Boom na teeski

Dwie transseksualne kobiety, Natali Farrah i Sylwia, opowiadają o swojej pracy, czyli o uprawianiu seksu za pieniądze

 

Foto: Grzegorz Banaszak

 

Tekst: Izabela Jąderek

Praca seksualna to też praca. Sex working osób transseksualnych nie jest w Polsce niczym nowym, ale niewątpliwie zaczyna wychodzić z podziemia. Do gabinetów psychologicznych coraz częściej trafiają transseksualne kobiety („teeski”) uprawiające komercyjny seks. Coraz częściej odwiedzają także mój gabinet*. Obserwując ich rozterki wynikające z tego rodzaju pracy oraz jej powszechnej nieakceptacji, a także bardzo złej sytuacji osób trans na rynku pracy, postanawiam bliżej przyjrzeć się zjawisku sex workingu wśród nich oraz postawom, jakie reprezentują.

Nie oceniamy. Pomagamy

Zainteresowanie sytuacją społeczną osób transpłciowych w kontekście podejmowania przez nie komercyjnych zachowań seksualnych rozpoczęło się w USA w wyniku badań nad zakażeniami wirusem HIV wśród osób prostytuujących się. Wyróżniono wtedy trzy grupy: kobiety, mężczyzn i właśnie osoby transpłciowe. W 2008 r. statystyki wskazały, że około 28 proc. przebadanych transseksualnych sex workerek w USA było zakażonych tym wirusem. Do dziś głównym obszarem, który bada się w kontekście prostytucji osób transpłciowych, jest wirus HIV, jednak coraz częściej zwraca się uwagę na przyczyny podejmowania prostytucji przez tę grupę osób i wskazuje się wyraźnie na czynniki dyskryminacyjne: społeczne odrzucenie, brak akceptacji, brak dostępu do edukacji, pracy, a co za tym idzie – biedę, a czasem wręcz skrajne ubóstwo. Wyniki wielu badań są jednoznaczne: brak możliwości utrzymania się jest najczęstszym powodem do decyzji o prostytucji, dalej chęć zarobienia na operacje, które są nierefundowane w systemach opieki zdrowotnej wielu państw, jak również chęć podobania się i doświadczenia przyjemności seksualnej, która w tej grupie osób czasami jest możliwa jedynie poprzez komercyjną aktywność seksualną.

Dr Bilha Davidson-Arad i Ronit Leichtentritt wykazały smutną korelację pomiędzy transseksualnością a prostytucją, a raczej między społecznym odrzuceniem ze względu na transseksualność a prostytucją. Badaczki przestudiowały wiele historii „teesek” uprawiających seks za pieniądze. Nieustannie pojawiał się w nich motyw braku akceptacji i ucieczki. Doprowadził on respondentki do zrozumienia własnych decyzji, gdzie prostytucja stawała się jedyną opcją zarabiania na życie. Wyniki badania jednoznacznie zatem wskazały, że społecznie zjawiska transseksualności i prostytucji są ze sobą nierozerwalnie złączone.

W Polsce do tej pory nie badano komercyjnej pracy seksualnej osób transseksualnych – mówi Edyta Baker, rzecznik prasowy Fundacji Trans-Fuzja działającej na rzecz osób transpłciowych. Z naszych doświadczeń wynika, że wiele osób transseksualnych robi to, bo musi. Ale są także takie osoby, które robią to, bo chcą. Wolelibyśmy, by nikt nigdy nie musiał zarabiać własnym ciałem, dlatego że nie może inaczej. Jednak uznajemy także, że osoby chcące w ten sposób zarabiać, mają do tego pełne prawo, a w tym, co robią, nie ma nic złego. Nie odwodzimy nikogo, kto chce to robić, ale pomożemy każdemu, kto chce z tym skończyć – dodaje.

Nawet 10 tys. dziennie

Natali Farrah ma 22 lata i od dwóch lat uprawia seks za pieniądze. Gdy ją pytam, jak by zdefiniowała to, czym się zajmuje, uśmiecha się i odpowiada, że dla niej to zabawa i po prostu przygoda, która daje jej także bezpieczeństwo ekonomiczne.

Natali poznałam przy okazji Wyborów Miss Trans organizowanych rokrocznie przez Fundację Trans-Fuzja, wydarzenia, które ma celu oswajanie społeczeństwa z tematem transpłciowości i które pokazuje, że osoby transpłciowe żyją w społeczeństwie i jak każdy obywatel, mają prawo się bawić. Do tego jednak potrzebują akceptacji, poczucia przynależności i wsparcia ze strony znaczących osób.

