Do Strasburga

Idea jest prosta. Para jednopłciowa idzie do Urzędu Stanu Cywilnego, mó­wią, że chcą zawrzeć związek. Dostają odmowę. Na piśmie. Idą z nią do sądu, sąd mówi, że USC ma rację. Odwołu­ją się i tak, dostając kolejne odmowy, przechodzą przez wszystkie instan­cje w kraju aż docierają do Trybunału w Strasburgu. Strasburg mówi: brak uregulowań prawnych dla par jedno­płciowych jest niezgodny z zasadą poszanowania życia prywatnego i dys­kryminujący, bo przecież pary różnej płci uregulowania mają. Pożycie par jednopłciowych to nie żadna ideologia, to fakty.

Całą tę ścieżkę przeszło kilka włoskich par – Strasburg nakazał Włochom wprowadzenie uregulowań. W zeszłym roku zalegalizowano tam związki part­nerskie. Czy ze względu na wyrok Stras­burga, nie wiadomo, ale na pewno był to element nacisku na polityków i opi­nię publiczną.

U nas zaczęło się w listopadzie 2015 r. W litygacji przed sądami uczestniczy pięć par wspieranych przez prawni­ków reprezentujących m.in. organi­zacje LGBT. Tak powstała Koalicja na rzecz Związków Partnerskich i Równości Małżeńskiej. Właśnie przeszli drogę sądową w Polsce i zło­żyli sprawy w Strasburgu. Do tej pory twarzami medialnymi Koalicji były dwie pary – Krzysztof Łoś i Grzegorz Lepianka oraz Barbara Starska i Cecy­lia Przybyszewska.

Teraz publicznie outuje się trzecia para Koalicji – Wojciech Piątkow­ski i Michał Niepielski z Krakowa. Rozmowa Mariusza Kurca

A więc Strasburg.

Michał: Podobno od złożenia sprawy do jej formalnego przyjęcia przez Trybunał, czyli nadania numeru, mija zwykle kilka mie­sięcy. U nas to były trzy tygodnie. Może to dobry prognostyk?

I co teraz?

M: Wyrok może zapaść nawet dopiero za kil­ka lat, więc trzeba nam cierpliwości.

Jak to się stało, że jesteście w Koalicji?

Wojtek: Ja dość uważnie śledzę sprawy LGBT w naszym kraju. Jestem też prenu­meratorem „Repliki”. Przeczytałem gdzieś w sieci, że Kampania Przeciw Homofobii poszukuje par zainteresowanych „strate­giczną litygacją”, jak to się fachowo nazywa.

M: Pamiętam, że akurat jadłem kanapkę, gdy Wojtek z tym wyskoczył: „A może się zgłosimy?”. Zgodziłem się między jednym kęsem a drugim, myślałem, że nic z tego nie wyjdzie – i prawdę mówiąc, zapomnia­łem. Tymczasem KPH odezwała się i szyb­ko zrozumiałem, że to jest na poważnie, bardzo poważnie.

Dziś, z perspektywy tego półtora roku, wi­dzę, że to był dla mnie osobiście przełomo­wy moment. Wyjście z ukrycia. Cała ta na­sza „aktywność sądowa” dopinguje mnie, by coraz swobodniej mówić, że jestem gejem, że Wojtek jest moim partnerem. To jest proces, to cały czas trwa, ten wywiad jest częścią tego procesu – i dobrze się z tym czuję.

Czyli byliście jedną z tych par gejow­skich, gdzie występuje „różny poziom wyoutowania”?

M: Tak (śmiech). Teraz wyrównujemy po­ziomy. Wiesz, ja mam za sobą 10-letnie małżeństwo, bardzo przykry rozwód, który trwał 6 lat. Mam 20-letnią córkę. Układa­łem swoje życie tak, jak oczekiwało ode mnie otoczenie. Ale teraz, na tej mojej co­mingoutowej drodze spotykają mnie same pozytywne doświadczenia.

Rozumiem, że powiedziałeś rodzinie, przyjaciołom.

