Chłopaki bi, wyjdźcie z szafy!

O seksie, o podrywaniu chłopaków i dziewczyn, o związkach i o tym, jak ludzie reagują, gdy się robi biseksualny coming out z Tymonem Radwańskim rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Agata Kubis

 

W trzech poprzednich numerach „Repliki” opublikowaliśmy wywiady z kolejno: Joanną Erbel, Joanną Krakowską oraz Urszulą Antoniak. Tak się złożyło, że wszystkie trzy panie są biseksualne. Czytelnik „Repliki” Tymon Radwański napisał do nas w liście, że wywiady przeczytał z zaciekawieniem, ale też zapytał: „Co z facetami bi? Dlaczego nie opowiadają o sobie w „Replice”?” Odpowiedzieliśmy, że też dostrzegamy ten brak – w ciągu niemal 10 lat istnienia „Repliki” dotarliśmy do tylko jednego faceta bi chętnego do rozmowy, gotowego na publiczny coming out – do dramaturga Igora Stokfi szewskiego („Replika”, nr 27). „Literka „B” jest najmniej dyskutowaną publicznie literką w skrócie LGBT. Coraz bardziej mnie to uwiera. Jeśli jesteście zainteresowani, to ja jestem biseksualny i mogę o sobie opowiedzieć” – odpisał Tymon.

Od jakichś pięciu czy sześciu lat wypatruję różowo- fioletowych flag na warszawskiej Paradzie Równości. W zeszłym roku widziałem je po raz pierwszy. W tym roku sam jedną niosłem.

Wyoutowanego faceta bi gotowego na wywiad ze świecą szukać.

Wielu gejów mówi mi, że jestem jedynym otwartym facetem bi, jakiego znają. A jednocześnie widzę, że biseksualność budzi u nich podejrzliwość. „Kolejny nieprzegięty, pewnie spoza środowiska i oczywiście bi” – mówią z powątpiewaniem, cytując mantrę z gejowskich portali randkowych. Tani sposób na podryw.

Ale chyba wciąż skuteczny.

Choć to bajer. Są faceci, którzy, będąc homo lub bi, umieją wepchnąć się w gorset heteromatriksu – i jak wyrywają się od dziewczyny czy żony na seks z facetami, to gdzieś w delegacji puszczają się jak dzikie norki. „Jestem bi i spoza środowiska” to ich klasyczna odzywka licytacyjna. Bez partnerki, dzieci, sąsiada czy proboszcza w pobliżu nagle czują zew wolności, mogą się wyhasać. Ale chyba geje już coraz rzadziej na takich lecą. Niemniej, gdy spotykają realnego faceta bi, to niedowierzają. „Daję ci poł roku” – słyszałem nieraz. Że niby dojdę do tego, że tak naprawdę jestem homo. Wiem, że wielu gejów przechodzi taką drogę samoakceptacji. Jeden z moich kolegów, gdy go poznałem, miał dziewczynę, potem zaczął przebąkiwać, że chyba jest bi, bo zainteresował się jednym kolesiem a w końcu stało się jasne, że dziewczyny, z którymi był, to raczej tak tylko… „siłą rozpędu kulturowego”.

To może powiesz coś o realnym facecie bi, takim jak ty. Innych rzeczy szukam u facetów, a innych u dziewczyn – ale gdy oceniam ich atrakcyjność erotyczną czy romantyczną, to płeć jest wtórną sprawą. I tyle.

Szukając osoby na randkę, nie robisz nigdy założeń kobieta/mężczyzna – tak?

Jeśli mówimy np. o randkowaniu w sieci, to nie jestem świadomy portalu, na którym można byłoby podrywać według pełnego spektrum seksualności. Facet może szukać albo faceta na portalu gejowskim, albo kobiety na heteryckim. Więc już na starcie muszę zadeklarować, jakiej płci szukam! A w realu, jak jest piątek wieczorem i sztafiruję się przed wyjściem do klubu, to nie zakładam, że dziś mam ochotę poznać fajną dziewczynę, a innym razem fajnego faceta. Nie, nie. Chyba że idę na imprezę gejowską, typu Coxy – to wtedy tak, nawet od razu inaczej się ubieram niż na, powiedzmy, hiphopowy koncert (śmiech).

Czyli jak?

Bardziej obcisłe rzeczy, jakieś rurki, przylegające t-shirty. Lubię zresztą takie ciuchy.

Ale niczego nie wykluczam. Osoby hetero coraz częściej przychodzą na imprezy adresowane głownie do LGBT. Zauważyłem, że dziewczyny hetero na gejowskiej imprezie trochę niżej trzymają gardę. Przyszły wyłącznie po to, by się bawić, są bardziej szczere i naturalne, nie kombinują, jak zrobić wrażenie. Nie spodziewają się, że będą podrywane, zakładają, że rozmawiają z gejem. A tu niespodzianka. Czasem są zaskoczone pozytywnie, a czasem od razu, gdy się dowiedzą, że jestem bi i wyczuwają moje zainteresowanie, to mówią coś w stylu „Miło się gada, ale ja nie po to tutaj przyszłam”.

Tak czy inaczej, powiedziałbym jednak, że zdecydowanie łatwiej poderwać dziewczynę na gejowskiej imprezie niż faceta na imprezie heteryckiej (śmiech).

A zdarzyło ci się?

Tylko raz. Nie, nie czekaj na dalszy ciąg, więcej nie mówię.

To w takim razie „sakramentalne” pytanie: jaka była twoja droga do powiedzenia sobie „aha, jestem bi!

Z pojęciem „homoseksualizm” zetknąłem się mniej więcej w połowie podstawówki. Pojawił się znak zapytania: „to ludzie mogą się też interesować seksualnie osobnikami tej samej płci?”. Ale zaraz sobie odpowiedziałem: „Właściwie dlaczego nie? To problem?”. Nie mogłem rozgryźć, dlaczego wszędzie, gdzie napotykałem wzmiankę o homoseksualizmie, pisano o tym jako o czymś podejrzanym, niepokojącym.

Moja mama jest katoliczką, mój tata – buddystą oraz, jeszcze od czasów PRLu, wegetarianinem. Nie wpasowywał się w ogólną konwencję. Mama zresztą też nie za bardzo, skoro za niego wyszła. Z takimi rodzicami wiedziałem, że nie ma prawd objawionych. Coming out przed nimi też nie był problemem.

Nastoletnie erotyczne doświadczenia z kimś tej samej płci zbywa się zwykle hasłem „eksperymentowanie”, „próby”. U mnie one nie wygasły, to nie była żadna „faza”. Z dziewczynami było jawnie, a z chłopakami – raczej po kryjomu, wstydliwie. Koło dwudziestki zrobiłem rachunek sumienia: tak, pojęcie „biseksualizm” odnosi się do mnie. Miałem wówczas dziewczynę, na której wrażenie zrobił coming out naszego wspólnego kolegi. On powiedział, że jest bi, ale potem przyznał, że jednak homo (kolejny!). Mojej dziewczynie to podziałało na wyobraźnię. Egzotyka! Gdy okazało się, że między mną a nim jest napięcie erotyczne, to jeszcze bardziej się zafascynowała. Wyoutowałem jej się, ale bez ciśnienia, jakoś tak samo wyszło. Nie poczuła się pokrzywdzona, była raczej zaciekawiona. Potem już mi się tak otwarta partnerka nie zdarzyła.

Kolejne były

Raczej traktowały mój biseksualizm jako problem, wadę. Próbowały wyprzeć ze świadomości albo traktowały jako coś, co nieuchronnie doprowadzi do rozpadu związku, bo „na pewno zdradzę z facetem”. Z czasem mam coraz mniej cierpliwości do takich postaw. Generalnie prowadziłem dość bujne życie erotyczne, ale nigdy nie zdradziłem nikogo, z kim byłem. Jak sobie coś obiecaliśmy, to się tego trzymałem. I żeby było jasne: nie mam nic przeciwko związkom otwartym – to też jest opcja.

Nagminnie spotykam się ze stereotypem, że osoba bi jest rozwiązła z definicji. Czy heteryk, jak zakocha się w niewysokiej dziewczynie ze ślicznymi piegami, to automatycznie rozgląda się też za muskularną sportsmenką o ciemnej karnacji? Może tak, może nie – to nie zależy od orientacji.

A ja często słyszę: „Co to znaczy, że ci się obie płcie podobają? Niedookreślona orientacja? Zdecyduj się, chłopie, albo chłopaki, albo dziewczyny! Przestań się wiercić.” Oj, irytujące to jest… Przekładając to na gejowski światek: to tak, jakby geje odrzucali facetów uniwersalnych w seksie – jakbyś musiał być albo tylko aktywny, albo tylko pasywny – a uniwersalny już nie. Ze strony gejów też spotykam się z opiniami, że nie można mnie traktować poważnie, bo i tak zaraz mi jakaś spodniczka zakręci w głowie.

Inne spodnie też mogą ci zakręcić.

No, więc właśnie. Ale zazdrość jest tylko o tę drugą płeć. Bo ze swoją płcią to oni sądzą, że mogliby konkurować.

Jak ludzie reagują, gdy się outujesz?

Np. koledzy w pracy – pracuję w agencji badawczej w tzw. Mordorze (kompleks firm i biur na warszawskim Mokotowie – przyp. red.) – przyjmowali to ze zdziwieniem, bo tak się złożyło, ze wyoutowalem się na kilka dni przed moim ślubem, o którym im powiedziałem wcześniej. Potem, jak moje małżeństwo się rozsypało – i że tak powiem brzydko, wróciłem do obiegu randkowego – to jak ktoś z pracy mnie gdzieś widział z facetem – to znów zdziwienie. Bo ten mój biseksualizm okazał się nie tylko abstrakcyjną „możliwością”, tylko rzeczywistością.

A niektórzy geje traktują mój coming out protekcjonalnie – że niby nie mam odwagi przyznać się przed sobą, że jestem gejem. Albo odwrotnie: „może i kręcą cię faceci, ale jak przyjdzie co do czego, to znajdziesz sobie żonę, będziesz miał dzieci i idealnie wtopisz się w heteronormę”.

Najfajniej reagują lesbijki: „Dla mnie możesz być jednorożcem, i tak mnie to nie dotyczy” (śmiech)

Ale ze strony heretyków było tylko zdziwienie? To nie najgorzej.

Z ekstremalną homofobią się nie spotkałem, ale moje otoczenie generalnie jest liberalne. Czasem jest drążenie tematu. „No, i jak się odnajdujesz?” Ta ciekawość jest idealnie skorelowana z ilością wypitego alkoholu i porą. Po kilku piwach i o drugiej w nocy języki się rozwiązują i dostaję mnóstwo pytań.

No to jak jest z tym seksem?

Mogę powiedzieć, że doświadczenia w seksie gejowskim sprawiły, że wzbogacił się mój seks z dziewczynami.

W jaki sposób?

W seksie gejowskim bywam w roli, w której facet hetero nie bywa, albo bywa rzadko – i w której ja sam wcześniej nie byłem – a mianowicie: pozwalam partnerowi przejąć kontrolę. Tworzy się wtedy, przynajmniej dla mnie, zupełnie nowa przestrzeń doznań.

W seksie z dziewczyną bycie stroną dominującą dla mężczyzny jest traktowane jak oczywistość, również przez same dziewczyny. Dzięki tym doświadczeniom z facetami, wiem, jak czuje się dziewczyna, gdy ja mam kontrolę – bo sam bywam w takiej roli. Więcej ci powiem – jeśli tylko jej się to podoba, to mogę i jej tę kontrolę oddać – i to bywa wściekle podniecające. Ale dziewczyny trudniej się na to otwierają, mają jakby wdrukowane, że mężczyzna ma przejawiać inicjatywę w łóżku. Ale czasem okazuje się, że wielu dziewczynom przejmowanie inicjatywy bardzo pasuje (uśmiech).

Oddanie kontroli – coś, czego doświadczyłeś najpierw z mężczyznami – było dla ciebie czymś nowym?

Tak. Oddałem kontrolę facetowi, było super, i potem nauczyłem dziewczyny przejmować kontrolę. Ale nie chodzi o to, że mam jakąś wewnętrzną inklinację do oddawania kontroli. Raczej miałem kulturowy „nakaz” jako mężczyzna, by ciągle mieć kontrolę – a teraz poszerzyłem „pole walki” o nowe opcje (śmiech).

A co z innymi facetami biseksualnymi w twoim życiu? Nie pytam o życie seksualne, tylko w ogóle.

Oj, no i tu zaczynają się schody… Znam kilku, ale słabo, to są jacyś dalecy znajomi… i tyle.

Czyli nie masz takiego kodu podrywowego, o którym opowiadała w „Replice” Joanna Erbel? Mówiła, że podrywa zwykle inne kobiety bi, bo z nimi czuje, że nadają na tych samych falach. Z lesbijkami – słabiej.

Nie mam… Wiesz, jest pewna pula erotycznych gier, które chodzą mi po głowie (uśmiech), a których nie da się zrealizować bez drugiego faceta biseksualnego…

Jakich?… A, chyba wiem!

W sensie konfiguracji. Więcej nie podpowiem.

Z dziewczynami bi bardzo fajnie się dogaduję, wśród dziewczyn w ogóle jest mniejsza bifobia. Choć ona wynika trochę też z tego machania ręką – że nie ma się czym przejmować. Biseksualne dziewczyny w hetero towarzystwie są zdecydowanie lepiej odbierane niż biseksualni faceci.

Ach, pytałeś, jak heterycy reagują na mój coming out i wtedy o tym zapomniałem – zdarza mi się od nich słyszeć: „Tylko pamiętaj, że ja to nie z tych, więc…” albo „Wiesz, trzymaj ręce przy sobie”. To są niby tylko żarty, ale jednak nieprzyjemne. Mam ochotę odpowiedzieć: „Stary, nie pochlebiaj sobie”, bo nie jesteś specjalnie atrakcyjny. Wielu heterykom wydaje się, że geje i faceci bi tylko czekają, by się na nich rzucić. Spotkałem się z określeniem, ze homofobia to jest lęk przed tym, że inni faceci mogą potraktować cię tak, jak ty traktujesz kobiety – przynajmniej część zjawiska to zdanie fajnie opisuje. Sporo jest facetów, którzy niepewność w sferze seksu chcą zagłuszyć agresją.

Nie słyszałem nigdy, by dziewczyna hetero profilaktycznie informowała lesbijkę czy dziewczynę bi „Tylko trzymaj ręce przy sobie”.

Inaczej się podrywa dziewczyny, a inaczej chłopaków?

Inaczej „badam grunt”, ale to chyba oczywiste.

A podrywałeś na samo bycie bi?

To jest bardzo przydatne, jeśli podrywasz parę, chłopaka i dziewczynę na raz…

(cisza) Zatkało mnie na chwilę, zapomniałem o tej opcji.

(uśmiech) Ale to nie są częste sytuacje.

Związki?

Romantyczne, miłosne – przede wszystkim z dziewczynami. Z facetem tylko raz byłem w takim związku. I nie mieszkałem z facetami, a z dziewczynami tak. Z facetami częściej mam przyjaźnie, w których jest tło erotyczne. Erotyka z czasem wygasa i zostaje przyjaźń. Zdarzało mi się, że moje dziewczyny bywały zazdrosne o tych byłych kochanków, którzy teraz są kumplami. Nawet zetknąłem się z żądaniem zerwania takiej znajomości. Nie zrobiłem tego.

A masz w ogóle ideę stałego związku z facetem?

Od czasu nieudanego ożenku trzymam się z daleka od wszelkich takich idei. Wiem tylko, ze kiepsko funkcjonuję sam. Nie jestem typem singla, o nie.

Wracając do punktu wyjścia: jak sądzisz, dlaczego faceci bi tak rzadko robią coming outy? Sam praktycznie innych facetów bi nie znasz.

Gdyby kleszcze heteronormy były mniej zaciśnięte, to cała masa facetów – nie tylko bi, również gejów – zaraz by się ujawniła, jestem pewny. Geje mają większy bodziec do coming outu, bo im w heteromatriksie trudniej funkcjonować niż facetom bi. My sobie tu siedzimy pod tęczą (rozmawiam z Tymonem w Bastylii przy pl. Zbawiciela, tuż przy słynnej tęczy – przyp. MK), stąd heteromatriks nie wydaje się tak niebezpieczny, ale przypominam sobie parę tych chłopaków z Kartuz, którzy byli prześladowani i napisali do „Repliki” list. Coś niesamowitego, To trzeba mieć jaja! Niesamowita historia, która daje nadzieję.

Fajnie, że ty możesz rozmawiać o swej seksualności do wywiadu i bez nerwów.

Czy tak całkiem bez nerwów, to nie wiem.

 

Tekst z nr 56/7-8 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Mówić otwartym tekstem

O biseksualnym coming oucie, o homolobby, o kobiecej perspektywie i o uprzywilejowaniu miłości z Joanną Krakowską, historyczką teatru w Instytucie Sztuki PAN, wicenaczelną miesięcznika „Dialog”, rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

Foto: Agata Kubis

 

Jak to jest z tym homolobby? Istnieje czy nie istnieje?

No, wiedziałam, że tak będzie. To ja właściwie powinnam cię o to zapytać. Czy mężczyźni homoseksualni wspierają się nawzajem, budują specyficzne więzi solidarności? Tak czy nie?

 Myślę, że w Polsce ludzie, jak nie mają wspólnego interesu, to się nie wspierają. Raczej kopią pod sobą dołki, geje nie są tu wyjątkiem. Ale wiesz, o co mi chodzi. O to, że poparłaś Joannę Szczepkowską, gdy ta napisała, że polskim teatrem rządzi homolobby.

Napięcia, zależności erotyczne zawsze były częścią tej gry, jaką jest władza – także w teatrze. Ale mnie to interesuje na innym poziomie, dużo bardziej finezyjnym. Stąd moje pytanie – na ile chętniej oglądasz i piszesz o filmach, w których pojawia się motyw homoseksualny? Bzdurą jest, oczywiście, traktowanie homolobby jako realnej siły w jakiejś spiskowej teorii. Ale jeśli rozmawiamy o niuansach życia teatralnego, to trzeba powiedzieć, że pewne tematy czy postacie mogą być na scenie uprzywilejowane ze względu na rodzaj wrażliwości, a także orientacji ludzi, którzy teatr tworzą i którzy o teatrze piszą.

Uważasz więc, że jest szeroka reprezentacja przedstawień pokazujących męskie pożądanie homoseksualne. A zarazem zarzucasz polskiemu teatrowi, że nie ma w nim spektakli o seksualności nie tyle nawet lesbijskiej, co po prostu kobiecej.

Zarzucałam pięć lat temu. To się bardzo zmienia. Zwłaszcza, że pojawiły się reżyserki, których głos w teatrze jest bardzo wyrazisty – Maja Kleczewska, Ewelina Marciniak, Iga Gańczarczyk… I ta perspektywa kobieca manifestuje się u nich na rożnych poziomach – choćby w sposobie mówienia o ciele i przemocy, ale też w spojrzeniu na historię, jak w spektaklach Weroniki Szczawińskiej. Myślę, że płeć ma tu znaczenie w rozsadzaniu dotychczasowych hegemonicznych narracji.

Perspektywę lesbijską też w tych spektaklach widać?

