Barbara Bursztynowicz nie tylko o „Tańcu z gwiazdami”

Nie tylko o „Tańcu z gwiazdami” – z aktorką BARBARĄ BURSZTYNOWICZ rozmawia Rafał Dajbor

fot. Andrzej Tyszko

 

Gratuluję pani serdecznie dojścia do ćwierćfinału „Tańca z gwiazdami”! Miała pani wiele kibicek i wielu kibiców. Czym był dla pani udział w tym programie?

Bardzo wiele zyskałam! Dostałam olbrzymi zastrzyk emocji – zupełnie dla mnie nowych. To jest wielkie show, nad którym pracuje sztab ludzi. Musiałam się mierzyć z trudnymi dla mnie bodźcami, ciągłym ruchem, pośpiechem, hałasem, bardzo intensywnymi reakcjami publiczności, cudownie wspierającymi nas, bardzo pozytywnymi i, o dziwo, podołałam temu. Jestem osobą raczej kameralną i taki program to nie jest dla mnie naturalne środowisko. Wzmocniłam się fi zycznie, moje ciało stało się bardziej plastyczne. Poznałam wspaniałych ludzi, którzy na każdym etapie otaczali mnie przyjaźnią i opieką. Były takie sytuacje, w których czułam, że gdyby nie ta serdeczność, to byłoby mi dużo trudniej. Ale dałam radę i jestem z siebie teraz naprawdę bardzo dumna!

Pani taneczny partner Michał Kassin był w ubiegłym roku jednym z okładkowych bohaterów „Repliki”. Pozował ze swoim ówczesnym partnerem. Dobrze się pani współpracowało z Michałem Kassinem?

Michał jest fantastycznym człowiekiem, mężczyzną z ogromnym wdziękiem i urokiem, a do tego genialnym tancerzem i nauczycielem tańca. Cierpliwym, delikatnym, przekazującym wiedzę o tańcu w sposób wrażliwy i inteligentny. To, jakim jest człowiekiem, przekładało się na relacje uczennica – trener. Niesamowite wraż enie robi jego falujące ciało, które bez wysiłku, płynnie i z niespotykaną gracją wyraża każdą emocję, wręcz magnetyzuje. Michał wyczarowuje to z taką łatwością, że za każdym razem zadziwia. Po prostu ma to na zawołanie. W przygotowywanych dla nas choreografi ach udowadniał, że taniec może być piękną, ludzką historią opowiedzianą ciałem w ruchu. Podsumowując naszą niezwykłą przygodę w „Tańcu z Gwiazdami”, wyznałam, że Michał jest jedną z moich największych miłości i wiem, że zyskałam w nim przyjaciela. Mam nadzieję, że jest to przyjaźń na długie lata. My nie tylko odbywaliśmy razem treningi, godzinami ćwiczyliśmy taniec, żeby potem zademonstrować przed publicznością efekt naszych zmagań, my bardzo dużo rozmawialiśmy o życiu, opowiadaliśmy o sobie, o swoich małych i dużych problemach. Okazało się, że mamy podobne poczucie humoru, że o wielu sprawach myślimy podobnie. Miałam dotąd duży dystans do świata youtuberów, do TikToka. Michał mnie w to wciągnął. Nasze wspólne filmiki rozbawiały wielu naszych fanów. Ja też się w to wciągnęłam. Wspólne poczucie humoru jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło. Lubimy żartować i co ważne, mamy do siebie ogromny dystans.

Występowała pani w tej edycji „Tańca z gwiazdami” razem z Katarzyna Zillman, pierwszą wyoutowaną lesbijką w programie, tańczącą z Janją Lesar w pierwszej jednopłciowej parze w historii programu. Jak się pani podobał ich taniec?

Każdy taniec Kasi z Janją Lesar bardzo mi się podoba. Kasia jest przede wszystkim sportsmenką, ale okazało się, że jest też niezwykle utalentowana tanecznie i aktorsko. Ma przy tym ogromny, wręcz trudny do okiełznania w życiu temperament. Ale przełożony na parkiet sprawia, że ona elektryzuje. W tańcu była zdyscyplinowana, ambitna, piękna w ruchu ciała, żywiołowa i dynamiczna. Prywatnie jest cudowna, kochana, przyjacielska, lubi się przytulać, okazywać przyjaźń. Czasami jak przytuli, to… ojej, aż boli! Ale ta jej siła okazywania uczuć, jej spontaniczność, to wszystko jest w niej prawdziwe, nieudawane, emocjonalne i płynące prosto z serca. Potrzeba nam bardzo takich autentycznych, spontanicznych reakcji. Kasia to ma, dlatego bardzo ją wszyscy lubimy.

Rozmawialiśmy o geju i o lesbijce, których spotkała pani w programie. To dobry moment, by porozmawiać o kwestii związków partnerskich i równości małżeńskiej, które wciąż w Polsce są gorącym tematem czy raczej gorącym kartoflem, który politycy przerzucają między sobą, bojąc się go jak ognia. Jakie jest pani zdanie na ten temat?

Uważam, że powinna być równość małżeńska i nie mam już dziś żadnych obaw, by mówić o tym otwarcie. Jeżeli dwoje ludzi się kocha na tyle, że chcą nie tylko ze sobą być emocjonalnie, ale też dzielić razem życie, co ma określone konsekwencje społeczne, prawne – to dlaczego im się to uniemożliwia? Dlaczego ludziom zabrania się poczucia bezpieczeństwa? Bo komuś się wydaje, że to jest „fuj”? A jakim prawem ktoś ma decydować o życiu innych ludzi? Jest to strasznie przykre i mnie to osobiście boli

 Przez wiele lat była pani jedną z gwiazd serialu „Klan”, z którego już jakiś czas temu pani odeszła. W „Klanie” pojawiały się takie m.in. postacie jak gej, osoba z wirusem HIV czy dziecko z zespołem Downa. Twórcy serialu nie kryli, że te wątki wiążą się z misją Telewizji Publicznej, realizowaną także przez jej fl agowy serial. Czy ta misyjność „Klanu” była dla pani ważna?

Tak, było to dla mnie ważne. Serial był tworzony jako misyjny i od początku zakładano, że będą w nim poruszane trudne tematy, które budzą społeczne emocje. Że będziemy chcieli edukować, przedstawiając dziedziny życia, o których Polacy mało wiedzą, które są wypierane ze świadomości, są tematami tabu. Brak wiedzy lub niepogłębiona wiedza prowadzą do niezrozumienia i odrzucenia. My edukowaliśmy, że, na przykład, HIV to nie jest coś, czym można się zakazić przez ukąszenie komara. Że dzieci z zespołem Downa są takimi samymi dziećmi jak każde inne. Że homoseksualiści to kochani i wspaniali ludzie, którzy różnią się tylko tym, że zakochują się wewnątrz swojej płci. Jeszcze jeden ważny temat – depresja, na którą cierpiała moja bohaterka Elżbieta, a wtedy o depresji w naszym kraju właściwie nic nie wiedziano. Dostawałam mnóstwo listów od osób dotknię tych tą chorobą , które dziękowały mi za to, że „Klan” poruszył ten temat i wiarygodnie go przedstawił. Jest cała sfera zagadnień, o których trzeba mówić, edukować, które wciąż pozostają tematami tabu. I żeby trafi ały do wszystkich, najlepiej poruszać je właśnie w popularnym serialu, w sposób przystępny i delikatny. Bez brutalności, bez polityki można zdziałać cuda. Może nie powinnam się wypowiadać na ten temat, bo dawno „Klanu” nie oglądałam, ale wydaje mi się, że „Klan” tę swoją misyjność stracił. Gram teraz w nowym serialu „Szpital św. Anny”, nagrodzonym Telekamerą już po pierwszym sezonie. Moja bohaterka jest alkoholiczką. Jest skonfl iktowana z córką, zdradzana przez męża. Jest bardzo samotna i szuka pocieszenia w alkoholu. Poczucie zdrady, konfl ikty z dziećmi, samotność i sięganie z tego powodu po alkohol są dzisiaj powszechnym problemem kobiet w każdym wieku. Szukają oparcia, ale kiedy go nie znajdują, łagodzą pustkę coraz bardziej popadając w chorobę alkoholową, którą z czasem coraz trudniej pokonać. A do tego, jako kobiety „pijaczki” spotykają się z pogardą i hejtem. Ten wątek w serialu „Szpital św. Anny” pokazuje i wyjaśnia w bardzo prawdziwy, nienachalny sposób, skąd się biorą takie przypadki. Bardzo się cieszę, że mogę znów

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Z wirusem HIV czuję się świetnie

 

Z okazji Światowego Dnia Walki z AIDS rozmawiamy z Krzysztofem Olszewskim, który z wirusem HIV żyje już 10 lat. Jak sam mówi: Na początku to jest szok. To jest trudne, człowiek nie potrafi tego ogarnąć. Ale to mija. A potem? Potem człowiek żyje zupełnie normalnie. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego.

Słyszałem plotki, że jesteś jedną z najbardziej pozytywnych osób żyjących z HIV.

(śmiech) Nie mi to chyba oceniać, ale jak najbardziej – jestem pozytywną, uśmiechniętą osobą. To, że żyję z HIV, nie wpłynęło na mnie aż tak negatywnie, jak się spodziewałem na samym początku. Jak usłyszałem o mojej diagnozie HIV, to narobiłem w majtki. Dosłownie. (śmiech) Musiałem przeprosić lekarkę i iść do łazienki. Zanim to przetrawiłem i poukładałem sobie w głowie, potrzebowałem miesiąca

Jak dowiedziałeś się o zakażeniu?