Natali ma szczęście. Otwarcie mówi, czym się zajmuje, opowiada o sobie, udziela wywiadów, materiały o niej przedstawiała też telewizja. Nigdy nie doświadczyła niechęci, nienawiści, czy jakiejkolwiek przemocy ze względu na swoją transpłciowość. Ma akceptującą rodzinę, grono oddanych przyjaciół, realizuje swoje pasje. Podkreśla, że wie, że jest w mniejszości i że nie każda osoba, która czuje, że jej poczucie własnej płci odbiega od tego, na co wskazuje metryka urodzenia, może z tak dużą łatwością spełniać swoje marzenia. To właśnie dlatego Natali postanowiła ufundować nagrody dla laureatek Wyborów Miss Trans. Cieszy się, że część tego, co zarabia, może przeznaczyć na pomoc dla tych osób transpłciowych, które żyją w ukryciu lub nie mają takich możliwości, jak ona.

W zupełnie innej sytuacji jest Sylwia. Znamy się prywatnie, ale prosi mnie, aby przedstawić ją innym imieniem i zapewnić maksimum anonimowości. Z przemocą fizyczną i psychiczną miała już do czynienia wielokrotnie. Z domu rodzinnego musiała wyjechać, bo rodzice i najbliższe otoczenie nie potrafiło zrozumieć i zaakceptować jej tożsamości. Po przyjeździe do Warszawy przez jakiś czas pracowała, ale z dnia na dzień tę pracę straciła i została bez środków do życia.

Sylwia swoim ciałem pracowała kilka miesięcy. Jednocześnie szukała innych form zatrudnienia, ale i była świadoma, że jeśli nie zarobi, to wyląduje na ulicy. Przyznaje, że samo podjęcie decyzji nie było dla niej trudne. Podeszłam do tej pracy, jak do każdej innej: profesjonalnie i bez wstydu – podkreśla. Klientów szukała wszystkimi dostępnymi sposobami. Chodziła na Dworzec Centralny, gdzie bardzo często zaczepiali ją mężczyźni. Na miejscu „ugadywała stawkę”, szła do domu przygotować się i po godzinie spotykała się w wyznaczonym miejscu. Chętne na seks osoby poznawała również na czatach i seksportalach – tam zapotrzebowanie jest największe.

Sylwia jest otwarta, z łatwością mówi o szczegółach. Kilkukrotnie podkreśla, że na rynku jest „boom na teeski”. Tak wielki, że dziennie można zarobić nawet 10 tys. zł. Otwieram oczy ze zdziwienia i szybko przeliczam: jeśli się pracuje cały tydzień, można zarobić 70 tys. zł. Ona sama, co prawda, się na to nie zdecydowała, ale jej przyjaciółka jeździ po całej Polsce do zainteresowanych nią klientów. Sylwia podkreśla, że właśnie ze względu na olbrzymie zarobki, większości dziewczyn tak trudno jest zrezygnować, bo świadomie odkładają na operacje, które są bardzo kosztowne. Operacja ma być jak najlepsza, więc dziewczyny myślą o wyjeździe za granicę.

To prawda, od osób, które przychodzą do mnie do gabinetu, słyszę, że w Polsce operacje często się nie udają, jest mnóstwo powikłań, narządy nie spełniają swoich funkcji, a poprawki nie gwarantują sprawności. Nie chodzi tu tylko o jakość i sprawność seksualną, ale przede wszystkim o komfort w codziennym funkcjonowaniu.

Heterycy chcą być pasywni

Ciekawi mnie ten boom na teeski. Klienci płacą mi za to, aby zostać zdominowanym. To w zdecydowanej większości mężczyźni deklarujący się jako heteroseksualni. Z klasy średniej lub bardzo bogaci. W kontaktach z transkobietami chcą być zawsze pasywni i ta rola im najbardziej odpowiada – wyjaśnia Sylwia. Wspomina jeszcze o kryptogejach, którzy decydują się na seks z transkobietą, bo przede wszystkim chcą sprawdzić, jakie swoje granice mogą w seksie przekroczyć. Kobiety, jeśli się trafiają, to fetyszystki, które szukają kogoś, przy kim będą mogły poczuć się jak małe dziewczynki.

