Anton Ambroziak o medycznej tranzycji – z własnego doświadczenia

ANTON AMBROZIAK, dziennikarz oko.press, specjalnie dla „Repliki” pisze o tym, jak wygląda medyczna tranzycja k/m, czyli u transpłciowych mężczyzn. Zna ten proces z własnego doświadczenia

 

fot. Paweł Spychalski

 

„Dwadzieścia lat temu, gdy przepłynął przez moje dojrzewające ciało, pogłębił mój głos, usłał moją twarz i klatkę piersiową włosami, wzmocnił moje kończyny, uczynił mnie mężczyzną” – tak o testosteronie w latach 80-tych pisał Lou Sullivan, amerykański pisarz, aktywista na rzecz osób transpłciowych.

Hormon uwikłany kulturowo

Jeszcze przed jego zsyntetyzowaniem (w 1935 roku) i wprowadzeniem do powszechnego użycia, testosteronowi przypisywano magiczne zdolności. W XIX wieku, opisywany jako żywotny „sok z jąder”, miał odwracać nieuchronne procesy starzenia, pobudzać seksualnie i podnosić na duchu. Zsyntetyzowany testosteron jest produktem tej samej rewolucji biotechnologicznej, seksualnej i płciowej, co tabletka antykoncepcyjna, Viagra i w zasadzie cała medycyna estetyczna (technika wielu operacji dziś uznawanych za plastyczne, w tym operacji genitaliów, szlifowana była na użytek weteranów wojennych).

W ostatnich 75 latach świat farmakologii wszedł tak głęboko w nasze życia, że „witaminy T” używają dziś wszyscy: dzieci, młodzież, kobiety, mężczyźni i ci, których płeć odbiega od oznaczonej przy urodzeniu. Robią to, by złagodzić dolegliwości (depresję, obniżenie nastroju, endometriozę), podkręcić obroty organizmu (wzrost masy mięśniowej, obniżenie głosu) lub odwrócić jego niedyspozycję (spadek libido). Coraz częściej terapia hormonalna jest nie tyle leczeniem czy interwencją w „chore” ciało, ile sposobem, by być bardziej sobą. I właśnie tak można rozumieć jej sens dla osób transpłciowych.

Pierwszym transpłciowym mężczyzną, który przyjmował tabletki z testosteronem w ramach terapii maskulinizacyjnej, był Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Posłanka Magdalena Biejat: „Tęczowe rodziny nie mogą czekać”

Czy Czarnka odwoła Sejm, czy może ulica? Czy Tusk i Trzaskowski odbiorą Lewicy tlen? Jak walczyć z wymierzoną w osoby LGBT+ nagonką TVP i czy powinniśmy outować polityków, jeśli są homofobami? Na te i wiele innych pytań odpowiada MAGDALENA BIEJAT, posłanka Lewicy/Razem. Rozmowa Mateusza Witczaka.

fot. Przemek Krysiak

Lewica ruszyła ze zbiórką podpisów pod „obywatelskim wotum nieufności” dla Przemysława Czarnka. Czy o dymisję ministra nie lepiej walczyć w Sejmie?

Działania parlamentarne to jedno, ale chcemy pokazać, że nie tylko politycy mają coś do zarzucenia ministrowi Czarnkowi. Przecież on budzi ogromny sprzeciw zarówno ze strony uczniów i uczennic, jak i rodziców i nauczycieli – czyli właściwie wszystkich. Właśnie dlatego porozumieliśmy się ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego i Akcją Demokracja, która zaczęła zbierać podpisy w internecie.

Posłanki i posłowie Lewicy zbierają je z kolei m.in. we Wrocławiu i w Opolu. Czy sprzeciw wobec MEiN to dobry pretekst, by ruszyć z lewicową agendą w Polskę?

Bardzo nam brakowało wyjazdów w teren, bo to esencja pracy politycznej, zwłaszcza dla ludzi Lewicy. Wsłuchujemy się w głos ludzi, chcemy być na bieżąco z tym, co jest dla nich najważniejsze, gdzie są realne problemy. Koronawirus przez wiele miesięcy uniemożliwiał nam kontakt z wyborczyniami i wyborcami, dlatego, rzeczywiście, rozjechaliśmy się po Polsce. Przede wszystkim chcemy opowiedzieć w tych „rozjazdach” o naszym programie i o naszej wizji przyszłości Polski. Jesteśmy przekonani, że poparcie dla lewicowych postulatów jest dużo większe, niż mogłoby to wynikać z sondaży, ale trudno dotrzeć do nowych wyborców.

