Dwie biografie Davida Bowie

Marc Spitz „David Bowie. Biografia”, wyd. Dobre Historie, 2013

Paul Trynka „David Bowie. Starman – człowiek, który spadł na ziemię”, wyd. Sine Qua Non, 2013

 

 

Dwie ponad 400-stronicowe biografie wielkiego rockera, ikony LGBT, które ukazały się u nas przy okazji premiery „The Next Day”, pierwszej od 10 lat płyty Bowiego, choć jej nie obejmują – kończą się na roku 2009. Obie książki rozczarowują. Autorzy toną w gąszczu faktów i fakcików, gubiąc po drodze oryginalność bohatera. Biseksualność Davida jest omówiona, jak na tak obszerne pozycje, powierzchownie – ot, romansował i z wieloma mężczyznami, i z wieloma kobietami. Fakt, że męskomęski seks w latach dorastania Bowiego był w Wielkiej Brytanii przestępstwem, przemyka tu bez głębszej refleksji. Podobnie jego publiczny coming out z 1972 r. (a więc bardzo wcześnie). Smaczki? Są, ale wypadają dość blado (tak, pierwszą żonę Angie poznał przez ich wspólnego kochanka; nie, nie romansował z Mickiem Jaggerem).

Pobieżne potraktowanie „pozamuzycznego” życia Bowiego jest największą wadą książek. Natomiast są one z pewnością gratką dla hardcorowych fanów samej muzyki, którzy chcą znać szczegół powstawania każdej kompozycji. Ale przecież Bowie jest kimś więcej niż tylko wybitnym muzykiem. (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 43/5-6 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Deborah Ball „Versace – geniusz, sława i morderstwo”

Wyd. Dolnośląskie, 2013

 

 

Biografia zamordowanego 16 lat temu projektanta mody. Dzieciństwo Gianniego Versace, który zamiast grać w piłkę wolał asystować mamie – krawcowej, droga do założenia własnego domu mody w 1978 r. i prawie 20-letnie pasmo sukcesów. U szczytu popularności imperium Versace przynosiło aż miliard dolarów rocznie. Jego ekstrawagancki, seksowny styl znał cały świat. Homoseksualność Versace nie jest pominięta, ale autorka skupia się na zawodowej stronie życia projektanta. Otrzymujemy jednak opis dorastania w konserwatywnej włoskiej Kalabrii, późniejsze tłumy kochanków i 15-letni związek z modelem Antonio D’Amicim. Szczególne miejsce zajmuje Elton John, przyjaciel, z którym Gianni lubił żartować. W następnym życiu chciałbym być nie gejem, tylko supergejem! – powiedział mu kiedyś. A teraz to myślisz, że kim jesteś? – zapytał Elton.

Równorzędnymi bohaterami książki są firma Versace (autorka doprowadza jej historię niemal do dziś) oraz ukochana siostra Gianniego, młodsza o 9 lat Donatella, diva, co się zowie. Przewijają się Naomi Campbell, Giorgio Armani, Madonna i inne sławy. Ball odtwarza też przebieg śledztwa po śmierci Versace który został zastrzelony u progu swej rezydencji. Sprawcą był młody gej, który wcześniej zabił kilku swych kochanków. Co łączyło go z projektantem, nigdy się nie dowiemy, bo popełnił samobójstwo zanim policja go dopadła. Interesująca, choć smutna jest też walka o spadek po Giannim. Przeczytajcie sami, jak Antonio został wystawiony do wiatru, mimo zapisów w testamencie. Związków partnerskich we Włoszech nie było i… nadal nie ma. (Bartosz Reszczak)

 

Tekst z nr 43/5-6 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Patricia Highsmith

Desperacko poszukując Carol

 

Fot. mat. pras.

 

Tekst: Katarzyna Wajda

Bez kobiet nie ma odpoczynku, wytchnienia, piękna życia, ale związki ranią czasem śmiertelnie – notuje dwudziestoparoletnia Pat. W dziennikach często łączy Erosa z Tanatosem: Morderstwo to rodzaj aktu miłosnego, rodzaj całkowitego zawłaszczenia. Przez kolejne dekady Patricia Highsmith (1921-1995), „mistrzyni psychothrillera” w swoich książkach umiera z miłości i dla niej zabija. W każdej zostawia cząstkę własnego życia, w tym tęsknotę za kobiecym ideałem. Marzenie najbliższe spełnienia w „The Price of Salt” (1952), potwierdzającej, że kochała paradoksy z wzajemnością: ta lesbijska love story nie powstałaby, gdyby Pat nie chciała wyleczyć się z homoseksualizmu. Powieść wyjątkowa: jedyna wydana pod pseudonimem (Claire Morgan), z kobiecym porte parole i namiastką happy endu (film „Carol” na jej podstawie, w reżyserii Todda Haynesa i z Cate Blanchett, Rooney Mara oraz Sarah Paulson w rolach głównych – na naszych ekranach od 4 marca br. – przyp. „Replika”). Wpisana w Nowy York lat 50. historia Kopciuszka (prawie) zdobywającego swą Księżniczkę, to jasne (bo bez śmierci) miejsce na mapie mrocznego Highsmith Country, jak biografka pisarki, Joan Schenkar, nazywa jej twórczość. I nieprzypadkowo powstałe na początku, tuż po debiutanckich „Znajomych z pociągu” (1950), bo z czasem Pat pozbywa się złudzeń, że Carol może znaleźć. Choć szukać nie przestaje.

