Tęczowe futro

Z Sebulcem, transpłciowym artystą wizualnym, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

 

Foto: Milena Liebe, edit: Sebulec

 

W swojej sztuce poświęcasz dużo miejsca postaciom wirtualnych towarzyszy, awatarów, budujesz różnorodne światy. Pracujesz z grafiką 3D, animacją i silnikami gier komputerowych. W dzieciństwie musiałeś być zajarany grami, prawda?

Tak! Grałem w pierwszą odsłonę „The Sims”, „Heroes III”, „GTA II”, „Warcraft III”. Pochłaniałem wszystkie gierki dołączane do gazetek, kupowałem na Stadionie Dziesięciolecia pirackie płyty.

Jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, dlatego dobrze pamiętam „The Sims”. To tam stworzyłem pierwszy raz parę gejów i „testowałem” własną tożsamość. W wywiadach opowiadasz, że takie budowanie własnych światów również dla ciebie było pomocne…

Prawdziwy szał zaczął się, kiedy nauczyłem się ściągać do „Simsów” customowe skórki, ubrania, fryzury… Gdy za pomocą kodów mogłem wyłączyć cenzurę w bara-bara (komenda, która pozwala wirtualnym postaciom uprawiać seks – przyp. red.). Jeśli chodzi o uciekanie w inne światy, również zawsze sporo rysowałem, często byli to mięśniacy z anime albo postacie z kreskówek. Pamiętam, jak pierwszy raz u koleżanki odkryłem internet i z podjarania nie mogłem zasnąć w nocy. Siedziałem na chatroomach i pisałem z dziewczynami jako chłopak. W liceum plastycznym pierwszy raz miałem styczność z projektowaniem 3D. Wtedy nauka tego środowiska i modelowania totalnie mnie wciągnęła. Myślałem, że mogę zrobić wszystko. Paręnaście lat później wciąż mam taką samą zajawkę i wciąż dużo nauki przed sobą.

W latach 90. i na początku zerowych pewnie trudno było szukać reprezentacji?

Było trudno, szczególnie że w podstawówce i gimnazjum odstawałem od swoich rówieśników. Miałem krótko ścięte włosy i nosiłem męskie, za duże ubrania. Byłem typem dziwaka, samotnika, nerda. Nie miałem za wielu znajomych. Nie interesowało mnie bawienie się lalkami Barbie z koleżankami. Natomiast koledzy wydawali mi się chamscy i głupi. Już wtedy miałem tendencje do przesiadywania w świecie wirtualnym, gdzie ewentualnie poznawałem jakieś osoby. Siedziałem też na czacie fanów duetu Tatu. Doszedłem do wniosku, że skoro podobają mi się dziewczyny, to znaczy, że jestem lesbijką. Tak zacząłem się wtedy określać. To było bezpieczne, dawało swobodę wyrażania siebie w zachowaniu i ubieraniu. Nie słyszałem wtedy o transpłciowości czy innej queerowości poza określeniami lesbijka/ gej. Chwyciłem się tej tożsamości.

Jak ona ewoluowała?

Wydawało mi się wtedy, że nikt nie chce być kobietą, że to jest trochę jak dostanie gorszego rozdania w życiu. Od dziecka miałem oko wyczulone na różne niesprawiedliwości, więc zastanawiałem się na przykład, dlaczego do „Akademii Pana Kleksa” przyjmują tylko chłopców i dlaczego we wszystkich bajkach to właśnie chłopcy mają fajniejsze przygody. Zrodził się wtedy we mnie bunt przeciwko przegranej pozycji kobiety. Trochę później zacząłem udzielać się w środowisku feministycznym, chodziłem na manifestacje, robiłem plakaty. Myślałem o moim niechceniu bycia kobietą w społecznym kontekście. Może jakbyśmy mieli prawdziwe równouprawnienie, nie wydawałoby mi się ono takie najgorsze? Ale niestety, z czasem coraz mocniej czułem, że coś nie gra, że wycofuję się z życia i na niczym mi nie zależy. Zrozumiałem, że to, czego nie lubię w swoim ciele, nie mija i już nie minie, bo wynika z dysforii płciowej. Wtedy zdecydowałem się na tranzycję, najpierw społeczną, potem farmakologiczną. Miałem 26-27 lat.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że: „Życie przed tranzycją jest trochę jak życie bez ciała. Jakby się było niewidzialnym i nieobecnym”. Czy możesz opowiedzieć o stawaniu się widzialnym?

