Jako mąż i niemąż

O ślubie w Nowym Jorku i o równości małżeńskiej w USA z Tomaszem Basiukiem, wykładowcą Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

foto: Agata Kubis

 

Latem tego roku wziąłeś ze swoim wieloletnim partnerem, Marcinem, ślub w Nowym Jorku. Jak do tego doszło?

Pojechaliśmy do Nowego Jorku na miesięczne wakacje. Już parę lat nie byliśmy w Stanach, akurat nadarzyła się okazja – znajomy zostawił nam pod opiekę swoje mieszkanie. Na miejscu spotkaliśmy się z naszym dobrym przyjacielem, on zaś poznał nas z parą gejów, którzy są ze sobą od trzydziestu paru lat i rok temu wzięli ślub. Jak wiesz, od 2011 roku w stanie Nowy Jork małżeństwa są dostępne dla wszystkich.

Wcześniej, w przypadku par jednopłciowych, legalne były tylko związki partnerskie.

Te związki nadal można zawierać, ale obowiązują tylko w mieście Nowy Jork i są dostępne wyłącznie dla mieszkańców albo dla pracowników miejskich i stanowych i ich drugiej połowy. W przypadku ślubu nie ma wymogu obywatelstwa ani stałego pobytu, bo nie ma go też dla osób heteroseksualnych. To wszystko uświadomił mi właśnie jeden z tych nowo poznanych małżonków, prawnik z zawodu. Lecąc do Stanów, mylnie sądziłem, że, by zawrzeć ślub, jeden z nas musiałby mieszkać w stanie Nowy Jork.

Jak wygląda procedura zawierania małżeństwa?

Trzeba przynieść do Urzędu Miasta dokument tożsamości ze zdjęciem. W naszym przypadku był to paszport. Składa się tam wniosek o wydanie licencji ślubnej (Marriage License). Składa się także oświadczenie o uprzednio zawartych małżeństwach.

W Polsce od lat mamy problem z urzędnikami stanu cywilnego, którzy nie chcą wydawać zaświadczeń o byciu kawalerem bądź panną osobom pragnącym zawrzeć małżeństwo jednopłciowe za granicą. Wy takich zaświadczeń nie posiadaliście?

Nawet się nie staraliśmy o nie, bo przecież nie planowaliśmy, że weźmiemy ślub w Nowym Jorku. W krajach anglosaskich oświadczenie ma ogromną wagę i często zastępuje urzędowe zaświadczenie. Ale sankcją za złożenie fałszywego oświadczenia może być więzienie, bo to krzywoprzysięstwo, a więc poważne przestępstwo.

Składa się oświadczenie, wnosi niewielką opłatę urzędową i od ręki dostaje licencję. W stanie Nowy Jork jest ważna przez 60 dni. Po pobraniu licencji trzeba poczekać ze ślubem co najmniej 24 godziny. To czas, by się namyślić i ewentualnie rozmyślić. W niektórych stanach jest odwrotnie – można z marszu zawrzeć małżeństwo, a potem w ciągu 24 godzin je anulować. Wydawanie licencji jest prerogatywą stanu, a nie rządu federalnego, stąd różnice między stanami, także w kwestii dopuszczania małżeństw osób tej samej płci.

Licencja pozwala wziąć ślub na terenie stanu przed upoważnioną do tego osobą. Na przykład można pójść do kościoła. Licencję, którą się odpowiednio wypełnia, przekazuje się osobie udzielającej ślubu, ona wysyła ją do urzędu, ten zaś wystawia świadectwo ślubu. My wybraliśmy prostszą drogę, bo nie mieliśmy czasu, by organizować uroczystość. Pobraliśmy licencję w środę, a w piątek wróciliśmy do tego samego urzędu. Nie da się umówić godziny ślubu, tak jak w Polsce, więc wzięliśmy numerek i siedzieliśmy w poczekalni. Trochę jak na poczcie.

Dużo innych par czekało razem z wami?