Szlak nieposłanych łóżek

Na dobre zaczyna jako studentka nowojorskiego Barnard College, inicjując swój „szlak nieposłanych łóżek”: to czas erotycznego rozbudzenia, romansów z kilkoma dziewczynami na raz. Swą inność odkrywa jednak znacznie wcześniej, pogłębiając traumę dzieciństwa. Rośnie z piętnem dziecka niechcianego, urodzonego po rozwodzie rodziców, z ojczymem (jego nazwisko nosi) i matką tworzy – pierwszy z wielu – emocjonalny trójkąt. Mary Highsmith to najważniejsza kobieta w życiu Pat: równie mocno kochana, co potem nienawidzona, winiona przez córkę za jej emocjonalny chłód, niepowodzenia w związkach, bo podświadomie wybiera partnerki, które też ją skrzywdzą. Obie, niczym bohaterowie prozy Highsmith (będący jak ona, sierotą z rodzicami) nigdy, mimo mieszkania na rożnych kontynentach, nie uwolnią się od siebie.

Dla nastolatki odkrycie homoseksualnej tożsamości to szok. W jej ulubionym „The Human Mind” Menningera, katalogu dewiacji, lesbijki są bliskie pedofilom i satanistom. Poważne czasopisma dają jednak szansę na normalność: wystarczy usunąć nadnercza… 16-latka zaczyna pierwsze próby „normalizacji”, ale seks z kolegą nie daje żadnej przyjemności. Podobnie jak późniejsze, bo będzie sypiać z mężczyznami, zazwyczaj co najmniej biseksualnymi, jak fotograf Rolf Tietgens – który nie sprawdzi się w roli kochanka, za to zrobi jej serię pięknych aktów. Dla pisarza Marca Brandela, pod koniec lat 40. zdecyduje się nawet poddać terapii i by ją opłacić, bierze dorywczą pracę w dziale zabawek Bloomingdale’a. Przelotne spotkanie z klientką (ulubiony typ: posągowa blondynka) da impuls do napisania „The Price of Salt”. Mimo półrocznej terapii od dawna wie, że naprawdę kocha kobiety.

Jej hejterska lista

Ta wiedza bywa kłopotliwa, stąd częste, podszyte mizoginią, (auto)analizy. Jako nastolatka traktuje siebie niczym mężczyznę w ciele kobiety, tym tłumacząc m.in. zamiłowanie do zajęć ze stolarki. Jako dorosła kobieta powtarza, że ma męski mozg, uważa facetów za kreatywniejszych, z większym poczuciem humoru. Zazdrości gejom, że mogą znaleźć równego intelektem partnera, na co jako lesbijka ma małe szanse, choć większość jej kochanek to artystki i intelektualistki. Świat kobiet bywa dla niej niezrozumiały, bo Pat funkcjonuje poza życiem rodzinnym i normalnym rynkiem pracy: jeszcze na studiach decyduje o zarabianiu piórem. W feministkach widzi głownie sfrustrowane gospodynie domowe, a mimo to napisze… feministyczną powieść „Edith’s Diary” (1977), opisującą horror banału domowego życia. Wstrząsający też portret rodzinny w „Those Awful Dawns” z tomu „Slowly, Slowly in the Wind” (1979): on, irlandzki katolik, to nieodpowiedzialny dzieciorób, ona przed ciężarem macierzyństwa ucieka w szaleństwo. Tekst wymierzony głownie w Watykan, jeden z wielu celów (m.in. obok Żydów, Afroamerykanów, korporacji czy Ronalda Reagana) na – stale się powiększającej, zwłaszcza po 50-tce – jej hejterskiej liście.

Miłość to choroba

Identyfikuje się ze swoimi męskimi bohaterami, uwięzionymi w związkach z partnerkami jednocześnie kochanymi i nienawidzonymi. Jak oni, nie znosi kobiet, ich (rzekoma) głupota ją odrzuca, ale ciało wciąż pociąga. Wie, jakich kobiet powinna unikać, a jednak powtarza błędy. W nowe związki wchodzi z – krótkotrwałą – nadzieją na zmianę schematu „szczęśliwy początek i nieuniknione piekło końca”. Ma, jak jej bohaterowie, skłonność do idealizowania partnerek, robienia z nich bogiń do wielbienia, a nie kobiet do wspólnego życia. Gdy wyobrażenia nie pokrywają się z rzeczywistością – problemy nieuniknione. Miłość to nie namiętność, miłość to choroba – powtarza nie raz. Sama leczy ją pisaniem, książki są terapią po rozpadzie związków, które też prowokuje, bo, jak mawia, czuję się nędznie, gdy nie mogę pisać. A szczęśliwa pisać za bardzo nie umie. Stąd silny autobiograficzny podtekst twórczości, układającą się w kryminalną kronikę wypadków miłosnych Patricii Highsmith. Czasem sygnalizowanych tylko przez dedykację, np. otwierającą „Znajomych z pociągu”: Wszystkim Virginiom, hołd złożony dotychczasowym muzom, w tym Virginii Kent Catherwood, stanowiącej jedną z inspiracji Carol. Ginnie – choć ich burzliwy związek wpędził pisarkę w depresję – pozostanie jedną z tych najważniejszych, a jej literackim wcieleniem m.in. Lotte w „Drżącej ręce fałszerza” (1969), powieści dedykowanej innej bogini, Rosalind Constable. Niektóre miłości inspirują fabułę, np. w mizoginicznym „Niedołędze” (1954) echa 4-letniego, toksycznego związku z socjolożką Ellen Hill, której znienawidzonego pudla tu zabija. Podobnie odreaguje poźniejszy, też burzliwy, romans z pisarką Marijane Meaker, uśmiercając ją jako Nicky w „Krzyku sowy” (1962). Ta, w rewanżu, w swoim kryminale zabije postać noszącą prawdziwe nazwisko Pat – Plangman. Niektóre powieści to zapis tęsknoty pisarki za utraconymi (i idealizowanymi) ukochanymi, jak „Słodka choroba” (1960), inspirowana związkiem z graficzką Mary Ronin, znakomite studium szaleństwa z miłości, pokazujące, jak niebezpieczna wiara we własne fantazje. Główny bohater to porte parole Pat, często zafiksowanej na punkcie nieosiągalnych bogiń (nie bez powodu nazywana „piewczynią stalkingu”) i krzywdzącej sympatyczne dziewczyny gotowe znosić jej trudny charakter, dziwactwa (np. fascynacja ślimakami) i wzrastającą mizantropię. Wśród nich m.in. Monique Buffet, której dedykuje 4. część Ripliady, czyli „Ucznia Ripleya” (1980). Niemiecka część powieści inspirowana jest pobytem Pat w Berlinie, zwłaszcza tym undergroundowym, poznanym dzięki Tabei Blumenschein, ówczesnej muzie reżyserki Ulrike Ottinger. I, oczywiście, kolejnej blond bogini pisarki. Inna wcześniej, w latach 60., przesądza o przeprowadzce Pat do Europy: oficjalnie tam cenią ją bardziej, w istocie chce być bliżej londyńskiej ukochanej.

