Lesbijki na scenę!

Postaci homoseksualnych kobiet w polskim dramacie i teatrze. Rekonesans

 

foto: Stefan Okołowicz

 

Tekst: Hubert Michalak

O tym, że lesbijek, w porównaniu do gejów, w przestrzeni publicznej niemal nie widać, napisano sporo. Teatr i literatura dramatyczna nie stanowią tu wyjątków. Homoseksualnych postaci kobiecych na scenach jest zdecydowanie mniej od ich męskich odpowiedników. Podobnie sprawa ma się z pracującymi w teatrze lesbijkami: przecież niedawna dyskusja o (rzekomym) homolobby w polskim teatrze właściwie dotyczyła tylko gejów. Co z lesbijkami?

Cokolwiek się zdarzy, kocham cię

Gdyby zapytać przeciętnego polskiego teatromana o kilka spektakli, w których pojawiają się postaci lesbijskie, prawie na pewno pojawiłby się wśród nich utwór Przemysława Wojcieszka „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” (prapremiera w reż. autora: TR Warszawa, 25.10.2005). Sugar (Roma Gąsiorowska) i Magda (Agnieszka Podsiadlik) to główne bohaterki przedstawienia, wyoutowana para. Zasadniczy konflikt rozpięty jest między dziewczynami a bratem Sugar, Piotrkiem (Krzysztof Czeczot/Michał Czernecki), żarliwym katolikiem, żołnierzem, który dopiero co wrócił do kraju z polskiej misji w Iraku. Dość przewidywalne i ocierające się o stereotyp zestawienie frontów przebija Wojcieszek postacią tolerancyjnej Matki Sugar i Piotrka (Magdalena Kuta). Jako ornament zaś wprowadza niebanalne fragmenty poetyckie autorstwa Marcina Cecki (w dramacie zapisano je jako slam, w przedstawieniu jednak są wykonywane w wersji koncertowej, z muzyką zespołu Pustki). De facto „Cokolwiek się zdarzy…” to rodzaj lesbijskiego rom-comu, którego bohaterki dążą do uporządkowania życia, ale po swojemu („Stworzymy małą lesbijską rodzinkę. Maleńką wywrotową komórkę, która wysadzi w powietrze to popieprzone społeczeństwo”, mówi jedna z nich). Owszem, borykają się z niechęcią najbliższej rodziny, ale w nieciekawej codzienności znajdują miejsce na śmiech, w ich życiu powaga przeplata się z komizmem, są przeciętniaczkami (np. Magda zmywa naczynia w podrzędnej warszawskiej smażalni kurczaków). Nie jest to sielski obrazek z „homofobią na wesoło”, ale też twórcy unikają obrazów ostrej dyskryminacji. Na scenie pokazano „żyćko”, przeciętne ludzkie „dzianie się” umiejscowione na sprawnie zarysowanym tle społecznym. Okazuje się (co za zaskoczenie!), że lesbijki mają swoje, bardzo przeciętne, życie prywatne, swoje proste marzenia.

4:48 Psychosis

Drugim tytułem, który mógłby wskazać odpytywany „przeciętny polski teatroman”, jest „4:48 Psychosis” według tekstu Sarah Kane w reż. Grzegorza Jarzyny (prem. w Teatrze Polskim w Poznaniu 8.02.2002, w TR Warszawa: 22.02.2002; koprodukcja dwóch scen). Utwór Kane, eksplorujący temat depresji i dążenia do śmierci, to tekst bez wyszczególnionych bohaterów, z pustymi przestrzeniami między poszczególnymi fragmentami, przeplatany ciągami liczb, rozrzucony na kolejnych stronach, pozornie nieuporządkowany i chaotyczny. Można powiedzieć, że ma kształt przestrzennego wiersza a nie klasycznego dramatu, z rolami i didaskaliami. Do tego, ze względu na specyfikę języka angielskiego, płeć bohaterów jest zwykle nieoczywista; po angielsku można powiedzieć bezosobowo „I did”, jednak język polski domaga się doprecyzowania: „zrobiłam”, „zrobiłem”. Z tej nieoczywistości skorzystali polscy twórcy.