Natali ma podobne zdanie, co Sylwia. Boom na teeski jest, ale tylko na te prawdziwe. Mężczyźni panicznie boją się przebranych facetów i muszą czuć, że uprawiają seks z kobietą. A wiedzę na temat transkobiet już mają, doskonale umieją je odróżnić od zwykłego faceta przebranego za kobietę. Klienci Natali są zwykle majętni, podróżują po świecie, często do Tajlandii, gdzie transseksualnych prostytutek nie brakuje, a doświadczenie stamtąd chcą przenieść znacznie bliżej.

Zarówno Sylwia, jak i Natali, podkreślają, że niezależnie od płci, większość klientów chce zrealizować swoje największe fantazje. Pomimo że przed seksem rozmawiają o granicach, na co każda ze stron może i chce sobie pozwolić, to często zdarzało się, że Sylwia przerywała aktywność, bo realizacja fantazji wymykała się spod kontroli. Wiązanie, sprowadzenie do roli zwierzątka domowego, chęć całkowitego upodlenia to potrzeby najczęściej wymieniane przez klientów. Sylwia podkreśla, że gdyby dziś wróciła do zawodu, mogłaby zarobić za jedno spotkanie nawet 5 tys. zł. Tyle kilka tygodni temu zaproponowała jej zupełnie nowa osoba.

Adrenalina i przymus

Natali w tym zawodzie ceni sobie adrenalinę. Bawi się, spełnia swoje potrzeby seksualne, a przy okazji może na tym zarobić. Ale pieniądze nie są dla niej najważniejsze – to dodatek. Zaznacza, że to ona wyznacza granice i decyduje, kiedy się spotka. A robi to wtedy, kiedy ma ochotę. Wybiera sobie klientów, najczęściej dwóch dziennie, ale za wyższą cenę. Mnie się płaci za czas. Są klienci, którzy chcą mnie na godzinę, inni potrzebują mojego towarzystwa na kolację, kolejni chcą porozmawiać. No i oczywiście są też tacy, którzy będą realizować się seksualnie – wyjaśnia.

Natali podkreśla, że 98 proc. osób, które do niej przychodzą, to heteroseksualni mężczyźni, a reszta to małżeństwa, które chcą spróbować czegoś nowego. Kobiety jej się nie zdarzały. Od razu zaznacza, że w seksie jest wyłącznie stroną aktywną i nie przyjmuje nikogo, kto chciałby ją zdominować. Napisała o tym na seksportalu gdzie ma swoją wizytówkę.

Pytam o małżeństwa. Najczęściej żona przez poł godziny patrzy, jak uprawiam seks z jej mężem, a potem dołącza – mówi. A po chwili uśmiecha się i dodaje: Choć raz jeden klient mi doniósł, że po naszym spotkaniu jego żona wniosła o rozwód. Chciała ten seks zobaczyć, ale po wszystkim nie dała sobie z tym rady. Pytam o badania. Robi je regularnie, co miesiąc, półtora. Nigdy się niczym nie zakaziła. Przed seksem prosi klienta, aby się odświeżył, a sam seks jest zawsze w prezerwatywie. Rękawiczek i chusteczek nie używa. Zdarzyło jej się, że w drzwiach paru osobom odmówiła. Nie wie dlaczego. Intuicyjnie. Coś było nie tak i nie chciałam ryzykować – mówi. Kręci głową, kiedy pytam o niebezpieczeństwo fizyczne: Nigdy mi się to nie zdarzyło.

Pracuje w wynajętym do tego celu mieszkaniu. Pieniądze zbiera, jest oszczędna, regularnie widuje się z rodziną i przyjaciółmi. Obecnie pracuje nad swoją debiutancką płytą, z której pierwszego singla „Inni” będzie można już wkrótce posłuchać. To jej główna pasja – śpiewanie. A jeśli znajduje chwilę, to się spotyka.

Wielokrotnie pomagała koleżankom, sprowadzała je do Warszawy, załatwiała mieszkanie, ale – jak mówi – one to wykorzystywały. Niczego w życiu nie żałuje. Ma swojego stałego psychoterapeutę. Cały czas pomaga innym, głownie osobom transpłciowym, bo wie, jak na co dzień w naszym społeczeństwie jest im trudno. Nie wie, jak długo będzie jeszcze pracować w zawodzie. Pytam o związek, odpowiada, że nie potrzebuje. Zobowiązań nie szuka, na ten moment ma inne plany.