Wbrew homofobicznym schematom

Dla znajomych jej orientacja nie jest tajemnicą. Dla nieznajomych czasami też: w trakcie przyjęcia jakiś mężczyzna zagaduje ją i Marijane: Wy dwie młode, samotne dziewczyny mieszkacie razem? Na co Pat: Nie – my dwie, młode dziewczyny żyjemy razem. Nie robi oficjalnego coming outu, partnerki przedstawia jako asystentki. Rzadko udziela wywiadów, o życiu prywatnym nigdy, za to, z detalami, opisuje w osobistych dziennikach, więc wie, że po jej śmierci prawda wyjdzie na jaw. Trochę wychodzi za życia, bo w 1990 r. reedycja jej lesbijskiej love story: już jako „Carol”, pod nazwiskiem i ze wstępem. Propozycje były wcześniej, ale odmawiała, bojąc się, że nazbyt się w niej odsłoniła. Jest świadoma wyjątkowego statusu książki, która dając, wbrew homofobicznym schematom, Therese i Carol szansę na wspólne życie, wywołała (homo) seksualną rewolucję, w epoce mccarthyzmu szczególnie potrzebną społeczności LGBT. W jej późniejszych thrillerach, np. „Utalentowanym panu Ripleyu” (1955), męskie relacje bywają podszyte homoerotyzmem, kobiece nader rzadko, na dodatek w tle, jak lesbijski (i morderczy) trójkąt w „Found In the Street” (1986). Pat na początku lat 60. planuje sequel „The Price of Salt”, ale brak jej dobrego pomysłu. Inny lesbijski projekt, „Girls’ Book”, ewoluuje, ale jako „First Person Novel”, nie wychodzi poza szkic: bohaterka 50+ opowiada mężowi siedem, zaczerpniętych z biografii Pat, historii rozstań i miłości.

Ostatnia powieść to „Small g: a Summer Idyll” (1995). Jej bohaterowie, bywalcy (częściowo gejowskiego) klubu, powiązani są skomplikowanymi, homo i heteroseksualnymi relacjami. Highsmith, dotąd pokazująca destrukcyjną siłę umysłu, fałszywych wyobrażeń o sobie i innych – tu wykonuje woltę, pozwalając im żyć (ze) swymi fantazjami, potencjalnie nieszkodliwymi. Może to próba (po)godzenia się ze światem umierającej na białaczkę Pat albo ostatni sygnał autobiograficzności: wszak jej te przelewane na papier fantazje – w tym o Carol – pozwalały (prze)żyć. Odchodzi tak, jak chce – sama, w szpitalu. Pochowana na cmentarzu w szwajcarskiej Tegnie, gdzie spędziła ostatnie lata. Na pogrzebie nie ma żadnej eks.

***

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce.

This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, fi ndings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily refl ect those of the United States Department of State.

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Saint Laurent

Saint Laurent (Francja, Belgia 2014) reż. B. Bonello; wyk. G. Ulliel, J. Renier. Dystr. Kino Świat, premiera w Polsce: 12.12.2014.

 

fot. mat. pras.

 

Kilka miesięcy temu oglądaliśmy w polskich kinach biografię Yves Saint Laurenta, wyreżyserowaną przez Jalila Lesperta. Było to dzieło gładkie, nudne i konwencjonalne, pewnie i dlatego, że powstawało pod nadzorem wieloletniego partnera życiowego i biznesowego projektanta, Pierre’a Berge. Ten sam Berge próbował wstrzymać produkcję kolejnej biografii – tej, która właśnie wchodzi na nasze ekrany. Jej twórcy nie mogli wykorzystać żadnych prac ani projektów zmarłego w 2008 r. Saint Laurenta. Jak sami powiadają – musieli wszystko wymyślić od nowa. Co tak rozsierdziło Bergego? Trudno powiedzieć. W filmie Bertranda Bonella pełni on jak najbardziej pozytywną rolę anioła stróża, nie tylko dbającego o interesy i wizerunek sławnego kochanka, lecz także wyciągającego go z rożnych opresji, ratującego przed autodestrukcją i cierpliwie znoszącego wszystkie jego kryzysy oraz napady (w jednej ze scen Yves próbuje wręcz, pod wpływem środków odurzających, zabić Pierre’a). Bergego gra, znany z dzieł Ozona i braci Dardenne, Jeremie Renier. Niewątpliwie, film Bonella dużo odważniej niż wcześniejsza produkcja zgłębia ciemną stronę osobowości i biografii Saint Laurenta. Bez pruderii pokazuje jego uzależnienie od psychotropów, wędrówki po pikietach, także toksyczny romans z dandysem, Jacquesem de Bascherem, ktorego Yves dzielił z Karlem Lagerfeldem. Nie jest to klasyczna biografia, raczej kalejdoskop niechronologicznie ułożonych scen z rożnych okresów życia bohatera. Kinomanow zelektryzuje zapewne fakt, że starego Saint Laurenta gra Helmut Berger, aktor i kochanek Luchina Viscontiego. Wszystkich zaś niech zachęci do obejrzenia informacja, że grający Saint Laurenta młodego, Gaspard Ulliel prezentuje na ekranie naprawdę wszystkie swoje walory. (Bartosz Żurawiecki)

