekały więc cierpliwie na czasy, gdy atmosfera będzie mniej homofobiczna, a miłość homoseksualna przestanie być postrzegana jako z gruntu skandaliczna. Kolejni biografowie i biografki Eleanor coraz częściej wspominali o tej „niezwykle głębokiej przyjaźni”. W końcu zaczęto mówić śmielej. W 2014 r. na podstawie listów Eleanor i Hick wystawiono sztukę wg Terry Baum i Pat Bond. Panie, obie jawne lesbijki, napisały tekst jeszcze w latach 80. (Bond zmarła w 1990 r.). Terry, która wcieliła się w postać Hick, nadal w sztuce występuje.

A teraz pojawia się w USA pierwsze pełne kompendium wiedzy o związku Eleanor i Hick w formie książki Susan Quinn, która zadziałała trochę jak Krzysztof Tomasik i jego „Homobiografie”. Quinn odważyła się nazwać sprawę po imieniu i słowo „love” wybiła nawet w samym tytule.

Kocham cię, uwielbiam cię

W sierpniu 1932 r. Franklin Delano Roosevelt wyruszył na wiece wyborcze specjalnym pociągiem, którym pokonał w sumie ponad 12 tysięcy kilometrów. Towarzyszyła mu nie tylko żona, ale i cała grupa dziennikarzy, wśród nich jedyna kobieta – Lorena Hickok. Eleanor zwróciła na reporterkę uwagę po tym, jak asystentka opowiedziała jej o trudnym dzieciństwie Hick. Panie zbliżyły się do siebie i już niebawem Lorena była wtajemniczana w sprawy, o których inni dziennikarze mogliby marzyć. Nigdy jednak swej wiedzy nie wykorzystała, pozostała zawsze lojalna wobec Eleanor. Autocenzurowała artykuły o kampanii Roosevelta. Po kilku miesiącach Eleanor tak zaufała Hick, że dała jej nawet do przejrzenia inauguracyjną mowę męża po jego wyborze na prezydenta, zanim ten ją wygłosił. Nie lada gratka dla każdego reportera – ale Hick zachowała tekst dla siebie. Jednak gdy konflikt interesów narastał, przestała pracować dla Associated Press. Zaczęła zresztą być tak stałą gościnią w Białym Domu, że praktycznie w nim zamieszkała. Jej obecność ani częste wyjazdy z Pierwszą Damą nikogo nie dziwiły, bo taki był cały styl prezydenckiego małżeństwa – ciągle w towarzystwie wielu osób.

Listy Eleanor i Hick szybko nabrały miłosnego charakteru: Hick, kochanie! Jak dobrze było usłyszeć twój głos. Jimmy był obok, więc nie mogłam powiedzieć mojego zwyczajowego ‹je t’aime, je t’adore› (Kocham cię, uwielbiam cię), a bardzo chciałam. Zawsze mówię to w myślach, kładę się spać myśląc o tobie – pisała Eleanor 6 marca 1933 r., dwa dni po zaprzysiężeniu Roosevelta na prezydenta.

7 marca: Hick, kochanie, tak bardzo chcę cię objąć. Pierścionek od ciebie jest jakimś pocieszeniem w czasie twej nieobecności. Patrzę na niego i myślę ‹tak, ona mnie kocha›, bo przecież inaczej nie miałabym go na palcu.

9 marca: Och, ileż bym dała, by cię przytulić naprawdę, a nie na odległość. Nie mogę cię pocałować, więc właśnie pocałowałam twoją fotografię. Dobranoc i zarazem dzień dobry już na jutro.

Tęsknię za tobą tak, że odczuwam wręcz fizyczny ból – odpowiadała Hick. Obowiązki obu kobiet nie pozwalały na dużo wspólnego czasu, ale często udało im się wyrwać choćby na dwudniowe wypady (Eleanor miała prawo jazdy, co też nie było częste w tamtych czasach wśród kobiet; Hick zrobiła je niedługo później).

Eleanor zapoznała też Hick z kręgiem swych przyjaciółek, wśród których prym wiodły lesbijki, m.in. dwie pary: Nancy Cook i Marion Dickerman oraz Esther Lape i Elizabeth Read. Z pierwszą z nich Eleanor założyła nawet niewielką… firmę meblarską.

Hick

Lorena Hickock urodziła się w 1893 r. Gdy miała 10 lat, przeprowadziła się wraz z rodziną do miasteczka Bowdie w Południowej Dakocie. Trzy lata później jej mama zmarła. Gdy ojciec, nadużywający alkoholu tyran, znalazł nową żonę, Lorena musiała radzić sobie sama, została praktycznie przez tatę wyrzucona. Najpierw pracowała po domach jako pomoc do wszystkiego. Potem przygarnęła ją ciotka. Lorena skończyła liceum i zaczęła zdradzać talent dziennikarski. Zaczepiała się w kolejnych lokalnych gazetach (dla „Milwaukee Sentinel” przeprowadziła m.in. wywiad z Ignacym Paderewskim!). W Minneapolis, dokąd się przeprowadziła, znalazła swą pierwszą wielką miłość – dziennikarkę Ellę Morse. Były razem 8 lat. Ella rzuciła Lorenę i wróciła do swego byłego chłopaka, którego szybko poślubiła. Zdruzgotana Hick postanowiła wyprowadzić się. Trafi ła do Nowego Jorku. Pracę w Associated Press zdobyła w 1928 r. Gdy poznała Eleanor, dobiegała czterdziestki.

Eleanor

Eleanor była prawie 9 lat starsza. W przeciwieństwie do Hick, urodziła się w zamożnej i wpływowej rodzinie. Gdy miała 17 lat, jej wujek Theodore został prezydentem USA. Ale, podobnie jak Hick, dzieciństwo miała naznaczone tragediami. Była ośmiolatką, gdy na dyfterię zmarła jej mama, dziesięciolatką – gdy tata alkoholik w napadzie delirium rzucił się z okna. Po śmierci rodziców Eleanor wychowywała surowa babcia, która zapewniła wnuczce dobrą edukację. Przyszła Pierwsza Dama zawsze wspominała wspaniałą nauczycielkę Marie Souvestre, zakochaną w sztuce feministkę i lesbijkę.

Za swego dalekiego kuzyna Franklina wyszła, gdy skończyła 21 lat i przez następną dekadę praktycznie nie wychodziłam z domu. Była albo w ciąży, albo świeżo po połogu. Urodziła szóstkę dzieci, czterech chłopców i dwie dziewczynki. Gdy Stany Zjednoczone zaangażowały się w I wojnę światową, Eleanor zgłosiła się do pomocy jako wolontariuszka. Działalność poza domem otworzyła ją mentalnie na świat. Rok później Eleanor przeżyła wielki życiowy zawód: dowiedziała się o romansie męża z sekretarką, prawdopodobnie zresztą nie pierwszym (i zupełnie, jak pokaże przyszłość, nieostatnim). Załamał jej się grunt pod nogami, ale pozostała przy mężu, którego atak polio trzy lata później przykuł na zawsze do wózka inwalidzkiego.

To skomplikowane

O ile seksualność Hick jest dość prosta do „rozszyfrowania” – była po prostu lesbijką, o tyle z Eleanor sprawa jest bardziej skomplikowana. O stosunku seksualnym Pierwsza Dama wyraziła się, że to coś, co trzeba jakoś przetrzymać. Ile było fizyczności między nią a Hick – nie wiadomo, na ten temat panie w listach albo milczały, albo, co prawdopodobne, najbardziej namiętne listy Hick spaliła (bo jakieś spaliła na pewno). Wprawdzie przyjaźnie z lesbijkami i miłość do Hick wskazywałyby na homoseksualność, ale Eleanor, będąc już w średnim wieku, przeżyła również co najmniej dwie miłości do mężczyzn. Obaj byli znacznie młodsi. Jeszcze przed poznaniem Hick zakochała się w o 12 lat młodszym Earlu Millerze, swym ochroniarzu. Natomiast niedługo po II wojnie światowej (i po śmierci męża) – w swym lekarzu Davidzie Gurewitschu. Miała 63 lata, David – 45. Czy ich związek miał aspekt seksualny, czy był „tylko” głęboką przyjaźnią lub miłością platoniczną – znów nie wiadomo. Wiadomo jednak, że gdy kilka lat później David poznał kobietę, która została jego żoną, Eleanor była bardzo zazdrosna, zanim zaakceptowała stan rzeczy. Kilka lat później Gurewitschowie i Roosevelt kupili razem kamienicę, do której się wprowadzili. Eleanor była do końca życia sąsiadką Davida, została przyjaciółką jego żony. Regularnie widywała też Hick.

Pierwsza Dama Świata

Eleanor Roosevelt zrewolucjonizowała „urząd” Pierwszej Damy. Nie była żoną stojącą u boku lub w cieniu męża. Przez cały, 12 letni okres prezydentury Roosevelta (wygrał wybory czterokrotnie i dopiero po nim ustanowiono pułap maksymalnie dwóch kadencji), Eleanor miała napięty do granic grafik. Była pierwszą Pierwszą Damą, która zwoływała konferencje prasowe, pierwszą Pierwszą Damą, która występowała na konwencjach partyjnych (Partii Demokratycznej). Przemierzyła Stany wzdłuż i wszerz, spotykając się z mieszkańcami kraju pogrążonego w Wielkim Kryzysie. Była tez stale obecna w prasie – przez 6 dni w tygodniu (!) publikując felietony pod nazwą „My Day” („Mój dzień”).

Wspierała projekty mające na celu likwidację segregacji ze względu na kolor skóry i poprawę sytuacji najbiedniejszych (szczególnie na terenach górniczych dotkniętych największą ekonomiczną zapaścią). Podczas wojny wielokrotnie przypominała, że nie powinniśmy mówić, iż walczymy przeciwko faszyzmowi i komunizmowi, ale raczej, iż walczymy o demokrację i prawa człowieka.

W 1945 r., już po śmierci Roosevelta, jego następca Harry Truman zaproponował Eleanor stanowisko delegatki USA do Zgromadzenia Narodowego właśnie utworzonej wielkiej międzynarodowej organizacji, czyli Organizacji Narodów Zjednoczonych. W kwietniu 1946 r. Eleanor Roosevelt została pierwszą przewodniczącą Komisji Praw Człowieka ONZ. Odegrała kluczową rolę w przygotowaniu i zatwierdzeniu Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (PDPR została przyjęta w 1948 r. przy ośmiu głosach wstrzymujących się, m.in. Polski). To właśnie dzięki pracy w ONZ Eleanor Roosevelt zyskała nowy przydomek: Pierwszej Damy Świata. Działała w dziesiątkach spraw/komitetów/organizacji do śmierci w 1962 r., w wieku 78 lat.