Pytam Sylwię, dlaczego zrezygnowała. Zamyśla się. Było to dla mnie ogromne obciążenie psychiczne. Czułam się brudna, brzydziłam się tych pieniędzy, nie chciałam ich i nie udawało mi się tego przepracować – odpowiada po chwili. Zaczęła nadużywać alkoholu, brzydziła się swojego ciała i swojej seksualności. Przyznaje, że przez ponad poł roku nie była w stanie wchodzić w żadne związki. Właśnie w tym czasie zrezygnowała całkowicie z kontaktów i relacji z mężczyznami – nie mogła zaakceptować, że traktują ją w jeden określony sposób. Zaznacza, że właśnie z tego powodu zaczęła się spotykać z kobietami. Mężczyźni cały czas do niej piszą i proponują seks. Kiedy się dowiadują, że jest w procesie korekty płci, proponują podwójne stawki – ich kręci to jeszcze bardziej, a ona, gdyby się zgodziła, w ciągu dwóch, trzech lat zarobiłaby na operację za granicą.

Pytam Sylwię, czy żałuje. Odpowiada, że nie, bo pozwoliło jej to przeżyć. Ale przyznaje, że do dziś miewa z tego powodu wyrzuty sumienia, czasem czuła się brudna i spędzała w wannie po kilka godzin dziennie. Mówi, że skalała swoje ciało. I prosi mnie, abym dodała, że przez to, jak funkcjonuje polskie prawo, jak osoby transpłciowe są postrzegane przez pracodawców, sex working nie jest wyborem, a zwyczajnym przymusem.

W tym całym wariactwie staram się normalnie żyć – mówi Natali na koniec naszej rozmowy. Jestem normalną osobą. Śpiewam, spotykam się z przyjaciółmi, bawię. Pewnie będą zdarzały się negatywne opinie na mój temat, ale ich po prostu nie będę brała pod uwagę.

 

Tekst z nr 52/11-12 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Chwała bohaterkom!

Biseksualna dziewczyna, która funkcjonowała jako heteromama, potem samodzielna mama. Teraz jest homomamą. O swych doświadczeniach bycia mamą po prostu, mamą w Polsce, pisze Małgorzata Klejn

 

foto: Dorota Klejn

 

Późno w nocy, z papierosem, na balkonie robię powolną ewaluację dnia. Konkluzja jest zawsze ta sama – sensowne wydaje mi się tylko bieganie po mieście i wrzeszczenie: król jest nagi! Jak to możliwe, że w kraju, którego duchową królową jest niepełnoletnia, uboga, nieuprawiająca seksu Żydówka z synkiem, matki muszą na każdym kroku walczyć o uznanie swojego człowieczeństwa?

Rodziłam Łucję przed całym dworem, Maria Antonina z Muranowa, obok mnie dzielny tata Łucji, a przede mną zakłopotani studenci i moja sprytna siostra, licealistka przebrana w wyfasowany dyskretnie fartuch. Ta pani tak pięknie rodziła – reklamował mnie kudłaty położnik przez kolejny tydzień przy obchodach. Kilka dni później wyszłam z ziewającym kłębuszkiem w kocyku – wprost w swoją nową tożsamość matki. Z żadnej części mojej tożsamości nie musiałam się tak bardzo tłumaczyć, jak z macierzyństwa. Żadna inna część mojej tożsamości nie zależała od moich decyzji. Bycie matką – to wybór.

Jak się czuję jako tęczowa matka w Polsce? Dzięki za pytanie. Zmęczona. Obie jesteśmy zmęczone. Ja od dwunastu lat, a Marta od dwóch, odkąd jesteśmy razem. Czy łatwo mi było zaryzykować wprowadzenie w życie swojego dziecka jeszcze jednego rodzica? Czy łatwo było Marcie zaryzykować i zostać mamą nastoletniej dziewczynki bez żadnych faz przejściowych? Łatwo nie, ale było warto.

