Mikołaj Jabłoński działa na rzecz osób niewidomych i słabowidzących

Z MIKOŁAJEM JABŁOŃSKIM, współtwórcą kanału VIP Team o osobach niewidomych i słabowidzących, rozmawia Michał Pawłowski

fot. Paweł Spychalski

Z przyjaciółką Moniką Dubiel tworzycie w sieci treści wideo, w których opowiadacie o tym, jak żyją osoby niewidome i słabowidzące. Na TikToku o nazwie VIP Team (ang. visually impaired person) team macie ponad 650 tysięcy obserwujących, a na YouTubie ponad 76 tysięcy subskrypcji. Wasze rekordowe treści docierają do ponad miliona osób. Skąd pomysł na taką działalność? Pandemia to był płodny czas dla twórców. Na jej początku nagrywałem już na YouTubie filmiki o moim życiu z perspektywy osoby słabowidzącej. Zainteresował mnie TikTok i gdy spotkałem się z Monią na winku, opowiedziałem jej o nim, bo jako osoba niewidoma nie mogła z niego korzystać. Potem nagrałem Monikę, jak odpowiada na trzy pytania, które często są zadawane niewidomym (skąd niewidoma wie, czy jest noc, czy dzień, jak w języku Braille’a zapisać „dziękuję”, jak niewidoma się podciera?), a następnie za jej zgodą opublikowałem ten materiał. Patrzymy następnego dnia – jakieś ogromne zasięgi. Po kilku tygodniach zaczęliśmy do tego podchodzić poważnie i działać pełną parą.

Bez ogródek omawiacie rownież życie seksualne osób z niepełnosprawnością wzroku. Napotykacie opor ze strony odbiorców?

Kiedy mowa o seksie osób z niepełnosprawnościami, to zazwyczaj przed oczami mamy albo osoby na wózkach, albo z niepełnosprawnością intelektualną. Natomiast rzeczywiście, potrzeb tych grup mniejszościowych, które mogą mieć troszkę bardziej specyficzne potrzeby co do edukacji seksualnej, jest o wiele więcej. My postanowiliśmy mówić o swojej seksualności, czyli osób z niepełnosprawnościami wzroku. To się cieszy zainteresowaniem. Wiele osób zaczęło nas oglądać właśnie od momentu, kiedy zaczęliśmy poruszać „odważniejsze” tematy. Pierwszy taki film zrobiliśmy z okazji walentynek w zeszłym roku – o randkowaniu. Opowiedzieliśmy wtedy o naszych doświadczeniach z Tindera.

Jakie są te doświadczenia? Na ile inne są randki osób słabowidzących lub niewidomych?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Klaudia i Alena Szyszki o swojej tęczowej rodzinie

Z KLAUDIĄ i ALENĄ SZYSZKAMI, mamami małej Dalianki, które na Instagramie prowadzą popularny profil @teczowe_szyszki, rozmawia Michalina Chudzińska

fot. Daria Joy Olzacka

W kwietniu tego roku, jeszcze przed narodzinami Dalianki, wystąpiłyście w Dzień Dobry TVN, robiąc tym samym coming out na dużą skalę, i opowiedziałyście milionowej publiczności o swoim związku i przygotowaniach do narodzin dziecka. Jak to się stało, że znalazłyście sięDDTVN?

Alena: Dzięki Instagramowi. Na początku lutego zrobiła się na naszym profilu pierwszy raz drama. Hejterzy pisali, że to nie do pomyślenia, by dwie lesbijki miały dziecko, bo zrobimy mu krzywdę. Starałyśmy się to ignorować. Zresztą wiele osób stanęło w naszej obronie. Burza na szczęście ucichła – i wtedy napisali do nas z „DDTVN”. Zaproponowali występ na żywo, zgodziłyśmy się bez wahania, ale po agresji Rosji na Ukrainę nas odwołali, po czym zapytali, czy zgodziłybyśmy się, by do nas przyjechali nakręcić reportaż. Zgodziłyśmy się znów bez wahania.

Z jakimi reakcjami się spotkałyście po programie?

