Bogumiła Bruniecka i Ewa Urbańska

Są razem od 14 lat, poznały się na zlocie pielgrzymów Camino de Santiago. Dziś są emerytkami, mieszkają w domu, które same wybudowały we wsi pod Częstochową. Życiorysami mogłyby obdzielić kilka osób. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

fot. arch. pryw.

Z bohaterkami wywiadu jestem umówiony on-line. Godzinę przed spotkaniem proszą o przełożenie rozmowy na później, bo mają jeszcze sprawunki.

Wszystko załatwione?

Bogumiła: Tak! Właściwie to byłyśmy u przyjaciółki. Ewa zajmowała się jej zatkanym odpływem w zlewie. To ona w naszym związku jest tą „techniczną”. Potrafi zrobić wszystko. 30 lat prowadziła warsztat samochodowy, w którym była jedynym mechanikiem. Mieszkamy – to już 10 lat – w drewnianym domu, który razem wybudowałyśmy. Kiedyś robale wpierdzielały nam tutaj belkę… jak to powiedzieć?

Ewa: Fundamentową.

B: Właśnie! Gdybym była sama, ten dom już by nie istniał, robaki by go zjadły. Ewa wszystko rozebrała, wycięła, zdezynfekowała i wstawiła nowy fragment.

Nie umiałbym takich rzeczy zrobić, podziwiam.

E: To są rzeczy, które robią ludzie, żadna magia.

Jak się panie poznałyście?

B: Nie wiem, czy pan jest na to gotowy, bo Ewa ma 75 lat, a ja prawie 70. Mamy tyle historii, że książkę można by napisać. Jesteśmy razem od 14 lat. Wszystko wydarzyło się właściwie dzięki pielgrzymce Camino de Santiago. W lipcu 2010 r. wybrałam się na samotną pielgrzymkę do Santiago de Compostela w Hiszpanii. To nie jest taka pielgrzymka z księdzem na czele, a bardziej podróż medytacyjna, nie trzeba być wierzącym. Po powrocie trafi łam na bloga „Kartka z podróży”, który skupiał ludzi zafascynowanych właśnie Camino. Po kilku miesiącach jedna z czytelniczek – Ł. (na prośbę bohaterek imię zanonimizowane – przyp. red.) – ogłosiła, że organizuje u siebie na podwórku zlot. Wzięłam plecak i mówię: „Dwa dni – co mi tam!”. W Boże Ciało, 23 czerwca 2011 r., wysiadłam z autobusu tuż przy Jasnej Górze.

E: Tu wkraczam ja, bo Ł. była moją wieloletnią partnerką. Ale wtedy byłyśmy już tylko przyjaciółkami. Zlot odbywał się na naszym podwórku przed domem w jednej ze wsi koło Częstochowy. Odebrałam Bogę z dworca i zabrałam do nas. To było nasze pierwsze spotkanie.

B: Na zlocie zebrało się kilkanaście osób. Dużo wina, biesiadowania i rozmów o sprawach społecznych, polityce, etyce, religii. Był profesor matematyki, polonistka z Wrocławia… Ewa zazwyczaj stała pod ścianą i tylko słuchała, ale jak się odezwała, to tak konkretnie, że pomyślałam: „O, jaka fajna dziewucha. Świetnie mówi, nie miota się!”.

E: Mnie Boga też od razu zafascynowała. Nie była wyniosła – a większość osób próbowało się tam jakoś pokazać. Była normalna, inteligentna. Imponowała mi bezpośredniością. Już wtedy coś zaczęło między nami iskrzyć.

B: Tylko ja nie wiedziałam, że Ewa była w związku z Ł.

E: Bo wtedy już nie byłam!

B: Przedstawiały się jako koleżanki, które tu razem mieszkają. Pogadałyśmy trochę, a gdy wróciłam do siebie, do miasteczka w okolicach Malborka, skąd pochodzę, to zaczęłyśmy pisać maile. Gorące. (śmiech)

E: Najbardziej przekonałam się do Bogi kilka tygodni później, w sierpniu tego samego roku. Ł. wprawdzie zorganizowała ten czerwcowy zlot, jednak sama na takiej pielgrzymce nie była. Jej pierwsza pielgrzymka miała się odbyć właśnie w sierpniu. Ponieważ czuła się niepewnie, poprosiła mnie o pomoc. Był jednak jeden problem – nie miał kto zaopiekować się moją mamą, która z nami mieszkała, i kotem. Sama Ł. zadzwoniła wtedy do Bogi i mówi: „Słuchaj, mamy problem…”, a Boguśka: „Ja mam jeszcze 9 dni urlopu – przyjadę”. No i przyjechała. Opiekowała się mamą, gotowała, relacjonowała wszystko. I wtedy to mnie ostatecznie przekonało, że to osoba wartościowa, godna zaufania.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Małgorzata Kukiełło – temisistka, transpłciowa kobieta

Rozmowa Angeli Getler

fot. arch. pryw.

Rozmawiam z Małgorzatą tuż po tym, jak wróciła z turnieju. Drugie miejsce! Zajęłam drugie miejsce w swojej grupie.

Gratulacje! Były jakieś protestujące uczestniczki?

Nie, tym razem nie. Na szczęście wypadek z turnieju na Wyspach Kanaryjskich w kwietniu był, jak do tej pory, odosobniony.

Co tam się stało? To, w czym my gramy, to GLTA – Gay and Lesbian Tennis Alliance. Są to turnieje międzynarodowe, a regulamin jasno określa, kto może startować w jakiej kategorii. Osoby transpłciowe też się łapią.

W naszych rozgrywkach nie mamy sędziów na meczach, więc zwykle jest tak, że każdy sędziuje po swojej stronie kortu. Głównie chodzi o auty. To powoduje, że czasem zdarzają się dyskusje, kto coś widział albo nie. Ale zwłaszcza na nawierzchni z mączką widać ślady i można po prostu wskazać je palcem.

Było małżeństwo, dwie kobiety z Norwegii. Ta z nich, która grała przeciwko mnie, nie umiała w uczciwy sposób wygrać. Weszłyśmy na mecz i wszystko było w porządku. Gdy moja przeciwniczka zaczęła przegrywać, zaczęła również kwestionować większość moich decyzji, nawet ewidentnych. W pewnym momencie z bezsilności głośno przeklęłam i wypadła mi rakieta z ręki.

Widziała to dyrektorka turnieju, przyszła i przypomniała nam o zasadach fair play. Zaproponowała, że jeśli mamy problem, to ona może posędziować – stanie przy siatce i będzie rozwiązywać sporne kwestie. Przeciwniczka się ucieszyła i ja się ucieszyłam. Chwilę później przeciwniczka wywołała aut. Dyrektorka powiedziała, że piłka była poprawna. Przeciwniczka upierała się, ż e to nieprawda i że ja mam się wypowiedzieć, że „przecież widziałam, że był aut”. Stwierdziłam: „Chciałaś sędziego, masz sędziego. Ja już nie będę dyskutowała”. W tym momencie zaczęła osobiste wycieczki – a to komentować mnie, a to, że „faceci to zawsze grają mocniej”, a to, że ona to ma syna w moim wieku, on też tak gra i „może z jej synem grałam”. Było takich jeszcze kilka. Starałam się nie wchodzić już w żadne interakcje. Dyrektorka cały czas była obok, więc była świadkiem wszystkich tych niefajnych zachowań.

I dyrektorka co na to?