Od półgodziny próbuję skoncentrować się nad tym tekstem, a dzieciaki – Łucja i jej kumpel – wciąż biegają po domu jak małe słonie, mimo, że pogoda piękna i jest i hulajnoga, i piłka, i rower. Marta wściekła segreguje pranie. Łucja nonszalancko dorzuca do niego czyste ubrania, których nie chce jej się odłożyć na półkę, ja, fałszywa zdrajczyni, udaję, że nie widzę. Napięcie im tam rośnie, a ja trochę rysuję z Łucji przyjacielem ryby, krowy, homery simpsony, a trochę staram się pisać. Idźcie stąd, myślę, kupię sobie zrujnowaną stodołę, spakuję się w jedną walizkę i nie podam nikomu adresu. OK, poszli grać w grę. Wreszcie chwila względnej koncentracji, za oknem nastoletnie „Andżeliny” zaczynają na pełnym szczebiocie obgadywać rodziców. Staram się usłyszeć, co u ojca, który w czasie drzemki spadł z fotela, a zarazem nie słyszeć i skupić się na pracy. Dzieci nagle obwieszczają, że nudno. Marta złości się, że nie słyszę, co do mnie mówi. Bardzo was wszystkich toleruję, ale idźcie stąd!

Może są gdzieś matki, tęczowe lub nietęczowe, nigdy niezirytowane, zachwycone koniecznością dekorowania budyniu dla niezapowiedzianych gości dziecka, przejęte każdym kontaktem wzrokowym z partnerką (lub partnerem), łaknące dwudziestoczterogodzinnego kontaktu ze swoją nietradycyjną, lecz jakże ciepłą rodziną. Ale ja takich nie spotkałam. Ani na kobiecych imprezach w klubie Le Garage, ani na uczelni, ani na placu zabaw, ani na warsztatach rodzicielskich, ani w Podkowie Leśnej, ani na Imielinie, ani w Tesco na Gdańskiej w Łodzi. Spotykałam za to kobiety szeptem zwierzające się, że fajnie byłoby już umrzeć, bo wtedy można się wyspać. Matki próbujące wyłudzić skierowanie do psychiatryka, żeby moc leżeć, udawać głuchą, robić nic, nikomu nie współczuć, wreszcie mieć kwity na obojętność, na brak czujności. „Pani założy jej czapeczkę!”, „O tej porze się dzieci nie wyprowadza!”, „Żałuje jej pani tej parowki?!”, „Niech pani coś zrobi, żeby nie krzyczała”, „Karmić można w toalecie, wymiona mi tu będzie wywalać!”, „Trzeba było najpierw zaoszczędzić, a potem dzieci robić!” I moje ulubione – jeśli wam się zdaje, że w tęczowym świecie nieobecne, to obsypcie misiami haribo swoich znajomych: „Widziały gały, co brały.” Wszystkie otoczone jesteśmy ekspertami, mieszkamy przecież w bastionie świętości rodziny, pewnie dlatego ludzie tak chętnie dzielą się z matkami tym, co mają najlepszego: nieproszoną opinią, krytyczną uwagą, najadekwatniejszą, bo własną, poradą, niewczesnym oświeceniem. Oburza ich nasza niewdzięczność.

Majtam na tę całą dobroć, dbałość o rodzinę, nogami, z wiaduktu, sypiąc popiół na wypucowane maski samochodów. Majtam serdecznie, radośnie wręcz, z całą hojnością wrodzoną pariasom. Bo i tak już jestem nietykalna – gdzie nie uderzysz, tam już są siniaki, nie zaskoczysz mnie.

Jestem:

  1. puszczalską alimenciarą,
  2. wstrętną lesbą, która od „normalnego” woli seks z dziewczyną,
  3. obrzydliwym biszkoptem, który na pewno zatęskni za fiutem,
  4. menstruacyjną poetką oraz feministką z sekatorem,
  5. kretynką z pieluchą zamiast ambicji – dla jednych,
  6. suką z karierą zamiast fartuszka – dla drugich.

Ćwiczę zen i wdupiemanie, ale przecież tak naprawdę jestem wściekła. Złości mnie:

  1. łaskawość internautów piszących, że homorodzic jest lepszy niż dom dziecka,
  2. protekcjonalne przyzwolenie na to, co należy się jak psu micha,
  3. znajomi twierdzący, że za wcześnie przecież na tak niesłychane roszczenia jak adopcja dzieci, bo „się społeczeństwo musi przyzwyczaić“. Jakby czekać na miłe przyzwolenie zamiast żądać tego, co się należy, to wciąż kobiety rodzące w samotności palono by na stosach za próbę tajnego porodu i zabójstwa dziecka, jak kilkaset lat temu.
  4. moda na słówko-wytrych: roszczeniowość. Roszczeniowa jest moja Marta, mama „bonusowa” – bo chce papieru od państwa na prawo do wychowywania dziecka, które przecież i tak wychowuje. Roszczeniowa jest wielodzietna matka, bo nie chce, pokornie spuszczając głowę, słuchać nieproszonych opinii o antykoncepcji. Roszczeniowy jest gej, który chciałby mieć prawo do adopcji. Roszczeniowa jest alimenciara, bo nie zachwyca jej 100% odpowiedzialności tam, gdzie powinno być 50%. Roszczeniowa jest uboga matka pytająca w Caritasie, czemu dostała spleśniały chleb. Roszczeniowa jest kobieta dopominająca się kupna bez przeszkód tabletki „po”. Nauczyłam się już, że kiedy słucham o nieuprawnionych roszczeniach, mowa jest o sprawach, o które nikt nie powinien musieć prosić.

