Świat i tak się zawali

Z meksykańskim artystą Alejandro Urangą rozmawia Bartosz Reszczak

 

foto: xxxxxxxxx

 

Malujesz gejów, męskie ciała, twoja sztuka w ogóle jest bardzo gejowska. Zastanawiam się, co byś malował, gdybyś nie był gejem.

(śmiech) Jeszcze nikt nie nazwał mojej twórczości „bardzo gejowską”. Rozbawiłeś mnie. Gdybym nie był gejem… nie wiem, gdzie szukałbym inspiracji, nie umiem przewidzieć kierunku. Może tak, jak teraz maluję facetów, jako heteroseksualny malarz malowałbym dziewczyny? A gdybym był transseksualny, może odnosiłbym się twórczo do mężczyzn, kobiet i problemów identyfikacji płciowej, może płynności granicy między nimi? Ale równie dobrze mógłbym malować pejzaże albo tworzyć sztukę konceptualną. Nie wiem. Myślę, że każdy artysta, niezależnie od płci czy orientacji seksualnej, wyraża w sztuce to, co dla niego ważne. Mnie inspiruje ludzkie ciało, erotyka, pornografia…

o, tak, nawet robienie loda uczyniłeś przedmiotem sztuki!

Moje niektóre prace przedstawiają mężczyzn w niedwuznacznych sytuacjach. Obraz „Le garcon aux yeux blues” („Chłopak o niebieskich oczach”), o którym mówisz, jest jednym z nich (prenumeratorzy/rki „Repliki” otrzymują reprodukcję „Chłopaka…” gratis – przyp. red). Wyraża mój stan, potrzeby seksualne, które czułem, pracując nad nim. Ale moja twórczość nie odnosi się wyłącznie do mężczyzn, społeczności gejowskiej czy seksu samego w sobie. Podejmuję rożne tematy w performansach, video, także w grafice i malarstwie.

Wyraźnie inspiruje cię Madryt, w którym od kilku lat mieszkasz. Ale nie jesteś Hiszpanem, pochodzisz z Meksyku. To miłość kazała ci przepłynąć ocean?

Rzeczywiście, często maluję Madryt. Jego ulice, codzienność. W 2010 r. stworzyłem serię screen printów „Postcards from Madrid” („Pocztówki z Madrytu”) – to rodzaj opowieści o mieście, które poznawałem. Ale to nie miłość sprawiła, że wyjechałem z Meksyku. Mieszkałem w Mexico City – to piękne miasto, ale bardzo głośne, zatłoczone, zanieczyszczone. Choć jest ogromne i daje wiele możliwości, to poczułem się znudzony i zmęczony. Jak meksykański poeta Efrain Huerta, czuję do tego miasta jednocześnie miłość i nienawiść. Szukałem spokojniejszego miejsca, mój ówczesny chłopak zaproponował, abyśmy przenieśli się do Europy. Wybraliśmy Hiszpanię. Uwielbiam Madryt, jest piękny i czarujący. Możesz go przejść pieszo. Czuję się tu naprawdę dobrze, w spokoju tworzę, kocham i jestem kochany przez mojego hiszpańskiego faceta – Jose.

Jesteście małżeństwem?

Na razie nie.

Interesujesz się prawami gejów i lesbijek?

Tak. W Mexico City zalegalizowano związki partnerskie w 2007 r. – kilka miesięcy przed moim wyjazdem do Madrytu. To było wspaniałe, ale jeszcze wspanialsze wydarzenie nastąpiło trzy lata później, w 2010 r., gdy wprowadzono w Mexico City małżeństwa homoseksualne.

Bardzo podoba mi się twoja „warszawska” grafika. Warszawa przyjęła cię bardzo ciepło, w klubie Leniwiec miałeś latem wystawę. Może polscy faceci staną się dla ciebie nową inspiracją?