Wydaje mi się, że nie reagowała. Potem mi mówiła, że chodziło o wyciszenie tych emocji, a nie podbijanie ich w trakcie gry. Po meczu, wygranym przeze mnie, dyrektorka porozmawiała z moją przeciwniczką. Nie mam bladego pojęcia, co jej dokładnie powiedziała, natomiast myślę, że przypomniała jej regulamin i że osoby transpłciowe, takie jak ja, mogą brać udział w rywalizacji z innymi kobietami.

Jak się tam poczułaś?

Było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie. Zeszłam z tego meczu i się rozpłakałam. Później, jak byłam z koleżanką, ta moja przeciwniczka przyszła i „musiała koniecznie ze mną porozmawiać tu i teraz”. Że ona mnie będzie przepraszać. To był taki moment, w którym ja byłam w emocjach po kolejnym już meczu, a ona jeszcze przerwała mi rozmowę. I wtedy jej powiedziałam, że ja nie chcę z nią rozmawiać, bo jest okrutną osobą. Tyle. I sobie poszłam. Kiedy i mi trochę opadły emocje, jakoś się porozumiałyśmy. Zostałam przeproszona, usiadłyśmy, wypiłyśmy tam bezalkoholowe piwo. Popłakała się. Chyba udało jej się zrozumieć, że w tym wypadku po prostu nie miała racji.

Dla mnie najważniejsze było jednak wsparcie społeczności, czyli reakcja reszty zawodniczek i dyrekcji tego turnieju. Większość dziewczyn, które tam się przewinęły, przytuliło mnie lub poklepało po ramieniu. Powiedziały, że wszystko będzie dobrze i że mam się nie przejmować. Że jeśli tamta ma problem, to ona ma problem, a nie ja. Że to oczywiście jej zachowanie było niedopuszczalne i nieakceptowalne. Żebym wiedziała, że jestem mile widziana na tym turnieju.

Jak długo grasz w tenisa?

Mam 41 lat, zaczęłam dopiero po trzydziestce. Firma, w której wtedy pracowałam, sponsorowała kursy dla początkujących i tam się zaczęła moja przygoda.

Gdzie dziś pracujesz?

Od półtora roku pracuję w dużej zagranicznej korporacji. Jestem menedżerką. Zarzą dzam zespołem programistów i pracuję zdalnie.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Niepokorne wspomnienia Witolda Jabłońskiego

Tekst: Witold Jabłoński

Od redakcji: Z wielką przyjemnością przedstawiamy na naszych łamach trzyczęściową autobiografię pisarza Witolda Jabłońskiego, autobiografię wyjątkową, bo napisaną z perspektywy gejowskiej

Prolog

Urodziłem się w Łodzi, a wychowałem w dzielnicach Polesie i Stare Bałuty, gdzie mieszkam do dziś. Najbardziej z wczesnego dzieciństwa wrył mi się jednak w pamięć śródmiejski gmach przy Moniuszki 3/5.

Przed laty mieściła się tam Przychodnia Ortopedyczna, w której wylądowałem jako niespełna ośmiolatek z wykrytą skoliozą kręgosłupa.

Doktorka kazała mi zdjąć ubranie, co uczyniłem z lekkim wahaniem, bo jako dzieciak byłem jeszcze dość pruderyjny, nie pozwalając się do końca obnażać na plaży ani na basenie. Z oporami rozebrałem się w końcu do majtek. Gdy pielęgniarka ważyła mnie i mierzyła, lekarka ściągnęła mi ostatnią część garderoby, mamrocząc, że dzięki temu będzie mogła mnie lepiej obejrzeć. Następnie otwarła drzwi do przyległej sali. Wydawały mi się wielkie i ciężkie jak brama do zakazanego świata. Stał tam po obu stronach sprzęt do gimnastyki korekcyjnej, a przez środek biegł mocno wydeptany chodnik. Lekarka tonem nieznoszącym sprzeciwu poleciła mi tam paradować, to znaczy przejść do końca pomieszczenia i zawrócić do gabinetu.

Do dziś pamiętam jej nieco skrzekliwy głos: — No nie zakrywaj tak tego ptaszka, nie ucieknie ci!

Posłusznie przestałem się zakrywać i ruszyłem na „wybieg”. Lekarka obserwowała mnie z profesjonalną uwagą, z pozoru niewzruszona, za to pielęgniarka zrobiła się czerwona jak piwonia. Nie umiem powiedzieć, gdzie była wtedy moja matka – może siedziała gdzieś dalej, pod ścianą gabinetu, biernie przyjmując polecenia lekarskie, jako przy danym badaniu niezbędne, albo wyszła akurat do toalety?

W sali obok ćwiczyli dorastający chłopcy, w wieku od około dwunastu do piętnastu lat, którzy na mój widok wybałuszyli zdumione gały.

Paradując tak kilkakrotnie (co najmniej trzy razy, bo ortopeda i jej asystentka wyraźnie napawały się tym widokiem) na oczach innych, stopniowo wyzbyłem się resztek wstydu i jakiegokolwiek zakłopotania niecodzienną bądź co bądź sytuacją.

Cały tekst do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Świat według Felicity

Urodziła się w Szczecinie prawie 200 lat temu. Była wielką gwiazdą opery oraz teatru w Europie i Ameryce. Słynęła z grania męskich ról. Poza sceną prawie 20 lat spędziła w związku z kobietą. Sylwetkę FELICITY VESTVALI prezentuje Piotr Szarota

rys. Marcel Olczyński

W tę queerową historię trudno uwierzyć, zwłaszcza że jej początki sięgają lat 20. XIX wieku, a spora część wydarzeń rozegrała się na ziemiach, które dziś należą do Polski. Jej bohaterka nazywała się Felicita Vestvali i była gwiazdą opery oraz teatru. Śpiewała od Mediolanu po Nowy Jork i Hawanę, a jako aktorka przemierzyła ze swoim zespołem pół Europy. Po śmierci niemal kompletnie zapomniana, dziś niespodziewanie powraca i znowu rozpala emocje!

Polka, i Niemka

Choć grono osób, które kojarzą tę postać nieco się ostatnio poszerzyło, wciąż jest ono bardzo wąskie. Zacznę więc od krótkiego wstępu biograficznego, tym bardziej wskazanego, że dostępna w Wikipedii notka jest nie tylko niepełna, ale też w kilku istotnych kwestiach myląca. Prawdziwe nazwisko Vestvali to Maria Caroline Anna Emilie Stegemann. Urodziła się w Szczecinie, który wówczas nosił nazwę Stettin i wchodził w skład Królestwa Prus. Najprawdopodobniej przyszła na świat w lutym 1828 r., choć w źródłach pojawia się jeszcze kilkanaście konkurencyjnych dat. Jej ojciec, Georg Stegemann był wojskowym w pruskiej armii, jej matka Charlotte oprócz niemieckich, miała także polskich przodków. Vestvali przez pewien czas występowała pod pseudonimem Felicita Westwalewicz. Później, jak znakomita większość ówczesnych śpiewaczek, wybrała sobie pseudonim brzmiący „bardziej z włoska”, choć podczas swoich europejskich i amerykańskich podróży przedstawiała się zawsze jako Polka. Wypada jednak dodać, że odkąd w 1868 r. zaczęła robić karierę w Niemczech, o swojej polskości wspominała dużo rzadziej.

