Spowiedź

O sześćdziesięciu latach zmagań z Bogiem i z homoseksualizmem, o adoptowanych synach, o warszawskich pikietach i o nowym życiu w Lambdzie z krytykiem sztuki Wojciechem Skrodzkim rozmawia Mariusz Kurc

 

foto: Grzegorz Banaszak

 

W 2012 r., w wieku 77 lat, zapisałeś się do Lambdy Warszawa. Dlaczego postanowiłeś zostać działaczem LGBT?

Działaczostwo przyszło później. Na początku poszedłem do Lambdy po pomoc.

Jaką?

Psychologiczną. Nie dawałem sobie rady z homoseksualizmem. Byłem krwawym ochłapem człowieka. Od lat w depresji. Dłużej już nie mogłem żyć w zakłamaniu.

Lambda pomogła?

Po jakichś sześciu miesiącach sesji z psycholożką Renatą Romanowską zacząłem czuć się lepiej. Cały ten ciężar jakoś odpłynął.

Wcześniej dusiłeś w sobie to, że jesteś gejem?

Mniej lub bardziej, miałem rożne etapy. Nie bez związku z religią. W wieku 17 lat, w klasie przedmaturalnej, zdałem sobie sprawę, że jestem homoseksualistą i że ta moja kondycja skazuje mnie na totalny konflikt zarówno w aspekcie ludzkim, jak i boskim. Ty mnie skazałeś na potępienie, więc cię odrzucam – powiedziałem Bogu w kościele. I odrzuciłem go. Moi znajomi z kręgów katolickich, którzy nie wiedzieli oczywiście o mojej homoseksualności, uznali, że uległem sowieckiej propagandzie.

Jednocześnie zaakceptowałeś siebie, tak?

Nie do końca. W czasie studiów, na historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, żyłem w zawieszeniu. Pamiętam przyśpiewkę studencką z tamtych czasów: „Nas jest dwunastu, was jest dwunastu, więc założymy klub pederastów”. Słuchałem z głupią miną, bo nie mogłem pokazać, że mnie to boli. Łudziłem się, że gdyby trafi ła się odpowiednia dziewczyna, to może udałoby się ten homoseksualizm przełamać. Bzdura! Nie robiłem w każdym razie nic, by poznać jakiegoś faceta. To zdarzyło się dopiero po studiach.

Jak?

W październiku 1959 r. poszedłem po raz pierwszy na pikietę. Wiesz oczywiście o tym blaszaku na Placu Trzech Krzyży, prawda? Orale odbywały się w jakichś koszmarnych sraczach albo w krzakach. To było dno ludzkiego upodlenia.

Plac miał tę zaletę, że wokół było dużo sklepów z wystawami, można było udawać, że się te wystawy ogląda i w ten sposób czekać na faceta do poderwania.

Były jeszcze łaźnie. Jedna – na Chmielnej przy Brackiej, z dwoma kabinami dwuwannowymi. Można się było umówić i wynająć kabinę. No, chyba że ktoś miał wolną chatę, ale ja nie miałem, poza tym to zawsze było ryzykowne.

Druga łaźnia to osławiona Mesalka vis a vis Kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. W środy od 9 rano do 12 Mesalka była tylko dla homo.

Skąd o tym wiedziałeś?

To po prostu się wiedziało. Mesalka wyglądała niesamowicie: ogromna podziemna przestrzeń, baseny, kabiny, mrok, jakieś reflektory gdzieniegdzie i przechadzający się nadzy faceci. Pamiętam też specjalną ławę do masażu. Słyszałem, że jak się masażyście da dodatkową forsę, to wyciąga bat i leje, całe rytuały sadomasochistyczne podobno tam odchodziły.

Co jeszcze? W bibliotece uniwersyteckiej, w toalecie, nad rzędem pisuarów były ogłoszenia. Np. „Szukam faceta do 27 lat, czekam tu i tu tego dnia”. Dwa razy stawiłem się w ustalonym miejscu i o ustalonej porze, ale nikt nie przyszedł. No, i jeździło się do Łowicza, wiesz o tym?

Po co do Łowicza?

O ile było cię stać na hotel. Dla ludzi takich jak ja, czyli z zameldowaniem warszawskim, wynajęcie hotelu w stolicy było zakazane. Z poznanym facetem wsiadało się wieczorem w ostatni pociąg do najbliższego hotelu, który był w Łowiczu.

I rano powrót do Warszawy?

Ja tylko raz tak obróciłem, ale to był cały zwyczaj. Ten mój facet rano wrócił do Warszawy, a ja polazłem oglądać kolegiatę łowicką i tam przeżywałem mistyczne uniesienia. Całe życie wadzę się z Bogiem i całe życie jestem zafascynowany sacrum.

A pikieta na Dworcu Centralnym?

Wtedy jeszcze nie było Dworca Centralnego! Pikieta była też pod hotelem Bristol, ale raczej tylko dla ludzi z większą forsą, z układami towarzyskimi – nie dla mnie. Podobno faceci bierni w seksie przechadzali się pod Bristolem z palcem w klapie marynarki. Ja tam nie przestawałem, ale w samym Bristolu spotkała mnie pewna przygoda.

Opowiesz?

To było w maju 1961 roku. Jeden z moich profesorów poprosił, bym zaniósł coś dla Paula Cazina, który zatrzymał się w Bristolu. Cazin to był wybitny francuski polonista i tłumacz z polskiego. Poszedłem tam i, co tu dużo gadać, zaczął się do mnie dobierać.

Odwzajemniłeś zaloty?

Zachowywałem się ambiwalentnie. Gdyby on mnie rajcował… Ale on miał 80 lat, a ja 26! Zaproponował, byśmy złożyli ślubowanie męskiej przyjaźni według starofrancuskiego, podobno rycerskiego rytuału, czyli skrzyżowanie penisów w erekcji. I zrobiliśmy to. Nie mam pojęcia, czy rzeczywiście taki rytuał istniał, czy Cazin go wymyślił.

Kontynuowaliście znajomość?

To był jeden wieczór. Nigdy go więcej nie zobaczyłem, ale pisaliśmy do siebie jeszcze przez dwa lata – do jego śmierci. On miał żonę i dzieci, ale mocno się chyba we mnie zadurzył. Na odkrytych pocztówkach przysyłał mi wyznania miłosne. Jeśli ktoś na poczcie znał francuski, to mógł się dowiedzieć…

Próbowałeś znaleźć kogoś na stałe?

Tak. Bez skutku. Raz byłem z facetem przez poł roku, później jakoś się to rozeszło. I tyle. Nie przeżyłem miłości, to jest moja katastrofa życiowa.

Próbowałem też być z dziewczyną. Poznałem jedną, z którą dobrze się rozumiałem, ale seks? Wymyśliłem, że może by się udało, gdybym uprzednio podniecił się myślami homoseksualnymi. Nic z tego nie wyszło. Erotyczna fascynacja znikała natychmiast, gdy przestawałem myśleć o facetach i skłaniałem się ku niej. Po kilku próbach straciłem złudzenia, że kiedykolwiek będę hetero.

Miałem też przyjaciółkę, malarkę, którą poznałem w Muzeum Narodowym, gdzie dyżurowałem na wystawie arrasów wawelskich. Była kobietą po operacji korekty płci. Zakochała się we mnie. Nigdy nie zapomnę, jak wpadła w ryk, gdy jej wyznałem, że jestem homoseksualistą. Co to było za wycie! Płakała, że może gdyby nie robiła sobie operacji i pozostała biologicznie facetem, to ja mógłbym z nią być. Straszne.

Dzięki niej poznałem Mirona Białoszewskiego. Zacząłem bywać u nich – u Mirona i jego Leszka – na pl. Dąbrowskiego. Pamiętam, że Miron sporo mówił o pani Nalepowej, do której jeździł na wakacje nad Bugiem. Mówię o tym, bo akurat o tej Nalepowej nie pisał w „Tajnym dzienniku”.

Zaprzyjaźniłeś się z Mironem i z Leszkiem?

Nie nazwałbym tego przyjaźnią, byłem jednym z wielu, którzy tam przychodzili.

Miałeś innych przyjaciół gejów?

Właśnie nie. Dotykasz tu tragicznego problemu: od czasu do czasu miewałem seks, ale z nim nie wiązała się żadna, choćby najmniejsza, relacja emocjonalna. Bardzo mnie to zrażało.

Spełniałeś się zawodowo?

Tak. W latach 60. i 70. byłem jednym z ważniejszych krytyków sztuki. Pisałem do „Twórczości”, do „Literatury”, do „Współczesności”. Bywałem regularnie na Biennale w Wenecji. Sporo podróżowałem, poznałem Austrię, Norwegię, Francję, Czechy, ZSRR. Zwiedziłem Europę w czasach, gdy mało kto wyjeżdżał. To były kulturalne olśnienia.

Próbowałeś szukać facetów za granicą?

Na przykład w Rzymie. Słyszałem, że słynne schody hiszpańskie są miejscem spotkań, więc się tam rozłożyłem na kilka godzin. Poderwał mnie jakiś Anglik, ale jednak mi nie odpowiadał, zrezygnowałem. I jeszcze przed pałacem Barberinich była w Rzymie pikieta. Jak widzisz, to wszystko było dość żałosne, a ja dojmująco potrzebowałem duchowości, co w końcu, w drugiej połowie lat 60., przywiodło mnie z powrotem do religii.

Wróciłeś do kościoła?

Zostałem buddystą. W 1966 roku poznałem artystę Andrzeja Urbanowicza, który z żoną Urszulą Broll prowadził ośrodek buddyjski zen w Katowicach. Przystałem do nich. Dzisiaj to jest normalka, ale wtedy buddyzm to była nowość. Jeździłem do nich co tydzień.

Jesteś buddystą do dziś?

Nie. Wróciłem na łono Kościoła katolickiego w 1973 r., ale przedtem muszę ci powiedzieć o innym ważnym wydarzeniu. W 1970 r. zaadoptowałem trzech chłopaków.

No to mnie zastrzeliłeś. Jak to się stało?

Moja znajoma, pani Anna Tatarkiewicz, opowiedziała mi o trzech chłopakach pochodzenia żydowskiego, których rodzice zmarli. Dwóch miało po 14 lat, bliźniacy, a trzeci – 12. Anna zapytała, czy nie chciałbym zostać ich prawnym opiekunem. Zgodziłem się.

Zamieszkałeś z nimi?

Nie. Mieszkali z babcią, a ja przychodziłem kilka razy w tygodniu. Bardzo się ze sobą zżyliśmy. Traktowałem ich praktycznie jak synów.

Przez cały okres opiekowania się nimi prowadziłem się sto procent czysto. Nie mogłem doprowadzić do sytuacji, że ktoś wrobiłby mnie w jakiś skandal. Zawiesiłem seks na kołku, a zyskałem synów.