 

Tekst z nr 52/11-12 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Rozróba Pankowskiego

Pisarz opowiada o swoim życiu i twórczości, drodze z Sanoka do Brukseli. I kolekcjonowaniu gejowskich anonsów z szaletów publicznych

 

 

Piotr Marecki „Nam wieczna w polszczyźnie rozróba! Marian Pankowski mówi”, Korporacja Ha!art, Krakow 2011

Marian Pankowski, autor prekursorskiego i kultowego „Rudolfa” zmarł w kwietniu ubiegłego roku w wieku 92 lat. Przez ostatnie sześć lat życia był świadkiem odkrycia swego pisarstwa w Polsce, licznych omówień, nagród, wydawania i wznawiania kolejnych tytułów. Największa w tym zasługa Piotra Mareckiego, ostatniego wydawcy Pankowskiego, który także przeprowadził z pisarzem wywiad-rzekę ukazującą się właśnie jako ostatnie dzieło i jednocześnie swoisty testament autora „Pątników z Macierzyzny”.

Ta książka jest tak niezwykła, jak niezwykły był sam Pankowski. Z elegancją, ale jednocześnie naturalnością, opowiada o swoim życiu, poczynając od dzieciństwa i młodości w przedwojennym Sanoku, miasteczku wieloetnicznym, gdzie żyli obok siebie Polacy, Żydzi i Ukraińcy; rodzinie w której szczególną rolę odegrała matka; kultywowanej w domu tradycji socjalistycznej. Od początku w jego opowieści istotne jest wszystko, co uznawane za tabu, bo związane z ciałem i seksualnością. Dlatego zapytany o gimnazjum, przede wszystkim wspomina, jak na zebraniu szkolnego kołka polonistycznego uczeń mający przynieść wiejskie powiedzenie, wyrecytował: Łóżko trzeszczy/baba wrzeszczy/ chłop nie pyta/tylko pcha. Z typową dla siebie przekorą opisuje znajomość z kolegą ze studiów, Karolem Wojtyłą, którego zapamiętał przede wszystkim ze względu na jego wiecznie przetłuszczone włosy. Po latach znów mieli kontakt, Jan Paweł II oferował swą pomoc, gdyby Pankowski miał jakieś „problemy duchowe”. Znajomość urwała się, gdy pisarz wziął w obronę kleryków wyklętych przez władze kościelne za znalezione w ich komputerach zdjęcia pornograficzne.

W swojej twórczości Pankowski konsekwentnie szedł pod prąd, krytykował tradycyjne rozumienie polskości, ludowy katolicyzm, stereotypowy podział na kata i ofiarę. Także jako polonista zajął się marginesem mowy – przekleństwami i skatologią. W tej książce, on, więzień obozów koncentracyjnych, kilkakrotnie wspomina o „przystojnych esesmanach”, opisuje panujące w obozie stosunki homoseksualne między kapo i piplem. Bez oporów mówi o swoim „pierwszym razie”, wizycie u prostytutki, a jednocześnie kochanej platonicznie Ali, której dedykował pierwszy tomik wierszy. Nie mogło oczywiście zabraknąć opowieści o pierwowzorze Rudolfa, starszym mężczyźnie, Niemcu, zupełnie obłąkanym na punkcie swojej przeszłości seksualnej i romansów z mężczyznami. Zostawił on Pankowskiemu nie tylko erotyczną autobiografię, ale też liczne rysunki erotyczne, (dwa nich prezentujemy obok), również prezentujące bardzo realistycznie męsko-męski seks (patrz: ramka).

Po wojnie pisarz zamieszkał w Belgii, ale w przeciwieństwie do większości emigracji, nie miał czarno-białego spojrzenia na PRL. Pamiętając II RP potrafi ł dostrzec zalety powojennego awansu społecznego i dostępności kultury. Na tym tle rozeszły się jego drogi z Giedroyciem i paryską „Kulturą”. Regularnie publikował w Polsce, ale kolejne jego książki, zdecydowanie wyprzedzające swój czas, docierały jedynie do wąskiej grupy wtajemniczonych. Co zrozumieć mogła krytyka literacka w 1984 r. z „Rudolfa”? Niewiele, uznała go więc za pornografię. Problemy miał też z publikacją w kraju swojego bodaj najważniejszego dzieła „Matuga idzie” (1959): Proponowałem ją w Krakowie i powiedzieli mi: „Proszę pana, tam jednak są rzeczy takie, że ten numer nie przejdzie”. Potem rozmawiałem z Brandysem: „Panie Marianie, pan pisze wbrew nurtom literatury postępowej”. A Iwaszkiewicz: „Taka książka, z takimi słowami obrzydliwymi…”. Ostatecznie powieść ukazała się w 1983 roku w Lublinie.