Same zalotne pytania zadajesz (śmiech). Wykorzystałem tradycyjny wizerunek pomnika Chopina z Łazienek Królewskich jako ilustrację mojej warszawskiej wystawy, plakat promocyjny. Tyle tylko, że pozwoliłem sobie wymienić Chopina na nagiego mężczyznę, który leży pod drzewem. Miałem nadzieję, że będzie to nieco prowokacyjne dla Polaków, ale… nikt nie zwrócił uwagi. Polacy są bardziej otwarci, ciepli i mili, niż sądziłem. A co do chłopaków… wasza jasna skora i delikatne rysy są bardzo interesujące – także z artystycznego punktu widzenia, więc kto wie…

Używasz bardzo wyraźnych, zdecydowanych kolorów, mieszasz kontrastujące ze sobą barwy. Ma to coś wspólnego ze słynącą z intensywnych barw sztuką Meksyku? Od razu przychodzą na myśl nazwiska Kahlo czy Rivery…

O, tak, sztuka meksykańska, w tym także meksykańskie rękodzieło, miała ogromny wpływ na moją twórczość. Tak jak zauważyłeś, malarstwo Meksyku jest pełne kolorów, wymiarów, ale także pewnego rodzaju wizyjności z pogranicza światów. Również ulice Meksyku wypełnione są różnorodnymi barwami. Wzrastałem w tym wszystkim. Już jako dziecko kochałem woskowe ołówki i farby wodne. Kolor w mojej twórczości ma szczególne znaczenie, jest elementem struktury obrazu, bazą, nie jest wyłącznie elementem kompozycji. Chciałbym kiedyś zapełniać kolorem przestrzeń publiczną. Ale Frida Kahlo i Diego Rivera nie należą do moich ulubionych meksykańskich twórców, dużo bardziej podziwiam Rufino Tamayo i Davida Alfreda Siqueirosa, który w latach trzydziestych XX w. uczył nowatorskich technik malarskich samego Jacksona Pollocka.

Niektóre z twoich projektów to sztuka zaangażowana, konceptualna, przykładem – cykl i „Juventud y SIDA en cama de vidrio” („Młodzież i AIDS w szklanym łożku”).

Ten projekt powstał w 2003 r. Starałem się jednoznacznie, bez aluzji, pokazać, jak młodzi ludzie – HIV-pozytywni i negatywni – używają kondomów jako podstawowego narzędzia prewencji. Chciałem również zwrócić uwagę na łatwość, z jaką można zarazić się wirusem, jak bardzo delikatna to kwestia. Projekt miał być również nawołaniem do równości między osobami zakażonymi i niezakażonymi. To konceptualne założenie. Technicznie, zamiast aparatu fotograficznego użyłem skanera. Nadzy chłopcy i dziewczyny siadali na skanerze i tak powstały naturalne, „niepozowane” wizerunki tyłków, cipek i penisów.

Masz jakąś przewodnią myśl, którą się kierujesz w sztuce?

Nie, chyba nie stawiam żadnej tezy. To niedobre, aby tworzyć podług idei, wolę spontaniczność, inaczej sztuka nie miałaby sensu. Nie w tych czasach. Wyznaczam sobie nie idee, a cele – chciałbym malować obrazy wielkoformatowe, nauczyć się sztuki murali, pokazać moje prace w miastach, które kocham. I sprzedawać je na aukcjach w Sotheby’s (śmiech).

Którego z gejowskich twórców cenisz?

Artyści geje? Mógłbym wymienić chyba tylko Keitha Haringa. Podziwiam go jako człowieka i wielkiego artystę. Większość artystów, których lubię jest, o ile mi wiadomo, heteroseksualna, jak Monet, Łempicka…

Tamara Łempicka była biseksualna.

Ach, tak? No, widzisz. To tylko pokazuje, że orientacja seksualna nie wpływa na mój odbiór sztuki (śmiech). Wymieniam dalej: Picasso, Miro, Derain, Sonia i Robert Delaunay, Basquiat, Renoir, de Koonig, Kandinsky, Heckel, Kokoschka…

Obok czyich prac chciałbyś zobaczyć w muzeum swoje obrazy?

To jest cholernie trudne pytanie, bo jest tak wielu, których podziwiam… Ale chyba najbardziej chciałbym wisieć między Matissem a Balthusem. Wrócę jeszcze do tego motta, myśli przewodniej, jak ją nazwałeś, bo właśnie mi się przypomniało. W meksykańskim hiszpańskim brzmi to tak: „A coger y a mamar que el mundo se va a acabar” – „Pieprzmy się, obciągajmy, bo świat i tak się zawali”. Możesz to uznać za moją główną ideę.

 

Tekst z nr 39/9-10 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.