Zdobędę Kilimandżaro

O romansach i o stałych związkach, o poezji homoerotycznej i o podroży dookoła świata oraz o pewnym rudym Pawle z Adamem Stępińskim, uczestnikiem projektu Lambdy Warszawa dla homo/biseksualnych seniorów/ek rozmawia Mariusz Kurc

 

foto: Agata Kubis

 

Adam Stępiński zaprasza mnie do mieszkania na warszawskim Ursynowie. Przysłuchują się nam dwa rasowe koty – Elka Rex Dewoński i Elvis Brytyjczyk Niebieski. Jestem ciekawy, jaką pan ma koncepcję rozmowy.

Chciałbym dowiedzieć się o projekcie Lambdy dotyczącym seniorów, w którym bierze pan udział. Mam też nadzieję namówić pana na opowieść o sobie. Wielu młodym ludziom czasem aż trudno sobie wyobrazić, jak kiedyś wyglądało gejowskie życie – bez Internetu, klubów. A zdaje mi się, że w tamtych czasach, co prawda w „konspiracji”, ale ono jednak gdzieś było, a może nawet kwitło, tylko inaczej.

To pokażę panu jeden skarb, który już nawet sobie przygotowałem. Adam pokazuje mi bilet-zaproszenie, który czytam na głos:

Spotkanie wigilijne Lambdy Warszawa w Cafe Fiolka, 21 grudnia 1990 r. Cena: 20 000 zł Był pan jednym z członków tej pierwszej Lambdy (która w połowie lat 90. rozpadła się. Obecna, reaktywowana Lambda Warszawa działa od 1997 r. – przyp. „Replika”)?

Tak. Niestety, nie zachowałem legitymacji, a miała początkowy, jednocyfrowy numer.

Minęło 26 lat i Lambdzie znów udało się pana zaktywizować. Jak pan trafił do projektu seniorów?

Przeczytałem ogłoszenie w lokalnej ursynowskiej gazecie „Passa”. Zadzwoniłem pod wskazany numer niemal natychmiast. Nie miałem wątpliwości, że to jest coś dla mnie.

Czego pan oczekiwał?

Nie chodziło mi o lek na samotność. Jestem w długoletnim związku. Chciałem po prostu poznać nowych ludzi, znów wejść w tzw. środowisko. Sam anons też był ciekawy – w ramach zajęć: lekcje angielskiego, obsługi komputera, komórki. Uczestniczę w projekcie od wakacji i muszę powiedzieć, że nie sposób go przecenić. Dla mnie to rzecz zupełnie niezwykła, że przyszli również tacy, którzy do tej pory niemal nikomu o swej homoseksualności nie mówili. Ukrywali ją przez tak długi czas. Dla niektórych, jak słyszałem, nawet to, że stawali przed kamienicą na Żurawiej, gdzie jest siedziba Lambdy, i dzwonili domofonem, stanowiło pewien akt odwagi.

Każdy uczestnik ma swojego tutora. To są młode osoby, ale z pewnym doświadczeniem. W moim przypadku – Krzysiek Kliszczyński. Świetny. Bardzo pomocny.

Teraz projekt się formalnie skończył, ale tak naprawdę rozwija się dalej siłą rozpędu – po prostu jest nam potrzebny. Trzeba trzymać kciuki – i biorąc pod uwagę obecne czasy, modlić się – by trwał nadal. Mieliśmy ognisko w Powsinie, marsze z kijkami, dwie dyskoteki w klubie Galeria.

We wtorki zaś mamy Cafe Senior w Lambdzie – po prostu przychodzimy pogadać o wszystkim. Są wśród nas tacy, którzy nie mieli zbyt wielu okazji w życiu, by poczuć się swobodnie ze swą orientacją, być bezpiecznym w gronie swoich. Cafe Senior jest taką przestrzenią.

Ale pan już miał takie okazje – ma pan nawet doświadczenia działacza.

Niewielkie, ale tak. Na początku lat 90. byłem związany z pewnym gejowskim czasopismem, efemerydą o tytule „Nie? Tak! Gayzeta”, które później zmieniło tytuł na „O zmierzchu”. Organizowaliśmy ogólnopolskie spotkania czytelników. Pamiętam pierwsze w Szklarskiej Porębie. W programie pobytu mieliśmy pokaz filmu dotyczącego profilaktyki HIV/AIDS, wtedy obowiązkowy temat w gejowskim środowisku. W domu wczasowym, który wynajęliśmy, nie było sprzętu do projekcji, ale po sąsiedzku Wojskowy Dom Wypoczynkowy „Szarotka”… a może „Słoneczko”, już nie pamiętam, zgodził się udostępnić salę ze sprzętem. Okazało się, że w tym domu był akurat turnus samych pań. Gdy weszliśmy – a było nas trzydziestu chłopa – to te panie zachwycone! Zaraz zaczęły się jakieś przygadywania, zapraszanie, oczekiwanie na coś. Delikatnie musieliśmy tłumaczyć, że możliwości wczasowego flirtu są z nami niewielkie.

Poza tym spotkania gejowskie były głownie po domach.

Kiedyś mówiło się prywatki, a teraz domówki.

Domówki były np. u nieżyjącego już Włodka Antosa, który miał wydawnictwo L’Europe i publikował m.in. tomiki gejowskiej poezji. Czasem nie najwyższych lotów, ale wydawano ją.

To lata 90., a wcześniej? Np. w latach 70.?

W latach 70. to ja się nie udzielałem, miałem dwadzieścia parę lat i problemy z samoakceptacją.

A jak długo jest pan w stałym związku? Jak się poznaliście?

A około 30 lat. Ma pan rację, że życie gejowskie wyglądało wtedy zupełnie inaczej. Klubów nie było – ale pikiety tak. Maćka poznałem na pikiecie. Nie w nieistniejącym już „grzybku”, czyli toalecie publicznej przy Pl. Trzech Krzyży, tylko w pobliskim parku, gdzie też kręciło się wielu gejów.

To jesteście dowodem na to, że na pikiecie poznawało się faceta nie tylko do przygodnego seksu.

Tak jest. To pejoratywne mniemanie o pikietach jest nie do końca słuszne! Pamiętam doskonale tamtą chwilę. Podszedłem i zagadałem coś, a on się nie odezwał. Dostałem kosza – pomyślałem i zacząłem się oddalać, gdy Maciek podszedł z jakimś znajomym. Okazało się, że nie odezwał się, bo nie usłyszał, ale chętnie mnie pozna. Tak się zaczęło. Już po kilku tygodniach zamieszkaliśmy razem.

Maciek jest osobą mocno niedosłyszącą, ma 90% ubytku słuchu. Bez aparatu nie słyszy. Ma też bardzo chore oczy, niedowidzi. Jest osobą niepełnosprawną. Po Warszawie, którą dobrze zna, porusza się bez problemu, ale w obcym środowisku jest kiepsko. Przez lata pracował w Instytucie PAN w Dziekanowie. Jest doktorem biologii i ekologiem.

Pan Maciej też tu mieszka?

Tak. Nie ma go akurat, bo jest na zajęciach z rysunku w Lambdzie. Młodszy ode mnie, ma 59 lat, więc teoretycznie do projektu się nie kwalifikował, bo adresowano go do ludzi 60+, ale uprosił Agnieszkę (Wiciak – koordynatorka projektu – przyp. „Replika”) i się zgodziła.

Dziś, gdy dwóch niespokrewnionych mężczyzn kupuje wspólne mieszkanie, to sąsiadom przychodzi chyba do głowy, że mogą być parą. A wtedy?

Nie bardzo, ale przede wszystkim, nie „afiszowaliśmy się”, to stanowiło tabu, a sąsiadów mamy bardzo taktownych. Nigdy złego słowa nie usłyszeliśmy. Muszę tu jeszcze dodać, jakkolwiek głupio to zabrzmi, że niepełnosprawność Maćka była jakby naszą tarczą. Ludzie widzieli, że ten człowiek wymaga opieki i może tłumaczyli sobie, że jestem kuzynem, który mieszka z nim na stałe, aby mu pomagać na co dzień.

A ja sam, będąc nauczycielem w szkole – skończyłem polonistykę i uczyłem polskiego – czułem się wręcz zmuszony do ukrywania swojej homoseksualności. Na żadne przegięcia, „czajniczki”, nie mogłem sobie pozwolić. My się wyczuwamy, ale przed heterykami, jak się zachowa pozory, to można żyć bezpiecznie w szafie, chociaż duszno…

Do dziś żaden nauczyciel gej nie udzielił wywiadu ani „Replice”, ani innemu czasopismu.

No to widzi pan.

Jak u pana było z samoakceptacją? Jak wyglądał ten proces?

Niełatwo i długo trwał.

Pierwsza opowieść, która przychodzi mi do głowy, nie wiem, czy jest do drukowania? Miałem 8 lat i pojechałem na pierwsze w życiu kolonie. Spaliśmy w wieloosobowych salach i nie wiem, jak to się stało, ale do łózka obok mnie położono znacznie starszego chłopaka, 16-latka. Jak on się onanizował, to wołał mnie, żebym ja jego…

Molestowanie?

A skąd! Mnie się to bardzo podobało. On zresztą był gotów się odwdzięczyć, choć wtedy mnie za bardzo jeszcze nie było za co chwycić. W każdym razie ja mu „pomagałem” z wielką ochotą. Taki był rudy, ładny. Paweł miał na imię. I przed bojkami z rówieśnikami mnie chronił. Protektora miałem przez cały dzień, a w nocy – zabawy.