***

Jej związek z Hick miał w czasie tych 30 lat różną intensywność, ale panie pozostały sobie bliskie, wymiana listów była nieprzerwana. Wnuki Eleanor wspominają, że Hick miała dość groźną aparycję – nosiła workowate spodnie, męskie koszule, była wysoka, miała nadwagę, włosy na brodzie i zwykle rozczochraną fryzurę. Ale jeśli ktoś przebił się przez tę fasadę, odkrywał ciepłą, empatyczną osobę, w swych późnych latach – autorkę książek dla dzieci.

Hick przeżyła Eleanor, jak wspomniałem, o sześć lat. Co roku, w rocznicę śmierci ukochanej, przyjeżdżała na jej grób i kładła na nim zawsze jedną żółtą różę, symbol ich miłości.

 

***

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce.

This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, fi ndings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily refl ect those of the United States Department of State.

 

Tekst z nr 64/11-12 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Lesbijki na scenę!

Postaci homoseksualnych kobiet w polskim dramacie i teatrze. Rekonesans

 

foto: Stefan Okołowicz

 

Tekst: Hubert Michalak

O tym, że lesbijek, w porównaniu do gejów, w przestrzeni publicznej niemal nie widać, napisano sporo. Teatr i literatura dramatyczna nie stanowią tu wyjątków. Homoseksualnych postaci kobiecych na scenach jest zdecydowanie mniej od ich męskich odpowiedników. Podobnie sprawa ma się z pracującymi w teatrze lesbijkami: przecież niedawna dyskusja o (rzekomym) homolobby w polskim teatrze właściwie dotyczyła tylko gejów. Co z lesbijkami?

Cokolwiek się zdarzy, kocham cię

Gdyby zapytać przeciętnego polskiego teatromana o kilka spektakli, w których pojawiają się postaci lesbijskie, prawie na pewno pojawiłby się wśród nich utwór Przemysława Wojcieszka „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” (prapremiera w reż. autora: TR Warszawa, 25.10.2005). Sugar (Roma Gąsiorowska) i Magda (Agnieszka Podsiadlik) to główne bohaterki przedstawienia, wyoutowana para. Zasadniczy konflikt rozpięty jest między dziewczynami a bratem Sugar, Piotrkiem (Krzysztof Czeczot/Michał Czernecki), żarliwym katolikiem, żołnierzem, który dopiero co wrócił do kraju z polskiej misji w Iraku. Dość przewidywalne i ocierające się o stereotyp zestawienie frontów przebija Wojcieszek postacią tolerancyjnej Matki Sugar i Piotrka (Magdalena Kuta). Jako ornament zaś wprowadza niebanalne fragmenty poetyckie autorstwa Marcina Cecki (w dramacie zapisano je jako slam, w przedstawieniu jednak są wykonywane w wersji koncertowej, z muzyką zespołu Pustki). De facto „Cokolwiek się zdarzy…” to rodzaj lesbijskiego rom-comu, którego bohaterki dążą do uporządkowania życia, ale po swojemu („Stworzymy małą lesbijską rodzinkę. Maleńką wywrotową komórkę, która wysadzi w powietrze to popieprzone społeczeństwo”, mówi jedna z nich). Owszem, borykają się z niechęcią najbliższej rodziny, ale w nieciekawej codzienności znajdują miejsce na śmiech, w ich życiu powaga przeplata się z komizmem, są przeciętniaczkami (np. Magda zmywa naczynia w podrzędnej warszawskiej smażalni kurczaków). Nie jest to sielski obrazek z „homofobią na wesoło”, ale też twórcy unikają obrazów ostrej dyskryminacji. Na scenie pokazano „żyćko”, przeciętne ludzkie „dzianie się” umiejscowione na sprawnie zarysowanym tle społecznym. Okazuje się (co za zaskoczenie!), że lesbijki mają swoje, bardzo przeciętne, życie prywatne, swoje proste marzenia.

4:48 Psychosis

Drugim tytułem, który mógłby wskazać odpytywany „przeciętny polski teatroman”, jest „4:48 Psychosis” według tekstu Sarah Kane w reż. Grzegorza Jarzyny (prem. w Teatrze Polskim w Poznaniu 8.02.2002, w TR Warszawa: 22.02.2002; koprodukcja dwóch scen). Utwór Kane, eksplorujący temat depresji i dążenia do śmierci, to tekst bez wyszczególnionych bohaterów, z pustymi przestrzeniami między poszczególnymi fragmentami, przeplatany ciągami liczb, rozrzucony na kolejnych stronach, pozornie nieuporządkowany i chaotyczny. Można powiedzieć, że ma kształt przestrzennego wiersza a nie klasycznego dramatu, z rolami i didaskaliami. Do tego, ze względu na specyfikę języka angielskiego, płeć bohaterów jest zwykle nieoczywista; po angielsku można powiedzieć bezosobowo „I did”, jednak język polski domaga się doprecyzowania: „zrobiłam”, „zrobiłem”. Z tej nieoczywistości skorzystali polscy twórcy.

Jarzyna odnalazł dla tekstu Kane formę sceniczną, w której połączył multimedia i tradycyjną scenografi ę, a głównej bohaterce nadał twarz Magdaleny Cieleckiej. Bezimienna protagonistka kilkakrotnie przywołuje „osobę, którą kocha” – w spektaklu ma ona twarz kobiety. Pojawia się ona na scenie krótko, jest tylko sygnałem dla widza, informacją, że pogrążonej w głębokiej depresji bohaterce przydarzyła się relacja intymna. Namiastkę tej intymności w dwóch odsłonach oglądamy na scenie: grająca jej partnerkę Katarzyna Herman uważnie słucha bolesnego monologu protagonistki, później zaś obie kobiety z czułością oddają się sobie, co na scenie pokazano z poszanowaniem intymności tej relacji. Nawet miłość jednak nie była w stanie powstrzymać pędu ku śmierci, jaki od samego początku towarzyszy głównej bohaterce. Relacja miłosna jest dla niej bardzo ważna: to jedyny w przedstawieniu obraz przywołany „z zewnątrz”, spoza przypominającej szpital przestrzeni, którą widzimy na scenie. Jednak nawet miłość przegrywa ze śmiercią.

Kostka smalcu z bakaliami

Dwie lesbijki uczynił jedynymi bohaterkami swojej „Kostki smalcu z bakaliami” Ingmar Villqist (to pseudonim polskiego dramatopisarza Jarosława Świerszcza). Kameralny utwór Villqista doczekał się kilku realizacji w profesjonalnych teatrach (prapremiera sceniczna: 13.05.2001, Teatr Zakład Krawiecki we Wrocławiu, reż. Szymon Turkiewicz, inscenizacje powstały również w Szczecinie, Gdyni i Tychach), licznych premier w teatrach niezawodowych oraz najbardziej znanej realizacji w Teatrze Telewizji z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofi k i Mają Ostaszewską (reż. Łukasz Barczyk, prapremiera: 18.02.2001).

Villqist przygląda się nagim emocjom swoich bohaterek „przyłapując” je w najintymniejszej możliwej sytuacji: w łóżku, po stosunku seksualnym. Jedna z kobiet, Młodsza (postaci nie mają imion, określa je wiek), jest zamężną biseksualistką uwiedzioną kiedyś przez kobietę, obok której leży. Ta druga, Starsza, ma za sobą sporadyczne kontakty z mężczyznami, ale to Młodsza jest teraz dla niej całym światem. Dla Młodszej jednak to rodzina jest naprawdę istotna, Starsza to „zaledwie” kochanka. I to do rodziny w finale sztuki Młodsza wraca.

Tematem sztuki jest gęsta, skomplikowana, nieustabilizowana sieć emocjonalnych powiązań między nimi, okrutno-czułych walk o władzę w relacji, dominację i ustalenie nienaruszalnego stanu rzeczy. W grzecznych, dość tradycyjnych dialogach mówi się raczej o dążeniu do samej siebie, własnej podmiotowości, nie o erotyce. Nie obyczajowość zatem, ale ludzka psychologia jest tu uważnie oglądana i prezentowana widzowi.

Alicja i Alicja

W repertuarze sceny OCH-Café warszawskiego OCH-Teatru od trzech lat jest przedstawienie „Alicja i Alicja”, kameralna propozycja wyreżyserowana przez Marię Seweryn (tekst: Amy Conroy, prem. 16.11.2013). Dwie Alicje, młode kobiety żyjące w homoseksualnym związku, nieco skrępowane tym, że stają na scenie przed publicznością, opowiadają widzom o swojej relacji. Robią to w prosty, pozbawiony efektownej teatralności sposób, czym – jak piszą krytycy – ujmują widzów i zjednują ich sobie. Ta z założenia intymna, skromna i zrealizowana najprostszymi środkami produkcja, jest propozycją szczerego spotkania, które nie chce chować się za wyrafinowaną formą teatralną. Na scenie widzimy niewymuszone „sprawozdanie z życia”, prywatną opowieść o relacji miłosnej, przepełnioną banalnymi historiami o zakupach, domowych obowiązkach oraz mniejszych i większych kłopotach. Aleksandra Domańska i Aleksandra Grzelak, wcielające się w tytułowe bohaterki, trafiają do widzów opowieścią o swej miłości, szczęściach i nieszczęściach (jedna z bohaterek była w związku z mężczyzną, obecnie jest wdową, pojawia się również wątek nieuleczalnej choroby). Nie wiemy, jak się skończą rozpoczęte wątki. Maria Seweryn delikatnie zdaje się mówić widzom: patrzcie, homoseksualne życie to życie takie jak inne.

