Moja karta homoseksualisty

O zakonie paulinów w Krakowie, o pytaniach, które zadawali milicjanci w czasie akcji „Hiacynt” i o tym, dlaczego starsi geje w Wielkiej Brytanii wciąż mają problem z ujawnianiem się, z Waldemarem Zboralskim, jednym z pierwszych polskich aktywistów gejowskich, rozmawia Wojciech Kowalik

 

fot. arch. pryw

 

Czujesz się dziś bardziej gejem Polakiem czy gejem Anglikiem?

Zdecydowanie bardziej gejem Polakiem. Sponiewieranym, ale Polakiem.

Dlaczego sponiewieranym?

Wyrzuconym z domu. Kiedy po 2005 r. władzę w Polsce przejął Kaczyński do spółki z Lepperem i Giertychem, zaczęła się antyhomoseksualna krucjata. Nie czułem się bezpiecznie, bo byłem rozpoznawalny, bałem się prześladowań. Zabrałem partnera i uciekliśmy do Anglii.

W maju br. dostałeś brytyjskie obywatelstwo. Ale wciąż walczysz o polskie sprawy. N

a bieżąco informuję moją lokalną organizację LGBT tu w Manchesterze (Lesbian and Gay Foundation) o tym, co dzieje się w Polsce. Gdy kilka lat temu w Parlamencie Europejskim Prawo i Sprawiedliwość zostało przyjęte do tej samej frakcji, co konserwatyści Davida Camerona, późniejszego premiera Wielkiej Brytanii, natychmiast napisałem do BBC. Wybuchła afera, aż Cameron tłumaczył się ze swego dziwnego sojusznika.

Zawsze byłeś też mocno antyklerykalny, ale twoje początki to seminarium.

Był początek lat 80. Gdy nie dałem rady pójść na studia, ktoś podpowiedział mi zakon. Trafiłem do Paulinów na Skałce w Krakowie. Nie bez powodu, słyszałem o długiej tradycji swobód seksualnych w tym zakonie. Myślałem, że będzie mi tam dobrze. Szybko się przekonałem, że nie, takiej ilości intryg, zazdrości, tchórzostwa nie widziałem nigdy. Małe piekło, z którego szybko się wyrwałem.

Tradycje swobód seksualnych” potwierdziły się?

Jak najbardziej! Co czwartek mieliśmy wolne i każdy mógł wychodzić do miasta. Ja chodziłem do łaźni przy świętego Sebastiana. Ilu kolegów z seminarium tam spotykałem! Jeden z nich teraz nawet jest biskupem. W klasztorze byłem, zgodnie ze swoim wykształceniem, sanitariuszem i pielęgniarzem. Kiedyś dwóch kolegów chciało skorzystać z izolatki, dałem im klucze. Ktoś ich nakrył. Wylecieli z hukiem – ale, wzorem Kościoła, szybko odnaleźli się w innych seminariach.

A ty w wojsku. I tam od razu zaprzyjaźniłem się z grupą naturystów. Tak, naturyści w wojsku ludowym, co więcej, wiedzieli o mnie.

Wyoutowałeś się w polskim wojsku w latach osiemdziesiątych?

Oczywiście, jednostka JW1383 w Opolu. Każdy z tamtych czasów to potwierdzi. Fascynacja naturyzmem została też po wojsku. Zacząłem działać w lokalnej organizacji naturystów w rodzinnej Nowej Soli. Ale jak tylko się zorientowali, że jestem gejem, to kazali mi – mówiąc wprost – wypierdalać z pedalstwem, bo oni tam przyprowadzają rodziny i dzieci. Wtedy pomyślałem o stworzeniu własnej paczki wielbicieli naturyzmu. A zaraz potem: dlaczego by nie powołać do życia organizacji gejowskiej? Skoro naturystyczne można?

Zacząłeś działać?