Sporo, bo to było piątkowe popołudnie. Mniej więcej połowa to były pary jednopłciowe, dużo osób z zagranicy, imigrantów czy, takich jak my, turystów. Przywołali nas do okienka razem ze świadkami – musisz mieć co najmniej jednego, my mieliśmy dwóch. Wszyscy podpisaliśmy dokumenty, potem znowu musieliśmy trochę poczekać. Wreszcie poproszono nas do kaplicy.

Kaplicy?

Tak to się nazywa – „chapel”. W rzeczywistości to pokój pozbawiony jakichkolwiek symboli religijnych. Pani urzędniczka odczytała formułkę i tekst przysięgi, której się nie powtarza, tylko mówi się „I do”. Wymieniliśmy się obrączkami, co zresztą nie jest obowiązkowe. A na koniec pani powiedziała, że możemy przypieczętować akt ślubu pocałunkiem.

Długo trwała ta ceremonia?

Z półtorej minuty. Razem z czekaniem cała sprawa zajęła nam jakieś dwie godziny. Byliśmy ubrani bardzo zwyczajnie. Wszystko odbyło się bez zadęcia, tak jak chcieliśmy. Przed ślubem zawiadomiliśmy nasze rodziny, które złożyły nam życzenia mejlem.

Krótko mówiąc, każda osoba pełnoletnia i stanu wolnego przebywająca na terenie stanu Nowy Jork choćby przez parę dni może wziąć tam ślub z partnerem tej samej bądź przeciwnej płci?

Tak. Z tego, co wiem, można to zrobić także gdzie indziej. Na przykład w Argentynie nie wymaga się obywatelstwa ani stałego pobytu.

A jak wygląda sprawa z rozwodem?

No, właśnie. Na to też zwrócił nam uwagę znajomy prawnik. Wziąć ślub łatwo, rozwieść się dużo trudniej. Żeby rozwieść się w stanie Nowy Jork, musisz tam mieszkać co najmniej przez sześć miesięcy. Na szczęście nie planujemy rozwodu.

Jakie konsekwencje prawne poza Nowym Jorkiem ma wasz ślub?

Do końca tego nie zbadałem, ale zasadniczo w tych stanach USA, które wprowadziły śluby osób tej samej płci, nasze małżeństwo obowiązują te same reguły, co małżeństwa heteroseksualne. Podobnie w krajach, gdzie są takie śluby.

Pytanie, co z miejscami, w których są tylko związki partnerskie – tak jest np. w Niemczech. Wydaje się, że nasz ślub miałby tam te same konsekwencje prawne, co związek partnerski tam zawarty. Tak byłoby w stanie Colorado, gdzie są związki partnerskie. Czyli nasze prawa byłyby tam ograniczone w stosunku do praw małżonków.

Są też rozwiązania pośrednie – stan Oregon uznaje jednopłciowe małżeństwa zawarte za granicą, chociaż sam ich nie wprowadził.

W Polsce natomiast nasze małżeństwo nie ma w tej chwili żadnego formalnego znaczenia. Ale mieszkają tu ludzie zamężni czy żonaci z osobą tej samej płci, którzy, tak jak my, zawarli związek za granicą. Nie tylko Polacy, także cudzoziemcy. Koniec końców zaczną domagać się, z powodu jakichś życiowych okoliczności, uznania małżeństwa. Urząd odmowi, więc sprawa znajdzie się w sądzie, będzie przechodzić przez kolejne instancje, aż trafi do Strasburga. To nieuniknione, mimo że małżeństwa pozostają w gestii państw członkowskich Unii Europejskiej.

Analogicznie w Stanach Zjednoczonych – ludzie biorą ślub, przeprowadzają się do innego stanu i mają problem. Więc ta sprawa powinna kiedyś znaleźć rozwiązanie na poziomie federalnym. Zresztą umowy, których zasięg wybiega poza granice pojedynczego stanu, podlegają przepisom federalnym co do zasady.

Skoro, w świetle prawa polskiego, jesteście wciąż osobami stanu wolnego, to moglibyście wziąć tutaj śluby heteroseksualne, z kobietami.

Tak, ale łamalibyśmy wtedy prawo gdzie indziej. W Nowym Jorku bylibyśmy bigamistami. Gdybyśmy zrobili coś takiego i pojechali tam, moglibyśmy być ścigani za przestępstwo.

