Śledztwo na temat Maryi dziewicy

O lesbijskich wierszach, o byciu żonatą i o fascynacji Warszawą z norweską poetką Kristin Berget rozmawia Ania Urbańczyk

 

foto: Fredrik Arff

 

W swojej poezji piszesz o miłości do kobiet. Jesteś lesbijką?

W norweskiej gramatyce płeć nie jest tak silnie zaznaczona, jak w polskiej, więc gdy czyta się moje wiersze w oryginale, nie wiadomo, czy piszę o mężczyźnie, czy o kobiecie. Choć w „Loosing Louise” (pierwsza książka Berget – przyp. red.) widać, że chodzi o kobiety.

Tak, jestem lesbijką. Muszę przyznać, że dawno nikt mi nie zadał pytania o osobistą identyfikację. Sama nie kładę nacisku na moją tożsamość psychoseksualną, może dlatego, że sytuacja społeczności LGBTQI w Norwegii jest inna niż u was. Mamy pełne prawa. Ale zauważyłam, że w mojej ojczyźnie raczej nie interpretuje się mojej poezji z perspektywy lesbijskiej czy feministycznej. Raczej mówi się tylko: „to jest o miłości”.

Zapytałam wprost, bo jestem mile zaskoczona, że zaproszono cię, lesbijską poetkę, do Gdańska na festiwal Europejski Poeta Wolności, organizowany przez publiczną instytucję (festiwal odbył się w marcu br. – przyp. red).

Myślę, że w Polsce jest ważne, żeby o byciu lesbijką mówić głośno.

Nie jestem pewna, co oznacza sformułowanie „lesbijska poetka”, chociaż poruszam homoerotyczne tematy. Etykietowanie ma swoje wady, ale jednak czuję się częścią społeczności LGBTQI. I będę o tym mówić, jeśli tylko ktoś zapyta. Ale ludzie nie pytają. Szczególnie w Norwegii. W moim kraju takie pytania nie padają, a odpowiedzi na nie mało kogo interesują. Mówi się ogólnikowo: „to przecież naturalne, tacy ludzie tu żyją”. W każdym razie tak jest w okolicach Oslo, gdzie mieszkam. Może w innych częściach Norwegii, na prowincji, jest inaczej. Jak teraz to analizuję, to myślę, że to takie…

…poprawne politycznie?

Z jednej strony, może… Ale to też sposób na ukrywanie się. Rodzaj opresji, niewidzialności. Niby mamy równe prawa, ale nie jesteśmy objęci uwagą i uważnością. Dlatego wolę mówić o swojej seksualności, a nie zasłaniać się stwierdzeniem „Nie rozmawiamy o tym, nie jest to nam do niczego potrzebne”.

Pochodzisz z małej wioski, stosunkowo późno debiutowałaś, bo po 30-tce. Parę lat spędziłaś pracując w kuchni w Irlandii.

Właśnie! Moja tłumaczka, Justyna Czechowska, mówiła, że w polskiej nocie biograficznej napisano, że pracowałam jako kucharka. Nie. Pracowałam jako rolniczka. Teraz mieszkam w Drobak, niedaleko stolicy. Z wykształcenia jestem muzyczką, pianistką klasyczną. Przez długi czas uczyłam gry na fortepianie. Potem zostałam rolniczką, najpierw w Norwegii, a później przeprowadziłam się do Irlandii, gdzie mieszkałam kilka lat. Muzyką nadal się zajmuję.

A poezja?

Pisałam wiersze od dawna, ale bardzo, bardzo się tego wstydziłam. Gdy miałam 26 czy 27 lat i byłam na nartach, postanowiłam nagle, że zapiszę się na kurs kreatywnego pisania. Byłam zszokowana i zawstydzona tym pomysłem. I absolutnie nie chciałam o tym mówić nikomu, nawet mojej expartnerce, z którą wtedy mieszkałam. Wstydziłam się do tego stopnia, że postanowiłam założyć skrytkę na poczcie, żeby ewentualna korespondencja z kursu nie przychodziła na nasz adres.

Dostałam się i na tym kursie spotkałam wiele poetów i poetek. To było rewelacyjne! Pisanie wierszy ma według mnie coś wspólnego z poczuciem własnej wartości. Trzeba znaleźć swój sposób tworzenia, bo jest ich wiele, nie tylko ten ekspresyjny i emocjonalny, jak myślałam przed rozpoczęciem nauki poezji. Uczęszczałam na zajęcia, studiowałam rożne rodzaje kompozycji i zaczęłam pracę nad swoją pierwszą książką – „Loosing Louise” ukazała się w Norwegii w 2007 roku. To poetycka książka o miłości dwóch kobiet, ich historia jest opowiedziana wierszami.