A: Negatywnych nie było. Wielu znajomych napisało z gratulacjami. Do Klaudii odezwała się nauczycielka z gimnazjum, do mnie moja dawna klientka z pracy, która nie wiedziała o mojej orientacji. Pogratulowała, powiedziała, że przyniesie prezent dla dzieciaczka, jak się urodzi. Reakcji pozytywnych dostałyśmy wiele.

A jak wychodzicie razem z Dalianką, to zdarza się, że ktoś was zaczepia i mówi, że pary jednopłciowe nie powinny mieć dzieci czy coś podobnego?

A: Tylko na IG tak było, na żywo ani razu.

Jaka była wasza droga do decyzji o dziecku?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Pink MMA – cios poniżej pasa

Największą zwyciężczynią PINK MMA była występująca w przerwie Mandaryna, której udało się wygrać z własną skalą i słuchem. Przegrały natomiast – moralnie i finansowo – organizatorki.

fot. Marcin Krassowski

Mało znany fakt: pionierem LGBT-owskich mieszanych sztuk walki (ang. mixed martial arts, czyli MMA) jest Marcin Najman, człowiek, który w oktagonie częściej leżał, niż stał. W październiku 2021 r. ów zaprosił na galę MMA VIP wyoutowanego Piotra „Mua Boya” Lisowskiego, który starł się z Ulą Siekacz. Po zwycięstwie celebryta poszedł – nomen omen – za ciosem: wrócił do klatki w marcu 2022 r. i pokonał Michała „Polskiego Kena” Przybyłowicza.

Miłe złego początki

No ale gdzie Rzym, a gdzie queer! W połowie maja Ewa Lubert i Agnieszka Skrzeczkowska obwieszczają, że na ich imprezie tęcza będzie nie akcentem, a motywem wiodącym. „Nasze przesłanie jest proste: nie bój się być sobą” – piszą w mediach społecznościowych. Na promującej galę konferencji stawia się drugi, albo wręcz trzeci garnitur gwiazd (i to taki z wypożyczalni). Na ściance pozują m.in. Tomasz Malcolm (ciut mniej znany z modelingu, ciut bardziej: z bycia synem Moniki Richardson), Dżaga (przyjaciel i/lub performer Dody) oraz Stifl er z „Warsaw Shore” (zasłynął, oferując nastolatce seks oralny oraz przeszczepiając sobie włosy). Heheszki uskutecznia ze sceny Jaś Kapela, który zaprasza do oktagonu (a więc na ośmiokątną „arenę”) Jarosława Jakimowicza.

Różowe MMA natychmiast rozgrzewa do czerwoności heteroportale. „Udział (w gali – dop. red.) wezmą homoseksualiści, transseksualiści i inne twory osobowościowe należące do szeroko pojętego środowiska LGBT” – dworuje sobie na łamach MMA.pl Mateusz Paczkowski, dodając, że podczas imprezy zmierzą się Jakub Cheer z Dariusem Rose („dwójka mężczyzn, a przynajmniej tak nam się wydaje”). Publicity zapewniają inicjatywie media od Sasa do Lisa: Pomponik, Plejada, Eska, Świat Gwiazd, Telemagazyn, SpidersWeb, „Super Express” i naTemat.pl.

Wsiąść do Ubera byle jakiego

Kwadrans przed startem nic nie wskazuje, by Centrum Targowo-Kongresowe Global EXPO miało być gospodarzem wydarzenia. Mijam niszczejące hale bliźniaczego dom- EXPO. Z dziur w miejscach, gdzie kiedyś były szyby, wychodzą ukraińskie dzieci, kłócąc się o to, kto w zabawie w wojnę ma odgrywać Rosjan.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Areta Szpura – moda, ekologia i LGBT+

Z ARETĄ SZPURĄ, influencerką i aktywistką klimatyczną, rozmawia Małgorzata Tarnowska

Areta Szpura – influencerka i aktywistka klimatyczna, autorka książek o klimacie „Jak uratować świat?” (2021) i „Instrukcja obsługi przyszłości” (2022). Współzałożycielka marki modowej Local Heroes, której ubrania nosiły światowej sławy gwiazdy (np. Rihanna). W 2017 r. odeszła z marki, by działać na rzecz Ziemi. Obecnie możemy ją oglądać gościnnie u boku Kasi Zillmann (wyoutowanej olimpijki, bohaterki okładkowego wywiadu „Repliki” nr 93/2021) w ostatnim, czwartym sezonie serialu „Kontrola”.