Potem coś tam z chłopakami z podwórka, aż dopadł mnie konwenans społeczny. Słowa „gej” nie było, więc zaakceptowanie siebie nawet na poziomie nazewnictwa było trudne. Mam przyjąć, że jestem pedałem? Skoro od małego wiem, że pedał to postać do pogardzania, obrzydliwa i żadnemu mężczyźnie nie przystoi? Wiedziałem dokładnie, co mi sprawia przyjemność, a jednocześnie, gdyby mnie ktoś wtedy wprost zapytał, czy jestem pedałem, to bym chyba nie wiedział, o co chodzi.

I zawierzyłem głupiemu przysłowiu, które wtedy krążyło: „Jak się ożenisz, to się odmienisz”. W stosownym wieku dwudziestu paru lat ożeniłem się. Życie seksualne z żoną początkowo było OK, choć Paweł i inni mężczyźni wciąż powracali we wspomnieniach. Fizycznie byłem z żoną, a myślami – z nimi.

Późno, dopiero koło trzydziestki, miałem pierwszy w życiu seks analny i po nim już wiedziałem, jakiego seksu oczekuję. Wtedy pożycie z żoną się ostatecznie zawaliło. Zacząłem dążyć do rozwodu. Moja żona była dziewczyną z tzw. dobrego domu, jeszcze świętsza, jak się mówiło, niż poznanianka – bo z Gniezna! Nic nie mogłem jej zarzucić. Teściowie byli też bardzo w porządku. Niedzielne obiadki, miłe rozmowy, obrastałem w tłuszczyk. Szczęście powinno było mnie opromieniać, tymczasem ja się dusiłem.

Po tych kilku latach rozwiódł się pan?

Rozwiodłem się, ale nie po kilku. To zabrzmi strasznie: po siedemnastu. Nie przekreślam tego czasu, ale jednak bardzo żałuję, że tak długo go trwoniłem. Nie byłem w stanie być z żoną, ale bałem się rozwieść. Z trudem akceptowałem własny homoseksualizm, ale nie chciałem go zdusić, zagłuszyć. Długi czas zawieszenia.

Uczyłem w szkole kolejowej, miałem darmowe przejazdy PKP. Jeździłem po Polsce. Uczniów zresztą też bez przerwy na wycieczki zabierałem – i to nie do Krakowa czy Zakopanego, bo wychodziłem z założenia, że te miasta i tak w życiu zobaczą, a np. na Roztocze, takie piękne.

Z pewnego samotnego wyjazdu wyłonił mi się trwający prawie rok związek. Ach, to było niezwykłe! Późna wiosna, wybrałem się do Trójmiasta, na słynną w środowisku plażę na Stogach. Szedłem brzegiem morza, patrząc bardziej na plażę niż na horyzont, bo na plaży nadzy faceci. Nagle zobaczyłem, jak w moją stronę idzie nieziemsko piękny mężczyzna. Krótka myśl, że może idzie po prostu się wykąpać, ale nie – szedł do mnie. Zaprzyjaźniliśmy się szybko, a potem kochaliśmy się na wydmach. Umówiliśmy się na następny tydzień. Wciąż go widzę, jak z plaży odchodzi tanecznym krokiem w białych, niemal prześwitujących spodniach. To był aktor. Miał małe, przytulne mieszkanko, pokój z łazienką, kuchnia we wnęce, nad samą Motławą. Przez wiele miesięcy na każdy weekend pędziłem do Gdańska…

Z katechetą, mówi pan.

No, tak, uczył religii. Namiętna i tragiczna miłość. To był chłopak, który pochodził z menelskiej rodziny z Pragi Południe, naprawdę samo dno. Musiał radzić sobie sam, ale łatwo nawiązywał znajomości, jakoś maturę zdał. Święceń kapłańskich nie miał, na księdza się nie kształcił, ale zdobył prawo do nauczania religii. Bardzo lubił podryw na pikietach i nawet jak był ze mną, to ciągnęło wilka do lasu. Rozstawaliśmy się i schodziliśmy. W końcu straciliśmy się z oczu, a potem dowiedziałem się, że został zamordowany. Przypadkowy spacerowicz odnalazł w Wielkanoc jego ciało wciśnięte w rury grzewcze, które biegną w Parku Skaryszewskim, też słynna pikieta. Jego mieszkanie zostało splądrowane. Sprawca czy sprawcy pozostali nieznani.

W każdym razie dopiero mocno po trzydziestce zacząłem powoli akceptować to, że jestem tym „pedałem”.

Panie Adamie, w lutym byłem w Lambdzie na wieczorku z pana poezją, często gęsto zabarwioną homoerotycznie. Od jak dawna pisze pan wiersze?

Od niedawna. Może od jakichś 15 lat. Piszę wiersze, które, przynajmniej w dużej ich części, można by nazwać gejowskimi czy homoerotycznymi. To pewnie przejaw jakiejś, już nie drugiej, tylko chyba dziesiątej młodości, ale też chęć wypełnienia luki w rodzimej poezji. Homoerotycznych wierszy po prostu nie ma! I zaraz znów pojawia się problem z nazewnictwem, jak o „tych sprawach” pisać. Przykładowo: „penis” czy „członek” to są terminy niemal medyczne, nie kojarzące się erotycznie, tylko podręcznikowo. A inne to są określenia wulgarne. Osobiście jestem więc zwolennikiem „kutasa”, że tak powiem (śmiech). Ale nie nadużywam tego słowa w wierszach… Może szkoda?

Moja przyjaciółka mówi, że ja jestem trzy „P”: pedał, polonista i podróżnik. Tylko o czwartym „p” – „poeta” – zapomniała.

Omówiliśmy pedała, polonistę i poetę. A podróżnik?

A tak. Bardzo.

To proszę coś o tym powiedzieć.

Proszę pana, są podróżnicy i są wycieczkowicze. Ja jestem podróżnikiem.

To niech pan rzuci jakieś fajne miejsce jako rekomendację.

W zeszłym roku podróżowałem „w 80 dni dookoła świata”.

Żartuje pan?

Nie, dlaczego? Wystartowałem z Warszawy do Berlina. Potem było Chicago i Los Angeles. Stamtąd poleciałem na Hawaje, dalej Kiribati, Fidżi, Nowa Zelandia, Australia, Borneo, Hong Kong. Z Hong Kongu do Helsinek i już byłem z powrotem w Warszawie.

To mi szczęka opadła. Sam pan pojechał?

Sam. Na Kiribati, to jest archipelag na Pacyfiku, byłem w wiosce o nazwie Poland. Polecam. To był w ogóle niesamowity tydzień. Wylądowałem na jednej wysepce, idę do jakiejś głównej drogi szukać hotelu. Przy jednym domu leży facet w hamaku, widzi mnie, od razu poznaje, że ja nietutejszy, więc zagadnął, dokąd się wybieram. Ja, że do głównej drogi, do hotelu. Ze śmiechu spadł z tego hamaka. Okazało się, że tam nie było żadnej głównej drogi, tym bardziej hotelu. Jego sąsiadka przyjęła mnie do siebie do domu.

Jak się dowiedzieli, że jestem z Polski, to mnie zawieźli do Poland 70 km dalej. A ta wioska, w której mieszkałem, nazywała się London. Wyspa długa i bardzo wąska – miejscami ocean widać po obu stronach. Powiedzieli, że czasem, po porządnej ulewie, zalewa dojazd i Poland jest odciętą osobną wysepką. Jak wracaliśmy z Poland do London, to lało, ale na szczęście nie tak mocno.

A wcześniej, w innej podroży, przykładowo, byłem w Timbuktu, średniowiecznym mieście w Afryce. Węglarką, tym najdłuższym pociągiem, jechałem całą noc z wybrzeża Mauretanii do serca Sahary.

Najdłuższym pociągiem?

Prawie 3 kilometry długości. Same wagony towarowe i tylko jeden osobowy dołączają. Oczywiście ścisk w nim straszny. Bagaży pasażerowie mieli tyle, że miałem wrażenie, że wszyscy się akurat przeprowadzali. Dworców nie ma, tylko tory i pustynia.

To pan rzeczywiście jest podróżnikiem, a nie wycieczkowiczem.

W 2015 roku zwiedzałem też Jordanię. Afryki Wschodniej jeszcze tylko nie znam. Trzeba się będzie wybrać. Może ktoś do mnie dołączy? Zdobędziemy razem Kilimandżaro! Zapraszam.

 

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Grzegorz Kielar „Skrajem”

Tarnowskie Góry 2014

 

Tytuł zbiorku wierszy, pochodzącego z Tarnowskich Gór, Grzegorza Kielara idealnie określa jego autorską perspektywę. Kielar patrzy na świat z boku, z dystansu, „z dala od zgiełku”. Ironicznie, ale i czule. Przenika jego wiersze świadomość przemijania, nie ma w nich jednak tonu skargi ni rozpaczy. nie spodziewać się nie mieć złudzeń nie czekać i wyrównać oddech – pisze autor w otwierającym tomik wierszu „Inaczej”.