Jarzyna odnalazł dla tekstu Kane formę sceniczną, w której połączył multimedia i tradycyjną scenografi ę, a głównej bohaterce nadał twarz Magdaleny Cieleckiej. Bezimienna protagonistka kilkakrotnie przywołuje „osobę, którą kocha” – w spektaklu ma ona twarz kobiety. Pojawia się ona na scenie krótko, jest tylko sygnałem dla widza, informacją, że pogrążonej w głębokiej depresji bohaterce przydarzyła się relacja intymna. Namiastkę tej intymności w dwóch odsłonach oglądamy na scenie: grająca jej partnerkę Katarzyna Herman uważnie słucha bolesnego monologu protagonistki, później zaś obie kobiety z czułością oddają się sobie, co na scenie pokazano z poszanowaniem intymności tej relacji. Nawet miłość jednak nie była w stanie powstrzymać pędu ku śmierci, jaki od samego początku towarzyszy głównej bohaterce. Relacja miłosna jest dla niej bardzo ważna: to jedyny w przedstawieniu obraz przywołany „z zewnątrz”, spoza przypominającej szpital przestrzeni, którą widzimy na scenie. Jednak nawet miłość przegrywa ze śmiercią.

Kostka smalcu z bakaliami

Dwie lesbijki uczynił jedynymi bohaterkami swojej „Kostki smalcu z bakaliami” Ingmar Villqist (to pseudonim polskiego dramatopisarza Jarosława Świerszcza). Kameralny utwór Villqista doczekał się kilku realizacji w profesjonalnych teatrach (prapremiera sceniczna: 13.05.2001, Teatr Zakład Krawiecki we Wrocławiu, reż. Szymon Turkiewicz, inscenizacje powstały również w Szczecinie, Gdyni i Tychach), licznych premier w teatrach niezawodowych oraz najbardziej znanej realizacji w Teatrze Telewizji z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofi k i Mają Ostaszewską (reż. Łukasz Barczyk, prapremiera: 18.02.2001).

Villqist przygląda się nagim emocjom swoich bohaterek „przyłapując” je w najintymniejszej możliwej sytuacji: w łóżku, po stosunku seksualnym. Jedna z kobiet, Młodsza (postaci nie mają imion, określa je wiek), jest zamężną biseksualistką uwiedzioną kiedyś przez kobietę, obok której leży. Ta druga, Starsza, ma za sobą sporadyczne kontakty z mężczyznami, ale to Młodsza jest teraz dla niej całym światem. Dla Młodszej jednak to rodzina jest naprawdę istotna, Starsza to „zaledwie” kochanka. I to do rodziny w finale sztuki Młodsza wraca.

Tematem sztuki jest gęsta, skomplikowana, nieustabilizowana sieć emocjonalnych powiązań między nimi, okrutno-czułych walk o władzę w relacji, dominację i ustalenie nienaruszalnego stanu rzeczy. W grzecznych, dość tradycyjnych dialogach mówi się raczej o dążeniu do samej siebie, własnej podmiotowości, nie o erotyce. Nie obyczajowość zatem, ale ludzka psychologia jest tu uważnie oglądana i prezentowana widzowi.

Alicja i Alicja

W repertuarze sceny OCH-Café warszawskiego OCH-Teatru od trzech lat jest przedstawienie „Alicja i Alicja”, kameralna propozycja wyreżyserowana przez Marię Seweryn (tekst: Amy Conroy, prem. 16.11.2013). Dwie Alicje, młode kobiety żyjące w homoseksualnym związku, nieco skrępowane tym, że stają na scenie przed publicznością, opowiadają widzom o swojej relacji. Robią to w prosty, pozbawiony efektownej teatralności sposób, czym – jak piszą krytycy – ujmują widzów i zjednują ich sobie. Ta z założenia intymna, skromna i zrealizowana najprostszymi środkami produkcja, jest propozycją szczerego spotkania, które nie chce chować się za wyrafinowaną formą teatralną. Na scenie widzimy niewymuszone „sprawozdanie z życia”, prywatną opowieść o relacji miłosnej, przepełnioną banalnymi historiami o zakupach, domowych obowiązkach oraz mniejszych i większych kłopotach. Aleksandra Domańska i Aleksandra Grzelak, wcielające się w tytułowe bohaterki, trafiają do widzów opowieścią o swej miłości, szczęściach i nieszczęściach (jedna z bohaterek była w związku z mężczyzną, obecnie jest wdową, pojawia się również wątek nieuleczalnej choroby). Nie wiemy, jak się skończą rozpoczęte wątki. Maria Seweryn delikatnie zdaje się mówić widzom: patrzcie, homoseksualne życie to życie takie jak inne.