To było 10 lat temu, miałem wtedy 32 lata. Pierwsze objawy – coś w stylu silnej grypy – nie zostały przeze mnie zbagatelizowane, od razu poszedłem do lekarza. Od zawsze bardzo dbam o zdrowie. Jeżeli widzę, że coś jest nie tak i leki nie pomagają, a objawy nie pasują do zwykłego przeziębienia — natychmiast reaguję. I tak było w tym przypadku – dostałem leki objawowe, ale trzy dni ich brania nic nie dały. Poprosiłem więc o skierowanie do szpitala. Byłem wtedy u rodziców, w Bielsku Podlaskim. Na oddziale zakaźnym w tym mieście leżałem chyba trzy dni i wtedy padła diagnoza: „Ma pan HIV”. Zawsze uważałem, że dbam o bezpieczeństwo — nigdy nie odpuszczałem prezerwatywy, ale… raz sobie odpuściłem. Jeden jedyny raz. I to był właśnie ten raz.

Wiedziałeś wcześniej coś o wirusie HIV? Testowałeś się?  

Zawsze interesowałem się medycyną, nowinkami, różnymi chorobami — więc częściowo wiedziałem, „z czym to się je”. Nie zgłębiałem jednak tematu niewykrywalności i nowoczesnego leczenia. Największy szok był taki, że to mnie dopadło. 

Jak sobie poradziłeś? Miałeś jakąś pomoc psychologiczną, opiekę, kogoś, kto cię wsparł?

Pierwsi dowiedzieli się rodzice, bo wiedzieli przecież, że leżę w szpitalu. Gdy mama przyszła mnie odwiedzić to od razu złapała za kartę informacyjną wiszącą na łóżku. Powiedziałem wprost, jaka jest diagnoza. Mama zareagowała… specyficznie. Powiedziała: „Dzieciaku, ty tyle razy byłeś w szpitalu, to na pewno oni ci coś takiego wszczepili”. Tutaj powinniśmy chyba nadmienić, że w dzisiejszych czasach takie zakażenie HIV w szpitalu czy u stomatologa to mit. Mamie chyba jednak łatwiej było przyjąć taką informację. O tym, że jestem gejem, też nigdy nie rozmawialiśmy, mimo że jestem przekonany, że o tym wie. Miałem w niej wsparcie, była obok w tych pierwszych dniach, gdy byłem najbardziej załamany. Istnieje oczywiście możliwość wsparcia psychologa w takiej sytuacji, jednak ja się na nią nie zdecydowałem 


A jak wyglądała opieka w tym szpitalu? 10 lat temu – w Bielsku Podlaskim? Nie spotkałeś się ze stygmatyzacją ze strony personelu?

Nie było źle, jednak doszło do jednej nieprzyjemnej sytuacji. Z informacją o zakażeniu przyszła do mnie nie lekarz prowadząca, ale ordynatorka oddziału, widocznie była to już dla nich poważniejsza sprawa. Od wejścia powiedziała, że trzeba zrobić bardziej szczegółowy test, żeby potwierdzić HIV. Ja tylko dopytałem, czy ten wstępny już wyszedł dodatni, a ona na to, przy sali pełnej pacjentów: „To co, pan nie wie, z kim pan się puszcza?”. Wtedy z nerwów drugi raz narobiłem w gacie… Nie pozwoliłem sobie jednak na takie traktowanie. Jak tylko ochłonąłem, poszedłem do niej i powiedziałem, że naruszyła prawa pacjenta, że obowiązuje ją tajemnica lekarska i że takie sprawy omawia się na osobności, a nie przy pełnej sali. Zrobiło jej się głupio. Przeprosiła i przyznała, że nie powinna się tak zachować. Teraz to już oczywiście się nie zdarza. Przez te 10 lat naprawdę wiele się zmieniło. Lekarze są bardzo przychylni, empatyczni. Pielęgniarki tak samo. Zero stygmatyzacji, a leczenie jest na wysokim poziomie.

Terapię lekową zacząłeś od razu w szpitalu?  

Przy wypisie dostałem… najprostszy lek przeciwbólowy.

Słucham?  

W wypisie ze szpitala w zaleceniach znalazło się: paracetamol trzy razy dziennie. Po wypisie wróciłem do Warszawy i pojechałem do Poradni Profilaktyczno-Leczniczej Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego na Wolskiej 37. Myślałem, że będę czekać miesiącami. A pani w rejestracji sprawdziła i mówi: „Gabinet 21, proszę wejść od razu”. Lekarka zrobiła wywiad, obejrzała dokumenty i zleciła dokładny test HIV. Miałem wrócić za dwa tygodnie, oczywiście w tym czasie – żadnych kontaktów seksualnych. No i na kolejnym spotkaniu potwierdził się wynik. Wtedy zaczęła się ta typowa terapia tabletkowa.

 

 

Sprawdź gdzie w Polsce bezpłatnie, anonimowo i bez skierowania można wykonać testy na HIV:

https://aids.gov.pl/pkd/

 

Od maja 2025 roku testy można wykonać też bezpłatnie

w każdej przychodni POZ w Polsce. 

 

Jak wyglądało twoje leczenie? 

Na początku, przez około trzy miesiące, miałem pięć tabletek. Pytam: „Czemu tak dużo?”. – To tylko na chwilę – mówi lekarka – żeby tę pierwszą fazę wirusa zagłuszyć. I rzeczywiście dość szybko zeszliśmy do czterech tabletek, a po kolejnych dwóch latach –  do dwóch. Jak wspomniałem, interesują mnie nowinki medyczne, więc gdy tylko wyczytałem w internecie, że mają być dostępne terapie jednotabletkowe, to od razu zapytałem o nie lekarkę. A ona: A skąd pan o tym wie? To prawda, ale na razie to tylko za granicą. Powiedziałem, że jeśli wejdą do Polski i będzie refundacja, chciałbym od razu na nie przejść. I tak było – po 5 miesiącach zacząłem brać jedną tabletkę. Tak było przez kolejne 6 lat.

Do dziś jesteś na terapii tabletkowej?

Coś ty! Gdy tylko wyczytałem, że ma wejść do Polski terapia iniekcyjna, od razu powiedziałem lekarce, że chcę z niej skorzystać. Znowu była zdziwiona, że już o tym wiem. Wpisała mnie na listę osób chętnych i tak stałem się jedną z pierwszych 3 osób w Polsce, które rozpoczęły przyjmowanie leków w tej formie. To było około 2,5 roku temu. Ta terapia polega na tym, że raz na dwa miesiące spotykam się z lekarzem i dostaję dwa zastrzyki: jeden w lewy, a drugi w prawy pośladek. Komfort jest ogromny. Nie zastanawiam się codziennie czy wziąłem już tabletkę, czy jeszcze nie. A najlepsze jest to, że wcześniejsze leki miały zawsze jakiś skutek uboczny – u mnie to były problemy żołądkowe. W trakcie tej iniekcyjnej terapii jest zupełnie inaczej. Większy komfort i dla organizmu, i dla psychiki. A co najlepsze – zdecydowanie poprawiły mi się wyniki.

Wspomniałeś jednak, że to aż dwa zastrzyki w jeden i drugi pośladek. To nie boli?

Dużo osób o tym mówi i właśnie o to chodzi, że nie. Może to taki syndrom igły – że sama myśl odstrasza. To jest zwykłe, krótkie ukłucie cieniutką igiełką! Niektórzy mówią, że pośladki bolą, że nie mogą usiąść – ja nic takiego nie mam. To boli tylko jeden dzień w miejscu ukłucia. Jakby się człowiek gdzieś uderzył.

Czyli powrotu do tabletek nie planujesz? 

Jeżeli nie będzie takiej potrzeby – nigdy. Wyjeżdżając za granicę, nie muszę pakować tabletek, pilnować pudełek. Bywały też krępujące sytuacje, gdy ludzie dopytywali: „A co ty bierzesz za leki?”, „Po co ci one?”. A przy iniekcjach nikt tego nie widzi. Raz na dwa miesiące idę do lekarza, dostaję zastrzyki, wracam do domu i żyję dalej. Ostatnio odbyło się nawet sympozjum dla osób, które leczą pacjentów żyjących z HIV. Zostałem na nie zaproszony jako osoba, która miała podzielić się swoim doświadczeniem z iniekcjami. Miałem 20-minutowe wystąpienie. Sam dużo się na niej dowiedziałem na temat iniekcji. Lekarze mówili, że mają one nawet lepszą skuteczność niż leki podawane w tabletkach. Bo tabletki: najpierw trafiają do wątroby, wątroba musi je częściowo przetworzyć, a do krwi trafia mniej substancji aktywnych niż przy iniekcjach.

Jak się dziś czujesz?   

Szczerze? Dużo lepiej niż kiedyś, zanim jeszcze zakaziłem się HIV. Może to zbieg okoliczności, a może tego, że jako osoba żyjąca z HIV muszę przechodzić szczegółowe i regularne badania, ale na tej terapii jestem zdrowszy niż wcześniej. Kiedyś miałem grypę czy przeziębienie dwa–trzy razy w roku. W ciągu ostatnich 10 lat — nic — żadnej grypy, żadnego przeziębienia, żadnego bólu gardła. Tylko raz, w 2020 roku, zachorowałem na COVID.

Co robisz na co dzień? Wiesz dużo o lekach, wypowiadasz się prawie jak lekarz.  