Jak dotąd – nieprzetłumaczona na polski. Mamy za to twój tomik „Der ganze Weg” po polsku. W jednym z wierszy opisujesz seks z Matką Boską, w dodatku seks lesbijski. I w ogóle piszesz sporo o religii.

Ale religia nie ma wielkiego znaczenia w moim życiu – nie praktykuję, nie chodzę do kościoła. Religia to dla mnie bardziej zjawisko, fenomen niż moje własne emocje. Jeśli porusza się kwestie moralne, automatycznie odwołujemy się do religii.

Interesuje mnie to, jak tworzy się nasz system zasad moralnych. Bo przecież nie chodzi o to, czy być dobrym, czy złym, wybór najczęściej nie jest taki prosty. Poza tym religia jest mocno osadzona w kulturze. Interesuje mnie także, kim jest kobieta w religii. W Norwegii większość to protestanci. Figura Matki Boskiej nie ma takiego znaczenia, jak dla katolików i katoliczek. My skupiamy się na mężczyźnie – Jezusie Chrystusie. Wiersz o seksie z Matką Boską jest dla mnie bardzo ważny. Nie chciałam pisać go w punkowy, krzykliwy sposób. To było bardziej śledztwo na temat wizerunku Maryi dziewicy. A także zagadnienia grzechu w chrześcijaństwie. Że rodzimy się z nim. Wiersz przedstawia też możliwość stanięcia przed Bogiem i zadawania mu pytań.

Dość często wspominasz w swojej twórczości Polskę, a Warszawą wydajesz się zafascynowana.

To moja czwarta wizyta w Polsce. Byłam w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, no i teraz – w Gdańsku. W waszej stolicy byłam na wizycie studyjnej w ramach studiów, uczyliśmy się tam kompozycji, spotykaliśmy polskich literatów i literatki. W Warszawie miałam wrażenie, jakbym spacerowała po teatralnej scenie, wśród scenografii. Przemożnie czułam tę energię. Znałam historię, wiedziałam o wojnie, zniszczeniach. Ale inaczej się o czymś czyta, a inaczej odczuwa to na żywo, gdy mija się domy, które wyglądają na stare, a są stosunkowo nowe. Czułam tę niestabilność, że coś wygląda, jakby stało tam od setek lat, ale tak naprawdę jest odbudowane. To było dla mnie ważne doświadczenie. Gdy zaczęłam pisać „Der ganze Weg” pomyślałam, że to dobra metafora niestabilności, także dotyczącej ludzi, tożsamości.

Ty sama jesteś teraz w stabilnym związku małżeńskim.

Tak (śmiech). W 2009 roku prawo w Norwegii się zmieniło. Mieliśmy przedtem związki partnerskie, ale nie dawały nam one takich samych praw jak małżeństwom heteroseksualnym. Teraz mamy już równe prawa. Lesbijki mogą poddać się sztucznemu zapłodnieniu i in vitro praktycznie za darmo. Nie byłam wcześniej zainteresowana małżeństwem, ale zmieniłam zdanie, gdy stało się to możliwe. Byłam przekonana, że na mnie to nie wpłynie, a jednak stało się inaczej. Uświadomiłam sobie, że gdzieś tam wewnętrznie czułam, że nie jestem akceptowana tak, jak inni. Dopiero kiedy prawo dotyczące małżeństw jednopłciowych weszło w życie, poczułam, że zostałam zaakceptowana w pełni. To było niesamowite uczucie. Pękła moja wewnętrzna blokada, o istnieniu której chyba nawet sama nie wiedziałam. No i ożeniłam się.

 

***

Kristin Berget (ur. 1975) – norweska poetka i muzyczka. Debiutowała w 2007 r. opowieścią o miłości dwóch kobiet, napisaną wierszami – „Loosing Louise”. Jej druga książka „Der ganze Weg” z 2009 r. ukazała się również w Polsce (nakładem wydawnictwa Słowo Obraz Terytoria). Za ten tomik Berget była nominowana do nagrody Europejski Poeta Wolności, przyznawanej przez Miasto Gdańsk. „Der ganze Weg” to rzecz o płci, będącej symbolem czasem widocznego, a czasem ukrytego pożądania, przyzwyczajenia, przynależności i obcości. Język nas oszukuje, mówi Berget, i sama oszukuje swój język – odmianę norweskiego, która mając swe źródło w duńskim, czyli w mowie najeźdźców, nijak nie wpasowuje się w szepty i krzyki kobiet kochających kobiety.

Dzień 4

Kristin Berget

Jakbym stała przed bogiem

i wyznawała mu grzech

Droga mario dziewico Myślę, że

seks z tobą byłby wspaniały To nie

obietnica która znaczy że oświadczę

ci się nad ranem Mówię tylko

Czemu masz takie wywrócone

oczy gdy odkrywasz pierś w porę

i nie w porę Marzę o

twoich biodrach I że twój język

liże moje ramię

 

 

Tekst z nr 37/5-6 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.