Widzialność zaczynała się od małych rzeczy. Kiedy ktoś zwrócił się do mnie, używając męskiego zaimka, gdy policzono mnie za męskie cięcie u fryzjera, kiedy zaczęli podrywać mnie geje. Gdy przeszedłem mutację i odważyłem się zabierać głos w rozmowach, bo już nie wstydziłem się tego, jak on brzmi. To wszystko składa się na posiadanie ciała, ciężaru i głosu, na bycie obecnym w świecie. Duży pozytywny wpływ na moje zdrowie psychiczne i pewność siebie miały też sporty walki, które zacząłem trenować w queer-friendly klubie Otwarte Serca Zaciśnięte Pięści. Oprócz ogólnie lepszego samopoczucia związanego z aktywnością fizyczną i kształtującej się muskularnej sylwetki robiłem sparingi z cis chłopakami i nie byłem od nich gorszy. Wiedziałem, że naprawdę jestem silny, a w sytuacji zagrożenia mogę obronić siebie i innych.

Jak dojrzewałeś w sztuce?

Podczas studiów na grafice na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie robiłem prace, na których przedstawiałem kulturystki, ale też wstawiałem swoją głowę w bardzo umięśnione ciała orków albo w zbroje rycerzy czy innych postaci z gier, w które grałem. Robiłem też portrety queerowych osób z mojego towarzystwa. Interesowały mnie tematy tożsamościowe, płciowe, przekraczanie binarnych podziałów. Można powiedzieć, że te zagadnienia wciąż są osią mojej praktyki artystycznej. Ciekawią mnie możliwości przekraczania ograniczeń własnego ciała dzięki sztuce, technologii i fantazji. Nadal eksperymentuję z różnymi technikami – drukiem 3D, odlewami z silikonu, szyciem futrzanych maskotek, tworzeniem awatarów i postaci z wykorzystaniem A.I.

Wspomniałeś o kulturystyce. Czy przed korektą miałeś wzorzec męskości, do którego było ci najbliżej?

Przez to, że trenowałem MMA, chodziłem w czapeczce z daszkiem i szybko rosły mi mięśnie, może trochę podchodziłem pod archetyp wrażliwego dresa rozrabiaki – Sebulca spod bloku. Na początku tranzycji oglądałem też dużo kanałów na YouTubie, na których kulturyści opowiadali o swoich przeprawach na „bombie” (na dopingu – przyp. red.). Czułem, że mamy ze sobą coś wspólnego – oni, tak jak i ja, wstrzykiwali sobie testosteron. Lubię przyglądać się różnym typom męskości, kolekcjonować je w swojej głowie, np. typ rybaka w kamizelce, wujka z saszetką na telefon przy pasku, misiowatego grill daddy… Gram z różnymi kulturowymi stereotypami, wyolbrzymiam je, hipermaskulinizuję postacie, które tworzę. Zauważ jednak, że to wcale nie znaczy, że identyfikują się one jako mężczyźni. Tego nie będziemy wiedzieli, póki ich o to nie zapytamy. Moje kolekcjonowanie typów męskości nie oznaczało, że rozpoczynając tranzycję, podjąłem decyzję, że będę takim a takim faciem. Byłem po prostu sobą, a to, że czułem się lepiej we własnym ciele, sprawiło tylko tyle, że odważniej eksperymentowałem z różnymi stylówkami.

Przyglądałeś się swojemu ojcu?

Nie byliśmy blisko, ale ceniłem w nim, że jest specjalistą w swojej niszowej dziedzinie zawodowej; był też zapalonym rybakiem i działkowiczem. Mój coming out przed nim wyglądał tak, że kiedyś zapytał, dlaczego mam taki gruby głos. Odpowiedziałem mu tylko, żeby mówił do mnie „Sebastian”. Usłyszałem, że się cieszy, bo od początku myślał, że będę synem, że tak by wypadało po dwóch córkach z rzędu.

Jak mama zareagowała?

Na początku trudno było jej się przedstawić z imieniem i zaimkami, ale cierpliwie tłumaczyłem jej, jak bardzo jest to dla mnie istotne. Teraz sama wychodzi z inicjatywą w swojej pracy, a jest nauczycielką, i pyta nienormatywnych uczniów, jakie preferują zaimki. Jestem z tego bardzo dumny. Mama mnie wspiera, podobnie jak moje dwie siostry. Wiesz, żyję w Warszawie, w środowisku artystycznym, więc to bezpieczna bańka. Tutaj coming outy są łatwiejsze.