(śmiech) Nic z tych rzeczy. Wiesz, jak to się zaczęło? Przez babcię. Chorowała m.in. na serce. Ja miałem wtedy ok. 13 lat. Patrzyłem, jak ciągle jeździ do lekarza, dostaje leki, a stan się nie poprawia. Mówiła: „Chodzi o to, żeby nie było gorzej”. Wziąłem tę jej torbę leków i zacząłem czytać wszystkie ulotki. Zafascynowało mnie to. Chciałem wiedzieć więcej, poszedłem do biblioteki po jakieś książki. Zapytałem babcię, czy mogę pójść z nią do lekarza. Zgodziła się. Lekarz zaczął ze mną rozmawiać i był zdumiony, że znam nazwy leków, nawet łacińskie składniki. Pokazał mi echo serca, wytłumaczył, jak to działa. I od tego momentu zacząłem drążyć. Chodziłem z babcią na każdą wizytę i w końcu doszło do tego, że zacząłem lekarzowi sugerować, jakie leki mógłby babci przepisać. Wytłumaczyłem dlaczego, on wszystko przeanalizował i przyznał mi rację – powiedział, że możemy spróbować. I faktycznie — babci stan zaczął się poprawiać. Lekarz sam to zauważył. To mnie podbudowało. Od tamtej pory zacząłem czytać coraz więcej książek farmaceutycznych i artykułów.

 

I nie jesteś dziś lekarzem?   

Chciałem zostać farmaceutą, ale gdy powiedziałem o tym mamie, to mnie wyśmiała: Dzieciaku, wybij to sobie z głowy, W naszej rodzinie nie ma farmaceutów. Nie poradzisz sobie. To było ponad 20 lat temu, to były inne czasy. Na studia trzeba było mieć pieniądze, a u nas było ciężko. Mimo to nadal się uczyłem. I dziś lekarze rzadko są w stanie mnie czymś zaskoczyć. A rodzina? Jak cokolwiek komuś dolega, najpierw idą do mnie po analizę leków, a dopiero potem do lekarza. Mama dziś sama przyznaje, że źle zrobiła, że wtedy podcięła mi skrzydła.

To czym się zajmujesz?

Pracuję w salonie jubilerskim znanej marki. Siedzę w tym już od 12 lat. Dlaczego akurat jubilerstwo? Gdy kończyłem szkołę średnią – a była to elektromechanika – to dyrektor zapytał mojej mamy czy syn chce pracować, jeżeli tak to zasugerował, żeby iść pod wskazany adres i powołać się na niego. Tak zrobiłem. Okazało się, że to lokalny jubiler. Postawili przede mną garnek pełen jakichś różnych kawałków metali i powiedzieli: wybierz z tego złoto. To nie było proste, bo to były złoto z rafinacji, a nie gotowe wyroby. Ale udało się – dostałem tą pracę. Przez pięć lat nauczyłem się zawodu do takiego stopnia, że potrafiłem ręcznie wykonać pół kilograma skończonych obrączek dziennie. Szef powiedział, że przez 30 lat pracy nie miał takiego pracownika. Dostałem podwyżkę. Potem ściągnąłem jeszcze brata, dołączyli też moi koledzy i zrobiła się z tego firma trochę rodzinna. Wykonywałem typowe obrączki ślubne, a do tego krzyżyki, medaliki, zawieszki, wszelkiego rodzaju naprawy. Jestem jednak osobą, która nie usiądzie w miejscu więc dodatkowo zatrudniłem się jeszcze w Agencji Skarbu Państwa. Coś zupełnie odmiennego. Wtedy zacząłem też studia – skoro nie farmacja, to przynajmniej zaoczne poszedłem na administrację publiczną. Od 6:00 do 14:00 pracowałem w administracji, od 14:00 do 22:00 w jubilerstwie. A w weekendy studia. Trwało to chyba dwa lata 

 

Dałeś radę? 

Im więcej pracowałem, tym miałem więcej siły i energii. Nie wiem, co mnie wtedy bardziej kręciło – czy praca, czy to, że na konto wpływały pieniądze, czy to, że zdobywałem wiedzę. Jednak po dwóch latach, ku przerażeniu rodziców, rzuciłem pracę w jednym i drugim miejscu i poszedłem… do seminarium.

Spora zmiana.

Tak i  kolejna długa historia. Ograniczę więc do tego, że byłem tam pięć lat, więc niewiele już zostało, a byłbym dziś księdzem. Zrezygnowałem, gdy pewnego dnia przyszedł do mnie rektor uczelni i powiedział: Jesteś tak naprawdę moją prawą ręką, więc powiem ci coś w zaufaniu… Trzeba by trochę inwigilować jedną osobę. Tak dokładniej. Zapytałem, co to dokładnie znaczy, czy mam komuś przejrzeć szafki i prywatne rzeczy? Gdy potwierdził, to poprosiłem o wydanie moich dokumentów. Zrezygnowałem z dnia na dzień. To była kolejna decyzja, która zaskoczyła moich rodziców. Gdy wróciłem do mojej rodzinnej miejscowości to część ludzi nagle przestała mówić mi „dzień dobry”. Wtedy zdecydowałem: „O nie. Tak to nie będzie wyglądać. Wyprowadzam się. Jadę do Warszawy”. Zadzwoniłem do kolegów z seminarium, którzy również zrezygnowali i mieszkali w stolicy. Zgodzili się, bym u nich pomieszkał, dopóki sytuacja się nie ustabilizuje. W portfelu miałem 800 zł, do samochodu zapakowałem trochę jedzenia od rodziców: mięso, warzywa i worek ziemniaków i ruszyłem. Miałem być tutaj na rok, a mija już 13 lat.

Rozmawiałem już z kilkoma osobami żyjącymi z HIV i zawsze wraca to pytanie: jak powiedzieć partnerowi — czy seksualnemu, czy takiemu na życie — że ma się HIV? 

Ja mówię o tym od razu. Bo wiadomo — chodzi o seks. I zawsze pada pytanie: „W prezerwatywie czy bez?”. Więc zawsze tłumaczę, że jestem na terapii ARV, mam niewykrywalną wiremię, więc na pewno się ode mnie nie zakazisz. To tak zwana zasada N=N. Niewykrywalny = niezakaźny. Oczywiście prezerwatywę i tak należy stosować, bo jest jeszcze cała masa innych chorób zakaźnych, ale pod względem HIV – mój partner jest w pełni bezpieczny. Mam wrażenie, że dziś świadomość ludzi jest zdecydowanie większa niż 5-6 lat temu. Ludzie coraz częściej wiedzą, że osoby, które są w terapii i pod kontrolą lekarzy, nie przenoszą wirusa.

Jak wygląda twoja codzienność jako osoby żyjącej z HIV?   

Zupełnie nie różni się od życia innych osób. Chodzę na siłownię, pracuję, jestem zdrowy, nie choruję. Może kiedyś, przy starszych terapiach, ludzie czuli się gorzej. Teraz — przy obecnej opiece medycznej — to wygląda zupełnie inaczej. Nie ma kolejek, nie jestem traktowany inaczej przez personel. Nikt mnie nie dyskryminuje. Leczenie jest na bardzo wysokim poziomie, a obecne leki — nawet te w tabletkach — nie mają takich skutków ubocznych, żeby wpływały na codzienne życie. Ja czuję się z wirusem HIV świetnie. 

Są momenty, że muszę sobie przypomnieć, że w ogóle mam HIV i że muszę pójść do lekarza na kolejne zastrzyki. Myślę, że ludzie, którzy biorą leki na inne, przewlekłe choroby, często czują się gorzej niż osoby żyjące z HIV.

 

Jeżeli czyta to teraz osoba, u której właśnie wykryto wirusa HIV. Co byś jej powiedział?

Na początku to jest szok. To jest trudne, człowiek nie potrafi tego ogarnąć.  Ale to mija. A potem? Potem człowiek żyje zupełnie normalnie. Pamiętaj, że przychodnie mają swoich terapeutów — możesz tam otrzymać pomoc i wsparcie. Ale naprawdę — nie ma się czym przejmować. Lekarze są bardzo przychylni, empatyczni. Pielęgniarki tak samo. Leczenie jest na wysokim poziomie, możesz skorzystać z naprawdę wygodnej terapii iniekcyjnej i niedługo prawie zapomnisz, że żyjesz z HIV. Naprawdę.   

 

/////


Już 3 grudnia o godzinie 20:00 na naszym Instagramie odbędzie się rozmowa LIVE z Krzyśkiem, a także Antkiem (działającym w grupie wsparcia Buddy Polska) już dziś serdecznie zapraszamy! 

19. edycja Festiwalu Filmów Azjatyckich Pięć Smaków już on-line!

 

 

🌏🎬 Startuje 19. edycja Festiwalu Filmów Azjatyckich Pięć Smaków! 🎬🌏
A właściwie… startuje druga połowa festiwalu, bo choć pokazy stacjonarne się zakończyły, to właśnie ruszyła edycja online! 💻✨
Do 30 listopada możecie oglądać filmy na stronie 👉 piecsmakow.pl

To jedna z najważniejszych filmowych jesieni w Polsce:
od neonowych lat 80. w Japonii, przez queerowy Seul, po futurystyczne wizje Chin i koreańskie opowieści o dorastaniu. W tym roku w programie 50 filmów w ośmiu sekcjach – totalny przegląd różnorodności i kreatywności azjatyckiego kina.

My – jak co roku – przeglądamy dla Was program i wybieramy najciekawsze queerowe tytuły.
Nasza recenzentka, Agnieszka Pilacińska, poleca 3 filmy, które koniecznie trzeba zobaczyć: ⤵️

 

🏳️‍🌈✨ 1. WAKACJE 1999 / reż. Shūsuke Kaneko

.

W sekcji japońskiej klasyki lat 80. znajdziemy odurzający melancholią obraz w reżyserii Shūsuke Kaneko. To opowieść zawieszona między jawą a snem, światem rzeczywistym i fantazją, życiem a śmiercią. Podczas wakacyjnej przerwy trzech uczniów: Norio, Kazuhiko i Naoto zostaje zmuszonych do pozostania w szkolnych murach. W pewnym momencie do placówki przybywa Kaoru, łudząco podobny do ich zmarłego przed trzema miesiącami kolegi Yu. Między chłopcami rośnie napięcie wypełnione fascynacją, zazdrością i złością. Kaneko prowokuje na każdym kroku, także obsadą –  powierzając role chłopców aktorkom bawi się konstruktem płci i tożsamości seksualnej. Oniryczne zdjęcia Kenji Takama pozwalają bez reszty zatopić się w przedstawionym świecie.