Skąd właściwie ten rozdźwięk? Polki i Polacy mają coraz bardziej liberalny stosunek do aborcji i praw osób LGBTQIA+, CBOS donosi, że odsetek ludzi o poglądach lewicowych dynamicznie rośnie – natomiast poparcie dla partii lewicowej oscyluje wokół 10%.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Miron Białoszewski na magnesie dla prenumeratorów/ek

Prenumeratorzy/rki „Repliki” otrzymują GRATIS magnes z wizerunkiem Mirona Białoszewskiego w ramach kolekcji „Polskie ikony LGBTIA”

W czerwcu przyszłego roku przypada setna rocznica urodzin MIRONA BIAŁOSZEWSKIEGO. To dobry moment nie tylko, żeby na nowo przyjrzeć się jego twórczości, ale też zastanowić, na ile stał się polską ikoną LGBT

rys. Marcel Olczyński

 

Białoszewski to bodaj najbardziej warszawski z wybitnych poetów. W stolicy Polski nie tylko urodził się i umarł, kolejne adresy (Leszno, Chłodna, Poznańska, plac Dąbrowskiego, Lizbońska) wyznaczają istotne okresy jego życia. W Warszawie na przełomie lat 40. i 50. pracował w redakcjach kilku czasopism, potem współprowadził eksperymentalny Teatr na Tarczyńskiej. Ściśle związana z miastem jest jego najsłynniejsza książka prozatorska, czyli wspomnieniowy „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, wydany w 1970 r.

Kolejna istotna część warszawskości Mirona, o której mało się pisze, to uczestniczenie w homoseksualnym, nocnym życiu stolicy, bywanie na pikietach, wówczas jedynym miejscu spotkań mężczyzn szukających seksu z innymi mężczyznami, co wiązało się także z legitymowaniem przez milicję, w zawoalowany sposób wspominał o tym Stanisław Prószyński, jeden z przyjaciół poety: „[na Poznańskiej] przerzucił się na całkowitą zmianę trybu życia: w dzień, kiedy współlokatorzy byli w pracy, Miron przeważnie spał, a w nocy, kiedy było cicho i spokojnie – pisał, rozmyślał, chodził po Warszawie. W owych czasach – jak to się potem pięknie określiło: «błędów i wypaczeń» zdarzało się, że idącego po pustych, nocnych ulicach Warszawy zatrzymywali milicjanci i legitymowali, srogo pouczając, że o tej porze ludzie pracy śpią, więc kto on taki? (…) Myślę, że taki «odwrócony» tryb życia, coraz bardziej dlań charakterystyczny i któremu pozostał wierny przez wszystkie dalsze lata swego życia – rozpoczął się właśnie w opisywanym okresie”.

Mój rodzaj

Białoszewski (rocznik 1922), o wiele młodszy od znanych już przed wojną Iwaszkiewicza czy Andrzejewskiego, realizował zupełnie inny model homoseksualny niż jego starsi koledzy po piórze. W twórczości miał wiele utworów homoerotycznych, ale spora część z nich światło dzienne ujrzała dopiero po jego śmierci. Partnerów nie ukrywał, wiedzieli o nich współpracownicy i krąg przyjacielski, ale w rozmowach z nimi tej kwestii nie problematyzował. Nigdy się nie ożenił, dość szybko zaakceptował siebie, o czym pisał po latach:

„Sex-przygody z mężczyznami. Traktowałem swoje potrzeby homo jako przejściowe, że niby kiedyś znormalnieję. Mając 15 czy 16 lat zadałem sobie pytanie «kiedy»? Niby zmienię się z dnia na dzień? Nie. Wobec tego trzeba przyjąć siebie takiego, jakim się jest. Ustaliłem to, przestałem się tym turbować. I nadal uprawiałem swoje sex-przygody ze świadomością, że to jest mój rodzaj. Wszelkie słyszane określenia i przezwiska owych gustów nie przejmowały mnie specjalnie. W ten sposób szkoliłem swój upór i nieprzemakalność. W seksie i w pisaniu. Nie przejmując się krytyką. Czy nieuznawaniem. Było to dobre i skuteczne samoszkolenie. (…) Przyszedł czas, po wojnie, że uświadomiłem rodziców co do siebie. Musieli to uznać. Później to samo z przyjaciółmi nie tego rodzaju, ze znajomymi” (19 V 1982).