Fantastycznym uzupełnieniem „Nam wieczna w polszczyźnie rozróba!” są liczne ilustracje, także skany listów od matki i korespondencji z wydawcami, okładki kolejnych edycji, legitymacje, reprodukcje portretów. Najważniejsze są jednak zdjęcia. Szczególnie, jeśli pamięta się Pankowskiego tylko jako siwego, dystyngowanego pana, niezwykłym doświadczeniem jest zobaczyć go w kolejnych okresach życia, gdy był delikatnym chłopcem, a potem młodym mężczyzną. Znakomite dopełnienie, a jednocześnie nowe otwarcie. Tym zresztą jest cała ta książka.

 

Tekst z nr 35/1-2 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Gra tajemnic

The Imitation Game (2014, Wielka Brytania), reż. M. Tyldum, wyk. B. Cumberbatch, K. Knightley, M. Goode. Dystr. Forum Film Poland, premiera w Polsce: 16.01.2015

 

mat. pras.

 

Alan Turing złamał kod niemieckiej Enigmy, ale z punktu widzenia Wielkiej Brytanii był przestępcą, bo był homoseksualny. „Gra tajemnic” to więcej niż porywający thriller

 

Porywający thriller o złamaniu kodu niemieckiej Enigmy, który jest jednocześnie czymś o wiele więcej niż tylko thrillerem. „Gra tajemnic” chwyta w pierwszej scenie i do ostatniej człowiek w napięciu siedzi, jak pisywał krytyk Zygmunt Kałużyński, „na brzeżku kinowego fotela”. Mimo że przecież główne fakty znamy i nie ma się co martwić: tak, w końcu złamią ten kod.

Szacuje się, że sukces brytyjskich kryptologów (jest też mowa o polskich) skrócił II wojnę światową o około dwa lata. Dokonała tego grupa, na czele której stał, tak się złożyło, gej. Genialny matematyk, który przy tej okazji wymyślił i skonstruował… pierwszy komputer. O jego homoseksualizmie (w Wielkiej Brytanii nielegalnym aż do 1967 r.) władze dowiedziały się w 1951 r. Turing w myśl ówczesnego prawa był przestępcą. Postawiono mu ultimatum – „terapia” hormonalna polegająca na chemicznej kastracji lub więzienie. By moc pracować, wybrał to pierwsze. Trzy lata później, wykończony „leczeniem”, popełnił samobójstwo. Z moralnego punktu widzenia, było to jednak zabójstwo – państwo brytyjskie zamordowało narodowego bohatera, a motywem była homofobia.

Jak świat mógłby dziś wyglądać, gdyby Alan Turing, ojciec współczesnej informatyki, niespełna 42-letni w chwili śmierci, spokojnie pracował przez następne dekady?

To właśnie Turing, brawurowo grany przez Benedicta Cumberbatcha, a nie Enigma, jest na pierwszym planie „Gry tajemnic”. Opowieść o łamaniu kodu sama w sobie ma wystarczający ładunek sensacji i zwrotów akcji, ale postać Turinga dopisuje jej nowe wymiary. Człowiek, dla którego utrzymywanie osobistej tajemnicy przed światem było dniem powszednim a jednocześnie człowiek niezwiązany wcześniej z polityką dostaje na barki przedsięwzięcie „tajniejsze od najtajniejszego” (z braku stosownej nazwy otrzymało klasyfikację „ultra”) i jest zmuszany, by nieść ciężar losów wojny, codziennie decydując o życiu lub śmierci tysięcy ludzi. Musi też dać sobie radę ze współpracownikami, a mówiąc delikatnie, nie jest stworzony do pracy w grupie. W tym wszystkim jest jeszcze bliska mu Joan Clarke (Keira Knightley), też outsiderka, bo kobieta wśród naukowców-mężczyzn. Ich zaręczyny – za pomocą których chciał chronić ją, nie siebie! – i późniejszy, dramatyczny coming out Turinga czynią z jego historii dramat szekspirowski.

Wielka Brytania potrzebowała poł wieku, by zacząć wprost mówić o tym, jak tragiczny los mu zgotowała, kierując się homofobią. Turing został pośmiertnie ułaskawiony przez królową Elżbietę dopiero w 2013 r.

Dzięki „Grze tajemnic”, słusznie obsypanej nominacjami do Oscarów i brytyjskich nagród BAFTA, szersza widownia może poznać tego niesamowitego człowieka, który padł ofiarą społecznego tabu. Dziś właśnie tyle można i trzeba zrobić: mówić o nim i pamiętać. Ten film, poprowadzony przez reżysera pewną ręką, ze scenariuszem precyzyjnym jak umysł bohatera, mocno was przeczołga. Wyjdziecie z kina na miękkich nogach.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jan Stanisław Witkiewicz „Rudolf Nurejew”

Iskry 2014

 

 

Bogato ilustrowana biografia tatarskiego tancerza Rudolfa Nurejewa (1938-1993) to dobre wprowadzenie do baletu na przykładzie historii jednego z najgłośniejszych przedstawicieli tej sztuki. Portret słynnego homoseksualnego artysty Witkiewicz zaczyna od końca – od jego śmierci na AIDS. Potem ukazuje życie – narodziny „w pociągu gdzieś w pobliżu jeziora Bajkał”, dorastanie zakochanego w tańcu chłopca w cieniu apodyktycznego ojca, pierwsze kroki w balecie, wreszcie sławę i ucieczkę z ZSRR a potem triumfy na największych scenach świata. Do tego wieloletni, burzliwy związek z innym tancerzem Erikiem Bruhnem, liczne zmiany kochanków, partnerek tanecznych, towarzystwa, uzależnienia (od alkoholu i od zakupów), kaprysy, wciąż nowe miasta, nowe domy… A na koniec odmowa przyjęcia do wiadomości śmiertelnej choroby. W tym wszystkim cały czas na pierwszym miejscu była pasja jego życia – taniec.