Coming out

Najnowszą premierą w tym rekonesansie teatralnym jest „Coming out” (tekst: Jacek Górecki, prapremiera: 8.07.2016, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy, reż.: Aleksandra Popławska). Jedna z bohaterek przedstawienia, Justyna Jabłońska (Agnieszka Wosińska), odkrywa w sobie pociąg do kobiet i podrywa młodszą od siebie studentkę. Płaci za to wysoką cenę: spotyka ją potępienie rodziny (jest zamężną matką dwójki dzieci), zostaje pozbawiona praw rodzicielskich, zderza się z przerażającą samotnością. Konsekwencją takiej „wycieczki” w stronę relacji lesbijskiej jest więc dla niej publiczne upokorzenie, odarcie z budowanych przez całe życie, mozolnie wypracowanych jakości. Zderzenie dotychczasowego, poukładanego, heteroseksualnego życia z homoseksualną sytuacją burzy ład, jaki do tej pory ją otaczał, zostawia ją w chaosie. W dwugodzinnym przedstawieniu pojawiają się jeszcze dwie inne postaci kobiece, jednak ich monologi (przedstawienie zbudowane jest na trzech solowych wypowiedziach) nie dotyczą obszaru seksualności. Tytuł całości – „Coming out” jest przeniesieniem coraz popularniejszego terminu dotyczącego ujawnienia homo/bi/transseksualności na inne sfery życia, w których człowiek konfrontuje się z jakąś skrywaną dotąd prawdą o sobie.

Noc trybad

Jeśli nasz hipotetyczny teatroman byłby obznajomiony z nieco starszymi inscenizacjami, może przywołałby „Noc trybad” Pera Olova Enquista (polska prapremiera: 25.09.1976, Teatr im. S. Jaracza w Łodzi, reż.: Jan Maciejowski, inscenizacje również w Gdańsku, Toruniu, Warszawie, Olsztynie, Kaliszu, Wrocławiu i w Teatrze Telewizji). Ostatni raz w zawodowym teatrze sztuka miała premierę w 1991 r., w 2009 r. jako dyplom grano ją we wrocławskiej fi lii PWST w Krakowie.

Siri von Essen, protagonistka sztuki, żona słynnego dramatopisarza Augusta Strindberga, spotyka się na próbie w teatrze ze swym mężem (z którym właśnie się rozwodzi) i z Marią David, swoją przyjaciółką sprzed lat, z którą Strindberg, oskarżający David o skłonności homoseksualne, rozdzielił ją. Po okrutnych szermierkach słownych kobiety wygrywają w tej wielowarstwowej sytuacji. Rozwód Siri ze Strindbergiem staje się faktem, dwie kobiety zaczynają wspólne życie.

Zachodzi tu rzadko spotykana (przynajmniej w teatrze) sytuacja mężczyzny „wyrzuconego” z heteroseksualnego związku przez żonę na rzecz innej kobiety. Być może właśnie to szczególne zaaranżowanie sytuacji i nietypowa oś konfliktu sprawiły, że „Noc..” cieszyła się w Polsce dużą popularnością: zrealizowano aż 9 premier!

Bostońskie małżeństwo

Warto przypomnieć również dwie inscenizacje „Bostońskiego małżeństwa” Davida Mameta (polska prapremiera: 11.05.2007, Teatr „Scena Prezentacje” w Warszawie, reż. Romuald Szejd; w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej spektakl na podstawie tego samego tekstu, pod tytułem „Różowe małżeństwo”, kilka miesięcy później wyreżyserowała Katarzyna Deszcz). Dramatopisarz pokazał kunsztownie wymyśloną intrygę, na poły kryminalną, na poły miłosną, osnuwając tekst na kanwie homoseksualnego związku dwóch kobiet. Mianem „bostońskiego małżeństwa” określano nieformalne związki dwóch kobiet żyjących razem bez finansowego wsparcia mężczyzn – czy to w przyjaźni, czy w miłości w końcu XIX w. i na początku XX w. (polecamy powieść Henry’ego Jamesa „Bostończycy” o właśnie takim związku – przyp. „Replika”). Na scenie zaś widz obserwował taki związek w krytycznej chwili rozpadu starych i jednoczesnego wiązania nowych sojuszy. Mamet, jeden z najciekawszych współczesnych dramatopisarzy amerykańskich, zawiązał potężny supeł intrygi i powoli, metodycznie, przy pomocy trzech kobiet rozwiązywał go na oczach widzów. Polscy krytycy podkreślali, że sztuka była świetnym materiałem na role aktorskie. Napisany pierwotnie dla żony autora tekst pozwolił zabłysnąć w rolach kochanek Ewie Wiśniewskiej i Joannie Bogackiej (w Warszawie) oraz Marii Suprun i Katarzynie Skrzypek (w Bielsku- Białej). Na okrasę i dla przełamania ciężkiej atmosfery erotyczno-kryminalnej autor stworzył drugoplanową postać heteroseksualnej pokojówki (Joanna Pokojska w Warszawie i Edyta Duda- Olechowska w Bielsku-Białej), która celnymi, dowcipnymi kwestiami puentuje poważne dialogi obu protagonistek.

Poezja Safony

W historii teatru polskiego obecna była również poezja Safony, ikony lesbijskiej twórczości; pojawiała się ona jednak raczej ze względu na wartość artystyczną a nie wątki obyczajowe, erotyczne czy miłosne (przedstawienie „Poezja Safony” w Teatrze Telewizji w reż. Wandy Laskowskiej, prem. 18.06.1960). Sama poetka również była obiektem zainteresowań twórców („Róże dla Safony” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej wyreżyserowała w Teatrze Rapsodycznym Danuta Michałowska, prem. 14.03.1959 r., „Safonę” Anny Kowalskiej pokazano w Teatrze Telewizji w reż. Henryka Drygalskiego, 19.10.1970 r., nieco wcześniej zaś, 24.05.1970 r., nadano tę sztukę w Teatrze Polskiego Radia w reż. Zbigniewa Bieńkowskiego, w obu produkcjach w tytułowej roli wystąpiła Nina Andrycz, jedna z najwybitniejszych aktorek teatralnych).

Off

Rzućmy jeszcze okiem (razem z naszym teatromanem) poza teatralny mainstream. Znajdziemy tu m.in. Damski Tandem Twórczy, czyli Agnieszkę Małgowską i Monikę Rak. Ich działalność jednak to nie tylko teatr: twórczynie organizują m.in. cykle spotkań poświęcone kobietom nieheteronormatywnym, O’LESS Festiwal, upowszechniają wiedzę o lesbijskim teatrze i performansie, interesują się lesbijską poezją, zajmują rękodziełem. Ich strona internetowa aż kipi od różnorakiej aktywności.

Przepytywany amator teatru mógłby również przypomnieć sobie o queerowym kabarecie Barbie Girls. Była to dość popularna grupa lesbijska, której domeną były żarty z… lesbijek. Barbie Girls cieszyły się dużą popularnością, w 2009 r. pojawiły się na okładce „Wysokich obcasów”. Pamięć Internetu przechowuje niektóre skecze twórczyń oraz kilka interesujących wywiadów z nimi (członkinią Barbie Girls była Ewa Tomaszewicz – pierwsza redaktorka naczelna „Repliki” – przyp. „Replika”).

Trudno powiedzieć, by wątek lesbijski w polskim teatrze, tu powierzchownie naszkicowany, tworzył zwartą całość. To raczej pojedyncze „wyspy”, nijak ze sobą niepowiązane, nie tworzące wyrazistego nurtu czy spójnej wypowiedzi. Niemniej, te współczesne teatralne lesbijki dążą do szeroko rozumianej stabilizacji, uporządkowanej relacji miłosnej, zadekretowanego spokoju społecznego. Nie zawsze chcą się do końca precyzować, nazywać i kategoryzować, a od życia oczekują minimalnej choćby dawki spokoju.

 

***

Od redakcji: Nieżyjąca już Anna Laszuk, jedna z najbardziej znanych polskich lesbijek, wspominała kiedyś o satyrycznym rysunku Marka Raczkowskiego, na którym widać tłum protestujących osób pod jednym wspólnym transparentem z napisem „K… mać!”. Mówiła, że bardzo jej się podobał – że jak patrzy na polską rzeczywistość, to chce jej się wziąć taki transparent i wyjść na ulicę. Na taką postać lesbijki polski teatr chyba wciąż czeka.

 

Tekst z nr 64/11-12 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Dyke Hard

Dyke Hard (2014, USA), reż. B. Andersson, wyk. L. Kurttila, P. Sands i inne, dystr. Tongariro, premiera w Polsce: 26.02.2016

 

fot. mat. pras.

 

Jak to się stało, że ten film trafił na ekrany polskich kin? Nie mogę uwierzyć. Formalne szaleństwo! Odważne i zawadiackie. Metakomiczne i metaforyczne. Wywrotowe, absurdalne i odjechane. Najbardziej squeerowany obraz od czasu „Rocky Horror Picture Show” (z 1975 r.). Streścić to trudno – jak wszelkie wizjonerskie pomysły. Dyke Hard to zespół rockowy, który wyrusza w podroż po przygodę. W międzyczasie się pokłócą, pościągają, pobiją i pokochają. Peggy nosi falbanki, Scotty ma ekspresję baby butch, a Bandito – chłopczycy z Bronxu. Ich liderka Riff pochodzi w zasadzie z przyszłości. Część jej jest cyborgiem (a może Terminatorem?) (a może Xeną?). Moira (dziewczyna od zemsty, bo jest to komedia o przyjaźni i zemście) jest z kolei trochę ze „Star Treka”, a trochę z „Aniołków Charliego”, a trochę… Bo tu wszystko jest w cudzysłowie i trochę: sexy horrorem i cute musicallem (piosenka o seksualnej frustracji – cudo!), trochę gotykiem, a trochę Scooby Doo. (Beyonce z Lady Gagą i „Orange is the new black”). Krótko mówiąc film ma wszystko z estetyki camp-queer. Parodię, maskaradę, hipertekstowość i sztuczność. Jest przesadzony w każdą możliwą stronę. Bo chodzi o brak granic, o szaleństwo, o wolność. Z kin wyszedł, lecz jest dostępny na outfilm.pl. Koniecznie zobaczcie! Jednym z autorów i performerów jest Alexi Carpentieri, gwiazda polskiej artystki Małgi Kubiak, który odwiedzi Polskę w kwietniu, przy okazji kolejnej edycji LGBT Film Festiwalu. (Jak on tańczy przy drążku!). (Marta Konarzewska)

 

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Patricia Highsmith

Desperacko poszukując Carol

 

Fot. mat. pras.