Tak o początkach swojej kariery operowej pisała po latach w memuarach: „Nazwij to kaprysem, nazwij chorobliwą egzaltacją, lecz od zarania byłam wrogiem mężczyzn, to ich zachowanie, ta bezwzględność sprzeciwiały się mym uczuciom. Miałabym kiedyś zawdzięczać mą egzystencję takiemu indywiduum? Ta myśl wywoływała mój sprzeciw. Buntowałam się przeciw temu i powzięłam postanowienie – licząc na mój talent śpiewaczy – by urządzić sobie świat na własną rękę. Im bardziej samowolne i swobodne zdawało mi się życie ludzi teatru, tym gwałtowniej podnosiło we mnie głowę demoniczne pragnienie niczym nieskrępowanej wolności. Moja rodzina drwiła ze mnie, ilekroć wspomniałam o czymś takim. Czy miała do tego prawo?” (tłumaczenie: Jacek St. Buras). Brzmi to szczerze, ale trzeba pamiętać, że Vestvali znana była z tendencji do ubarwiania swojego życiorysu. Jej dojrzałym debiutem był występ w mediolańskiej La Scali we wrześniu 1853 r. Dała się wtedy poznać w partii Azuceny w najnowszej operze Giuseppe Verdiego „Trubadur”. W przeciwieństwie do typowych heroin operowych, nie była ona ani piękna, ani uwodzicielska, ta postać – gotowej na wszystko mścicielki – budziła trwogę. Występy w La Scali okazały się przepustką do światowej kariery. Pół roku później Vestvali śpiewała w Londynie, a w 1855 r. trafi ła do Nowego Jorku. Śpiewała głównie role spodenkowe, a więc partie męskie pisane z myślą o kobietach – była dowódcą armii babilońskiej Arsacesem w „Semiramidzie” Rossiniego, mistrzem szabli Armando Gondim w „Marii di Rohan” Donizettiego, i weneckim szlachcicem Maffi o Orsinim w „Lucrezii Borgii” tego samego kompozytora. Pojawiała się także regularnie w rolach Romea i Azuceny. W przeciągu dwóch lat stała się w Ameryce gwiazdą, a dziennikarze obdarzyli ją stosownym tytułem „Vestvali the Magnifi cent”, zachwycając się jej głębokim kontraltem, znakomitym aktorstwem i zgrabnymi nogami.

Wiosną 1863 r., po kilku latach spędzonych w Europie, gdzie wystąpiła m.in. w Operze Paryskiej, Felicita wróciła do Nowego Jorku i zakończyła tam swoją karierę operową. Jesienią, niepodziewanie dla wszystkich, zadebiutowała jako aktorka, rozpoczynając nowy rozdział w swojej karierze scenicznej. Początkowo występowała w dramatach muzycznych, w których zagwarantowane miała nie tylko główne role, lecz także możliwość zaśpiewania kilku powiązanych ze sztuką pieśni. Popularność, jaką w przeciągu kilku lat zdobyła w Stanach Zjednoczonych, była oszałamiająca. Gdy w styczniu 1864 r. przyjechała z występami do Waszyngtonu, oglądał ją prezydent Lincoln. Chyba zrobiła na nim wrażenie, bo obecny był na czterech z pięciu spektakli, które wówczas dała. Niedługo później przyznano jej amerykańskie obywatelstwo.

Do Europy wróciła w 1867 r. Pierwszym marzeniem, które postanowiła spełnić bez zwłoki, było wystąpienie przed angielską publicznością w roli Romea. Choć wcześniej występowała jako Romeo w operze Belliniego, teraz miała zmierzyć się z wersją Szekspira. Na przekór wszystkim udało jej się odnieść sukces. Po półrocznym pobycie w Anglii przyjechała do Hamburga, który stał się jej nowym domem. W Niemczech nie miała problemu z językiem, za to publiczność okazała się dużo bardziej konserwatywna niż w Stanach czy w Anglii. Jej męskie role szekspirowskie: Romeo, Hamlet i Petruchio budziły sprzeciw stróżów moralności. Pisano, że Vestvali nie jest kobietą, lecz hermafrodytą (czyli osobą interpłciową), a jej role to koronny przykład zdziczenia gustu. Te kontrowersje umocniły tylko sławę Felicity, która przez trzy lata zdołała przemierzyć Niemcy wzdłuż i wszerz, odwiedzając przy okazji Wiedeń, Budapeszt, Zurych, Petersburg i Amsterdam. W Warszawie niestety nie zagrała, za to pojawiła się w Poznaniu i Gdańsku. Zakończyła karierę w grudniu 1877 r. w Berlinie, gdzie po raz dwieście sześćdziesiąty zagrała Hamleta – bez wątpienia swoją ulubioną rolę dramatyczną. Umarła trzy lata później w Warszawie, do której przyjechała odwiedzić swoją siostrę Emmę.

Cały tekst do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Skoczek narciarski Andrzej Stękała – pierwszy coming out w męskim sporcie zawodowym w Polsce

ANDRZEJ STĘKAŁA, pierwszy wyoutowany zawodowy sportowiec w Polsce*, opowiada o pasji do skoków narciarskich, o procesie akceptowania swojej homoseksualności, o publicznym coming oucie zrobionym 1 stycznia 2025 r., a przede wszystkim – o swoim partnerze Damianie, który zmarł 7 listopada 2024 r. Rozmowa Mariusza Kurca

fot. Jan Galica

Jest druga w nocy 1 stycznia 2025 r. Trwają zabawy sylwestrowe. Przygotowałeś wcześniej treść posta, masz gotowy zestaw zdjęć, na których widać zakochaną parę – Damiana i ciebie. Klikając „wyślij” na Instagramie, robisz publiczny coming out. Co wtedy czujesz?

(chwila ciszy) Ciekawość. Co ja właściwie robię? Jak to zostanie przyjęte? Była też nadzieja, że zostanę zrozumiany, że oddźwięk będzie pozytywny. I była chęć pokazania prawdziwego mnie, prawdziwego Andrzeja.

Zdawałeś sobie sprawę, że jesteś pierwszym w Polsce profesjonalnym sportowcem, który decyduje się na publiczny coming out?

Na dobrą sprawę to później do mnie dotarło. Tak, to fajne, choć nie taka była moja motywacja. Przede wszystkim chciałem, by ten coming out był uhonorowaniem mojego partnera zmarłego niecałe dwa miesiące wcześniej. Chciałbym widzieć jego radość z powodu tego, co zrobiłem, wiem, że byłby szczęśliwy. Gdybyśmy zrobili to razem, byłaby wielka radość, że tworzymy tę historię.

Rozmawiałeś z Damianem o tym?

Tak, wiele razy. Myśleliśmy, jak by się to miało odbyć. Mówiłem mu, że chciałbym to zrobić na moich własnych zasadach, czyli właśnie na Instagramie, który jest teraz bardzo popularny. Damian ani mnie nie zachęcał, ani nie zniechęcał. To była nasza wspólna sprawa – jak całe nasze życie było wspólne. On widział i słyszał, jak jestem pytany o żonę czy dziewczynę. Obu nam było z takimi pytaniami niewygodnie. Chciałem to wyrzucić z siebie, bo i tak już całe mnóstwo osób o nas wiedziało i ukrywanie się nie miało sensu, choć wcześniej nieraz zastanawialiśmy się z Damianem, czy na pewno potrzebny jest nam taki głośny coming out.