🏳️‍🌈✨ 2. 3670 / reż. Park Joon-ho

Park Joon-ho w swoim pełnometrażowym debiucie oprowadza nas po queerowej mapie Seulu. W centrum opowieści stawia Cheol-juna (Cho You-hyun), młodego geja, który uciekł z Korei Północnej. Zagubiony w tętniącej możliwościami metropolii swojego szczęścia próbuje na randkach grupowych. W ten sposób zauracza się przystojnym Hyeon-taekem (Cho Dae-hee) i zaprzyjaźnia z dowcipnym Yeong-junem (Kim Hyun-mok). Ten ostatni staje się jego przewodnikiem po tęczowym świecie. Nie jest to jednak film tylko o relacjach z innymi i pierwszych prawdziwych miłościach. Przede wszystkim to obraz o odnajdywaniu siebie, godzeniu swojej przeszłości z tożsamością i odwadze do życia na własnych zasadach.

 

🏳️‍🌈✨ 3. DOBRE DZIECKO / reż. Ong Kuo Sin

Singapurski reżyser przygląda się emocjonalnej tkance rodziny, wykorzystując do tego konstrukt płci. Drag queen Jia Hao (Richie Koh) wraca do domu po śmierci ojca i zaczyna zajmować się popadającą w coraz większą demencję matką (Hong Huifang). W wyniku splotu nieprzewidzianych wydarzeń przyjmuje na siebie rolę jej dawno zaginionej córki. Trochę komedia pomyłek, a trochę dramat obyczajowy o niezagojonych ranach i emocjonalnym odnajdywaniu swoich bliskich. Film jest adaptacją biografii Christophera Lima – drag queen występującej pod psudonimem Sammi Zhen.

***

🎟 Pięć Smaków jak co roku przypomina, że azjatyckie kino to przestrzeń odwagi, innowacji i wyjątkowego queerowego spojrzenia na świat.
A my – jak co roku – polecamy z całego serca i zachęcamy: korzystajcie z edycji online, póki trwa! 🏳️‍🌈💻✨

👉 OGLĄDAJ DO 30.11: piecsmakow.pl

 

Nowy, dostępniejszy program QueerMuzeum Warszawa!

 

fot. Karolina Jackowska

 

QueerMuzeum Warszawa to założona oddolnie, otwarta przestrzeń spotkań z historią osób i społeczności LGBTQ+, miejsce gromadzenia i udostępniania dokumentów, artefaktów i świadectw. Zlokalizowane w samym centrum Warszawy, na ulicy Marszałkowskiej 83, jest pierwszym tego typu miejscem w Polsce i jednym z nielicznych na świecie. Muzeum uzupełnia historię głównego nurtu, upominać się o to, co zapomniane, wymazane i przemilczane, odzyskiwać i przywracać miejsce historiom mniejszościowym. 

W Muzeum zobaczysz zarówno wystawę stałą – Oś czasu, obejmującą okres od 1559 roku, aż do początków XXI  oraz wystawy czasowe. 

 

Dzięki wsparciu programu grantowego  Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2025 Muzeum poszerzyło swoją ofertę wydarzeń o oprowadzania z tłumaczeniem na języki: angielski, białoruski, ukraiński, Polski Język Migowy (PJM) oraz dla grup seniorskich, lekcje muzealne we współpracy z osobami ze społeczności queer, migranckich i z niepełnosprawnościami, a także udogodnienia w tym audiodeskrypcje i tyflografiki dla wybranych obiektów.

 

Lekcje muzealne to nowa inicjatywa QueerMuzeum Warszawa, która otwiera przestrzeń dla głosów osób trans, queerowych, migrantek i migrantów, artystek i artystów, osób Głuchych oraz aktywistek i aktywistów na rzecz praw osób z niepełnosprawnościami. W ramach cyklu zapraszamy te osoby do dzielenia się swoimi perspektywami i poszerzania wiedzy o naszej wspólnej historii i dziedzictwie – w sposób dostępny dla wszystkich. Projekt realizujemy dzięki wsparciu programu grantowego “Kultura Dostępna” Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2025.

 

HARMONOGRAM LEKCJI MUZEALNYCH

 

Październik

Dmitry Ermalovich-Dashchynski – 5 października 2025, 14.00

Białoruskie archiwum queerowe na emigracji 

lekcja muzealna w języku białoruskim

 

Nataniel Maslianinov – 12 października 2025, 14.00

Kto piszę historię queeru?

lekcja muzealna w języku ukraińskim

 

Angela Getler – 26 października 2025, 14.00

Transpłciowość na taśmie filmowej 

lekcja muzealna w języku polskim

 

Listopad

Filip Kijowski – 2 listopada 2025, 14.00

Choreografia sojuszu

lekcja muzealna w języku polskim 

 

Taras Gembik – 9 listopada 2025, 14.00

Blakytna Trojanda /Блакитна Троянда/ Błękitna Róża

lekcja muzealna w języku ukraińskim / polski na życzenie

 

Ryszard Kisiel – 16 listopada 2025, 14.00

Czterdzieści lat od akcji “Hiacynt”

lekcja muzealna w języku polskim

 

Lulla La Polacca – 23 listopada, 14.00

Żyć to ja potrafię!

lekcja muzealna w języku polskim + PJM

 

Daniel Kotowski – 27 listopada 2025, 18.00

Podwójna tożsamość queer+głuchota  

Wydarzenie odbywa się w polskim języku migowym oraz będzie tłumaczone na foniczny język polski.

 

Grudzień

Anton Ambroziak – 7 grudnia 2025

Ćwiczenia z narracji 

lekcja muzealna w języku polskim

 

Lesbi Pensjonari – 14 grudnia 2025

Afektywne czytanie archiwum

lekcja muzealna w języku polskim

 

Przestrzeń:

Muzeum składa się z dwóch pięter. Na parterze budynku znaduje się wystawa stała, stanowisko obsługi oraz toaleta. Na pierwszym piętrze znajduje się nowa siedziba Archiwum Lambdy Warszawa, siedziba redakcji czasopisma QueerStoria oraz niewielka biblioteka. 

 

Wejście do QueerMuzeum jest darmowe dla każdego.

 

Jesteśmy muzeum społecznym i oddolnym.

Działamy dzięki wolontariuszom oraz wsparciu darczyńców i odwiedzających.

 

 

NAGI kalendarz „Repliki” 2026!

To już tradycja — każdego roku Fundacja Replika (wydawca magazynu „Replika”) przygotowuje wyjątkowy nagi kalendarz z udziałem queerowych osób, które łączą odwagę, wrażliwość i poczucie misji. W tym roku projekt nosi tytuł „INTYMNOŚĆ”, a jego autorem fotograficznym jest Piotr Porębski – legenda polskiej sceny mody, reklamy i kultury, autor niezliczonych portretów i okładek płyt.

Dla osób prenumerujących: ponad 50% zniżki na kalendarz! Zamiast 119 zł zapłacisz tylko 59 zł! Dowiedz się jak dostać zniżkę. Przeczytaj ten artykuł!  

Na okładce: Radek Pestka. Fot: Piotr Porębski

„Intymność” to 12 niezwykłych kadrów – 14 osób, które łączy odwaga bycia sobą, nieheteronormatywna tożsamośćbrak wstydu wobec własnego ciała.
Każde zdjęcie to inna historia: artystyczna, zawodowa, emocjonalna. Znajdziecie tu modela o międzynarodowej sławie, osobę niebinarną ze sceny teatralnej, projektanta mody, artystów, aktywistów i pary, które dzielą się swoją miłością.

Jak mówi Albert Judycki, kierownik produkcji kalendarza (i zarazem jeden z bohaterów zdjęć):

„Podczas rozmów z bohaterami kalendarza szukaliśmy motywu, który z jednej strony połączyłby dwanaście zdjęć w całość, a z drugiej pozwoliłby na ukazanie wszystkich osób w ich różnorodności.
W wyniku tych rozmów wybraliśmy INTYMNOŚĆ jako główny temat tegorocznego kalendarza – bardzo różnie rozumianą: od intymności erotycznej, przez intymność w samotności, aż po intymność pełną smutku. Szukaliśmy jej w geście, w spojrzeniu, w sytuacji, w uchwyconej chwili.”

KUP KALENDARZ TERAZ >


📸 Bohaterowie kalendarza

W tegorocznym wydaniu znajdziecie 14 wyjątkowych osób:
Paweł Bednarek, Rob Wasiewicz, Jan Kardas, Piotr Tarczyński, Kiki Surprise (Kamil Świątek), Radek Pestka, Jakub „Jasza” Nowicki, Rejsel, Piotr Gruszczyński, Dawid Dudko, Paweł Żołądek, Marek Szolc, Albert Judycki i Grześ Wabik.

Każde zdjęcie to osobny portret intymności – nie seksualnej, lecz ludzkiej. To kalendarz o ciele i prawdzie, o różnorodności i dumie, o tym, że nagość może być językiem widzialności, a nie wstydu.
Chcesz zobaczyć jakie to zdjęcia? Zobacz tutaj >


💜 Jak otrzymać zniżkę na kalendarz?