 

Tekst: Katarzyna Wajda

Bez kobiet nie ma odpoczynku, wytchnienia, piękna życia, ale związki ranią czasem śmiertelnie – notuje dwudziestoparoletnia Pat. W dziennikach często łączy Erosa z Tanatosem: Morderstwo to rodzaj aktu miłosnego, rodzaj całkowitego zawłaszczenia. Przez kolejne dekady Patricia Highsmith (1921-1995), „mistrzyni psychothrillera” w swoich książkach umiera z miłości i dla niej zabija. W każdej zostawia cząstkę własnego życia, w tym tęsknotę za kobiecym ideałem. Marzenie najbliższe spełnienia w „The Price of Salt” (1952), potwierdzającej, że kochała paradoksy z wzajemnością: ta lesbijska love story nie powstałaby, gdyby Pat nie chciała wyleczyć się z homoseksualizmu. Powieść wyjątkowa: jedyna wydana pod pseudonimem (Claire Morgan), z kobiecym porte parole i namiastką happy endu (film „Carol” na jej podstawie, w reżyserii Todda Haynesa i z Cate Blanchett, Rooney Mara oraz Sarah Paulson w rolach głównych – na naszych ekranach od 4 marca br. – przyp. „Replika”). Wpisana w Nowy York lat 50. historia Kopciuszka (prawie) zdobywającego swą Księżniczkę, to jasne (bo bez śmierci) miejsce na mapie mrocznego Highsmith Country, jak biografka pisarki, Joan Schenkar, nazywa jej twórczość. I nieprzypadkowo powstałe na początku, tuż po debiutanckich „Znajomych z pociągu” (1950), bo z czasem Pat pozbywa się złudzeń, że Carol może znaleźć. Choć szukać nie przestaje.

Szlak nieposłanych łóżek

Na dobre zaczyna jako studentka nowojorskiego Barnard College, inicjując swój „szlak nieposłanych łóżek”: to czas erotycznego rozbudzenia, romansów z kilkoma dziewczynami na raz. Swą inność odkrywa jednak znacznie wcześniej, pogłębiając traumę dzieciństwa. Rośnie z piętnem dziecka niechcianego, urodzonego po rozwodzie rodziców, z ojczymem (jego nazwisko nosi) i matką tworzy – pierwszy z wielu – emocjonalny trójkąt. Mary Highsmith to najważniejsza kobieta w życiu Pat: równie mocno kochana, co potem nienawidzona, winiona przez córkę za jej emocjonalny chłód, niepowodzenia w związkach, bo podświadomie wybiera partnerki, które też ją skrzywdzą. Obie, niczym bohaterowie prozy Highsmith (będący jak ona, sierotą z rodzicami) nigdy, mimo mieszkania na rożnych kontynentach, nie uwolnią się od siebie.

Dla nastolatki odkrycie homoseksualnej tożsamości to szok. W jej ulubionym „The Human Mind” Menningera, katalogu dewiacji, lesbijki są bliskie pedofilom i satanistom. Poważne czasopisma dają jednak szansę na normalność: wystarczy usunąć nadnercza… 16-latka zaczyna pierwsze próby „normalizacji”, ale seks z kolegą nie daje żadnej przyjemności. Podobnie jak późniejsze, bo będzie sypiać z mężczyznami, zazwyczaj co najmniej biseksualnymi, jak fotograf Rolf Tietgens – który nie sprawdzi się w roli kochanka, za to zrobi jej serię pięknych aktów. Dla pisarza Marca Brandela, pod koniec lat 40. zdecyduje się nawet poddać terapii i by ją opłacić, bierze dorywczą pracę w dziale zabawek Bloomingdale’a. Przelotne spotkanie z klientką (ulubiony typ: posągowa blondynka) da impuls do napisania „The Price of Salt”. Mimo półrocznej terapii od dawna wie, że naprawdę kocha kobiety.

Jej hejterska lista

Ta wiedza bywa kłopotliwa, stąd częste, podszyte mizoginią, (auto)analizy. Jako nastolatka traktuje siebie niczym mężczyznę w ciele kobiety, tym tłumacząc m.in. zamiłowanie do zajęć ze stolarki. Jako dorosła kobieta powtarza, że ma męski mozg, uważa facetów za kreatywniejszych, z większym poczuciem humoru. Zazdrości gejom, że mogą znaleźć równego intelektem partnera, na co jako lesbijka ma małe szanse, choć większość jej kochanek to artystki i intelektualistki. Świat kobiet bywa dla niej niezrozumiały, bo Pat funkcjonuje poza życiem rodzinnym i normalnym rynkiem pracy: jeszcze na studiach decyduje o zarabianiu piórem. W feministkach widzi głownie sfrustrowane gospodynie domowe, a mimo to napisze… feministyczną powieść „Edith’s Diary” (1977), opisującą horror banału domowego życia. Wstrząsający też portret rodzinny w „Those Awful Dawns” z tomu „Slowly, Slowly in the Wind” (1979): on, irlandzki katolik, to nieodpowiedzialny dzieciorób, ona przed ciężarem macierzyństwa ucieka w szaleństwo. Tekst wymierzony głownie w Watykan, jeden z wielu celów (m.in. obok Żydów, Afroamerykanów, korporacji czy Ronalda Reagana) na – stale się powiększającej, zwłaszcza po 50-tce – jej hejterskiej liście.

Miłość to choroba

Identyfikuje się ze swoimi męskimi bohaterami, uwięzionymi w związkach z partnerkami jednocześnie kochanymi i nienawidzonymi. Jak oni, nie znosi kobiet, ich (rzekoma) głupota ją odrzuca, ale ciało wciąż pociąga. Wie, jakich kobiet powinna unikać, a jednak powtarza błędy. W nowe związki wchodzi z – krótkotrwałą – nadzieją na zmianę schematu „szczęśliwy początek i nieuniknione piekło końca”. Ma, jak jej bohaterowie, skłonność do idealizowania partnerek, robienia z nich bogiń do wielbienia, a nie kobiet do wspólnego życia. Gdy wyobrażenia nie pokrywają się z rzeczywistością – problemy nieuniknione. Miłość to nie namiętność, miłość to choroba – powtarza nie raz. Sama leczy ją pisaniem, książki są terapią po rozpadzie związków, które też prowokuje, bo, jak mawia, czuję się nędznie, gdy nie mogę pisać. A szczęśliwa pisać za bardzo nie umie. Stąd silny autobiograficzny podtekst twórczości, układającą się w kryminalną kronikę wypadków miłosnych Patricii Highsmith. Czasem sygnalizowanych tylko przez dedykację, np. otwierającą „Znajomych z pociągu”: Wszystkim Virginiom, hołd złożony dotychczasowym muzom, w tym Virginii Kent Catherwood, stanowiącej jedną z inspiracji Carol. Ginnie – choć ich burzliwy związek wpędził pisarkę w depresję – pozostanie jedną z tych najważniejszych, a jej literackim wcieleniem m.in. Lotte w „Drżącej ręce fałszerza” (1969), powieści dedykowanej innej bogini, Rosalind Constable. Niektóre miłości inspirują fabułę, np. w mizoginicznym „Niedołędze” (1954) echa 4-letniego, toksycznego związku z socjolożką Ellen Hill, której znienawidzonego pudla tu zabija. Podobnie odreaguje poźniejszy, też burzliwy, romans z pisarką Marijane Meaker, uśmiercając ją jako Nicky w „Krzyku sowy” (1962). Ta, w rewanżu, w swoim kryminale zabije postać noszącą prawdziwe nazwisko Pat – Plangman. Niektóre powieści to zapis tęsknoty pisarki za utraconymi (i idealizowanymi) ukochanymi, jak „Słodka choroba” (1960), inspirowana związkiem z graficzką Mary Ronin, znakomite studium szaleństwa z miłości, pokazujące, jak niebezpieczna wiara we własne fantazje. Główny bohater to porte parole Pat, często zafiksowanej na punkcie nieosiągalnych bogiń (nie bez powodu nazywana „piewczynią stalkingu”) i krzywdzącej sympatyczne dziewczyny gotowe znosić jej trudny charakter, dziwactwa (np. fascynacja ślimakami) i wzrastającą mizantropię. Wśród nich m.in. Monique Buffet, której dedykuje 4. część Ripliady, czyli „Ucznia Ripleya” (1980). Niemiecka część powieści inspirowana jest pobytem Pat w Berlinie, zwłaszcza tym undergroundowym, poznanym dzięki Tabei Blumenschein, ówczesnej muzie reżyserki Ulrike Ottinger. I, oczywiście, kolejnej blond bogini pisarki. Inna wcześniej, w latach 60., przesądza o przeprowadzce Pat do Europy: oficjalnie tam cenią ją bardziej, w istocie chce być bliżej londyńskiej ukochanej.

Wbrew homofobicznym schematom

Dla znajomych jej orientacja nie jest tajemnicą. Dla nieznajomych czasami też: w trakcie przyjęcia jakiś mężczyzna zagaduje ją i Marijane: Wy dwie młode, samotne dziewczyny mieszkacie razem? Na co Pat: Nie – my dwie, młode dziewczyny żyjemy razem. Nie robi oficjalnego coming outu, partnerki przedstawia jako asystentki. Rzadko udziela wywiadów, o życiu prywatnym nigdy, za to, z detalami, opisuje w osobistych dziennikach, więc wie, że po jej śmierci prawda wyjdzie na jaw. Trochę wychodzi za życia, bo w 1990 r. reedycja jej lesbijskiej love story: już jako „Carol”, pod nazwiskiem i ze wstępem. Propozycje były wcześniej, ale odmawiała, bojąc się, że nazbyt się w niej odsłoniła. Jest świadoma wyjątkowego statusu książki, która dając, wbrew homofobicznym schematom, Therese i Carol szansę na wspólne życie, wywołała (homo) seksualną rewolucję, w epoce mccarthyzmu szczególnie potrzebną społeczności LGBT. W jej późniejszych thrillerach, np. „Utalentowanym panu Ripleyu” (1955), męskie relacje bywają podszyte homoerotyzmem, kobiece nader rzadko, na dodatek w tle, jak lesbijski (i morderczy) trójkąt w „Found In the Street” (1986). Pat na początku lat 60. planuje sequel „The Price of Salt”, ale brak jej dobrego pomysłu. Inny lesbijski projekt, „Girls’ Book”, ewoluuje, ale jako „First Person Novel”, nie wychodzi poza szkic: bohaterka 50+ opowiada mężowi siedem, zaczerpniętych z biografii Pat, historii rozstań i miłości.