Innym środowiskiem, które pozwala być ci w pełni sobą, jest subkultura furries. Inspiruje cię też do do rożnych projektów artystycznych. Możesz o niej opowiedzieć?

Subkulturę furries tworzą osoby, które rysują lub wcielają się w wymyślone przez siebie postacie antropomorficznych zwierzaków. Budowanie fursony jest, jakby tworzeniem awatara w prawdziwym życiu, swojego zwierzęcego alter ego. Nie tylko decydujesz, jakiej będzie rasy i jaki będzie miał kolor oczu, ale też nadajesz swojej postaci indywidualne cechy charakteru, np. określasz, czy ma płeć, czy nie. Masz pełną dowolność. Bardzo możliwe, że właśnie ta swoboda w wyrażaniu swojej tożsamości, a także chęć ucieczki w świat fantasy przed nietolerancyjnym środowiskiem powodują popularność bycia futrzakiem wśród osób LGBTQ+. Bardzo mnie te zależności interesują i inspirują w działaniach artystycznych. Co ciekawe, pierwsza furaskowa figurka przedstawiająca człowieka z głową lwa powstała około 40 tys. lat temu i jest przykładem najstarszego dzieła sztuki w dziejach ludzkości!

Futro, czyli potocznie mocne owłosienie, to też atrybut męskości. Ty, podczas swojej wystawy „Futro” w Zamku Ujazdowskim w Warszawie, nadałeś mu queerowy aspekt, barwiąc je na tęczowo.

Włosy na klacie, brodzie czy plecach to drugorzędna męska cecha płciowa. Sam wciąż jestem podekscytowany za każdym razem, kiedy wyrośnie mi gdzieś nowy włos. Im ktoś ma ich więcej na ciele i im są one gęstsze, tym bardziej wydaje mi się męski i twardy. Z drugiej strony futro kojarzy się też z czymś miłym i miękkim w dotyku. Lubię ten motyw, bo nie daje się mu się łatwo nadać tylko jednego znaczenia. Futro jest jednocześnie hipermęskie i czułe.

Czy masz zatem prywatną defnicję męskości?

Uważam, że żadna cecha wyglądu ani charakteru nie definiuje płci, tak samo jak płci nie mają ubrania czy kosmetyki. Wszystko sprowadza się do wewnętrznego poczucia, że jest się mężczyzną.

Niecały rok temu wziąłeś udział w akcji Kampanii Przeciw Homofobii „Jestem przeciw transfobii”, nakręciłeś dla KPH krótki klip.

To było w ramach Dnia Widoczności Osób Transpłciowych, który przypada na 31 marca. Mówię w klipie, że widoczność to jest dla mnie obecność, to jest danie sobie samemu prawa do głosu, do wypowiedzi. Gdy ludzie z KPH zwrócili się do mnie, nie wahałem się ani chwili. Jesteśmy na etapie, w którym każde, nawet drobne działanie aktywistyczne jest tą kroplą drążącą skałę.

To na koniec jeszcze, jeśli mogę, zapytam o twoją tranzycję prawną. Staramy się w „Replice” często pisać o tym, że proces wymiany dokumentów na te z właściwym oznaczeniem płci to w Polsce zupełny absurd polegający na pozwaniu do sądu własnych rodziców o źle oznaczoną płeć w akcie urodzenia – i że pilnie potrzebna jest ustawa zmieniająca ten proces na bardziej cywilizowany. Ten absurd już masz za sobą?

Niestety, jeszcze nie. Problem polega m.in. na tym, że nie ma nigdzie konkretnej listy dokumentów, które musisz sądowi przedłożyć. Jeden sąd może wymagać jednego dokumentu, inny innego. Od prawie 3 lat się z tym szarpię. Teraz od jakiegoś czasu mam pomoc z organizacji Miłość Nie Wyklucza, za którą bardzo dziękuję. Mam w końcu wyznaczoną rozprawę na 26 kwietnia. Być może uda się zakończyć sprawę już wtedy, a być może sąd będzie wymagał ode mnie czegoś jeszcze, nie wiem. Trzymaj kciuki!

IG: @sebulec

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.