Jak trafiłaś do Kontroli? Nie wiem, na jakim świecie żyłam, (śmiech) ale nie słyszałam o „Kontroli”, zanim odezwała się do mnie Natasza Parzymies (twórczyni serialu – przyp. red.). Napisała do mnie koło października na Instagramie, że robi polską wersję „Th e L Word” i że podobała jej się tamtejsza idea guest appearances. A że jestem niespełnioną aktorką (śmiech) – jako mała dziewczynka chodziłam na castingi do seriali – stwierdziłam, że nie dość, że to superprojekt, to jeszcze spełnienie marzeń, oczywiście się zgodziłam.

Jak wspominasz pracę na planie?

Scenę ze mną kręcono nocą koło mojego domu, więc jechałam na plan na rowerze, słuchając Hannah Montany, i czułam się przewspaniale. Wszyscy w ekipie byli młodzi i kumaci. Z automatu było mleko owsiane przy kawie, a departament kostiumów chodził po lumpach. Dużo rzeczy, o które na większości planów się walczy, tam było oczywistych. Czuć było w powietrzu, że tworzy się coś, co zmieni historię.

Jak ci się pracowało z Kasią Zillmann i pozostałą ekipą aktorską?

Poznałyśmy się z Kasią na planie i od razu się skumałyśmy. Do tej pory się śmiejemy, że nasze role to „koleżanka nr 1” i „koleżanka nr 2” (Kasia i Areta pojawiają się w jednym z odcinków jako znajome Majki, jednej z głównych bohaterek – przyp. red.). Byłam zajarana i bawiło mnie, że mogę mówić, że jestem aktorką. Potem często na siebie z Kasią wpadałyśmy, ostatnio nocowała u mnie z dziewczyną, czekając na pociąg. Okazało się też, że Ewelina Pankowska (odtwórczyni roli Majki – przyp. red.) mieszka blok obok mnie!

Jak występ w Kontroli wpisuje się w twoją działalność influencerską?

Dwa lata temu – nawet ciężko powiedzieć, czy zrobiłam coming out, bo nie czuję się w ten sposób, ale zaczęłam brać udział w różnych akcjach LGBT+, np. „Głosuję na miłość” organizowaną w 2019 r. przez Kampanię Przeciw Homofobii. W 2020 r. pojawiłyśmy się z moją dziewczyną Agą na okładce „Women’s Health” jako pierwsza homoseksualna para – dwa lata przed „Vouge’iem” (który w czerwcu br. wyszedł z dwiema okładkami – przedstawiającymi pocałunek pary dziewczyn oraz pary chłopaków – przyp. red.)! Nie jestem wielką czytelniczką „Women’s Health”, ale mega się jarałam, że taki magazyn miał odwagę to zrobić. Że będziemy w kioskach, na stacjach benzynowych. Była radość, ale też strach, czy nie będą robili akcji palenia magazynu.

Obawy były słuszne?

Nie było akcji sprejowania okładek jak w przypadku „Vogue’a”. Ale też my na naszej się nie całowałyśmy, nie było plakatów z okładką. Po prostu byłyśmy ze sobą i byłyśmy podpisane jako para. Cieszyłam się, że przełamujemy stereotypy – po prostu dwie dziewczyny w sukienkach, jak w parku.

Skąd się wziął ten pomysł?

Poczułam, że jest potrzeba, by jak najwięcej osób było widocznych. Wcześniej nie ukrywałam swojej relacji na IG, ale też nie chciałam, żeby ludzie obserwowali mnie tylko dlatego. To nie był mój główny nurt aktywistyczny: robiłam różne własne rzeczy, a to, że jestem w nieheteronormatywnym związku, to był dodatek. Cieszę się, że to się rozwinęło w takiej kolejności – bo mam nadzieję, że pokazało tę złożoność wielu obserwującym mnie osobom.