Ostatnia powieść to „Small g: a Summer Idyll” (1995). Jej bohaterowie, bywalcy (częściowo gejowskiego) klubu, powiązani są skomplikowanymi, homo i heteroseksualnymi relacjami. Highsmith, dotąd pokazująca destrukcyjną siłę umysłu, fałszywych wyobrażeń o sobie i innych – tu wykonuje woltę, pozwalając im żyć (ze) swymi fantazjami, potencjalnie nieszkodliwymi. Może to próba (po)godzenia się ze światem umierającej na białaczkę Pat albo ostatni sygnał autobiograficzności: wszak jej te przelewane na papier fantazje – w tym o Carol – pozwalały (prze)żyć. Odchodzi tak, jak chce – sama, w szpitalu. Pochowana na cmentarzu w szwajcarskiej Tegnie, gdzie spędziła ostatnie lata. Na pogrzebie nie ma żadnej eks.

***

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce.

This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, fi ndings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily refl ect those of the United States Department of State.

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jak całkowicie zniknąć

Jak całkowicie zniknąć (Polska, 2014), reż. P. Wojcieszek, wyk. A. Podsiadlik, P. Roggan, dystr. Alter Ego Pictures, premiera: 17.04.2015

 

fot. mat. pras.

 

Dziewczyna spotyka dziewczynę. Zaczyna się od podchodów w metrze: spojrzenia, uśmiechy, wysiadanie i wsiadanie na tych samych stacjach. Jakieś wzajemne przyciąganie. To Gerda, nieśmiała, skryta Polka wykona pierwszy krok. Mała Rozbójniczka, Niemka, podchwyci jej zabawę czy grę i potem, jako wygadana i wyzwolona, przejmie ster. Spędzą ze sobą kilkanaście godzin. Pojdą do klubu, do knajpy, do łózka. Trochę wygłupów, trochę błahych rozmów, trochę poważniejszych, trochę zauroczenia. Trochę seksu. „Przed wschodem słońca” w wersji lesbijskiej? Nie! Tam chłopak i dziewczyna bez przerwy gadali. Tu dziewczyny odzywają się w sumie niewiele. Są. Są razem. Homofobia, emancypacja – nie, tych tematów nie ma, ale i chyba nie musi być. Akcja filmu toczy się w Berlinie. Gerda, nawet jeśli pełny proces akceptacji ma jeszcze przed sobą, to tu, jako anonimowa postać w liberalnym mieście, może sobie „odpuścić” – i zachowywać się swobodnie, jak jej kompanka. Oniryczna muzyka i zjawiskowe zdjęcia – Berlin wygląda pięknie! – czynią z tej prostej opowieści miejską baśń, osadzoną w rzeczywistości, a jednak odrealnioną. Film zawiera animowane fragmenty, w których słyszymy myśli dziewczyn. Kto lubi takie klimaty, może się w nich zanurzyć i „całkowicie zniknąć”. Mnie brakowało trochę wyrazistych emocji i dynamiki.

A swoją drogą, reżyser Przemysław Wojcieszek coraz bardziej interesuje się LGBT. Po spektaklu „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” i po filmie „Sekret” to jego trzecie dzieło z tymi wątkami.

Film miał swoją prapremierę na zeszłorocznym wrocławskim Festiwalu T-mobile Nowe Horyzonty. (Mateusz Chojnacki)

 

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Super Lesba

O komiksie „Super Lesba” opowiada jego autorka – Beatrix (Beata Cymerman)

 

 

Przygotowała: Marta Konarzewska

 

Kim jestem?

Rysowniczką amatorką. Rysuję od 6. roku życia. Jako dziecko rysowałam gazetki i pisałam książki. Na studiach zostałam redaktorką naczelną gazety studenckiej. Miałam tam rubrykę z krótkimi formami komiksowymi. Później na krótko porzuciłam rysowanie, zaczęło się życie, działactwo LGBTQ, wyjazd do Warszawy, praca, dziewczyna, kot. Pomysł narysowania komiksu o lesbijskiej superbohaterce pojawił się 3 lata temu podczas Openera, na zasadzie żartu z koleżankami. Jedna z nich namawiała mnie przez cały czas, żeby wcielić go w życie (dzięki, Ela!). Minął ponad rok zanim ukształtowało się to w pierwsze niezgrabne rysunki. Pokazałam je po raz pierwszy w 2013 roku na otwarciu łódzkiej klubokawiarni Granda. Później komiks wkroczył do Internetu. I wtedy… spotkałam się z prawdziwym hejtem.

Super Lesba, bo?

Bo to jedyny polski internetowy komiks całkowicie LGBTQ. Super Lesba zmaga się z przeciwnościami „polszczego” systemu, z homofobią, w szerokim znaczeniu tego słowa. Walczy z każdym, kto stanie na drodze do równości o prawa osób LGBTQ. Wrogiem jest kibol z ulicy, naziol, polityczka, ksiądz, sąsiadka obrażająca geja. Bohaterka nie stroni też od uciech z uratowanymi z opresji lesbijkami. Na stały związek nie ma czasu, musi ugasić płonącą tęczę! Wszystko to okraszone (nie)wybrednym humorem i ciętym językiem. Zapraszam do mojego świata.

Lesbijka i seks? To nie przejdzie!

Na początku hejtu było więcej niż pozytywnych reakcji. Super Lesbie oberwało się za wszystko, a to za sprośność, a to za wygląd, a to za kreskę. Już sama nazwa „Lesba” wzbudzała niesmak. Bo to obraźliwe, bo nie przystoi. Poza tym: „wibru paluch” ? „Fu! I jak ona może tak zmieniać heterolki w lesbijki? To umacnia przekonanie, że wystarczy przespać się z facetem, żeby przestać być lesbijką”. W dodatku wulgarność, bo gdzieś pokazałam kawałek gołej piersi… „Poczytaj sobie Alison Bechdel, a nie wypuszczasz buractwo” – tak obrywałam. Na imprezie, na której rozdawałam skserowane kopie komiksu, usłyszałam, że „mogłabym nie być taka bezpośrednia”. Poznałam kilka osób, które uwielbiały prowadzić intelektualne dysputy o wolności seksualnej, queer, poliamorii, a nie potrafiły skonfrontować się z prawdziwym seksem. Seks tylko z intelektualnym zapleczem, dosłowność jest nie na miejscu. Co to tym myślę? Nie wiem czemu ma służyć taki hejt. Mam to gdzieś. Jak widać wcale mnie to nie powstrzymało przed rysowaniem.

Butch

Wygląd Super Lesby też wzbudzał niesmak. Bohaterka jest za bardzo „butchowata, dlaczego jak lesbijka, to zaraz krótkie włosy?” Przecież skoro kobieca superbohaterka, to powinna być jak Wonder Woman. A właśnie, że nie! Niech będzie swojska, niech ma wygoloną głowę, niech myśli o seksie!

Moje hejterki uważają, że lesbijki nie powinny wyróżniać się z tłumu ani sugerować swoim wyglądem orientacji. Kobieta ma być piękna, zgrabna i pruderyjna, nie przystoi jej wcielać się w męskie role ani mówić głośno o seksie. Bzdura!

Nie wszystkie jesteśmy takie i nie będziemy! Walczymy w końcu o różnorodność, a nie o sztywne, patriarchalne normy. Najbardziej rozbawił mnie chyba argument, że obrażam Polskę za sformułowanie „Polszcza” i co powie prawica, jak zobaczy komiks. Wyjdzie, że znowu myślimy tylko o seksie. Przecież to komiks, to jest fikcja… Poza tym seks jest tylko elementem. Jest seks…

…i polityka

A właściwie polityka i seks. Bo tak naprawę polityka i codzienne wydarzenia towarzyszące środowisku LGBTQ są głównym tematem mojego komiksu. Święto niepodległości, płonąca tęcza, hejt wylewający się z ust polityków, z ambon kościelnych, homofobiczne media, brak akceptacji osób LGBTQ w rodzinie. Czyli codzienność życia lesbijki w dużym mieście w Polsce. No i seks, bo tak. Bo lesbijki nie istnieją, nie mają klubów. Geje mają darkroomy, lesbijki niech mają chociaż swoją Super Lesbę.

Pozytywne reakcje i jaka przyszłość czeka komiks?

Oprócz hejtu było oczywiście mnóstwo pozytywnych reakcji. Ludzie wysyłają wiadomości, że im się podoba, słyszę pochlebne opinie, że robię postępy. Komiks ewoluuje razem ze mną.

W lutym ruszyła nowa strona Super Lesby. Porzuciłam krótkie formy na rzecz długiego komiksu z wstępem i rozdziałami. Będzie dojrzewanie bohaterki z historią Polski oraz ruchem LGBTQ w tle. Pomysły powstają na bieżąco.

Super Lesba to taka moja druga praca. Często rysuję po nocach, potem chodzę niewyspana. Chętnie zamieniłabym rysowanie w pełnoetatową pracę. Może kiedyś komiks pojawi się na papierze? Przyszłość pokaże. Wszystkich zainteresowanych promocją i wsparciem komiksu zapraszam do współpracy.

Beata Cymerman „Beatrix” – rocznik 85, rysowniczka amatorka, z zawodu biolożka-specjalistka od małży (serio). Była działaczka łódzkiego oddziału Kampanii Przeciw Homofobii. Od kilku lat mieszka w Warszawie. Wegetarianka, miłośniczka kotów, dinozaurów i potwora z Loch Ness. Wielbicielka electro, Aldony Orłowskiej i dramatów obyczajowych. Zakochana w berlińskim Kreuzbergu. Jej mama od kilku lat działa w „Akademii Zaangażowanego Rodzica” KPH.

 

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Mówić otwartym tekstem

O biseksualnym coming oucie, o homolobby, o kobiecej perspektywie i o uprzywilejowaniu miłości z Joanną Krakowską, historyczką teatru w Instytucie Sztuki PAN, wicenaczelną miesięcznika „Dialog”, rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

Foto: Agata Kubis

 

Jak to jest z tym homolobby? Istnieje czy nie istnieje?

No, wiedziałam, że tak będzie. To ja właściwie powinnam cię o to zapytać. Czy mężczyźni homoseksualni wspierają się nawzajem, budują specyficzne więzi solidarności? Tak czy nie?

 Myślę, że w Polsce ludzie, jak nie mają wspólnego interesu, to się nie wspierają. Raczej kopią pod sobą dołki, geje nie są tu wyjątkiem. Ale wiesz, o co mi chodzi. O to, że poparłaś Joannę Szczepkowską, gdy ta napisała, że polskim teatrem rządzi homolobby.