A więc, ponieważ i tak żyłem w celibacie, to powrót do zasad zgodnych z nauką Kościoła katolickiego był łatwiejszy. Wydarzyło się jeszcze coś. W 1973 r. „Tygodnik Powszechny” opublikował zdjęcie całunu turyńskiego z twarzą Jezusa, które zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Przykleiłem je na ścianie nad stołem, wpatrywałem się godzinami i stała się rzecz niesamowita: poczułem jakby pulsowanie między mną a fotografią, jakąś niezwykłą energię. Po dwóch dniach musiałem to zdjęcie zdjąć, bo bym zwariował. Ale stwierdziłem, że w wierze chrześcijańskiej jednak jest prawda. Wymówiłem buddystom współwiarę i od razu zaczęły się problemy, których w buddyzmie nie było, czyli spowiedź. Spowiadałem się z masturbacji, mówiąc ogólnie o „grzechu nieczystości”.

Opiekowałeś się synami do ukończenia przez nich pełnoletności?

Dłużej. Dochodzimy tu do kolejnego granicznego momentu w moim życiu – do stycznia 1981 r. Oni wtedy do mnie wpadli, by powiedzieć, że nazajutrz wyjeżdżają za granicę i już nie wrócą. Załatwili sobie wyjazd do Wiednia na jakąś konferencję. Przyszli się pożegnać. To był dla mnie straszny cios.

Utrzymałeś z nimi kontakt?

Wylądowali w Australii. Piszemy do siebie do czasu do czasu, ale coraz rzadziej.

Powiedziałeś im, że jesteś gejem?

Tak, gdy już byli dorośli. Najstarszy, jeden z bliźniaków, powiedział: „Wiedzieliśmy od dawna, przecież ludzie gadali”. Zapytałem, czy to zmieniło ich stosunek do mnie, a on na to: „Tak. Na lepszy. Współczujemy twojemu cierpieniu”. Uważam, że zachowali się z wielką klasą.

Po ich wyjeździe.

Przyszedł drugi cios, zawodowy. Dosłownie trzy dni później: w Radziejowicach na posiedzeniu Stowarzyszenia Krytyków Sztuki został ogłoszony referat, w którym pracownicy pism wydawanych przez RSW Prasa, w tym ja, zostali określeni jako komunistyczni propagandyści. Siedziałem jak przebity mieczem.

Co to oznaczało?

Pozbawienie godności! Z piętnem „komunistycznego propagandysty” zostałem wyklęty.

Przestałeś pracować dla RSW Prasa?

Dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego. Wtedy znalazłem nową pracę. W katolickiej „Niedzieli”.

Z jednej strony zostałeś określony jako komunista, a z drugiej pracowałeś dla ultrakatolickiego tygodnika?

Paradoks, wiem. „Niedziela” była wtedy inna niż dziś – patriotyczna, opozycyjna, a nie ksenofobiczna. Z punktu widzenia etyki solidarnościowej można było tam pracować.

Jak długo tam pracowałeś?

Aż do emerytury. Urządzono mi pokój gościnny w Częstochowie, miałem tymczasowe zameldowanie. To były długie lata marazmu, hibernacji emocjonalnej, depresji, samotności. Nie mogłem ścierpieć kolejnych spowiedzi z „grzechu nieczystości”, a poznawanie facetów nie wchodziło w grę, pracowałem przecież w instytucji kościelnej, bałem się kompromitacji. Byłem jak w potrzasku.

W latach 90. zacząłem się powoli otwierać. Powiedziałem o sobie Cezaremu Gawrysiowi, dziennikarzowi katolickiemu. Poznaliśmy się w redakcji „Literatury” ze 40 lat wcześniej. W 1998 r. Cezary napisał o mnie reportaż, który ukazał się w „Charakterach”. Opowiedziałem o doświadczeniu bycia homoseksualistą, ale anonimowo. To był tylko quasi coming out. Za mało. Ja chcę dać możliwie jak najpełniejsze świadectwo, ten wywiad temu służy.

W 2009 r. ukazała się moja książka „Wizjonerzy i mistrzowie”, szkice o artystach. Zacząłem się odbijać od dna. Rok później wybrałem się na Paradę Równości. Chciałem zasypać tę wyrwę, jaką był brak homoseksualnych znajomości.

W 2010 r.? To trafiłeś na EuroPride.

Zabrałem stamtąd ulotkę o kościele Szymona Niemca. Zacząłem uczestniczyć w jego mszach. W końcu, jak mi się wydaje już na zawsze, zerwałem ponownie z Kościołem katolickim.

Złożyłeś apostazję?

To nieadekwatne słowo, apostazja zakłada odejście od wiary, a ja tylko zmieniłem obrządek. Ale owszem, wystąpiłem oficjalnie z Kościoła katolickiego.

I tak trafiłeś do Lambdy.

Woziłem się z tym dwa lata. W końcu zadzwoniłem na telefon zaufania. Po terapii ukończyłem kurs wolontariacki, chodziłem na spotkania środowej grupy wsparcia Łukasza Walewskiego. Lambda próbuje mnie też oduczyć niechętnego stosunku do kobiet.

Masz niechętny stosunek do kobiet?

No, tak.

I co ludzie w Lambdzie na to?

Michał Pawlęga (sekretarz zarządu – przyp. MK) mówi, żebym się nie wygłupiał.

Słusznie.

Ustawił mnie. Dzięki Lambdzie jestem gotowy mówić „tak” całemu naszemu środowisku i mam w nim oparcie.

Teraz prowadzisz w Lambdzie spotkania z artystami.

Tak. W kwietniu zaprosiłem mojego ulubionego artystę gejowskiego w Polsce – Karola Radziszewskiego. Zacząłem nowe życie.

 

Tekst z nr 43/5-6 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Michał Piróg „Wszystko jest po coś”

wyd. Czerwone i Czarne 2016

 

 

Autobiografia Michała Piróga „Chcę żyć” sprzed dwóch i pół roku musiała się dobrze sprzedać (gratulacje!), bo otrzymujemy właśnie drugą pozycję książkową znanego gwiazdora TVN i tancerza. „Wszystko jest po coś” to zbiór jego poglądów i tzw. życiowe porady. Piróg wspiera się anegdotami, ulubionymi powieściami czy filmami, ale nie stroni też od własnych doświadczeń, przytacza historie bliższych i dalszych przyjaciół.

Banalne – myślałem, czytając. Ale też przyszło mi do głowy, że oto polski celebryta, który publiczny gejowski i żydowski coming out zrobił już ładnych parę lat temu, jakimś sposobem umie te swoje „pięć minut sławy” przedłużyć, a jednocześnie zdaje się niespecjalnie iść na kompromisy z celebrycką normą, by się nikomu nie narażać. Owszem, naraża się – i to nie tylko jasną antyhomofobiczną postawą (fajnie pisze, jak doszedł do tego, że ukrywanie orientacji to jest strata czasu i atłasu). Apeluje również, ze powinniśmy zrewidować antyemigranckie nastroje (przecież sami jesteśmy narodem emigrantów), tłumaczy zaangażowanie w prawa zwierząt, w walkę z ksenofobią i antysemityzmem, w ekologię. Czyli taki dość „niepatriotyczny” pakiecik. (Piotr Klimek)

 

Tekst z nr 64/11-12 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jedna żółta róża

O związku Eleanor Roosevelt, żony 32. amerykańskiego prezydenta, z reporterką Loreną Hicock pisze Susan Quinn w nowo wydanej w USA książce „Eleanor i Hick. Miłosna historia, która ukształtowała Pierwszą Damę” Napisały do siebie ponad trzy tysiące listów. Ileż bym dała, by cię przytulić naprawdę, a nie na odległość. Nie mogę cię pocałować, więc właśnie pocałowałam twoją fotografię – pisała w jednym z nich

 

fot. mat. pras.

 

Tekst: Mariusz Kurc

Poznały się podczas pierwszej kampanii prezydenckiej Franklina Delano Roosevelta w 1932 r. Lorena była reporterką Associated Press (jedną z niewielu kobiet w tym zawodzie), przydzielono jej temat potencjalnej przyszłej Pierwszej Damy. Ich związek przetrwał całe 30 lat – do końca życia Eleanor. Lorena, która zmarła sześć lat później, w 1968 r., w testamencie zapisała swe papiery bibliotece Rooseveltów z adnotacją, że można je upublicznić 10 lat po śmierci. W ten sposób do archiwum trafi ło ponad 3 tysiące (!) listów między Hick, jak ją nazywano, a Eleanor. Wiele z nich czułych, romantycznych, miłosnych. Pierwsza badaczka, która dotarła do listów w 1980 r., stwierdziła, iż są tak „nieodpowiednie”, że powinny „pozostać zamknięte przez kolejne dekady”. Czekały więc cierpliwie na czasy, gdy atmosfera będzie mniej homofobiczna, a miłość homoseksualna przestanie być postrzegana jako z gruntu skandaliczna. Kolejni biografowie i biografki Eleanor coraz częściej wspominali o tej „niezwykle głębokiej przyjaźni”. W końcu zaczęto mówić śmielej. W 2014 r. na podstawie listów Eleanor i Hick wystawiono sztukę wg Terry Baum i Pat Bond. Panie, obie jawne lesbijki, napisały tekst jeszcze w latach 80. (Bond zmarła w 1990 r.). Terry, która wcieliła się w postać Hick, nadal w sztuce występuje.

A teraz pojawia się w USA pierwsze pełne kompendium wiedzy o związku Eleanor i Hick w formie książki Susan Quinn, która zadziałała trochę jak Krzysztof Tomasik i jego „Homobiografie”. Quinn odważyła się nazwać sprawę po imieniu i słowo „love” wybiła nawet w samym tytule.

Kocham cię, uwielbiam cię

W sierpniu 1932 r. Franklin Delano Roosevelt wyruszył na wiece wyborcze specjalnym pociągiem, którym pokonał w sumie ponad 12 tysięcy kilometrów. Towarzyszyła mu nie tylko żona, ale i cała grupa dziennikarzy, wśród nich jedyna kobieta – Lorena Hickok. Eleanor zwróciła na reporterkę uwagę po tym, jak asystentka opowiedziała jej o trudnym dzieciństwie Hick. Panie zbliżyły się do siebie i już niebawem Lorena była wtajemniczana w sprawy, o których inni dziennikarze mogliby marzyć. Nigdy jednak swej wiedzy nie wykorzystała, pozostała zawsze lojalna wobec Eleanor. Autocenzurowała artykuły o kampanii Roosevelta. Po kilku miesiącach Eleanor tak zaufała Hick, że dała jej nawet do przejrzenia inauguracyjną mowę męża po jego wyborze na prezydenta, zanim ten ją wygłosił. Nie lada gratka dla każdego reportera – ale Hick zachowała tekst dla siebie. Jednak gdy konflikt interesów narastał, przestała pracować dla Associated Press. Zaczęła zresztą być tak stałą gościnią w Białym Domu, że praktycznie w nim zamieszkała. Jej obecność ani częste wyjazdy z Pierwszą Damą nikogo nie dziwiły, bo taki był cały styl prezydenckiego małżeństwa – ciągle w towarzystwie wielu osób.