Coming out

Najnowszą premierą w tym rekonesansie teatralnym jest „Coming out” (tekst: Jacek Górecki, prapremiera: 8.07.2016, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy, reż.: Aleksandra Popławska). Jedna z bohaterek przedstawienia, Justyna Jabłońska (Agnieszka Wosińska), odkrywa w sobie pociąg do kobiet i podrywa młodszą od siebie studentkę. Płaci za to wysoką cenę: spotyka ją potępienie rodziny (jest zamężną matką dwójki dzieci), zostaje pozbawiona praw rodzicielskich, zderza się z przerażającą samotnością. Konsekwencją takiej „wycieczki” w stronę relacji lesbijskiej jest więc dla niej publiczne upokorzenie, odarcie z budowanych przez całe życie, mozolnie wypracowanych jakości. Zderzenie dotychczasowego, poukładanego, heteroseksualnego życia z homoseksualną sytuacją burzy ład, jaki do tej pory ją otaczał, zostawia ją w chaosie. W dwugodzinnym przedstawieniu pojawiają się jeszcze dwie inne postaci kobiece, jednak ich monologi (przedstawienie zbudowane jest na trzech solowych wypowiedziach) nie dotyczą obszaru seksualności. Tytuł całości – „Coming out” jest przeniesieniem coraz popularniejszego terminu dotyczącego ujawnienia homo/bi/transseksualności na inne sfery życia, w których człowiek konfrontuje się z jakąś skrywaną dotąd prawdą o sobie.

Noc trybad

Jeśli nasz hipotetyczny teatroman byłby obznajomiony z nieco starszymi inscenizacjami, może przywołałby „Noc trybad” Pera Olova Enquista (polska prapremiera: 25.09.1976, Teatr im. S. Jaracza w Łodzi, reż.: Jan Maciejowski, inscenizacje również w Gdańsku, Toruniu, Warszawie, Olsztynie, Kaliszu, Wrocławiu i w Teatrze Telewizji). Ostatni raz w zawodowym teatrze sztuka miała premierę w 1991 r., w 2009 r. jako dyplom grano ją we wrocławskiej fi lii PWST w Krakowie.

Siri von Essen, protagonistka sztuki, żona słynnego dramatopisarza Augusta Strindberga, spotyka się na próbie w teatrze ze swym mężem (z którym właśnie się rozwodzi) i z Marią David, swoją przyjaciółką sprzed lat, z którą Strindberg, oskarżający David o skłonności homoseksualne, rozdzielił ją. Po okrutnych szermierkach słownych kobiety wygrywają w tej wielowarstwowej sytuacji. Rozwód Siri ze Strindbergiem staje się faktem, dwie kobiety zaczynają wspólne życie.

Zachodzi tu rzadko spotykana (przynajmniej w teatrze) sytuacja mężczyzny „wyrzuconego” z heteroseksualnego związku przez żonę na rzecz innej kobiety. Być może właśnie to szczególne zaaranżowanie sytuacji i nietypowa oś konfliktu sprawiły, że „Noc..” cieszyła się w Polsce dużą popularnością: zrealizowano aż 9 premier!

Bostońskie małżeństwo

Warto przypomnieć również dwie inscenizacje „Bostońskiego małżeństwa” Davida Mameta (polska prapremiera: 11.05.2007, Teatr „Scena Prezentacje” w Warszawie, reż. Romuald Szejd; w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej spektakl na podstawie tego samego tekstu, pod tytułem „Różowe małżeństwo”, kilka miesięcy później wyreżyserowała Katarzyna Deszcz). Dramatopisarz pokazał kunsztownie wymyśloną intrygę, na poły kryminalną, na poły miłosną, osnuwając tekst na kanwie homoseksualnego związku dwóch kobiet. Mianem „bostońskiego małżeństwa” określano nieformalne związki dwóch kobiet żyjących razem bez finansowego wsparcia mężczyzn – czy to w przyjaźni, czy w miłości w końcu XIX w. i na początku XX w. (polecamy powieść Henry’ego Jamesa „Bostończycy” o właśnie takim związku – przyp. „Replika”). Na scenie zaś widz obserwował taki związek w krytycznej chwili rozpadu starych i jednoczesnego wiązania nowych sojuszy. Mamet, jeden z najciekawszych współczesnych dramatopisarzy amerykańskich, zawiązał potężny supeł intrygi i powoli, metodycznie, przy pomocy trzech kobiet rozwiązywał go na oczach widzów. Polscy krytycy podkreślali, że sztuka była świetnym materiałem na role aktorskie. Napisany pierwotnie dla żony autora tekst pozwolił zabłysnąć w rolach kochanek Ewie Wiśniewskiej i Joannie Bogackiej (w Warszawie) oraz Marii Suprun i Katarzynie Skrzypek (w Bielsku- Białej). Na okrasę i dla przełamania ciężkiej atmosfery erotyczno-kryminalnej autor stworzył drugoplanową postać heteroseksualnej pokojówki (Joanna Pokojska w Warszawie i Edyta Duda- Olechowska w Bielsku-Białej), która celnymi, dowcipnymi kwestiami puentuje poważne dialogi obu protagonistek.