Napięcia, zależności erotyczne zawsze były częścią tej gry, jaką jest władza – także w teatrze. Ale mnie to interesuje na innym poziomie, dużo bardziej finezyjnym. Stąd moje pytanie – na ile chętniej oglądasz i piszesz o filmach, w których pojawia się motyw homoseksualny? Bzdurą jest, oczywiście, traktowanie homolobby jako realnej siły w jakiejś spiskowej teorii. Ale jeśli rozmawiamy o niuansach życia teatralnego, to trzeba powiedzieć, że pewne tematy czy postacie mogą być na scenie uprzywilejowane ze względu na rodzaj wrażliwości, a także orientacji ludzi, którzy teatr tworzą i którzy o teatrze piszą.

Uważasz więc, że jest szeroka reprezentacja przedstawień pokazujących męskie pożądanie homoseksualne. A zarazem zarzucasz polskiemu teatrowi, że nie ma w nim spektakli o seksualności nie tyle nawet lesbijskiej, co po prostu kobiecej.

Zarzucałam pięć lat temu. To się bardzo zmienia. Zwłaszcza, że pojawiły się reżyserki, których głos w teatrze jest bardzo wyrazisty – Maja Kleczewska, Ewelina Marciniak, Iga Gańczarczyk… I ta perspektywa kobieca manifestuje się u nich na rożnych poziomach – choćby w sposobie mówienia o ciele i przemocy, ale też w spojrzeniu na historię, jak w spektaklach Weroniki Szczawińskiej. Myślę, że płeć ma tu znaczenie w rozsadzaniu dotychczasowych hegemonicznych narracji.

Perspektywę lesbijską też w tych spektaklach widać?

Na pewno erotyka lesbijska pojawia się na scenie od czasu do czasu, ale szczególnie mocno nie zaistniała. Zwłaszcza w opozycji do męskiej perspektywy homoseksualnej. Generalnie w kulturze istnieje tendencja czy nawyk podpinania kobiecej homoseksualności pod gejowską narrację. W mainstreamie kobiety uczyły się mówić o homoseksualizmie z gejowskich filmów, z gejowskich przedstawień, od gejów reżyserów. Ten poziom quasi-identyfikacji zaszedł tak daleko, że teraz trochę czasu zajmie wypracowanie własnego języka i opowiedzenie siebie na nowo. Jeśli oczywiście lesbijkom uda się wyjść z niszy i zająć miejsce w publicznej przestrzeni. Bo przecież w kinie mainstreamowym lesbijskie historie często opowiadają mężczyźni – dobrym przykładem jest „Życie Adeli”. Na pewno nie jest to fi lm kobiecy, choć niewątpliwie jest to film o lesbijkach. Najbardziej znaną polską sztukę o lesbijkach „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” napisał i wyreżyserował Przemysław Wojcieszek… Sztuki na ten temat Ingi Iwasiów czy Izabeli Filipiak nie były ani publikowane, ani wystawione. „Dialog” wydrukował za to dramat „Powiatowe związki partnerskie” Agnieszki Łuczak – znanej polityczki z Tomaszowa Mazowieckiego. Ale to już są stare historie…

Od jesieni prowadzimy w Ośrodku Studiów Amerykańskich cykl zatytułowany Queer Feminist Film, w którym pokazujemy filmy amerykańskich reżyserek awangardowych z lat 70., 80. i 90. Bardzo wyraźnie widać w nich, czym naprawdę jest perspektywa kobieca i lesbijska. Ale te filmy, będące przecież klasykami w swoim gatunku, są w Polsce kompletnie nieznane, nie istnieją nawet w naszej literaturze fachowej. Długa, za długa jest ta droga z eksperymentalnej niszy do głównego nurtu, gdzie dominują sentymentalne landszafty.

Może więc sojusz gejów z feminizmem, gejów z lesbijkami, który wynika z poczucia opresji, jest, w gruncie rzeczy, umowny i tymczasowy? Może to są zupełnie rożne opowieści? Muszą się te drogi kiedyś rozejść.

To jest niestety sojusz, w którym kobiety nie są zbyt widoczne. Amerykańskie lesbijki bardzo wiele wysiłku włożyły w zmianę takiego stanu rzeczy. Używały do tego niekiedy środków drastycznych. Na początku lat 90. powstał ruch Lesbian Avengers, którego działaczki nauczyły się cyrkowych sztuk i zostały połykaczkami ognia. Na swoich paradach urządzały taki performans – wkładały sobie do gardeł płonące pochodnie. To był wystarczająco silny obraz i gest, by zaczęto o nich wreszcie pisać i traktować nie jak dodatek do ruchu gejowskiego. Ale z drugiej strony mamy świadomość, że w społecznym kontekście kobietom w relacjach homoseksualnych jest łatwiej niż mężczyznom.

Jednak lesbijki toleruje się tylko wtedy, gdy są bierne i nieme, dlatego w Polsce przeważnie milczą. Gdy w Krytyce Politycznej pokazujemy filmy o tematyce lesbijskiej, to na dyskusji po filmie nie zostają prawie żadne dziewczyny.

To jest problem kobiecy, nie lesbijski. Problem kobiet, które uchylają się od publicznego zabierania głosu. W teatrze na widowni zasiada więcej kobiet niż mężczyzn, ale trudno powiedzieć, co myślą. Bo kto pisze recenzje? Przeważnie mężczyźni. Wielu z nich nie mogę zarzucić braku zdolności widzenia kobiecych problemów w teatrze, ale to jednak jest problem, że głos opiniotwórczy jest z reguły głosem męskim. Wczoraj spotkał się ze mną pan, który robi fi lm o niewidzialności kobiet w przestrzeni publicznej. Film o niewidzialności kobiet w polityce, biznesie, kulturze będzie robił mężczyzna. Nie odbieram mu kompetencji i praw, lecz czy koniecznie musimy się emancypować dzięki męskiej kamerze? Z drugiej strony, nie jestem zwolenniczką esencjalizmu. Tego, że o kobietach powinny opowiadać kobiety, a o gejach – geje itd.

Sama wyoutowałaś się, w wywiadzie dla „Dużego Formatu”, jako osoba biseksualna, która przez wiele lat była w związku z kobietą, z Krystyną Duniec. Powiedziałaś, że każdy jest biseksualny. Ale biseksualizm to, rzekłbym, najmniej lubiana ze wszystkich orientacji.

Wiem, wiem.

Najbardziej też tajemnicza, budząca najwięcej lęków i fantazji. Wciąż mało jest wyoutowanych osób biseksualnych.

Nie lubię tych etykiet, bo one są jak deklaracje promiskuityzmu. Właściwe pytanie powinno brzmieć – kogo kochasz? To jest adekwatne do tego, jak postrzegam tę kwestię. Używam kategorii biseksualności w kontekście uprzywilejowania miłości, a nie uprzywilejowania seksualności. Jak się człowiek zakochuje, to naprawdę jest mu wszystko jedno, czy ten ktoś ma taką a nie inną anatomiczną cechę. Miłość jest ponad banalne struktury cielesne.

Czy to uprzywilejowanie miłości nie jest w gruncie rzeczy normatywne? W naszej kultury miłość wszędzie stawia się na pierwszym miejscu. Nieustannie każą nam kogoś kochać.

Mówię o miłości, która jest skrajnym doświadczeniem egzystencjalnym. Taka miłość zapewne nie zdarza się każdemu i to po wiele razy. Tylko, że jak się już zdarzy, to nie ma nic poza nią. Przywołuję ją tu dlatego, że jest rodzajem sankcji, którą burzy system, pokazuje, że kategorie homo i heteroseksualności są w gruncie rzeczy drugorzędne, a nawet nieistotne. A w ogóle, to jeśli heteroseksualność jest kulturowo uwarunkowana, to przecież i homoseksualność może być kulturowo uwarunkowana.

Owszem. Mam wrażenie, że teraz nacisk idzie w kierunku jak najsilniejszego znormalizowania homoseksualizmu. Ty zaś często piszesz, choćby w felietonach na łamach Dwutygodnika, o nonkonformistach, osobach, które płyną pod prąd we własnym środowisku, więc dużo ryzykują. Dajesz jako przykład Joannę Szczepkowską i Katarzynę Bratkowską, która, wbrew lewicowej poprawności, odważyła się wystawić operę Kim Ir Sena. Czy ty również czymś ryzykujesz, wypowiadając takie a nie inne poglądy?

Na poziomie obyczajowym niczym nie ryzykuję ani w obrębie środowiska, ani w rodzinie. Natomiast, jeśli mówię o czymś szczerze, to zawsze ryzykuję śmiesznością, jak każdy, kto się odsłania. Sam to wiesz jako krytyk – na każdą twoją zaangażowaną opinię zawsze znajdzie się jakiś hejter.

A nie masz poczucia, że twój coming out przyszedł za późno? Gdy już nie wiązał siężadnym ryzykiem

No, faktycznie nie byłam aktywistką LGBT, może szkoda, ale ze związkiem nigdy się nie kryłam – myślę, że we własnym środowisku po prostu widać, że kogoś z kimś łączy bliska relacja.

Ale nie mówiłaś o nim publicznie.

Nigdy nie było okazji. Normalnie człowiek nie przychodzi do mediów i nie opowiada o życiu osobistym. Nie chodzi o pruderię czy ochronę prywatności, po prostu, nie ma powodu. Teraz był powód. Wiedziałam, że nie mogę mówić w wywiadzie do „Dużego Formatu” rzeczy niepopularnych, krytycznych wobec własnego środowiska z pozycji nonkonformistycznej świętej. Muszę świadczyć życiem, powiedzieć o swoich kompromisach czy zdradach. Bo inaczej to, co mówię brzmi fałszywie i moralizatorsko.

Skądinąd, gdybyśmy były mężczyznami, to nasz związek byłby oczywisty, publiczny, nazwany. Jeśli dwie kobiety jeżdżą z dziećmi razem na wakacje i chodzą wszędzie razem, to nie ma w tym nic oczywistego. Nawet, jeśli napisały wspólnie dwie książki, to jeszcze o niczym nie świadczy. Ale też nigdy nikt mnie nie zapytał o mój związek otwartym tekstem. Heteroseksualistów się o takie rzeczy pytają: „Jesteś z nią?”. Homoseksualistów się nie pytają.

Myślisz, że równouprawnienie nastąpi, jak i nas się zacznie pytać?