Kalendarz „INTYMNOŚĆ” kosztuje 119 zł, ale osoby, które mają aktywną prenumeratę „Repliki”, mogą kupić go ponad 50% taniej – za 59 zł! 🎉

Aby skorzystać ze zniżki:
1️⃣ Wejdź na stronę i kup prenumeratę „Repliki” 👉 https://replika-online.pl/kup-replike/
2️⃣ Zakończ transakcję i opłać prenumeratę.
3️⃣ W kolejnej transakcji dodaj kalendarz do koszyka 👉 https://replika-online.pl/produkt/kalendarz-2026/
4️⃣ Zniżka naliczy się automatycznie – nie trzeba wpisywać żadnego kodu 💫

 


🌈 Dlaczego warto kupić kalendarz?

👉 Cały dochód z jego sprzedaży zostanie przeznaczony na rozwój Fundacji Replika i dalsze wydawanie jedynego w Polsce drukowanego magazynu LGBT+.
👉 Wszystkie osoby pozujące, fotograf i zespół produkcyjny pracowali pro bono, wierząc w ideę projektu.
👉 Każde zdjęcie to manifest – nagość bez uprzedzeń, ciała bez filtrów, widzialność zamiast seksualizacji.

 


🖤 Specyfikacja

📐 Format: B3 (35×50 cm)
📦 Wysyłka: w sztywnej, tekturowej kopercie, zawartość niewidoczna
📸 Fotograf: Piotr Porębski
🎨 Kierownictwo produkcji: Albert Judycki

 


Kupując kalendarz „INTYMNOŚĆ”, wspieracie nie tylko kulturę queer, ale też przyszłość niezależnych mediów LGBT+ w Polsce.
To projekt, który przypomina, że intymność jest formą odwagi 💜

👉 Kup teraz: https://replika-online.pl/produkt/kalendarz-2026/
👉 Kup prenumeratę z darmową książką LGBT+ „Fafnik”: https://replika-online.pl/kup-replike/

 

 

 

Influencerki Agnieszka i Karolina Skrzeczkowskie zdradzają szczegóły ślubu! [WYWIAD]

Tylko w „Replice”! Szczegóły ślubu i relacji najpopularniejszej pary kobiet w polskim internecie – Agnieszki i Karoliny Skrzeczkowskich!

Tuż przed ceremonią zawarcia związku partnerskiego w ukochanych przez dziewczyny Włoszech (ceremonia odbyła się 30 września) Karolina i Agnieszka zdradziły dwumiesięcznikowi LGBTQIA+  „Replika” m.in. jak będzie ona przebiegać, czy z głośników poleci disco polo i to, że już planują dziecko!

Dziewczyny wracają na łamy magazynu „Replika” po 5 latach (pierwszy wywiad ukazał się w 87. numerze, wrzesień/październik 2020). W rozmowie z Tomaszem Piotrowskim wspominają co wydarzyło się w tym czasie i czy wciąż spotykają się z homofobią na polskich ulicach i w klubach.

„Miałyśmy nadzieję, że związki partnerskie w końcu będą w Polsce możliwe. Zmienił się rząd i… nic się nie zmieniło” – mówi Karolina.

„Była akcja medialna ‘100 dni do związków partnerskich’, którą organizowali Jakub i Dawid Kwiecińscy-Mycek. Też brałyśmy w niej udział, ale te 100 dni minęło dawno temu. Coraz więcej mówi się o tym, że na zmiany w Polsce możemy czekać do starości. Więc ostatecznie zdecydowałyśmy, że lepiej wziąć sprawy w swoje ręce i wziąć ślub za granicą” – dodaje Agnieszka.

Choć Włochy nie wprowadziły jeszcze równości małżeńskiej, to właśnie tam para zawarła związek partnerski.

„Zawieramy związek partnerski. Czy to będzie ślub, czy związek partnerski – w żaden sposób nie zmieni naszej sytuacji prawnej w Polsce. Dlatego stwierdziłyśmy, że ważniejsze jest dla nas samo miejsce, a Włochy kochamy obie. Tam były zaręczyny, tam bywamy na wakacjach, rozważamy, czy zamieszkać tam w przyszłości… Toskania to nasze miejsce na ziemi!” – mówią.

Rodzice Karoliny i Agnieszki w pełni zaakceptowali ich decyzję:

„Myślałyśmy, że rodzice będą oczekiwać, że zrobimy klasyczne wesele i zaprosimy przynajmniej 200 osób. Bo jak tu nie zaprosić tego wujka, tamtej cioci? Ale nasi rodzice totalnie nas zaskoczyli – pełen luz, żadnego wtrącania się. Zapytali tylko: ‘Podjęłyście taką decyzję? Super. Nie będzie tych ciotek? To nawet lepiej’.”

Ślubna impreza trwała trzy dni:

„Pierwszego dnia robimy pizza party – na spokojnie, integracyjnie. Drugiego dnia ceremonia i wesele. A trzeciego… poprawiny nad basenem. Grill, muzyka, pełna zabawa. Potem połowa naszej ekipy – najbliższa rodzina – jedzie z nami jeszcze nad morze na kilka dni. A my po wszystkim zostajemy same. To będzie nasz miesiąc miodowy.”

Dla Agnieszki to spełnienie marzenia, które jeszcze kilka lat temu wydawało się odległe:

„Czy wyobrażałam sobie wtedy siebie w roli panny młodej tak często, jak robi to wiele dziewczyn hetero? Raczej nie. Ale jeśli pytasz, czy chciałam ślubu – to tak, zawsze tego pragnęłam. No i w końcu to zaraz się stanie!”

fot. Greta Burzyńska / IG @burzaphotography

 

Po udziale w programie Love Never Lies Polska para zdecydowała się na wspólną terapię:

„Po programie poszłyśmy jeszcze razem na terapię. Chciałyśmy domknąć pewne sprawy, które były niewyjaśnione. Pomyślałyśmy też, że skoro ludzie w kościele mają kursy przedmałżeńskie, to my zrobimy coś podobnego – tylko w formie terapii dla par. I to naprawdę fajnie nam poukładało różne rzeczy. Te mniejsze i te ważniejsze problemy przegadałyśmy oraz ‘dopieściłyśmy’.”

Karolina przyznaje, że dzięki terapii nauczyła się lepiej rozumieć siebie:

„Kiedy wszystko się skończyło, zaczęłyśmy wychodzić na prostą, dopadło mnie coś w rodzaju depresji. Nie wiedziałam dlaczego, przecież już było dobrze. Mój organizm po prostu wtedy znalazł czas, żeby ‘odchorować’ te wcześniejsze przeżycia. Poszłam na terapię. Chodzę już dwa lata. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Dzięki terapii dowiedziałam się chociażby, że mam ADHD.”

Para myśli już o przyszłości:

„Pragnę zmienić nazwisko, bo chcę zaznaczyć, że jesteśmy w związku. No i planujemy dziecko. Chcemy, żeby miało to samo nazwisko, co obie mamy. To dla mnie bardzo ważne, a przy tym wiele może w przyszłości ułatwić” – mówi Karolina.

Choć w sieci zdarzały im się homofobiczne komentarze, w codziennym życiu doświadczają coraz więcej akceptacji:

„Ostatnio na przykład widzimy grupę ‘dresów’, idą w naszym kierunku, serce podchodzi do gardła… a oni: ‘Dziewczyny, możemy zdjęcie z wami?’”

****


Pełna rozmowa z Karoliną Brzuszczyńską i Agnieszką Skrzeczkowską – o miłości, ślubie, terapii i życiu bez filtrów – dostępna w najnowszym numerze magazynu LGBTQIA+ „Replika”.Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

A do wywiadu dołączone są zdjęcia zrobione podczas wyjątkowej sesji zdjęciowej! Fotki zrobiła sama Greta Burzyńska, wyoutowana aktorka, którą gościliśmy na łamach 97. numeru „Repliki”.

fot. Greta Burzyńska / IG @burzaphotography


Sesja:

Foto: Greta Burzyńska | @burzaphotography

Suknie ślubne: Karolina Twardowska Atelier | @atelier.twardowska

Make up: Amanda Grelich | @amandagrelich_makeup

Fryzjer: Łukasz Szczepański | @szczepanski_house_of_hair

 

 

 

Agnieszka Skrzeczkowska i Karolina Brzuszczyńska – zwyciężczynie trzeciej edycji reality show Netfliksa „Love Never Lies” – nie tylko o ślubie

Z AGNIESZKĄ SKRZECZKOWSKĄ i KAROLINĄ BRZUSZCZYŃSKĄ, najpopularniejszą kobiecą parą w polskim Internecie, zwyciężczyniami trzeciej edycji show Netfliksa „Love Never Lies” – nie tylko o ślubie rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Greta Brzuszczyńska

Od naszej pierwszej rozmowy mija właśnie rowno pięć lat (patrz: „Replika” nr 87, wrz/paź 2020).

Karolina: Serio? To już pięć lat?

Agnieszka: Wtedy chyba brałyśmy udział w „Top Model”?

Tak. Już wtedy rozmawialiśmy o przekładanym terminie ślubu. Za kilka dni, 30 września, to wreszcie się wydarzy.

K: Trochę brakowało nam motywacji, a trochę czekałyśmy – miałyśmy nadzieję, że związki partnerskie w końcu będą w Polsce możliwe. Zmienił się rząd i… nic się nie zmieniło.

A: Była akcja medialna „100 dni do związków partnerskich”, którą organizowali Jakub i Dawid Kwiecińscy-Mycek. Też brałyśmy w niej udział, ale te 100 dni minęło dawno temu. Coraz więcej mówi się o tym, że na zmiany w Polsce możemy czekać do starości. Więc ostatecznie zdecydowałyśmy, że lepiej wziąć sprawy w swoje ręce i wziąć ślub za granicą.