Rozwydrzone noce

W tym samym wpisie Białoszewski dość bezwzględnie opisywał swój pierwszy ważny związek z aktorem Januszem (nazywanym Janem) Gładyszem (1923-81): „Pierwszy poważny długi związek uczuciowy, z Jankiem z Częstochowy, zaczął się przed samym powstaniem. Po powstaniu Janek przyjechał do mnie do Oppeln, zorganizował mnie i ojcu ucieczkę przez zieloną granicę do Częstochowy. Od maja 1945 r. mieszkaliśmy razem w Warszawie. Mój ociec zraził się do Janka. Ojciec był kombinatorem na innym poziomie. Raczej fantastą. Janek miał pociąg do hochsztaplerki prymitywniejszej. Z czasem się wyrobił. Wpadał na pomysły. I umiał je przeprowadzać. Nakręcił znajomego tak, że tamten ze swoim krótkim wzrokiem stanął za Janka do komisji wojskowej. Janek w ten sposób uzyskał zwolnienie, nosił okulary dla pokrycia, zresztą mu imponowały. Mnie zmusił niejako do zdania za niego małej matury. Dla eksternów. Niemało trudu. Udało się. Ze świadectwem Janek dostał się na studia aktorskie. Nie miał specjalnych zdolności. Tak mnie się wydawało. Prezencji też nie. Ale się wyrobił. Poszedł do teatru. Przecież miał w sobie aktorstwo życiowe. Jego dewiza brzmiała – być aktorem drugorzędnym, na prowincji, byleby być aktorem. W późniejszych latach życie sobie pokręcił. Mnie zdradzał. Kłamać umiał dobrze. O drobne zdrady nie dbałem. Ale przy grubszych zbuntowałem się. Nie od razu. Ileś wytrzymałem. Aż zmęczenie podbechtało wolę. Zerwałem nagłą decyzją. Jak to u mnie. I nagle poczułem się wolny.” Gładysz rzeczywiście nie zrobił kariery aktorskiej, nigdy nie zagrał w filmie, za to zaliczył udział w wielu zespołach teatralnych, zaczynał od Poznania, potem była Częstochowa, Kalisz, Tarnów, Gniezno, Bielsko-Biała, Gdynia, Gorzów. Bodaj jedyna znacząca rola w jego dorobku to Albin w „Ślubach panieńskich” w Kaliszu (1952). Właśnie z nim w tużpo wojennej Częstochowie Białoszewski przeżył jeden z najbardziej erotycznych momentów w swoim życiu: „Ktoś nas zaprosił na wigilię. Poszliśmy z Jankiem. Gospodarz, podstarzały pan, upił się, jego stara matka zasnęła. Wszystko w jednym pokoiku. Janek umył im naczynia. Potem zgasił światło. I po ciemku, po cichu obaj rozebraliśmy się do naga i spędziliśmy jedną z najbardziej rozwydrzonych nocy na stojąco i siedząco. Koło wygasłej kuchni. Między katastrofami. Tak, że nieraz wspominam sobie tę noc z przyjemnością”.

Jego pasjażycia

Z ważnych partnerów Białoszewskiego najwięcej wiadomo o malarzu Leszku Solińskim (1926-2005). To słynny „Le.” z zapisków poety, postać barwna, ale trudna, typ diwy, silna osobowość, intrygant i awanturnik, którego wiele osób się bało. Już po śmierci Mirona opisywał w jakich okolicznościach zaczęła się ich znajomość: „Poznaliśmy się w środę przewodnią (22 kwietnia) 1950 roku. Byłem wówczas studentem filologii polskiej w Krakowie na UJ, statystowałem w «Balladynie». Spotkaliśmy się na wykładzie Wyki, kiedy Miron zatrzymał się w Krakowie, w drodze na reportaż do Zakopanego. (…) Życie akademickie, dom, zrobiły na Mironie niezwykłe wrażenie. Był oczarowany, zafascynowany. Podziwiał nawet cierpki świergot i pisk jaskółek nad naszym domem. Przyjeżdżał też do Krakowa na każdą wolną chwilę. Zaprosił mnie również do Warszawy, którą zobaczyłem pierwszy raz”. W tym samym wywiadzie Soliński opowiedział o miłosnych dedykacjach, jakie składali sobie na prezentach: Miron za pierwszym razem przyjechał do mnie w wel wetowej ciemnoniebieskiej marynarce i w popielatych spodniach. Nic więcej ze sobą nie wziął. Latami nosił tę odzież. Na prezent przywiózł mi raz książkę Irvinga Stone’a «Pasja życia» i napisał na niej dedykację: «Swojej pasji życia». Ta dedykacja mnie przeraziła, bo pasja to znaczy także «krzyż», a tego w przyjaźni nie chciałem. Dałem Mironowi w rewanżu książkę Giovanniego Papiniego pt. «Gog» i swoją fotografię, jak stoję na zboczach podgórskich i wyciągam ręce do słońca. Na fotografii napisałem: «Jedno i nierozdzielne jesteśmy». Nosił ją w portfelu całe życie”.