Witkiewicz jest wyraźnie wielbicielem swego bohatera, przedstawia go w sposób egzaltowany, buduje dramatyczne napięcie, które ociera się o kamp. Przytacza też ciekawe wypowiedzi osób związanych z tancerzem. Są też smaczki i anegdoty, jak np. ta o narastającym strachu Nurejewa przed kobiecością jako… wcieleniem wampiryzmu – bał się spotkać z Marleną Dietrich, bo… mogłaby przywiązać go do łóżka. Albo ta o pięknych dywanach, które kupował jak najęty, a potem nawet nie rozpakowywał, tylko od razu słał do magazynu.

Tę niezbyt obszerną pozycję – lektura na jeden wieczór, uzupełnia szczegółowe kalendarium życia Nurejewa. (PG)

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Lady Day, Lady Night

Billie Holiday – najjaśniejsza i zarazem najciemniejsza gwiazda w panteonie diw uwielbianych przez społeczności LGBT

 

 

W jednym refrenie potrafiła wyrazić więcej niż większość aktorek w trzech aktach. To zdanie wypowiedziane przez wielką gwiazdę francuskiego kina i teatru, Jeanne Moreau, widnieje na okładce polskiego wydania napisanej przez Julię Blackburn biografii Billie Holiday. A w środku książki można znaleźć i taką wypowiedź Bobby Tuckera, pianisty Holiday: Kiedy Ella Fitzgerald śpiewa „My man he’s left me” („Mój mężczyzna mnie opuścił”) wyobrażasz sobie, że wyszedł z domu, żeby kupić chleb. Ale kiedy śpiewa Lady, po prostu widzisz tego faceta, jak odchodzi ulicą. Spakował walizki i nigdy już nie wróci.

Córka nastolatków

Lady Day – tak nazwał Billie Holiday jej przyjaciel i współpracownik, saksofonista Lester Young. Ale Billie była raczej Lady Night. Królową nocnych klubów, bywalczynią podejrzanych spelun, rezydentką burdeli, narkomanką i alkoholiczką (podobno zresztą nie zasypiała przed piątą rano). Śpiewała głównie o miłościach złych, smutnych i beznadziejnych, o mężczyznach, którzy biją, oszukują, poniżają, zdradzają, ale których kocha się masochistycznie i rozpaczliwie. Ją samą ciągnęło do kombinatorów i alfonsów. Wikłała się w pełne przemocy – fizycznej i psychicznej – związki z facetami, których jej przyjaciele określali krótko mianem łajdaków i kretynów. Owe typy spod ciemnej gwiazdy pełniły także często rolę menadżerów Billie – żerowały na jej talencie, żyły z pieniędzy, które zarabiała śpiewaniem, ale też donosiły na nią do władz ścigających z całą surowością osoby zażywające narkotyki.

Niedawno ukazała się wreszcie w polskim tłumaczeniu, ponad 60 lat od pierwszego amerykańskiego wydania, autobiografia Billie Holiday „Lady Sings the Blues” („Lady Day śpiewa bluesa”). Autorem książki był de facto ghostwriter, William Dufty, który skompilował ją na podstawie rozmów z artystką. Gdy „Lady…” ukazała się w 1956 r., krytyka pisała jednak, że jest klarowna i szczera. Dufty’emu udało się bowiem zachować prosty, surowy sposób mówienia Billie. W 1972 r. na ekranach ukazała się filmowa adaptacja tych wspomnień, nominowana potem do pięciu Oscarów. W rolę Holiday wcieliła się słynna piosenkarka, Diana Ross, która własnym głosem zaśpiewała najsłynniejsze standardy swej bohaterki.

Inna sprawa, że nie wszystko, co znalazło się na kartach autobiografii, jest zgodne z faktami. Sama Holiday po ukazaniu się książki chwaliła się ponoć znajomym, że wcisnęła Dufty’emu różne bujdy. W wypowiedziach tych, którzy osobiście znali Billie, przewija się nawet opinia, że była patologiczną kłamczuchą. Nieścisłości znaleźć można już w pierwszym rozdziale – Billie, a właściwie Eleanora Fagan, urodziła się nie w Baltimore, lecz w Filadelfii. Jej matka, Sadie Fagan miała w momencie wydania na świat córki lat 19 (a nie 13), natomiast ojciec – muzyk Clarence Haliday (od którego przejęła potem jego sceniczny pseudonim, Holiday) niecałe 17 (nie zaś 15, jak możemy wyczytać w autobiografii). Niewątpliwie jednak jej rodzice byli jeszcze nastolatkami, nigdy zresztą nie sformalizowali związku i szybko się ze sobą rozstali.

Ponieważ Sadie Fagan, by zarobić na życie, podejmowała się dorywczych prac w różnych miastach Wschodniego Wybrzeża USA, przyszła Lady Day wychowywała się u krewnych matki, których wspomina bez sentymentu. W wieku 11 lat przeżyła próbę gwałtu i, choć była przecież ofiarą przestępstwa, oddano ją na kilka miesięcy do katolickiego domu poprawczego. Później zamieszkała z matką w Nowym Jorku, gdzie poznała świat czarnego Harlemu. Obie gnieździły się kątem w domu publicznym niejakiej Florence Williams i zajmowały się prostytucją. Po nalocie policji, w maju 1929 r., trafiły do więzienia.