Teraz zajmujesz się działaniem na rzecz klimatu, wcześniej byłaś silnie związana z modą.

Moje zajawki często stawały się moją drogą zawodową. Początkowo była to moda, w której przeszłam przez wszystkie możliwe etapy – od bycia asystentką stylistki, przez pracę w magazynach, po założenie własnej marki Local Heroes i bycie szefową – i była to superprzygoda. Ale w pewnym momencie zaczęłam czuć zgrzyt. Akurat byłam w Kalifornii. W księgarni na dziale moda zobaczyłam książkę Elizabeth C. Cline Overdressed: Th e Shockingly High Cost of Cheap Fashion [Prze- -brani. Szokująco wysokie koszty taniej mody]. Do dzisiaj pamiętam okładkę. Zaczęłam ją czytać i pomyślałam: „O, fuck. Nigdy nie zadawałam sobie tych pytań”.

Jakich?

Kto produkuje rzeczy, które są w sieciówkach, i dlaczego są takie tanie. Jaki to ma wpływ na środowisko. Byłam coraz bardziej wstrząśnięta. Kupiłam książkę, poszłam na plażę ją przeczytać, i zaczęłam temat googlować, oglądać dokumenty. Wróciłam do kraju przerażona, że jest cała strona uwielbianej przeze mnie mody, z której nie zdawałam sobie sprawy i która nie jest taka fajna. Było mi coraz gorzej prowadzić firmę. Czułam, że poświęcam czas i energię na projektowanie rzeczy, których nikt nie potrzebuje. Pamiętam moment, w którym miałam przed sobą białe kartki i musiałam wymyślić pięć bluzek i pięć bluz, i zrobić na siłę… Proces odchodzenia z mody i z firmy trwał w sumie dwa lata. Miałam też wspólniczkę. Jak się rozstać, kto przejmuje markę, kto z nią będzie? Teraz marka nadal żyje i ma się dobrze. Każda z nas poszła w swoim kierunku.

Kiedy odkryłaś, że podobają ci się dziewczyny?

W tym sensie również otworzył mi oczy pobyt w Stanach, ale wiadomo, że patrząc z perspektywy, sugestii, że mogą mi się podobać dziewczyny, było dużo więcej. W Warszawie miałam imprezowe przygody, ale kiedy zaczynało być bardziej poważnie – miałam jedną taką historię – totalnie się wystraszyłam, no bo jak ja powiem mamie?

Zdradzisz więcej?

To była koleżanka z podstawówki, która była zupełnie wkręcona w dziewczyny. Miałyśmy romans i to było dla mnie super, ale w pewnym momencie ona bardzo szła do przodu, a ja się przeraziłam. Mam mieć dziewczynę? Totalnie ją zghostowałam i do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. Dzisiaj nawet czasami nasze drogi się przetną. Milion razy ją za to przepraszałam, ale to pokazuje moją ówczesną niedorosłość i totalne zagubienie. W ogóle nie wiedziałam, z kim o tym pogadać, jak się do tego zabrać… Spanikowałam.

Coś się zmieniło w Stanach?

Nikt tam mnie nie znał, jest tam większe przyzwolenie dla osób LGBT+. Wyszukiwałam na Tinderze chłopaków i dziewczyny i zaczęłam się spotykać z ludźmi nawet nie w celach randkowych, ale po prostu, by poznać nowe osoby w dużym mieście. Okazywało się, że z dziewczynami łatwiej mi się gada i dogaduje. Wtedy miałam przebłysk, że może to się jakoś da połączyć – zaczęłam poznawać dziewczyny, które dłużej spotykały się z dziewczynami, i przymierzać się do tego, że tak to może wyglądać. Wcześniej bycie z dziewczyną kojarzyło mi się ze stereotypowymi lesbijkami, z którymi kompletnie się nie utożsamiałam.

Masz na myśli np. nasze dziwne fryzury? (śmiech)

Na przykład. (śmiech) Dopiero w USA zobaczyłam szerszy wachlarz możliwości. Że nie muszę się ubierać tak albo siak, tylko mogę być sobą i być z dziewczynami.