W trzydziestu dziewięciu utworach, jakie znalazły się w książce, Kielar daje nam zwięzłe, precyzyjne opisy ludzi i sytuacji. Wierny jest, wywiedzionej z twórczości Wisławy Szymborskiej, myśli, że „nic dwa razy się nie zdarza”, to więc, co się zdarza, trzeba próbować pochwycić i zatrzymać w słowach. Ma też pokrewne z Szymborską poczucie dyskretnego humoru. Daje ono o sobie znać również w utworach nasyconych homoerotyczną aurą. Jak choćby w wierszu „taki”:

taki grzeczny za dnia i taki grzeszny od szyi w dół o zmroku

Jest w erotykach Kielara wiele dowcipu i zarazem wiele melancholii, niektóre zaś wersy mogą być przydatne w grze miłosnej, warto więc je zapamiętać. Moj ulubiony fragment pochodzi z utworu „czego nie wiesz”:

 – wolisz francuską miłość czy rosyjską ruletkę

Oto jest pytanie! (Bartosz Żurawiecki)

 

Tekst z nr 56/7-8 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Piotr Marcin Kraska „Rejterada oraz trzydzieści trzy inne utwory wierszem” Piotr Marcin Kraska „Q. Nie tylko dramaty”

Sowello, Rzeszów 2014

 

Książkę „Zabić geja” z 2012 r. (recenzja: patrz „Replika” nr 39) napisał pod pseudonimem Martin Coars. Teraz, już pod własnym nazwiskiem – Piotr Marcin Kraska, opublikował dwa kolejne tomy, które stanowią swoiste rozszerzenie i pogłębienie tematyki „Zabić geja”. „Rejterada…” składa się z poematu oraz zbioru krótkich utworów poetyckich. To pisany wierszem życiorys autora, który we wstępie pisze: Sam uciekałem wiele razy. Fizycznie i mentalnie. Świadomie i podświadomie. Dzięki temu mogłem odkryć siebie na nowo i zrozumieć, że mam prawo być, kim chcę. Tytułowy poemat to tekst gęsty od metafor, przywołujący na myśl poematy patriotyczne, pełne ognia i patosu. Jest tu i przemoc, i miłość pełna przeszkód, pragnienie, pożądanie, wreszcie spełnienie i, jak sądzę, odnalezienie właściwej drogi. Stale obecny w emocjonalnych wierszach Kraski jest motyw ucieczki, wędrówki, gonitwy. „(…) saniami z królową śniegu odjedziemy alejką w siną dal”, ale także bezpieczeństwo odnajdywane w objęciach kogoś bliskiego, pozbycie się ciężaru, wyswobodzenie (np. „Fuori”).

Z kolei tom „Q. Nie tylko dramaty” zawiera pięć tekstów – prozę poetycką i dramaty (a nawet, jak pisze autor, melodramat). Najbardziej chyba wyraziste i realistyczne są przejmujący, bolesny „lekko, zwiewnie” oraz „wc”. Oto młody gej, który ukrywa swą orientację przed rodzicami; zakochany w nim chłopak; sfrustrowana i zagubiona matka; biseksualny ojciec; a także pewna lesbijka oraz homoseksualny ksiądz uzależniony od pornografii i masturbacji; także transseksualna kobieta… Nad nimi wszystkimi „unosi się” płonąca tęcza. Wyrazista symbolika, nagromadzenie porównań i epitetów, kaskada emocji. (Marcin Dąbrowski)

 

Tekst z nr 56/7-8 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tadeusz Olszewski „Owoc tarniny”

Mamiko 2013

 

 

Tadeusz Olszewski, autor słynnej powieści „Zatoka ostów”, po bardzo dobrym tomie poezji „Tropiki smutku” z 2009 r., prezentuje zbiór wierszy „Owoc tarniny”. To rodzaj, na co sam autor wskazuje, trenów dla Pawła Modelewskiego, studenta, który zginął śmiercią tragiczną; intymny zapis (wychodzenia z?) traumy po utracie młodego człowieka, po niespodziewanie przerwanym życiu. To także rodzaj hołdu dla młodości, cielesności, rodzącej się męskości („O takich chłopcach jak on pisał Kawafis” – czytamy w otwierającym tom wierszu). Ból bywa, niestety, banalny, jest jednak również uniwersalny, a słowa bywają w tym kontekście zaklęciami. (BR)

 

Tekst z nr 47/1-2 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Śledztwo na temat Maryi dziewicy

O lesbijskich wierszach, o byciu żonatą i o fascynacji Warszawą z norweską poetką Kristin Berget rozmawia Ania Urbańczyk

 

foto: Fredrik Arff

 

W swojej poezji piszesz o miłości do kobiet. Jesteś lesbijką?

W norweskiej gramatyce płeć nie jest tak silnie zaznaczona, jak w polskiej, więc gdy czyta się moje wiersze w oryginale, nie wiadomo, czy piszę o mężczyźnie, czy o kobiecie. Choć w „Loosing Louise” (pierwsza książka Berget – przyp. red.) widać, że chodzi o kobiety.

Tak, jestem lesbijką. Muszę przyznać, że dawno nikt mi nie zadał pytania o osobistą identyfikację. Sama nie kładę nacisku na moją tożsamość psychoseksualną, może dlatego, że sytuacja społeczności LGBTQI w Norwegii jest inna niż u was. Mamy pełne prawa. Ale zauważyłam, że w mojej ojczyźnie raczej nie interpretuje się mojej poezji z perspektywy lesbijskiej czy feministycznej. Raczej mówi się tylko: „to jest o miłości”.

Zapytałam wprost, bo jestem mile zaskoczona, że zaproszono cię, lesbijską poetkę, do Gdańska na festiwal Europejski Poeta Wolności, organizowany przez publiczną instytucję (festiwal odbył się w marcu br. – przyp. red).

Myślę, że w Polsce jest ważne, żeby o byciu lesbijką mówić głośno.

Nie jestem pewna, co oznacza sformułowanie „lesbijska poetka”, chociaż poruszam homoerotyczne tematy. Etykietowanie ma swoje wady, ale jednak czuję się częścią społeczności LGBTQI. I będę o tym mówić, jeśli tylko ktoś zapyta. Ale ludzie nie pytają. Szczególnie w Norwegii. W moim kraju takie pytania nie padają, a odpowiedzi na nie mało kogo interesują. Mówi się ogólnikowo: „to przecież naturalne, tacy ludzie tu żyją”. W każdym razie tak jest w okolicach Oslo, gdzie mieszkam. Może w innych częściach Norwegii, na prowincji, jest inaczej. Jak teraz to analizuję, to myślę, że to takie…

…poprawne politycznie?

Z jednej strony, może… Ale to też sposób na ukrywanie się. Rodzaj opresji, niewidzialności. Niby mamy równe prawa, ale nie jesteśmy objęci uwagą i uważnością. Dlatego wolę mówić o swojej seksualności, a nie zasłaniać się stwierdzeniem „Nie rozmawiamy o tym, nie jest to nam do niczego potrzebne”.

Pochodzisz z małej wioski, stosunkowo późno debiutowałaś, bo po 30-tce. Parę lat spędziłaś pracując w kuchni w Irlandii.

Właśnie! Moja tłumaczka, Justyna Czechowska, mówiła, że w polskiej nocie biograficznej napisano, że pracowałam jako kucharka. Nie. Pracowałam jako rolniczka. Teraz mieszkam w Drobak, niedaleko stolicy. Z wykształcenia jestem muzyczką, pianistką klasyczną. Przez długi czas uczyłam gry na fortepianie. Potem zostałam rolniczką, najpierw w Norwegii, a później przeprowadziłam się do Irlandii, gdzie mieszkałam kilka lat. Muzyką nadal się zajmuję.

A poezja?

Pisałam wiersze od dawna, ale bardzo, bardzo się tego wstydziłam. Gdy miałam 26 czy 27 lat i byłam na nartach, postanowiłam nagle, że zapiszę się na kurs kreatywnego pisania. Byłam zszokowana i zawstydzona tym pomysłem. I absolutnie nie chciałam o tym mówić nikomu, nawet mojej expartnerce, z którą wtedy mieszkałam. Wstydziłam się do tego stopnia, że postanowiłam założyć skrytkę na poczcie, żeby ewentualna korespondencja z kursu nie przychodziła na nasz adres.

Dostałam się i na tym kursie spotkałam wiele poetów i poetek. To było rewelacyjne! Pisanie wierszy ma według mnie coś wspólnego z poczuciem własnej wartości. Trzeba znaleźć swój sposób tworzenia, bo jest ich wiele, nie tylko ten ekspresyjny i emocjonalny, jak myślałam przed rozpoczęciem nauki poezji. Uczęszczałam na zajęcia, studiowałam rożne rodzaje kompozycji i zaczęłam pracę nad swoją pierwszą książką – „Loosing Louise” ukazała się w Norwegii w 2007 roku. To poetycka książka o miłości dwóch kobiet, ich historia jest opowiedziana wierszami.

Jak dotąd – nieprzetłumaczona na polski. Mamy za to twój tomik „Der ganze Weg” po polsku. W jednym z wierszy opisujesz seks z Matką Boską, w dodatku seks lesbijski. I w ogóle piszesz sporo o religii.

Ale religia nie ma wielkiego znaczenia w moim życiu – nie praktykuję, nie chodzę do kościoła. Religia to dla mnie bardziej zjawisko, fenomen niż moje własne emocje. Jeśli porusza się kwestie moralne, automatycznie odwołujemy się do religii.

Interesuje mnie to, jak tworzy się nasz system zasad moralnych. Bo przecież nie chodzi o to, czy być dobrym, czy złym, wybór najczęściej nie jest taki prosty. Poza tym religia jest mocno osadzona w kulturze. Interesuje mnie także, kim jest kobieta w religii. W Norwegii większość to protestanci. Figura Matki Boskiej nie ma takiego znaczenia, jak dla katolików i katoliczek. My skupiamy się na mężczyźnie – Jezusie Chrystusie. Wiersz o seksie z Matką Boską jest dla mnie bardzo ważny. Nie chciałam pisać go w punkowy, krzykliwy sposób. To było bardziej śledztwo na temat wizerunku Maryi dziewicy. A także zagadnienia grzechu w chrześcijaństwie. Że rodzimy się z nim. Wiersz przedstawia też możliwość stanięcia przed Bogiem i zadawania mu pytań.

Dość często wspominasz w swojej twórczości Polskę, a Warszawą wydajesz się zafascynowana.