W niemieckim „Spieglu” wyczytałem, że gdzieś w Jugosławii swój zjazd ma ILGA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów i Lesbijek – przyp. red.). Napisałem do redakcji i poprosiłem o namiary. To był 1983 rok. Skrzynką kontaktową dla tego typu próśb zza żelaznej kurtyny był Wiedeń – Andrzej Selerowicz. On miał już sporo kontaktów i tak poznałem ludzi z Łodzi, z Wrocławia. Zaczęliśmy robić grupę, którą zauważyły władze. Akurat wtedy zaczęła się akcja „Hiacynt”.

Byłeś pierwszą znaną z imienia i nazwiska ofiarą tej akcji.

Kiedy zaczęły się pierwsze zatrzymania, natychmiast napisałem list do Wiednia, do Selerowicza. Ten list, ta informacja pojawiła się w przekazach, we wszystkich materiałach na ten temat. Tak zostałem „twarzą” akcji „Hiacynt”.

Twarzą i ofiarą.

Milicjanci przyszli po mnie do pracy do szpitala, pracowałem jako pielęgniarz. To było 15 listopada 1985 r. Bez żadnego nakazu, nie chcieli powiedzieć, o co chodzi. Kazali się ubierać, zapakowali do nieoznakowanego samochodu i wywieźli na komisariat w Nowej Soli. Moja szefowa była przerażona. W pokoju przesłuchań na biurku milicjanta leżał formularz, napisany na maszynie, odbity na powielaczu. Na górze dostrzegłem tytuł: „KARTA HOMOSEKSUALISTY”, a na dole pytania i miejsce na moje odpowiedzi.

Jakie to były pytania?

Milicjant powiedział, że wiedzą o mojej orientacji. Zapytał o dane, adres. A później o to, od kiedy jestem homoseksualistą, czy mam partnera, czy utrzymuję kontakty z kimś z zagranicy. I o techniki seksualne.

Techniki seksualne?

Czy biorę do buzi, czy jestem aktywny czy pasywny. „Mogę pana zaprosić do łózka i pokazać, ale tu odpowiadać na takie pytania nie będę” – powiedziałem milicjantowi. Każde kolejne pytanie było bardziej intymne, na przykład, czy znam kogoś chorego na AIDS. Później zrobili mi zdjęcia, pobrali odciski palców. Nie było agresji, wszystko grzecznie.

Miałem torbę, w której był notes. A tam wszystkie kontakty od Andrzeja Selerowicza do ludzi, z którymi chciałem działać. Przeszukali mnie, znaleźli, skopiowali wszystko. To była kopalnia wiedzy o środowisku.

To było tylko jedno przesłuchanie?

Tak. Wielu moich kolegów przeżyło później to samo.

Do działania to cię nie zniechęciło.

Przeciwnie! Pomyślałem, że teraz, kiedy wszyscy wszystko wiedzą, tym bardziej muszę spożytkować rozpierającą mnie złość, bunt, energię. Okazja nadarzyła się wkrótce, bo wyjeżdżałem z Nowej Soli do pracy w Warszawie. Musiałem czegoś poszukać w stolicy, bo po akcji „Hiacynt” zaczęły się problemy w szpitalu. Okazało się, że podobno są skargi, że obmacuję pacjentów. Pracowałem wtedy na ortopedii, kiedy facet przyjeżdża ze złamaną nogą, to trzeba mu przecież zdjąć spodnie i przytrzymać mosznę zanim założy się gips od stopy po udo! Ordynator dał do zrozumienia, że lepiej będzie, jeśli odejdę. Mam mu za złe brak solidarności. W lutym 1986 r. zacząłem pracować w szpitalu kolejowym przy Brzeskiej w Warszawie. I z kopyta ruszyłem do działania.

Zaczęły się przygotowania do powołania Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego. Sławek Starosta mówił mi („Replika”, nr 39 – przyp. red.), że mieliście spore poparcie, zaangażowało się kilkadziesiąt osób. 

Później tak. Najpierw spotykaliśmy się w willi pewnego bogatego człowieka w Milanówku. Był naszym sponsorem, pozwalał nam nie tylko dyskutować, ale też robić imprezy. Czasami kończyły się tym, że biegaliśmy na golasa po podwórku! Ale też tam, w 1987 r., odbyła się impreza założycielska. WRH przygotowywaliśmy prawie dwa lata. Mieliśmy świetnych prawników, siedzibę, statut, wypełnione dokumenty – mogliśmy rejestrować pierwsze polskie stowarzyszenie LGBT!