K: Pomysłów na to, gdzie on miałby się odbyć, miałyśmy mnóstwo. Najpierw Barcelona – ale tam formalności okazały się bardzo skomplikowane. Potem myślałyśmy o Las Vegas, czyli ślub „u Elvisa Presleya”. A finalnie padło na Włochy, bo to tam, w Toskanii, oświadczyłam się Karolinie.

A: Ale nawiązanie do Elvisa i tak będzie! Będziemy podchodziły do ceremonii przy jego piosence „Can’t Help Falling In Love With You” – granej na skrzypcach i harfie.

Włochy? To nietypowy kierunek dla par jednopłciowych, bo ten kraj wciąż nie ma rowności małżeńskiej. Zawrzecie więc związek partnerski? (związki partnerskie, nieumożliwiające adopcji dzieci, zostały wprowadzone we Włoszech w 2016 roku – przyp. red.)

K: Tak, zawieramy związek partnerski. Czy to będzie ślub, czy związek partnerski – w żaden sposób nie zmieni naszej sytuacji prawnej w Polsce. Dlatego stwierdziłyśmy, że ważniejsze jest dla nas samo miejsce, a Włochy kochamy obie. Tam były zaręczyny, tam bywamy na wakacjach, rozważamy, czy zamieszkać tam w przyszłości… Toskania to nasze miejsce na ziemi!

A z jakim odbiorem Włochów się spotkałyście?

K: Nie było ani mrugnięcia okiem, ani pytań. Gdy byłyśmy na miejscu, pani, która nas oprowadzała, wskazała nawet niewielką kapliczkę i sugerowała, że tutaj często odbywają się ceremonie i może też byśmy chciały. Ja zażartowałam: „Dwie lesbijki przy kapliczce? To będzie kontrowersyjne!”. A ona spojrzała na mnie z takim zdziwieniem…. jakbym była jakąś homofobką. (śmiech)

Jak będzie przebiegać sama ceremonia?

K: Poprowadzi ją włoski urzędnik, a całość na polski będzie tłumaczyła nasza wedding plannerka. Ceremonia odbędzie się w zamku na wzgórzu z widokiem na Umbrię, to region tuż obok Toskanii.

A: Zapraszamy tylko naszych najbliższych. Rodzinę, bliskich przyjaciół. Będzie więc około 40 osób.

K: Myślałyśmy, że rodzice będą oczekiwać, że zrobimy klasyczne wesele i zaprosimy przynajmniej 200 osób. Bo jak tu nie zaprosić tego wujka, tamtej cioci? Ale nasi rodzice totalnie nas zaskoczyli – pełen luz, żadnego wtrącania się. Zapytali tylko: „Podjęłyście taką decyzję? Super. Nie będzie tych ciotek? To nawet lepiej”.

A: W sumie jesteśmy już starsze, całe wesele finansujemy same, więc decyzje też podejmujemy same. Może gdybyśmy miały po dwadzieścia lat i to rodzice by płacili, to byłoby inaczej.

Suknie ślubne?

A: Szyje je Patrycja Kujawa. Okazało się, że mnie najlepiej pasuje krój „księżniczki”, a Karolina będzie miała tzw. „syrenkę”. Tak naprawdę nie wiemy, jak finalnie nasze suknie będą wyglądały. Mamy przymiarkę tuż przed ślubem i dopiero wtedy zobaczymy je w całości.

K: Ufamy Patrycji – jej kreacje są przepiękne. Zresztą, zdradziła nam, że właśnie nasze suknie pojawią się w jej nowej kolekcji na 2026 rok.

Co z pierwszym tańcem? Widziałem, że ćwiczyłyście z Michałem Kassinem i Jakubem Pursą (bohaterami okładki i wywiadu „Repliki” nr 109, maj/cze 2024 – przyp. red.)?

K: Kuba układał nam choreografię, teraz dopracowujemy taniec z Michałem. Spotykamy się regularnie, poprawia nas, czasem nawet trochę opieprza. (śmiech) A zatańczymy do „Wicked Games” Chrisa Isaaka. To nasza piosenka, jeszcze z początków relacji. Gdy leciała, od razu poczułam, że odnosi się do mojej sytuacji – zakazanej miłości, która nie powinna się wydarzyć.

A: Dla nas to oczywisty wybór, ale ostatnio ktoś nam powiedział, że co to w ogóle za piosenka, że jakaś boomerska muzyka dla starych ludzi. No cóż… czas leci. (śmiech)

Może to dobry trening przed Tańcem z Gwiazdami? Obecnie jako pierwsza wyoutowana lesbijka tańczy tam Kasia Zillmann w kobiecej parze. Może następne będziecie wy?

K: Na razie sobie tego nie wyobrażam! Jak oni w tydzień potrafią nauczyć się nowej choreografii i zatańczyć ją z takim luzem? My trenujemy, trenujemy, a wciąż jesteśmy sztywne! (śmiech) Umówmy się, że zobaczymy jak nam wyjdzie ten pierwszy taniec, a wtedy pomyślimy o udziale w „TzG”, ok?

A co z zespołem weselnym?

A: Planowałyśmy kapelę z Polski, ale to wiąże się z dodatkowymi kosztami, logistyką, a do tego niełatwo znaleźć naprawdę dobrą ekipę. Ostatecznie rolę wodzirejów powierzyłyśmy naszemu świadkowi i świadkowej.

Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Krzysztof Kolberger – portret zmarłego 15 lat temu aktora z queerowej perspektywy

Przypomnienie KRZYSZTOFA KOLBERGERA, jednego z największych gwiazdorów polskiego kina i telewizji z okazji 75. rocznicy jego urodzin. W 94. numerze „Repliki” (lis/gru 2021) córka aktora Julia Kolberger przecięła wieloletnie spekulacje na temat homoseksualnej orientacji ojca, udzielając wywiadu pod tytułem „Tata gej jest ok”. W styczniu przyszłego roku przypada 15. rocznica śmierci Kolbergera

rys. Marcel Olczyński

Kariera Krzysztofa Kolbergera to przykład spektakularnego sukcesu. Urodził się w 1950 roku w Gdańsku, karierę zaczął na początku lat 70. Był częścią znakomitego rocznika w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Razem z nim studiowały takie znakomitości, jak: Marek Kondrat, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Ewa Dałkowska czy Joanna Żółkowska. Po dyplomie całą grupą wyjechali na jeden sezon (1972-1973) do Teatru Śląskiego w Katowicach, żeby w mniejszym ośrodku się „wygrać”, ale szybko wrócili, bo upomniano się o nich w stolicy. Na Kolbergera uwagę zwrócił Adam Hanuszkiewicz, wówczas dyrektor Teatru Narodowego, mający umiejętność tworzenia gwiazd. Zaledwie rok wcześniej narodowa scena poniosła wielką stratę, w tragicznych okolicznościach w wieku zaledwie 25 lat utopił się homoseksualny aktor Andrzej Nardelli, wyjątkowo delikatny i wrażliwy, jeden z najsłynniejszych Kordianów z dramatu Słowackiego w historii polskiego teatru. Hanuszkiewicz potrzebował aktora do klasycznego repertuaru, który wówczas wystawiał, a Kolberger nadawał się idealnie. Jego atutami były młodość, uroda amanta i piękny głos. Zaczął od „Trzy po trzy” Fredry (1973), potem był tytułowy bohater w „Wacława dziejach” (1973), Aleksiej w „Miesiącu na wsi” (1974) i Jasiek w „Weselu” (1974) – wszystkie spektakle w reżyserii Hanuszkiewicza.

Masową popularność przynosił jednak nie teatr, tylko radio, w którym Kolberger czytał poezje, oraz spektakle Teatru Telewizji, gdzie szybko zaczął występować. Przełomowy okazał się rok 1974, kiedy to zagrał trzy znaczące role w ważnych tytułach: „Popiół i diament”, „Hamlet” i „Romeo i Julia”. W telewizyjnej adaptacji powieści Jerzego Andrzejewskiego był Maćkiem Chełmnickim, stając się tym samym symbolicznym następcą Zbigniewa Cybulskiego, któremu szesnaście lat wcześniej ta rola przyniosła sławę. Sukcesem był także udział w „Hamlecie” u boku Jana Englerta i Magdaleny Zawadzkiej, ale największą popularność przyniosła rola Romea w znakomitym spektaklu Jerzego Gruzy. Bez przesady można stwierdzić, że Kolberger stał się wówczas obiektem westchnień wielu heteroseksualnych kobiet, a zapewne także licznych gejów.

„RAZ JEST DOBRZE, RAZ JEST ŹLE”

W 1974 roku Kolberger poślubił Annę Romantowską, która w szkole teatralnej była dwa roczniki niż ej. Aktorka szybko znalazła się w zespole Teatru Narodowego, dużo razem występowali. W 1978 roku telewizja emitowała popularny amerykański serial „Pogoda dla bogaczy” z polskim dubbingiem, główny bohater Ruby mówił w nim głosem Kolbergera, a jego ukochana Julie – głosem Romantowskiej. Także w 1978 roku. urodziła się córka aktorskiej pary Julia.

Ciekawe są wywiady z tamtego okresu. Mimo deklaracji o niechęci do dzielenia się z publicznością swoim życiem rodzinnym, aktor nie miał oporów, żeby pozować z najbliższymi. Na okładce tygodnika „Razem” (1980) fotografuje się z córką, która wskazuje palcem aparat, a rok później, przy okazji rozmowy ze śląską „Panoramą”, pierwszą stronę zdobi zdjęcie całej trójki. Kolberger nosił wówczas brodę, co w „Razem” stało się zresztą pretekstem do pytań o wyglą d. Aktor odpowiedział: „Ja w ogóle niezbyt się sobie podobam, z brodą czy bez brody”. Mówił także o swoim małżeństwie: „Raz jest dobrze, raz jest źle. Źle jest wtedy, gdy oboje jesteśmy zdenerwowani jakimiś niepowodzeniami zawodowymi czy okresem przestoju w pracy. Nie jest łatwo, gdy ma się 47-metrowe mieszkanie”. Kolberger i Romantowska aż trzykrotnie zagrali małżeństwo w fi lmach: „Jeśli się odnajdziemy” (1982), „Przyspieszenie” (1984) i „Rajska jabłoń” (1985).