Na pewno erotyka lesbijska pojawia się na scenie od czasu do czasu, ale szczególnie mocno nie zaistniała. Zwłaszcza w opozycji do męskiej perspektywy homoseksualnej. Generalnie w kulturze istnieje tendencja czy nawyk podpinania kobiecej homoseksualności pod gejowską narrację. W mainstreamie kobiety uczyły się mówić o homoseksualizmie z gejowskich filmów, z gejowskich przedstawień, od gejów reżyserów. Ten poziom quasi-identyfikacji zaszedł tak daleko, że teraz trochę czasu zajmie wypracowanie własnego języka i opowiedzenie siebie na nowo. Jeśli oczywiście lesbijkom uda się wyjść z niszy i zająć miejsce w publicznej przestrzeni. Bo przecież w kinie mainstreamowym lesbijskie historie często opowiadają mężczyźni – dobrym przykładem jest „Życie Adeli”. Na pewno nie jest to fi lm kobiecy, choć niewątpliwie jest to film o lesbijkach. Najbardziej znaną polską sztukę o lesbijkach „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” napisał i wyreżyserował Przemysław Wojcieszek… Sztuki na ten temat Ingi Iwasiów czy Izabeli Filipiak nie były ani publikowane, ani wystawione. „Dialog” wydrukował za to dramat „Powiatowe związki partnerskie” Agnieszki Łuczak – znanej polityczki z Tomaszowa Mazowieckiego. Ale to już są stare historie…

Od jesieni prowadzimy w Ośrodku Studiów Amerykańskich cykl zatytułowany Queer Feminist Film, w którym pokazujemy filmy amerykańskich reżyserek awangardowych z lat 70., 80. i 90. Bardzo wyraźnie widać w nich, czym naprawdę jest perspektywa kobieca i lesbijska. Ale te filmy, będące przecież klasykami w swoim gatunku, są w Polsce kompletnie nieznane, nie istnieją nawet w naszej literaturze fachowej. Długa, za długa jest ta droga z eksperymentalnej niszy do głównego nurtu, gdzie dominują sentymentalne landszafty.

Może więc sojusz gejów z feminizmem, gejów z lesbijkami, który wynika z poczucia opresji, jest, w gruncie rzeczy, umowny i tymczasowy? Może to są zupełnie rożne opowieści? Muszą się te drogi kiedyś rozejść.

To jest niestety sojusz, w którym kobiety nie są zbyt widoczne. Amerykańskie lesbijki bardzo wiele wysiłku włożyły w zmianę takiego stanu rzeczy. Używały do tego niekiedy środków drastycznych. Na początku lat 90. powstał ruch Lesbian Avengers, którego działaczki nauczyły się cyrkowych sztuk i zostały połykaczkami ognia. Na swoich paradach urządzały taki performans – wkładały sobie do gardeł płonące pochodnie. To był wystarczająco silny obraz i gest, by zaczęto o nich wreszcie pisać i traktować nie jak dodatek do ruchu gejowskiego. Ale z drugiej strony mamy świadomość, że w społecznym kontekście kobietom w relacjach homoseksualnych jest łatwiej niż mężczyznom.

Jednak lesbijki toleruje się tylko wtedy, gdy są bierne i nieme, dlatego w Polsce przeważnie milczą. Gdy w Krytyce Politycznej pokazujemy filmy o tematyce lesbijskiej, to na dyskusji po filmie nie zostają prawie żadne dziewczyny.

To jest problem kobiecy, nie lesbijski. Problem kobiet, które uchylają się od publicznego zabierania głosu. W teatrze na widowni zasiada więcej kobiet niż mężczyzn, ale trudno powiedzieć, co myślą. Bo kto pisze recenzje? Przeważnie mężczyźni. Wielu z nich nie mogę zarzucić braku zdolności widzenia kobiecych problemów w teatrze, ale to jednak jest problem, że głos opiniotwórczy jest z reguły głosem męskim. Wczoraj spotkał się ze mną pan, który robi fi lm o niewidzialności kobiet w przestrzeni publicznej. Film o niewidzialności kobiet w polityce, biznesie, kulturze będzie robił mężczyzna. Nie odbieram mu kompetencji i praw, lecz czy koniecznie musimy się emancypować dzięki męskiej kamerze? Z drugiej strony, nie jestem zwolenniczką esencjalizmu. Tego, że o kobietach powinny opowiadać kobiety, a o gejach – geje itd.

Sama wyoutowałaś się, w wywiadzie dla „Dużego Formatu”, jako osoba biseksualna, która przez wiele lat była w związku z kobietą, z Krystyną Duniec. Powiedziałaś, że każdy jest biseksualny. Ale biseksualizm to, rzekłbym, najmniej lubiana ze wszystkich orientacji.

Wiem, wiem.

Najbardziej też tajemnicza, budząca najwięcej lęków i fantazji. Wciąż mało jest wyoutowanych osób biseksualnych.

Nie lubię tych etykiet, bo one są jak deklaracje promiskuityzmu. Właściwe pytanie powinno brzmieć – kogo kochasz? To jest adekwatne do tego, jak postrzegam tę kwestię. Używam kategorii biseksualności w kontekście uprzywilejowania miłości, a nie uprzywilejowania seksualności. Jak się człowiek zakochuje, to naprawdę jest mu wszystko jedno, czy ten ktoś ma taką a nie inną anatomiczną cechę. Miłość jest ponad banalne struktury cielesne.

Czy to uprzywilejowanie miłości nie jest w gruncie rzeczy normatywne? W naszej kultury miłość wszędzie stawia się na pierwszym miejscu. Nieustannie każą nam kogoś kochać.

Mówię o miłości, która jest skrajnym doświadczeniem egzystencjalnym. Taka miłość zapewne nie zdarza się każdemu i to po wiele razy. Tylko, że jak się już zdarzy, to nie ma nic poza nią. Przywołuję ją tu dlatego, że jest rodzajem sankcji, którą burzy system, pokazuje, że kategorie homo i heteroseksualności są w gruncie rzeczy drugorzędne, a nawet nieistotne. A w ogóle, to jeśli heteroseksualność jest kulturowo uwarunkowana, to przecież i homoseksualność może być kulturowo uwarunkowana.

Owszem. Mam wrażenie, że teraz nacisk idzie w kierunku jak najsilniejszego znormalizowania homoseksualizmu. Ty zaś często piszesz, choćby w felietonach na łamach Dwutygodnika, o nonkonformistach, osobach, które płyną pod prąd we własnym środowisku, więc dużo ryzykują. Dajesz jako przykład Joannę Szczepkowską i Katarzynę Bratkowską, która, wbrew lewicowej poprawności, odważyła się wystawić operę Kim Ir Sena. Czy ty również czymś ryzykujesz, wypowiadając takie a nie inne poglądy?

Na poziomie obyczajowym niczym nie ryzykuję ani w obrębie środowiska, ani w rodzinie. Natomiast, jeśli mówię o czymś szczerze, to zawsze ryzykuję śmiesznością, jak każdy, kto się odsłania. Sam to wiesz jako krytyk – na każdą twoją zaangażowaną opinię zawsze znajdzie się jakiś hejter.

A nie masz poczucia, że twój coming out przyszedł za późno? Gdy już nie wiązał siężadnym ryzykiem

No, faktycznie nie byłam aktywistką LGBT, może szkoda, ale ze związkiem nigdy się nie kryłam – myślę, że we własnym środowisku po prostu widać, że kogoś z kimś łączy bliska relacja.

Ale nie mówiłaś o nim publicznie.

Nigdy nie było okazji. Normalnie człowiek nie przychodzi do mediów i nie opowiada o życiu osobistym. Nie chodzi o pruderię czy ochronę prywatności, po prostu, nie ma powodu. Teraz był powód. Wiedziałam, że nie mogę mówić w wywiadzie do „Dużego Formatu” rzeczy niepopularnych, krytycznych wobec własnego środowiska z pozycji nonkonformistycznej świętej. Muszę świadczyć życiem, powiedzieć o swoich kompromisach czy zdradach. Bo inaczej to, co mówię brzmi fałszywie i moralizatorsko.

Skądinąd, gdybyśmy były mężczyznami, to nasz związek byłby oczywisty, publiczny, nazwany. Jeśli dwie kobiety jeżdżą z dziećmi razem na wakacje i chodzą wszędzie razem, to nie ma w tym nic oczywistego. Nawet, jeśli napisały wspólnie dwie książki, to jeszcze o niczym nie świadczy. Ale też nigdy nikt mnie nie zapytał o mój związek otwartym tekstem. Heteroseksualistów się o takie rzeczy pytają: „Jesteś z nią?”. Homoseksualistów się nie pytają.

Myślisz, że równouprawnienie nastąpi, jak i nas się zacznie pytać?

Może to się już zaczyna? Bardzo jeszcze środowiskowo, ale na pewno w ciągu ostatniej dekady dokonała się w tej sferze olbrzymia zmiana. Ale też mam z tym problem – ludzie się schodzą i rozchodzą, jak to ogłaszać? Poza intencją emancypacyjną w przypadku związków jednopłciowych, a więc racją polityczną, nie mam w tej sprawie jasności.

Wracając do nonkonformistów. W jednym z felietonów cytujesz Quentina Crispa, który powiedział, że doceni ich czas. Ja mam wrażenie, że w Polsce nawet po śmierci nie ceni się nonkonformistów. Jesteśmy uparcie konformistycznym narodem.

Mnie się po prostu wydaje, że jest przyjemnie być nonkonformistą.

To taka masochistyczna przyjemność.

Nie wiem. Może ja mówię o tym z perspektywy Quentina Crispa, który myślał, że i tak zawsze wyjdzie na jego? Ale jeśli spojrzeć na to z polskiej perspektywy historycznej, to przecież ci, którzy w latach 70. przystąpili do opozycji, odnieśli swój sukces generacyjny. Niektórzy z dawnych nonkonformistów są teraz prezydentami, ministrami, prezesami.

Jesteś autorką książki o Halinie Mikołajskiej, przedstawiasz ją jako wzór nonkonformizmu czasów PRL-u. Poświęciła własną karierę aktorską dla działalności opozycyjnej. Tak „gdybając”, jak myślisz, po jakiej stronie stałaby dziś Mikołajska? Czy z nonkonformistki nie zmieniłaby się w „konserwę?

To jest pytanie, które mnie nurtuje i niepokoi, istnieje bowiem bardzo wielkie ryzyko, że stałaby po stronie Polski normatywnej i katolickiej. Ale z drugiej strony, było w niej przywiązanie do wolności i niechęć do zniewalających dogmatów. To jest jednak nie do przewidzenia, bowiem dla całej generacji, która przeżyła życie w PRL-u, fakt odzyskania niepodległości w 1989 roku był tak mocnym doświadczeniem, że prawie wszyscy wysiedli na przystanku „Niepodległość” i odmówili dalszej jazdy. Wszystko inne było mniej ważne. Jakie są tego skutki, pokazuje chociażby fi lm Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego „Solidarność według kobiet”, który unaocznia, co kobiety przegrały w 1989 roku. A przegrały wszystko.

Czy w latach 80., gdy siedziało się po kościołach, przeżywało poczucie wspólnoty i nonkonformizmu, była jakaś refleksja nad tym, że Solidarność jest jednak konserwatywna obyczajowo?

Nie było. Jeśli była, to na marginesach. Ci, którzy angażowali się w poparcie Solidarności, a więc i w msze za ojczyznę, umieli sobie uzasadnić, że sprawa niepodległości jest nadrzędną wobec wszystkich innych kwestii. Nie wiem, czy można było inaczej. Może nie?

A twoja świadomość z tamtego okresu?

Byłam wtedy żoną bohatera narodowego, działacza Solidarności i osobą głęboko przeświadczoną o tym, że bycie kobietą w niczym mnie nie upośledza, że mężczyźni i kobiety mają równe prawa. Nieco czasu mi zajęło, żeby zrozumieć, że się mylę. To nastąpiło już po 1989 r., dość szybko zresztą, bo zaraz zaczęła się konserwatywna ofensywa: religia do szkół, zakaz aborcji etc. Ale własna nieświadomość wielu spraw z tamtego czasu to dla mnie wstydliwy temat.

Ekspansja twardego, konserwatywnego dyskursu trwa do dzisiaj. Tymczasem pojawia się w twoim felietonie myśl, że obecnie lubimy sobie pobłażać. Może więśrodowiska feministyczne i LGBT za bardzo sobie pobłażają? Za bardzo rozczulają się nad sobą? I dlatego są nieskuteczne politycznie?

Rozczulają się nad sobą, ale czy mogą na siebie liczyć? Bo ta pobłażliwość ma rożne aspekty. Na przykład taki, że właściwie wszystko wolno, że w relacjach erotycznych nie ma granic, że obowiązuje zasada przyjemności. W tych sprawach perspektywa serio kojarzy się z konserwatyzmem i moralizowaniem, więc traktowana jest z ironią. Tymczasem w naszym otoczeniu ciągle rozgrywają się jakieś dramaty, które dowodzą, że z tym nie ma żartów. W środowiskach obyczajowej lewicy pobłażanie sobie łączy się z bezsilnością wobec emocji własnych i cudzych, z paradoksalnym brakiem empatii, który pokrywa się ironią.

Jest możliwe odbudowanie poważnego dyskursu? Tak żeby nie był obciążony konserwatywną nadbudową?

 Mam nadzieję, że jest możliwe. Na przykład trzeba zacząć mówić prawdę, dlaczego gender jest niebezpieczny dla panującego porządku. Że tu chodzi o władzę i seks. Czyli o to, żeby zlikwidować wszystkie mechanizmy dyscyplinowania seksualnego kobiet i o to, że kobietom należy się połowa władzy. To jest poważna sprawa polityczna. Trzeba teraz te dwa hasła przełożyć na bardzo konkretne postulaty i propozycje legislacyjne oraz połączyć je z tradycyjnie lewicowymi hasłami solidarności, równości, wolności. I tu homolobby się przyda.

 

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Sarenki próbują przetrwać

O biseksualności i o swych doświadczeniach związków między kobietami w więzieniu, o tych osadzonych, które próbują w zakładzie kochać i tych, które udają miłość, opowiada Ewa Kotarbińska, była więźniarka, w wywiadzie Małgorzaty Klejn

 

Foto: Grzegorz Banaszak

 

Zawsze wiedziałaś, że jesteś biseksualna?  

Od dzieciństwa podobały mi się kobiety. Nauczycielki w szkole, koleżanki w klasie. Ale „wiedziałam”, że to coś nienormalnego. Myślałam, że powinnam mieć faceta, a nie uganiać się za dziewczynami. W wieku 19 lat poszłam z moim ówczesnym partnerem, Michałem, do Cafe Fiolka (klub w Warszawie, który działał w latach 1990-1991 – przyp. red.). Michał działał w jakiejś organizacji studenckiej i z tej racji został zaproszony na imprezę do Fiolki.

Pamiętam do dziś, jak trudno mu było powiedzieć, dokąd idziemy, przygotować mnie na to, że spotkamy tam tych „innych” – homoseksualistów. Kręciło mnie to – „wow, temat tabu” – ale może też wyczuwałam już, że to miejsce zmieni całe moje życie. I faktycznie – Michał z knajpy nad ranem wyszedł sam. A ja, cóż, poznałam kilka nowych i ciekawych osób. Lokal z „takimi” ludźmi, niesamowita atmosfera, karty wstępu, ale wcale nie na uboczu. I ja! Wreszcie swobodna, nieudająca i oszołomiona, że jest nas dużo. Więcej facetów, ale i kobiet też sporo naliczyłam.

Potem co piątek chodziłam do Cafe Fiolka na dyskotekę branżową. Dowiedziałam się, że jest takie miejsce jak Lambda, gdzie w wynajętym mieszkaniu można było spotkać się, porozmawiać, wypić kawę, podyskutować o problemach, akceptacji. To było jak raczkowanie, prasy o „tej” tematyce nie znałam, nie miałam żadnych informacji. Czułam się jak wywrotowiec, jakbym spotykała się na tajnych kompletach a jednocześnie właśnie tam, w tym mieszkaniu czułam się naprawdę wolna. Z czasem stałam się bywalczynią lokali, klubów, środowisko się rozrastało, a ja stawałam się bardziej odważna i pewna, kim jestem.

Z Michałem się posypało?

Posypało się. Powiedziałam mu od razu, że na pewno kręcą mnie kobiety. Nie był w stanie tego zrozumieć. Może teraz zareagowałby inaczej, są mężczyźni, których biseksualizm dziewczyny ciekawi, chcieliby być z dwiema dziewczynami naraz. Odebraliby takie wyznanie może jako propozycję większej pikanterii w związku?

Spotkałaś się z sytuacją, że dziewczyna związana z mężczyzną otwarcie szuka kochanki?

Zamężne niby szukają kochanki dla siebie, ale bywa, że po jakimś czasie jest pytanie: „A czy mój facet/mąż może popatrzeć/przyłączyć się?” Te dziewczyny niekoniecznie są biseksualne, czasem tylko szukają nowości, to kwestia rutyny w związku i chęci ciekawszych doznań, a czasem chodzi o to, by spełnić pragnienie faceta. A poza tym często kobieta kobiecie bardziej ufa i szybciej się porozumie.

Twoja mama wie o twojej orientacji. Jak zareagowała rodzina?

Mamie powiedziałam od razu, kiedy tylko sama sobie udowodniłam, że jestem taka, a nie inna, że na 100% jestem biseksualna. Usłyszałam, że będzie mi ciężko w życiu. „Boję się, że poznasz, co to samotność”. Mama właściwie nie tolerowała homoseksualizmu, ale akceptowała moje zainteresowanie kobietami jako ciekawość. Cały czas próbowała udowodnić i mnie, i sobie, że ludzie nieheteroseksualni są nietrwali w uczuciach. Mój nieżyjący już ojciec mnie akceptował, jednak nie nauczył się tolerować moich partnerek, wciąż było mu ciężko, cały czas wyobrażał sobie swoją ukochaną córeczkę z mężem i dwojgiem dzieci. To był taki społeczny obraz normalnej, szczęśliwej rodziny.

Zapraszałam swoje dziewczyny do domu, rodzice wiedzieli, że to moje partnerki, ale żadna nigdy nie została na noc. Nie dlatego, że rodzice zabraniali – to ja nie chciałam, by czuli się źle we własnym domu. Moja rodzina była na tak zwanym poziomie: ojciec geolog na politechnice, mama – filolog. Ale wtedy, na początku lat 90. po prostu wszyscy uważali, że homoseksualizm to zło, trudno im się było wyłamać. Bali się odrzucenia przez własne środowisko, komentarzy, że powinni leczyć „takie” dziecko.

Wśród dalszej rodziny funkcjonowały tłumaczenia, że po prostu wciąż nie spotkałam swojego księcia, zwyczajne zakłamanie. Wyjaśnianie, że nie mam czasu na związki, bo dużo się uczę i dużo trenuję. Niby dla dobra rodziny.

Znajomi wiedzieli i wiedzą o mnie. Nie musieli zgadywać, sama im powiedziałam – nie mam z tym problemu.

Wtedy w Cafe Fiolka po raz pierwszy zobaczyłaś inne kobiety bi- i homoseksualne?