Listy Eleanor i Hick szybko nabrały miłosnego charakteru: Hick, kochanie! Jak dobrze było usłyszeć twój głos. Jimmy był obok, więc nie mogłam powiedzieć mojego zwyczajowego ‹je t’aime, je t’adore› (Kocham cię, uwielbiam cię), a bardzo chciałam. Zawsze mówię to w myślach, kładę się spać myśląc o tobie – pisała Eleanor 6 marca 1933 r., dwa dni po zaprzysiężeniu Roosevelta na prezydenta.

7 marca: Hick, kochanie, tak bardzo chcę cię objąć. Pierścionek od ciebie jest jakimś pocieszeniem w czasie twej nieobecności. Patrzę na niego i myślę ‹tak, ona mnie kocha›, bo przecież inaczej nie miałabym go na palcu.

9 marca: Och, ileż bym dała, by cię przytulić naprawdę, a nie na odległość. Nie mogę cię pocałować, więc właśnie pocałowałam twoją fotografię. Dobranoc i zarazem dzień dobry już na jutro.

Tęsknię za tobą tak, że odczuwam wręcz fizyczny ból – odpowiadała Hick. Obowiązki obu kobiet nie pozwalały na dużo wspólnego czasu, ale często udało im się wyrwać choćby na dwudniowe wypady (Eleanor miała prawo jazdy, co też nie było częste w tamtych czasach wśród kobiet; Hick zrobiła je niedługo później).

Eleanor zapoznała też Hick z kręgiem swych przyjaciółek, wśród których prym wiodły lesbijki, m.in. dwie pary: Nancy Cook i Marion Dickerman oraz Esther Lape i Elizabeth Read. Z pierwszą z nich Eleanor założyła nawet niewielką… firmę meblarską.

Hick

Lorena Hickock urodziła się w 1893 r. Gdy miała 10 lat, przeprowadziła się wraz z rodziną do miasteczka Bowdie w Południowej Dakocie. Trzy lata później jej mama zmarła. Gdy ojciec, nadużywający alkoholu tyran, znalazł nową żonę, Lorena musiała radzić sobie sama, została praktycznie przez tatę wyrzucona. Najpierw pracowała po domach jako pomoc do wszystkiego. Potem przygarnęła ją ciotka. Lorena skończyła liceum i zaczęła zdradzać talent dziennikarski. Zaczepiała się w kolejnych lokalnych gazetach (dla „Milwaukee Sentinel” przeprowadziła m.in. wywiad z Ignacym Paderewskim!). W Minneapolis, dokąd się przeprowadziła, znalazła swą pierwszą wielką miłość – dziennikarkę Ellę Morse. Były razem 8 lat. Ella rzuciła Lorenę i wróciła do swego byłego chłopaka, którego szybko poślubiła. Zdruzgotana Hick postanowiła wyprowadzić się. Trafi ła do Nowego Jorku. Pracę w Associated Press zdobyła w 1928 r. Gdy poznała Eleanor, dobiegała czterdziestki.

Eleanor

Eleanor była prawie 9 lat starsza. W przeciwieństwie do Hick, urodziła się w zamożnej i wpływowej rodzinie. Gdy miała 17 lat, jej wujek Theodore został prezydentem USA. Ale, podobnie jak Hick, dzieciństwo miała naznaczone tragediami. Była ośmiolatką, gdy na dyfterię zmarła jej mama, dziesięciolatką – gdy tata alkoholik w napadzie delirium rzucił się z okna. Po śmierci rodziców Eleanor wychowywała surowa babcia, która zapewniła wnuczce dobrą edukację. Przyszła Pierwsza Dama zawsze wspominała wspaniałą nauczycielkę Marie Souvestre, zakochaną w sztuce feministkę i lesbijkę.

Za swego dalekiego kuzyna Franklina wyszła, gdy skończyła 21 lat i przez następną dekadę praktycznie nie wychodziłam z domu. Była albo w ciąży, albo świeżo po połogu. Urodziła szóstkę dzieci, czterech chłopców i dwie dziewczynki. Gdy Stany Zjednoczone zaangażowały się w I wojnę światową, Eleanor zgłosiła się do pomocy jako wolontariuszka. Działalność poza domem otworzyła ją mentalnie na świat. Rok później Eleanor przeżyła wielki życiowy zawód: dowiedziała się o romansie męża z sekretarką, prawdopodobnie zresztą nie pierwszym (i zupełnie, jak pokaże przyszłość, nieostatnim). Załamał jej się grunt pod nogami, ale pozostała przy mężu, którego atak polio trzy lata później przykuł na zawsze do wózka inwalidzkiego.

To skomplikowane

O ile seksualność Hick jest dość prosta do „rozszyfrowania” – była po prostu lesbijką, o tyle z Eleanor sprawa jest bardziej skomplikowana. O stosunku seksualnym Pierwsza Dama wyraziła się, że to coś, co trzeba jakoś przetrzymać. Ile było fizyczności między nią a Hick – nie wiadomo, na ten temat panie w listach albo milczały, albo, co prawdopodobne, najbardziej namiętne listy Hick spaliła (bo jakieś spaliła na pewno). Wprawdzie przyjaźnie z lesbijkami i miłość do Hick wskazywałyby na homoseksualność, ale Eleanor, będąc już w średnim wieku, przeżyła również co najmniej dwie miłości do mężczyzn. Obaj byli znacznie młodsi. Jeszcze przed poznaniem Hick zakochała się w o 12 lat młodszym Earlu Millerze, swym ochroniarzu. Natomiast niedługo po II wojnie światowej (i po śmierci męża) – w swym lekarzu Davidzie Gurewitschu. Miała 63 lata, David – 45. Czy ich związek miał aspekt seksualny, czy był „tylko” głęboką przyjaźnią lub miłością platoniczną – znów nie wiadomo. Wiadomo jednak, że gdy kilka lat później David poznał kobietę, która została jego żoną, Eleanor była bardzo zazdrosna, zanim zaakceptowała stan rzeczy. Kilka lat później Gurewitschowie i Roosevelt kupili razem kamienicę, do której się wprowadzili. Eleanor była do końca życia sąsiadką Davida, została przyjaciółką jego żony. Regularnie widywała też Hick.

Pierwsza Dama Świata

Eleanor Roosevelt zrewolucjonizowała „urząd” Pierwszej Damy. Nie była żoną stojącą u boku lub w cieniu męża. Przez cały, 12 letni okres prezydentury Roosevelta (wygrał wybory czterokrotnie i dopiero po nim ustanowiono pułap maksymalnie dwóch kadencji), Eleanor miała napięty do granic grafik. Była pierwszą Pierwszą Damą, która zwoływała konferencje prasowe, pierwszą Pierwszą Damą, która występowała na konwencjach partyjnych (Partii Demokratycznej). Przemierzyła Stany wzdłuż i wszerz, spotykając się z mieszkańcami kraju pogrążonego w Wielkim Kryzysie. Była tez stale obecna w prasie – przez 6 dni w tygodniu (!) publikując felietony pod nazwą „My Day” („Mój dzień”).

Wspierała projekty mające na celu likwidację segregacji ze względu na kolor skóry i poprawę sytuacji najbiedniejszych (szczególnie na terenach górniczych dotkniętych największą ekonomiczną zapaścią). Podczas wojny wielokrotnie przypominała, że nie powinniśmy mówić, iż walczymy przeciwko faszyzmowi i komunizmowi, ale raczej, iż walczymy o demokrację i prawa człowieka.

W 1945 r., już po śmierci Roosevelta, jego następca Harry Truman zaproponował Eleanor stanowisko delegatki USA do Zgromadzenia Narodowego właśnie utworzonej wielkiej międzynarodowej organizacji, czyli Organizacji Narodów Zjednoczonych. W kwietniu 1946 r. Eleanor Roosevelt została pierwszą przewodniczącą Komisji Praw Człowieka ONZ. Odegrała kluczową rolę w przygotowaniu i zatwierdzeniu Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (PDPR została przyjęta w 1948 r. przy ośmiu głosach wstrzymujących się, m.in. Polski). To właśnie dzięki pracy w ONZ Eleanor Roosevelt zyskała nowy przydomek: Pierwszej Damy Świata. Działała w dziesiątkach spraw/komitetów/organizacji do śmierci w 1962 r., w wieku 78 lat.

***

Jej związek z Hick miał w czasie tych 30 lat różną intensywność, ale panie pozostały sobie bliskie, wymiana listów była nieprzerwana. Wnuki Eleanor wspominają, że Hick miała dość groźną aparycję – nosiła workowate spodnie, męskie koszule, była wysoka, miała nadwagę, włosy na brodzie i zwykle rozczochraną fryzurę. Ale jeśli ktoś przebił się przez tę fasadę, odkrywał ciepłą, empatyczną osobę, w swych późnych latach – autorkę książek dla dzieci.

Hick przeżyła Eleanor, jak wspomniałem, o sześć lat. Co roku, w rocznicę śmierci ukochanej, przyjeżdżała na jej grób i kładła na nim zawsze jedną żółtą różę, symbol ich miłości.

 

***

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce.

This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, fi ndings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily refl ect those of the United States Department of State.

 

Tekst z nr 64/11-12 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Michał Głowiński „Carska filiżanka”

wyd. Wielka Litera 2016

 

 

Wybitny literaturoznawca i językoznawca Michał Głowiński publikuje zbiór szesnastu opowieści wspomnieniowych. Można je czytać jako swoisty suplement do wydanych sześć lat temu autobiograficznych „Kręgów obcości”, w których naukowiec, wtedy 75-letni, po raz pierwszy napisał o swej homoseksualności. W „Carskiej filiżance” opowieści ułożone są chronologicznie i obejmują okres od dzieciństwa naznaczonego wojną i Holocaustem (Głowiński przebywał w warszawskim getcie żydowskim, później ukrywał się z matką na wsi, w końcu trafi ł pod opiekę zakonnic w Turkowicach) do wieku średniego autora.

Cztery opowieści zawierają wątki gejowskie. „Helmut” to wstrząsająca historia Niemca zesłanego za homoseksualizm do Auschwitz, gdzie poznaje on Dawida, znajomego Głowińskiego. Pozostałe trzy opowiadania mają wspólny mianownik: są wspomnieniami z traumatycznej młodości, gdy brak samoakceptacji i wszechobecna, choć przezroczysta jak powietrze, homofobia skutecznie zatruwała życie: Byłem swą kondycją przerażony i cały wysiłek inwestowałem w to, by nikt się nie dowiedział, by mnie nie przeniknął i nie zdemaskował; wstydziłem się siebie. Byłem niemal pewien, że całe swe życie przebieduję w skrajnej samotności i nigdy nie zaznam tych rozkoszy, o których tyle gadają moi koledzy.