Może to się już zaczyna? Bardzo jeszcze środowiskowo, ale na pewno w ciągu ostatniej dekady dokonała się w tej sferze olbrzymia zmiana. Ale też mam z tym problem – ludzie się schodzą i rozchodzą, jak to ogłaszać? Poza intencją emancypacyjną w przypadku związków jednopłciowych, a więc racją polityczną, nie mam w tej sprawie jasności.

Wracając do nonkonformistów. W jednym z felietonów cytujesz Quentina Crispa, który powiedział, że doceni ich czas. Ja mam wrażenie, że w Polsce nawet po śmierci nie ceni się nonkonformistów. Jesteśmy uparcie konformistycznym narodem.

Mnie się po prostu wydaje, że jest przyjemnie być nonkonformistą.

To taka masochistyczna przyjemność.

Nie wiem. Może ja mówię o tym z perspektywy Quentina Crispa, który myślał, że i tak zawsze wyjdzie na jego? Ale jeśli spojrzeć na to z polskiej perspektywy historycznej, to przecież ci, którzy w latach 70. przystąpili do opozycji, odnieśli swój sukces generacyjny. Niektórzy z dawnych nonkonformistów są teraz prezydentami, ministrami, prezesami.

Jesteś autorką książki o Halinie Mikołajskiej, przedstawiasz ją jako wzór nonkonformizmu czasów PRL-u. Poświęciła własną karierę aktorską dla działalności opozycyjnej. Tak „gdybając”, jak myślisz, po jakiej stronie stałaby dziś Mikołajska? Czy z nonkonformistki nie zmieniłaby się w „konserwę?

To jest pytanie, które mnie nurtuje i niepokoi, istnieje bowiem bardzo wielkie ryzyko, że stałaby po stronie Polski normatywnej i katolickiej. Ale z drugiej strony, było w niej przywiązanie do wolności i niechęć do zniewalających dogmatów. To jest jednak nie do przewidzenia, bowiem dla całej generacji, która przeżyła życie w PRL-u, fakt odzyskania niepodległości w 1989 roku był tak mocnym doświadczeniem, że prawie wszyscy wysiedli na przystanku „Niepodległość” i odmówili dalszej jazdy. Wszystko inne było mniej ważne. Jakie są tego skutki, pokazuje chociażby fi lm Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego „Solidarność według kobiet”, który unaocznia, co kobiety przegrały w 1989 roku. A przegrały wszystko.

Czy w latach 80., gdy siedziało się po kościołach, przeżywało poczucie wspólnoty i nonkonformizmu, była jakaś refleksja nad tym, że Solidarność jest jednak konserwatywna obyczajowo?

Nie było. Jeśli była, to na marginesach. Ci, którzy angażowali się w poparcie Solidarności, a więc i w msze za ojczyznę, umieli sobie uzasadnić, że sprawa niepodległości jest nadrzędną wobec wszystkich innych kwestii. Nie wiem, czy można było inaczej. Może nie?

A twoja świadomość z tamtego okresu?

Byłam wtedy żoną bohatera narodowego, działacza Solidarności i osobą głęboko przeświadczoną o tym, że bycie kobietą w niczym mnie nie upośledza, że mężczyźni i kobiety mają równe prawa. Nieco czasu mi zajęło, żeby zrozumieć, że się mylę. To nastąpiło już po 1989 r., dość szybko zresztą, bo zaraz zaczęła się konserwatywna ofensywa: religia do szkół, zakaz aborcji etc. Ale własna nieświadomość wielu spraw z tamtego czasu to dla mnie wstydliwy temat.

Ekspansja twardego, konserwatywnego dyskursu trwa do dzisiaj. Tymczasem pojawia się w twoim felietonie myśl, że obecnie lubimy sobie pobłażać. Może więśrodowiska feministyczne i LGBT za bardzo sobie pobłażają? Za bardzo rozczulają się nad sobą? I dlatego są nieskuteczne politycznie?

Rozczulają się nad sobą, ale czy mogą na siebie liczyć? Bo ta pobłażliwość ma rożne aspekty. Na przykład taki, że właściwie wszystko wolno, że w relacjach erotycznych nie ma granic, że obowiązuje zasada przyjemności. W tych sprawach perspektywa serio kojarzy się z konserwatyzmem i moralizowaniem, więc traktowana jest z ironią. Tymczasem w naszym otoczeniu ciągle rozgrywają się jakieś dramaty, które dowodzą, że z tym nie ma żartów. W środowiskach obyczajowej lewicy pobłażanie sobie łączy się z bezsilnością wobec emocji własnych i cudzych, z paradoksalnym brakiem empatii, który pokrywa się ironią.

Jest możliwe odbudowanie poważnego dyskursu? Tak żeby nie był obciążony konserwatywną nadbudową?

 Mam nadzieję, że jest możliwe. Na przykład trzeba zacząć mówić prawdę, dlaczego gender jest niebezpieczny dla panującego porządku. Że tu chodzi o władzę i seks. Czyli o to, żeby zlikwidować wszystkie mechanizmy dyscyplinowania seksualnego kobiet i o to, że kobietom należy się połowa władzy. To jest poważna sprawa polityczna. Trzeba teraz te dwa hasła przełożyć na bardzo konkretne postulaty i propozycje legislacyjne oraz połączyć je z tradycyjnie lewicowymi hasłami solidarności, równości, wolności. I tu homolobby się przyda.

 

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Oddział kobiecy

O tym, jak w latach 90. działały organizacje LGBT, a także o nastoletnich flirtach z dziewczynami i o późniejszych dorosłych związkach, z Romą Cieślą, aktywistką Lambdy Kraków i Grupy Safo, rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Krystian Lipiec

 

Zastrzegam z góry, że na temat lat 70. i 80. niewiele mam do powiedzenia, bo nigdzie wtedy nie bywałam ani nie działałam” – napisałaś mi przed spotkaniem. Jednak to niebywanie i niedziałanie to też jest jakaś prawda – może nie tylko twoja własna, ale i wielu innych gejów i lesbijek?

Może, ale ja nie chcę mówić źle o tamtych latach. Byłam młoda i mimo komuny to był dobry dla mnie czas.

Homoseksualność nie była dla ciebie traumą?

Nie. Odkryłam, że podobają mi się dziewczyny, będąc nastolatką, a więc jakoś w końcu lat 60. i nie przeraziło mnie to, raczej zaintrygowało. Nawet może trochę podekscytowało? „O, ze mną jest inaczej!” Może i będzie trudniej, ale też chyba ciekawiej? Wiedziałam dobrze, że nie mogę tego nikomu wyjawiać, ale próbowałam szukać książek czy filmów na temat homoseksualności. Pamiętam jak przez mgłę jakiś francuski fi lm oglądany z rodzicami. Była w nim kobieta ubrana jak do jazdy konno, w wysokich butach, ze szpicrutą. Zwróciłam na nią uwagę, a mama powiedziała z dezaprobatą, że to pewnie lesbijka. Ten jej komentarz utkwił mi w głowie.

Ale poza tym – flirtowałam! To było cudowne i zupełnie niewinne. Uwielbiałam patrzeć na dziewczyny, trzymać je za rękę, przytulić na chwilę. Zaprzyjaźniałam się łatwo, ale żadnej nie byłam w stanie powiedzieć, o co naprawdę chodzi. Zbyt wielka była presja wychowania, stereotypów, kultury. Jednak nie odczuwałam tego jako jakiegoś szczególnego gnębienia.

Sześć lat jeździłam na obozy harcerskie i zawsze mi się tam jakaś dziewczyna podobała. Zaraz zagadywałam, opowiadałam żarciki, proponowałam, czy mogłybyśmy siedzieć w autokarze obok siebie. I jak potem ona usnęła i położyła mi głowę na ramieniu, to byłam w siódmym niebie. Albo innym razem tak zakombinowałam, że nocną wartę miałam akurat z tą najładniejszą z całej drużyny. Nawet zaproponowała, że mi pokaże, jak się całuje z chłopakami, ale nie chciałam, bo wystąpienie w roli chłopaka mi nie odpowiadało. Chętnie bym się z nią pocałowała, ale jak dziewczyna z dziewczyną! (śmiech)

A gdy dorosłaś?

To już na flirty się nie odważałam. Wylądowałam na okropnych, nudnych studiach – ekonomii. Marzyłam o anglistyce, ale była tak oblegana, że nawet nie próbowałam. Przez całe studia miałam chłopaka. Był fajny, studiował rok wyżej, wprowadził mnie w życie studenckie, zabierał na imprezy, do klubów. Odpowiadało mi to. Dziewczyny wydawały mi się nieosiągalne. A on się zakochał. Powiedziałam mu, że jestem homoseksualna i żeby sobie nie robił nadziei. Był strasznie rozgoryczony, ale kochał dalej, tylko prosił, żebym nikomu nie mówiła. Po studiach chciał się żenić.

Wiele osób homoseksualnych szło w małżeństwa dla przykrywki, nie?

Może, ale dla mnie małżeństwo byłoby nie do przyjęcia. Związek się skończył. Później poznałam kobietę, z którą byłam osiem lat.

Jak wtedy, w latach 70., kobiety homoseksualne szukały partnerek?

Nie wiem. Byłam chyba na to zbyt nieśmiała, brakowało mi przebojowości. Szukanie partnerek, coming out przed rodzicami czy dwoma braćmi nawet nie przychodziły mi do głowy.

Traktowałaś lesbianizm jak „wyrok” życia w samotności?

Nie. Ja po prostu nie miałam pojęcia, co się zdarzy. Tę kobietę poznałam zupełnie przypadkiem. Była mężatką, miała dwóch synów. Kilkanaście lat starsza. Wszystkimi rządziła, mną potem zresztą też. Typ lesbijki butch, jak dziś by się powiedziało. Życie zgodne z homoseksualną orientacją wydawało jej się nie do pomyślenia. Chciała mieć duży dom, samochód, męża, dzieci, przyjaciółki, podróże i kochankę. I miała to wszystko! Miała też pokój do wynajęcia w tym domu, wprowadziłam się tam. Jej mąż górnik wiecznie pracował albo spał. Funkcjonowaliśmy w takiej konfiguracji jako przyjaciółki. Nawet na wakacje jeździłam z nimi. Jej synów nauczyłam jeździć na nartach.

Dlaczego to się rozsypało?