Twój głośny coming out był potrzebny przede wszystkim polskiemu sportowi. Rozumiem, że rozmawialiście, ale konkretnego planu nie było.

Nie było. Ciągle coś mieliśmy na głowie – praca Damiana, moje skoki, potem wspólne budowanie domu. Natomiast gdy Damian zmarł, bardzo szybko nasunęła mi się myśl, że muszę go uhonorować właśnie w taki sposób – coming outem. Chciałem też wyjaśnić, dlaczego Andrzej Stękała ostatnio nie skacze na takim poziomie, jak powinien, chciałem powiedzieć moim fanom, że mierzę się obecnie z czymś naprawdę poważnym.

A Damiana chciałem uhonorować, bo on żył jakby trochę w moim cieniu, a był dla mnie tak ważny. Jak miałem sukcesy, to dziennikarze chcieli nie tylko ze mną przeprowadzać wywiady, ale też z moją rodziną – i wtedy Damian był jakoś „schowany”, z nim nie rozmawiali, bo o nim nie wiedzieli. To było przykre i bolało mnie, przecież on też był moją rodziną. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale nikomu nie chciałbym takich przykrości robić. Nam obu nie było z tym łatwo. Więc przynajmniej po jego śmierci chciałem pokazać, że taka osoba przy mnie była – ja czuję, że on nadal jest przy mnie – i wniosła w moje życie bardzo wiele.

Ludzie generalnie częściej robią coming outy, gdy są w szczęśliwych związkach, bo mają wsparcie partnera czy partnerki. Ty zrobiłeś coming out, gdy właśnie tego wsparcia zabrakło. Co więc dało ci siłę? Mimo wszystko Damian?

Tak. Chęć „pokazania” go światu – żeby wyszedł z tego cienia. Patrzcie, za moimi medalami, za podium w Pucharze Świata stał właśnie ten człowiek. On przyczynił się do mojego rozwoju osobistego – i w sporcie, i w ogóle w życiu. Dosyć ściemniania, dosyć okłamywania – również samego siebie.

Wiem z mediów – i tych tradycyjnych, i społecznościowych, że reakcje na twój coming out były wspaniałe. Ale może są też takie, o których nie mogłem przeczytać – jakieś przypadkowe, na ulicy czy gdzieś?

Sporo takich zdarzeń było. Najczęściej na skoczni i w okolicach skoczni. Ludzie zagadywali, prosząc o zdjęcie – i przy okazji mówili, że jestem megasilny i że gratulują mi odwagi.

Rodzina wiedziała od dawna, że jesteś gejem i że tworzysz parę z Damianem – a współpracownicy w sporcie?

Ci, z którymi byłem w miarę w stałym kontakcie, to wiedzieli, a inni – podejrzewam, że się domyślali.

Twój najtrudniejszy coming out? Ten przed rodziną?

Tak. Bo ten z 1 stycznia – to nawet gdybym został odrzucony całkowicie, nie bardzo by mnie to obeszło. Bo ja już nie miałem wiele do stracenia. Po śmierci Damiana straciłem… bardzo dużo. Jestem teraz bardzo biedną osobą.

Gdy budowaliśmy dom, widziałem, jaka masa pieniędzy w ten dom idzie – patrzyłem, jak kasa na koncie topnieje i myślałem: „Jezu, ale my będziemy biedni”. A tak naprawdę, jak Damian zmarł, realnie zobaczyłem, jaki jestem biedny. Przed 7 listopada zeszłego roku byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, mocno trenowałem, miałem mega motywację, budowałem dom – i z dnia na dzień świat mi się rozpadł. Bardzo gorzko przekonałem się o tym, jak bardzo pieniądze nie mają znaczenia. Gdy masz przy sobie kogoś, kto kocha cię ponad życie i kogo ty kochasz ponad życie… Jak Damian umarł, to poczułem – i czuję to do dziś – że bardzo duża część mnie też umarła.

Jak długo byliście razem?

Ponad 8 lat – a znaliśmy się prawie 9. Bardzo szybko się w sobie zakochaliśmy.

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

*Andrzej jest pierwszym w Polsce wyoutowanym profesjonalnym sportowcem, natomiast mamy już co najmniej siedem wyoutowanych profesjonalnych sportowczyń. Są to: Karolina Hamer (pływanie, wywiad w „Replice” nr 73, maj/cze 2018), Jolanta Ogar-Hill (żeglarstwo; „R” nr 79, maj/cze 2019), Katarzyna Skorupa (siatkówka, „R” nr 81, wrze/paź 2019), Katarzyna Zillmann (wioślarstwo, nr 93, wrze/paź 2021), Julia Walczak (kajakarstwo), Aleksandra Jarmolińska (strzelectwo, „R” nr 94, lis/gru 2021) oraz sędzia piłkarska Ewa Żyła („R” nr 108, marz/kwie 2024)

Aktorka Grażyna Wolszczak – sokuszniczka LGBT+

Z aktorką GRAŻYNĄ WOLSZCZAK rozmawia Rafał Dajbor

fot. Monika Krzyżanowska

Rozmawiamy na chwilę przed wyborami prezydenckimi, w kampanii pojawiają się tematy związków partnerskich i równości małżeńskiej. Jest pani zwolenniczką któregoś z tych rozwiązań prawnych?

Tylko od ludzi – bez względu na ich płeć i orientację seksualną – powinno zależeć, czy zawrą związek partnerski, czy małżeński, czy też będą żyć razem bez żadnych formalności. Zakładając, że wszyscy, przed Bogiem, czy przed tym, w co ktoś wierzy, jesteśmy równi, dlaczego ktokolwiek miałby być dyskryminowany za to, w jaki sposób chce żyć z człowiekiem, którego kocha? Przecież to nikogo nie krzywdzi, to są decyzje dorosłych ludzi.

Żyje pani w nieformalnym związku ze swoim partnerem, scenarzystą fi lmowym i aktorem Cezarym Harasimowiczem. Czy gdyby pojawiła się ustawa o związkach partnerskich zawarlibyście państwo taki związek?

My akurat nie. Nie jest mi to do niczego potrzebne. Ale wiem, że dla wielu osób jest to ważne i dlatego powinna być taka możliwość, żeby każdy mógł zdecydować.

Zagrała pani wiele ról, które przyniosły pani rozgłos, np. Jovitę Popovic w jednym z odcinków kultowego serialu „07 zgłoś się”, Yennefer w „Wiedźminie” czy Judytę w „Ja wam pokażę!”. Czy którąś z nich lubi pani szczególnie?

Wszystkie lubię. Ale zawsze najbardziej lubię te, które gram obecnie. Tamte role to już historia. Dobrze, że się wydarzyły, ale to już było i „se ne vrati”.

Pamięta pani, w jakich okolicznościach po raz pierwszy zetknęła się pani z istnieniem homoseksualności?

Zaskoczył mnie pan, nie pamiętam, widocznie od samego początku nie miałam z tym żadnego problemu. Bo gdyby mnie coś zszokowało, zbulwersowało, tobym zapamiętała. Ale pamiętam moją teściową, która mieszkała na wsi i opowiadała, jak była zdumiona, kiedy dowiedziała się, że dwóch mężczyzn może być w związku, a na dodatek uprawiać seks. Nie mieściło się jej to w głowie. Ja natomiast świetnie pamiętam okoliczności, w których dowiedziałam się, jak się robi dzieci. Uznałam, że to jest strasznie obrzydliwe i że moi rodzice na pewno tego nie robią. (śmiech)

A czy była pani kiedyś obiektem podrywu ze strony lesbijki?