„Rysunek” traktuje o niewypowiadalnej fascynacji szkolnym kolegą Karolem. „I ja miałem nieprzespane noce” to zapis wakacyjnego wspomnienia przepełnionego pożądaniem wobec Zbyszka – pożądaniem tak przemożnym, że dosłownie bolesnym. Natomiast „Bar Ganimed” to studium trudu choćby symbolicznego wyjścia z szafy. Bohater jest w zachodniej metropolii, orientuje się, że tu, w przeciwieństwie do PRLu, istnieją jawne kluby gejowskie, wybiera się do jednego z nich i… nie jest w stanie wejść do środka. Krąży po okolicy, co rusz podejmując kolejne próby.

Głowiński pisze w sposób precyzyjny i elegancki. Zawsze taktowny, subtelny, nigdy dosadny. Przy okazji „Kręgów obcości” Błażej Warkocki pisał, że fakt, iż ktoś o takiej pozycji w świecie naukowym, a jednocześnie tak powściągliwy, jak Michał Głowiński, decyduje się ujawnić homoseksualność, najlepiej świadczy o postępującej w Polsce emancypacji LGBT. Z „Carską filiżanką” jest podobnie. (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Śmierć i życie Pasoliniego

Poeta, pisarz, reżyser filmowy, dramaturg, teoretyk kina i literatury, dziennikarz, malarz, filozof, działacz polityczny…

 

Fot. mat. pras.

 

Tekst: Bartosz Żurawiecki

Ciało Piera Paolo Pasoliniego znaleziono o świcie, 2 listopada 1975 r. na plaży w Ostii. Było zmasakrowane i częściowo nadpalone. Nieco wcześniej karabinierzy zatrzymali niedaleko Rzymu pędzący z nadmierną prędkością samochód marki Alfa Romeo. Jechał nim 17-letni Giuseppe Pelosi, trudniący się prostytucją. Zeznał, że zabił Pasoliniego, a następnie ukradł jego auto. W Ostii zginęła jedna z największych osobowości światowego życia intelektualnego. Poeta, pisarz, reżyser filmowy, dramaturg, teoretyk kina i literatury, dziennikarz, malarz, filozof, działacz polityczny…

Ostatni dzień

1 kwietnia wchodzi na polskie ekrany film „Pasolini”, w którym amerykański reżyser Abel Ferrara próbuje zrekonstruować ostatni dzień z życia artysty – od pobudki w rzymskim mieszkaniu do śmierci na plaży. Okoliczności tej śmierci nie zostały zresztą do końca wyjaśnione i budzą nadal wiele wątpliwości. Pelosi twierdził na procesie, że działał sam – zabił Pasoliniego, bo ten chciał go wykorzystać seksualnie przy użyciu drewnianego kija. Chłopak odmówił, reżyser go uderzył, Giovanni zaczął uciekać, a następnie zaatakował biegnącego za nim Piera Paolo kawałkiem stołu. Od początku jednak powątpiewano, by jeden nastoletni chłopak mógł tak straszliwie skatować silnego, 53-letniego mężczyznę.

W 2005 r., po wyjściu z więzienia, Pelosi zmienił zeznania. Powiedział, że wziął na siebie winę, gdyż jego rodzinie grożono śmiercią. Tak naprawdę, Pasoliniego zabiło trzech mężczyzn mówiących z sycylijskim akcentem i wyzywających reżysera od „ciot” i „brudnych komunistów” (tę wersję wydarzeń pokazuje fi lm Ferrary). Mieli oni należeć, według Pelosiego, do jednej z neofaszystowskich partii. Czy było to więc morderstwo polityczne, jak twierdziło wielu przyjaciół i współpracowników artysty? Słynny włoski reżyser, asystent Pasoliniego podczas realizacji filmu „Włóczykij”, Bernardo Bertolucci uważa, że dokonano go na zlecenie rządzącej wówczas Włochami Chrześcijańskiej Demokracji. Pasolini w felietonach pisanych na łamach „Corriere della Serra” wskazywał bowiem na powiązania jej liderów zarówno z mafią, jak i z neofaszystami, zamieszanymi w terrorystyczne ataki m.in. w Mediolanie (w 1969 r. bomba podłożona w Narodowym Banku Rolnym zabiła 17 osób, a 88 raniła).

Jest w tej sprawie jeszcze kilka innych tropów i niejasności. Niewątpliwie, gwałtowna śmierć Pasoliniego stała się aż nazbyt dobitnym podsumowaniem jego gwałtownego, bogatego życia (notabene „Una vita violenta” to tytuł jednej z napisanych przez niego powieści). Dodatkowy kontekst do tego, co rozegrało się na plaży w Ostii, dopisał ostatni fi lm artysty – „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, który miał premierę trzy tygodnie po zabójstwie. To adaptacja dzieła Markiza de Sade, przeniesiona w rok 1944 do faszystowskiej Republiki Salo, której notable porywają grupę młodych dziewczyn i chłopców, by poddać im okrutnym rytuałom seksu i przemocy. Wciąż szokujący dla wielu widzów film do dzisiaj ma spore problemy z trafieniem na ekrany kin studyjnych, a zwłaszcza telewizji.

Włóczykij

Pasolini urodził się w 1922 r. w Bolonii w rodzinie wojskowego. Dorastał w okresie faszyzmu, w 1942 r. opublikował na własny koszt swój pierwszy tomik wierszy napisanych w języku friulskim, którego nauczył się w młodości i który pielęgnował w swojej wczesnej poezji. Przełom światopoglądowy nadszedł dla Piera Paolo w czasie wojny, zwrócił się wtedy ku komunizmowi, w dużej mierze w proteście przeciwko faszystowskim poglądom ojca. Po wojnie, w Cesarei, gdzie uczył literatury włoskiej, wstąpił do partii komunistycznej, z której jednak został wydalony w 1949 r. po homoseksualnym skandalu, być może sprowokowanym przez przeciwników politycznych z Chrześcijańskiej Demokracji. Oskarżony o uwiedzenie 16-letniego ucznia i nieobyczajne zachowanie w miejscu publicznym stanął przed sądem (był to pierwszy z ponad trzydziestu procesów, jakie mu wytaczano pod zarzutami m.in. „szerzenia pornografii”, „obrazy uczuć religijnych” i „deprawacji nieletnich”). I chociaż został uniewinniony, infamia, który go dotknęła w miasteczku, spowodowała, że wraz z matką, Susanną (najważniejszą osobą w życiu Piera Paolo) przeniósł się do Rzymu. Tu, w połowie lat 50., odniósł sukces jako powieściopisarz. Autor książek z życia młodego proletariatu, chłopców ulicznych, których opiewał w swojej twórczości i którym pozostał wierny, jak się okazało, aż do śmierci.

Oni są także bohaterami debiutanckiego filmu Pasoliniego zatytułowanego „Accatone” („Włóczykij”), a nakręconego w roku 1961. Wielkim sukcesem i skandalem zarazem okazała się nowela „La ricotta” („Twaróg”) z filmu „RoGoPag” (1963). Jej akcja dzieje się na planie filmu o Chrystusie. Jeden ze statystów, ubogi plebejusz, zaangażowany do odegrania roli „dobrego łotra” ukrzyżowanego razem z Jezusem, naprawdę umiera na krzyżu, gdyż z głodu obżarł się tytułowego twarogu. Za „bluźnierstwo”, jakiego dopuścił się w tym filmie Pasolini, skazano reżysera na cztery miesiące w zawieszeniu.

Chrystus, Marks i Freud

Pasoliniego atakowano i z prawa, i z lewa. Chodził bowiem własnymi intelektualnymi i artystycznymi ścieżkami, nigdy nie pozwolił się zamknąć w klatce jakiejś ideologii czy dogmatu. Nigdy nie stał się konformistą, nie schlebiał ani opinii publicznej, ani żadnej z opcji politycznych, choć zarazem pozostawał wierny lewicowym przekonaniom. Łączył marksizm z teologią chrześcijańską i psychoanalizą (uważał, że Jezus Chrystus, Karol Marks i Sigmund Freud to najważniejsze postacie zachodniej kultury). W 1968 r., w apogeum kontrkulturowego buntu, niespodziewanie oskarżył strajkujących studentów o to, że są spadkobiercami elit, częścią burżuazyjnego establishmentu; nazwał ich „nieodrodnymi dziećmi swoich tatusiów”. W wierszu „Nienawidzę was drodzy studenci…” pisał: Kiedy wczoraj, na Valle Giulla, tłukliście się/ z policjantami,/ ja byłem za policjantami./ Bo policjanci są dziećmi biedaków./ Pochodzą z subtopii, nieważne czy wiejskich, czy miejskich. Konsekwentnie Pasolini stawał po stronie proletariatu (dzisiaj nazywanego prekariatem), po stronie biednych, wykluczonych, pozbawionych realnej władzy i wpływu na rzeczywistość.

W 1964 r. przeniósł na ekran „Ewangelię według Mateusza” i zadedykował film Janowi XXIII, papieżowi z ludu, reformującemu wówczas Kościół katolicki. Dzieło zyskało zresztą przychylność Watykanu, mimo że pokazuje Chrystusa jako lewicowego rewolucjonistę. Z postaci Chrystusa, granego przez pięknego hiszpańskiego studenta, naturszczyka, Enrique Irazoqui emanuje także nieodparta erotyczna siła, widać, że kamera jest w nim zakochana. Z kolei, rolę Matki Boskiej powierzył Pasolini swojej matce.

Ciekawy jest casus „Teorematu” (1968), parabolicznej opowieści o tajemniczym młodzieńcu, który niespodziewanie zjawia się w rodzinie bogatego przemysłowca, wchodzi w relacje seksualne ze wszystkimi członkami familii i doprowadza do jej rozpadu. Jest katalizatorem, który pomaga bohaterom uświadomić sobie bezsens własnej egzystencji. Każdy z nich musi teraz znaleźć swoją drogę, z dala od burżuazyjnych schematów i nawyków. Gość to postać, która „może być Chrystusem, ale może być też diabłem”.

Na festiwalu w Wenecji „Teoremat” otrzymał m.in. nagrodę Międzynarodowego Katolickiego Biura Filmowego. Także watykańskie media początkowo przyjęły film życzliwie, potem jednak zmieniły zdanie i zaczęły go ostro krytykować. Pasoliniego znowu oskarżono o bluźnierstwo, sąd „zaaresztował” film i na kilkanaście miesięcy wstrzymał dystrybucję we Włoszech.

Wyzwolenie

Wyzwolenie seksualne, wyswobodzenie ludzkiej seksualności z kulturowych zakazów i represji było jednym z kluczowych zagadnień w działalności Pasoliniego. W nakręconym w 1964 r. dokumencie „Zgromadzenie miłosne” reżyser wyszedł z kamerą na ulice, place, plaże Włoch, by zapytać napotkanych ludzi o rożne aspekty obyczajowości i życia erotycznego (padają też otwarte pytania o homoseksualizm). Sam zresztą nigdy się swej seksualności nie wypierał. Często obsadzał w filmach miłość swego życia – Ninetta Davoli, którego poznał, gdy ten miał 15 lat. Zostali kochankami, potem przyjaciółmi. Davoli pojawia się w filmie Ferrary i to niejako wielowarstwowo. Najpierw jako postać z biografii Pasoliniego grana przez Riccarda Scamarcio, potem we własnej osobie w sekwencjach inscenizujących niezrealizowany scenariusz PPP „Porno-Teo-Kolossal”. Partneruje mu wtedy… Scamarcio grający Davoliego grającego w filmie, który nigdy nie powstał.