Soliński został spadkobiercą Białoszewskiego, choć ich związek rozpadł się długo przed śmiercią poety. Mimo rozstania pozostawali w kontakcie i przyjaźnili się, długo mieszkali też razem przy pl. Dąbrowskiego 7. Z czasem zamieszkał z nim następny partner Leszka, holenderski slawista Henk Proeme, za którego po latach, będąc już po 70-tce, wyszedł za mąż. W połowie lat 70. udało się załatwić przydział mieszkania dla Solińskiego, ale malarz nie zgodził się na rezygnację z centrum. Ostatecznie na Lizbońską przeprowadził się Białoszewski, co okazało się nowym impulsem literackim, inspiracją dla wierszy z końca lat 70. i wydanego po latach dzienni- ka „Chamowo”.

Amerykańskie seksualia

W październiku 1982 r., osiem miesięcy przed śmiercią, 60-letni Białoszewski przebywał w Nowym Jorku, nagrodzony w ten sposób przez Fundację im. Alfreda Jurzykowskiego. Mieszkał w hotelu prowadzonym przez zakonnice, a w wolnym czasie korzystał z „infrastruktury” gejowskiej, seks shopów i kin porno: „Wdałem się w to kino. Tylko 6 dolarów, a ogląda się i ogląda. Na widowni tu i ówdzie ktoś siedzi, przesiada się, coś czasem się dzieje. Pijak za mną palił papierosy, komentował na głos to, co szło na ekranie, w końcu pomacał mnie, potem gadał, przesiadał się. Po długim czasie, po iluś filmach Murzyn powiedział – gut najt” (14 X 1982). Następny dzień wyglądał podobnie: „Dokupiłem sobie jeszcze męskie porno i imitację gumową męskiego wdzięku za pięć dolarów. Bardzo mnie kusi kupowanie płyt i starej muzyki, a szczególnie azjatycko-sakralnej, ale to za drugim pobytem w Nowym Jorku. Bo po co wozić ze sobą. To miasto jest tak pochłaniająco ciekawe, że tylko trzeba wytrzymać z energią, bo pieniądze na swoje zachcianki mam. W hotelu zakonnic, w świetnym moim pokoiku rozpakowywałem ananasy, banany, ciastka, seksualia i mówiłem do siebie:

– co za prezenty!

– co za prezenty!” (15 X 1982).

 

 

 

Reżyserka Kristine Stolakis o terapii konwersyjnej

Z KRISTINE STOLAKIS, reżyserką dokumentu „Pray Away” o terapiach konwersyjnych w USA (od 3 sierpnia na Netfliksie), rozmawia Michał Kaczoń

mat. pras.

 

Dlaczego w swoim debiutanckim pełnometrażowym dokumencie zdecydowałaś się podjąć temat terapii konwersyjnych, czyli „leczenia” homoseksualności?

Ten film zrodził się z bardzo osobistych pobudek. Mój wujek był poddany terapii konwersyjnej jako dziecko. To wydarzenie rzuciło się cieniem na całe jego życie. Kiedy ujawnił się jako osoba trans, został zabrany do terapeuty. To było na przełomie lat 50. i 60., i to, co mu wtedy zrobiono, uznawane było za humanitarne działanie. Dostał leki, w tym antydepresanty. Przyjmowanie ich w tak młodym wieku przyczyniło się do tego, że w późniejszym życiu zmagał się z nałogiem, atakami paniki, zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi czy objawami depresji. Poznałam  go już jako człowieka dorosłego. Wiedziałam, że miał problemy natury zdrowotnej, ale nie zdawałam sobie sprawy, skąd one się wywodzą. Dopiero, gdy byłam starsza, dowiedziałam się o doświadczeniach z terapią konwersyjną. Najbardziej zaszkodziło mu, że terapia konwersyjna opiera się na pewnym systemie przekonań, wedle którego zmiana jest możliwa i kryje się tuż za rogiem. Jest to bardzo zwodnicze myślenie, które rodzi sztuczną nadzieję na to, że można „przezwyciężyć” naturę, co powoduje później ogromne straty moralne, gdy zmiana nie nadchodzi. Dotarło do mnie, jak przerażające i dewastujące są to praktyki. Przez lata mój wujek dogłębnie wierzył, że może się zmienić i żył tą uporczywą nadzieją. To było niezwykle smutne i bolesne.Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Andrzej Piaseczny: „Coming out to dziś kwestia przyzwoitości”