Zdarzyło się może ze dwa razy, ale nigdy to nie było nachalne. W ogóle nie znałam i nie znam zbyt wielu lesbijek, za to wielu gejów. Z niektórymi się przyjaźnię. Kiedyś miałam od pewnej pary małżeńskiej propozycję trójkąta. Gdy odmówiłam, bo mnie ten pomysł raczej rozśmieszył, ci ludzie się zawstydzili, „co pani sobie teraz o nas pomyśli”. Odpowiedziałam, że nic nie pomyślę, bo każdy ma prawo żyć, jak chce. Oni mieli prawo mi to zaproponować, a ja miałam prawo albo się zgodzić, albo odmówić.

Sięgnijmy teraz nieco głębiej w historię. Zaraz po maturze znalazła się pani w Studiu Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Czy wiedziała pani, że jest on gejem? Jak go pani zapamiętała?

Był przede wszystkim wielkim artystą, a o tym, że jest gejem, wszyscy doskonale wiedzieli. Nie mam pojęcia, czy miał wtedy jakiegoś partnera, pewnie nie, bo z nikim go nie widywaliśmy, ale to nie było przedmiotem mojego zainteresowania. Miałam okazję zagrać, czy raczej wystąpić, bo „zagrać” to chyba za wielkie słowo, w przedstawieniu Wrocławskiego Teatru Pantomimy „Spór”, oczywiście w reżyserii Henryka Tomaszewskiego.

Kończyła pani warszawską PWST. Czy pani zdaniem ta uczelnia była homofobiczna? Zmarła niedawno Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla „Repliki” opowiadała, jak jedna z wieloletnich pedagożek PWST na widok chłopaka, jej zdaniem, zbyt „miękkiego”, powiedziała „To jest pedał, trzeba go wyrzucić”. Z innego źródła dowiedziałem się, że tą profesorką była Rena Tomaszewska. Zdaniem Ewy Szykulskiej – lesbijka.

Jest taki zwyczaj, że studenci trzeciego roku pomagają przy egzaminach wstępnych. Ja także na trzecim roku siedziałam razem z komisją egzaminacyjną. Pamiętam niesamowicie zdolnego chłopaka, który był bardzo drobny, miał może metr pięćdziesiąt parę centymetrów wzrostu. Repertuar miał idealnie dobrany do swoich warunków fizycznych, chciał udowodnić, że te warunki nie przeszkadzają mu, żeby zostać aktorem. Jednak komisja, po burzliwej dyskusji, nie przyjęła go. Zdaniem komisji miał za małe szanse na dobre funkcjonowanie w tym zawodzie, w którym wygląd także się liczy. Mam nadzieję, że słowa pani profesor Reny Tomaszewskiej wyrażały właśnie tę obawę, że dla kogoś ewidentnie „przegiętego” może nie być ról, a nie, że była homofobką. A czy pani Rena Tomaszewska była lesbijką – tego nie wiem. Gdy miała z nami zajęcia, była już mocno starszą panią i wydawało się nam normalne, że nie ma męża i jest sama, a poza tym jej życie prywatne w ogóle nas nie interesowało.

Aktorów-gejów można by długo wymieniać – Edmund Fetting, Igor Przegrodzki, Krzysztof Kolberger…

Tak, ale proszę zwrócić uwagę, że po żadnym z nich nie było tego „widać”. Odwrotnie – to aktorzy, którzy byli bardzo męscy, mieli też mnóstwo zakochanych w nich fanek, byli świadomi, że ich uroda i głos działają na kobiety.  

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Andrzej Jurowski, jeden z liderów Ostatniego Pokolenia, wyoutowany gej

Z ANDRZEJEM JUROWSKIM, jednym z liderów Ostatniego Pokolenia, rozmawia Bartosz Żurawiecki

fot. Marek Zimakiewicz

Jesteś jednym z założycieli polskiej frakcji Ostatniego Pokolenia.

Tak, razem z Tytusem Kiszką i Julią Keane. Poznaliśmy się w 2020 r. w Młodzieżowym Strajku Klimatycznym.

Przypomnijmy – MSK to, zainspirowany działaniami Grety Thunberg, ruch uczniów i studentów protestujących przeciwko bierności polityków w obliczu kryzysu klimatycznego.

Po pandemii skończyły się jednak w Polsce protesty klimatyczne, byliśmy rozczarowani biernością MSK. Tymczasem na Zachodzie wciąż organizowane są skuteczne kampanie zwracające uwagę na problem globalnego ocieplenia, takie jak Just Stop Oil w Wielkiej Brytanii czy Restore Wetlands w Szwecji. Gdzieś półtora roku temu uznaliśmy więc, że w tak dużym kraju europejskim jak Polska takż e przyda się taka kampania.

I od początku wiedzieliście, że będziecie działać w sposób bardzo widoczny, widowiskowy, nawet radykalny?

Byliśmy po paru latach działalności polegającej na organizowaniu marszy, pisaniu listów i petycji. MSK w pewnym momencie otrzymał poparcie dla swoich postulatów od wszystkich, poza Konfederacją, partii politycznych. Tylko co z tego? Nie przyniosło to żadnych wymiernych efektów. Nasze formy protestu po prostu się nie sprawdzały. Przyszedł więc czas na coś bardziej radykalnego.

Zaczynaliście od trójki założycieli, a ile osób teraz liczy Ostatnie Pokolenie?

To nie jest tak, że rozdajemy legitymacje członkowskie. Na co dzień w strukturach pracuje kilkadziesiąt osób, natomiast na protesty przychodzi i kilkaset. Działamy nie tylko w Warszawie. Mamy grupy lokalne w Bydgoszczy, Trójmieście, Toruniu, Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Krakowie i Rzeszowie. Jest więc ich trochę. Ponad połowa osób, które angażują się w akcje Ostatniego Pokolenia, mieszka poza Warszawą.

Media interesują się jednak warszawskimi akcjami.

To jest część naszej strategii – centralizujemy działania, bo w stolicy mamy największy impakt. Gdy organizujemy tutaj np. blokadę dróg, przyjeżdżają na nią ludzie z różnych stron Polski. Działania lokalne służą przede wszystkim rekrutacji, budowaniu społeczności i mobilizowaniu na akcje odbywające się w stolicy.

Ostatnie Pokolenie, choćby ze względu na nazwę, automatycznie kojarzy się z ludźmi młodymi, w twoim wieku, nawet młodszymi. To ich przede wszystkim widać na najbardziej radykalnych akcjach takich jak oblanie pomarańczową farbą pomnika Syrenki, próba przerwania koncertu w Filharmonii czy blokada warszawskich mostów. Przeczytałem jednak, że macie w szeregach także osoby starsze. Czym ich Ostatnie Pokolenie przyciąga?

Nazwa rzeczywiście może być konfundująca, jednak od początku założyliśmy, że to będzie międzypokoleniowy projekt. I tak się dzieje. Owszem, z wiekiem rośnie liczba zobowiązań, ludzie muszą chodzić codziennie do pracy, spłacać kredyty, zajmować się rodziną itp. Pewnie dlatego widoczność osób w starszym wieku jest mniejsza niż młodzieży. Ktoś na przykład może przyjechać do Warszawy tylko na jeden dzień i zaraz musi wracać. Ale na naszych spotkaniach otwartych nie widać, by ludzi młodych było dużo więcej.

