Życie intymne Jarosława

Reż. K. Kowalski; wyst. K. Matuszewski, A. Kociarz, P. Biedroń, R. Ciszewski, M. Miodek, J. Napieralski; muz. R. Ryterski; Teatr Wybrzeże, Gdańsk; premiera: 24 lipca 2020

 

Foto: Dominik Wener

 

Nie, nie chodzi o życie intymne najważniejszego obecnie Jarosława w Polsce (chociaż być może i na ten temat kiedyś powstanie sztuka), a o giganta polskiej literatury XX wieku, Jarosława Iwaszkiewicza, mimo że jego nazwisko w spektaklu nie pojawia się ani razu. Już sam ten fakt potwierdza zapowiedź wyoutowanego reżysera Kuby Kowalskiego (wywiad w „Replice” nr 23), że nie jest to stricte spektakl biograficzny, a raczej historia miłości. Tu jednak pojawia się problem – czy w 1,5-godzinnym spektaklu można było zawrzeć cały burzliwy, pełen niuansów, sześcioletni romans słynnego pisarza z niemal 40 lat młodszym Jerzym Błeszczyńskim? Każdy, kto czytał niezwykły na polskim rynku wydawniczym zbiór listów Jarosława do Jurka „Wszystko jak chcesz” (m.in. na ich podstawie powstał spektakl), ma z pewnością świadomość, że to bardzo trudne zadanie. W życie intymne Iwaszkiewicza zaglądamy więc trochę przez dziurkę od klucza, co zresztą dla heteronormatywnej Polski i tak może być zaskoczeniem. W końcu przez całą edukację czytamy utwory Iwaszkiewicza, nie mając pojęcia o jego szaleńczej wręcz miłości do Jerzego, ich wspólnych planach, marzeniach, kłótniach czy wyjazdach, które zainspirowały Jarosława do stworzenia jednego z najważniejszych opowiadań – „Kochankowie z Marony”. Na tym spektaklu te zaległości można nadrobić. „Życie…” rozpoczyna się oniryczną sceną ostatniego pożegnania Jerzego przez Jarosława, które przez grę świateł i ruch sceniczny ma wiele intymności. Do homoseksualnej miłości Iwaszkiewicza (bardzo podobny do pierwowzoru Krzysztof Matuszewski) wchodzimy więc bez zbędnej gry wstępnej. Tak, jak i w ich życiu, unosząca się w powietrzu śmiertelna choroba Jurka towarzyszy całemu spektaklowi, tak jak i w ich życiu, zapowiadając koniec tej tragicznej (i to nie ze względu na jednakową płeć kochanków) miłości. Kowalski w imponujący sposób poradził sobie z oddaniem skrajnej natury Jurka i jego balansowania między kobietami a mężczyznami, życiem a śmiercią – przedstawił go w osobach aż trzech aktorów (Piotr Biedroń, Marcin Miodek, Janek Napieralski). Może ta trójca to również kontra dla agnostycznej natury Iwaszkiewicza, który w Jurku znalazł swoje bóstwo? Najlepiej w swojej roli wypadła chyba jednak Anna Kociarz (grająca żonę Iwaszkiewicza) – spokojna, nieekspresyjna, religijna, skromna w gestach, która na swój sposób widziała w Jurku i wroga, i… własnego syna, którego nigdy nie miała. Genialnie zagrana! Co ważne, w spektaklu dostrzec też można brak pewności siebie u Iwaszkiewicza w stosunku do jego homoseksualnej natury, co pomaga widzowi zrozumieć postać Karola Szymanowskiego (wuja Iwaszkiewicza), też geja. Wielki kompozytor wydaje odważne, emancypacyjne odezwy ze sceny. Niestety towarzyszą temu sceny mocno „przegiętych” gejów, którzy wywoływali w widzach raczej śmiech (we mnie pewien niesmak), aniżeli skupienie. Popatrzeć na rozciągnięte, piękne ciało Miodka w erotycznych pozach oczywiście zawsze miło, ale… czemu w takich momentach? Po premierze dyrektor Teatru Wybrzeże Adam Orzechowski przyznał, że Kuba Kowalski od wielu lat walczył o wystawienie tego spektaklu. Oby ta „odważna” decyzja Teatru otworzyła bramę dla kolejnych spektakli z wątkami LGBTQIA w Trójmieście. (Tomasz Piotrowski)

Tekst z nr 87 / 9-10 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.