Dysponując dzisiejszą wiedzą, można się zastanawiać, czy w ówczesnych rolach aktora nie ma ukrytych tropów, które można byłoby odczytać poprzez queerowy klucz. Znaczące wydaje się, że nawet w najbardziej „amancim” okresie często grał w fi lmach bohaterów w jakiś sposób złamanych, pełnych wątpliwości, którym nie układa się z kobietami. Taki był choćby Piotr z „Kontraktu” (1980) Krzysztofa Zanussiego, któremu ukochana uciekła sprzed ołtarza, a wpływowy ojciec chciał go wysłać na obserwację psychiatryczną.

Jeszcze ciekawszy pod tym względem jest zapomniany dramat „Hotel klasy Lux” (1979) Ryszarda Bera, w którym Kolberger zagrał dziennikarza Michała. Ze wszystkich postaci jego bohater ma największy problem ze sobą, swoim życiem, szuka dziury w całym, nie satysfakcjonuje go to, co osiągnął. Znaczące są sceny, w których pijany patrzy w lustro, zastanawiając się, kim jest. Nienormatywne jest także jego życie intymne, gdyż Michał nawiązuje romans ze starszą kobietą (Emilia Krakowska), a wcześniej, żeby ją uwieść, rozbiera się do naga. Tym samym to męskie, a nie kobiece ciało jest pokazane jako atrakcyjne i pożądane, co nawet współcześnie nie jest oczywiste.

OSOBA DO UCZUCIA, SEKSU I SPRAW BYTOWYCH

Pod koniec lat 80. Romantowska i Kolberger rozstali się, ale pozostali w przyjaźni. Aktorka związała się z reżyserem Jackiem Bromskim, do którego fi lmów Kolberger był angażowany („Zabij mnie glino” 1987, „Kuchnia polska” 1991, „1968. Szczęśliwego Nowego Roku” 1992). Z czasem u Bromskiego zaczęła też występować Julia Kolberger. W telewizyjnej wersji „Kuchni polskiej” (1992) wcieliła się w rolę córki postaci granej przez Kolbergera, a w „Dzieciach i rybach” (1996) – córkę bohaterki odtwarzanej przez Romantowską.

Kluczowa rola aktora z późniejszego okresu kariery to nazistowski blokowy w „Kornblumenblau” (1988) Leszka Wosiewicza. Po raz pierwszy Kolberger zagrał nie tylko postać negatywną, ale także homoseksualną. Jednocześnie występował jako ukochany głównych bohaterek w popularnych serialach Jana Łomnickiego: „Rzeka kłamstwa” (1987) i „Modrzejewska” (1989). Wkrótce znów grał rolę geja, wychowawcę Marka w brutalnym „Zakładzie” (1990) Teresy Kotlarczyk, dziejącym się w poprawczaku. Właśnie wtedy w środowisku artystycznym zaczęto plotkować o „nowym życiu” aktora i jego romansach z mężczyznami. On sam sugerował, że jest gotowy na kolejny związek.W wywiadzie z 1990 roku zdradził, że marzy o „idealnej osobie przy boku”, którą tak charakteryzował: „jest w stanie zapewnić mi spokój, w szerokim tego słowa znaczeniu, a także stabilizację w uczuciu, seksie i sprawach bytowych”. Jeszcze cztery lata później utrzymywał, że wciąż szuka miłości. Wkrótce związał się z mężczyzną, o którym Julia Kolberger mówiła w „Replice”: „Jestem do dziś bardzo zaprzyjaźniona z partnerem taty, wspaniałym człowiekiem. To jest dziadek dla mojego syna”.

Cały tekst do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Ewa Błaszczyk: „Trudniej było grać z wąsami”

Z aktorką EWĄ BŁASZCZYK rozmawia Rafał Dajbor

fot. arch. Fundacji „A kogo”

Rozmowę z panią chciałbym zacząć rzecz jasna od serialu Zmiennicy. To chyba wciąż najpopularniejszy tytuł z pani udziałem?

Zdecydowanie tak. Ma na to wpływ nie tylko to, że to świetny serial, lecz także liczba powtórek. Chyba żaden inny fi lm, w którym grałam, nie jest aż tak często pokazywany w telewizji. Tak jest od premiery tego serialu. Miało to swoje pozytywne i negatywne konsekwencje. Te pozytywne – jeszcze z czasów PRL-u – to na przykład fakt, że dostawałam na bazarze świeższy szczypiorek i lepsze jajka. Ale miłośnicy fi lmu „Nadzór” pytali wręcz, jak mogłam po takiej roli wystąpić w jakiejś komedii.

Czym było dla pani zagranie postaci, która występuje w dwóch tożsamościach kobiety oraz kobiety udającej mężczyznę? Czy sam fakt, iż ktoś uznał, że będzie pani wiarygodna jako mężczyzna, nie wywołał w pani negatywnych emocji dotyczących własnej kobiecości?

Nie miałam żadnego związanego z tym stresu, ponieważ od samego początku widz miał wiedzieć, że to jest tylko maskarada. To nie było jak na przykład z Dustinem Hoff manem w „Tootsie”, tu od razu była „umowa” z widzem, mrugnięcie okiem – aby mieć robotę taksówkarza, moja bohaterka musi zdecydować się na taki trik. Może tylko klejenie wąsów nie było zbyt komfortowe, ale nie miałam aż tak wielu dni zdjęciowych z wąsami. Dla mnie, w tamtym czasie, najważniejsze było, żeby wyjść z szuflady „umęczonej Matki Polki” po fi lmie „Nadzór”.

Miał on premierę w 1985 roku, czyli na krotko przed rozpoczęciem produkcji Zmiennikow.

gadza się. Po premierze tego fi lmu telefon z propozycjami nie przestawał dzwonić, a każda z tych propozycji to była po prostu kolejna wersja Klary z „Nadzoru”. Wiadomo – sprawdziłam się w jakimś typie roli, więc… Na szczęście w tym czasie śpiewałam w Kabarecie pod Egidą, zagrałam rolę ekstrawaganckiej prostytutki w Teatrze Telewizji „Dusia, Ryba, Wal i Leta” u Basi Sass, panią psycholog Emilię w „Umrzeć ze śmiechu” Jacka Janczarskiego z Gabrysią Kownacką, także w Teatrze Telewizji. Chciałam się rozwijać, oddalać od Klary. A komediowa rola w „Zmiennikach” była jedną z dobrych ku temu okazji.

Wspomniała pani o swoim mężu Jacku Janczarskim, wspołscenarzyście Zmiennikow. W jednym z odcinkow zagrał on epizod geja, ktory podrywa panią w męskim przebraniu.

W windzie! Stanisław Bareja uwielbiał takie żarty, do „Zmienników” zatrudnił do jednej z ról swojego przyjaciela, Jana Łomnickiego, a i sam chętnie grał w swoich fi lmach. Tamta generacja reżyserów i w ogóle artystów uwielbiała tego rodzaju żarty i zabawy.

Są w Zmiennikach pewne teksty, ktore dziś mogą uchodzić za homofobiczne. Na przykład Mariusz Gorczyński jako pijak obserwujący, jak odkleja pani wąsy i staje się z powrotem kobietą, stwierdził, że go mgli, jak patrzy na zboczeńca, a Bronisław Pawlik jako poprzedni zmiennik Jacka powiedział, iż dopoki nie dowiedział się, że pani postać to jednak kobieta, nie mogł na was patrzeć od momentu, gdy widział wasz pocałunek. Jak wtedy odbieraliście państwo te fragmenty dialogów?

Każdy z nas, aktorów, jak i reżyser Stanisław Bareja, miał w swoim przyjacielskim i koleżeńskim gronie osoby homoseksualne i traktowaliśmy to wszyscy po prostu zwyczajnie. Było jasne, że są geje i lesbijki, a te teksty uznawaliśmy jako pasujące do postaci, które je wypowiadają – i to wszystko! Dopiero dzisiaj, gdy jesteśmy wszyscy tak strasznie podzieleni, sami wytwarzamy jakieś zupełnie niepotrzebne napięcie wokół na przykład tych dialogów, które pan przytoczył – próbujemy je doprecyzowywać, dopytywać, co znaczyły i kto jak na nie reagował.

Wróćmy do filmu Nadzor Wiesława Saniewskiego z panią w roli Klary Małosz, która w kobiecym więzieniu staje się obiektem pożądania i uwodzenia ze strony strażniczki granej przez Grażynę Szapołowską. W filmie tym były także sceny o charakterze lesbijskim, jak na przykład naga bojka pod prysznicem. Ewa Szykulska w wywiadzie dla Repliki zdradziła mi, że grałyście panie takie sceny pod lekkim wpływem alkoholu…

To prawda, było winko, żeby się rozluźnić i nie wstydzić. Ale nie było ani z naszej strony, ani ze strony reżysera żadnej dosadności, ani podekscytowania wpływającego na podejście do tematu, który był dla nas tematem jak każdy inny. Pamiętam też ważny wątek z pomarańczą, którą wręcza mi postać grana przez Grażynę Szapołowską, żeby mnie jakoś przekupić, przeciągnąć ku sobie i na swoją stronę. Z tą pomarańczą wiąże się anegdota związana ściśle z czasami, gdy kręciliśmy „Nadzór”. W tym czasie w całej Warszawie nie dało się kupić pomarańczy i w końcu drugi reżyser Witold Holtz wypożyczył ją z ambasady – już nie pamiętam której, francuskiej albo amerykańskiej. Była bardzo cennym rekwizytem, bo po zdjęciach musiał ją zwrócić . Było to na swój sposób symboliczne – w fabule pomarańcza symbolizowała coś, co jest cenne i co trudno zdobyć, w rzeczywistości też była czymś właśnie takim.