Jestem wściekła na wygodną szufladkę deklaratywnej tolerancji, w której mości się wygodnie klasa średnia – to fasada śliczniutka jak bombonierka, za którą rozwijać się może zgnilizna najobrzydliwszych homo- i bifobicznych zachowani, mizoginii przychodzącej tak naturalnie jak oddychanie. Złości mnie wieczne i zdarte pytanie – czy nie boisz się, że inne dzieci będą Łucję wyśmiewać? Nie, nie boję się. Nie muszę się bać, bo na pewno będą, zarówno dzieci, jaki dorośli – już ją przecież wyśmiewano. Za ateizm, za ubrania, które przerabia sama, zamiast kopiować manekiny z sieciówek, za krótkie włosy, za marzenia. Dużo bardziej obawiam się, że to ona będzie wyśmiewać, że to ona będzie gardzić. Za brak penisa, za brak tableta, za oponę na brzuchu, za „faszyn from raszyn”, za obiad z Caritasu, za „jezdem”, za rurki, za sztruksy, za same piątki i za brak piątek, za jakąkolwiek słabość.

I my, Marta i ja, w tym wszystkim wychowujemy córkę. Próbując utrzymać ją w nie zawsze prawdziwym przekonaniu, że świat nie jest obrzydliwym miejscem. Że za węgłem nie czeka dobry doktor Chazan, że rodzice szczujący swoje maleńkie chrześcijaniątka na małą ateuszkę to brzydki błąd Matrixa, że nie musi przepraszać za to, że jest dziewczynką, że miesiączka to nie obrzydliwość, że nie musi pogardzać, by nie być pogardzaną, a antykobieca kultura gwałtu wcale jej nie dorwie. I umieramy ze strachu, że to jednak może się zdarzyć, że zdarza się czyimś córkom bez przerwy.

I nawet kiedy powinno być słodko, kiedy jesteśmy we trzy z blachą ciasta, zakopane w poduchach, muszę wciąż być gotowa, że prosto w mój talerzyk, na moją wisienkę z tortu, wypadnie mi trup z szafy. Czasem tęsknię do wyidealizowanej nostalgią samotności samodzielnej matki, kiedy kupowałam hagendazsy zamiast obiadu i tarzałam się z córką w śniegu. Bawiłam się świetnie.

Do czego tęskni Marta, nie wiem i nie muszę wiedzieć. Ciasno nam w łóżku idealnym dla trzech osób z filmem i kotem, niegotowym na pełne nienawiści zmory. A one wciąż wracają. Homofobia to choroba, chorym zazwyczaj się współczuje. Ale ja nie mam empatii dla rodziców Marty, oskarżających ją, niespełna wówczas szesnastoletnią, o napaście seksualne i powodowanie schizofrenii u innych dziewcząt. Karaną za to, że jest dziewczynką, że kocha dziewczyny, ukaraną nawet za próbę samobójczą. A Marta kupuje tanie jak jabol napomnienia, że „się martwią”. Czasem nie znajduję współczucia nawet dla Marty, gdy brnie w niejasne poczucie winy, tymczasem to jej rodzice powinni błagać ją o wybaczenie. Bo czas, miłość i uwagę, której nie poświęcili własnej córce, teraz kradną mojej. Naszej.

Są jednak takie dni – najlepsze – bez porażek i zwycięstw, popołudniowe słońce, dziecko śpiące wśród rozsypanych pasteli, koci włos tuż koło jej rzęs, kot tuż koło jej głowy, a my wymykamy się po cichu za rękę, między kamienicami bez lokatorów, miedzy Biedronką a wyburzeniem, do fabryki słodyczy. I chałwa bohaterkom!

 

Tekst z nr 50/7-8 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.