Długo nie znałam nikogo, ale na moim osiedlu mieszkała para lesbijek. Patrzyłam na nie z ciekawością, przyglądałam się im, zazdrościłam, żałowałam, że to nie jest moje życie, że to nie mnie jedna z nich całuje, dotyka, nie na mnie patrzy z czułością. Smutno mi było, bo czułam, że pragnę dziewczyny, bycia obok, zapachu. Te dziewczyny wytykano palcami, sąsiedzi je obgadywali, ale one były silne. Nic sobie z tego nie robiły, we mnie budziło to ogromny szacunek. Że walczą o siebie, o to, żeby być szczęśliwe. Później poznałam je osobiście.

Moja mama nazywała takich ludzi pederastami. Jak się dowiedziała, że aktor czy reżyser jest gejem, to od razu wpływało na jej opinię – fi lm czy sztuka stawał się „zboczony”, jak autor. To był koniec lat 80, wtedy naprawdę było straszne zacofanie, nieświadomość, niedokształcenie.

Teraz szybciej ludziom przychodzi do głowy, że dwie dziewczyny idące za rękę to nie przyjaciółki, tylko para.

Tak, kiedyś ludzie myśleli, że to przyjaciółki, nikt nie brał pod uwagę, że sąsiadka może być lesbijką. To przecież zboczenie, choroba! Teraz na taką parę, jeśli jest atrakcyjna, patrzy się może nawet z jakimś rodzajem erotyzmu, wręcz z pożądaniem. W sprawach seksualnych wszystko poszło do przodu. Kiedyś nie słyszało się o S&M, to było kompletnie zboczone, a teraz wchodzisz do sex-shopu i masz pełno akcesoriów. Normalka, nikt się nie burzy. Tak samo z ciekawością wobec lesbijek, wystarczy popatrzeć na filmy porno, jest na to popyt.

Ewa, w 2009 r. siedziałaś 10 miesięcy w więzieniu za wyłudzenia finansowe, sprawy z kredytem. Po tym, jak usłyszałaś wyrok, zaczęłaś się bać, że twoja orientacja ci zaszkodzi w więzieniu, wywoła szykany?

W więzieniu wygląda to tak: kiedy jesteś po raz pierwszy (jako „petka” – tak to się nazywa), nie wychylasz się ze swoimi preferencjami, bo przypuszczasz, że będzie niedobrze. Wcześniej, w czasach PRL lesbijki były w kryminale „dojeżdżane”, odstawiane od stołu. Rozumiesz, zero życia. Jak dzieciobójczynie.

Nie wiedziałam, jak to będzie odebrane, czy mi zaszkodzi, więc ukrywałam się. Dziewczyny się trochę domyślały, ale pewne nie były. Na wolności miałam dziewczynę, Iwonę. Na potrzeby tego ukrywania „zmieniłam” jej imię. Na Iwo – imię męskie, a mnie było łatwiej zapamiętać, cały czas się pilnowałam. Mogłam o niej opowiadać w czasie zwierzeń o facetach, ale i tak te moje opowieści nie były takie same jak o chłopakach. Inaczej się opowiada, kiedy bohaterkami są dwie kobiety, a inaczej, kiedy faktycznie chodzi o faceta. Za dużo delikatności, czułości, wychodzi nierealistycznie – taki facet to byłby skarb. W końcu powiedziałam jednej z dziewczyn, jakoś polubiłyśmy się wcześniej. Ona zresztą domyślała się, że interesują mnie kobiety. Nie przeszkadzało jej to. Kiedy przychodzisz drugi raz, już jako recydywa, to masz plecy, jesteś git i wtedy szybciej się orientujesz, kto jest homo czy bi również na wolności, a kto „staje się” lesbijką, by coś zyskać, ułatwić sobie życie. Osoby, które, tak jak ja, interesowały się kobietami na wolności, raczej za pierwszym razem tego nie pokazują.

Strażnicy wiedzą, które dziewczyny są lesbijkami?

Kiedyś, w PRL-u zaznaczało się to w aktach – homoseksualiści byli piętnowani. Teraz raczej nikt się nie przyznaje, znam przypadek, że dwie kobiety powiedziały, że są parą i siedziały w jednej celi. A znowuż, jak do oddziałowych dotrze, że ktoś coś z kimś w celi wyczynia, to się rozbija celę, dziewczyny są rozdzielane. Czasem jak powiesz, że jesteś lesbijką, to kierują cię do celi, w której na pewno nie będziesz mieć kłopotów, np. do starszych kobiet.

W więzieniu liczy się, czy masz pomoc. Uwierz mi – jesteś czasami w stanie zrobić wszystko, by dostać garść tytoniu lub łyżkę kawy. I niektóre dziewczyny nie mają zahamowani, by nie spróbować układu, w którym będą kogoś zaspokajać, a w zamian być pod opieką. Większość z nich nigdy nie interesowała się na wolności kobietami, to po prostu barter. Takie dziewczyny, które oddają się innym tylko po to, by coś w zamian zyskać, nazywa się sarenkami. Ale poza takimi układami jest też moda – ładna lesbijka jest na topie w kryminale. To robi wrażenie, można coś na tym uzyskać, dlatego czasem dziewczyny udają lesbijki. Ta popularność nie jest dziwna. Kiedy siedzisz kilka lat, pragniesz dotyku, ciepłego słowa, przytulenia, pocałunku. Nie tylko, jeśli jesteś lesbijką. Dlatego kobiety z długimi wyrokami łączą się w pary. Niezależnie od tego, co było na wolności, szukają sobie kobiety.

Jak to w ogóle wygląda z tymi sarenkami? Dziewczyny jawnie uwodzą, otwarcie proponują jakiś barter?

 „Poczęstujesz fajką?” – pytają. Dajesz fajkę raz, drugi, trzeci. I nim się zorientujesz, ona już robi ci poranną kawę, pierze twoje rzeczy, a w końcu włazi ci do wyra i robi dobrze. Ty jesteś zaspokojona, a ona ma zapewniony byt. Widziałam kobietę całującą się z inną laską, a po chwili, w czasie widzenia, z ukochanym. Każdy sposób na przetrwanie jest dobry.

To sarenki czują się upokorzone czy raczej dziewczyny, które korzystają z ich usług dają się złapać na manipulację?

Wszystkie manipulują w kryminale. A upokorzenie? O takich uczuciach zapomina się w tym miejscu. To jest tylko wola przetrwania i rożne na nie sposoby.

Czy partnerzy sarenek reagują, porzucają je, dowiadują się o tych układach?

Seks z kobietą jest jakby bardziej wybaczalny. Mówi się po prostu, że to niegroźne i że kobieta w pierdlu miała normalne potrzeby i już. A czasem to nigdy nie wychodzi za mury więzienne. Bo często to prosty układ – siedzimy, więc jesteśmy razem, wychodzimy, to drogi się rozchodzą. Nie da się też szantażować taką informacją, bo jak? Ty masz haka na mnie, ale i ja mam na ciebie.

Zdarza się, że dziewczyna faktycznie się zakochuje, a okazuje się, że partnerka robi to tylko dla kawy i fajek?

Czasami. To wychodzi na jaw na przykład kiedy po zmianie pawilonu czy transporcie okazuje się, że dziewczyny błyskawicznie znajdują nowe „żony”. Ale to też tak po prostu działa, że to cela cię trzyma. To jest twój dom. To, co się dzieje poza pawilonem, w innym kryminale to inny świat, z czasem listy są coraz rzadsze, a potem pojawiają się nowe miłości.

Czyli również związki, nie tylko układy, rozpadają się z powodu sytuacji. Co cię najbardziej poruszało w historiach takich układów?

To, że dziewczyny były w stanie z chwili na chwilę „zmienić” orientację.

Tzn. że nie były biseksualne naprawdę, tylko na potrzeby chwili?

Dokładnie. Prawda jest taka, że ktoś z wolności, jak ja, nie afiszuje się ze swoją orientacją, bo nie potrzebuje tego – nie szuka profitów, w ogóle nie szuka związku w tym miejscu. Bo wie, że nic z tego później, na wolności, nie wyjdzie. Więzienie nie jest miejscem na tworzenie związków. Tylko raz złamałam swoje zasady, zakochałam się, uwierzyłam, że to ma szansę. Ten związek na wolności nie przetrwał, moja była wybrała nałóg zamiast związku.

Często się zdarzało rozpoznać dziewczyny naprawdę zainteresowane kobietami, nie tylko z powodu sytuacji?

Poznałam kilka. Miałam nawet taką adoratorkę, która po tygodniu wspólnego siedzenia, kiedy poszłyśmy myć łaźnię, by zdobyć wniosek nagrodowy, spytała wprost: „Będziesz ze mną?” Odpowiedziałam, że nie. Ona na to: „A prześpisz się ze mną?” Nie żartowała! Troszkę się jej bałam, ale potem się dogadałyśmy, powiedziałam jej po prostu, że w tym miejscu nie mam zamiaru z nikim się wiązać, a co będzie na wolności – nie wiem. Całe szczęście wyszłam wcześniej i jakoś to się rozeszło po kościach.

Mało romantyczne. Wyobrażałam sobie, że w więzieniu bywają związki bardzo romantyczne, z czułością, namiętnością.

Romantyczne też dziewczyny są, nawet bardzo. Robią sobie kawę rano, ścielą łózka, opiekują się sobą. I zazdrosne też bywają bardzo. Też na tym zagrałam kiedyś. Podrywała mnie na spacerniaku dziewczyna z innej celi, intensywnie, z tydzień, potem dostałam miesiączkę i leżałam taka obolała, źle się czułam kilka dni. Potem przyszedł dzień dzwonienia, więc wyszłam opuchnięta do telefonu i nagle ją słyszę: „Niunia, co tak kiepsko wyglądasz?”. „Od seksu” – odparowałam. Nie wiem, co sobie pomyślała, ale potem miałam z nią spokój.

Taki przykład zazdrości: trwa obiad, a co za tym idzie, rozdawanie listów. Jedna z dziewczyn z pary dostaje list od jakiegoś chłopaka z innego kryminału. Bo często się pisze listy do innych więźniów dla zabicia czasu. I one dwie siadają naprzeciwko siebie, ta jedna czyta ten nieszczęsny list, a tu nagle bach! Druga rzuca w nią talerzem z kaszą gryczaną „Nie jestem głodna!”

Ewa, powiesz na koniec kilka słów, co dziś słychać u ciebie?

Haruję jak wół, ale nie narzekam. Mam stałą dziewczynę, jest dobrze.

***

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o życiu kobiet w więzieniu, Ewa Kotarbińska poleca blog kobiet osadzonych w więzieniu na warszawskim Grochowie: ewkratke.blog.pl. Zajrzeliśmy i znaleźliśmy m.in. taki wpis: Zakochałam się – zupełnie inaczej niż w chłopaku, intensywność tych emocji jest całkowicie różna. W więzieniu razem spędziłyśmy tylko kilka miesięcy. Później żyłyśmy w dwóch różnych światach – ona na wolności, ja w więzieniu. Nasz związek skończył się po czterech latach, a przyjaźń zagubiła po dziesięciu. Myślę, że to dlatego, że nie mogłyśmy się widywać. Polskie prawo nie uznaje jako rodziny takiej osoby, jaką ona była dla mnie.

 

Tekst z nr 51/9-10 2014.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Niepodległość trójkątów

Czy film „Trzy” Toma Tykwera przyczyni się do biseksualnej emancypacji?

 

Dwie wersje plakatu filmu „Trzy” – normalna (u góry) i specjalna (na dole) dla Zarządu Transportu Miejskiego, który umieścił plakat w warszawskich autobusach. ZTM zażądał, by mężczyźni byli odsunięci od siebie tak, by nie powstawało wrażenie, że mają się pocałować. Całująca się obok para hetero ZTM-owi najwyraźniej nie przeszkadzała. Zostaliśmy zmuszeni do zmodyfikowania zdjęcia z mężczyznami – powiedziała „Replice” Joanna Grabowska, przedstawicielka dystrybutora, firmy Vivarto.

 

“Trzy” („Drei”), reż. Tom Tykwer, Niemcy 2010; dystr. Vivarto, premiera w Polsce: 25.05.2012 r.  

Biseksualiści to grupa wykluczona zarówno z porządku heteronormatywnego, jak i homoseksualnego. Nie budzą zaufania ani większości, ani mniejszości. Bo nie wiadomo, gdzie należą. Bo – zgodnie z obiegowymi opiniami – skaczą z kwiatka na kwiatek, zdradzić nas mogą z każdym i każdą. Dlatego też tak niewielu(e) z nich przyznaje się otwarcie do swojej orientacji. Porównajcie chociażby liczbę wyoutowanych gejów z liczbą wyoutowanych biseksualistów.

Filmów z wątkami „bi” powstało sporo (portal imdb.com wymienia ich około 900), ale nie znam pracy, która by to kino biseksualne opisywała i podsumowywała. Emancypacja literki „B” – w życiu i na ekranie – wciąż więc przed nami. Mam nadzieję, że film Toma Tykwera „Trzy” walnie się do niej przyczyni.

Normalne życie bi?

Biseksualizm w kinie wiąże się najczęściej ze zjawiskami negatywnie wartościowanymi przez kulturę: z niedojrzałością emocjonalną (patrz: „Sunday, Bloody Sunday” Johna Schlesingera, gdzie mydłkowaty młodzieniec ma romanse ze starszymi od siebie partnerami obojga płci), zdradą (np. „On, ona i on” Ferzana Ozpetka, „Dzikie noce” Cyrila Collarda), kaprysami zblazowanej burżuazji („Łanie” Claude’a Chabrola), cynizmem i interesownością („Something for Everyone” Harolda Prince’a), nawet ze zbrodnią („Nagi instynkt” Paula Verhoevena). Bywa biseksualizm symbolem dekadencji („Kabaret” Boba Fosse’a) i panseksualnej wolności („Satyricon” Felliniego, „Rocky Horror Picture Show” Jima Sharmana, „Idol” Todda Haynesa). A w wydaniu kobiecym – oznaką feministycznego wyzwolenia („Kochanek czy kochanka?” Josiane Balasko) lub, przeciwnie, pikantnym smakołykiem dla heteroseksualnych mężczyzn (vide: cykl erotyków o Emmanuelle). Generalnie zresztą, biseksualizm kobiet jest lepiej przyswajany i tolerowany niż biseksualizm męski. Można nawet powiedzieć, że należy do rzeczy modnych w świecie popkultury (damskie pocałunki Madonny, budząca ekscytację postać Lisbeth Salander z trylogii Millennium). Faceci, którzy uprawiają pozamałżeński seks z mężczyznami są w filmach, z reguły, kryptogejami. By daleko nie szukać, przywołajmy „Tajemnicę Brokeback Mountain” Anga Lee.

Tzw. normalnego życia biseksualnego niewiele jest na ekranie. Wyjątek stanowi np. zabawna i przewrotna francuska komedia „Pomieszanie płci” Ilana Duran Cohena, której bohater – prawnik w średnim wieku – nawet i chciałby się wreszcie ustatkować, ale kobiety i mężczyźni pakują mu się do łóżka, zaznaczając jednocześnie, że nie mają nic przeciwko jego związkom z innymi osobami. Jednak i film Cohena to raczej farsa niż realistyczna opowieść.

Bez zazdrości 

Tym bardziej więc docenić trzeba dzieło Tykwera, które bez krotochwilnych gagów i melodramatycznych chwytów stara się odpowiedzieć na pytanie, czy można żyć we troje, w biseksualnej relacji. Para głównych bohaterów – Hanna (Sophie Rois) i Simon (Sebastian Schipper) – jest ze sobą od 20 lat. Dobrze im się układa, ale, siłą rzeczy, po takim czasie więcej w ich związku rutyny niż namiętności. Hanna nawiązuje romans z biologiem Adamem (David Striesow), by dodać nieco „stymulacji” zarówno swemu życiu, jak i relacji z Simonem. Przez pierwszą godzinę filmu wydaje się, że to wokół jej sekretu orbitować będzie fabuła. Lecz pewnego dnia Simon spotyka przypadkiem Adama na basenie i…

Do kina Tykwera stosunek mam ambiwalentny, niekiedy bowiem wydaje mi się ono zbyt efekciarskie w formie i treści. Tym razem, mimo drobnych zastrzeżeń, jestem na „tak”. Powiem więcej – podoba mi się w filmie „Trzy” właśnie to, na co kręcą nosem inni polscy krytycy: lekki ton opowieści, brak dramatycznych rozwiązań i rozdzierających scen zazdrości. Uwaga! Oto wchodzi do polskich kin najlepsza propaganda biseksualna, jaką dotąd widziałem.

 

Tekst z nr 37/5-6 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bowie w Warszawie

reż. Marcin Liber. Wyst. M. Pankiewicz, M. Zięba, B. Porczyk, M. Pempuś, E. Żak, D. Biernat, R. Wasiewicz, R. Mierzicka, S. Roszczuk, A. Szeremeta. Teatr Studio w Warszawie. Premiera: 18 XI 2021.

Dominika Biernat i Maja Pankiewicz, foto: Natalia Kabanow

Tak, chodzi o tego Davida Bowiego, muzyczną legendę i biseksualną ikonę, który w 1976 r., jadąc z Moskwy do Berlina, znalazł się na chwilę w Warszawie. Gdzie był, kogo spotkał? Czy poza spacerem i zakupem płyty zespołu Śląsk coś jeszcze robił? To świetny punkt wyjścia g g g j dla sztuki, szczególnie, gdy jej autorką jest Dorota Masłowska – wykorzystać figurę innego, obcego, żeby jego oczami poznać Polskę tamtych lat, dla nas też już obcą, odległą, nawet jeśli wśród publiczności znajdują się osoby, które epokę Gierka dobrze pamiętają. Drugi pretekst napędzający akcję to poszukiwania przez milicję dusiciela kobiet, Dusidamka z Mokotowa. A w tym wszystkim jest Regina (Maja Pankiewicz), młoda dziewczyna mająca myśli samobójcze, która właśnie rzuciła studium nauczycielskie, próbuje znaleźć pracę. Nie pasuje jej facet (Rob Wasiewicz), z którym chce ją połączyć matka (Marta Zięba), ale na dłuższą metę nie mają też sensu seksualne seanse z rozbudzoną kuzynką (Dominika Biernat). Dziewczyna zadręcza się wspomnieniem blondynki poznanej na koloniach (Sonia Roszczuk), swojej pierwszej miłości, pierwszego erotycznego spełnienia i pierwszego odrzucenia. Wątek lesbijski stylistycznie odstaje od całości. Pewnie dlatego, że temat kobiet kochających kobiety w przeszłości praktycznie nie istnieje, nie ma swojej mitologii, trzeba ją dopiero stworzyć, dlatego trudno o pastisz i ironię, czyli znak firmowy Masłowskiej. Więc choć ogólny wydźwięk jest słuszny („pomnik pamięci miłości niemożliwej”), inne fragmenty spektaklu decydują o jego sukcesie. W dialogach, strojach, charakteryzacji i dekoracjach pełno odwołań do gadżetów dobrze znanych z PRL. Aktorstwo bywa na najwyższym poziomie: Marcin Pempuś, Marta Zięba, Ewelina Żak i Dominika Biernat tworzą prawdziwe kreacje, „w języku” Masłowskiej czują się jak ryby w wodzie. Do tego Bartosz Porczyk jako Bowie, przez cały spektakl nie widać jego twarzy, gra jedynie ciałem (złoty, obcisły uniform) i głosem. Od kończącej pierwszą część piosenki z powtarzającym się słowem „OK” nie mogłem się uwolnić jeszcze kilka godzin po spektaklu. (Krzysztof Tomasik)

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Koniec j******h kompromisów

Prawda jest po naszej stronie. Ci, którzy z nami walczą, walczą z żywiołem. Żywioł wygra – wieszczy wyoutowany biseksualny muzyk TYMON TYMAŃSKI. Rozmowa Mateusza Witczaka

 

Foto: Michał Biliński

 

Lou Reed, David Bowie, Witold Gombrowicz… Dlaczego mimo tak dobrego towarzystwa, zdecydowałeś się na coming out dopiero kilka miesięcy temu?