O tym, dlaczego właśnie teraz dojrzał do publicznego coming outu i z jakimi reakcjami się spotkał, o tym, jak przed laty wyoutował się przed rodzicami, o polityce i o Kościele, a także o pewnej parze młodych chłopaków, która zainspirowała go do napisania piosenki „Miłość”, z ANDRZEJEM PIASECZNYM rozmawia Mariusz Kurc

fot. Oskar Szramka

No, dobrze – proszę bardzo, atakuj mnie. (śmiech) Mówię to z uśmiechem, bo oddzielam sytuacje wynikające z nienawiści od dyskusji na argumenty, które lubię. Doskonale wiem, że stanowię dla naszej społeczności pewien kłopot.

Teraz już nie.

Ale wkładanie kija w  mrowisko zwykle wszystkim dobrze służy. My jako środowisko LGBT jesteśmy częścią społeczeństwa i  jeśli chcemy być akceptowani, musimy dobrze wybrać strategię drogi do tej akceptacji, przy czym nie tylko jedna jest słuszna. Jest ich wiele i  w  ogóle różnice między nami są dobre. Trzeba dywersyfikować środki. Tworzenie się gejowskich dzielnic w miastach, jak to dzieje się na Zachodzie, jest OK, bo tam można poczuć się bezpiecznie i być sobą, ale tworzenie gett jedynie słusznej idei nie jest dobre. Wiele może być sposobów dojścia do równości. O, widzisz, takie słowo wstępne wygłosiłem.

Chciałbym się przede wszystkim dowiedzieć, z jakimi reakcjami spotkałeś się po coming oucie.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Bart Staszewski & Sławek Wodzyński – jak się kochają aktywiści?

SŁAWEK WODZYŃSKI twierdzi, że aby zmienić Polskę, potrzeba więcej Bartów Staszewskich. BART STASZEWSKI potrzebuje natomiast jednego Sławka Wodzyńskiego. Aktywistami są obaj, ale tym razem opowiadają o swoim życiu po zejściu z barykady i odwieszeniu na kołek tęczowych flag. Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Paweł Spychalski

 

Barcie, dzieciństwo spędziłeś w Szwecji, a nastoletnie lata – w Lublinie. Do stolicy wyjechałeś już z dowodem osobistym, by – jak powiedziałeś w jednym z wywiadów – „szukać miłości”. Udało się?

Bart Staszewski: Tak. Ale to była pierwsza, młodzieńcza miłość, potrwała ze dwa lata i znikła. Potem tułałem się, tułałem… aż dotułałem się do Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza, którego billboardy zobaczyłem w Warszawie. I tam poznałem Sławka.

Sławek Wodzyński: Źle pamiętasz, to były billboardy Kampanii Przeciw Homofobii!

Zakładam, że Sławek wie, o czym mówi, bo już wtedy był czynnym aktywistą.

SW: Jakoś koło 2010 r. zacząłem obserwować Miłość Nie Wyklucza na Facebooku, podobnie jak Wojtka Szota, który na swoim blogu „Abiekt” bardzo ostro i bezkompromisowo pisał o tym, co się dzieje w środowisku aktywistycznym. Czy słusznie – to inna sprawa. Na pewno interesująco. Miłość Nie Wyklucza zorganizowała wtedy otwarte spotkanie w kawiarni Leniviec w  Śródmieściu. Przyszło ze 20 osób. Wiele z nich włączyło się później w aktywizm, a wręcz zostało ważnymi działaczami – chociażby Hubert Sobecki czy Oktawiusz Chrzanowski, którzy też się wtedy w Lenivcu pojawili.

Bart dołączył później?

SW: Trzy lata później. Akurat debatowaliśmy o tym, żeby się wreszcie sformalizować.

Od razu wpadliście sobie w oko?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Aleksander Szymielewicz – bohaterski powstaniec, gej

Tekst: Marek Teller

W Powstaniu Warszawskim walczyli również ludzie LGBT – na przykład bohaterski lekarz ALEKSANDER SZYMIELEWICZ, który przed wojną był partnerem Karola Szymanowskiego

Przechodzili tę samą gehennę ludności cywilnej, pomagali rannym jako medycy i  sanitariuszki, chwytali za broń, aby walczyć o  ukochaną Warszawę. Chociaż ludzie nieheteronormatywni też uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim lub zostali doświadczeni przez trwające walki, nie należą do „patriotycznej” wizji walki o ojczyznę. Przeciwnie, same próby przypisywania (niektórym) żołnierzom Armii Krajowej homoseksualnych relacji wielu Polaków traktuje jako atak na dumę narodową, szarganie świętości.