Także latem tego roku Sąd Najwyższy USA zakwestionował tzw. DOMĘ, czyli ustawę definiującą na poziomie federalnym małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny.

Ta ustawa ogranicza uznawanie małżeństw osób tej samej płci przez władze federalne. Samo zawarcie małżeństwa pozostaje w gestii władz stanowych. W czerwcu Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zakwestionował tylko część tej ustawy, tę, która odnosi się m.in. do ubezpieczenia społecznego i wspólnych rozliczeń podatkowych, a także do podatku spadkowego należnego władzom federalnym (pisaliśmy o tym w „Replice” nr 44/2013 – przyp. BŻ). Jest to krok na drodze do uznania małżeństw osób tej samej płci w całych Stanach, ale o niczym jeszcze nie przesądza. Walka trwa. Wciąż wiele stanów USA ogranicza małżeństwo do związku mężczyzny i kobiety albo na poziomie ustawy stanowej (one też zresztą nazywają się DOMA), albo w poprawce do konstytucji stanowej. Natomiast w konstytucji Stanów Zjednoczonych nie ma żadnego zapisu na ten temat.

Są trzy sposoby zmiany prawa stanowego. Pierwszy to ustawa przegłosowana przez legislaturę danego stanu. Drugi to referendum, zwykle organizowane przy okazji wyborów, w którym można przegłosować poprawkę do konstytucji stanowej. I o ile do niedawna referenda zawsze wygrywali przeciwnicy małżeństw osób tej samej płci, o tyle od kilku lat zaczęli wygrywać je zwolennicy. Zmieniło się nastawienie elektoratu.

Sposób trzeci, najczęstszy, to droga sądowa. Ktoś idzie do sądu ze skargą, że urząd nie chce mu udzielić ślubu i pyta sąd, czy to jest zgodne z konstytucją. Oczywiście, nie trafia od razu do Sądu Najwyższego, tylko musi przejść przez kolejne szczeble. Gdy decyzja o niekonstytucyjności jakiejś regulacji stanowej zapada na poziomie Sądu Najwyższego danego stanu, staje się obowiązująca dla sądów niższego szczebla i urzędów stanowych. To niedawno wydarzyło się w New Jersey i tam też można teraz zawrzeć ślub. Jeśli natomiast federalny Sąd Najwyższy zdecyduje o niekonstytucyjności jakiejś regulacji, to staje się ona niekonstytucyjna w całym kraju.

Pytanie, do jakiego stopnia droga sądowa legitymizuje się w oczach opinii publicznej. Na pewno ustawa i referendum mają większe umocowanie społeczne. Z drugiej strony to, co orzekają sędziowie sądów najwyższych, w jakimś stopniu odzwierciedla stan opinii publicznej.

Jak obecnie wygląda kwestia homofobii w Stanach?

Zależy od wielu czynników. Od stanu, ale przede wszystkim od wieku – akceptacja dla związków i małżeństw homoseksualnych jest o wiele wyższa wśród młodych ludzi. Na pewno też sprawy wyglądają inaczej w dużych, a inaczej w małych miastach. Ale także w Nowym Jorku wzrosła ostatnio liczba ataków na tle homofobicznym. To tzw. backlash. Im więcej jest akceptacji dla jakichś zjawisk i postaw, tym ostrzej reaguje grupa, która się im sprzeciwia i uznaje je za poważne zaburzenie porządku. Homoseksualność, małżeństwa osób tej samej płci są wciąż elementem wojny kulturowej. Ona się jeszcze nie skończyła.

***

Tomasz Basiuk wykłada w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Jest współredaktorem trzech zbiorów esejów poświęconych studiom queer: „Odmiany odmieńca/A Queer Mixture”, „Parametry pożądania” i „Out Here”, a także członkiem redakcji czasopisma naukowego „InterAlia” (www.interalia.org.pl). W 2013 r. wydał książkę poświęconą współczesnej autobiografii gejowskiej w USA „Exposures. American Gay Men’s Life Writing since Stonewall”.

 

Tekst z nr 46/11-12 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.