Coming out? Mam swoje obyczajowe stanowisko, którego nie zmieniam od samego początku tzw. kariery artystycznej. W wywiadach mówiłem o tym od dobrych dwudziestu lat, tylko nikt nie zwracał uwagi; o tym, że jestem bi, opowiedziałem nawet w filmie „Miłość”. W pewnym momencie uznałem natomiast, że warto do tematu wrócić, bo czasy są takie, że obyczajowo się cofamy.

W niedawnych „Paszkwilach” punktujesz nasze narodowe przywary: ksenofobię i rasizm, ostrzegasz przed postpopulizmem i rodzącym się faszyzmem. Natomiast o seksualności nie śpiewasz wcale. A szkoda, bo album ukazał się tuż przed wyborami parlamentarnymi, w których homofobia była leitmotivem.

To był dość przełomowy album…

Twoja pierwsza solowa płyta.

Długo nie wiedziałem, czy ja się nadaję do twórczości poważnej, czy tragizm jest dla mnie właściwą maską. Kiedy jednak PiS wygrało wybory, my, co wrażliwsi artyści, zaczęliśmy głośno pomstować i czarno widzieć przyszłość Polski. Czułem się przybity, musiałem to wypunktować muzycznie na wielu poziomach.

Czemu nie starczyło ci miejsca na obyczajowość?

Nie starczyło, bo tą płytą chciałem się głównie rozliczyć z uczuciem zawodu Polską, która wtedy jeszcze homofobią tak nie „grała”. Był taki okres, kiedy byłem dumny z tej naszej transformacji i demokratycznego progresu. Aż do przejęcia władzy przez cyników i sekciarzy spod znaku PiS-u czułem coś w rodzaju patriotycznej satysfakcji. W piosence „Wolność” opisuję zresztą tamto moje zauroczenie beztroskimi czasami, kiedy nie trzeba się było martwić o losy mniejszości, a statek o nazwie „Polska” wydawał się płynąć właściwym kursem. „Paszkwile” i tak miały aurę płyty nieprawomyślnej. Pierwotnie album miała wydać Agora, ale wydawca się przestraszył i przestał odbierać ode mnie telefon. Od ostatnich kilku miesięcy intensywnie pracuję natomiast nad drugą solową płytą, która będzie moim rozliczeniem z młodzieńczą inspiracją, a więc muzyką grupy Republika. Mam nadzieję, że znów zabrzmi ona świeżo i oryginalnie – momentami jak Cabaret Voltair, DAF czy dojrzałe Depeche Mode, kiedy indziej jak Frank Zappa, dżemujący z Makiem de Marco, a wyprodukowany przez Trenta Reznora. Z kolei trzecia planowana płyta, „Koniec jebanych kompromisów”, będzie bardziej swobodna obyczajowo. Pojawi się na niej parę stricte politycznych szlagwortów. Znajdą się na niej piosenki, w których wyrażam swoje opinie zdecydowanie explicite, typu: „Chuj”, „Ruchałem kolegę”, „Kościół upada”, „Zenek Martyniuk” czy „Jebać PiS”.

Chwytliwe.

Element podpierdolki musi być! Natomiast o swojej złożonej seksualności opowiem szerzej w „Sclavusie”, mojej debiutanckiej powieści. To transgresyjna rzecz o Totarcie, bolesnym dojrzewaniu nadwrażliwca, ale nie tylko. Jest tam sporo wątków obyczajowych. Wiele piszę o kobietach, mężczyznach, seksie, narkotykach, juwenilnych wzlotach i upadkach, wreszcie o wypracowanym systemie wierzeń i praktyk. Myślę, że w tej książce bardzo mocno się obnażyłem, choć niekiedy oczywiście trochę fantazjuję, żeby było bardziej kolorowo. To rodzaj post-postmodernistycznej powieści transgresyjno-biograficznej, ze sporą ilością prywatnego bajdurzenia – coś pomiędzy „Pięknymi dwudziestoletnimi” Hłaski a „Dziennikami” Gombrowicza.

Akurat Gombrowicz nie miał problemu, by się odsłaniać z własną seksualnością.

Czy ja wiem? Owszem, on ją ciągle, namiętnie i uparcie sugerował: od wizji „bra… tania się z parobkiem” w „Ferdydurce” przez koncept walki „Ojczyzny” pana Tomasza z „Synczyzną” Puta Gonzala w „Trans-Atlantyku”, aż do jawnej ekspozycji w „Kronosie”. Zewsząd subtelnie przedzierała się ta swędząca, uwierająca, ale i bardzo ekscytująca, homoerotyczna myśl. Kiedy przeczytałem „Kronosa”, byłem bardzo poruszony. Wujek Ita fascynował mnie od okresu mojego pubertetu; od zawsze podziwiałem w nim gościa, który literacko i filozoficznie obierał się do ostatniej warstwy cebuli. „Kronos” pokazuje, jaki był naprawdę, łącznie z kurwieniem się za hajs w porcie Retiro i syfilisem, którego złapał zaraz na początku lat 40. Dla fana to coś wstrząsającego. Rozumiem, że Rita (wdowa po Gombrowiczu – dop. red.) obawiała się wydać tę książkę. Nie chciała uprościć znaczenia tego pośmiertnego wyoutowania Gombra, który był, kim był. Może biseksualistą, może gejem… A może po prostu sobą? Wolnym kosmitą, który poszukiwał granic własnej wolności? Pierdol, kogo chcesz, o ile ten ktoś się zgadza, jest pełnoletni i robi to świadomie. Orientacja i tożsamość w normalnym kraju nikogo nie powinny dziwić. A u nas, w tym małym, wieśniackim i zacofanym Ciemnogródku, dziwi dziesięć milionów ludzi. Przyjaźnię się z Jackiem Dehnelem, który kiedyś opowiedział o swojej homoseksualności w „Polityce”. Mam też kolegę, z którym jego ojciec gra w kosza. Rozmawialiśmy kiedyś i pyta: „Po co ten młody Denhel się wyoutował? Przecież sprawił wielką przykrość ojcu”. Ja na to: „Chyba żartujesz!”. Jacek powiedział tylko tyle: jest trochę inny, zaakceptujcie ten fakt. Zresztą, który z Dehnelów cierpiał bardziej? Może jednak ten, który próbował zadowolić wiecznie nieszczęśliwych rodziców, poddając się terapiom i siwiejąc w młodym wieku? Kto powinien poddać się „terapii” – ojciec czy syn? Oczywiście, że ojciec. Jeśli się kocha dziecko, kocha się je bezwarunkowo. Ludzie muszą się, kurwa, obudzić. Jesteśmy, jacy jesteśmy, łącznie z ukrywającymi się naczelnymi gejami w półświatku Prawa i Sprawiedliwości.

Dehnel zabierał mocny głos, również w momentach, gdy seksualność jest używana jako amunicja w polityce. To był potrzebny coming out. Twój zresztą też.

No i dobrze. Chuj w dupę wszystkim, którzy mają z tym problem – albo może chuj obok dupy, bo przecież w tyłek może okazać się całkiem przyjemnie. (śmiech) Ja się zresztą nie boję nazioli, prawaków czy homofobów. Mam metr dziewięćdziesiąt trzy, od 27 lat ćwiczę karate shotokan, dodatkowo trenuję qigong, taichi chuan i jogę. Owszem, miewałem przygody homoseksualne z kolegami. No i co mi zrobicie? Możecie mi wszyscy skoczyć! I ewentualnie zostawić nasturcje przed furtką mojego domu. Natomiast nie lubię patrzeć, jak tłamsi się ludzi słabszych, gejów, lesbijki, osoby transpłciowe i niebinarne. Zawsze się będę utożsamiać ze słabszymi. Ale ja jestem Robin Chujem, twardzielem, który jest się gotów bić o takie osoby. Jestem gotów dla nich „Jebać PiS” i „Jebać Polskę”.

A czy Polska nie wyjebie ciebie? Podczas promocji „Pastiszu” twierdziłeś, że to może być ostatni moment, żeby taką płytę wydać.

Nikt mnie stąd nie wyrzuci, Polska to jest moje miejsce, jestem po pięćdziesiątce, od 35 lat buduję tutaj swoją pozycję. Z drugiej strony: w Polsce nastały podłe czasy. Ludzi nie interesuje twórczość Witkacego, Schulza, Gombrowicza, ale bardziej to, czy Gombrowicz dymał się w tyłek, czy w ucho. Nie można też im wybudować pomników, boż to bezbożna trójca: narkoman, Żyd i pedał. Za dużo jest powierzchowności, a za mało głębi.

Jaki jest status związku Tymańskiego z Polską? „To skomplikowane”?

Polszczyzna jest mi bliska. Gdy budzę się w nocy, to myślę po polsku; potrafi ę wzruszyć się Miłoszem, Wojaczkiem, Tuwimem czy Leśmianem, Przyborą, Koftą, Kaczmarskim czy Ciechowskim. Jest w tym wszystkim jakiś rodzaj organicznego spowinowacenia, ale patriotą nie jestem. Do Polski mam stosunek neutralny: ani lubię, ani nie lubię. Mieszkam tu i tyle. Po 53 latach życia w tym kraju nie mam już dla niego czułości i nie daję mu forów tylko dlatego, że myślę po polsku. Oceniam go surowo, równie surowo patrząc na osoby, które uparcie odmawiają mu rozwoju. Ludzie ubrani w zielone spodenki khaki i biało- czerwone koszulki obrzydzili mi Polskę do cna. Gdyby ktoś przyszedł i powiedział: „Słuchaj, robimy tutaj pomorski heimat”, odpowiedziałbym: „Proszę bardzo!”. Jeżeli pani Dulkiewicz ogłosi Wolne Kaszuby – super, jestem za! Przy okazji wreszcie nauczę się kaszubskiego, przecież to super przygoda. Chciałbym być świadkiem powolnej dekonstrukcji Polski – jako instytucji i mentalnej obstrukcji. Wierzę, że będę, bo tej idei się nie da obronić. Jestem postpunkiem i umiarkowanym anarchistą. Zawsze byłem.

Sprzeciw wobec porządków normatywnych, przekraczanie granic, odrzucenie konstruktów społecznych, skłonność do zabaw i szarad… Jak blisko punkowi i anarchizmowi do queeru?

Przez lata zastanawiałem się, czy Lou Reed brał w dupę. No pewnie, że brał w dupę! Ale czy był gejem? Kurwa, no nie wiem… Jakie to ma znaczenie? Na swoich solowych płytach śpiewał o robieniu laski i czarnych kutasach. Na pewno interesowała go alternatywna seksualność, tak samo jak Davida Bowie’ego i wielu, wielu. Amerykańska i angielska sztuka popularna są wobec naszej o pięćdziesiąt lat do przodu. A w Polsce jeszcze o alternatywnej seksualności nie śpiewano… Ach, przepraszam, ostatnio coś wydusił z siebie Piasek. (śmiech) Ciekawe, co na to Adam Darski.

Anglosasi temat faktycznie przerobili. Buzzcocks nagrali „Orgasm Addicta”, Dee Dee Ramone wyoutował się w jednej z piosenek jako sex worker, a Pansy Division wydali słynny numer „Fem in the Black Leather”. Dlaczego w Polsce artyści tak rzadko śpiewają o własnej seksualności?

Bo Polak jest zakompleksiony i nerwowo ściska dupę. W Ameryce jest swobodniej, bo nie zapóźniły jej zabory, wojny czy mafijna instytucja Kościoła Katolickiego. Owszem, Dee Dee Ramone był męską kurwą uliczną, dawał dupy za herę. Życie. Richard Lloyd, gitarzysta Television, robił to samo. Cały punk – słowo to znaczy zresztą „śmieć” albo „cwel” – jest pełen historii alternatywnej seksualności, wystarczy tylko przeczytać „Please kill me”, w znakomitym tłumaczeniu mojego kumpla Andrzeja Wojtasika. Natomiast w Polsce trzeba co chwila wyważać te otwarte drzwi. Polacy są przerażeni sobą, swoją seksualnością i tożsamością. Jesteśmy najbardziej zacofani wśród narodów Europy.

Mocne słowa.

Ale można je uznać za element mojej patriotycznej postawy. Czuję, że czyszczenie tej naszej polskiej obsranej stajni Augiasza jest moim obowiązkiem, choć robię to głównie dla własnej satysfakcji i wyzwolenia. Tego typu działania są jednak częścią wielkiej zmiany, nieustannego progresu, którego Polsce życzę. Na razie jednak ten nasz „statek” zawraca. Na skutek tego, co stało się w 2015, Polska staje się nieznośna i straszna. Uwiera mnie. Wstydzę się jej i walczę z nią.

Walczysz ty – artysta po 50-tce, który ma ugruntowaną pozycję na scenie muzycznej i udaną karierę telewizyjną. Zastanawia mnie jednak, jaki był 20-letni Tymon Tymański. W dokumentalnej „Miłości” jest parę scen z Mikołajem Trzaską, który wypowiada się o tobie z dużą czułością, o waszym związku opowiedział też w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”. Odnoszę wrażenie, że i w tobie były wtedy pokłady wrażliwości.

Byłem bardzo wrażliwym chłopcem, tak zresztą wyglądałem. Ale z wiekiem człowiek obrasta mięśniami, twardą skórą, wreszcie sadłem i trzewnym tłuszczem.

Wrażliwość pod nimi znika?

Wielu moich przyjaciół, artystów, zwariowało, zabiło się… Kiedy widzisz, że twoi bliscy cierpią, umierają, czezną, zdajesz sobie sprawę, że potrzebujesz mentalnej dyscypliny. Możesz być wrażliwy, ale nie możesz być nadwrażliwy. Dalej mam w sobie tę delikatność i czułość dla ludzi, zwierząt i świata, ale na co dzień trochę ją ukrywam, choć do przyjaciół i rodziny odnoszę się czule. W „Sclavusie” piszę o tym, że największą karą dla Kaczyńskiego byłoby go objąć – jak małego chłopca. Wszyscy z nim walczą i to jest duży błąd, oczywista woda na jego młyn. Jego wewnętrzne dziecko kocha tę energię rywalizacji, złości, wiecznej walki na przewagi. Kto go przytuli – poddusi w nim tego taniego demona. A w środku jest przecież człowiek, choć na pewno bardzo skomplikowany i obwarowany.

To jak tę Polskę naprawić?

Ostatnio myślę nad tym, co powiedział Edward Abramowski, guru polskiego anarchizmu. „Państwo to obrońca wyzysku”, należy je „wyprzeć zewsząd, skąd tylko da się wyprzeć”. To bardzo słuszna uwaga, mimo że ma ponad sto lat. Państwo jest zawsze podejrzane, trzeba je obserwować z uwagą i niepokojem, bo może ono niepostrzeżenie przejąć kontrolę nad twoim życiem, jak w hitlerowskich Niemczech albo we współczesnej Rosji czy Białorusi. Dziś kwestie kapitalizmu, komunizmu i socjalizmu stały się przebrzmiałe, natomiast duch populizmu ma się świetnie, dalej wypychając brzuchy elitom, pacyfikując głupią większość i żerując na słabszych.

W „Drodze do niewolności” Timothy Snyder zestawia ze sobą państwa, które działają w kategoriach nieuchronności i te, które funkcjonują w kategoriach wieczności – vide współczesna Rosja. Twierdzi jednak, że postpopulizm nie byłby możliwy bez wykreowania wewnętrznego wroga: zniewieściałego homoseksualisty, który chce zadać „gwałt” rosyjskiej dziewicy. Z tej perspektywy Kaczyński wydaje się pilnym uczniem Putina.

Obyczajowość gra w tym wypadku ważną rolę. Populizm prawicowy – lub pseudoprawicowy, bo PiS to przecież narodowy socjalizm – funkcjonuje także na Zachodzie, w retoryce Trumpa, Johnsona, Le Pen czy Orbana. Rządzi nami kilka procent bardzo bogatych, starych, białych ludzi, którzy biją na alarm: trzymajmy się tradycji, białości, patriarchatu, bo zaraz przyjdą geje, czarni, transy, kobiety, i zburzą świat, jaki znamy. Osobiście uważam, że dużo bardziej „sexy” jest utożsamiać się z kobiecością, mniejszościami rasowymi i obyczajowymi. Jest w nich prawda, naturalna energia i świeżość. Świat, którego bronią ci bogaci, starzy ludzie pokroju Kaczyńskiego czy Łukaszenki, ginie na naszych oczach. Konserwatyści walczą z naturą, a często: również ze sobą samymi – z demonami własnej seksualności, której się panicznie lękają.

A jak rozmawiać z dziećmi, żeby w dorosłym życiu nie dołączyły do tych „bogatych, starych, białych ludzi”? Jak sam tłumaczysz Lunie i Theo seksualność, tożsamość i napięcia rasowe?

Ostatnio mnie dziecko pytało, czy pan może malować paznokcie? Czy pan może pocałować pana? No co mam powiedzieć? Pewnie, że może! Trzeba z nimi rozmawiać z humorem, nie można mieć w dupie kija od szczotki. Na dłuższą metę warto wychowywać liberalnie, w poszanowaniu inności. Może od razu nie daje to tak oczywistych rezultatów, jak dyscyplina i kindersztuba, ale las rośnie wolno i tak jak chce. My, dorośli, eks-patriarchat, pseudoheterycy, musimy uczyć młodych ludzi dystansu, którego sami nabraliśmy z wiekiem. Jeśli grasz z gościem przy ognisku, dzielicie się browarem, to co to za podrzędny temat: kto czuje się bardziej biały, a kto bardziej hetero? Sam zawsze tłumaczę moim czarnym kumplom, że uważam się za beżowego. Nie róbmy problemu z kwestii „białości” i „czarności”, wszyscy jesteśmy pośrodku tęczy. Najważniejsza jest jedność. Tego staram się uczyć moje dzieci. A Polaków próbuję leczyć dobrotliwym absurdem.

Jak wielu jest w polskiej muzyce takich Tymonów Tymańskich, którzy „chcą leczyć dobrotliwym absurdem”? Twój dobry przyjaciel, Leszek Możdżer, niedawno napisał felieton, w którym wziął mniejszości psychoseksualne w wymowny cudzysłów. Stwierdził też, że Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne chce przeforsować pedofilię jako „dodatkową” orientację.