To moja czwarta wizyta w Polsce. Byłam w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, no i teraz – w Gdańsku. W waszej stolicy byłam na wizycie studyjnej w ramach studiów, uczyliśmy się tam kompozycji, spotykaliśmy polskich literatów i literatki. W Warszawie miałam wrażenie, jakbym spacerowała po teatralnej scenie, wśród scenografii. Przemożnie czułam tę energię. Znałam historię, wiedziałam o wojnie, zniszczeniach. Ale inaczej się o czymś czyta, a inaczej odczuwa to na żywo, gdy mija się domy, które wyglądają na stare, a są stosunkowo nowe. Czułam tę niestabilność, że coś wygląda, jakby stało tam od setek lat, ale tak naprawdę jest odbudowane. To było dla mnie ważne doświadczenie. Gdy zaczęłam pisać „Der ganze Weg” pomyślałam, że to dobra metafora niestabilności, także dotyczącej ludzi, tożsamości.

Ty sama jesteś teraz w stabilnym związku małżeńskim.

Tak (śmiech). W 2009 roku prawo w Norwegii się zmieniło. Mieliśmy przedtem związki partnerskie, ale nie dawały nam one takich samych praw jak małżeństwom heteroseksualnym. Teraz mamy już równe prawa. Lesbijki mogą poddać się sztucznemu zapłodnieniu i in vitro praktycznie za darmo. Nie byłam wcześniej zainteresowana małżeństwem, ale zmieniłam zdanie, gdy stało się to możliwe. Byłam przekonana, że na mnie to nie wpłynie, a jednak stało się inaczej. Uświadomiłam sobie, że gdzieś tam wewnętrznie czułam, że nie jestem akceptowana tak, jak inni. Dopiero kiedy prawo dotyczące małżeństw jednopłciowych weszło w życie, poczułam, że zostałam zaakceptowana w pełni. To było niesamowite uczucie. Pękła moja wewnętrzna blokada, o istnieniu której chyba nawet sama nie wiedziałam. No i ożeniłam się.

 

***

Kristin Berget (ur. 1975) – norweska poetka i muzyczka. Debiutowała w 2007 r. opowieścią o miłości dwóch kobiet, napisaną wierszami – „Loosing Louise”. Jej druga książka „Der ganze Weg” z 2009 r. ukazała się również w Polsce (nakładem wydawnictwa Słowo Obraz Terytoria). Za ten tomik Berget była nominowana do nagrody Europejski Poeta Wolności, przyznawanej przez Miasto Gdańsk. „Der ganze Weg” to rzecz o płci, będącej symbolem czasem widocznego, a czasem ukrytego pożądania, przyzwyczajenia, przynależności i obcości. Język nas oszukuje, mówi Berget, i sama oszukuje swój język – odmianę norweskiego, która mając swe źródło w duńskim, czyli w mowie najeźdźców, nijak nie wpasowuje się w szepty i krzyki kobiet kochających kobiety.

Dzień 4

Kristin Berget

Jakbym stała przed bogiem

i wyznawała mu grzech

Droga mario dziewico Myślę, że

seks z tobą byłby wspaniały To nie

obietnica która znaczy że oświadczę

ci się nad ranem Mówię tylko

Czemu masz takie wywrócone

oczy gdy odkrywasz pierś w porę

i nie w porę Marzę o

twoich biodrach I że twój język

liże moje ramię

 

 

Tekst z nr 37/5-6 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wychodzenie z rzeczami do ludzi

Z nominowaną do Paszportu „Polityki” poetką PATRYCJĄ SIKORĄ rozmawia Marta Konarzewska

 

Foto: Emilia Oksentowicz

 

„Siedzi i liczy gwoździe wyjęte z żołądka psa (…) Szczęśliwego nowego głodu, kapitanie planeto” – twój tom wierszy otacza mroczna rama, chciałaś krzyczeć

…jacy jesteśmy ekologicznie źli, jacy jesteśmy źli w ogóle, jeśli chodzi o podejście do przyrodniczych mniejszości: psów, w ogóle zwierząt. Ale to tylko tematyczny wyimek z całości.

Zaczynasz od mikrokosmosu brzucha, żeby rozwinąć się w kosmos, metaliczny, zatruty, ciemny.

W takiej rzeczywistości żyjemy. To, co mikro – lokalne, ma wpływ na to, co globalne – toczy się w skali makro. Wszystko zaczyna się od codziennych złych rzeczy, złych spacerów, wyrzucania mięsa nadzianego żelastwem, a w skali makro dążymy już do całkowitego pogrążenia się.

Cały ten tom jest bardzo filmowy, jak obraz, który zaraz ma się poruszyć. W pierwszym wierszu widzę osobę, skuloną, w ciemności, robi coś, co nie do końca rozumiem, nie ma twarzy…

Podmiot liryczny, podmiotka, ma być niedookreślona. To jest świadomy zabieg, pozostawić wolność w interpretacji, pewną uniwersalność. Czasem dookreślam, konkretyzuję, np. w sferze LGBT+. Ale nie zawsze, tak jak modyfikuje się głos rozmówcy w trakcie reportażu, tu też chodziło mi o zniekształcenie, totalny mindfuck na początku lektury i później poruszanie się trochę po omacku po całej reszcie. Filmowość może bierze się stąd, że mam zapędy reportażowe, blisko mi do łapania rzeczy z codzienności – dokumentowanie katastroficzne. Pisząc, bardzo się stymuluję: obrazami, rzeźbą, performensem, dźwiękiem. Lubię się odbić od tematu, pójść w jakąś odwrotność, to wpływa na całokształt i na to, jak czuję się w danym momencie w procesie pisania. A zwykle się czuję… Chujowo się czuję.

Pisząc.

Na co dzień też. Totalny dysonans poznawczy – jeśli chodzi o odbiór świata, trzymam się dobrze, choć sinusoidalnie. Zbieram w sobie te wszystkie rzeczy złe, które się dzieją, aplikuję wieści ze świata, szukam u źródła, zapominam się i zapętlam do tego stopnia, że robię sobie mentalną krzywdę. Ale w samych wierszach zostawiam margines na pewną nadziejność, one mi na to pozwalają.

Miłość.

Intymną prywatność. Wciąż mam nadzieję, że teksty będą miały jakąś moc sprawczą. Zastanowienia się, zapisania, zapamiętywania, w ogóle dbania o pamięć o świecie zastanym. Ulga wciąż nie przychodzi, ale…

Emocjonalna, egzystencjalna? Z jakiego miejsca w sobie piszesz?

Z krzywdy piszę. Z doświadczenia zła bezpośredniego, bliskiego z kiedyś, molestowania seksualnego, hipokryzji kościoła, niedopasowania tej układanki wiary… Ta ulga, po którą chciałabym sięgnąć, to może nie do końca jest upust właśnie, ale czuję tu i teraz, że napisanie tych wierszy pozwoliło mi mocniej poczuć się samej ze sobą, scalić się. System patrzenia na siebie codziennie, mówienia: „Hej, jest nowy dzień, robimy rzeczy, nie chowaj się w czarnej bluzie z kapturem, napisz coś, zrób, powiedz, wyjdź z resztą na ulice, na Marsz Równości, po prawa kobiet, bierność nie pomaga”, jest uciążliwy dla mojej głowy, bo w tym kraju trzeba prosić o zwykłe rzeczy i zaprzestanie dehumanizowania. Ale aktywność w byciu nie do końca mimo wszystko silną, a sfrustrowaną, jest ważna. Bieganie po tę ulgę daje mi spełnienie, poczucie, że robienie rzeczy w tej mojej pożodze jest dobre. Chodzi o kolektywność, świadomość, że nie idę sama. Nawet gdyby było to 10 osób, a nie setki, tysiące, i tak czułabym siłę.

Znowu ten ruch – z wnętrza, własnego brzucha, na zewnątrz, ku innym, ku wielości, innych ciał

W pojedynkę bym nie dała rady. Podczas rozpoznawania, zapisywania w sobie rzeczy okazuje się, że doświadczenie głębokiej krzywdy, np. molestowania czy innej przemocy nie dotyczy wyłącznie ciebie, dzięki temu jest to silne narzędzie.

Kobiece?

Nie chciałabym tego etykietować, wolę zostać w zwyczajnym opisywaniu, odejść od wrzucania się w tego rodzaju kategorie, jestem np. uczulona na „literaturę kobiecą”, półkę ze stygmatem. Doskonale opisuje to Rebecca Solnit m.in. w „Matce wszystkich pytań”. Odstąpić od nazywania rzeczy kobiecymi, nie czuję tego, mimo że przecież kobietą jestem, ale za to przystać na podkreślanie roli kobiet, bo teraz jesteśmy uprzedmiotowione, odczłowieczone, głaszcze się nas po głowach, traktuje pobłażliwie w stylu: „No, no, dobra, dobra, co ty tam wiesz”. Moja, nasza percepcja została zaburzona.

A „lesbijskie pisanie”?

To już kategoria wynikająca z potrzeby zwrócenia uwagi na widzialność i widoczność lesbijek w dyskursie społecznym. W tomie jest w zasadzie jeden tekst „proszę sprawdzić folder inne”, który dotyczy lesbijskości bezpośrednio. Oczywiście autobiograficzny, o moim związku z Eweliną i jak to jest żyć w Polsce, ślizgać się na tym bezprawiu, na niewesołej rzeczywistości, w której staramy się tworzyć namiastkę domu i…

Namiastkę?