M: Rodzina i przyjaciele już wiedzą od daw­na. Podobnie np. sąsiedzi.

W: Mieszkamy w „tęczowym” bloku. 25 mieszkań i w pięciu z nich – geje.

Serio? (śmiech)

W: Cztery pary i jeden singiel. Pod nami mieszka heteryk, który ma jeszcze parę gejowską obok siebie oraz inną pod sobą. Żartuje, że geje go osaczają z trzech stron (śmiech).

Michał, to zgaduję, że jeszcze w pracy byłeś niewyoutowany.

M: Zgadza się. Pracuję w radiu, ale nie przed mikrofonem. Od niedawna zacząłem też prowadzić zajęcia na Akademii Górniczo-Hutniczej. Wcześniej, jak pokazywałem współpracownikom zdjęcia z wakacji, to je starannie selekcjonowałem. To się teraz zmieniło. Nie ogłaszałem, że jestem ge­jem – po prostu przestałem ukrywać. Już nie selekcjonuję zdjęć z wakacji. Mówię np. „O, a tu ja i mój Wojtek”. Ludzie nie mają z tym problemu. Najbliższy współpracow­nik przyjął informację na luzie, tylko na­stępnego dnia był nieswój i zaprosił mnie na drinka. Coś tu się szykuje, pomyślałem. Powiedział, że jeśli kiedykolwiek palnął o gejach coś niehalo, to przeprasza.

Jedna koleżanka gratulując, rzuciła mi się na szyję. Inni często przyznawali, że wiedzieli, albo przypuszczali, ale nie dopytywali, sko­ro ja sam nic nie mówiłem. A ci nastawieni homofobicznie po prostu się nie odzywają – i dobrze, niech oni milczą, a nie ja.

Jeszcze wyraźniej dziś widzę, ile nerwów człowieka kosztuje ten kamuflaż. Masz jakby drugi koprocesor w głowie, który ciągle na full pracuje – i przetwarza dane: co mogę powiedzieć i gdzie, a czego nie. Wyłączyłem ten koprocesor i dopiero wte­dy zobaczyłem, jakim on był obciążeniem.

Jak długo jesteście razem?

W: Wprowadziłem się do Michała 13 lat temu po kilku miesiącach bycia razem. Po­znaliśmy się przez znajomych.

M: Teraz trochę jesteśmy papużki-nieroz­łączki. Jeden wieczór bez niego, to spo­ko, ale jak gdzieś wyjedzie, to po dwóch dniach już bardzo chcę, by wracał. Nie cho­dzi o pożądanie, seks, chodzi o dojrzałe uczucie, potrzebę bliskości tego drugiego człowieka.

W: Co nie znaczy, że seksu nie ma… (śmiech) Bo już tak mówisz, jakby nic…

Wojtek, ty „popychałeś” Michała do co­ming outu trochę?

W: No, powiedzmy, że zdarzał się jakiś lekki emocjonalny szantażyk, by go trochę przy­cisnąć. Raz na Marsz Równości sam mu­siałem iść – i żal mi było bez niego.

M: Musiałem dojrzeć. Teraz od kilku lat już chodzimy razem, jeździmy też do War­szawy na Paradę, w zeszłym roku byliśmy w Pradze. Mamy znajomych dość opor­nych w tych kwestiach, a ja wiem, że do tego trzeba dojść samemu. Teraz już nie wyobrażam sobie nie pójść – przecież trze­ba zaznaczyć, że ci zależy, nie?

W: Niektórzy pytają, po co w ogóle robimy tę całą litygację – przecież i tak na legali­zację związków partnerskich nie ma poli­tycznych szans. Ale przecież my tego nie robimy z myślą o najbliższych miesiącach, a żadna sytuacja polityczna nie jest wiecz­na, prawda? Nie chcemy stać z boku i cze­kać na gotowe, chcemy się przyczynić.

Wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego też wymagała coming outu.