Tymczasem „Pamiętnik z  powstania warszawskiego”, jeden z najważniejszych zapisów powstańczych przeżyć z perspektywy cywila, jest dziełem Mirona Białoszewskiego, geja. Szefem grupy operatorów fi lmujących Powstanie Warszawskie i  jedną z  jego ofi ar cywilnych był biseksualny reżyser Juliusz Mieczysław Krawicz. Wśród „robinsonów” ukrywających się w zniszczonej stolicy znajdował się zaś między innymi transpłciowy mężczyzna Bronisław Dragan vel Jerzy Zdanowicz.

Do grona medyków ratujących rannych żołnierzy i cywilów należał z kolei Aleksander Szymielewicz, który na początku lat 30. był kochankiem kompozytora Karola Szymanowskiego. Za pomoc udzielaną potrzebującym zapłacił najwyższą cenę, ginąc w gruzach miasta, które stało się dla niego drugim domem po wyjeździe z Kresów.

Z Kresów do Warszawy

Aleksander Szymielewicz urodził się 13 sierpnia 1912 r. w Lidzie w guberni wileńskiej (dzisiejsza Białoruś) jako syn katolika Jana Szymielewicza i  wyznawczyni prawosławia Zofi i z Makarewiczów. Pochodził z szanowanej rodziny litewskiego pochodzenia, a jego stryjem był historyk ziemi lidzkiej Michał Szymielewicz. Aleksander zdobywał wykształcenie w Gimnazjum Państwowym im. Romualda Traugutta w Brześciu nad Bugiem, w którym jego ojciec pracował jako sekretarz. Większość uczniów szkoły stanowili Polacy, lecz uczęszczali do niej również Żydzi i Rosjanie. Kolegą Szymielewicza z klasy był między innymi Menachem Begin, późniejszy premier Izraela (w  latach 1977– 1983).

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Karolina Sibilska i Anna Kubicka – dwie mamy Blanki

Z ANNĄ KUBICKĄ i KAROLINĄ SIBILSKĄ, mamami małej Blanki, które na Instagramie prowadzą konto @rainbowfamilypl, rozmawia Marta Konarzewska
arch. pryw.

 

Niesamowity ten wasz Instagram – czyta się jak serial: dwie bohaterki, zakochanie, zaręczyny, oczekiwanie dziecka, po jakimś czasie wiadomo, że córeczki, przeprowadzka. Blanka ma już ile miesięcy – półtora roku?

Karolina: Tak, Blanka ma już półtora roku. Nie wiemy, kiedy ten czas tak szybko minął. Historia z przeprowadzką też jest zabawna, bo przeprowadziłyśmy się dwa dni przed terminem porodu. Wszystko było tak na szybko i było tyle zamieszania, emocji… Ale kiedy w końcu udało nam się postawić szafę (czyli największy element w naszym mieszkaniu), to Ania usiadła i powiedziała, że może rodzić i tak właśnie się stało.

Jak było w szpitalu? Bez ściem?

Anna: W szpitalu traktowali nas normalnie, byłyśmy razem przez cały czas za wyjątkiem sali operacyjnej. Ale jak tylko zabrali Blankę, to Karolina czekała przed salą i pielęgniarka powiedziała: „Zobacz ciocia, jaka piękna…” – na co Karola odparła, że nie jest ciocią, tylko drugą mamą, na co pani się uśmiechnęła i powiedziała, „O! Ale super, to zobacz, mama, jaką masz piękną córę”. Poza tym, nikt nas o nic nie pytał i nie było żadnych problemów, ten, kto się nie domyślił, pewnie myślał, że jesteśmy siostrami.

A no właśnie. Tymczasem wasz instagram pokazuje dwie kobiety, które są rodziną – i nie ma wątpliwości, że to nie żadne siostry, ani też przyjaciółki. To bardzo ważne przełamywanie społecznego wyobrażenia. Gdyby dwóch facetów na ulicy szło z wózkiem, pewnie szybciej pojawiłoby się skojarzenie: „O, geje?”. Z dwiema kobietami nie jest tak łatwo. Myśli się: „O, koleżanki/sąsiadki, wyszły sobie poplotkować przy okazji spaceru”. Dlatego właśnie od wielu lat mówi się o kwestii niewidoczności lesbijek, i w ogóle queerowych osób, które mają passing hetero. Wyobrażam sobie, że wasz profil może być dużym wsparciem nie tylko dla tęczowych rodzin, ale dla kobiet niehetero w ogóle. Jak wpadłyście na pomysł takiej właśnie, bardzo prywatnej, formuły?