Wiele osób odleciało podczas pandemii, u Lesia najwyraźniej nastąpił pewien skrót myślowy, związany z brakiem kontaktu ze światem i zaczadzeniem ezoterycznymi ideami. Teorie spiskowe tworzy się wtedy, kiedy umysł nie daje sobie rady z procesowaniem całości. Ale wierzę, że mojemu przyjacielowi przejdzie. Lesia uwielbiam, kocham, natomiast to, co napisał w artykule do „Jazz Forum”, to są straszne bzdety, androny i kocopoły. Zawsze mu radziłem, żeby wychodził między ludzi – jak greccy filozofowie (najlepiej na golasa). Samotność w wieży z kości słoniowej zdecydowanie człowiekowi nie służy. Mnie tolerancji nauczyło doświadczenie pracy z sobą samym na medytacyjnej poduszce. Dalej mam w tym obszarze sporo do zrobienia, natomiast siada mi się na niej zdecydowanie łatwiej niż kiedyś, choć pewnie robię to rzadziej. Gdy miałem piętnaście lat, marzyłem, by wziąć kwasa, zobaczyć świat na tęczowo i odlecieć na miotle w stronę księżyca. Ale gdy zacząłem medytować, poczułem, że nic nie trzeba zmieniać, tylko zaakceptować rzeczywistość i siebie samego. Ludzie są piękni, inspirujący, a Wszechświat jest cudownym miejscem wiecznego wzrostu i progresu. Wszyscy mamy w sobie geja, transa, czarnego… Ale też głupka, który chwilowo nie rozumie i dziecinnie odmówił rozwoju duchowego. Dlatego, podśmiewając się z różnych postaw, tak naprawdę nie śmieję się z nikogo. Nie śmieję się również z mojego przyjaciela Leszka, bo przecież sam wielokrotnie i na całe lata zatrzymywałem się na jakimś etapie rozumienia i dalej ani rusz. Rezerwa w stosunku do inności bierze się z ignorancji, z niewiedzy na temat tego, czym jest płeć czy orientacja. Problem w tym, że dla sformatowanego przez kościelne nauczanie polskiego mentalu nasza seksualność to ciągle tabu. Co jest zresztą o tyle głupie, że w Kościele mamy od cholery ludzi o orientacji homoseksualnej. To są kwestie, które wymagają, niestety, nowego podręcznika, i to na pewno nie napisanego przez Czarnka. Młodym ludziom trzeba wyjaśnić, że nie muszą się bać własnej seksualności. Ona bywa różna. Tak, jak pisał Kinsey, nasza seksualność rozpościera się na spektrum 0-6, rzadko zdarzają się w społeczeństwie „zera” albo „szóstki”. Większość z nas sytuuje się gdzieś pomiędzy.

W krajowej przestrzeni publicznej widać niemal tylko „zera”, stuprocentowych heteroseksualistów oraz czasem „szóstki”, stuprocentowych homoseksualistów. Rozmowa z tobą, osobą otwarcie biseksualną, to trochę jakby złapać na wywiad Pana Twardowskiego, który wyjeżdża z Bursztynowej Komnaty na jednorożcu, trzymając w rękach kwiat paproci i mapę do Arki Przymierza.

Moja sytuacja nie jest i nigdy nie była tragiczna, chociaż na pewno, gdy byłem nastoletnim chłopakiem, to się ze swoją złożoną seksualnością i wrażliwością ukrywałem, nie czując się do końca swobodnie. Szczęśliwie, spotykając ludzi z Totartu, trafiłem na osoby wyjątkowo otwarte i tolerancyjne. Nikt z nas nie prezentował wtedy homofobicznych poglądów, zawsze rozumieliśmy i szanowaliśmy odmienność. Dziś często myślę o ludziach, którzy mają gorzej ode mnie. O osobach transpłciowych, które są uwięzione w jakby nieswoich ciałach. One ciągle cierpią, czują się wystawione na pośmiewisko, niczym cyrkowe dziwadła. Codziennie doświadczają upokorzeń w tym zacofanym kraju, który nie stwarza warunków, by mogli godnie żyć. Chcę im powiedzieć: bądźcie cierpliwi. Prawda jest po waszej stronie. Ci, którzy z wami walczą, walczą z żywiołem. Żywioł wygra. Nie ma możliwości, by ta archaiczna konstrukcja społeczna nadal trwała, ona się niebawem przewróci. Patriarchat, mizoginia, homofobia, ksenofobia, biała supremacja, tradycja oparta na ignorancji i lęku… To wszystko pójdzie się jebać. Może nawet szybciej niż później? Rok temu, gdy szedłem ulicą podczas Strajku Kobiet, poczułem coś w rodzaju euforii. Dzieciaki się zbuntowały, dziewczyny wskoczyły na samochody z gołymi cyckami i transparentami „Wolne cipy”. Pomyślałem sobie: nareszcie! Ludzie zawsze i wszędzie będą szukali wolności. Dlatego specjalnie nie martwię się o Polaka transpłciowego, homo i biseksualnego. Wiem, że wszyscy sobie poradzimy. Natomiast doradzam chuchać i dmuchać na mniejszości, bo to one są w dużej mierze odpowiedzialne za kulturę, za sztukę, za alternatywną wizję świata. O inność trzeba zadbać, czasem wręcz z urzędu i wyjątkowo ją pielęgnować, również w sobie. Jeżeli ktoś tę odmienność i tęczową różnorodność atakuje – atakuje również mnie.

Tekst z nr 91 / 5-6 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Słowo na L, słowo na B

Z ANNĄ DŻABAGINĄ, historyczką literatury, autorką książki „Kalkowska. Biogeografia”, o coming outach przed rodziną i na uczelni, o jej bohaterce – biseksualnej pisarce sprzed stu lat – i o widoczności nieheteroseksualnych kobiet w polskich naukach humanistycznych rozmawia Małgorzata Tarnowska

 

Foto: Emilia Oksentowicz/kolekt

 

Bohaterką twojej biograficznej książki jest polsko-niemiecka pisarka Eleonora Kalkowska (1883-1937), jak się okazało – biseksualna.

O tym, że Kalkowska była pisarką biseksualną, dowiedziałam się, dopiero kiedy zaczęłam czytać niemieckojęzyczne źródła poświęcone jej twórczości. Pamiętam dokładnie, jak natrafi łam na fragment o tym, że w latach 20. żyła w związku z bardzo uznaną modernistyczną rzeźbiarką Milly Steger. Prowadziła dosyć otwarte, mówiąc współczesnymi kategoriami: wyoutowane, życie nieheteronormatywnej kobiety.

Co poczułaś – jako badaczka lesbijka – kiedy odkryłaś, że masz do czynienia z queerową pisarką?

Było to dla mnie absolutnie zwalające z nóg.

W Polsce o tym nie pisano?

W żadnym z tekstów, które ukazały się o Kalkowskiej – czy to na początku lat 90., czy dwutysięcznych – nigdzie taka wzmianka się nie pojawia.

Skąd ten rozdźwięk w recepcji jej seksualności?

Myślę, że zagadnienie jej nieheteronormatywności zostało dostrzeżone w Polsce dopiero teraz ze względu na większą otwartość zachodniej akademii na poruszanie queerowych wątków. Co prawda polskie studia queerowe są obecnie dość prężnie rozwijającym się obszarem badawczym, przynajmniej w kontekście historii literatury, ale w kontekście literatury francuskiej, niemieckiej i anglosaskiej ten proces trwa już od wielu dekad.

Z czego wynikała trudność związana z tym odkryciem?

Pojawiły się we mnie różnego rodzaju obawy. Moje badania przebiegały w dość bliskiej współpracy z żyjącą rodziną Kalkowskiej, a jak wiemy z różnych przypadków historycznych, zdarza się, że to współczesna rodzina jest głównym cenzorem, który nie godzi się na to, żeby o nieheteronormatywnej przeszłości ważnych postaci historycznych – czy to pisarzy, czy artystów – pisać czy wzmiankować. Często są to pola walki na ten temat. Tak było w przypadku dziennika Anny Kowalskiej, którego fragmenty dotyczące związku z Marią Dąbrowską zostały ocenzurowane ze względu na naciski rodziny. Strategia, którą ostatecznie obrałam w pisaniu o seksualności Kalkowskiej, była najbardziej zgodna z moim sumieniem, ale też faktami historycznymi. Pisałam o tym, że miała męża Marcelego Szarotę, i tak samo napisałam o tym, że miała partnerkę – Milly Steger. W dzienniku jej przyjaciółki, dość znanej malarki ekspresjonistycznej Gabrielle Münter, Kalkowska jest opisywana jako społecznie zaangażowana, lewicowa, feministyczna, pacyfistyczna, otwarcie żyjąca ze swoją seksualnością kobieta biseksualna. Dokładnie w ramach takiej samej narracji wprowadziłam ten wątek do swojej książki.

Nie napotkałaś na opór rodziny?

Profesor Tomasz Szarota, wnuk pisarki, przeczytał doktorat, który stał się podstawą książki, dopiero po jej złożeniu. Pochwalił napisanie wprost o biseksualności Kalkowskiej. Nie tylko obawy, które miałam, były nieuzasadnione, ale wręcz moja praca na tym polu została doceniona.

Outujesz Kalkowską dla polskiej historii literatury?

W przypadku Kalkowskiej sprawa jest o tyle prosta, że istnieją źródła, które potwierdzają, że była wyoutowana. Nie miałam poczucia, że wyciągam historię, która była zamiatana przez pisarkę pod dywan. Ale nawet gdybym badała przypadek autorki, która całe życie poświęciła temu, żeby ukrywać swoje życie osobiste i seksualne, to sądzę, że etycznym wyjściem współcześnie – w XXI w. – byłoby pisanie otwarcie i przywracanie jej schowanej części biografii i twórczości.

Niektórzy uzasadniają to dbaniem o prywatność naszych zmarłych – i kolanem wpychają historyczne postaci queer do szafy.

Nawet jeśli ktoś twierdzi, że robi to z etycznych pobudek, to tak nie jest – utrwala w ten sposób przekonanie, że to brudny sekret, o którym nie należy mówić. W mojej etyce badawczej nie ma miejsca na tego typu strategie. Sądzę, że to właśnie jest etycznym zadaniem badaczy – pokazanie tego, co w tamtym czasie było nie do pokazania, ale w nowym kontekście.

Czy w twórczości Kalkowskiej są wyrażone explicite wątki queer?

Nie jest tego dużo… ale jest. (śmiech) Rozdział, w którym piszę o wyzwolonym seksualnie Berlinie tego okresu, jest o tyle ciekawy, że ilustruje, na ile do twórczości Kalkowskiej mogła przemknąć część tego świata, nawet jeśli nie jest ona bardzo mocno wyeksponowana.

Podasz konkretny przykład?

Jest jeden nigdy nieopublikowany dramat Kalkowskiej pt. „Katharina” z 1928 r. To portret psychologiczny carycy Katarzyny w momencie przewrotu, w którego konsekwencji doszła do władzy w carskiej Rosji. Ciekawy jest wątek poboczny – silnie podszytej homoerotycznym napięciem relacji z jej wieloletnią powiernicą, księżną Daszkow. Są urocze fragmenty, np. scena, w której Katarzyna odtrąca księżnę, gdy ta się do niej zaleca, i mówi, że Daszkow jest szalona, na co ta stwierdza: „Alle Liebe ist sich gleich” – każda miłość jest równa. Brzmi to jak cytat ze współczesnych banerów Miłość Nie Wyklucza albo innej organizacji LGBT.

Te słowa padają w pracy sprzed prawie stu lat.

W pierwszej chwili było to dla mnie szokujące, ale im bardziej zagłębiałam się w queerową historię tego okresu, tym bardziej sobie uświadamiałam, że to w ogóle nie powinno być aż tak zaskakujące.

W jednym z rozdziałów podważasz mit Paryża jako międzynarodowej lesbijskiej stolicy przełomu XIX i XX w. Pokazujesz, że na ten tytuł zasługuje właśnie bliższy Polsce Berlin.

W mojej książce jest cały rozdział poświęcony lesbijskiemu Berlinowi tego okresu. Zawieszamy się na myśleniu, że walka o prawa osób nieheteronormatywnych zaczęła się w drugiej połowie XX w., czyli na Stonewall, i zapominamy o wcześniejszych, prekursorskich inicjatywach. Pierwszy nurt emancypacyjny osób LGBT pochodzi z przełomu XIX i XX w. Mam na myśli oczywiście działania takich osób jak Magnus Hirschfeld, psychiatra i seksuolog, który walczył o depenalizację homoseksualizmu w niemieckim kodeksie karnym.

Męski homoseksualizm był przecież wtedy prawnie karany.

Tak, a paradoksalnie był to jednocześnie czas prężnych działań ruchów emancypacyjnych. Otwarcie działały kluby i miejsca spotkań dla nieheteronormatywnej społeczności i skierowana do niej prasa. Kwitła również kultura lesbijska. W archiwum lesbijskiej historii w Berlinie natknęłam się na wydany w 1929 r. przewodnik pt. „Berlińskie lesbijki”, napisany przez wyoutowaną dziennikarkę Ruth Roellig. Jest to po prostu przewodnik po ówczesnych lesbijskich klubach. Było ich kilkadziesiąt – dla całego przekroju społecznego, od wyższych sfer po klasę robotniczą. Dodatkowo te kluby były inkluzywne – bywały w nich lesbijki, kobiety biseksualne i kobiety trans.

Co oferował lesbijkom ówczesny Berlin oprócz klubów?

Kilkanaście periodyków skierowanych tylko i wyłącznie do społeczności lesbijskiej, np. „Die Freundin” [Przyjaciółka], którego nakłady dochodziły do dziesiątek tysięcy i które było sprzedawane w całej Republice Weimarskiej, również na prowincji. Pismo ukazywało się przy wsparciu Ligi Praw Człowieka – świadczy więc nie tylko o rodzącym się upodmiotowieniu lesbijskim, ale też o upolitycznieniu spraw LGBT i walce o emancypację. Rodząca się podmiotowość lesbijska była nie tylko kulturowa, ale też polityczna.

Czy Kalkowska brała bezpośredni udział w tym życiu?

Na ten temat niestety niewiele wiadomo. Możemy się domyślać, że to były miejsca znane Kalkowskiej, ale reszta pozostaje w sferze domysłu.

Ten świat nagle zniknął.

Wszystko zakończyło się oczywiście wraz z dojściem Hitlera do władzy w 1933 r. To przerwana historia.

Tymczasem w Polsce mamy Marię Konopnicką jako patronkę roku 2022. Cieszysz się?

Oczywiście tak, natomiast odnoszę wrażenie, że będzie to kolejny rok powtarzania, że Konopnicka i Dulębianka to były po prostu przyjaciółki i że inaczej wyglądały wtedy relacje społeczne. Jestem natomiast przekonana, że społeczność queerowa i queerowa świadomość w Polsce są na tyle prężne i aktywne, że nie pozwolimy po raz kolejny wymazać tego wątku. Nawet jeśli w kontekście oficjalnych komunikatów seksualność i queerowość Konopnickiej będą wymazywane.

Historycy i historyczki literatury wyjdą na ulice?

Z pewnością nie wszyscy. (śmiech)

Przyjechałaś na studia do Warszawy. Skąd?

To trochę skomplikowane, bo pochodzę z rodziny imigrantów z Rosji i jestem pierwszym pokoleniem Polaków w naszej rodzinie. Mimo że urodziłam się w Polsce, to dopiero w wieku 25 lat udało mi się wywalczyć polskie obywatelstwo. Ale urodziłam się na Dolnym Śląsku i większość swojego życia spędziłam w Jaworze – małej miejscowości, która ma około 22 tysięcy mieszkańców.

Jak wyglądało twoje dorastanie jako osoby LGBT?

Okres dorastania jako lesbijki był dla mnie szalenie trudny. Pierwsze fascynacje kobietami przeżywałam już w wieku 7-8 lat. Najlepiej pamiętam z niego strach i wszystkie wysiłki wkładane w wyparcie wiedzy na swój własny temat. Pamiętam moment, w którym pierwszy raz świadomie zakochałam się w dziewczynie – koleżance ze szkoły – w wieku 14-l5 lat, i który wywołał we mnie wręcz panikę. Kiedy raz mi się przyśniło, że się pocałowałyśmy – a to był zupełnie niewinny pocałunek – obudziłam się zlana zimnym potem. Wiązało się to z głębokim strachem, że jestem lesbijką. Ta wewnętrzna walka trwała przez kilka następnych lat.

Co było jej przyczyną?

Główny problem wynikał z poczucia odosobnienia i alienacji. Nie znałam żadnej innej lesbijki w całym mieście. W moim liceum były dwie dziewczyny, które chodziły ze sobą za rękę. Pamiętam, jak katechetka na lekcji religii udawała, że ich nie zna. Powiedziała, że „jeśli to prawda, że są parą”, to ona ich nie uczy – „bo uczy tylko normalnych ludzi”. Do tego należy dorzucić brak jakiejkolwiek niemal reprezentacji kulturowej.

Z czym miałaś kontakt?

Przyjaciółka z liceum dała mi na spiratowanych płytach wszystkie sezony „Słowa na L”. Binge’owałam je w drugiej-trzeciej klasie liceum w absolutnej tajemnicy. Do dzisiaj wspominam uczucie ogromnej ulgi, jaką poczułam, kiedy obejrzałam pierwszy odcinek, chociaż jak wiadomo, z dzisiejszej perspektywy jest to serial problematyczny – właśnie z punktu widzenia reprezentacji queerowej społeczności. Ogromną ulgą było dla mnie zobaczyć, że „to” jest możliwe – być dorosłą kobietą, żyć w związku z drugą kobietą i być szczęśliwą. To był przełom.

Jak wyglądał kolejny etap?

Kolejny okres wiązał się z godzeniem się z myślą, że jestem lesbijką, i ulgą, że nie muszę robić różnych rzeczy, które robią moje rówieśnice. Pamiętam ulgę, że nie muszę się interesować chłopakami. (śmiech) I rozmawiać o zauroczeniach nimi. Że po prostu nie musi mnie to dotyczyć.

Dojrzewałaś do coming outu.

Proces coming outu przebiegał powoli. Najpierw wyoutowałam się przed przyjaciółką, która dała mi „Słowo na L”, potem przed starszą siostrą, która od samego początku była wspierająca. Jednak przełomowy był dopiero moment wyjazdu na studia do Warszawy. Miałam wtedy dziwny okres queerowego dojrzewania, kiedy miałam poczucie, że to, że jestem lesbijką, musi paść jako pierwsza informacja w każdej rozmowie. Przez pierwsze miesiące nowego życia w Warszawie niemal przedstawiałam się: „Jestem Ania i jestem lesbijką”.(śmiech) Miałam poczucie, że jeżeli na tym etapie ktoś stwierdzi, że nie chce mnie znać, bo jestem lesbijką, to znaczy, że ta osoba nie zasługuje, żeby w ogóle być w moim życiu.

Napotkałaś takie osoby?

Na jednej z pierwszych domówek, kiedy jakiś kolega przyprowadzony przez koleżankę dowiedział się, że jestem lesbijką, był strasznie zaskoczony i stwierdził, że podzieli się ze mną chyba komplementem: „Jak to jesteś lesbijką, przecież każdy by się z tobą…” – i tu padło niecenzuralne słowo dotyczące czynności seksualnych. To była jedna z najobrzydliwszych rzeczy, jakie usłyszałam w życiu. Jak bardzo jest to seksistowskie, umniejszające, mizoginiczne? A była to osoba, której wydawało się, że jest wyzwolona i liberalna.

Został jeszcze coming out w domu.