Co było później, po powrocie do Polski?

Zostawiłam sobie te same ustawienia na Tinderze. (śmiech) A miałam ustawione już tylko dziewczyny. Przeglądałam sobie tego Tindera, byłam na jednej czy dwóch randkach. Aż wreszcie spotkałam na Tinderze Agę, z którą wcześniej się kojarzyłyśmy przez jej siostrę bliźniaczkę. Napisałam do niej dla beki, czy idziemy na randkę, bo nas zmatchowało…

i od tego czasu jesteście razem.

Osiem lat później nadal to chodzi. Na początku miałyśmy odwagę kontaktować się ze sobą tylko podczas imprez, ale w końcu odważyłyśmy się pójść na trzeźwą randkę i spojrzeć sobie w oczy. Nie mogłyśmy przestać się spotykać, było raz lepiej, raz gorzej, i tak ciągnie się do dzisiaj.

Jak wspominasz swój coming out przed rodzicami?

Coming out zrobiłam przed rodzicami dopiero po roku, odkąd się poznałyśmy z Agą. Postanowiłam przestać mówić, że znowu jadę nocą do koleżanki, bo czułam, że ta wymówka przestaje być przekonująca. (śmiech) Moi znajomi wiedzieli od początku, przyjaciółki dopingowały mnie i malowały przed randkami. Ale rodzicom długo bałam się powiedzieć, nie dlatego, że jestem z dziewczyną – bo czułam, że to przyjmą raczej OK – tylko dlatego, że nigdy nie gadałam z nimi o uczuciach i związkach. Zresztą nie było wcześniej nikogo na tyle poważnego, żebym chciała go im przedstawić. A tutaj czułam, że chciałabym móc wziąć Agę do domu i nie nazywać jej koleżanką, tylko dziewczyną. Pamiętam, że napisałam listę tego, co im chcę powiedzieć, żeby ze stresu nie zapomnieć słów. (śmiech) Poczułam ogromną ulgę, kiedy to zrobiłam. I spotkałam się z superprzyjęciem. Okazało się, że najbardziej problematyczne było to w mojej głowie.

Byłłzy?

Z mojej strony na pewno. Rodzice powiedzieli, że czuli to wcześniej. Ale to ludzie, którzy raczej nie będą pytać, tylko zaczekają, aż sama powiem.

Jak zareagowała dalsza rodzina?

Największy stres był z babciami. Z coming outem przed nimi czekałam dłużej. Obie mieszkają w mniejszych miastach, więc mała była szansa, by się poznały z Agą. Dopiero kilka lat później, pod wpływem kolejnych pytań, czy mam chłopaka, chciałam im móc opowiedzieć, że jestem na wakacjach z dziewczyną, a nie ze współlokatorką. Nie spotkałam się z hejtem, ale z niezrozumieniem. Nie wiedziały, jak się do tego ustosunkować. Kilka lat temu, kiedy była brutalna nagonka na osoby LGBT+, bały się, żeby nikt nie zrobił mi krzywdy. Teraz traktują Agę jako jedną ze swoich wnuczek.

Miałaś jakiś coming out w szkole?

Nie myślałam o tym w kontekście siebie, ale pamiętam, że jarałam się lesbijką z YouTube’a, która robiła filmiki ze swoimi dziewczynami i opowiadała o swoim życiu. To były początki tej platformy i było tam bardzo mało kontentu, a filmy tej dziewczyny miały ze sto wyświetleń. Nigdy nie jarałam się też chłopakami jako nastolatka – nie miałam plakatów Backstreet Boys czy Aarona Cartera. Zawsze to były bliźniaczki Olsen, Hilary Duff i Lindsay Lohan. (śmiech) Poza tym pamiętam serial „Skins” i lesbijską parę w jednym z sezonów – mój ulubiony wątek, który oglądałam z wypiekami na twarzy. Wtedy już miałam crusha na Naomi, ale nikomu o tym nie mówiłam. W branży modowej też miałam w otoczeniu bardziej dziewczyny niż kolegów. Nie za dużo randkowałam, byłam skupiona na pracy, a jeśli coś się wydarzało, to przy okazji. Inaczej niż większość moich koleżanek, które miały jednego chłopaka za drugim.