I żyć. Może nie wszystkie osoby takie potrzeby mają, ale choćby formalizacja związku, zwyczajne prozaiczne życie: dlaczego mam szukać rozwiązań za granicą, jak jestem obywatelką demokratycznego kraju, który wyciera sobie gębę równością, choć może trzeba to wszystko ująć w cudzysłów? To boli, uwiera, ale też uwiera coraz mniej… Mijają już lata, odkąd jestem wyoutowana i nauczyłam się przyjmować wszystko złe, co się dzieje, przyjmować, żeby przetrwać, czyli zrobiłam coś najgorszego z możliwych – przyzwyczaiłam się. Straciłam już nadzieję na zmiany w Polsce, mimo fantastycznych i aktywistycznych osób, stowarzyszeń, fundacji w tym kraju. Ciągłe forsowanie się z władzą, przekrzykiwania, walka na słowa – chce mi się bardzo wciąż mówić głośno i dążyć do zmiany, ale jestem najzwyczajniej zmęczona. Jestem wkurwiona na mój kraj, że mnie zmęczył. Mimo terapeutycznego przepracowania wielu rzeczy szczęśliwa jestem w jakimś sensie.

„jestem z kobietą, która boi się ciem – nauczyłam się w porę gasić światło. w konstytucji jest o tym, że nas nie ma”. Zaczyna się intymnie, ale polityka wpada agresywnie.

Intymność w tym wierszu jest troskliwa, jej rolą jest troska o bliskość między nami nawet wtedy, kiedy polityka wchodzi nam do domu. Wszystko jest dzisiaj polityczne – moja prywatność, twoja. Jesteśmy zależni od aparatu władzy.

Jako swoją inspirację poetycką podajesz izraelską poetkę z lat 60. XX w., Yonę Wallach. Bezkompromisową, autowiwisekcyjną. Zapisującą spolitycznione ciało.

Yona trafiła do mnie przez film biograficzny i dobrze się stało. W Polsce to poetka nieobecna, wciąż czekam na jakiś dobry przekład. Jej wiersze są totalnie bezkompromisowe, bezpośrednie. Była stygmatyzowana jako kobieta (sic!), była pośmiewiskiem nie tylko dlatego, że miała odwagę wychylić się w czasach, gdy kobietom zamykało się usta, ale również ze względu na swoją chorobę – schizofrenię. Cierpiała, dodatkowo miała stany depresyjne, lękowe. Zafascynowało mnie to, w jaki sposób radziła sobie wówczas z patriarchalną narracją. Jako osoba biseksualna, wielokrotnie gwałcona, traktowana przedmiotowo wykorzystała literaturę do walki z patriarchatem. Zainteresowałam się jej podejściem do cielesności, dywersyfikacji płciowej, emocjonalności. Po obejrzeniu filmu dotarłam do kilkunastu wierszy w sieci i pomyślałam, że chciałabym kiedyś napisać coś właśnie tak, bez kompromisów. Nie zgadzać się. I w mojej książce głównie się nie zgadzam, ale to dopiero wstęp do, wprawka. Pracuję teraz nad nową książką poetycką, blisko Yony, blisko LGBT+, jak również szkicuję makietę reportażu o naszym środowisku.

Masz jej ulubiony wiersz, frazę, która cię otworzyła, otwiera?

Nie, ponieważ jej pojedyncze frazy są za bardzo obnażone, odarte z szaleństwa obrazu w całym wierszu. Nie umiem jej tekstów pokroić na kawałki, nie jest to wtedy Yona dla mnie.

A wiesz, że z twoimi wierszami jest dokładnie to samo?

Tak! Totalnie się z tym zgadzam, choć prof. Śliwiński powiedział na jednym ze spotkań, że niektóre moje frazy mogą pójść na transparenty. Niech maszerują.

Próbowałam, ale gdyby je wyrwać, stają się martwe.

Dopiero całość może zrobić jakieś wrażenie.

Inne, gdyby je czytać po cichu, inne, kiedy w głos. Nie tylko piszesz, bierzesz też udział w slamach.

Slam na początku był eksperymentem, żeby nauczyć się wychodzić do ludzi z tekstem. Mój pierwszy raz to była Łódź, slam w klubie Żarty Żartami. Kocham Łódź na równi z rodzinnym Wieruszowem. Dużo wierszy tam napisałam.

Moje miasto, poetyckie. Studiowałam polonistykę tam.

Ewelina też! Zwykle nie wychodziłam do ludzi ze swoją twórczością, na scenie pojawiłam się najpierw z wierszami, potem zaczęłam pisać teksty, które nazywam „slamowymi”, choć sama nie wiem do końca, o co mi w tej nomenklaturze chodzi – to bardziej proza poetycka silnie nacechowana manifestem.

Na slamach czytasz, czy mówisz z pamięci? Mam wrażenie, że poeci i poetki dzielą się na te, którym wiersze zapisują się w głowie i na tych, dla których pozostają ciągle na zewnątrz.

Zawsze z kartki. Jadę z jednym tekstem do różnych miast, wyciągam kartkę, taką po raz kolejny pogniecioną i czuję się tak, jakbym trzymała młodszą siostrę za rękę. Superuczucie, rośnie wtedy przywiązanie do tego tekstu, choć on często ewoluuje. Pamiętam go wtedy o wiele lepiej, ale ogólnie – nie pamiętam swoich wierszy, może jakieś skrawki, bez kartki czułabym się jak na szkolnym konkursie recytatorskim, zablokowałabym się. Do dziś obezwładnia mnie konkretny rodzaj emocjonalności, który wypływa z tekstów, idę na scenę i o nim wiem, oni (publiczność) jeszcze nie wiedzą, ale ja wiem. Czasami boję się też odważnego mówienia o rzeczach, bo to jest przecież loteria, kto przyjdzie na slam, jaka będzie publiczność, a z drugiej strony… mam to w dupie, nie obawiam się konsekwencji. Jestem przywiązana do slamów dlatego właśnie, że czuję, że tam mogę zrobić wszystko. Coś się ze mnie wyrywa, żeby nie tylko stanąć i przeczytać, a zrobić coś więcej, wyjść z czymś więcej niż tylko z tekstem. Włączyć ciało, położyć się, czasem milczeć, wrócić do czytania, coś urwać. Jestem na to gotowa.

Mówiąc o slamach, mówisz o „wychodzeniu do ludzi z rzeczami”. Pogadamy o coming oucie?

Pewnie. Nastąpił ponad dekadę temu, wynikał ze zduszenia, czucia się źle ze sobą, no ile można. Podejrzewałam, że mama wie. Chciałam to z siebie wreszcie wyrzucić, długa rozmowa matki z córką, dużo mojego płaczu niepotrzebnego, przeciągnęłam tę rozmowę na kilka godzin, mama tylko słuchała, a potem powiedziała…

Że wie?

To się chyba często dzieje. Przyjeżdżałam do domu rodzinnego z „koleżankami”, „współlokatorkami”, aż tata z bratem powiedzieli nie z przekąsem: „To chyba nie są żadne koleżanki, co?”. Spokojny rodzinny obiad. Wielkie szczęście, bo w miłej atmosferze – obie wiemy, że w tej patologicznej rzeczywistości, po której się ślizgamy, młodzi ludzie nie mają takich warunków, często są wyrzucani z domów, pozbawiani środków do życia, co jest straszne, dlatego czuję się bardzo uprzywilejowana w rodzinie, która toleruje i akceptuje.

Mieszkasz w Poznaniu od dekady. Jak się tam żyje?

Przyjechałam do miasta, którego wówczas nie znałam. Potrzebowałam zmienić środowisko i zamieniłam Opole, w którym studiowałam, na Poznań. Poznań 2011-2015 był o wiele bardziej bezpieczny. Po objęciu władzy przez PiS nie po raz pierwszy, przestał. Poznań dziś? Nie trzymamy się z Eweliną za ręce na ulicy, jesteśmy zoologicznym obiektem, ludzie zwracają uwagę, są zgorszeni, zdarzało się szturchanie, plucie pod nogi. Środowiska skrajnie prawicowe mają przyzwolenie na nagonkę. Te rzeczy może nie do końca się w nas zapisują, bo znowu: jesteśmy przyzwyczajone, ale to jest chore… Chore odruchy – wyjście z klatki, złapanie się za ręce i puszczenie dłoni, żeby nie prowokować reakcji, które nas osłabiają. Potrzebujemy jeszcze mnóstwo czasu, żeby zmienić podejście społeczeństwa do społeczności LGBT+.

W skali makro.

Tak. W tej chwili najważniejsza jest dla mnie troska o zdrowy związek w chorym państwie.

Jak w tym wierszu.

Zdecydowanie. Troska o to, co prywatne i żeby prywatne pozostało.

„proszę sprawdzić folder inne” to faktycznie jedyny wiersz, gdzie podmiotka jest wyraźnie lesbijką, ale całe to doświadczenie, także niepokój i frustracja, o której teraz mówisz, jest rozpisana w całym tomie.

Jasne, na przykład fraza z wiersza „parnik”: „babie lato jest dziewicą” – to jest świeże doświadczenie inicjacyjne, dziewczęce zastanowienie, zaskoczenie swoją cielesnością.

Pomimo że „chłopcy wiedzieli o tym wcześniej”?

Tak, to odkrywanie swojej tożsamości i seksualności, niedopuszczanie, pielęgnowanie.

A doświadczenie rozedrgania, niepewności? Kruchość, coś niewykończonego, zatrzymanego w pół: „próbujemy krzyczeć, ale”, „łodzie nie dobijają do brzegu”?

Też. Doświadczenie bycia w strzępach wynika z doświadczania siebie, odkrywania siebie, trochę prowokowania innych do zauważenia, że nie jest wszystko tak konwencjonalne, schematyczne, jak nam się mówi, że jest.

Pełne.

Tak. Coś się nie domyka, cały czas pozostaje naderwane. Choć może mogłoby się domknąć, ale wciąż to rozedrganie, rozczarowanie, uwieranie. Ciągle od nowa. Brzeg jeszcze poczeka.

Debiutancki tom wierszy „Instrukcja dla ludzi nie stąd”, za który Patrycja Siktora otrzymała nominację do Paszportu „Polityki”, ukazał się w zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu.