Zdecydowałam się na niego w tym momencie. Na pierwszym roku wyjechałam na święta Bożego Narodzenia do domu i wyoutowałam się przed mamą. Wydarzyło się to dość spontanicznie. Miałam poczucie, że skoro jestem na nowym etapie życia, to mama, jedna z moich najbliższych osób, nie może o tym nie wiedzieć. W rozmowie uczestniczyła też moja siostra. To było niesamowicie wspierające.

Było trudno?

Było wiele łez i smutku. Mama martwiła się, czy dlatego, że jestem lesbijką, nie będzie mi w życiu trudniej. Ale mimo tej akceptującej reakcji nawet jej zajęło lata dochodzenie do rozumienia, co to znaczy, że jestem lesbijką. Że coming out dziecka nie oznacza, że wszystkie marzenia rodziców przestają istnieć.

A tata?

Był wtedy na wyjeździe zagranicznym.

Jego nieobecność sprzyjała powiedzeniu mamie?

Myślę, że tak. Łatwiej mi było rozbić coming out na kawałki. Przed ojcem wyoutowałam się rok później. Byłam wtedy w pierwszym stałym, poważnym związku. Kiedy przyjechał do mnie do Warszawy, poszliśmy na piwo i przeprowadziliśmy „męską” rozmowę, w której powiedziałam, że mam dziewczynę. Przyjął to chyba nawet lepiej niż mama. Chociaż mam wrażenie, że będąc mężczyzną wychowanym w patriarchalnym świecie, nie do końca potrafi ł nawigować emocjonalną stroną w rozmowie.

Jak oceniasz z perspektywy te rodzinne coming outy?

Było to trudne doświadczenie, ale miałam dużo szczęścia, że spotkałam się z takim przyjęciem. Być może jest to związane również ze specyfiką mojej rodziny. Mój ojciec jest Kazachem, pochodzi z muzułmańskiej rodziny, a moja mama Rosjanką pochodzącą z rodziny prawosławnej. W latach 80., kiedy brali ślub, sami musieli mierzyć się z różnymi problemami związanymi z pochodzeniem z dwóch różnych światów kulturowych i mierzyć się z akceptacją związku przez otoczenie, chociaż ich rodziny były niepraktykujące. Ja w dzieciństwie przeszłam asymilacyjną fazę katolicyzmu, ale wyrosłam na ateistkę.

Wiele lesbijek ukrywa się w cieniu ze strachu przed napiętnowaniem.

To straszliwie smutne i wręcz tragiczne. Nawet jeśli zważenie potencjalnych zysków i strat daje taki bilans, że jeśli się wyoutujesz i może cię spotkać coś nieprzyjemnego, przynajmniej w moim poczuciu zawsze było mniej przerażającą wizją niż decydowanie się na udawanie, że życie wygląda inaczej, niż wygląda naprawdę.

Jesteś wyoutowana w pracy – na uczelni?

Na uczelni nigdy nie ukrywałam swojej orientacji ani związku z kobietą. Jeśli można mówić o jakimś momencie, który można uznać za publiczny coming out, to był to moment mojej publicznej obrony doktorskiej. Na koniec, kiedy dziękuje się promotorowi, recenzentom i rodzinie, podziękowałam też wówczas narzeczonej, a obecnie żonie – Izie. W tym momencie niektórzy zaczęli entuzjastycznie kiwać głowami. (śmiech) Mam wrażenie, że to było przeżycie nie tylko dla mnie.

Nieheteronormatywność to na polskiej uczelni wciąż tabu.

Znowu wracamy do kwestii braku reprezentacji. Kiedy byłam studentką, a później doktorantką, miałam silne poczucie braku figur czy przykładów uznanych badaczek, które byłyby wyoutowanymi lesbijkami i jednocześnie spełniającymi się badaczkami w akademii.

Precedens ustanowiła np. Maria Janion w 2013 r., outując się w wywiadzie z Kazimierą Szczuką.

Pamiętam ten moment – to było dla mnie jak trzęsienie ziemi, absolutnie wspaniały. Pierwszy raz zetknęłam się z czymś takim, chociaż wcześniej, oczywiście zakulisowo, mówiło się o wielu badaczkach, że pozostają w związku z kobietami. Z tym większą wdzięcznością przyjmuję ostatnie coming outy Agnieszki Graff czy wcześniej Ewy Graczyk. Jak w przypadku każdej queerowej biografii, prywatne zawsze jest polityczne. To, czy decydujemy się na to, żeby żyć otwarcie, ma również wpływ na to, jak wygląda życie innych.

Czy z takim podejściem napotkałaś jakiś opór – homofobię?

W pierwszej chwili myślę: nie, przecież nikt mnie nie zwyzywał ani nie pobił pod biblioteką. Natomiast jeśli dłużej się nad tym zastanowię, to przejawów miękkiej homofobii jest cała masa. Kiedyś wygłaszałam referat poświęcony Narcyzie Żmichowskiej i jej powieści „Biała róża”, którą zestawiłam z „Panią Dalloway” Virginii Woolf. Poruszyłam tam wątek homoerotycznego napięcia pojawiającego się w obu powieściach. Wtedy jakiś nieznany mi profesor wstał i zaczął perorować o tym, że to były inne czasy, inna wrażliwość społeczna i że pisarki na pewno nie miały na myśli nic zdrożnego.

„Zdrożnego” – czyli homofobia. Domyślam się, że to nie była ostatnia taka sytuacja.

Kiedy chciałam poprowadzić jako swoje pierwsze konwersatorium zajęcia dotyczące queerowej historii literatury kobiet XX w., usłyszałam od ówczesnej przełożonej, że „to jest zbyt wąski temat i trzeba znaleźć coś szerszego, żeby zainteresować więcej studentów”. Stwierdzenie podszyte homofobią, bo jednocześnie rok wcześniej na tych samych zajęciach mój kolega prowadził konwersatorium dotyczące tylko i wyłącznie twórczości Różewicza. Dlaczego czytanie Różewicza przez cały semestr nie jest wąskie, a czytanie literatury polskiej, rosyjskiej, francuskiej, niemieckiej i angielskiej, queerowej i kobiecej, nagle jest?

Może władze przestraszyły się słowa „queer”?

Nikt mi wprost tego nie powiedział, ale musiało się to wiązać z gamą zakorzenionych stereotypów. A wręcz projekcją – temat po prostu nie był interesujący dla przedstawicieli tego pokolenia. Tymczasem okazuje się, że studenci przyjmują go z wdzięcznością i zaangażowaniem, bez względu na to, czy sami są nieheteronormatywni, czy nie.

Zajęcia o queerowej literaturze kobiet się odbyły?

Wyszłam z tej sytuacji na tyle, na ile byłam w stanie wyjść obronną ręką – zrobiłam zajęcia poświęcone nowym tożsamościom w literaturze kobiet przełomu XIX i XX w. Potrójny blok zajęć na sam koniec tak czy siak był poświęcony twórczości lesbijskiej. Kończyliśmy lekturą „Lesbos” Renaty Lis i rozmową o nieobecności kobiet w historii literatury.

Niedawno wzięłaś ślub z Izą.

Po 4 latach od zaręczyn dojrzałyśmy z Izą do kolejnego kroku i wzięłyśmy ślub w Kopenhadze. Skorzystałyśmy z możliwości zamówienia dokumentów przez ePUAP, gdzie złożyłyśmy wniosek o zaświadczenie i po kilku tygodniach przyszły pocztą. Od strony duńskiej dostałyśmy tylko uroczego e-maila – że wszystko jest potwierdzone, prosimy się stawić tego a tego dnia w ratuszu w Kopenhadze, i że proszę się kierować serduszkami na posadzce, które prowadzą do sali ślubnej.

Wzruszające.

To było radosne doświadczenie, ale jednocześnie ambiwalentne. Zetknięcie się z ludzkim potraktowaniem przez duński urząd jeszcze bardziej wyjaskrawiło to, czego nie mamy na miejscu tu, w Polsce. Jak widać, można być normalnie potraktowanym – wcale nie w odległej galaktyce, tylko kilkaset kilometrów na zachód.

Widzisz szanse na wprowadzenie równości małżeńskiej w Polsce?

Nie chcę siać defetyzmu, ale myślę, że obecnie mentalnie jestem o wiele bardziej pesymistyczna, niż będąc na studiach. Ostatnie lata nagonki dają pesymistyczne refleksje na temat tego, że coś miałoby się w niedalekiej przyszłości zmienić.

Historia pokazuje, że akcja rodzi reakcję.

Oczywiście, wraz z nasilającą się nagonką rośnie też akceptacja społeczności LGBT. Ale jednocześnie równość małżeńską wpisaną w program ma tylko Lewica z niewielkim poparciem, a cała reszta „progresywnej” sceny politycznej jest na tyle tchórzliwa i zachowawcza, że trudno robić sobie nadzieję na zmianę.

Dobrze wyczuwam, że rozważacie wyjazd za granicę?

Razem z żoną doszłyśmy do momentu, w którym chciałybyśmy wyjechać na okres próbny np. do Niemiec.

Jak się czujecie z tymi planami?

Słodko-gorzko, bo poza szeregiem trudności, z którymi wiąże się emigracja, mam wrażenie, że dla wielu osób queerowych ten krok może wiązać się z poczuciem winy – że nie walczą o emancypację w kraju. Z drugiej strony my, osoby queerowe, mamy też prawo do własnego życia i niebycia mięsem armatnim.

Własne życie – to dla ciebie też odkrywanie queerowej historii.

Moje plany zawodowe są mocno związane z queerowymi wątkami historycznymi. Działam w oficjalnie powołanej Pracowni Badań nad Historią i Tożsamościami LGBT+ na UW. Czeka mnie w najbliższym czasie dużo archiwalnej pracy badawczej i jeżdżenia po Europie, ponieważ otrzymałam grant na trzyletni projekt badawczy poświęcony queerowej twórczości pisarek z obszarów Imperium Rosyjskiego. Mam w planach Pragę, Petersburg, Wilno i Kijów, siedzenie w archiwach i szukanie nieheteronormatywnych śladów przeszłości.

 

„Kalkowska. Biogeografia” ukazała się nakładem wydawnictwa Słowo/obraz terytoria.

 

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

ZIELONO-TĘCZOWA

O lewicy, o Kościele, o postulatach LGBTI, o biseksualności, o synu i o drodze do Sejmu z posłanką HANNĄ GILL-PIĄTEK rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw

 

Startowała pani z Lewicy, konkretnie z Wiosny. Rozumiem, że podpisuje się pani pod wszystkimi postulatami LGBTI.

Oczywiście. I równość małżeńska, i związki partnerskie są dla mnie podstawowymi prawami, o które wstyd, że wciąż musimy się „bić”. Politycy często unikają tematu rodzicielstwa par jednopłciowych jako niewygodnego. Ja kwestię dzieci chciałabym specjalnie podkreślić. Według raportu Polskiej Akademii Nauk ok. 50 tysięcy dzieci w Polsce jest wychowywanych przez rodziny jednopłciowe, które są piętnowane, marginalizowane i przez to najczęściej żyją w ukryciu, nie „wychylając się”. Rodzice tych dzieci nie mają pełnych praw i przez to same dzieci też nie mają pełnych praw, bo relacje ich rodziców nie mogą być uregulowane. To jest skandal i katastrofa – tym bardziej, że wprowadzenie małżeństw jednopłciowych i związków partnerskich nie jest dla nikogo zagrożeniem, większości ludzi to po prostu nie dotyczy. W kampanii wyborczej uczestniczyłam raz w debacie radiowej z kandydatem Konfederacji i praktycznie przekonałam go, że popierać równość małżeńską można nie tylko z pozycji lewicowych, ale również konserwatywnych, jak pokazał to premier Wielkiej Brytanii David Cameron. Tymczasem polscy konserwatyści trzymają się uprzedzeń jak pijany brzytwy. Ileż razy słyszałam, jak po cichu mówią, że nie mają problemu, ale nie chcą tego podnosić publicznie, bo wiedzą, że mogą tym straszyć społeczeństwo – a sami boją się Kościoła.

Pani otwarcie występowała w kampanii przeciw Kościołowi.

Razem z artystą Pawłem Hajnclem podczas kampanii zanieśliśmy kasę fi skalną do kościoła, czym wywołaliśmy oburzenie. Świeckie państwo to jeden z głównych punktów mojego programu. Kościół jest ojcem wielu naszych problemów, a nawet nie tyle Kościół, co ten mały kościółek w głowach polityków, który podpowiada: „Nie zadzieraj, bo cię potępią z ambony i nie dostaniesz głosu”. To czasami niestety działa. W 2014 r. prezydentką Tomaszowa Mazowieckiego omal nie została Agnieszka Łuczak, wyoutowana lesbijka. W drugiej turze zabrakło jej niewiele głosów w okręgu, w którym ksiądz na mszach grzmiał, kogo należy wybrać.

Ale z drugiej strony u nas w Łodzi przez lata biskupem był Marek Jędraszewski, ten, który teraz jest w Krakowie i opowiada o „tęczowej zarazie”. On ten jad sączy ludziom od dawna – ale w Łodzi z takim efektem, że Lewica przekroczyła tu 20%. Ja sama nie jestem walczącą antyklerykałką – ktoś potrzebuje modlić się, chodzić do kościoła, przystępować do sakramentów – proszę bardzo. Ja tylko jestem za oddzieleniem spraw państwa od spraw Kościoła. Bo jak tylko potrząsnąć świeckością państwa, to tam zadzwonią i prawa kobiet, i edukacja seksualna, i LGBTI, całe równe traktowanie.

Jak doszła pani do tej postawy?

Gdy miałam 13 lat, papież przyjechał do Łodzi, byłam wśród dziewczynek śpiewających dla niego pieśni. Gdy miałam 15 lat, nastąpił przełom 1989 r., skończył się PRL – i bardzo szybko zauważyłam, że wraz z nastaniem demokracji Kościół zaczął szaleć. Księża, którzy jeszcze niedawno byli ostoją wolności, przemienili się w czarne wojsko wchodzące nam z butami w życie – masz urodzić dziecko, choćby było z gwałtu! Z symbolu wolności Kościół stał się dla mnie symbolem opresji. To wtedy zaczęły się te absurdalne ceremonie święcenia choćby studzienek kanalizacyjnych, nie było imprezy miejskiej bez proboszcza. Tak jest do dziś, to się nie mieści w głowie.

Gdy w 1995 r. urodziłam syna, wiedziałam, że ani go nie chcę chrzcić, ani posyłać do komunii.

Wiele osób uznałoby takie decyzje za odważne nawet dziś, a 24 lata temu…

Cóż, zrobiłam „eksperyment społeczny” na własnym dziecku. Powiedzmy sobie szczerze: ile dzieci naprawdę daje się przekonać, że komunia to jakieś duchowe przeżycie? Mój syn żyje i ma się bez chrztu oraz komunii bardzo dobrze. Choć mnie swego czasu pewne nieprzyjemności z tych powodów nie ominęły. Mieszkałam wówczas w Warszawie, która, mam wrażenie, jest bardziej konserwatywna niż Łódź.

Inne tęczowe postulaty: uzgodnienie płci, rzetelna edukacja seksualna, walka z mową nienawiści i przestępstwami motywowanymi homofobią czy transfobią.

Pełna zgoda i w tym miejscu apel. Abym mogła lepiej walczyć o realizację tych postulatów, potrzebuję jak najwięcej twardych argumentów. Każdego, kto czyta te słowa i spotka się z dyskryminacją, proszę o kontakt z moim biurem poselskim – pobicia motywowane homo- czy transfobią, złe traktowanie przez policję i wszystkie inne przypadki.

Partii rządzącej wyrosła w tej kadencji konkurencja po prawej stronie, więc jest zagrożenie, że PiS zacznie być postrzegany jako partia umiarkowana, partia „środka”. A jednocześnie właśnie poparli obywatelski projekt zakładający praktycznie zakaz edukacji seksualnej. Tym bardziej te przypadki dyskryminacji trzeba pokazywać.

Pani pierwsza reakcja na zdobycie mandatu?

W wyborczą niedzielę, po ogłoszeniu pierwszych wyników nastroje w naszym sztabie nie były najlepsze, moje miejsce w Sejmie nie było pewne. Natomiast w poniedziałek rano mój partner Robert obudził mnie szarpiąc za rękę: „Ej, wstawaj, jesteś posłanką!” (śmiech)

Jest pani debiutantką w Sejmie, ale nie w polityce.

Przeszłam przez środowiska formacyjne dla polskiej lewicy. Zaczęłam od osiedlowego protestu, gdy na warszawskim Bemowie broniliśmy się przed trasą ekspresową. Doświadczyliśmy całego spektrum przemocy władzy, braku partycypacji. Z tego protestu „wyłapali” mnie działacze dopiero co powstałej partii Zieloni, a naszą sprawą zajął się Adam Bodnar, dziś Rzecznik Praw Obywatelskich, wtedy prawnik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Poznałam Beatę Maciejewską, która teraz też została posłanką Wiosny. Beata uczyła mnie, że te nasze sprawy na „dole” – jak choćby osiedlowy protest – też są polityczne i mają swe odzwierciedlenie w „wielkiej” polityce.

Każdy coming out ma nie tylko ważny wymiar osobisty, ale również polityczny. Odnoszę wrażenie, że wiele osób LGBTI nie zdaje sobie z tego sprawy. Mówiąc mamie, że jesteś gejem czy lesbijką, załatwiasz nie tylko indywidualną sprawę – na swój sposób „robisz” też politykę, bo wyrażasz swój sprzeciw wobec tych, którzy chcą, byś siedział w szafie i milczał.

Dokładnie. A ponieważ politykę uważa się za „brudną i złą”, to jest tendencja, by się od niej odżegnywać, uciekać. I potem mamy takie zjawisko, że są kobiety, które, korzystając z praw, które wywalczyły feministki, działają na rzecz ich kwestionowania! Przekładając to na LGBTI – przykładowa byłaby para gejów DINKS (double income, no kids – czyli obaj dobrze zarabiają i nie mają dzieci – przyp. „Replika”), która z pobłażaniem patrzy na działaczy, co tam sobie tymi chorągiewkami machają na jakichś Marszach – i przez myśl im nie przejdzie, że sam fakt, że mogą mieszkać razem nieniepokojeni przez sąsiadów i po prostu spokojnie żyć – to zdobycz wywalczona przez tych właśnie aktywistów. Że klubów gejowskich, do których chodzą potańczyć albo i na podryw, nie byłoby, gdyby nie aktywiści. Że gdyby nie aktywiści, to oni już dawno by mieli lusterka stłuczone w swym luksusowym samochodzie przez osiedlowych chuliganów. Nie mówiąc o tym, że w ogóle być może nie odważyliby się razem zamieszkać.

Nie wymagam aktywizmu od każdego, ale solidarności i świadomości, w jakiej jesteśmy sytuacji – tak.

Na Marszu w Łodzi organizatorzy zakazali wypowiadania się politykom. Mimo że są już wśród polityków tacy, którzy popierają postulaty LGBTI.