M: Ja pół nocy wtedy nie spałem. Weszliśmy, powiedzieliśmy, że chcielibyśmy zawrzeć związek małżeński. Panią urzędniczkę zamurowało. Po paru sekundach wstała i powiedziała, że musi iść po kierownicz­kę. Kierowniczka była bardzo miła i zdaje się, że po naszej stronie – chętnie by nam chyba tego ślubu udzieliła, gdyby mogła. Ale sprawa nietypowa – zajęło kilka godzin, zanim dostaliśmy odmowny kwitek.

Potem sądy.

M: Sąd pierwszej instancji nie tylko stwier­dził, że USC miał rację, ale również, że… nie jesteśmy dyskryminowani, bo przecież każdy z nas może zawrzeć małżeństwo – z kobietą. Usłyszeć coś takiego w sądzie, w majestacie prawa – to nie jest przyjem­ne. To jest właśnie brak poszanowania dla naszego życia prywatnego. Kpina z tego, kim jesteśmy, z tego, co nas łączy.

W: W sądzie drugiej instancji było inaczej. Wprawdzie sąd też przyznał rację USC, a na rozprawę przyjechał prokurator – tak! – sprawdzić, czy „praworządność nie jest łamana” – ale w uzasadnieniu sędzia na­pisał, że ta sprawa jest sygnałem dla usta­wodawcy, że trzeba dostosować prawo do zmieniającej się sytuacji społecznej.

Dlaczego teraz zdecydowaliście ujawnić się publicznie?

M: Tym razem to ja byłem sprężyną. (Wojtek patrzy na Michała, pękając z dumy) Wcześniej jeszcze miałem ostatnie obawy: była żona i córka. Podczas sprawy rozwodowej padło pytanie, czy jestem homoseksualistą i za­przeczyłem. Wyparłem się tego – panicznie bałem się, co się może stać, gdyby wyszło na jaw, że jestem gejem. Teraz już mogą wszyscy wiedzieć, proszę bardzo.

To jeszcze na koniec banalne pytanie, którego nie mogę sobie odmówić. Jaka jest wasza recepta na trwały związek?

M: O, kurczę. Banalne pytanie, a jednak za­skoczyło…

W: Na pewno nie można być zazdrosnym i trzeba dawać sobie dużo wolności.

M: Tak, tak.

Powiedziały papużki-nierozłączki.

W: (śmiech) Trzeba respektować swoje in­tymne sfery, takie, do których nawet tej najbliższej osoby nie zawsze chcemy do­puszczać. Poza tym, każdy ma jakiegoś freaka w sobie – rzecz w tym, że trzeba za­akceptować tego freaka w swoim ukocha­nym – Michał, wiesz, co chcę opowiedzieć?

M: No, już mów, wiem.

W: Michał uwielbia męską bieliznę. Może w kółko oglądać katalogi i co rusz poka­zuje mi kolejne ładne slipki czy bokserki na tyłku kolejnego fajnego faceta. Wciąż jest tak samo zachwycony. Gdy kupuje ko­lejną, nietanią parę takich majtek, to… no właśnie: nie narzekam, nie robię awantur. Tak już po prostu musi być. Inna sprawa, że sam też lubię założyć coś seksownego (śmiech).

M: A co ja mam na ciebie powiedzieć? Zaraz… Nic? Ty taki porządny jesteś…. A wiem! Wojtek ma obłęd na punkcie roweru, jeź­dzi nim wszędzie i zawsze. Nie da złego słowa powiedzieć na żadnego rowerzystę, choćby nie wiem, ile przepisów złamał. Za­wsze winny będzie samochód.

W: To jest część większej całości. Rowerzy­ści powinni być bardziej pożądani na dro­gach niż samochody, które zanieczyszczają i zajmują zbyt dużo miejsca. Chodzi o ho­listyczne podejście do miast. Mówię to też jako urzędnik ratusza myślący o mieście jako o pewnym organizmie. Zrównoważo­ny rozwój…

M: Widzisz? On by tak mógł przez godzinę.

Wojtek, ten homofobiczny znak „Zakaz pedałowania” jest chyba przez ciebie znienawidzony podwójnie.

M: On by najchętniej zrobił nakaz pedało­wania.

W: Michał!

Tekst z nr 67 / 5-6 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.