Wielkim hymnem ku czci seksu i wszelkich form miłości erotycznej jest „trylogia życia”, na którą składają się: „Dekameron” (1971), „Opowieści kanterberyjskie” (1972) i „Kwiat tysiąca i jednej nocy” (1974). Te adaptacje klasycznych tekstów literatury emanują witalnością, pełne są plebejskiego humoru, radosnej obsceny i poetyckich obrazów. Choć nie brak w nich mrocznych akcentów (np. jedna z postaci „Opowieści…” zostaje skazana na śmierć za homoseksualizm), to jednak trylogia wyraźnie kontrastuje z okrucieństwem i fatalizmem „Salo…”. Ale też bez przesady można powiedzieć, że Pasolini był twórcą, który zamknął w swej twórczości cały świat – jego sprzeczności i kontrasty, idee i doświadczenia, jego duchowość i jego fizjologię.

 

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wyklęte rewiry

O monodramie „Jestem swoją własną żoną”, o dorastaniu w Lubaniu i o długiej drodze do akceptacji homoseksualności z aktorem Adamem Paterem rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

Foto: Lisa Miyako

 

Na scenie Teatru WARSawy występujesz w monodramie „Jestem swoją własną żonąwedług sztuki Douga Wrighta. Grasz słynną niemiecką transgenderową Charlotte von Mahlsdrof. Jak doszło do twojego z Charlottą spotkania?

Już pięć lat temu sztuka Wrighta, za którą dostał on m.in. Pulitzera, wpadła w ręce Karoliny Kirsz, mojej reżyserki. Ale nie było wtedy przestrzeni, żeby ją wystawić. I raptem, w zeszłym roku Teatr WARSawy zaproponował Karolinie zrobienie monodramu. Karolina wybrała mnie i tak zaczęliśmy pracować. Tekst Wrighta wydał się mi bardzo atrakcyjny pod wieloma względami, chciałem się z nim zmierzyć. Także dlatego, że oprócz głównej bohaterki pojawia się w nim trzydzieści parę innych postaci, w które muszę się wcielać.

Wcześniej wiedziałeś, kim była Charlotte?

Nie. Nie miałem o niej pojęcia. Ale gdy czytałem sztukę, od razu zawładnęła mną ogromna wolność tego człowieka, który przecież żył w dwóch reżimach – nazistowskim i komunistycznym. Charlotte była orędowniczką wolności i to odpowiadało mojej wewnętrznej potrzebie. Bardzo też ważny dla mnie, jako osoby homoseksualnej, był temat odrzucenia, niezrozumienia. Musiałem przefiltrować Charlottę przez swoje doświadczenia, swoje emocje, swoje poczucie rzeczywistości. Wykonaliśmy z Karoliną ogromną pracę intelektualną, rozczytując konteksty tej sztuki, których jest bardzo, bardzo dużo. Myślę, że gotowy spektakl to połączenie mojej i Karoliny wrażliwości, naszego spojrzenia na tę postać i na to, jak chcieliśmy o niej opowiedzieć.

Na scenie nie masz w sobie nic ze stereotypu trans. Jesteś facetem z brodą i w sukience. Nie idziesz w przegięcie czy papugowanie kobiecego wizerunku.

Tak to sobie od początku założyliśmy. Kobiecość i męskość każdy nosi w sobie, eksponowanie ich jest uwarunkowane kulturowo. Konstruując tę postać, byłem głęboko przekonany, że nie muszę się zasłaniać fatałaszkami, makijażem. Poza tym, w tekście jest też napisane, że Charlotte w niczym nie przypomina stereotypu. Nie jest wymalowana, chodzi w ortopedycznych butach, a nie na szpilkach etc. Mam więc na sobie sukienkę i buty z małym obcasikiem. To wszystko. Perspektywy kobiecej muszę szukać w sobie.

Charlotte urodziła się w Niemczech weimarskich, dorastała w Niemczech nazistowskich, przeżyła wojnę, została w NRD. My obaj urodziliśmy się w PRL-u, ty w małej miejscowości, niedaleko granicy z Niemcami, Lubań Śląski. Jak wyglądało twoje dorastanie, dorastanie homoseksualnego chłopca w peryferyjnym miasteczku?

Wiesz co, ja tak głęboko ukryłem w sobie inklinacje homoseksualne, że nie było mowy, bym przeżywał dorastanie w zgodzie ze swoją orientacją.

Ale byłeś jej świadomy?

Oczywiście, od dziecka byłem świadomy. Od dziecka wiedziałem, co mnie interesuje. Czytałem ostatnio kilka comingoutowych opowieści ludzi, którzy wspominają dzieciństwo. Powtarza się w nich pewien wzorzec: każdy z nas był wyśmiewany, każdy z nas dostawał klapsy – dosłowne lub metaforyczne – za swoją inność, każdy wolał grać w gumę niż w piłkę. Ja też to wszystko przeżywałem. Grałem w gumę, ale tylko wtedy, gdy nikt nie widział.

Całkiem sam? Ja grałem z koleżankami.

Są jeszcze krzesła, o które możną tę gumę zahaczyć.

Wynikało to z tego, że spotykałeś się z wrogimi reakcjami? Czy też bałeś się samej myśli, że jesteś inny?

Dom, w którym wyrastałem, był nacechowany głęboką nietolerancją. A to budziło wewnętrzny strach przed konfrontacją z własnymi potrzebami. Poza tym, był to dom mocno katolicki. Moi koledzy bawili się na podwórku, a ja słyszałem: „Adaś, chodź na różaniec!”. Albo na roraty. Dlatego też przez wiele lat myślałem, że ten na górze mi pomoże, że to jest jakaś fanaberia, że można to wymodlić, żeby to się zmieniło i żebym był taki jak inni.

Lubań to generalnie bardzo biedne miasto, bardzo biedny okręg. Życie kręciło się tutaj wokół przetrwania. Po upadku komuny upadły też dwa wielkie zakłady. Tysiące ludzi z dnia na dzień potraciło pracę, nie mieli co do garnka włożyć. Rozwinęła się przestępczość, przemyt, ulicami zawładnęli chuligani. W mojej rodzinie zawsze było krucho z pieniędzmi. Mam takie zdjęcie zrobione zimą, gdy stoję w klapkach na nogach, bo nie było nas stać na porządne buty.

Broniłeś się jakoś przed tą opresją? Tworzyłeś sobie własny, alternatywny świat?

Tak, czułem desperacką potrzebę uciekania od tej rzeczywistości. Na przykład, potrafiłem godzinami siedzieć i czytać „Słownik wyrazów obcych”. Coś mi mówiło, że powinienem dużo wiedzieć, żeby stamtąd uciec. Kochałem się też skrycie w Limahlu. Miałem fryzurę na Limahla. Czułem potworną zazdrość, że to moją koleżankę, która też za nim szalała, nazywają „Limahlowa”, a nie mnie. (śmiech) Wiedziałem, że muszę z Lubania spierdalać. Zdałem maturę i następnego dnia byłem już we Wrocławiu. Pojechałem kompletnie w ciemno. Pierwszą noc spędziłem na dworcu.

I dostałeś się do szkoły aktorskiej?

Nie, skądże. Do szkoły aktorskiej dostałem się bardzo późno, w wieku 26 lat. Byłem najstarszym studentem na roku.

To co robiłeś przez ten czas?

Pracowałem w sklepie warzywnym, w knajpach, w klubie artystycznym. Piłem, ćpałem, myślałem o tym, żeby pójść na medycynę. Najkrócej mówiąc, doświadczałem. To był burzliwy i trudny okres, ale wtedy chyba najwięcej się nauczyłem. O życiu, o sobie, o ludziach. Popełniłem mnóstwo błędów, wówczas wychodziłem jednak z założenia, że jeśli się na swoim gównie nie poślizgniesz, to się na czyimś nie ślizgaj.

Erotycznie też doświadczałeś?

Trochę. Trafiłem po raz pierwszy do gejowskiej knajpy, nieistniejącego już „Oscara” we Wrocławiu, później był czas innego lokalu – „Sceny”. Po moim pierwszym razie z mężczyzną byłem siedem lat w związku z kobietą.

Wiedziała o twojej orientacji?

Tak. Teraz się zresztą bardzo z Agnieszką przyjaźnimy. Myślę, że nasz związek skończył się głownie właśnie z powodu mojej orientacji. Natury nie oszukasz.

Ile więc czasu zajęła ci samoakceptacja?

Ponad trzydzieści lat zajęło mi, żeby samemu ze sobą się poukładać. Gdy po raz pierwszy zakochałem się w mężczyźnie, postanowiłem wreszcie wyjść z szafy. Powiedziałem sobie, że już nigdy nie będę się bał, że najważniejsza jest moja wolność i że pierdolę to, czy ktoś mnie akceptuje, czy nie z powodu mojej seksualności. Zakłamywałem się, stary, naprawdę większą część swojego życia.

A zawodowo, jak ci się wiodło? Skończyłeś szkołę i

Miałem dużo szczęścia, od razu zacząłem grać w filmach. Najpierw w krótkich metrażach, zaraz potem zadebiutowałem u Wiesława Saniewskiego w „Bezmiarze sprawiedliwości”. Wszystko było dobrze. Przyjeżdżam do Warszawy, gram, występuję, wygrywam castingi i nagle, w ciągu dwóch tygodni, wyłysiałem. Wszyscy twierdzili, że mam raka. Leczyłem się osiem miesięcy, lekarze nie wiedzieli, na co mnie leczą. Przez osiem miesięcy właściwie nie spałem z powodu bólu. A po ośmiu miesiącach wszystko minęło, tak samo znienacka, jak się pojawiło.

Może to był fizyczny objaw twojej wewnętrznej walki?

Może. To był też czas rozstania z Agnieszką, niewykluczone, że tak to się na mnie odbiło. Ale wypaść z tego zawodu w takim momencie, gdy kończysz szkołę… Musiałem zaczynać od początku. Pojawiły się epizodyczne role w serialach i… znowu na trzy lata zrezygnowałem z grania, tym razem z powodu alkoholu. Zaangażowałem się wtedy w tworzenie teatru ON dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, wciągało mnie to coraz bardziej i coraz bardziej też czułem, że trudno mi będzie wracać do tego syfu, który jest wokół filmu, telewizji, także teatru. Do tych „osobowości”, z którymi musisz się spotykać, do rozmów w garderobie, kto był na jakim castingu i dlaczego nie dostał roli. Chciałem żyć, czytać, zwiedzać…

U niepełnosprawnych znalazłeś to, czego szukałeś?