To jest strach przed polityką, do której „lepiej się nie mieszać”. Przy okazji: boli mnie też, że w wyniku różnych animozji utknął projekt Deklaracji LGBT+ w Łodzi. Ja od początku uważałam, że Warszawa nie może ze swoją Deklaracją zostać sama. W Łodzi też brakuje centrum kryzysowego, czyli miejsca, gdzie osoby LGBTI, które zostały np. wyrzucone z domu, mogłyby znaleźć jakieś choćby tymczasowe schronienie. Zebraliśmy ponad 1000 podpisów pod apelem o łódzką Deklarację LGBT+, ale gdzieś na razie się to rozeszło po kościach.

Dla mnie uświadomienie sobie politycznego aspektu tych wszystkich „prywatnych” spraw było kluczowe. I u mnie poskutkowało aktywizmem. Gdy nastały rządy PiS-u w 2005 r., pojechałam bronić doliny Rospudy, a w 2006 r. po raz pierwszy startowałam w wyborach – do Rady Warszawy. Bezskutecznie. Zaraz potem trafi łam do środowiska Krytyki Politycznej, która praktycznie stworzyła cały nowy lewicowy język. Język, którym dziś się posługujemy. Wtedy każdy, kto sprzeciwiał się balcerowiczowskiej wizji, był nazywany komunistą. Nasz protest przeciw zamknięciu klubu Le Madame był uznawany za aberrację, konserwatyzm szedł pod rękę z neoliberalizmem, atrakcyjny był darwinizm społeczny skojarzony z autorytaryzmem, czyli to, co dziś prezentuje Konfederacja.

Potem przeprowadziłam się do Łodzi i tam rozwijałam świetlicę Krytyki Politycznej. Na środowisko Zielonych, w którym się obracałam, wołano „arbuzy”, że niby jesteśmy zieloni z wierzchu, a w środku – czerwoni. Ale tak naprawdę my w środku jesteśmy tęczowi.

Dostałam pracę w samorządzie przy projekcie rewitalizacji. Tak bardzo krzyczałam, że to ma być rewitalizacja, a nie remont i że tu chodzi o ludzi, a nie o budynki – że w końcu wzięli mnie jako przedstawicielkę „środowisk społecznych”. Potem przyszedł 2015 r., czyli druga wygrana PiS-u. Byłam dwójką na liście Zjednoczonej Lewicy w Łodzi – nie dostałam się, jak cała ZL, która nie przekroczyła progu 8% dla koalicji. Cztery ostatnie lata były ponure, ale mam wrażenie, że nas wzmocniły.

Jest pani jedną z trzech wyoutowanych osob LGBTI w nowym Sejmie. Czy publiczny coming out jako kobiety biseksualnej był jakimś przekroczeniem?

Gdy startowałam w 2016 r., organizacja Miłość Nie Wyklucza zapytała mnie o coming out i przez chwilę zastanawiałam się tylko, czy jestem bardziej fleksi czy bi. Licząc czas spędzony w związkach, to bardziej fleksi (sporo więcej czasu spędziłam w związkach z mężczyznami), a licząc po ilości spotkań, randek, fascynacji – to bi. Miałam też pewne obiekcje, czy będąc bi i w związku z mężczyzną, mogę reprezentować społeczność LGBTI. Stwierdziłam jednak, że nie będę kombinować. Zawisłam więc jako osoba biseksualna na stronie MNW i… nic się nie wydarzyło. Pomyślałam: „OK, to dobry sygnał”. Prawica nie rzuciła się na mnie, powiało normalnością. Zdaję sobie jednak sprawę, że mogłoby być inaczej, gdybym była mężczyzną i zrobiła biseksualny coming out. Kobieta bi jest bardziej do „przełknięcia” przez patriarchat, ba, to się może nawet niejednemu maczo podobać. Okropne, że osąd estetyczny mężczyzn hetero „rządzi”, mierzi mnie to.

Gdy na Marszu Równości w Radomsku wypowiedziałam się, że status dzieci wychowywanych przez pary jednopłciowe należy uregulować i potem wrzuciłam wypowiedź na Twittera, rozpętała się burza. Więc bardziej obrywam za poglądy niż za biseksualną orientację.

Syn jakoś komentował coming out mamy?

On od małego jest wychowywany w otoczeniu, w którym są pary różnopłciowe i jednopłciowe, są ludzie homo, hetero, bi, trans i tak dalej. Dla niego moja biseksualność jest sprawą oczywistą, nawet nie można powiedzieć, czy to akceptuje czy nie – to jest przezroczyste.

Gdy miał 11 lat, zapytał mnie: „Mamo, a co by było, gdybym był gejem?” Z jednej strony chodził ze mną na Parady, więc znał dorosłych gejów, z drugiej coś negatywnego usłyszał o homoseksualności od rówieśników w szkole, a sam swej orientacji jeszcze chyba nie znał. Odpowiedziałam: „Nic by nie było. Po prostu byłbyś gejem i tyle”. To go uspokoiło, ale mnie dało do myślenia, że szkoła i rówieśnicy, bo na pewno nie rodzina, zasiali w nim to ziarno strachu, że bycie gejem mogłoby być jakimś powodem do zmartwienia.

A jak pani wspomina własne dojrzewanie jako osoby biseksualnej?

To był przełom lat 80. i 90. Publicznej debaty o kwestiach LGBTI nie było. Panowało przeświadczenie, że homoseksualność jest zboczeniem, dewiacją. Ale mniej było agresji, mniej nagonki. Ruch LGBTI w Polsce dopiero raczkował. U moich rodziców na półce stała „Kamasutra” i „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej.

Było tak, że na obozach harcerskich całowałam się z chłopakami, a potem z dziewczynami, jedno i drugie było fascynujące; dużo w tym było śmieszkowania nastoletniego, niewinności. Atmosfera eksperymentu i trochę jakby przyzwolenia. Nikt mnie nie zmuszał, bym to analizowała, ale też wiedziałem, że otwarcie lepiej o tym nie mówić. Na pewno nie miałam traumy odkrycia, że jestem inna, o czym opowiada wiele osób LGBTI. Zresztą, właśnie dlatego, że mi było chyba łatwiej, czuję się jeszcze bardziej w obowiązku, by o tym mówić. Zdaję sobie sprawę, że niejeden nastolatek czy nastolatka LGBTI mogą być przerażeni i żyć w ciągłym zagrożeniu – w ekstremalnych przypadkach przecież to kończy się samobójstwami.

Złożycie w Sejmie projekty ustaw o związkach partnerskich i równości małżeńskiej?

Złożymy. Mam nadzieję, że ze strony PO nie będzie już takiego wstydu, jak przy projekcie „Ratujmy Kobiety”, gdy m.in. ich głosami on został odrzucony. Tym bardziej, że PO będzie teraz szczególnie walczyła o swe miejsce na scenie politycznej, widać wyraźnie, że linia ukonserwatywnienia tej partii, linia Schetyny, sukcesu nie odniosła.

Lewica natomiast musi trzymać się razem. Nieważne, czy jesteśmy z Wiosny, Razem, SLD, czy może jak Basia Nowacka, z Koalicji Obywatelskiej – musimy współpracować. I jeszcze raz podkreślę na koniec: proszę wszystkie przypadki dyskryminacji do mnie zgłaszać.  

 

Tekst z nr 82/11-12 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Mam to gdzieś

TYTUS SKIBA, dwudziestopięcioletni lider punkowego zespołu Danziger, syn Krzysztofa Skiby z zespołu Big Cyc, robi coming out – jako biseksualny mężczyzna. Opowiada m.in. o tym, jak ujawnił się przed rodzicami, o wyjazdach z pierwszym chłopakiem na punkowe festiwale, a także o homo- i bifobii, których doświadczył. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

 

Foto|: Jakub Soja

 

Gdy zaproponowałem ci wywiad, w którym zrobisz publiczny coming out, nie potrzebowałeś wiele czasu, by to przemyśleć.

Od dawna mam jedno credo – jeśli ktokolwiek zapyta mnie o moją orientację, to zawsze odpowiem zgodnie z prawdą.

I nigdy nikt cię nie zapytał?

Z dziennikarzy? Nie, jesteś pierwszy! (śmiech) Miałem już kilka wywiadów dla różnych gazet, telewizji czy radia, ale dziennikarze pytali o muzykę, więc nigdzie to nie wyszło, a jestem biseksualny i tego nie ukrywam. Nie widzę powodów, dla których miałaby to być tajemnica. A wręcz na odwrót – ukrywanie tego może chyba wiele w życiu zepsuć, bo jak tu udawać kilkanaście lat osobę heteroseksualną? Jak ułożyć sobie życie, żyjąc w takim kłamstwie? I jak po latach powiedzieć jednak prawdę? Potem są jakieś takie głupie teksty, że to jakaś moda, że ludzie „zmieniają” orientację itd.

Powiem szczerze – ja punkowego świata nie znam, ale wydaje mi się, że coming outy wśród muzykow częściej zdarzają się chociażby w popie niż w punku.

Punk rock powstał w latach 70. w Nowym Jorku, a wśród jego pionierów było dużo osób nieheteronormatywnych. Punk zawsze był ruchem, która zrzeszał wszelkich odmieńców, wszystkich, którzy nie pasują do „normalnego” świata. Na Zachodzie jest cały gatunek queer punku czy queercore’u, organizowane są queerpunkowe festiwale. Jednym z moich ulubionych zespołów jest Limp Wrist, co możemy przetłumaczyć jako Luźny Nadgarstek. Już sama ta nazwa jest zajebista. Jest tworzony przez samych gejów. Wokalista występuje w typowym fetyszowym stroju – w czapce, w uprzężach, w jockstrapach… Genialnie to wygląda! Z naszego rodzimego podwórka trzeba wspomnieć o Homomilitii – zespole z lat 90. Absolutna legenda, niestety ich wokalista, słynny Wojtas, zmarł w zeszłym roku. W latach 2016-2018 funkcjonował też zespół Glamour, który narobił trochę szumu – na scenie zawsze sypało się mnóstwo brokatu, a wokalista miał make-up. To było coś wyjątkowego w polskim punku. Nagrali superpłytę, którą mam na winylu z fajną, różową okładką. Ale niestety – rozpadli się.

Byłem kilka razy w gdańskim klubie punkowym, w którym ty też grałeś. Szczerze? Jakoś nie wyobrażam sobie wejść do niego z chłopakiem za rękę.

Punkowcy czasem groźnie wyglądają i może dlatego tak czujesz, ale tak naprawdę – muchy by nie skrzywdzili. (śmiech) W punk rocku są też dziwne odmiany, które skręcają politycznie w prawo. Głównie dotyczy to starszych zespołów. Większość punkowców powie ci jednak, że to nie jest punk, tylko totalne kuriozum. Punk zawsze był wolnościowy – antyrasistowski, antyseksistowski, antyhomofobiczny, antyklerykalny itd. Są w Polsce rozmaite festiwale punkowe, gdzie pod sceną zawsze wiszą banery typu „Homofobia to choroba”. Bywałem na takich festiwalach kilka razy, także z moim pierwszym chłopakiem, który też był punkowcem. Robiliśmy tam, co chcieliśmy, i nikt się na nas krzywo nie patrzył. Zresztą nie byliśmy tam jedyną taką parą.

Punk jest w twoich genach, po tacie?

Od dziecka marzyłem, by grać na gitarze i występować na scenie. W gimnazjum próbowałem formować pierwsze składy, ale nie wyszło z tego nic większego. Dopiero tuż przed studiami, w wieku 19 lat, udało mi się zebrać ludzi, zaczęliśmy regularne próby, pisaliśmy własne kawałki i tak, w październiku 2016 r., zagraliśmy pierwszy koncert. Wtedy też po raz pierwszy zaśpiewałem cokolwiek publicznie. To był absolutny koszmar – zarówno dla mnie, bo panicznie się tego bałem, jak i dla publiczności – bo brzmiało to strasznie. (śmiech) Nie chodziłem do szkoły muzycznej, nie znam teorii muzyki, nie znam nut, zapisów… Robimy to totalnie punkowo, bez żadnych zasad. Jedynie w podstawówce chodziłem na zajęcia pozalekcyjne właśnie z gitary. Pani, która prowadziła zajęcia, grała też w kościołach i czasem angażowała w to uczniów, ale mnie na szczęście to ominęło. Chociaż może szkoda, bo dziś mógłbym mówić, że swoje pierwsze kroki w karierze muzycznej stawiałem właśnie w kościele. (śmiech) To mi dało podstawy, tak nauczyłem się pierwszych akordów.

Zakładając zespół, nie bałeś się porównań do ojca?

Podchodzę do tego po punkowemu – mam to gdzieś. Robię rzeczy inne niż ojciec i świadomie się od niego odcinałem. Pisząc do różnych osób w sprawie koncertów, podpisywałem się tylko imieniem i nazwą zespołu. Głównie po to, żeby mieć start jak każda inna kapela – pierwsze koncerty graliśmy tylko w Trójmieście i trudno było załatwić cokolwiek poza granicami miasta. Gdy to się już udało, jechaliśmy tam ściśnięci w jednym aucie i spaliśmy gdzieś na podłodze, albo wcale, gdy nie było takich możliwości.

Ojciec nie odradzał ci takiej kariery?

Przestrzegał, że to nie jest łatwe. Nie jest tajemnicą, że trudno być muzykiem czy generalnie artystą w Polsce i z tego żyć. Polskie zespoły rockowe, które utrzymują się z grania, można by policzyć na palcach. Jeśli chodzi o kapele punkowe, jest jeszcze gorzej – większość punkowców pracuje na etat i jedynie dorabia koncertami. Jeśli zespołowi zwróci się kasa za benzynę na dojazd na miejsce koncertu, to jest dobrze.

Do muzyki i punka jeszcze wrócimy. Jeśli chodzi o twoją biseksualność – zawsze czułeś równy pociąg zarówno do kobiet, jak i mężczyzn?

Od kiedy zacząłem czuć pociąg seksualny, emocjonalny czy romantyczny do innych osób, to tak – i do dziewczyn, i do chłopaków. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było inaczej. Wydawało mi się, że może każda osoba w moim wieku czuje tak samo i niedługo mi „przejdzie”, a w przyszłości wezmę ślub z kobietą, będę miał dzieci, rodzinę itd. Prędko zdałem sobie jednak sprawę, że to, że podobają mi się faceci, nie jest powszechnie akceptowaną normą i że nie każdemu to się podoba. W wieku mniej więcej 15 lat zacząłem grzebać w internecie i znalazłem swoją „szufladkę”. Wtedy zrobiłem coming out przed samym sobą.

A komu pierwszemu powiedziałeś?

Jeśli chodzi o taki bezpośredni coming out? (chwila zastanowienia) W czasach liceum na imprezie urodzinowej znajomego. Wszyscy byli pijani, włącznie ze mną i jeden z kolegów zapytał wtedy: „Ej, ty nie jesteś hetero, nie?”. A ja właśnie wtedy przypomniałem sobie swoje credo życiowe i mówię: „No nie, nie jestem!”. I coś tam jeszcze gadaliśmy, ale wybacz – nie pamiętam już. (śmiech) Następnego dnia powiedziałem temu kumplowi, że pamiętam o naszej rozmowie, ale na trzeźwo chybabym mu tego nie powiedział. A on na to: „No ja z kolei na trzeźwo bym się o to ciebie nie spytał”. (śmiech) No, ale widzisz, zadał pytanie jakby od razu z tezą, więc chyba musiałem jakoś odstawać, a miałem styl mocno punkowy – chociażby farbowane na czarno włosy postawione na sztorc i każdy włos w inną stronę. Swoją drogą przez ten wygląd doświadczałem homofobii bardzo wcześnie. W wieku 15 lat miałem włosy do ramion i już wtedy ludzie wyzywali mnie od bab, od pedałów, pluli na mnie. Dzisiaj to jest dla mnie totalny absurd – przecież byłem dzieciakiem! Dorośli ludzie przypieprzali się do dzieciaka.

Wychowałeś się w akceptującym środowisku?

Mój dom zawsze był akceptujący i tolerancyjny, ale tematu osób LGBT+ jakoś nigdy przy stole nie poruszano. Nie czułem więc strachu, że rodzice wyrzucą mnie z domu czy wyklną z rodziny, ale też nie miałem poczucia, że mogę z nimi o tym pogadać na luzie przy śniadaniu.

W jaki sposób im powiedziałeś?

Wszystkie moje rodzinne coming outy przechodziły przez mamę. Jej pierwszej powiedziałem i zareagowała neutralnie. Zapytała po jakimś czasie, czy może powiedzieć ojcu i o 10 lat starszemu ode mnie bratu, bo trudno jej się żyje samej z takim sekretem. Zgodziłem się. Powiedziała im i, z tego co wiem, też zareagowali OK.

Nigdy z nimi o tym nie rozmawiałeś twarzą w twarz?

Nie, nigdy.

W kwestii LGBT+ twój tata też zabrał głos. Po makabrycznym Marszu Równości w Białymstoku w 2019 r. napisał prześmiewczy list otwarty do Jarosława Kaczyńskiego. Miał na to wpływ twoj coming out?

Nie sądzę, to raczej jego własna inicjatywa. Nie konsultował tego ze mną. Zawsze był raczej tolerancyjny i otwarty. Kiedyś nagrał nawet fi lm, na którym zapraszał na Marsz Równości w jakimś mniejszym mieście. Dowiedziałem się o tym po prostu na Facebooku, gdy zobaczyłem ten filmik.

Poczułeś się dumny z taty?

(myśli) Dobrze, że ma takie nastawienie, a nie inne. Gdybym miał za ojca Jarka Jakimowicza, byłoby mi znacznie gorzej. (śmiech) Chyba nie czuję dumy, ale cieszę się, że jest jak jest.

Gdy się urodziłeś w 1997 r., twój tata z zespołem Big Cyc miał swój złoty okres na polskiej scenie muzycznej. Jak wyglądały twoje relacje z nim w dzieciństwie?

Ze względu na specyfikę jego pracy zdecydowanie był ojcem z gatunku nieobecnych. Cały czas wyjazdy i koncerty, a dom był tylko kolejnym przystankiem na tej nigdy niezatrzymującej się karuzeli występów. Nie byliśmy nigdy jakoś wyjątkowo zżyci. Zdarzały się wspólne wakacje, wspólne wyjazdy na koncerty, bo jednak dzięki muzyce złapaliśmy kontakt, ale mimo wszystko do teraz nie mamy jakichś wyjątkowo zażyłych relacji. Mogłoby być lepiej, ale mogłoby być i gorzej. Nie jest to łatwa relacja.

Czyli jednak mamisynek jesteś?

Potem to wykasujemy, ale… zdecydowanie! (śmiech) Zawsze trzymam stronę mamy, a ona trzyma moją.

A co z bratem?

Mam z nim superrelację. Gdy byłem mały, sumiennie się mną opiekował, kiedy rodzice byli w pracy. Bardzo cierpliwie do mnie podchodził, bawił się, oglądał ze mną kreskówki… i mimo że poszliśmy inną drogą, bo on słucha kompletnie innej muzyki i zrobił doktorat z literatury, to i tak mamy mnóstwo wspólnych tematów i podobne poczucie humoru, więc mamy super kontakt.

Przygotowując się do wywiadu, zobaczyłem, że na zdjęciu profilowym na Facebooku brat ma flagę osób biseksualnych. Pomyślałem, że może on też jest bi.