Tekst z nr 91 / 5-6 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Trać co dzień coś nowego

Tekst: Zdzisława Gierszal

Elizabeth Bishop nie pisała wprost o swej miłości do kobiet. Znana jako poetka zrozumiała głównie dla innych poetów/ek, wymykała się i krytykom, i czytelni(cz)kom, i społeczności LGBT

 

mat. pras.

 

Elizabeth Bishop nigdy się nie wyoutowała, nie pisała wierszy o swej orientacji, nie zajmowała stanowiska w sprawie homoseksualistów czy feministek. Są dwa trafne określenia Bishop. Amerykański liryk John Ashbery powiedział, że była „pisarką dla pisarzy”, poetką znaną tylko wśród poetów, piszącą językiem zrozumiałym tylko dla nich, a poeta Frank Bidart mówił o niej: „closets, closets, and more closets” („szafa, szafa i jeszcze raz szafa”). Sam nie ukrywał homoseksualizmu, Elizabeth się z nim przyjaźniła. Wymykała się krytykom, czytelnikom, społeczności LGBT, feministkom. Z własnego wyboru jest osobna, niezależna, niedająca się prosto zaklasyfikować.

Ramkowiec

Urodziła się w 1911 r. w Worcester w stanie Massachusetts. Jej ojciec po niespełna 8 miesiącach od narodzin córki odebrał sobie życie. Choroba psychiczna odebrała małej Elizabeth także matkę. 5-letnia dziewczynka została z dziadkami w Kanadzie, w Nowej Szkocji, matkę umieszczono w zakładzie zamkniętym. Kolejną zmianą w życiu przyszłej poetki była przeprowadzka do miejsca urodzenia, gdzie jej wychowaniem zajęli się dziadkowie ze strony ojca, a następnie ciotka – Grace Bulmer Bowers, dzięki której Elizabeth ukończyła prestiżowy Vassar College w stanie Nowy Jork. Bishop jako dorosła kobieta nie skupiała się jednak na niezbyt szczęśliwym dzieciństwie. Twierdziła, że są gorsze rzeczy na świecie. Pierwiastek przemieszczania się został jej chyba wszczepiony właśnie wtedy, ale wynikał też ze zdrowia – Bishop cierpiała na astmę, szukała odpowiedniego klimatu, aby móc, dosłownie i w przenośni, swobodnie oddychać. Stanisław Barańczak nazwał ów pierwiastek „nomadycznym brakiem zakorzenienia”. Mieszkała m. in. na Florydzie, ponad 15 lat w Brazylii, a w wieku 55 lat wróciła do Stanów, wybierając Boston. Nigdzie nie zapuściła korzeni. W 1946 r. debiutuje książką „North & South”. Później przez rok (1949-1950) pracuje jako konsultant poezji w Bibliotece Kongresu. Była to posada przewidziana tylko dla mężczyzn. Dostając to stanowisko Bishop znalazła się w gronie najlepszych amerykańskich poetów. Podkreślam: poetów, nie poetek. Wznowienie debiutu w 1955 r. jako Poems: North & South – „A Cold Spring” przynosi Bishop Nagrodę Pulitzera. Poetka mieszka już wtedy w Brazylii z Marią Carlotą Costallat de Macedo Soares, czyli z Lotą, kobietą swego życia. Jest daleko od dusznego klimatu maccartyzmu lat 50. – czasu polowania nie tylko na komunistów, ale na wszelkich „innych”, również gejów i lesbijki. Po 20 latach od debiutu Elizabeth decyduje się na kolejną książkę. „Questions of Travel” zadedykowaną Locie wydaje w 1965 r., a dopiero w 1976 r. publikuje ostatni tom pt. „Geographic III”. Tytułami książek znaczy mapę poezji. Nanosi kolejne krainy, dorzecza, góry. Długo i starannie. Barańczak określił Bishop jako „ramkowca” (w przeciwieństwie do „rulonowców”, którzy piszą ciągle jeden i ten sam wiersz) – jeden wiersz to jedna zamknięta historia, rozpoczęta i skończona. Trochę jak sama autorka – pozamykana, szczelna, zawsze z daleka pisząca listy do przyjaciół.

Najbardziej samotna osoba na świecie

We wszystkich biografiach, filmach i artykułach powtarzana jest prośba Bishop skierowana do przyjaciela Roberta Lowella, by ten na jej pogrzebie powiedział, że była najbardziej samotną osobą na świecie. Była na pewno chorobliwie nieśmiała i bardzo krytyczna w stosunku do swej twórczości. W jednym z listów do Lowella zwierzyła się: „I’ve always felt that I’ve written poetry more by not writing it than writing”. Zawsze czuła, że „pisze więcej poezji, nie pisząc niż pisząc”. To może być pewien trop, by nie analizując poetki jako wierszy lesbijki, znaleźć w nich lesbijkę. W wierszu „Brodziec piskliwy” wielu upatruje samą Elizabeth. Jednak czasem pragnienie jasnego przekazu zasłania to, co najważniejsze. Poezja Bishop nie jest prosta, oczywista. Nie można jej twórczości przechylić na żadną ze stron – homoseksualną lub nie. Wymyka się jak ów brodziec: Jego dziób podąża do celu. On sam jest bardzo zajęty, bez chwili przerwy szukając czegoś, czegoś, czegoś. Brodziec piskliwy jest gatunkiem ptaka wędrownego, jak gatunkiem człowieka wędrownego jest szukająca stale „czegoś” poetka. Wiersz ten pochodzi z tomu „Pytania w związku z podróżą” – w roku 1965 Bishop nadal szukała, nadal nie była pewna Świat jest mgłą. A po chwili znowu składa się z szczegółów, jest rozległy, wyraźny. Bishop chodziła do damskiego college’u. Miłość między kobietami w czasach szkolnych często nie oznaczała homoseksualizmu – zapewne większość jej ówczesnych partnerek wyszła za mąż i zrobiła wszystko to, czego oczekiwało od nich społeczeństwo. Louise Crane do takich panien jednak nie należała. Pochodziła z zamożnego domu, matka (współzałożycielka MoMa) przekazała jej zamiłowanie do artyzmu. Louise została mecenaską sztuki, ważną postacią w życiu kulturalnym Nowego Yorku. Z Bishop poznały się w college’u w 1930 r. Były przeciwieństwami, co nie przeszkodziło we wzajemnej fascynacji i w związku, który stworzyły. Podróżowały po Europie, mieszkały razem przez pewien czas na Florydzie w Key West. Zachowało się ich zdjęcie w łódce z lat 40: Bishop ma czapkę na głowie niczym wilk morski, a Crane – okulary przytrzymujące włosy. Patrzą na siebie tak, że aż iskrzy. Lecz Louise żyła na stałe w Nowym Jorku, a Bishop nie chciała tam mieszkać. W 1951 r. Elizabeth wyruszyła statkiem w stronę Cieśniny Magellana. W Rio de Janeiro zatrzymała się u brazylijskich przyjaciół. Przez problemy zdrowotne została u nich dłużej niż planowała, a gdy już do siebie doszła, zamieszkała w Brazylii jeszcze dłużej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Lota może nie była lekarstwem na wszystko, ale była tą jedyną. Wybitna architektka, zbudowała dom w miejscowości Petropolis, w którym zamieszkała z Elizabeth. Podróżują, żyją, kochają się, kłócą i jeszcze raz kochają. Bishop ma pracownię i pisze. Ma dom! Związek obu kobiet przedstawiono w filmie „Reaching for the Moon”. Obraz z 2013 r. nie doczekał się dystrybucji w Polsce. Na jego pierwszy plan wysuwa się zderzenie odmiennych osobowości i charakterów – brazylijskiego temperamentu Loty i zachowawczości białej Amerykanki Elizabeth. Film nie wyczerpuje tematu ich związku, ale jest z pewnością wartym polecenia kinem homoerotycznym. W 1967 r. Lota popełniła samobójstwo w Nowym Jorku. Po serii załamań nerwowych spowodowanych pracą, uwikłaniami w brazylijską politykę, zrobiła to samo, co ojciec Bishop. W ciągu kilku lat, na skutek działań rodziny Loty, Elizabeth straciła dom i na początku lat 70. wróciła do USA, by zamieszkać w Bostonie. O związku Loty i Elizabeth nie było powszechnie wiadomo. Amerykańska poetka Adrienne Rich, podziwiająca Bishop, wspominała spotkanie, gdy w marcu 1973 r. odwoziła ją do domu. Zaczęły rozmawiać o partnerach życiowych: Rich o zmarłym byłym mężu, Bishop o zmarłej partnerce. Oboje popełnili samobójstwa i to zbliżyło dwie poetki z różnych pokoleń. Opowiadały sobie o samobójcach, którzy w nich tkwili. Rich wspominała o szoku doznanym na wieść, że Bishop już w latach 50. żyła otwarcie z kobietą w Brazylii. Nic o tym wówczas nie wiedziała i zastanawiała się, czy gdyby znała ten fakt wcześniej, to czy nie pomogłoby jej szybciej wyjść z szafy.