Była tak silną osobowością, że zaczęłam czuć potrzebę wyzwolenia się. Byłam już śmielsza i w pracy, w biurze, poznałam inną dziewczynę. Podchody trwały z rok. Okazała się hetero, ale była ciekawa, by spróbować. Ostatecznie to ona zrobiła „ten” krok, nie zdając sobie sprawy, że to ja delikatnie do tego doprowadziłam. Do tej pory jestem z siebie dumna (śmiech). Ale nic więcej nie było. W kraju eksplozja Solidarności, potem stan wojenny, a ja miałam swoje rozterki. A druga połowa lat 80. to była taka marność. Partnerek nie szukałam, bo nie miałam na to sił. Nie było Internetu, gazet, klubów. W kolejnej pracy spodobała mi się kolejna kobieta hetero. Zaprzyjaźniłyśmy się, mogłam być z nią całkiem szczera. We wrześniu 1990 roku to właśnie ona pokazała mi ogłoszenie w „Dzienniku Polskim”, że na fali tej całej wolności i demokratyzacji rożne grupy społeczne przejawiają inicjatywę, by się organizować i tak zawiązało się stowarzyszenie Lambda Kraków dla ludzi homoseksualnych. „Chętnych zapraszamy” i podany numer skrzynki pocztowej. Fantastycznie! Natychmiast do nich napisałam i zapytałam, czy są w tej grupie też kobiety, bo ja chętnie bym przyszła. Dostałam odpowiedź, że jak najbardziej, jest także „oddział kobiecy” (śmiech). Poszłam na spotkanie w Śródmiejskim Ośrodku Kultury przy ulicy Mikołajskiej. Wszystko pamiętam z detalami, to był przełom, strasznie ważne wydarzenie.

I jak było?

Super. Z Warszawy przyjechały dwie dziewczyny, jedna z nich pracowała w redakcji „Okay”, czasopisma, które dopiero co wystartowało. Obie bardzo chętne do działania, bojowe. Ale generalnie „oddział kobiecy” był niewielki – oprócz mnie jeszcze może z siedem kobiet, w tym dwie to były hetero koleżanki gejów.

A gejów ilu przyszło?

A chyba ze stu!

Naprawdę?

Tak! Z Krakowa i spoza Krakowa. To było wielkie spotkanie. Połączone z projekcją jakiegoś filmu na temat bezpiecznego seksu. Później dostaliśmy pozwolenie na korzystanie z siedziby MONARu na Starowiślnej w piątkowe wieczory.

Mieściliście się?

To było duże mieszkanie na piątym piętrze starej kamienicy z drewnianymi schodami. Strasznie hałasowaliśmy po tych schodach i w końcu sąsiedzi zaczęli narzekać, ale to już wybiegam naprzód.

W każdym razie w te piątkowe wieczory – tłum. To było fantastyczne moc choć raz w tygodniu być sobą. Od dymu papierosowego – szaro. Chłopcy grali w bilard, bo tam był bilard. Luz. Co chwila czyjeś urodziny, imieniny. Sylwester z 1990 na 1991 – razem.

Jurek Krzyszpień cały czas mówił, że jest ILGA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów i Lesbijek – przyp. red.), inne międzynarodowe organizacje, że powinniśmy przedyskutować postulaty i zacząć działać. Miał rację, ale mało kto go słuchał. (wywiad z Jerzym Krzyszpieniem – patrz: „Replika” nr 35) Byliśmy zachłyśnięci samym faktem, że jesteśmy we własnym towarzystwie, że można o wszystkim mówić swobodnie.

Doszliście do jakichś postulatów?

Jurek miał z nami skaranie boskie. No, co my tu mieliśmy… (Roma zagląda do legitymacji Lambdy i czyta cele stowarzyszenia) „Kształtowanie pozytywnej świadomości mężczyzn i kobiet homoseksualnych”. Tym postulatem akurat się przejęłam – pewnie, że kształtowałam! (śmiech) Pozawiązywało się mnóstwo przyjaźni i miłości oczywiście też. Właśnie w Lambdzie, od razu na tym pierwszym spotkaniu, poznałam moją Violę, z którą byłam przez następne lata. Taka była efektowna, ruda. I miała temperament działaczki. Od razu sobie przypasowałyśmy. A wiesz, jak się dowiedziała o Lambdzie? Była nauczycielką w szkole zawodowej z klasą fryzjerską, zakolegowała się tam z jednym uczniem gejem, niewiele młodszym od niej. To on Violi powiedział.

Z Violą założyłaś „LL” – Lesbian Lambda.

Otworzyłyśmy odrębną skrzynkę pocztową. Ile dziewczyn do nas pisało! Na każdy list odpowiadałam. Własnoręcznie, to jeszcze nie był czas komputerów. (Roma pokazuje mi wielki segregator z listami). Lambda się rozrastała, zaczęłyśmy organizować spotkania w Warszawie, w Zakopanem. Nawiązałyśmy kontakty zagraniczne. Byłyśmy na zjazdach ILGI w Wiedniu i w Bratysławie. W 1992 r. lesbijki z Danii zaprosiły nas na dwutygodniowy międzynarodowy zjazd. Pojechało nas z Polski dziesięć dziewczyn. Na miejscu okazało się, że uczestniczki z Litwy, Łotwy i z Rosji nie zrozumiały, że chodzi o spotkanie lesbijskie. Przyjechały po prostu przedstawicielki komsomołu! Oczy im na wierzch wychodziły na widok całujących się Dunek. Ale po kilku dniach się przyzwyczaiły i była komitywa.

Początek lat 90. to musiał być wybuch energii, co?

Myśmy myślały, że teraz to już w ogóle tak będzie. Jest nas siła, a będzie jeszcze więcej. Wydawało nam się, że wszystko jest w zasięgu ręki. Tymczasem jak nas wyrzucili z tej Starowiślnej za zbyt głośne zachowanie, to zaczął się schyłek. Jeszcze przez jakiś rok spotykaliśmy się w kawiarni Pod Chochołami w budynku Teatru im. Słowackiego, ale potem ludzie zaczęli się wykruszać. Posiadanie siedziby było kluczowe – to była ta przestrzeń, w której mogliśmy czuć się bezpiecznie.

Kilka lat później nastąpiła reaktywacja.

Dzięki Demokratycznej Unii Kobiet i nieżyjącemu już politykowi SLD Andrzejowi Urbańczykowi, który użyczył nam lokalu grupy literackiej Kuźnica na Kazimierzu. W 1997 r. założyłyśmy tam Grupę Safo. W sobotnie popołudnia urządzałyśmy imprezy, projekcje filmowe, dyskusje o homoseksualności, o tym, czy mówić o sobie w domu, jak o tym mówić. Mniej więcej w tym czasie poznałam Anię Laszuk.

Jeden rozdział jej książki „Dziewczyny, wyjdźcie z szafy” jest o tobie.

Tak, ale to dużo później. Ania przyjechała do nas w 1998 r. i dała występ, z którego dochód poszedł na zakup komputera dla Grupy Safo. Ania pięknie śpiewała i grała na pianinie. Była też zainteresowana komunami lesbijskimi. Lata później sama mieszkałam w takiej komunie. Było nas cztery kobiety, ale nie wyszło nam, poprztykałyśmy się. Ania nawet nas odwiedziła, by zobaczyć, jak to działa. Nie przegadałyśmy zasad wspólnego mieszkania i nie wyszło. Potem pojechałam do takiej komuny w Berlinie. Świetna organizacja, regulamin, pokoje od jedno- do sześcioosobowych. Pełen profesjonalizm!

Jak długo funkcjonowała Grupa Safo?

Do 1999 r. Potem rozwalił się mój związek z Violą i już przestałyśmy to ogarniać. Następczynie kontynuowały przez jakiś czas organizację pod nazwą Labrys.

I to był koniec twojego aktywizmu?

Viola i ja stanowiłyśmy pewien wzór pary. Pokazywałyśmy, że można. Gdy się nasz związek rozpadł, to poczułam się trochę tak, jakbym nie miała nic do zaoferowania. Poszłam w prywatny biznes – zaczęłam organizować kursy komputerowe dla kobiet w średnim wieku i to mnie całkowicie pochłonęło.

Jak patrzysz na dzisiejszą sytuację osób LGBT?

Już jest dokąd pójść. Nowe pokolenie ośmiela się żyć otwarcie. Nie ma tej pustki, jak za moich młodzieńczych lat. Są organizacje, kluby. Łatwiej jest mówić. Widzę to sama po sobie – niedawno zaczęłam z bratem normalnie rozmawiać o homoseksualizmie. On niby wiedział, ale wcześniej to był temat nie do ruszania, a teraz jakaś bariera pękła. Na każdy Marsz Równości w Krakowie idę dumnie z tęczową parasolką w ręku. A z drugiej strony wciąż wiele osób jest tak zblokowanych, jak w latach siedemdziesiątych, to jest smutne.

Ale twoje rówieśniczki nie są widoczne.

Siedzą po domach. Przyjaźnię się z paroma. Jedna para to są panie już pod siedemdziesiątkę, od ponad 40 lat razem. A Jurek Krzyszpień cały czas ma energię do działania.

Nie sądzisz, że brakuje międzypokoleniowej łączności?

Brakuje. Do klubu na całonocną balangę nie chce mi się iść, już w końcu jestem po sześćdziesiątce. Ale poznać kogoś, pogadać – chętnie. Chodzę na spotkania krakowskiej Wiary i Tęczy. Wcale nie jestem kościołkowa, ale oni takich też przyjmują. Są w ogóle bardzo fajni, dobrze się tam czuję.

Na zajęciach literackich, na które uczęszczam, dostałam zadanie napisania opowiadania „o 20 latach z życia kobiety urodzonej w 1952 r.” Oczywiście z mojej bohaterki zrobiłam lesbijkę. Na te zajęcia chodzą ludzie w moim wieku i starsi. Nie zawiodłam się na nich. Przyjęli opowiadanie ze zrozumieniem, wywiązała się dyskusja. (tekst Romy znajdziecie tu: http://sagowce.eu/index.php/nasze-teksty/romaciesla/19-marianna-postac-z-serialu– przyp. red.)

A kilka miesięcy temu koleżanka zadzwoniła do mnie, by się pochwalić: „Jesteśmy w ciąży!”. Osłupiałam. Jak to? A było jeszcze lepiej, bo okazało się, że powinna była powiedzieć „Jesteśmy w ciążach”. Ona i jej dziewczyna niedawno urodziły. Jedna chłopca, druga dziewczynkę. Mówią, że jestem matką chrzestną tej rodziny, bo poznały się kilkanaście lat temu w Grupie Safo.

 

Tekst z nr 52/11-12 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.