A jak wspomina pani szkołę teatralną? Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla Repliki wspominała jedną z profesorek, która mówiła, że zbyt miękkiego chłopaka trzeba usunąć z grona studentów, bo to pedał. Dowiedziałem się potem, że tą profesorką była Rena Tomaszewska. Z kolei Ewa Szykulska powiedziała mi, iż profesor Tomaszewska była lesbijką. Pamięta pani jakieś homofobiczne zachowania pedagogów?

Niczego takiego sobie nie przypominam. Pamiętam jedną rozmowę z Reną Tomaszewską, w której tłumaczyła mi coś wręcz przeciwnego – że my, studenci tworzący jeden rocznik, jesteśmy tak różnorodni, bo w teatrze jeden musi zagrać intelektualistę, drugi zbrodniarza, a trzeci prostego człowieka; że jeden dużo w sobie niesie, ma bogate wnętrze, a drugi nieco mniej bogate, ale za to dobrze wygląda. Miałam z Reną Tomaszewską dobry kontakt, lubiłam z nią rozmawiać, bo to była mądra kobieta. W jakiś sposób wyróżniała z naszego roku mnie i Kasię Hanuszkiewicz, od lat mieszkającą w USA. Ale nigdy nie wyczułam w tej sympatii niczego lesbijskiego.  

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym, 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

O swojej miłości opowiadają dramaturg Piotr Gruszczyński i dziennikarz Dawid Dudko

Z PIOTREM GRUSZCZYŃSKIM, dramaturgiem warszawskiego Nowego Teatru, oraz z DAWIDEM DUDKĄ, dziennikarzem kulturalnym Onetu, rozmawia Mariusz Kurc

fot. Marek Zimakiewicz

Piotr Gruszczyński – dramaturg, od 2008 r. związany z Nowym Teatrem, obecnie wicedyrektor ds. programowych. Pracował z Krzysztofem Warlikowskim przy adaptacji tekstów m.in. „(A)pollonii”, „Francuzów”, „Odysei”, „Elizabeth Costello”. Opublikował m.in. zbiór rozmów z Warlikowskim „Szekspir i uzurpator” (2007) i nominowany do Nagrody Literackiej Nike zbiór esejów i wywiadów „Ojcobójcy. Młodsi zdolniejsi w teatrze polskim” (2003). Wykładowca warszawskiej Akademii Teatralnej.

Dawid Dudko – dziennikarz Onetu, gdzie zajmuje się tematyką kulturalną i lifestyle’ową. Specjalizuje się w wywiadach. Publikował na łamach „Didaskaliów”, „Newsweeka” oraz portali teatralnych.

Zacznę trochę sztampowo: jak się poznaliście?

Dawid: Odpowiedź też będzie sztampowa – przez Grindra.

Piotr: Miał być niezobowiązujący seks, nic więcej.

Ale wyszło coś zdecydowanie więcej.

D: Piotrek był w wieloletnim związku, a ja chwilę po rozstaniu z moim wieloletnim partnerem. Wierz mi, Mariusz, w tamtym momencie ostatnie, o czym myślałem, to kolejna poważna relacja.

Chciałeś się bawić.

D: Myślę, że tego wtedy potrzebowałem, te trzy lata temu. Dokładnie to był 18 maja, kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się z Piotrkiem.

P: Moim zdaniem to był 20 maja.

Kto kogo poderwał?

D: Ja jego. Chyba pierwszy raz zabiegałem o faceta.

Wiedziałeś, że ten facet z Grindra to Piotr Gruszczyński?

D: Wiedziałem, kim jest, ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie umawiasz się z kimś na jednorazowy seks, bo na studiach czytałeś jego książki, tylko dlatego, że kręci cię jego fizyczność. Poza tym Piotrek był niedostępny, co tylko bardziej mnie do niego przyciągało.

A to, że jest sporo starszy?

D: Między nami jest dokładnie 28 lat różnicy. Wiek też składa się na fizyczność, ale nie powiedziałbym, że cyferki odegrały tutaj jakąś kluczową rolę.

Dawid, teraz masz 32 lata. Wyglądasz na 10 mniej, choć jak się zacznie z tobą rozmawiać a rozmawialiśmy już kilka razy przed tym wywiadem to brzmisz dojrzale.

D: Ja chyba po prostu mam starą duszę, co zresztą słyszałem od bliskich. Te trzy lata temu byłem w trakcie życiowej rewolucji: przeprowadzka z Krakowa, gdzie pracowałem i studiowałem, ale też zakończyłem wspomniany już związek z Krzyśkiem, z którym dziś się przyjaźnimy, ja, on, jego obecny partner i mój Piotrek. Nie tylko się spotykamy, ale też wyjeżdżamy razem. Jak w patchworkowej rodzinie. A jeszcze odnośnie do mojej determinacji w poderwaniu Piotrka, pierwszą wiadomość wysłałem do niego w styczniu.

W styczniu? A spotkanie było w maju?

D: Widzisz? Prawie pięć miesięcy to trwało. Musiało mi zależeć.

Wspomniałeś o czytaniu książek Piotra.

D: Owszem, na zajęciach z teatru współczesnego.

P: Dawida uczyli moi koledzy ze studiów. Trochę mnie to bawi, a trochę wzrusza.

D: Ale nasz związek nie jest skutkiem fascynacji typu uczeń-mistrz, zwłaszcza że nigdy nie chciałem wiązać się z kimś z artystycznej bańki. Mój poprzedni facet jest z innego świata, twardo stąpa po ziemi, mimo że bardzo lubi teatr czy kino. No, a poza tym, umówmy się, na Grindrze szukasz głównie kogoś w jednym celu, raczej nie do rozmowy o Kancie.

Piotrze?

P: Mój poprzedni związek trwał 13 lat i był bardzo udany. Zaczęło się w podobny sposób, od spotkania na seks, więc może ja już tak mam.

D: Odpisałeś mi dopiero za trzecim razem. Zwykle nawet drugiego podejścia nie robię, odpuszczam, gdy druga strona nie wykazuje zainteresowania. Tobie w końcu napisałem: „Piotrze, czy powinienem traktować brak odpowiedzi jako odpowiedź?”. Podziałało, wreszcie odpisał.

Bo pokazałeś, że wiesz, kim jest.

P: Nie pamiętam, czy była między nami wcześniej jakaś rozmowa i czy się sobie przedstawiliśmy, nie zwróciłem na tego „Piotra” uwagi. Ja po prostu mam mało czasu, dużo pracuję, a poza tym Dawid był wówczas przyjezdny, dopiero na etapie szukania mieszkania w Warszawie. Trudno więc było się nam umówić. A poza wszystkim, to w dniu pierwszej randki zachorowałem, więc znowu się nie odbyło.

D: Uznałem, że to już kompletna ściema, praktycznie odpuściłem. W ostatniej chwili odwołał spotkanie słowami „Sorry, ale mam covid”. Co byś pomyślał? (śmiech)

Piotrze, miałeś covid?

P: Tak!

D: Po covidzie sam napisał. Przyszedł do mojego mieszkania na Mokotowie i od razu zwrócił uwagę na wiszący tam plakat „Rodzeństwa”, wybitnego spektaklu Krystiana Lupy, skądinąd granego w Starym Teatrze do dziś, od niemal 30 lat.

P: Zupełnie się takiego „środowiskowego” spotkania nie spodziewałem. Świadomie mam na Grindrze profi l z wyraźną twarzą, by uniknąć niezręczności wynikających z otrzymywania intymnych propozycji od osób, które znam zawodowo.

D: „Nie bierz dupy z jednej grupy”. Obaj kierowaliśmy się tą zasadą.

Piotrku, a ty co myślałeś? Zgłasza się do ciebie taki koleś młody, ładny.

P: No właśnie. To nie wystarczy?

To dlaczego tak zwlekałeś?

P: Pewnie sam dobrze wiesz, jak wiele takich ustawek kończy się niczym. Ale chciałbym wrócić do tej, wywołanej przez ciebie, Mariusz, różnicy wieku. To jest dla mnie poważny temat, sporo o tym z Dawidem rozmawialiśmy. Z jednej strony oczywiście podoba mi się, że mam takiego fajnego chłopaka, którego bardzo kocham. Z drugiej nieraz przypominam sobie, jak sam postrzegałem facetów koło sześćdziesiątki, gdy miałem 30 lat. No, nie najlepiej. Przemek, mój poprzedni partner, też jest ode mnie młodszy, o 12 lat. Dziś mogę powiedzieć, że tylko 12.

Boisz się tej obecnej różnicy wieku?

P: Różnica wieku między Dawidem a mną jest taka jak między mną a moim ojcem. Gdy widzę mojego tatę, który ma dziś 88 lat, zastanawiam się, jak będzie wyglądała nasza relacja z Dawidem za 20, 30 lat. Ale postanowiłem o tym nie myśleć. Przecież w końcu nic nie wiemy o przyszłości, nie wymyślimy jej na zapas. Będziemy się martwić albo cieszyć, nie wiem.

D: Dajmy już spokój z tym wyolbrzymianiem różnicy wieku w związkach. Wiadomo, że wolałbym, żeby Piotrek był młodszy i że boję się jego przemijania, ale swojego też się boję. I starości, jak każdy. Ale przez te wszystkie kulturowe uprzedzenia najbardziej bałem się reakcji moich rodziców na to, że partner ich syna jest starszy od nich samych.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.