W szkole wyoutowanie się wiązałoby się z odrzuceniem?

Myślę, żę nie – chodzi bardziej o to, że nie było otwartości i ciężko było znaleźć kogoś, kto byłby po tej samej stronie mocy.

Z tej szkoły uciekłaś do świata mody, a ze świata mody do aktywizmu klimatycznego. Zawsze szukasz własnego miejsca?

Totalnie tak jest. Teraz znowu jestem na kolejnym etapie i szukam głębiej. Miałam tak przez całe życie – począwszy od tego, że mam nietypowe imię. (śmiech) Nigdy nie mogłam znaleźć kubka ze swoim imieniem… Musiałam go sobie zrobić. (śmiech) Nie mogłam się dopasować do żadnej grupy. To były małe rzeczy, ale kształtują w dziecku poczucie nie-do-końca- przynależności. Miałam nietypowe dzieciństwo i nietypowy dom – mówiąc ogólnie, moi rodzice nie mieli „normalnych” zawodów i dużo podróżowaliśmy po świecie. Zawsze wracałam z jakimiś warkoczykami na głowie, byłam turbokolorowo ubrana. Odstawałam od grupy, ale nie dopasowywałam się na siłę, tylko szłam za tym, co czuję. Jestem za to wdzięczna wszechświatowi, bo to daje megamoc. Najtrudniejszą decyzją było odejście od mojej firmy i jakkolwiek to było ciężkie, dało mi poczucie, że cokolwiek wymyślę, to zrobię.

Jak widzisz relację między trzema sferami, które są dla ciebie ważne: modą, ekologią i LGBT+?

Na pewno problemem jest pinkwashing, który ma wiele wspólnego z greenwashingiem – marki nagle robią coś z tęczą lub zielonym znaczkiem i oczekują owacji na stojąco. Nie wiem, co o tym myśleć – jeśli do wyboru mają robić to lub nie, to oczywiście lepiej, by robiły. Ale byłabym ostrożna i tak samo jak w przypadku środowiska, zapytałabym, co tak naprawdę dana marka zrobiła na rzecz równości, również wewnątrz firmy. I nie chodzi tu o „tęczowy dzień”, kiedy wszyscy pracownicy muszą przyjść do pracy ubrani na kolorowo, nawet gdy nie mają na to ochoty.

Jak uniknąć pułapek pinkwashingu?

Trzeba sprawdzać firmy z z tęczowym logo – co za tym idzie: czy tylko fajne rzeczy, zniżka lub tęczowy produkt, z którego dochód częściowo zostanie przekazany na coś? W drugim przypadku dana firma po prostu mogłaby przekazać zysk na fundację, a nie zrzucać odpowiedzialności na konsumenta – że jeżeli kupi produkt, którego nie potrzebuje, to zysk pójdzie na fundację. Z drugiej strony jeśli tęczowe rzeczy są w czerwcu na wystawach, to pojawia się pytanie: czy będą tam nadal w lipcu? Jak zrobić, żeby tęcza trwała 12 miesięcy? Cieszę się, że jest Parada, ale chciałabym, żeby nie był to jedyny dzień w roku, kiedy możemy przejść ulicami w takich ubraniach, w jakich czujemy się dobrze, i nie bać się wpierdolu.  

Lu Olszewski rozgryza swoją niebinarność

Z LU OLSZEWSKIM, aktywistką na rzecz osób niebinarnych, asystentką posłanki Lewicy Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

fot. Anna Huzarska

Czego brakuje społeczeństwu polskiemu w sprawie postrzegania osób niebinarnych?