Dziwny owoc

W drugiej połowie lat 20. XX w. zaczęła się jednak również kariera piosenkarska Eleanory Fagan, która wzięła imię Billy od swojej ulubionej aktorki, zapomnianej już dzisiaj Billie Dove. Śpiewała w nowojorskich klubach, a jej sława stopniowo rosła. Występowała i nagrywała z najlepszymi muzykami jazzowymi i bluesowymi swoich czasów, w tym ze wspomnianym już Lesterem Youngiem, Countem Basie czy Louisem Armstrongiem. Scenicznym znakiem rozpoznawczym Billie stały się białe gardenie, które przed koncertami wpinała we włosy.

Najważniejszym utworem w karierze Holiday okazał się, nagrany w 1939 r., „Strange Fruit”, napisany przez żydowskiego poetę, kompozytora i nauczyciela, Abela Meeropola pod pseudonimem Lewis Allan. Zainspirowały go zdjęcia przedstawiające ofiary linczów, jakich biała ludność Południa USA dokonywała na czarnoskórych mieszkańcach.

Dziwne owoce Południe ma na swoich drzewach

Krew cieknie im po liściach i wsiąka w korzenie

Czarne trupy tam bryza znad morza owiewa,

Dziwne owoce z topól zwisają nad ziemią.

Wytwórnia Columbia, z którą Holiday była w latach 30. i 40. związana kontraktem, uznała song za zbyt kontrowersyjny, ale pozwoliła go nagrać pod marką Commodore. Singiel z utworem trafił natychmiast na listy przebojów, w sumie sprzedano go w liczbie ponad miliona egzemplarzy. Według niektórych, „Strange Fruit” stało się też początkiem końca Billie, która z wokalistki śpiewającej melodyjne piosenki o miłości przeobraziła się w artystkę zaangażowaną. To właśnie z powodu tej pieśni i często wyrażanego, także na kartach autobiografii, sprzeciwu wobec segregacji rasowej służby miały tak zaciekle prześladować Holiday, która od początku lat 40. regularnie zażywała dragi.

Aresztowana

Ówczesny komisarz Federalnego Biura do spraw Narkotyków, Harry Anslinger, uważał, że narkoman jest psychopatą, zanim stanie się nałogowcem, trzeba go więc przykładnie ukarać. Billie Holiday, ze względu na swą sławę, była dla niego łakomym kąskiem. W maju 1947 r. stanęła przed sądem pod zarzutem posiadania „nielegalnych substancji” i została skazana na więzienie. Wyszła z niego w marcu 1948 r., a kilka dni później dała koncert w Carnegie Hall, który okazał się wielkim sukcesem. Tym niemniej, z powodu wyroku odebrano jej tzw. kartę kabaretową – bez niej nie mogła występować w klubach Nowego Jorku. By przeżyć (i spłacać długi swych facetów), musiała więc cały czas jeździć po Stanach i dawać koncerty często w mało reprezentacyjnych miejscach.

Potem jeszcze kilkakrotnie była oskarżana, przesłuchiwana i aresztowana pod zarzutem posiadania narkotyków. Ostatnie z tych aresztowań miało miejsce na… miesiąc przed śmiercią, 11 czerwca 1959 r., gdy pod szpitalnym łóżkiem Billie znaleziono torebkę z białym proszkiem.

Biografka Holiday, Julia Blackburn zarzuca Williamowi Dufty’emu, rzeczywistemu autorowi „Lady Day śpiewa bluesa”, że dla sensacyjnego efektu zanadto uwypuklił w książce narkotykowe problemy swej bohaterki. Billie niewątpliwie pochłaniała duże ilości dragów, ale niekoniecznie musiała być od nich uzależniona. To raczej alkohol, zwłaszcza pod koniec niedługiego życia (gdy zmarła, miała 44 lata), stał się jej nieodłącznym towarzyszem.

Niewątpliwie z autobiografii Holiday wyłania się potworny obraz Ameryki lat 30-50 ubiegłego wieku. Kraju, w którym świetnie miewa się rasizm. Billie często nie mogła, jako czarna, spać w hotelach, gdzie występowała, podczas występów na Południu nie wolno jej było korzystać z publicznych toalet, nie chciano jej i muzyków obsługiwać w restauracjach itd. Kraju, w którym służby specjalne inwigilują i prześladują swych obywateli, a osoby mające kontakt z „nielegalnymi substancjami” stają się wrogami publicznymi. To Ameryka zniszczyła Billie – powtarza w książce Blackburn kilku współpracowników pieśniarki. Co ciekawe, w „Lady Day śpiewa bluesa” z ponurym obrazem USA kontrastują ciepłe wspomnienia Holiday z tournée po Europie, gdzie narkomanów traktuje się w sposób cywilizowany i gdzie, przede wszystkim, jazz uważa się za sztukę, a jego wykonawców za artystów, a nie, jak w Stanach, za jarmarcznych dostarczycieli taniej rozrywki.

Lady les

W „Lady Day śpiewa bluesa” Holiday ujawnia również swe lesbijskie doświadczenia – już w wieku nastu lat, podczas pierwszego pobytu w więzieniu zaskarbiła sobie względy pewnej strażniczki, która lubiła panienki. Pojawia się też w książce mało, z dzisiejszej perspektywy, „poprawny” akapit: Jak dla mnie najważniejsza różnica między bogaczami ze śródmieścia, a tymi z biedniejszych dzielnic polega na tym, że ci drudzy są bardziej szczerzy. (…) Dla nich dziwka to dziwka, alfons to alfons, złodziej to złodziej, pedał to pedał, lesba to lesba, a zboczeniec to zboczeniec. Trzeba tylko pamiętać o tym, że były to czasy zdecydowanie przedemancypacyjne, a Billie słynęła z niewyparzonego języka. W innym miejscu książki wspomina jednak z czułością swego asystenta, którego nazywała Miss Freddy i który czasem chodził w jej sukniach.