Alice

Na Harvardzie, jako pierwsza kobieta w historii tej uczelni, Bishop uczyła poezji i prowadziła zajęcia z kreatywnego pisania. Jej asystentką została 38 lat młodsza Alice Methfessel o, jak pisała poetka, „blue, blue, blue” oczach. Alice organizowała dzień Elizabeth, od najprostszych zajęć, po lekarzy, opłacanie rachunków itd. Zostały parą. W 1975 r. Methfessel odeszła, związała się z mężczyzną. Przyczyn rozstania mogło być wiele. Pogłębiająca się depresja i alkoholizm poetki miały wpływ nie tylko na związek z Alice, ale i na całe jej życie. Mimo rozstania kobiety pisały do siebie listy. W 1976 r. Alice wróciła do Elizabeth, a ta przestała pić. Wydała tom wierszy Geographic III i jako pierwsza kobieta otrzymała Międzynarodową Nagrodę Neustadt (zwaną „małym Noblem”). Elizabeth Bishop zmarła nagle w 1979 r. z powodu tętniaka mózgu. Na spadkobierczynię wyznaczyła Methfessel i nakazała jej zniszczyć całą korespondencję, czego ta jednak nie zrobiła. W 2009 r., po śmierci Alice Methfessel odkryto ich listy. Film „Reaching for the Moon” zaczyna się od sceny, w której Elizabeth Bishop czyta Lowellowi szkic wiersza „Ta jedna sztuka”. Koniec filmu to moment, gdy poetka czyta ukończony utwór. Już wie, już zna odpowiedź: Trać co dzień coś nowego. Wiersz „Ta jedna sztuka„ powstawał ponad 20 lat. Jego ukończenie przypadło na czas rozstania Alice i Elizabeth. Nie była to pierwsza utrata kogoś bliskiego przez Bishop. Wcześnie straciła rodziców, za wcześnie Lotę. Ani śmierć Loty, ani odejście Alice nie wpłynęły bezpośrednio na ten utwór. Żaden zresztą związek nie wpłynął wprost na twórczość poetki. Może dlatego wiersz ma kilkanaście wersji, a jedną z nich poetka zapisała w liście do Alice, swej ostatniej miłości:

Straciłam dwa najdroższe miasta – ba, dzierżawy

ogromniejsze: dwie rzeki, kontynent. Nie

wrócę

do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.

Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,

który kocham), nie będzie w tym kłamstwa.

Tak, w sztuce

tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;

tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne

sprawy.

(Fragmenty wierszy Elizabeth Bishop „Brodziec piskliwy” i „Ta jedna sztuka” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka)

W listopadzie 2018 r., nakładem Biura Literackiego, ukazał się wybór wierszy Elizabeth Bishop w przekładach Andrzeja Sosnowskiego – „Santarém”.

Tekst z nr 77 / 1-2 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Kiedy kobieta kocha kobietę

Tekst: Zdzisława Gierszał

Dwa mocne wiersze. Dwie silne kobiety, poetki. Dochodzenie do tej siły nie było łatwe. Świat nie czekał z otwartymi ramionami na piszące feministki, a tym bardziej lesbijki

 

Wierszy o miłości jest chyba więcej niż samych poetów i poetek. Wierszy, w których miłość kobieta wyznaje kobiecie, jest znacznie mniej. Co prawda do wyznania uczucia nie trzeba od razu wierszy homoerotycznych. Są wiersze uniwersalne, które trafiają do wszystkich. Kiedy poetka pisze, że kocha, a nie używa słów „mężczyzna”, „on”, „dla niego”, to wiersz może wyrażać także miłość lesbijską. Halina Poświatowska i jej cudownie erotyczne wiersze są tego przykładem. Np. szukam cię w miękkim futrze kota. Metafora zamknięta w siedmiu wersach. Czysta poezja, lecz czuje się piasek między zębami. Poświatowska była na wskroś heteroseksualna w wierszach, w spojrzeniach, w miłosnym wzdychaniu. Jeżeli ma to być prawdziwsze, musi być napisane przez lesbijkę. Lecz jeżeli poetka nie mówi wprost, że jest lesbijką, to jak utożsamić się z jej poezją? Twórczość Safony, kojarzonej przez wszystkich z wyspą Lesbos i miłością saficką, bez odpowiednich komentarzy nie odkrywa od razu homoerotycznej więzi między kobietami.

W łóżku z Adrienne Rich

Soczystą, ewidentnie lesbijską liryką jest poezja Adrienne Rich. W 2016 r. nakładem Biura Literackiego ukazało się tłumaczenie na język polski jej „21 wierszy miłosnych”. To przekład wydanego w 1978 r. zbioru „Dream of Common Language”. Autorka była wówczas 49-letnią rozwódką, matką trójki dzieci. Biografowie wskazują, że rozwód był przełomowym momentem w jej życiu, a ona sama podkreślała, że dla niej lesbijstwo było zarówno kwestią polityczną, jak i osobistą. Urodzona w 1929 r. Adrienne dorastała w Ameryce, gdzie lesbijki i geje ot tak nie wyznawali sobie miłości. Droga do określenia swojej tożsamości seksualnej nie była łatwa, a w przypadku Rich wiązała się ponadto z jej dojrzewaniem jako poetki. Była przedstawicielką radykalnego feminizmu drugiej fali, lesbijką, feministką zaangażowaną politycznie. Wydając „21 wierszy miłosnych” była już uznaną poetką, ale dopiero w tym tomie wyszła z przysłowiowej szafy. Miała już pewność, kim jest i jak chce pisać. Od 1976 r. jej partnerką była Michelle Cliff – także poetka, młodsza od Adrienne, pisarka i współtwórczyni m.in. feministycznej antologii tekstów literackich „Home Girls” z 1983 r. Były ze sobą aż do śmierci Adrienne w 2012 r. Cztery lata później zmarła Michelle. Znając biografię Rich, szybciej odkrywamy, „co poetka miała na myśli”. Nie znając jednak szczegółów z jej życia prywatnego, też zrozumiemy, że w poezji przemawiała jako lesbijka w imieniu innych lesbijek, bo jej wiersze mówią o tym wprost. Spośród „21 wierszy miłosnych” – wiersz XII. Bardzo dużo się w nim dzieje. Jest tu intymność, cielesność. Wszechświat, w którym para kobiet ma swoje miejsce, w którym każda jest inną planetą. Jest w tym wierszu miłość dojrzała. Cała jego struktura mieści się w łóżku, w którym każda z dwóch kobiet ma swoją część. Łóżko nie jest tu tylko symbolem seksu. Tu spotykają się dwie kobiety z jednego pokolenia, kochanki jednego rodzaju. Czytając ten wiersz, nie czujemy piasku między zębami. Ale nasze głosy są różne, nawet kiedy śpimy, a nasze ciała, tak podobne, są jednak tak różne, a echa przeszłości w naszych krwiobiegach przenoszą różne języki i różne znaczenia Smakując ten wiersz kawałek po kawałku, warto wsłuchać się w oddech swojej dziewczyny. Jest miękki. Nie za szybki nie za płytki. Idealny. Jeżeli nie znalazło się jeszcze tej jedynej, której można wyznać miłość, ten wiersz dla każdej lesbijki będzie nadzieją. Zapewni, że zasługuje na miłość i że gdzieś ktoś na nią czeka. W jakimś układzie planetarnym, który odkryją tylko dla siebie, a potem przed resztą świata. Budziły mnie twoje przytłumione słowa, (…) tak jakby to mój własny głos przemówił. Erotyzm słów. Kończy się dzień, kładziemy się spać. Chwila przed snem, wymiana zdań. Dwuosobowy kosmos wiruje. „21 wierszy miłosnych” to nie tylko liryka lesbijki, która nagle zaczęła mówić, że „kocha inaczej”. To też po prostu piękna poezja. Na festiwalu Poznań Poetów w 2011 r. Marcin Świetlicki zdradził, że bardzo lubi czytać pierwsze słowo wiersza w tomiku poetyckim i ostatnie. Świetne ćwiczenie i jednocześnie otwarcie nowej przestrzeni dla znaczenia słów. W polskim tłumaczeniu „21 wierszy miłosnych” pierwszym słowem jest GDZIE, a ostatnim KRĄG: gdzie krąg miłości , gdzie krąg obcości, gdzie krąg naszej prawdy. Czy pytając gdzie, czy wskazując gdzie, zawsze chodzi o jedno.

W łóżku z Jackie Kay

Są też wiersze pełne miłości opowiadające o rozstaniu. Takim wierszem jest „Pokój gościnny” Jackie Kay, który ukazał się w antologii „Poetki wysp” wydanej przez Biuro Literackie w 2015 r. Wśród utworów autorek z Wysp Brytyjskich jest aż 15 wierszy Jackie Kay pochodzących z jej 4. tomu poezji. Kay jest szkocką poetką, dramatopisarką, która w 1991 r. debiutowała tomem „The Adoption Papers”. Świat literatury szybko docenił jej poezję, bo debiut nagrodzono m.in. prestiżową Forward Prize. Kolejne książki to kolejne nagrody, np. tom „Life Mask” z 2005 r., z którego pochodzi wiersz „Pokój gościnny”, był nominowany do nagrody Lambda Literary Awards w kategorii poezja lesbijska. W poezji Kay przeplatają się wątki autobiograficzne, feministyczne, społeczne. Te autobiograficzne najbardziej widać w „Life Mask”, w której to książce poetka opisuje m.in. rozstanie ze swoją partnerką Carol Ann Duff y. Kiedy wpisujemy do wyszukiwarki „Jackie Kay”, pojawiają się różne podpowiedzi, miejsca, osoby powiązane. Pojawia się też Carol Ann Duff y z dopiskiem „była partnerka”. Algorytm podpowie wszystko. A co mówi wiersz? W „Pokoju gościnnym” jest znów łóżko. Ale w nim już tylko jedna kobieta. Początek wiersza wiele wyjaśnia: Kiedy moja kochanka znalazła sobie nową kochankę. Właściwie cała historia została opowiedziana w tym jednym wersie. Tak prozaiczne wyznanie, a zarazem tak intymne. Opuszczona kobieta stara odnaleźć się w nowej sytuacji, raz na swojej części łóżka, raz na części swojej byłej kochanki. Kosmos zawęził się do pokoju gościnnego, do którego zagląda tylko księżyc, który nie wiadomo, czy się pomylił, czy chce pomóc. Po długiej bardzo chwili pokój zalało światło. Wygrzebałam się z łóżka w jej pokoju gościnnym, stałam, patrzyłam na łóżko, na przyklapnięte poduszki. Pod tymi poduszkami kryje się wszystko. Dojrzałość. Tęsknota za czymś, co jeszcze dobrze się nie skończyło. Nikt tu niczego nie udaje. Nie ma metafory. Jest łóżko, w którym kobiety mogły spać razem, ale już nie śpią. Jest wspomnienie bliskości drugiego ciała, które tylko ona mogła pieścić. Które tylko ona znała. Kochanki są najbardziej bezbronne w pościeli pachnącej nimi samymi. Adrienne Rich w swoim XII wierszu zaprasza nas do łóżka pełnego miłości. Jackie Kay zaprasza do łóżka pełnego samotności. Wczoraj musiałam spać tutaj, raz na twojej, raz na mojej stronie, raz od szarej ściany, raz, w księżyc wtulona, od ślepego okna, jakbyśmy we dwie tu spały, w jej szarym pokoju gościnnym. To tytułowy pokój jest winny wszystkiemu. Nie wyczuwa się w tym wierszu pretensji czy żalu. Nie ma tu oskarżania. Dwie dorosłe kobiety postanowiły się rozstać, choć na pewno nie tak to miało wyglądać. Bo przecież najbliższe nam są jednak historie romantyczne, o byciu razem. Jakby kibicując trwałości innych związków lesbijskich, kibicujemy w pewien sposób sobie samym, własnym związkom. Jackie Kay w wywiadach podkreśla, że okres rozstania był dla niej bardzo ciężki. Dziś przyjaźni się ze swoja byłą partnerką. W Internecie można znaleźć zachwycającą sesję zdjęciową tych dwóch poetek pochodzącą z 2016 r. z Międzynarodowego Festiwalu Książki w Edynburgu – dwie dojrzałe, uśmiechnięte kobiety pozują w okularach słonecznych.