Wiedzy na temat niebinarności. Ale żeby mówić o jej zdobywaniu, Polacy i Polki musieliby wiedzieć, że osoby niebinarne w ogóle istnieją. Mimo że społeczeństwo jest zaznajomione ze skrótem LGBT, z reguły odnosi się tylko do dwóch pierwszych literek. Niebinarność jako podzbiór transpłciowości nie jest widoczna. Rozpoznanie osób poza binarnym spektrum będzie wymagało też zrozumienia, że podział na mężczyznę i kobietę jest bardzo wąski, a tym samym skonfrontowania się z własnym postrzeganiem płci. To rodzi kolejne problemy, bo część osób nie będzie w stanie sobie wyobrazić, że istnieje coś poza binarnym podziałem płci. Przecież społeczeństwo, kultura, zdobycze cywilizacyjne są oparte na binarności.

Czy w społeczności LGBTQ+ zrozumienie niebinarności jest prostsze?

Tak, bo wiedza na temat transpłciowości i niebinarności jest większa. Tożsamość płciową dzielimy na cis i trans, a trans dodatkowo na binarną i niebinarną. Najszersza definicja mówi o tym, że osoby trans nie identyfikują się z płcią przypisaną im przy urodzeniu. Osoby niebinarne też się z nią nie identyfikują, tak samo jak z płcią „przeciwną”. Zdarzają się jednak osoby LGB, które nie uważają, że transpłciowość jest valid, uprawomocniona.

Jeżeli społeczeństwo miałoby świadomość, że niebinarność istnieje, czy możemy wyobrazić sobie lepszy świat, w którym osobom poza spektrum byłoby najlepiej?

Jasne, że możemy. Już w rdzennych kulturach amerykańskich mamy osoby two- -spirit. Inne tożsamości płciowe występują też w Indiach i Oceanii. W dużej mierze to kultura białego człowieka ustaliła binarny podział na kobietę i mężczyznę. Wmówiono nam, że jest naturalny. Nie jest. Do lepszego świata niewiele trzeba. Tym bardziej obalenie binarnego podziału sprawi, że cis kobietom i mężczyznom będzie lżej w życiu. Nie istnieją twory idealne stuprocentowych mężczyzn i kobiet. Tak mocne performowanie narzuconych zachowań jest szkodliwe, bo te cechy nie są nasze. Są wyobrażone.

Dlaczego tak kurczowo się trzymamy tego podziału?

Dlatego że taka jest nasza kultura. Binarność wdrukowywana jest nam od dziecka. Począwszy od koloru różowego dla dziewczynek, niebieskiego dla chłopców czy podziału na toalety męskie i damskie. Oderwanie się od tego będzie wymagało dużo pracy. Podobnie mają ateiści w Polsce. Binarne postrzeganie płci to tak samo silny konstrukt jak konstrukt Boga. By pozbyć się tych kulturowych naleciałości, potrzeba wysiłku. Ten może odstraszać. Osoby boją się też tego, co mogą znaleźć, gdy zaczną pracować na własnej tożsamości. Jeśli poddasz w wątpliwość coś tak podstawowego w naszej kulturze jak podział płciowy, wyruszasz w podróż do dziewiczego kraju. Nie wiesz, co w nim znajdziesz.

Jak wygląda twoja podroż?

Zrozumiałam, że jestem osobą niebinarną stosunkowo późno, bo miałam 38 lat. Wtedy nagle całe moje życie nabrało sensu. Zaczęłam rozumieć, dlaczego przez ten czas czułam się wyobcowana, nie na miejscu. Dlaczego, wchodząc w interakcje, miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Około osiemnastki zadałam sobie pytanie: „Czy nie jestem przypadkiem trans dziewczyną?”. Postanowiłam, że z pełną otwartością przyjmę każdą odpowiedź. Chciałam wiedzieć, o co chodzi. W mojej głowie pojawiło się stwierdzenie: „Nie, nie jesteś trans”. Wtedy jednak nie znałam terminu niebinarności. Dlatego założyłam, że skoro nie jestem trans dziewczyną, muszę być cis facetem. Całe następne 20 lat starałam się tak żyć. Tyle tylko, że próbowałam performować swoją męskość tak, by nie krzywdzić innych osób, żeby nie być, de facto, toksycznym mężczyzną.

Było to trudne?