Czy Billie Holiday była biseksualna? Nie powiem, że nie eksperymentowała, ale przecież jeśli ułożę podjazd przed domem, nie znaczy to, że jestem brukarzem – mówi w książce Blackburn Bobby Tucker. Z kolei pianistkę Memry Midgett fascynowała zdeformowana heteroseksualność Billie. Na pewno, przez jakiś czas Holiday przyjaźniła się z ekscentryczną, biseksualną aktorką, Tallulah Bankhead. Być może miały też romans.

Jakkolwiek wyglądało życie intymne naszej bohaterki, jedno pozostaje pewne – Billie Holiday to zarazem najjaśniejsza i najciemniejsza gwiazda w panteonie diw uwielbianych przez społeczności LGBT. No i nie zapominajmy, że w piosence „You Better Go Now” śpiewa tak:

You better go now/Because I like you much, too much/(…)/The night was gay with you

Słowo „gay” wydaje się tu użyte w znaczeniu „wesoły”, ale przecież czytelnikom i czytelniczkom „Repliki” nie będę tłumaczył, jaki sens ma „gay night”.

 

Julia Blackburn „Billie Holiday. Biografia”. Przełożyła Hanna Jankowska Wyd. W.A.B. Warszawa 2007

Billie Holiday, William Dufty „Lady Day śpiewa bluesa”. Przełożył Marcin Wróbel Wyd. Czarne. Wołowiec 2017

 

Tekst z nr 66/3-4 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

William J. Mann „Barbra Streisand. Cudowna dziewczyna”

wyd. G+J, 2013

 

 

Od razu zaznaczam: książka obejmuje tylko pierwsze pięć lat kariery Barbry. Biorąc pod uwagę, że na Zachodzie biografii Streisand jest bez liku, decyzja wydawnictwa, by przetłumaczyć akurat tę, jest co najmniej dziwna.

Otrzymujemy więc ponad 500 stron o życiu piosenkarki w latach 1960-1964. Już wtedy Barbra ciężko pracowała na status divy gejowskiej. Zaczęła od występów w nowojorskim klubie gejowskim Lion. W 1961 r., na 8 lat przed Stonewall, takie przybytki funkcjonowały raczej w podziemiu tylko dla wtajemniczonych – Barbra często była w Lion jedyną kobietą. Geje pokochali ją pierwsi, a ona nie pozostawała dłużna. Niemal wszyscy jej najbliżsi przyjaciele i mentorzy okazywali się homo- lub biseksualni. William J. Mann (sam tez wyoutowany gej) skrupulatnie opisuje te przyjaźnie. Streisand mawiała ponoć, że lubi męskich mężczyzn, ale z kobiecą wrażliwością. Niedziwne więc, że jej pierwszą miłością (z którą zresztą straciła dziewictwo) był niejaki Barre Dennen, którego później przyłapała w łóżku z innym facetem. Gdy poznała Elliota Goulda, przyszłego męża, odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że jest jednoznacznie hetero.

Sporą część książki stanowią nagrania pierwszych dwóch płyt Barbry oraz przygotowania i premiera musicalu „Zabawna dziewczyna”, z którego pochodzą takie perełki, jak „Don’t rain on my parade” czy nieśmiertelne „People”.

Wszystko pięknie, czekam jednak na pełną biografię B.S., a tę polecam z czystym sumieniem tylko zagorzałym streisandologom. Których zapewne wśród gejów nie brakuje. (AM)

 

Tekst z nr 46/11-12 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wielki Liberace

Behind the candelabra (2013), reż. S. Soderbergh, wyk. M. Douglas, M. Damon, dystr. Gutek Film, premiera w kinach: 30.11.2013

 

od lewej Scott (Matt Damon) i Liberace (Michael Douglas)                          mat. pras.

 

Michael Douglas nie mógł już dalej odejść od emploi jurnego samca ulegającego fatalnym zauroczeniom i nagim instynktom – w „Wielkim Liberace” gra przegiętego poza granice możliwości słynnego niegdyś pianistę z Las Vegas. Aktor „znika”, stając się Liberace; nie tylko zresztą dzięki wspaniałej grze, ale też charakteryzacji, fryzurze, bajecznym strojom.

To film biograficzny oparty na wspomnieniach Scotta Thorsona, który przez 6 lat był partnerem muzyka. Związek pozostawał oczywiście tajemnicą poliszynela. Coming out nie przychodził Liberace do głowy. Ba! Gdy jedna z gazet napisała, że jest gejem, muzyk wniósł pozew o zniesławienie i… wygrał. Prawdziwa przyczyna jego śmierci w 1987 r. – AIDS – też nie została podana do wiadomości. Thorson opublikował swą książkę rok później.

Scotty (również świetny Matt Damon) poznał Liberace w końcu lat 70. Pod wpływem pianisty, otaczającego go blichtru oraz prochów ten niewinny, rezolutny chłopak dość szybko przeobraził się w zblazowanego, uzależnionego, nieprzyjemnego typa. Po drodze mamy historię ich związku – relację „doświadczony mistrz z kasą i jego piękna muza”, która zamienia się stopniowo w piekło wzajemnych oskarżeń i zazdrości.

Steven Soderbergh („Ocean’s Eleven: Ryzykowsna gra”, „Erin Brockovich”) to fachowiec: „Wielki Liberace” jest skrojony bezbłędnie. Do tego rożne smaczki. Spodziewaliście się zobaczyć kiedykolwiek, jak Damon bzyka Douglasa? (MK)

 

Tekst z nr 46/11-12 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.