Poezja Safony

W historii teatru polskiego obecna była również poezja Safony, ikony lesbijskiej twórczości; pojawiała się ona jednak raczej ze względu na wartość artystyczną a nie wątki obyczajowe, erotyczne czy miłosne (przedstawienie „Poezja Safony” w Teatrze Telewizji w reż. Wandy Laskowskiej, prem. 18.06.1960). Sama poetka również była obiektem zainteresowań twórców („Róże dla Safony” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej wyreżyserowała w Teatrze Rapsodycznym Danuta Michałowska, prem. 14.03.1959 r., „Safonę” Anny Kowalskiej pokazano w Teatrze Telewizji w reż. Henryka Drygalskiego, 19.10.1970 r., nieco wcześniej zaś, 24.05.1970 r., nadano tę sztukę w Teatrze Polskiego Radia w reż. Zbigniewa Bieńkowskiego, w obu produkcjach w tytułowej roli wystąpiła Nina Andrycz, jedna z najwybitniejszych aktorek teatralnych).

Off

Rzućmy jeszcze okiem (razem z naszym teatromanem) poza teatralny mainstream. Znajdziemy tu m.in. Damski Tandem Twórczy, czyli Agnieszkę Małgowską i Monikę Rak. Ich działalność jednak to nie tylko teatr: twórczynie organizują m.in. cykle spotkań poświęcone kobietom nieheteronormatywnym, O’LESS Festiwal, upowszechniają wiedzę o lesbijskim teatrze i performansie, interesują się lesbijską poezją, zajmują rękodziełem. Ich strona internetowa aż kipi od różnorakiej aktywności.

Przepytywany amator teatru mógłby również przypomnieć sobie o queerowym kabarecie Barbie Girls. Była to dość popularna grupa lesbijska, której domeną były żarty z… lesbijek. Barbie Girls cieszyły się dużą popularnością, w 2009 r. pojawiły się na okładce „Wysokich obcasów”. Pamięć Internetu przechowuje niektóre skecze twórczyń oraz kilka interesujących wywiadów z nimi (członkinią Barbie Girls była Ewa Tomaszewicz – pierwsza redaktorka naczelna „Repliki” – przyp. „Replika”).

Trudno powiedzieć, by wątek lesbijski w polskim teatrze, tu powierzchownie naszkicowany, tworzył zwartą całość. To raczej pojedyncze „wyspy”, nijak ze sobą niepowiązane, nie tworzące wyrazistego nurtu czy spójnej wypowiedzi. Niemniej, te współczesne teatralne lesbijki dążą do szeroko rozumianej stabilizacji, uporządkowanej relacji miłosnej, zadekretowanego spokoju społecznego. Nie zawsze chcą się do końca precyzować, nazywać i kategoryzować, a od życia oczekują minimalnej choćby dawki spokoju.

 

***

Od redakcji: Nieżyjąca już Anna Laszuk, jedna z najbardziej znanych polskich lesbijek, wspominała kiedyś o satyrycznym rysunku Marka Raczkowskiego, na którym widać tłum protestujących osób pod jednym wspólnym transparentem z napisem „K… mać!”. Mówiła, że bardzo jej się podobał – że jak patrzy na polską rzeczywistość, to chce jej się wziąć taki transparent i wyjść na ulicę. Na taką postać lesbijki polski teatr chyba wciąż czeka.

 

Tekst z nr 64/11-12 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.