Ty sam pochodzisz z Warszawy?

Spod Warszawy. Teraz mieszkam i studiuję socjologię i antropologię w Warszawie.

Od jak dawna przepełnia cię duch aktywizmu?

Na początku po prostu szukałem społeczności, do której mógłbym się przyłączyć. Gdy w liceum przystałem do MSK, właściwie nic nie wiedziałem o kryzysie klimatycznym. Chciałem być wśród ludzi. Chociaż już wcześniej interesowałem się sprawami szeroko pojętego środowiska. Miałem fazę, to były lata 2017-2018, obsesyjnego zainteresowania tym, co dzieje się z plastikiem, kwestią marnowania żywności etc. Dużo było o tym w necie, wpędzało mnie to w mega stres. Wydawało mi się, że każda decyzja, którą podejmuję, ma ogromny wpływ na rzeczywistość. Jako 16-latek próbowałem wymusić na rodzicach, by nie pakowali pomidorów w plastikową siatkę, tylko w płócienny worek, który zabierałem na zakupy. Potrafiłem się z nimi kłócić przy kasie w Biedronce. Miałem życiową misję.

Ale długo się tak nie da żyć, bo takie indywidualne działania nie wiążą się z żadną sprawczością, nie mają wpływu na globalną sytuację. To mnie pchnęło do kolektywnych działań politycznych. Przyglądałem się różnym opcjom.

Młodzieżówce Konfederacji także?

Nie, tam mnie nigdy nie ciągnęło. MSK zaimponował mi tym, że gromadził na ulicach dziesiątki tysięcy ludzi, którzy chcieli być częścią czegoś dużego. Przystąpiłem do niego z odruchu serca, z potrzeby, żeby zrobić coś tu i teraz. Ale też z braku doświadczenia i wiedzy, jak się należy organizować. Tam nie było żadnych struktur, a tym samym spójnej wizji, jak działać. W ciągu tych dwóch, trzech lat, kiedy tam byłem, obserwowałem obumieranie tego ruchu. Odchodziły kolejne osoby, nie można było podjąć konkretnych decyzji, nikt już nie miał siły regularnie organizować co kilka miesięcy kolejnych marszów. Strajk tracił znaczenie i siłę.

Ostatnie Pokolenie przywróciło ci poczucie sprawczości?

Na pewno. Robię to full time. Bardzo często mam takie myśli, że zajebiście byłoby sobie odpuścić, skupić się bardziej na studiach, chodzić na więcej zajęć dodatkowych, spędzać więcej czasu z rodziną, z przyjaciółmi. Ale kryzys klimatyczny oznacza dla mnie kres naszego świata. Robienie więc czegokolwiek innego niż działania aktywistyczne przypomina mi, że lecę na pożyczonym czasie i siebie oszukuję. Trudno mieć dużo nadziei w 2025 r. co do naszej przyszłości, a równocześnie lepiej robić coś w desperacji, niż żałować za parę lat, że się niczego nie zrobiło.

Ale to tylko desperacja, czy rzeczywiście macie poczucie, że można coś realnie zmienić?

W Ostatnim Pokoleniu korzystamy z obywatelskiego nieposłuszeństwa, radykalizując, eskalując debatę wokół kryzysu klimatycznego. Robimy to uporczywie, ciągle przypominamy o problemie. Ostatnie Pokolenie to nie jest Parada Równości, która odbywa się tylko raz do roku. Ale oczywiście nie mamy żadnej gwarancji, że cokolwiek nam się uda. Kryzys klimatyczny to problem tak ogromny, globalny, że trudno porównać go z czymkolwiek w przeszłości. Staram się też nie myśleć w kategoriach sukcesu i tego, czy opłaca się to robić, bo jeszcze przez wiele lat możemy nie zobaczyć, czy się opłacało i miało sens. Robimy to, co uważamy za dobre i ważne, zgodne z naszą moralnością, z naszymi wartościami. Po prostu warto próbować.

Skończysz studia, będziesz musiał zarabiać na życie. Myślisz, że to się da połączyć z aktywizmem?

To nie jest tak, że mając 50 lat będę nadal aktywistą klimatycznym, bo wtedy to już będzie po ptokach. W jedną albo w drugą stronę. Albo wygramy, albo przegramy, choć jest pewne, że klimat się zmieni. Według obecnych badań do końca tego wieku od miliarda do trzech miliardów ludzi będzie żyć na terenach, na których zapanują warunki klimatyczne podobne do tych, jakie panują obecnie na Saharze. Zawsze więc będzie co robić, choćby opiekować się moją starzejącą się rodziną, dla której życie w takich warunkach stanie się coraz cięższe.

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Drag queen Alaska Thunderfuck, finalistka „RuPaul’s Drag Race”

Nie sądzę, by Donald Trump wpłynął na drag. Może próbować go zakazać, ale nie da się walczyć ani ze sztuką, ani z ludzką naturą – mówi drag queen ALASKA THUNDERFUCK, finalistka piątego „RuPaul’s Drag Race” i zwyciężczyni drugiego sezonu „RPDR: All Stars”. 20 czerwca Alaska wystąpi w Poznaniu na Malta Festival. Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Shaun Vadella

„Nie wierz, kiedy dragsy ci mówią, że robią drag, żeby aktywizować. To jest bzdura. Większość, jeśli nie wszystkie z nich, występuje z powodu własnej próżności, bo mają parcie na szkło” – mówiła w zbiorze reportaży „Cudowne przegięcie” Jakuba Wojtaszczyka świętej pamięci Kim Lee, najsłynniejsza drag queen w Polsce.

Już ją lubię!

Uważasz, że miała rację?

Szczerze mówiąc: tak. Sama zaczęłam zabawę z dragiem nie dlatego, że jest on nośnikiem zmiany społecznej, a dwudziestoletnia ja chciała naprawiać świat albo dawać ludziom inspirację. Zaczęłam, bo drag mi się spodobał, był punkową rebelią, pozbawioną ograniczeń formą artystycznego wyrazu, mogłam w jej obrębie robić wszystko, co chciałam.

Wcześniej studiowałam aktorstwo, ale szło mi opornie. W dodatku ciągle zastanawiałam się: na co mi to wszystko? Byłam chuda, kobieca, nosiłam dziwne fryzury i miałam kolczyki na twarzy – takie osoby jak ja nie otrzymywały wówczas wielu ról. Kiedy odkryłam drag, wszystko nabrało sensu. Moje przegięcie nie było już ciężarem, nagle poczułam, że mam kontrolę nad tym, kim jestem. Na pewno jednak było w tym trochę próżności.

Czy trafiając do popkultury, drag nie utracił swojej wywrotowości? A może, będąc częścią głównego nurtu, staje się innego rodzaju zagrożeniem?

Owszem, drag wszedł do mainstreamu, a dzięki RuPaulowi z pewnością śledzi go więcej par oczu. Nie sądzę jednak, by jego popularność była czymś złym. Drag wciąż jest niebezpieczny, a dzięki temu ekscytujący; spójrz zresztą, jak gorącym tematem stał się w amerykańskiej polityce.

Na Off -Broadwayu zadebiutował kilka miesięcy temu twój „Drag: Th e Musical”, a jednym z jego bohaterów jest Brendan, w którym konserwatywne wychowanie walczy z potrzebą dragowej ekspresji. Trochę inaczej czyta się tę postać w kontekście kolejnej prezydentury Trumpa, próbującego zakazać królowym występów przed dziećmi i młodzieżą.