Serio? Wiesz, że nawet tego nie zauważyłem? (śmiech) Muszę zobaczyć. (wyciąga telefon i scrolluje profile) O kurde, rzeczywiście! Ale nie, wątpię, żeby to miało jakiś podtekst rodzinny. Mój brat też jest akceptujący wobec wszystkich mniejszości, więc nawet jakbym ja nie istniał, to pewnie też by to zrobił. Wow, no zaskoczony teraz jestem. Serio, wiesz więcej o mojej rodzinie niż ja! (śmiech)

Twoja pierwsza miłość to była, tradycyjnie, miłość do dziewczyny?

Tak, to była taka „zwykła” miłość gimnazjalna. Mniej chodziło o związek, a bardziej o bycie dorosłym. Wielu kolegom marzyło się picie alkoholu, palenie papierosów, wąsy, a także – posiadanie dziewczyny, chodzenie z nią za rękę i całowanie się na szkolnym korytarzu, żeby wszyscy zobaczyli, że jesteśmy razem. Byliśmy ze sobą prawie rok, ale była starsza, więc jak zmieniła szkołę, to kontakt się urwał.

Mając doświadczenie bycia w związku różnopłciowym, poczułeś, że ta sama bliskość z mężczyznami nie będzie odbierana równie dobrze?

Zdecydowanie, chociaż byłem tylko w jednym związku z chłopakiem. Znaczy miałem różne przygody z chłopakami, ale to już historie nie do wywiadu. (śmiech) Na początku mojego pierwszego związku w 2015 r. z chłopakiem byliśmy bardzo „dyskretni”, głównie z mojego powodu. Bardzo bałem się okazywania mu uczuć w przestrzeni publicznej. W nocy, gdy w promieniu 5 kilometrów nikogo wokół nas nie było, oczywiście chodziliśmy za rękę, ale w dzień, idąc ulicą, udawaliśmy po prostu kolegów. Mój chłopak nie był z tego zadowolony, ale ja ciągle się wzbraniałem, bo słyszałem mnóstwo tych historii, że geje zostali gdzieś pobici itd. Pewnego razu jechaliśmy tramwajem i stwierdziliśmy: no dobra, jak wysiądziemy na przystanku, to idziemy już za rękę. To było samo centrum Gdańska, przed głównym dworcem. Wychodzimy, łapiemy się za ręce, idziemy w kierunku tunelu, a po pierwszych 5 metrach na naszej drodze staje ogromny łysy dresiarz. I od razu – cała litania wyzwisk i gróźb. Opluł nas, a my uciekliśmy biegiem. Mimo wszystko mnie to zachęciło, by robić to częściej, na przekór wszystkim, by nie dać się zastraszyć większości. Paradoksalnie takie sytuacje sprawiały, że stawałem się bardziej śmiały. Gdybyśmy wszędzie udawali tylko kolegów, oznaczałoby to poddanie się, a ja zgodnie z punkowym etosem, którym wówczas nasiąkałem, chciałem walczyć.

Przyprowadziłeś go kiedyś do domu?

Wiele razy. Na początku pod nieobecność rodziców, a potem już gdy byli w domu, ale przyprowadzałem go jako „kolegę”. Dopiero dużo, dużo później powiedziałem mamie, że to nie tylko kolega. To było już właściwie chwilę przed naszym rozstaniem. Mama powiedziała, że się już domyślała. On nie był z Trójmiasta, więc to było dość dziwne, że zwykły „kolega” przyjeżdżał do mnie co 2 tygodnie na weekendy i nie miał gdzie nocować, więc musiał spać ze mną w jednoosobowym łóżku. (śmiech)

Osoby biseksualne spotykają się z krzywdzącymi stereotypami zarówno ze strony osób hetero-, jak i homoseksualnych. Zarzuca się im m.in. niezdecydowanie czy wmawia, że wstydzą się przyznać prawdę o własnej homoseksualności. Ty też już to odczułeś?

Jak pewnie wiesz, to duży temat, o którym moglibyśmy mówić godzinami. Spotkałem się z tym. Gdy wyoutowałem się przed kolegą gejem, on powiedział: „Daj spokój! Biseksualizm nie istnieje. Jesteś gejem i tyle!”. No i co mam ci powiedzieć – słabe to jest. Mówisz o tym, kim jesteś, a ktoś mówi, że wie lepiej od ciebie. I nawet jak widzą, że na imprezie całuję się z dziewczyną, to uznają, że to tylko jakaś zabawa po pijaku. A czy się tym przejmuję? Wróćmy do punkowej filozofii: mam to gdzieś! Najważniejsze, że ja wiem, kim jestem. Wielokrotnie na własnej skórze odczułem to słynne zjawisko „wymazywania” biseksualności, wręcz negowania istnienia tej orientacji. Tymczasem podejrzewam, że osób bi jest mnóstwo, tylko ludzie nie mają odwagi o tym mówić. Znałem wielu takich „heteroseksualnych” chłopaków, którzy na imprezie po kilku drinkach nagle przestawali być hetero. (śmiech) Niewiele osób publicznych, zwłaszcza mężczyzn, mówi o swojej biseksualności. W tekstach kultury też trudno szukać biseksualnych postaci. Efekt jest taki, jak widać.

A członkowie twojej kapeli Danziger zawsze byli akceptujący?

Skład się zmieniał, ale obecnie perkusista gra od 2 lat, a basistka od stycznia tego roku. No i basistka Ania też jest bi (mam od niej pozwolenie, by to powiedzieć), więc nie było problemu, a bębniarz jest w hetero mniejszości, więc nie ma nic do gadania. (śmiech) A mówiąc serio, zawsze dobierałem sobie do zespołu osoby tolerancyjne, a nie homofobów. Nigdy nie byłbym w stanie grać z kimś homofobicznym, bo to nie ma sensu. Więc jest totalny luz, po koncertach ja się ściskam z chłopakami, basistka z dziewczynami, a bębniarz musi na to patrzeć. (śmiech) Nie no, pełna akceptacja.

Na okładce waszej pierwszej płyty „Hate Us” była tęcza, ty na koncertach masz tęczowy pasek do gitary. Z jakimi reakcjami się to spotyka?

Na jednym z koncertów miałem nawet fishnety (rajstopy w stylu „kabaretki” – przyp. red.). Co prawda miałem też spodnie, ale dojrzewam do tego, by wyjść na scenę w samych fishnetach. (śmiech) Trzeba przełamywać te schematy i uprzedzenia i stąd też tęczy się nie boję. Jeśli chodzi o tęczowy pasek do gitary, kupując go, miałem pewne obawy. Potem jednak zobaczyłem, że takiego samego paska używa na koncertach kolega z innego zespołu. Kolega, który jest hetero! Więc wtedy mówię – no nie, jak on coś takiego robi, to wstyd, że ja się tego boję. Na kolejnym koncercie już miałem ten paseki i nic się nie stało. Kiedyś, gdzieś tam ktoś rzucił przed koncertem: „Co wy! Pedałami jesteście?!”. Ale ja jakoś zawsze umiałem zgasić taką osobę żartem i ją ośmieszyć.

Ciekaw jestem, jak ty jako punkowiec, ale i przy tym kulturoznawca, bo taki kierunek studiów kończyłeś, patrzysz na tę popkulturową scenę queerową – Lady Gagę, brokat, voguing czy drag queens.

Nie kręci mnie to za bardzo, ale oczywiście nie mam nic przeciwko. Byłem dwa razy na cyklicznej imprezie queerowej w Trójmieście – Queer Carnival – na pierwszej edycji nawet miałem kreację w stylu femboy. Obserwowanie drag queens jest dla mnie mega, ale zupełnie w tym nie siedzę. Lady Gaga jest świetną wokalistką i aktorką. Lubię jeden jej numer z pierwszej płyty – „Heavy Metal Lover”. Z tą kulturą gejowską więc tak średnio się identyfikuję, ale to znowu jest ta specyficzna pozycja osoby bi. Nie należę do świata gejowskiego, ale też z całą pewnością nie należę do świata hetero. Jestem gdzieś pomiędzy.

Miałeś już kilka wywiadów w dużych mediach, stajesz się rozpoznawalny. To utrudnia sprawę czy pomaga na portalach randkowych?

Na szczęście nikt mnie w naszym środowisku jeszcze nie rozpoznaje, chociaż po tym wywiadzie może już będzie inaczej. (śmiech) No trudno, będę musiał z tym żyć, może dzięki temu będę miał więcej par na Tinderze albo więcej „hotów” na Grindrze! (śmiech) Nie no, żartuję – nie przejmuję się i ponownie: mam to gdzieś.

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Chwała bohaterkom!

Biseksualna dziewczyna, która funkcjonowała jako heteromama, potem samodzielna mama. Teraz jest homomamą. O swych doświadczeniach bycia mamą po prostu, mamą w Polsce, pisze Małgorzata Klejn

 

foto: Dorota Klejn

 

Późno w nocy, z papierosem, na balkonie robię powolną ewaluację dnia. Konkluzja jest zawsze ta sama – sensowne wydaje mi się tylko bieganie po mieście i wrzeszczenie: król jest nagi! Jak to możliwe, że w kraju, którego duchową królową jest niepełnoletnia, uboga, nieuprawiająca seksu Żydówka z synkiem, matki muszą na każdym kroku walczyć o uznanie swojego człowieczeństwa?

Rodziłam Łucję przed całym dworem, Maria Antonina z Muranowa, obok mnie dzielny tata Łucji, a przede mną zakłopotani studenci i moja sprytna siostra, licealistka przebrana w wyfasowany dyskretnie fartuch. Ta pani tak pięknie rodziła – reklamował mnie kudłaty położnik przez kolejny tydzień przy obchodach. Kilka dni później wyszłam z ziewającym kłębuszkiem w kocyku – wprost w swoją nową tożsamość matki. Z żadnej części mojej tożsamości nie musiałam się tak bardzo tłumaczyć, jak z macierzyństwa. Żadna inna część mojej tożsamości nie zależała od moich decyzji. Bycie matką – to wybór.

Jak się czuję jako tęczowa matka w Polsce? Dzięki za pytanie. Zmęczona. Obie jesteśmy zmęczone. Ja od dwunastu lat, a Marta od dwóch, odkąd jesteśmy razem. Czy łatwo mi było zaryzykować wprowadzenie w życie swojego dziecka jeszcze jednego rodzica? Czy łatwo było Marcie zaryzykować i zostać mamą nastoletniej dziewczynki bez żadnych faz przejściowych? Łatwo nie, ale było warto.

Od półgodziny próbuję skoncentrować się nad tym tekstem, a dzieciaki – Łucja i jej kumpel – wciąż biegają po domu jak małe słonie, mimo, że pogoda piękna i jest i hulajnoga, i piłka, i rower. Marta wściekła segreguje pranie. Łucja nonszalancko dorzuca do niego czyste ubrania, których nie chce jej się odłożyć na półkę, ja, fałszywa zdrajczyni, udaję, że nie widzę. Napięcie im tam rośnie, a ja trochę rysuję z Łucji przyjacielem ryby, krowy, homery simpsony, a trochę staram się pisać. Idźcie stąd, myślę, kupię sobie zrujnowaną stodołę, spakuję się w jedną walizkę i nie podam nikomu adresu. OK, poszli grać w grę. Wreszcie chwila względnej koncentracji, za oknem nastoletnie „Andżeliny” zaczynają na pełnym szczebiocie obgadywać rodziców. Staram się usłyszeć, co u ojca, który w czasie drzemki spadł z fotela, a zarazem nie słyszeć i skupić się na pracy. Dzieci nagle obwieszczają, że nudno. Marta złości się, że nie słyszę, co do mnie mówi. Bardzo was wszystkich toleruję, ale idźcie stąd!

Może są gdzieś matki, tęczowe lub nietęczowe, nigdy niezirytowane, zachwycone koniecznością dekorowania budyniu dla niezapowiedzianych gości dziecka, przejęte każdym kontaktem wzrokowym z partnerką (lub partnerem), łaknące dwudziestoczterogodzinnego kontaktu ze swoją nietradycyjną, lecz jakże ciepłą rodziną. Ale ja takich nie spotkałam. Ani na kobiecych imprezach w klubie Le Garage, ani na uczelni, ani na placu zabaw, ani na warsztatach rodzicielskich, ani w Podkowie Leśnej, ani na Imielinie, ani w Tesco na Gdańskiej w Łodzi. Spotykałam za to kobiety szeptem zwierzające się, że fajnie byłoby już umrzeć, bo wtedy można się wyspać. Matki próbujące wyłudzić skierowanie do psychiatryka, żeby moc leżeć, udawać głuchą, robić nic, nikomu nie współczuć, wreszcie mieć kwity na obojętność, na brak czujności. „Pani założy jej czapeczkę!”, „O tej porze się dzieci nie wyprowadza!”, „Żałuje jej pani tej parowki?!”, „Niech pani coś zrobi, żeby nie krzyczała”, „Karmić można w toalecie, wymiona mi tu będzie wywalać!”, „Trzeba było najpierw zaoszczędzić, a potem dzieci robić!” I moje ulubione – jeśli wam się zdaje, że w tęczowym świecie nieobecne, to obsypcie misiami haribo swoich znajomych: „Widziały gały, co brały.” Wszystkie otoczone jesteśmy ekspertami, mieszkamy przecież w bastionie świętości rodziny, pewnie dlatego ludzie tak chętnie dzielą się z matkami tym, co mają najlepszego: nieproszoną opinią, krytyczną uwagą, najadekwatniejszą, bo własną, poradą, niewczesnym oświeceniem. Oburza ich nasza niewdzięczność.

Majtam na tę całą dobroć, dbałość o rodzinę, nogami, z wiaduktu, sypiąc popiół na wypucowane maski samochodów. Majtam serdecznie, radośnie wręcz, z całą hojnością wrodzoną pariasom. Bo i tak już jestem nietykalna – gdzie nie uderzysz, tam już są siniaki, nie zaskoczysz mnie.

Jestem:

  1. puszczalską alimenciarą,
  2. wstrętną lesbą, która od „normalnego” woli seks z dziewczyną,
  3. obrzydliwym biszkoptem, który na pewno zatęskni za fiutem,
  4. menstruacyjną poetką oraz feministką z sekatorem,
  5. kretynką z pieluchą zamiast ambicji – dla jednych,
  6. suką z karierą zamiast fartuszka – dla drugich.

Ćwiczę zen i wdupiemanie, ale przecież tak naprawdę jestem wściekła. Złości mnie:

  1. łaskawość internautów piszących, że homorodzic jest lepszy niż dom dziecka,
  2. protekcjonalne przyzwolenie na to, co należy się jak psu micha,
  3. znajomi twierdzący, że za wcześnie przecież na tak niesłychane roszczenia jak adopcja dzieci, bo „się społeczeństwo musi przyzwyczaić“. Jakby czekać na miłe przyzwolenie zamiast żądać tego, co się należy, to wciąż kobiety rodzące w samotności palono by na stosach za próbę tajnego porodu i zabójstwa dziecka, jak kilkaset lat temu.
  4. moda na słówko-wytrych: roszczeniowość. Roszczeniowa jest moja Marta, mama „bonusowa” – bo chce papieru od państwa na prawo do wychowywania dziecka, które przecież i tak wychowuje. Roszczeniowa jest wielodzietna matka, bo nie chce, pokornie spuszczając głowę, słuchać nieproszonych opinii o antykoncepcji. Roszczeniowy jest gej, który chciałby mieć prawo do adopcji. Roszczeniowa jest alimenciara, bo nie zachwyca jej 100% odpowiedzialności tam, gdzie powinno być 50%. Roszczeniowa jest uboga matka pytająca w Caritasie, czemu dostała spleśniały chleb. Roszczeniowa jest kobieta dopominająca się kupna bez przeszkód tabletki „po”. Nauczyłam się już, że kiedy słucham o nieuprawnionych roszczeniach, mowa jest o sprawach, o które nikt nie powinien musieć prosić.

Jestem wściekła na wygodną szufladkę deklaratywnej tolerancji, w której mości się wygodnie klasa średnia – to fasada śliczniutka jak bombonierka, za którą rozwijać się może zgnilizna najobrzydliwszych homo- i bifobicznych zachowani, mizoginii przychodzącej tak naturalnie jak oddychanie. Złości mnie wieczne i zdarte pytanie – czy nie boisz się, że inne dzieci będą Łucję wyśmiewać? Nie, nie boję się. Nie muszę się bać, bo na pewno będą, zarówno dzieci, jaki dorośli – już ją przecież wyśmiewano. Za ateizm, za ubrania, które przerabia sama, zamiast kopiować manekiny z sieciówek, za krótkie włosy, za marzenia. Dużo bardziej obawiam się, że to ona będzie wyśmiewać, że to ona będzie gardzić. Za brak penisa, za brak tableta, za oponę na brzuchu, za „faszyn from raszyn”, za obiad z Caritasu, za „jezdem”, za rurki, za sztruksy, za same piątki i za brak piątek, za jakąkolwiek słabość.

I my, Marta i ja, w tym wszystkim wychowujemy córkę. Próbując utrzymać ją w nie zawsze prawdziwym przekonaniu, że świat nie jest obrzydliwym miejscem. Że za węgłem nie czeka dobry doktor Chazan, że rodzice szczujący swoje maleńkie chrześcijaniątka na małą ateuszkę to brzydki błąd Matrixa, że nie musi przepraszać za to, że jest dziewczynką, że miesiączka to nie obrzydliwość, że nie musi pogardzać, by nie być pogardzaną, a antykobieca kultura gwałtu wcale jej nie dorwie. I umieramy ze strachu, że to jednak może się zdarzyć, że zdarza się czyimś córkom bez przerwy.

I nawet kiedy powinno być słodko, kiedy jesteśmy we trzy z blachą ciasta, zakopane w poduchach, muszę wciąż być gotowa, że prosto w mój talerzyk, na moją wisienkę z tortu, wypadnie mi trup z szafy. Czasem tęsknię do wyidealizowanej nostalgią samotności samodzielnej matki, kiedy kupowałam hagendazsy zamiast obiadu i tarzałam się z córką w śniegu. Bawiłam się świetnie.

Do czego tęskni Marta, nie wiem i nie muszę wiedzieć. Ciasno nam w łóżku idealnym dla trzech osób z filmem i kotem, niegotowym na pełne nienawiści zmory. A one wciąż wracają. Homofobia to choroba, chorym zazwyczaj się współczuje. Ale ja nie mam empatii dla rodziców Marty, oskarżających ją, niespełna wówczas szesnastoletnią, o napaście seksualne i powodowanie schizofrenii u innych dziewcząt. Karaną za to, że jest dziewczynką, że kocha dziewczyny, ukaraną nawet za próbę samobójczą. A Marta kupuje tanie jak jabol napomnienia, że „się martwią”. Czasem nie znajduję współczucia nawet dla Marty, gdy brnie w niejasne poczucie winy, tymczasem to jej rodzice powinni błagać ją o wybaczenie. Bo czas, miłość i uwagę, której nie poświęcili własnej córce, teraz kradną mojej. Naszej.

Są jednak takie dni – najlepsze – bez porażek i zwycięstw, popołudniowe słońce, dziecko śpiące wśród rozsypanych pasteli, koci włos tuż koło jej rzęs, kot tuż koło jej głowy, a my wymykamy się po cichu za rękę, między kamienicami bez lokatorów, miedzy Biedronką a wyburzeniem, do fabryki słodyczy. I chałwa bohaterkom!

 

Tekst z nr 50/7-8 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.