Na początku miałyśmy osobne konta – obserwowałyśmy różne tęczowe rodziny. Karola wpadła na pomysł, żebyśmy też założyły sobie takie, tylko dla nas. Chciałyśmy dodawać zdjęcia, które miały służyć jako pamiętnik. Aż podjęłyśmy decyzję, żeby podzielić się naszą historią z innymi, żeby każdy mógł zobaczyć, że takie rodziny, jak my, też w Polsce istnieją.

Ponad 13 tysięcy obserwujących – ta liczba szybko rośnie?

K: Każdego dnia przybywa, to jedynie dowód na to, że ludzie szukają i interesuje ich nasza sytuacja, często szukają też wsparcia, czasem porady, ale bardzo często w wiadomościach sami okazują wsparcie. To mały gest, a jak cieszy.

W najnowszym filmie Magnusa Van Horna „Sweat” dziennikarka zadaje instagramowej influencerce pytanie: „Gdzie jest granica, po co dzielić się intymnym życiem? Co byście jej odpowiedziały?”

K: Każdy ma swoje indywidualne pobudki i każdy zna swoje granice, jakich nie przekroczy.

Na przykład?Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Ziegler, Barabasz, Trzeciak – les adwokatki organizują się

Z adwokatkami EMILIĄ BARABASZ, BARBARĄ TRZECIAK i OLGĄ ZIEGLER, założycielkami Koła Osób LGBT+ przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, pierwszej oficjalnej grupy LGBT+ w strukturach samorządu zawodowego w Polsce, rozmawia Magda Jakubiak

fot. Emilia Oksentowicz

Dziewczyny, spotykamy się, bo z początkiem marca zdarzyła się rzecz przełomowa dla środowiska adwokackiego i dla społeczności osób LGBT+. Opowiecie, o co chodzi?

Emilia Barabasz Jasne, jesteśmy bardzo dumne z tej inicjatywy. Założyliśmy Koło Osób LGBT+ przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Rzeczywiście, jest to w Polsce pierwszy znany nam przypadek powstania grupy osób identyfikujących się jako LGBT+ funkcjonującej w oficjalnych strukturach samorządu zawodowego. Nie ma takich grup w samorządzie architektów, samorządzie lekarskim czy radcowskim. Nie powołano ich także w żadnym innym samorządzie w Polsce.

Barbara Trzeciak Dodam tylko – żeby czytelnicy mieli obraz tego, czym są koła w ramach struktury adwokatury – że koła są stosunkowo nisko sformalizowanymi zrzeszeniami co najmniej pięciu członków Izby Adwokackiej, które nie mają z góry narzuconego celu funkcjonowania, w przeciwieństwie do np. komisji.

Jak wpadłyście na pomysł, żeby takie koło założyć?

BT: Z mojej perspektywy wszystko zaczęło się od żartu, którego nie zrozumiałam.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Do Koła może dołączyć każda osoba LGBT+ będąca adwokatką_em, prawniczką_ kiem zagraniczną_ym i aplikantką_em w Izbie warszawskiej. Aby zostać członkinią_em koła, trzeba wysłać maila na adres lgbt@ora-warszawa.com.pl oraz wypełnić i odesłać udostępniony formularz członkowski

 

Emilia Barabasz – adwokatka i przewodnicząca Koła Osób LGBT+ przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Na co dzień zajmuje się prawem własności intelektualnej, szczególnie prawem autorskim, prawem nauki i kultury. Tworzy umowy, doradza artystom, instytucjom kulturalnym, naukowcom, uczelniom, fundacjom, a poza tym prowadzi szereg spraw pro bono, m.in. na rzecz osób LGBT+. Współtwórczyni inicjatywy lgbt+prawnicy, która skupia adwokatów_tki i radców_czynie prawne, prowadzących strategiczne postępowania sądowe w celu wywalczenia równych praw dla osób LGBT+ w Polsce. Autorka audycji „Lesbijki na szczycie” w społecznościowym Radiu Kapitał.

Barbara Trzeciak – adwokatka, mediatorka. Prowadzi własną kancelarię i współpracuje ze spółkami z rynków finansowych, dla których prowadzi spory sądowe. Obsługuje też osoby fizyczne w zakresie spraw rodzinnych. Od pięciu lat współpracuje z Kampanią Przeciw Homofobii jako prawniczka zdalna grupy prawnej. Jest też członkinią Komisji ds. Równego Traktowania przy Naczelnej Radzie Adwokackiej.