Zupełnie inaczej! Tymczasem, kiedy osiem lat temu zaczęliśmy pisać Brendana, kompletnie nie wiedzieliśmy, że w momencie premiery musicalu „ekspozycja” dzieci na drag stanie się tematem zapalnym amerykańskiej polityki. Pragnęliśmy po prostu opisać doświadczenie bycia młodą, pogubioną osobą, która nagle znajduje swoje miejsce w świecie. Moim zdaniem nasz spektakl rezonuje z młodzieżą, ponieważ ta nadal czuje się niezrozumiana – i to nie tylko przez społeczeństwo, ale nawet własnych rodziców. Jak Brendan, odnajduje ona w dragu bezpieczną, akceptującą przestrzeń do wyrażania siebie.

Trump oburzał się niedawno na dragowe występy w Kennedy Center i zapowiadał na swoim portalu „Truth Social”, że w jednej z najważniejszych instytucji kulturalnych USA: „NIE BĘDZIE DRAG SHOWS ANI ŻADNEJ INNEJ ANTYAMERYKAŃ- SKIEJ PROPAGANDY!” (pisownia oryginalna). Czy rozpętana przez Republikanów nagonka wpływa na atmosferę podczas dragowych występów w USA?

Zaczęłam robić drag za administracji George’a W. Busha i Propozycji 8 (przyjętej w referendum ustawy stanowej, w myśl której stan Kalifornia zakazał małżeństw jednopłciowych, później oczywiście obalonej – przyp. red.). Fakt, że jesteśmy atakowani przez polityków, nie stanowi dla queerowej społeczności niczego nowego. Szczerze mówiąc, byliśmy przygotowani na Trumpa, bo zawsze jesteśmy gotowi do walki.

Natomiast nie sądzę, by Trump wpłynął na drag. Może próbować go zakazać, ale nie da się walczyć ani ze sztuką, ani z ludzką naturą – to niepowstrzymane siły.

Jak sądzisz, czy jako społeczność jesteśmy zbyt podzieleni? W czasach ACT-UP walczyliśmy_łyśmy przeciwko uniwersalnemu wrogowi – AIDS. Dziś, gdy karierę robią republikańscy geje, a część feministek walczy z kobietami trans, trudno o podobnie jednoczącą ideę.

Mamy wspólnego wroga – polityków prawicy – i wiedzę, jak z nim walczyć. Co ważne: nie jesteśmy już w tej walce sami, w ostatnich latach zyskaliśmy_łyśmy masę osób sojuszniczych spoza naszej społeczności.

Drag zaczynałaś za Busha, a twoja nowa płyta „Red 4 Filth” wraca muzycznie do czasów jego prezydentury – czuć na niej wpływy Britney Spears, Christiny Aguilery i Toni Braxton. Nostalgia za latami 00. udziela się na „Mayhem” samej Lady Gadze. Czego współczesny pop mógłby się nauczyć z tamtego okresu?

Ciągnęło mnie do niego, bo właśnie wtedy poczułam miłość do muzyki: dostałam mój pierwszy odtwarzacz płyt CD, kupowałam pierwsze albumy i słuchałam ich w kółko, aż stały się częścią mnie.  

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Daniela Matwiejuk – transpłciowa nauczycielka ze Szkocji

Z DANIELĄ MATWIEJUK, transpłciową nauczycielką ze szkockiego miasta Dundee rozmawia Bartosz Żurawiecki

fot. Lydia Smith

Od dawna mieszka pani w Szkocji?

Od 11 lat. Urodziłam się w 1995 r. w Kołobrzegu i tam mieszkałam do 18. roku życia. Moi rodzice mieli firmę meblową, która pewnej nocy spłonęła. Nie udało im się dostać żadnych pieniędzy z odszkodowania, dlatego postanowili wyemigrować do Szkocji, gdzie mieszkała już siostra mojej mamy. Początkowo miałam zostać w Polsce, chciałam tu studiować prawo. Ale w ostatniej chwili zrezygnowałam i wyjechałam z rodzicami, żeby im pomóc, bo nie mówili po angielsku. Poza tym, choć mnie zapewniali, że znajdą się pieniądze na życie i studia, wiedziałam, że będzie mi samej ciężko. Ale był jeszcze inny powód…

Domyślam się jaki.

Od 14. roku życiu jeździłam do Szkocji na wakacje. Widziałam, jak się żyje tam osobom queerowym. Wiedziałam, że jeśli sama chcę żyć jawnie i w zgodzie ze sobą, muszę z Polski wyemigrować.

Sięgnijmy głębiej w przeszłość. Kiedy zaczyna pani sobie uświadamiać, że istnieje jakiś dysonans między panią a światem?

Bardzo wcześnie. Pierwsze lata podstawówki. Patrzę na swoje ciało, jestem otyłym dzieckiem i widzę w sobie więcej kobiecości niż męskości. Podoba mi się pewien chłopak. W zimie chcę nosić buty wysokie do kolan i jeszcze podwinąć spodnie jak mama, która wygląda cudownie w swoich kozaczkach. Nie mam żadnych wspomnień z czasów, kiedy nie było we mnie queerowości. Ona musiała być od samego początku. Jest takie zdjęcie, mam na nim może dwa lata. Tańczę w sukience na stole. To jedyne zdjęcie z dzieciństwa, które pokazuję ludziom. Jedyne, które widział mój chłopak. Szkoła? Koszmar. Byłam ofi arą ekstremalnego bullyingu. Dwa razy z tego powodu trafi łam do szpitala. Raz zrzucono mnie ze schodów, drugi raz dostałam z główki i uderzyłam w ścianę. Wyzywano mnie albo od „grubasów”, albo od „pedałów”. A najczęściej od „grubych pedałów”.

Nauczyciele nie reagowali?

Lekceważyli to. A niekiedy się nawet przyłączali do wyzwisk. Już w liceum jeden z nauczycieli powiedział do mnie: „Ty myślisz, że gdzieś zatrudnią takiego grubego pedała? Będziesz burgery w McDonaldsie robić”.

Rodzice?

Rodzice mnie kochali, ale towarzyszyło im poczucie wstydu. Zwłaszcza tacie. Myślę, że na początku miał problem, by zaakceptować takiego syna. Kobieco wyglądającego chłopaka, który nie potrafi się obronić. Pochodzę z religijnej rodziny. Ale nie mogę powiedzieć, by moi rodzice byli „fobiczni”. Moja mama zawsze mówiła, że do wszystkich należy podchodzić z otwartością, że będzie kochać swoje dziecko niezależnie od wszystkiego. Rodzice mieli bardzo traumatyczne dzieciństwo. Ojciec pochodzi z dużej rodziny, siedmioro rodzeństwa. Był bity, poniżany, jak to bywało w tamtych czasach. Moja matka była z kolei molestowana seksualnie przez swojego ojca. Stąd też pewnie taka ich postawa – nieważne, jakie to dziecko jest, my je kochamy, bo sami nie byliśmy kochani jak należy.

Miała pani w szkole przyjaciół? Kogoś, kto panią wspierał?

Bardzo trudno było mi nawiązać przyjaźnie. Niektórzy rozmawiali ze mną w Internecie, na GaduGadu, ale w szkole nie przyznawali się do naszej znajomości, wyśmiewali mnie jak inni. Później, pod koniec podstawówki z tego grubego pedała zrobiła się jeszcze osoba, która słuchała metalu, punka i rocka. I demonstrowała to swoim wyglądem. Ćwieki, skóry, grzywka emo.