„Przymusowa heteroseksualność a egzystencja lesbijska”

Dwa mocne wiersze. Dwie silne kobiety, poetki. Dochodzenie do tej siły nie było jednak łatwe. Choć Jackie Kay jest z innego pokolenia niż Adrienne Rich, to jednak wiele je łączy, w tym doświadczenie „wybicia się” w świecie literatury, który przecież nie czekał z otwartymi ramionami na piszące feministki, a tym bardziej lesbijki. Bo i ten świat niestety dzieli się na heteronormatywny i homoseksualny. Przykry podział, a poezja powinna być ponad nim. Ale nie jest. Nie jest, bo musi reagować. Rich reagowała, Kay reaguje. Amerykańska poetka wprost mówiła, że to macierzyństwo pchnęło ją do feminizmu. O tym traktują również jej eseje. W pracach na temat twórczości Rich funkcjonuje dużo haseł typu identyfikowanie się, nazywanie się, obnażanie się. Młodej Adrienne Rich nikt nie powiedział: „Możesz żyć jak chcesz, a to, co czujesz, jest normalne”. Rich dopiero odkrywając samą siebie, własną homoseksualność, stworzyła w poezji swój odrębny, oryginalny język. Wzięła na siebie odpowiedzialność za kobiety, które w społeczeństwie są pomijane. Najpierw nazwała siebie, a potem miłość lesbijską. Rich jest dzisiaj ikoną, a jej praca „Przymusowa heteroseksualność a egzystencja lesbijska” to klasyka. Budowanie własnej tożsamości nie przyszło również łatwo Jackie Kay. Poetka urodziła się w Edynburgu w 1961 r. Jej ojciec był Nigeryjczykiem, a matka Szkotką, która jednak nie chciała wychowywać córki i oddała ją do adopcji. Jackie jako dziewczynce, a potem nastolatce wciąż zadawano pytania, skąd pochodzi. Najpierw więc kolor skóry, a potem także homoseksualizm określił jej miejsce w szkockim społeczeństwie. Kay w swoich wierszach mówi zatem głosem „innych”, „wyobcowanych”: lesbijek, mulatek, dzieci adoptowanych. Ta inność jakby nie chciała jej opuścić – w wywiadzie z 2008 r., opublikowanym w czasopiśmie „Callaloo” w 2014 r., Jackie Kay wciąż odpowiada na pytania o tożsamość. Tę społeczną, tę poetycką, tę feministyczną. Adrienne Rich i Jackie Kay to poetki świadome, konsekwentnie ukazujące swoją homoseksualność w wierszach, wręcz robiące z niej sprawę publiczną. A skoro tak, to gdzie jest miejsce na prywatność? W łóżku? Ale nawet tutaj Rich odpowiada: nie jesteśmy same we wszechświecie. Poezja może nam pomóc w życiu, ale nam go nie ułoży, nie uratuje. Gdy się kocha, jest łatwiej. Ale gdy kobieta kocha kobietę, świat może się skomplikować. Ten najważniejszy mikroświat. Zwłaszcza wtedy, gdy nie wiadomo, co zrobić z taką miłością. Odwaga w wyrażaniu siebie nie przychodzi łatwo. Pisanie o tym jest jeszcze trudniejsze. Jackie Kay wyznała, że jej kochanka znalazła sobie nową kochankę. Adrienne Rich opowiedziała o dwóch kobietach z jednego pokolenia. Wszystko w zaledwie dwóch wierszach. Poetycki eksperyment, podpowiedziany przez Marcina Świetlickiego, można twórczo rozwinąć i wybrać pierwsze słowo z wiersza XII, a ostatnie z Pokoju gościnnego: ŚPIĄC/GOŚCINNYM. Śpiąc nie przeżyjemy życia. Chowając się w gościnnym, nie poznamy smaku życia. Czy śpimy razem czy osobno, czy najważniejsze sprawy załatwiamy w gościnnym czy na ulicy, zawsze chodzi o jedno.

Tekst z nr 73 / 5-6 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Adrienne Rich – „21 wierszy miłosnych”

Biuro Literackie 2016

„Śpiąc obracamy się jedna po drugiej jak planety/ które kręcą się po swojej północnej łące”. „Mój wybór to stawiać tu kroki. Nakreślić tu krąg”. Te wiersze zostały wydane po raz pierwszy w 1977 roku. Czyli dość dawno. Urodziłam się wtedy. To nie jest jakaś super nowoczesna poezja. Ani super zaskakująca. Ani skandaliczna. Ani genialnie ponadczasowa. W takim sensie jak Rilke, albo powiedzmy – Safona. Ani jakoś super na czasie. Na szczęście to poezja, a więc niekoniecznie o to chodzi. Te wiersze ulokowane są w tamtym zapisanym w prywatnych niewymuszonych wersach czasie. O tamtych „chwilach i tamtych plażach”, o tamtych „mieszkaniach pełnych książek”. Tamtych łzach, muzyce i tamtych walkach. „Mam ciężkie życie z tobą”. „Mój nieuleczalany gniew”. „Płaczę bezsilnie”. Walkach – niekoniecznie jedynie intymnych. Rich to legenda drugiej fali feminizmu. Radykalnego zrośnięcia prywatnego z politycznym. Autorka słynnego dzieła „Zrodzone z kobiety” – o macierzyństwie, a także słynnego tekstu o tzw. lesbijskim kontinuum „Przymus heteroseksualności a egzystencja lesbijska”. „Doświadczenie lesbijskie to (…) doświadczenie do głębi kobiece, zawierające w sobie specyficzną formę opresji, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, dopóki wrzucamy je do jednego worka z innymi formy egzystencji stygmatyzowanymi ze względów seksualnych” – w tej publikacji oprócz klimatycznych wierszy znajdziemy także fragmenty tego klasycznego już dzisiaj, ciągle ważnego eseju. (Marta Konarzewska)

 

Tekst z nr 63 / 9-10 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Pod red. Agnieszki Karpowicz i Piotra Sobolczyka – MiroFor 2020 / tom 1: „Ewr kąplet”?

Wyd. Fundacja Terytoria Książki 2020

 

 

Miron Białoszewski to nie tylko nadal fascynujący pisarz, ale także jedna z ikon rodzimego ruchu LGBT. Jego twórczość czy biografię można wciąż odkrywać i interpretować na nowo. Udowadniają to twórcy pierwszego tomu „MiroFora” – publikacji poświęconej właśnie Białoszewskiemu i jego literackiej spuściźnie. Zdają się oni przede wszystkim skupiać na kwestii jego seksualności, wbrew pozorom nieoczywistej, „nieetykietowalnej” – nawet teoria queer nie do końca tu pasuje. Możemy zobaczyć, jak sprawy związane z seksem, budowaniem relacji międzyludzkich przedstawiały się w twórczości pisarza, przede wszystkim w ineditach. Ważne miejsce zajmują tu dwa naznaczone tragizmem związki Białoszewskiego: z tkwiącym w depresji Adamem oraz z Julianem, który nieoczekiwanie utonął. Znajdziemy w tomie także eseje analizujące dorobek czy epizody z biografii Białoszewskiego (pobyt w domu pracy twórczej w Oborach, rozdział „dziennikarski”), jak również wspomnienia bliskich mu osób, refleksje wokół jego postaci (ciekawy esej Sylwii Chutnik), twórczość mniej lub bardziej inspirowaną dokonaniami autora „Tajnego dziennika” (na przykład świetne opowiadanie Bartosza Żurawieckiego), zapis dyskusji akademickiej, omówienia filmów fabularnych („Parę osób, mały czas”) i dokumentalnych, a nawet recenzje książek dosyć odległych od głównego przedmiotu tej publikacji (jak „Historia przemocy” Eduarda Louisa). Może powstaje z tego miszmasz, ale świetnie pasujący do samego Mirona Białoszewskiego i jego dorobku – „MiroFor” również nie poddaje się łatwym klasyfikacjom. (Michał Paweł Urbaniak)

 

 Tekst z nr 90/3-4 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.