Znalazłem bardzo dużo rzeczy. Odkurzyłem w sobie pasję odkrywania emocji ludzi. Miałem wtedy trudny czas – w jednym miesiącu odszedł mój facet, kontynuowałem terapię AA i umarł mój brat Tomek. Musiałem jednak pracować z niepełnosprawnymi, bo co ich to wszystko obchodziło? I pewnego dnia widzę osobę niepełnosprawną, która jest biedna, która jest wykorzystywana w pracy w MacDonaldsie, którą jej załatwiliśmy i opowiada mi o tym wszystkim, ale uśmiecha się i mówi: „Panie Adamie, niech się pan nie przejmuje, dobrze będzie!”. Sam siebie wtedy kopałem w dupę, bo jakie ja mam właściwie powody, żeby narzekać? To świetni ludzie, utalentowani. Wystawiają spektakle, Czechowa, komedie… Niektórzy z nich są lepsi aktorsko niż niejeden mój kolega, który skończył szkołę teatralną. Obecnie z kolei, poza graniem w teatrze, pracuję z osobami niepełnosprawnymi werbalnie, np. po wypadkach. Pomagam im odzyskać mowę. Gdy tak z tobą rozmawiam, nasuwa mi się myśl, że generalnie pcham się w te rewiry, gdzie jest jakieś wykluczenie, gdzie trzeba pomoc. Albo samemu się czegoś nauczyć. Próbuję teraz znowu wejść do obiegu, przypomnieć się reżyserom, dać sobie kolejną szansę, żeby wrócić na dobre do aktorstwa.

Monodram „Jestem swoją własną żonązostał bardzo dobrze przyjęty.

Owszem, choć, niestety, za rzadko go gramy. Ale „dobrze będzie, Panie Adamie”. Zawod aktora, poza syfem, o którym wspomniałem, jest też pięknym zawodem, dużo szczęścia dają mi spotkania z widzami. Na aktorstwie jednak świat się nie kończy.

 

Tekst z nr 56/7-8 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Homobiografie raz jeszcze

Dlaczego postanowiłem wrócić do swej książki sprzed ponad sześciu lat i poszerzyć właśnie ukazujące się drugie wydanie „Homobiografii” o kolejne postacie? Przez ten czas wiele zmieniło się w społecznym odbiorze homoseksualizmu znanych postaci z przeszłości

 

Tekst: Krzysztof Tomasik

 

Wznowienia skłaniają do podsumowań. Z jednej strony wydaje się, że było to tak niedawno, a z drugiej, że upłynęły lata świetlne. Tym bardziej, że historia wydanych w 2008 roku „Homobiografii” sięga dwóch lat wstecz, kiedy wstępną koncepcję późniejszej książki podejmującej wątki nienormatywnej seksualności w życiorysach ważnych pisarzy i pisarek zaproponowałem dwom wydawnictwom, niestety bez powodzenia.

Słowo „homoseksualizm” wisiało w powietrzu

Dowiedziałem się wówczas, że piszę wartko i ciekawie, ale klamra spinająca całość może spowodować „wiele ataków”, zarówno na mnie jako autora, jak i na wydawnictwo, więc abym pomyślał raczej nad biografią pojedynczego bohatera, np. Marii Konopnickiej, której setna rocznica śmierci przypadała w roku 2010. Słowo „homoseksualizm” wisiało w powietrzu, ale nie padło w wirtualnej rozmowie z redaktorem prowadzącym dział literatury faktu. Nie było potrzebne, w końcu wiadomo, co może spowodować ataki. Wkrótce jednak powstało Wydawnictwo Krytyki Politycznej i okazało się, że publikacja książki jest możliwa. Sam nie do końca wiedziałem, co z tego wyniknie, ale nie miałem wątpliwości, że podobna praca jest potrzebna. Premiera miała miejsce 24 kwietnia 2008 roku w Krakowie w czasie Festiwalu Kultura dla Tolerancji.

Trudno powiedzieć, że książka okazała się bombą, ale spotkała się ze sporym odzewem, pozytywne recenzje pojawiły się zarówno w prasie tzw. głównego nurtu („Polityka”, „Newsweek”), niszowych pismach literackich (spora część tych tytułów już się dzisiaj nie ukazuje), jak i raczkujących dopiero blogach książkowych. Zwracano przede wszystkim uwagę na temat, wciąż kontrowersyjny, szczególnie gdy mowa pisarzach i pisarkach znanych ze szkoły. Krytyka okazała się dość przewidywalna, większym zaskoczeniem był fakt, że jednym głosem przemówili panowie wywodzący się z rożnych środowisk: Tomasz Terlikowski („Gazeta Polska”), Piotr Semka („Rzeczpospolita”), Jerzy Sosnowski („Więź”), Dariusz Nowacki („Gazeta Wyborcza”). Wszyscy oni uznali książkę za szkodliwą, naruszającą granice życia prywatnego (Nowacki zobaczył nawet podobieństwo do portalu plotkarskiego Pudelek). Wkrótce okazało się, że przebił Kazimierz Bolesław Malinowski, recenzent „Lampy”, która była pismem bardzo otwartym na alternatywę, ale jak się okazało w ściśle wyznaczonych ramach. To, co poprzednicy ubierali w okrągłe słowa, Malinowski nazwał wprost: „niesmak”. Na tym nie koniec, samą tematykę homoseksualną ocenił jako „obyczajową ropę”, a zajmowanie się nią to tej ropy „ssanie”.

Bez pomijania

Z czasem książka zaczęła żyć własnym życiem, czytana i przywoływana w rożnych kontekstach („Homobiografie” zaistniały też w literaturze pięknej, powieściach „Koniec gry” Anny Onichimowskiej i „ości” Ignacego Karpowicza). Docierały do mnie głosy, że w wielu przypadkach pomogła podjąć temat seksualności ważnych postaci, wskazując jednocześnie, w jaki sposób można o tym pisać bez anachronicznego przemilczania z jednej strony i traktowania w kategoriach niezdrowej sensacji z drugiej. Chciałbym myśleć o „Homobiografiach” jak o części większego procesu, publikacja tej książki wraz z innymi tytułami, m.in. dziennikami Anny Kowalskiej czy Jarosława Iwaszkiewicza, sprawiła, że homoseksualność licznych pisarzy i pisarek jest przyjmowana jako niepodlegająca już dyskusji. W książce po raz pierwszy wprost zostało postawione pytanie o relację Marii Konopnickiej z Marią Dulębianką, z sugestią o charakterze lesbijskim tego związku. Niestety, badaczki podejmujące później ten wątek raczej zatrzymywały się wcześniej niż prowadziły go dalej. Nie spełniły się także moje nadzieje, że większość moich bohaterów i bohaterek doczeka się wkrótce całościowych, nowoczesnych biografii uwzględniających kwestię nienormatywnej seksualności.

Przełom w polskiej biografistyce nastąpił wraz z bestsellerem Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction”. Kampania medialna wokół książki, przemieniająca się momentami w nagonkę na autora, zaowocowała dość podstawową, ale jednak debatą o biografistyce, która pod pewnymi względami przypominała wcześniejsze o osiemdziesiąt lat spory wywołane przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Odważnie mierząca się z kontrowersyjnymi kwestiami w życiorysie Kapuścińskiego, książka Domosławskiego stała się wzorem tego, jak powinna wyglądać współczesna biografia wybitnej postaci. W efekcie nie ma już powrotu do naiwnej narracji i pomijania niewygodnych kwestii, w tym homoseksualizmu. Bodaj ostatnią, która próbuje reaktywować tego rodzaju podejście jest Magdalena Grochowska, bardzo konsekwentnie przemilczająca w „Giedroyciu” niemal wszystko, co mogłoby naprowadzić na temat homoseksualizmu nie tylko tytułowego bohatera, ale też osób z jego otoczenia (Kot Jeleński, Józef Czapski).

Nowe nazwiska

Inny element zmiany to coraz częstsze dostrzeganie wartości biografistyki, której sensem istnienia nie jest jedynie służebna rola w stosunku do literaturoznawstwa, a wielu polonistów tylko pod tym kątem oceniało „Homobiografie”. Mam nadzieję, że drugie wydanie tej książki powoli może być odbierane inaczej. To wciąż polemika z brązownictwem i fałszowaniem życiorysów ważnych dla Polski postaci, a także pokazanie na przykładach, w jaki sposób homoseksualność jest rugowana z naszej historii. Nie odcinam się od tego kontekstu, ale chciałbym, żeby czytano tę książkę także jako opowieść o ciekawych, wartych przypomnienia osobach, które, tak się akurat złożyło, nie były heteroseksualne. W ten sposób od początku byli dobierani bohaterzy i bohaterki, ale nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. „Homobiografie” nie miały być leksykonem o najważniejszych pisarzach homoseksualistach, dlatego w zestawie nie było Juliana Stryjkowskiego czy Mirona Białoszewskiego, za to znalazło się miejsce dla dużo mniej „ważnych”: Antoniego Sobańskiego czy Zofii Sadowskiej.

Tym tropem poszedłem także dobierając nowe nazwiska, jeszcze mniej oczywiste: Aleksander Janta-Połczyński, Zbigniew Uniłowski, Halina Lenczewska Antoni Borman, Wilhelm Mach oraz Anna Kowalska. Wszyscy oni są w dużej mierze zapomniani, ale warci przypomnienia, nie tylko ze względu na twórczość, ale także fascynujące życiorysy. Janta-Połczyński był pierwszym polskim reporterem, który z opisywania najbardziej egzotycznych zakątków świata uczynił swój zawód. Do tej pory nikt nie analizował wątków homoseksualnych w jego biografii, a jest co badać, bo profesjonalną karierę rozpoczął od wywiadu z lordem Douglasem, czyli kochankiem Oscara Wilde’a, który przeżył swego partnera o prawie poł wieku, a jedyne tematy interesujące odwiedzających go dziennikarzy to utracona uroda i romans z autorem „Portretu Doriana Graya”. Inny ciekawy wątek u Janty-Połczyńskiego to relacja ze znanym hinduskim tancerzem Ramem Gopalem, nazywanym „Niżyńskim z Indii”, którego Janta był także agentem pod koniec lat 30., potem rozdzieliła ich wojna. Z kolei Zbigniew Uniłowski najsilniej kojarzony jest z debiutancką powieścią „Wspólny pokój”, ale wciąż funkcjonują też plotki na temat jego romansów z wpływowymi mężczyznami, w tym Karolem Szymanowskim, który stał za awansem społecznym pisarza.