Olga Ziegler – adwokatka w kancelarii Dentons w dziale prawa nieruchomości. Działa również w organizacjach LGBT+ – w Funduszu Prawo Nie Wyklucza przy Stowarzyszeniu Miłość Nie Wyklucza, mającym na celu zbieranie funduszy na finansowanie spraw sądowych osób LGBT+, które nie mają wystarczających środków, aby same wynająć prawników. Jest też jedną z fundatorek Fundacji Equaversity, której ambasadorami zostali m.in. Agnieszka Holland, Olga Tokarczuk i Anja Rubik.

Dionisios Sturis – polski pisarz greckiego pochodzenia

Z DIONISIOSEM STURISEM, dziennikarzem i pisarzem o greckich korzeniach, o jego nowej książce „Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji”, o neofaszystowskim Złotym Świcie, o starożytnym homoerotyzmie, a także o coming outach i o mężu Michale, rozmawia Bartosz Żurawiecki

fot. Paweł Spychalski

 

W swojej najnowszej książce „Zachód słońca na Santorini” opisujesz to, co się działo w Grecji w minionej dekadzie. Owszem, docierały do Polski informacje o neofaszystowskim Złotym Świcie, o uchodźcach i antyuchodźczej histerii, ale podczas lektury uderzyła mnie skala przemocy. Pobicia, napady, podpalenia, morderstwa. Jak w ogóle Złoty Świt mógł się narodzić w Grecji? Na ile jest on emanacją greckiego społeczeństwa?

Grecja ma długą tradycję prawicowych rządów silnej ręki. Przedwojenna dyktatura faszyzującego Joanisa Metaksasa, potem kolaboranci Hitlera i wojna domowa, wreszcie junta czarnych pułkowników w latach 1967-74. W części greckiego społeczeństwa tkwi nostalgia za tego typu władzą. Zresztą lider Złotego Świtu, Nikos Michaloliakos, siedział przez chwilę w więzieniu z byłym dyktatorem, Jeorjosem Papadopulosem, a nawet był liderem jego młodzieżówki.

Z drugiej strony pamięć o hitlerowskiej okupacji i terrorze pułkowników uodporniła Greków na idee skrajnej prawicy. Dlatego też w latach 80. Złoty Świt pozostawał na marginesie. Był partią kanapową, nikt nie brał go na poważnie. W Grecji dokonywał się wtedy proces demokratyzacji, kraj wszedł do Unii Europejskiej. Złoty Świt uaktywnił się po raz pierwszy, gdy w latach 90. wybuchł konflikt z Macedonią o jej nazwę. Grecy zwarli się wtedy narodowo, patriotycznie, więc Złoty Świt próbował coś na tym ugrać. Ale i to nie trwało zbyt długo. Dopiero kryzys ekonomiczny w roku 2009, który naprawdę silnie dotknął Grecję, pozwolił Złotemu Świtowi się wybić. Ponieważ nigdy wcześniej nie rządził, w przeciwieństwie do głównych partii, to nie sposób mu było cokolwiek zarzucić. Przejście z kanapy do parlamentu nastąpiło szybko, w ciągu trzech lat. Do tego doszedł kryzys związany z uchodźcami, z których łatwo można było zrobić kozła ofiarnego. Złoty Świt wykazał się dziwną przenikliwością i skutecznością polityczną. Ale, prawdę mówiąc, też do końca nie rozumiem, jak Grecy mogli przymykać oczy na dziką, żywą, okrutną przemoc na ulicach. Przyczyniły się do tego media. Neonazistów zapraszano do telewizji, by opowiadali o sypiącym się budżecie, a nie rozliczano ich z pogromów. Potem jeszcze przyszła europejska fala populizmu, na którą Złoty Świt też wskoczył.

Czy widzisz jakieś podobieństwa między tamtą Grecją, a tym, co teraz dzieje się w Polsce?

Myślę, że Polska jest teraz w momencie, w jakim Grecja była nieco ponad dekadę temu. Gdy neofaszyści rośli w siłę, gdy nauczyli się występować w mediach, ładnie ubierać, prezentować i wypowiadać, nie afiszować się ze swoimi faktycznymi poglądami. Mówili tylko to, co dziennikarze i widzowie chcieli usłyszeć. Rzecznik Złotego Świtu, Ilias Kasidiaris bardzo mi się kojarzy z Krzysztofem Bosakiem. A ci wszyscy zadymiarze z brygad uderzeniowych to jest ONR. ONR z Marszu Niepodległości.

Złoty Świt był ksenofobiczny, nacjonalistyczny, antyimigrancki. Ale czy był także homofobiczny?Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.