Ale się nie udało.

Władze odmówiły rejestracji z powodu „naruszenia ładu moralnego”.

Próbowałeś dalej?

W 1988 r. miał się odbyć zjazd ILGA w Warszawie. SB groziło wtedy, że jeśli nie odwołam tej imprezy, to wpadnie na nią do spółki z ZOMO i ją rozgromi. Nie odwołałem, pomyślałem, że wtedy zwróci na nas uwagę cały świat. Ale były wielkie nerwy i wpadki organizacyjne. Sam zjazd się odbył, ale nie był udany, a SB z pałami w końcu nie wpadła. Zniechęciłem się. Na dwa lata wyjechałem do Niemiec. Ale gdy komuna padła, Niemcy „kazali” wracać do Polski.

Pisywałeś do „Inaczej” – wywiady, teksty, opowiadania, tłumaczyłeś z niemieckiego, ale na 10 lat praktycznie zniknąłeś.

Całe lata 90. próbowałem ułożyć sobie życie, poznać kogoś. Miałem dużo pracy.

Wróciłeś w latach dwutysięcznych. I to jak! Telewizja, prasa.

Po roku 2000 związałem się z Antyklerykalną Partią Postępu „Racja” i zacząłem tam forsować temat związków partnerskich. To był moment, kiedy swój projekt przygotowywała Maria Szyszkowska, a ja poznałem swojego Krzyśka. Zaczęliśmy głośno i otwarcie, z odkrytymi twarzami mówić o potrzebie wprowadzenia związków. Znalazł nas TVN, wylądowaliśmy w „Rozmowach w toku”. Później w „Wiadomościach”, w „Gazecie Wyborczej”, nawet prasa lokalna pokazywała nas jako parę homoseksualną, która pragnie zawrzeć związek partnerski.

Wasz ślub w Anglii w 2007 r. obiegł internet i całśrodowisko LGBT w Polsce.

Chciałem powiedzieć ludziom: zostawcie to wszystko, przyjeżdżajcie tu, róbcie to, co my i bądźcie szczęśliwi! Zgłosił się Robert Gliński i tak wzięliśmy udział w jego filmie „Homo.pl”.

Dwa lata temu wzięliście rozwód. Jak przebiega rozwód związku partnerskiego w Wielkiej Brytanii?

 Szybko i sprawnie. Musiałem napisać wniosek do brytyjskiego sądu. Procedura kosztuje 340 funtów, nie musieliśmy przyjeżdżać na rozprawę. Nie mieliśmy wobec siebie roszczeń finansowych, nie ubiegaliśmy się o prawo do opieki nad dzieckiem, więc nie trzeba było angażować adwokatów. Wszystko odbyło się korespondencyjnie.

W Wielkiej Brytanii cały czas pracujesz i cały czas jesteś pielęgniarzem. Teraz opiekujesz się starszymi ludźmi. Zdarzyło ci się mieć pod opieką geja?

Tak, opiekowaliśmy się nim razem z jego partnerem. Już nie żyje. Zdarzają się geje, ale starsi mężczyźni wciąż boją się o tym mówić.

Nadal? W latach 50. czy 60. na Wyspach Brytyjskich za homoseksualizm można było wylądować w więzieniu, ale dziś legalizuje się małżeństwa jednopłciowe.

Pamiętają też lata osiemdziesiąte i barbarzyńskie przepisy, jakie przeforsowała premier Margaret Thatcher. Zakaz tak zwanej propagandy homoseksualnej, za którą może być uznane praktycznie wszystko – choćby właśnie coming out. Już tych przepisów nie ma, ale widmo krąży: podobne przepisy niedawno przegłosowano w Rosji.

Jaką wiadomość z Polski najchętniej przekazałbyś swojej organizacji w Manchesterze?

Pytanie! Że wreszcie mamy związki partnerskie. To byłby najwspanialszy moment.

 

Tekst z nr 44/7-8 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.