Halina Lenczewska i Antoni Borman to niezwykle barwna para małżeńska, która w latach 20. i 30. należała do śmietanki towarzyskiej Warszawy. On jako administrator i wydawca najważniejszego pisma w Polsce – „Wiadomości Literackich”, a ona jako publicystka i stylistka od trendów modowych. Już wówczas odkryli głośną dziś poliamorię, przy czym oboje gustowali w mężczyznach, najlepiej młodszych. Pod koniec lat 30. rozstali się, ale tylko oficjalnie, wciąż bowiem przyjaźnili się i wspierali, zarówno w sytuacjach dramatycznych (perypetie wojenne, choroby i śmierć), jak i radosnych (romanse Antoniego i kolejne małżeństwa Haliny, która w sumie cztery raz stawała na ślubnym kobiercu).

Wreszcie Wilhelm Mach – niegdyś znany, a dziś zapominany pisarz, zaliczany do nurtu plebejskiego, którego życiorys dość dobrze ilustruje sytuację homoseksualistów w PRL-u, których męczył przymus ukrywania się i udawania; wtedy na znaczeniu traciło niezłe osadzenie w elitach literackich, a jednym wyjściem z sytuacji okazywało się samobójstwo. Za kobiecy odpowiednik Macha można uznać Annę Kowalską, autorkę monumentalnych dzienników i wieloletnią partnerkę Marii Dąbrowskiej, z którą wychowywała swoją córkę z heteroseksualnego związku.

Nowe portrety zajmują jedną trzecią drugiego wydania, pozostałe szkice także zostały znacznie zmienione, bo w międzyczasie światło dzienne ujrzały nowe materiały (np. „Kronos” Witolda Gombrowicza), a jednocześnie o niektórych przetoczyła się wręcz debata publiczna na temat homoseksualizmu (przypadek Marii Konopnickiej), nie mogłem się do tego nie odnieść. Wszystkie te zmiany, a także liczne zdjęcia, o które wzbogacone jest drugie wydanie „Homobiografii”, sprawiają, że myślę o nich nie jako o wznowieniu, ale nowej książce. Na której okładce można podziwiać piękny akt Aleksandra Szymielewicza, jednego z kochanków Karola Szymanowskiego.

 

Tekst z nr 52/11-12 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Neil Patrick Harris „Autobiografia, w której decydujesz ty”

wyd. Laurum 2016

 

 

Z jednej strony można się krzywić, bo wychodzi na to, że życie Neila Patricka Harrisa to jedna wielka sielanka. Z drugiej – chyba właśnie takie było zamierzenie: napisać książkę po prostu pogodną. Zresztą, jemu chyba naprawdę się poszczęściło.

Dorastanie na prowincji w stanie New Mexico, kochający rodzice i fajny brat, od najmłodszych lat niepohamowana pasja do publicznych występów, do aktorstwa i do… magii. Pierwszy wielki sukces odniósł już w wieku 16 lat, gdy na ekranach telewizorów zagościł serial „Dougie Howser, lekarz medycyny”, w którym zagrał tytułową rolę.

O swej homoseksualności aktor pisze dużo i swobodnie – od momentu, jak odkrył, że kręcą go faceci aż po dzień dzisiejszy, gdy wspólnie z mężem Davidem Burtką wychowuje dwoje dzieci. Narodzinom bliźniaków poświęca najwięcej miejsca, ale pisze też sporo o poznaniu Davida, o decyzji, by zrobić publiczny coming out, o pierwszych, nie zawsze udanych randkach i o przyjaźni z Eltonem Johnem i jego mężem.

Osobne rozdziały to role w broadwayowskiej adaptacji kultowego „Calu do szczęścia”, konferensjerka gal rozdania różnych nagród, z Oscarami włącznie, oraz, oczywiście, jego sztandarowa rola, czyli 9 sezonów „Jak poznałem waszą matkę”. Typowo wakacyjna lektura. A o co chodzi z tym, że w tej autobiografii „decydujesz ty”? To trick, który musicie już rozgryźć sami. (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 62/7-8 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Kim jest Michael?

I am Michael (USA, 2015) reż. J. Kelly, wyk. J. Franco, Z. Quinto, C. Carver. Dystr. Mayfly, premiera w Polsce: 4.12.2015

 

Historia prawdziwa. Michael Glatze (świetny James Franco) był kilkanaście lat temu cenionym aktywistą LGBT, redagował magazyn dla queerowej młodzieży, którą zachęcał do akceptowania homoseksualnej orientacji. Żył w szczęśliwym związku z facetem, a nawet z dwoma – tworzyli harmonijny trójkąt. Nagle kłopoty z sercem, niekontrolowane wybuchy paniki i strach przed śmiercią, która, jak sądził, może nadejść w każdej sekundzie, sprawiły, że zwrócił się ku konserwatywnemu chrześcijaństwu. Odnalazł Boga – i to takiego, który homoseksualności nie akceptuje. Porzucił swój „styl życia”, pożegnał się ze zszokowanymi partnerami. Został pastorem. Zaczął spotykać się z dziewczyną.

Znamy co najmniej kilku tzw. eks-gejów, którzy przeszli rzekomo udaną „terapię” zmiany orientacji (takie terapie zawsze są z homo na hetero, nigdy odwrotnie) a po latach przyznawali, że pod wpływem religii żyli w kłamstwie. Powstrzymywali się od seksu z mężczyznami, ale popęd w ich kierunku nie ustał.

Znamy też całkiem sporo gejów, którzy zaczynali życie seksualno-uczuciowe od związków z kobietami. Ale to nie „eks-heterycy” – mówią, że wszystko przez brak samoakceptacji (sam się do nich zaliczam!). Taka ścieżka to zresztą stały motyw gejowskich filmów.

Przypadek Michaela Glatze jest jednak inny i wyjątkowy, bo chodzi o aktywistę, który swą homoseksualność zaakceptował, a potem… przestał akceptować.

Film jest zrobiony w prosty sposób, po bożemu (nomen omen). Jakby twórcy sugerowali: popatrzcie i zinterpretujcie sobie tę historię, jak chcecie. Chyba że ostatnia scena mówi coś więcej? (Mariusz Kurc)  

 

Tekst z nr 58/11-12 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Homoseksualizm z IPN-u

Z KRZYSZTOFEM TOMASIKIEM, w 10. rocznicę ukazania się „Homobiografii” oraz tuż przed drugim, poszerzonym wydaniem „Gejerelu”, rozmawia KINGA DUNIN

 

foto: Marcos Rodriguez Velo, „Enter The Room”

Dziesięć lat temu ukazała się twoja książka „Homobiografie”, kilkanaście szkiców o polskich pisarzach i pisarkach. Potem wyszła też jej poszerzona wersja. Jak to w biografiach bywa, historie te nie omijałżycia prywatnego. Zazwyczaj sięgamy po biografie, by zobaczyć znaną osobę w kapciach. Problemem okazało się jednak to, że były to osoby nieheteronormatywne. Zarzucano ci, że zaglądasz ludziom do łóżka, nurzasz się w błocie, piszesz rzeczy, o których wszyscy wiedzieli (choć głośno się nie mówiło), a orientacja seksualna w życiu twórcy nie ma znaczenia. Czy coś się przez te dziesięć lat zmieniło?

Zmieniło się bardzo wiele, co widać po kolejnych ukazujących się biografiach: Witolda Gombrowicza, Jerzego Andrzejewskiego, Jarosława Iwaszkiewicza. Ale zawsze chciałoby się więcej, np. to, co już jest normą w przypadku pisarzy, niekoniecznie dotyczy aktorów czy reżyserów. Poza tym wiele postaci czeka na własne biografie, choćby Jan Lechoń. „Homobiografie” zawierały krótkie szkice, w których starałem się przede wszystkim pokazać potencjał, jaki drzemie w znanych, ale powsadzanych na pomniki postaciach. I nie chodziło tylko o orientację seksualną, u Konopnickiej poza jej związkiem z Dulębianką jest jeszcze bardzo niejednoznaczne podejście do religii i Kościoła katolickiego oraz skomplikowana relacja z dziećmi.

Pisząc o sprawach prywatnych musisz sobie zadawać pytanie, czy są granice związane z cudzą intymnością, których przekraczać nie wolno.

Dla mnie takimi granicami jest autentyczna krzywda, jaką można wyrządzić żyjącemu człowiekowi, szczególnie nieznanemu. Inaczej rzecz wygląda, gdy mamy do czynienia z osobą publiczną, która „grała” swoją prywatnością, używając jej choćby w twórczości. Nie możemy polegać tylko na autoprezentacji, sięgamy więc do innych źródeł, np. wypowiedzi i obserwacji tych, którzy znali bohatera. W kolejnej mojej książce, w „Gejerelu”, opisując postacie bardziej współczesne i często nieznane publicznie, ukrywam ich nazwiska.

Ukazuje się właśnie drugie poprawione i poszerzone wydanie „Gejerelu”. Został dodany rozdział, w którym korzystasz z materiałów IPN, z zapisów z podsłuchu. Tutaj dla mnie jest problemem nie to, czego się dowiadujemy, ale sposób uzyskania tej wiedzy. Podglądanie, podsłuchiwanie kogoś w sytuacji intymnej wydaje mi się niesmaczne, więc pytam: czy można korzystać z materiałów, których sposób pozyskania jest moralnie naganny? To jednak coś innego niż powszechnie dostępne dokumenty czy świadectwa innych osób – nawet nieżyczliwych, ale które otwarcie dzielą się swoimi spostrzeżeniami. Dlaczego zdecydowałeś się tego użyć?

Bo to fantastyczne źródło informacji historycznych.

Dla mnie to raczej obrzydliwe.

Rozumiem, że odnosisz się do części dotyczącej Jerzego Zawieyskiego, któremu pod koniec lat 50. założono w mieszkaniu podsłuch, co wiązało się z codzienną inwigilacją. Nie ma to związku z żadnymi żyjącymi i czującymi osobami. Mówimy o osobie, która zmarła w 1969 r., pół wieku temu. To już prehistoria.

Ale ja tę osobę w jakimś sensie pamiętam, jako ważną postać marca ’68. Był posłem katolickiego koła Znak, bo takie niewielkie koło w komunistycznym Sejmie istniało. I odważnie bronił studentów, pisarzy, pobitego przez nieznanych sprawców Stefana Kisielewskiego… Nagonka, której potem stał się ofiarą, przyczyniła się do jego śmierci.

To wszystko prawda, ale miał też bujne życie erotyczne, którego opisanie dość dobrze pokazuje, jak mogła wówczas wyglądać sytuacja homoseksualisty w elitach władzy. Mnie interesował ten materiał także ze względu na to, w jaki sposób był opracowywany. Bo to nie są stenogramy z podsłuchu, ale notatki funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa, którzy odsłuchiwali taśmy. To bardzo ciekawe, jakim językiem się posługują, i to już jest źródło historyczne. O tym dużo piszę – jakich słów używali, jak reagowali, jak oceniali, bo są i oceny: kochali się w sposób używany „tylko przez zdegenerowanych do gruntu zboczeńców”. Wszystkie mniej normatywne zachowania seksualne są przez nich opisane jako „orgie”. Picie alkoholu to „libacja”, onanizm – „samogwałt”. A jednocześnie wyrażenie „pokochali się”, zawsze w cudzysłowie, na określenie stosunku seksualnego.