To był rodzaj pancerza? Próba pokazania się jako wojownik?

Myślę, że tym, co mnie przyciągnęło do tej muzyki, był ogrom zawartych w niej emocji. Uwielbiałam zespół Evanescence. To darcie się, to śpiewanie, że „I want to die” świetnie wpasowało się w depresję młodego dziecka, które wszyscy dookoła gnębili. Na bazie fascynacji tą muzyką zaczęłam wreszcie budować trochę znajomości i przyjaźni. Dalej byłam nękana, ale przynajmniej miałam swoją grupę. Tych wszystkich metalowców, punków, brudasów.

Początek XXI wieku. Internet jest w powszechnym użyciu. Nawet w Polsce zaczyna się mówić o transpłciowości. Coś z tego do pani dociera?

Nie znałam w Kołobrzegu żadnych transpłciowych osób. W Internecie, owszem, znajdowałam jakieś informacje, ale prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, czego szukać, bo przecież nie wiedziałam, kim sama jestem. O transpłciowości w moim otoczeniu się nie mówiło. Słyszałam tylko o „transwestytach”, a i to wyłącznie w kontekście prostytucji i pornografii. To wszystko było jakąś dewiacją, zboczeniem. Przerażało mnie, że mogę mieć z tym coś wspólnego.

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Barbara Elmanowska – o swojej lesbijskiej powieści „Woliera”, o sporcie, scenach erotycznych i morzu

Rozmowa Małgorzaty Büthner-Zawadzkiej

fot. Kamila Paradowska

Jesteś autorką, której proza, według Ingi Iwasiów, „ma powolny rytm łagodnego morza”, a jednocześnie instruktorką strzelectwa sportowego, bojowego i praktycznego-dynamicznego.

Ha, ha, ha! To chyba przez moje ADHD. Szybko się nudzę i tyle aktywności się w moim życiu pojawia. Od dzieciństwa miałam sportowe potrzeby. W wieku siedmiu lat zaczęłam trenować akrobatykę, a w szkole średniej strzelectwo. Wtedy nie myślałam o pisaniu, pojawiło się dopiero na studiach. Podobają mi się autorzy amerykańscy, tacy jak Ken Kesey, którzy byli na uniwersytecie na stypendiach sportowych. W Polsce pisarz raczej nie ćwiczy, ha, ha.

W 2024 r. wydałaś powieść „Woliera”. Zbiera dobre recenzje, w Nagrodzie Gombrowicza przeszła do kolejnego etapu.

Akurat kiedy się dowiedziałam, siedziałam w kajaku. Dobiłam do brzegu i widzę, że Inga wysłała link do nagrody i napisała: „fajnie!”. No fajnie, wspaniała wiadomość, ale jakby to na zewnątrz mnie było. Gdy płynę, nawet fakt, że napisałam książkę, wydaje się trochę nierealny.

Czy jako literaturoznawczyni myślisz o „Wolierze” jako o prozie lesbijskiej?

Tak, myślałam nawet o książce, w której w ogóle nie byłoby nic o hetero, totalnie lesbijskiej. Ale to się jednak nie udało. Myślę też o niej jako o prozie psychologiczno-obyczajowej. Kobieta, której rozpada się kolejny związek, ma potrzebę psychoterapeutycznego spojrzenia wstecz, sprawdzenia schematów, według których działa.

A dla ciebie pisanie było terapią?

Wtedy też się rozstawałam z partnerką. Ale pisanie miało czysto konstrukcyjny charakter. Może to jest terapeutyczny skutek, że zapomina się o sobie, miło jest zanurzyć się w świecie fi kcji. Gdy kończyłam „Wolierę”, już byłam w innym nastroju i musiałam grzebać w sobie, żeby poczuć na nowo emocje powieści i je zapisać

Dla mnie to powieść o odnajdywaniu siebie. Bohaterka Anka na początku odnajduje dziewczynkę Anię, która się zgubiła jakiejś rodzinie. Co dla ciebie oznacza „odnaleźć siebie”?

Zajrzeć głęboko w siebie i sprawdzić, co mną kieruje w życiu. Co jest naprawdę moje? Czasem myślę: czy pisanie jest moje, skąd się wzięło i czy rzeczywiście go potrzebuję? Anka też się zastanawia, jak została fotografką, jak ją wychowano, jak niesie pamięć o rodzicach. To jest weryfi kacja pragnień, potrzeb. Odrzucenie wszystkiego, co nie jest moje i złożenie klocków na nowo – trochę to nietzscheańskie. Po rozstaniu z Kaśką Anka przyjeżdża do Dąbkowic, hermetycznej miejscowości nad morzem i tam dokonuje rozkładu siebie na części pierwsze, żeby zrozumieć każdy z elementów i na nowo je poskładać

Czym jest tytułowa woliera? Złotą klatką?

Związkiem, który nas zamyka, chociaż daje dużo dobrego. Ale różnie o niej myślę, na przykład, że nasza tożsamość jest wolierą. Rodzimy się z określoną wrażliwością, ja jestem melancholiczką i uwielbiam analizować. Temperament jest wolierą, podobnie wychowanie. I umysł – gąbka, która nieświadomie nasiąka schematami.

A heteromatrix?

O! Zawsze są nowe interpretacje! Tak, heteromatrix i również patriarchat. Relacja Anki z Wandą przez to się też nie udaje, że Wanda jest w niego uwikłana.

To jest związek 16-latki z kobietą koło trzydziestki. A na ten temat są obecnie spory, część orzeka – grooming! – i od razu potępia, część uważa, że jeśli osoba jest powyżej wieku zgody, nie należy się wtrącać. Czy w relacji młodej Anki z Wandą jest coś niebezpiecznego?

Przyznam się, że przy pisaniu nie myślałam o tym, ale zetknęłam się z opiniami, że jest w tej relacji nadużycie. Kiedy poznajemy Ankę, ma 30 lat i jest wciąż uwikłana w pamięć o Wandzie. Myślałam, jak to uwiarygodnić, że dorosła kobieta tak długo jest zafiksowana na jednym związku, wciąż do niego wraca i porównuje. Uznałam, że związek musi być z wczesnej młodości, żeby zostawił mocny ślad. Chciałam, żeby to były pierwsze doświadczenia Anki, też erotyczne. No i chciałam trójkąta, który – mam nadzieję – jest nowy literacko, nie znam książki, w której córka odbija kobietę ojcu. Nie planowałam przedstawić relacji, w której dochodzi do nadużycia, dla mnie w książce tego nie ma. Ale niektóre osoby po przeczytaniu były złe na Wandę, bo skrzywdziła Ankę, a tak nie powinno się robić. Oczywiście, nie powinno, ale to się zdarza nawet, gdy mamy 20 lat, tak naprawdę wciąż nie jesteśmy gotowi na trudne związki. Powiem też może coś niepopularnego: sama różnica wieku moim zdaniem nie wystarczy, by dokonało się nadużycie. Ale tu jest jakaś transgresja i na pewno „Woliera” niepokoi. Myślę, że bardziej za sprawą miłosnego trójkąta, który burzy wszelkie normy. Wiek tylko to podbija. Powieść czytały trzy psychoterapeutki i żadna nie widziała nadużycia z tytułu różnicy wieku.

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.