Jednak zachowanie Zawieyskiego, nawet w dzisiejszych kategoriach etycznych, było wątpliwe. Nie dlatego, że był homoseksualistą.

Niestety. Dla mnie nie jest problemem, że uprawiał seks nie tylko ze swoim wieloletnim partnerem, który prawdopodobnie o tym wiedział i też miał różne przygody. Gorzej, że wykorzystywał swoją pozycję i pieniądze, nakłaniając do seksu młodych chłopaków. To jest dla mnie postać bardzo dwuznaczna. On ma swój rozdział w „Homobiografiach”, bo to ważna persona – pisarz, katolicki poseł i działacz społeczny, członek Rady Państwa, znany w swoim środowisku homoseksualista. Te wszystkie informacje o nim są istotne i on też powinien mieć nowoczesną, całościową biografię, która nie ukrywałaby tych mniej jasnych kart życiorysu, bardzo zawikłanego i ciekawego – odejścia i powroty do katolicyzmu, próby aktorskie, powojenna nędza, a potem piękne mieszkanie na Brzozowej z widokiem na Wisłę, willa w Konstancinie i służbowy samochód z szoferem.

A nie jest tak, że po prostu drażni cię to jako przejaw katolickiej hipokryzji?

Nie, to tylko kolejne świadectwo, że ona zawsze istniała. Podsłuchy z mieszkania Zawieyskiego traktuję też jako dopełnienie jego „Dzienników”, w których kreował się na aseksualnego mędrca zatroskanego jedynie losami kraju. A jednocześnie dzwonił do znajomego do Wrocławia, żeby jak najszybciej przyjeżdżał, bo tęskni i mu „kutas stoi”. Wśród jego kochanków byli też duchowni. Jeden list od księdza zachwycił mnie swoją poetyckością w opisie młodych mężczyzn spotykanych na ulicy w czasie urlopu we Włoszech: „Jakaś gigantyczna erupcja urody, rozrzutnej, bujnej, niemyślącej o tym, że za kilka lat skończy swoje istnienie, bo jest zbyt południowa na to, aby trwać dłużej, i może dlatego intensywnością biorąca swój odwet nad czasem”. W nowym „Gejerelu” Kościół pojawia się w kilku miejscach. Niekoniecznie katolicki. Sporo piszę o Tadeuszu Gorgolu, autorze pierwszego tekstu w PRL-u o homoseksualizmie – „Homoseksualizm a opinia”, opublikowany w „Życiu Literackim” w 1974 r. – był kapłanem Kościoła polskokatolickiego i miał bardzo barwny życiorys, z siedzeniem w więzieniu włącznie. Nie tylko przy okazji Zawieyskiego pojawiają się księża. Znalazłem w IPN notatkę dotyczącą „najbardziej znanego, oficjalnego homoseksualisty klerykalnego, chyba w skali krajowej”, który udzielał ślubu męsko-męskiego na przyjęciu u „Barbary Radziwiłłówny”, nazywanego tak ze względu na upodobanie do pereł – to pierwowzór bohatera książki Michała Witkowskiego pod tym tytułem.

Pierwsze wydanie „Gejerelu” to przede wszystkim pokazanie tego, jak mówiono o homoseksualizmie, ale też o lesbijkach, transseksualistach. Dziwactwo, które można dla rozbawienia publiczności pokazać na dalszym planie w filmie, zboczenie często łączone z przestępczością, kupowanie seksu…

Także smutek, cierpienie…

Ale to już jako głosy samych zainteresowanych. W nowym wydaniu oddajesz im więcej miejsca. To nie są opowieści ani o przestępczości, ani o rozwiązłości, ani o tym, że jesteśmy śmieszni i przegięci, tylko o dramacie, samotności, przymusie ukrywania.

Przy okazji pierwszego wydania spotykałem się z uwagami, że jest tam za mało świadectw, co czuły takie osoby, w jaki sposób zmagały się ze swoją homo- i biseksualnością czy transpłciowością. Nie bardzo wiedziałem, jak sobie z tym poradzić, bo tego głosu w sferze publicznej w zasadzie nie było. Dobrym rozwiązaniem nie były rozmowy z osobami, które pamiętają PRL. Przeprowadziłem takich wywiadów sporo i wiem, jak ludzie projektują dzisiejszą świadomość i słownictwo na dawniejsze sytuacje, np. naturalnie używają słowa „gej”, które wówczas nie funkcjonowało. To są różnice będące już efektem procesów emancypacji i upodmiotowienia politycznego.

Dzisiaj pewno opowiadają o tym najczęściej ci, którzy są wyemancypowani, a przedtem byli aktywni w środowiskach homoseksualnych. To opowieści o knajpach i innych miejscach, pikietach, gdzie się spotykano. Imprezach, właśnie środowisku, w którym wszyscy wszystkich znali. Cioty, luje, ekscytujące pedalskie życie, rozpasanie seksualne, kontrkulturowość. Ale to chyba nie była większość. Ani norma.

To był margines. Większość czuła się samotna, byli to często ludzie pozostający w związkach małżeńskich. W których zapewne nie tylko oni cierpieli. Nie mieli oparcia w żadnej społeczności, a co najwyżej wstydliwe przygody. I dlatego w tym wydaniu między rozdziałami umieściłem materiały nazwane „Listy z PRL-u” – to listy do psychologów, seksuologów, materiały z IPN, w których opisywana jest ich sytuacja, problemy, marzenia… I to jest taki prywatny, zwyczajny homoseksualizm. Są tam też przypadki osób transpłciowych, lesbijki. Jest list dziewczyny, której chłopak okazał się homoseksualistą, ona była tylko parawanem.

W PRL, co oczywiste, nie było szans na powstanie organizacji reprezentujących mniejszości i walczących o ich prawa. Ale prawo było liberalne, a opresja głownie obyczajowa. Jednak były też konkretne działania władz, służby bezpieczeństwa, skierowane na inwigilację homoseksualistów.

Na początku lat 60. pojawiły się próby zbadania i opisania tej grupy. Powstały cztery teczki, większość materiałów pochodzi z okresu 1962-63, ale może dokumenty z następnych lat są jeszcze nieopracowane i dlatego niedostępne. Wtedy próbowano temat zgłębić. I policzyć. Zlecano raporty i ostatecznie doliczono się 778 homoseksualistów, z tego w Warszawie – 250, Łodzi – 190, Katowicach – 160, Wrocławiu – 128, Gdańsku – 50. Zdawano sobie sprawę, że to nie wszyscy, bo z pozostałych miast nie było danych.

W jakim celu to robiono?

Myślę, że po prostu uświadomiono sobie istnienie zjawiska; zorientowano, że jest jakaś odrębna grupa, o której nie mają pojęcia. A ponieważ każdy system autorytarny chce mieć kontrolę nad różnymi środowiskami, to postanowiono zrobić rozeznanie. Oficjalnie powodem były przestępstwa, kradzieże, morderstwa, w które zamieszani byli, albo których ofiarą padali homoseksualiści.

Lesbijki też ewidencjowano?

Próbowano, ale z miernym skutkiem, lepiej się ukrywały. Ostatecznie na jednym z wykazów widnieje tylko 9 kobiet. Umieszczono tam nazwiska, o których plotkowano pod tym kątem, np. reżyserkę Wandę Jakubowską czy malarkę Maję Berezowską, ale też aktorkę Zofię Jamry, zdecydowanie heteroseksualną; została zewidencjowana, bo znalazła się wśród oglądających film porno u tancerza Witolda Grucy. Najciekawsza historia o lesbijkach, na którą trafiłem, działa się w Gdańsku. Tam w 1959 r. pewna dozorczyni przyjęła na stancję prostytutkę, która nie musiała płacić za lokum – w zamian świadczyła usługi seksualne. Kobieta była mężatką, miała dzieci, a poza kochanką-prostytutką także partnerkę, sprzątaczkę z dworca PKP, również z mężem i dziećmi. Obie były o siebie niesamowicie zazdrosne, posuwały się do rękoczynów i donoszenia na siebie, interweniowała milicja. Zapytane w czasie przesłuchania o stosunki lesbijskie odpowiedziały, że tego „nauczyły się w Niemczech w czasie wojny”.

Najbardziej znane działanie władz PRL-u w stosunku do homoseksualistów to akcja „Hiacynt” z połowy lat 80.

Akcja znana, ale wciąż nie została systemowo zbadana. IPN uznał, że nie miała charakteru politycznych represji. Po raz pierwszy przeprowadzona w 1985 r., potem powtórzona jeszcze dwa razy. Zatrzymywano i przesłuchiwano mężczyzn „podejrzewanych” o homoseksualizm, wypytywano o kontakty, czasem chodziło o skłonienie do współpracy. Zadawano też pytania o techniki seksualne, nazwiska kochanków.

Czemu uważasz, że warto się tym wszystkim dzisiaj zajmować?

Mój pierwszy, podstawowy cel, dla wielu niezrozumiały, był taki, żeby w ogóle pokazać, że homoseksualizm pojawiał się wtedy, nawet w przestrzeni publicznej. Dzisiaj wiem, że ta opowieść musi być powtarzana. Historia to nie to, co było, ale to, co zostało zapamiętane. Trzeba wprowadzać nienormatywność do przeszłości, przypominać o jej istnieniu, opisywać pod różnym kątem, z wielu perspektyw.

Krzysztof Tomasik (ur. 1978), stały współpracownik „Repliki”, redaktor Krytyki Politycznej. W 2008 r. opublikował „Homobiografie”, których bohater(k)ami byli pisarze i pisarki: Jerzy Andrzejewski, Maria Dąbrowska, Witold Gombrowicz, Paweł Hertz, Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz, Konstanty Jeleński, Maria Konopnicka, Zygmunt Mycielski, Jan Lechoń, Maria Rodziewiczówna, Zofia Sadowska, Antoni Sobański, Karol Szymanowski, Piotr Odmieniec Włast oraz Jerzy Zawieyski. W 2014 r. ukazało się drugie wydanie „Homobiografii” – poprawione i poszerzone o sześć kolejnych postaci: Aleksander Janta-Połczyński, Anna Kowalska, Halina Lenczewska i Antoni Borman, Wilhelm Mach i Zbigniew Uniłowski. W 2012 r. Tomasik opublikował „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u”. Drugie, poszerzone wydanie „Gejerelu” właśnie się ukazuje. Tomasik jest również autorem trzech innych książek: „Seksbomby PRL-u” (2014) i „Demony seksu” (2015) – zawierających biograficzne szkice o aktorkach PRL-u (m.in. Kalina Jędrusik, Beata Tyszkiewicz, Grażyna Szapołowska, Barbara Brylska, Katarzyna Figura czy Marzena Trybała) oraz biografii „Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka” (2016). Ponadto, pod redakcją Tomasika, w 2011 r. ukazała się antologia najciekawszych reportaży obyczajowych z PRL-u pt. „Mulat w pegeerze”.

Tekst z nr 73 / 5-6 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.