Stosunkowo proste było nieodgrywanie maskulinistycznych, toksycznych konstruktów. Okazało się to zajebiście benefitujące, bo miałam lepsze kontakty z kobietami, czułam się lepiej sama ze sobą. Żyłam w lewackiej banieczce. Jednak nawet jak starałam się performować nietoksyczną męskość, nie do końca mi to wychodziło, bo nie jestem facetem. Nadal czułam wewnętrzną niezgodę.

W felietonie w niebinarnym zinie Poczytałosienapisałaś, że początkowo swoją niezgodę nazywałaś filozoficznym weltschmertzem.

W wieku 38 lat zrozumiałam, że to dysforia płciowa. Nie spowodowało to jej wyeliminowania, ale na pewno pomogło ją zmniejszyć. Dysforia pochodząca od ciała jest u mnie trochę mniejsza niż – uogólniając – u osób transpłciowych binarnych. Zaczęłam jednak tranzycję społeczną – zmieniłam imię na neutralne płciowo, przestałam kupować męskie ciuchy i bieliznę. Oczywiście mogę sobie pomarzyć, że nasze społeczeństwo zaakceptuje moją tranzycję. Na szczęście mam ją przeprowadzoną w moim najbliższym otoczeniu, wśród rodziny, osób przyjacielskich i tych, z którymi pracuję. Nie traktują mnie jak faceta, a to wielki plus.

Aby osoba w pełni siebie zrozumiała, pewnie musi gruntownie się sobie przyglądać. Co dla ciebie było największym odkryciem?

Przez kawał mojego życia byłam nieszczęśliwa. Oczywiście bywały okresy, w których czułam się szczęśliwsza niż zazwyczaj, ale nigdy nie zaznałam niczym nieobarczonej radości jak osoby cis płciowe. W którymś momencie dokonałam wiwisekcji samej siebie. Po kolei brałam na warsztat wszystkie moje zachowania, postawy, emocje. Jeżeli dochodziłam do wniosku, że pochodzą one ode mnie, afirmowałam je. Jeżeli z konstruktu płciowego – pracowałam, aby je usunąć lub zmarginalizować.

W procesie terapii poszukiwałam też wewnętrznego dziecka, by się nim zaopiekować. Nie mogłam go znaleźć. Patrzyłam w siebie i nie widziałam nic. Było to przerażające, bo myślałam, że je zabiłam. Momentem przełomowym okazało się, gdy zrozumiałam, że przez cały czas szukałam wewnętrznego chłopca. Zaczęłam rozglądać się za wewnętrzną dziewczynką. Wtedy się znalazłam. Było to kilka lat temu. Po procesie poszukiwania już wiem, że nie jest to ani chłopiec, ani dziewczynka, tylko po prostu dziecko.

Które cechy są twoje, a które odebrałaś jako konstrukt kulturowy?

Na przykład w domu nie zajmuję małymi naprawami. Jeśli psuje się kran lub odpada tynk, dzwonię po fachowca. Robię to mimo że mam wszystkie skille, bo mój tatuś jest emerytowanym murarzem i w wakacje często z nim pracowałam. Z drugiej strony bardzo lubię rąbać drewno i jeżeli mam okazję to zrobić, chwytam za siekierę. Są to zachowania kulturowe i leżą dość płytko w moim ja, dlatego łatwiej mi sobie z nimi poradzić. Ale są też takie, które siedzą głębiej, na przykład zaprzestałam performować męskich ról w łóżku. Nie uprawiam seksu PIV (penis-in-vagina, penis w waginie – przyp. red.). Porzucenie tego konstruktu, który mówił, że to jedyny słuszny sposób na seks, dało mi bardzo dużą satysfakcję.

Z jakimi osobami się spotykasz? Płeć ma dla ciebie znaczenie?

Jest to trochę tricky pytanie. Mogłabym powiedzieć, że odkąd zdałam sobie sprawę, że nie jestem cis-mono-hetero-normatywna, spotykam się z samymi kobietami. Ale nie byłaby to do końca prawda, bo teraz moim chłopakiem jest osoba niebinarna. Nigdy nie spotykałam się z osobami z penisami. Nie dlatego, że nie są dla mnie pociągające, tylko przez to, co jest do penisa „przyczepione”.

Co masz na myśli, mówiąc, że twoim chłopakiem jest osoba niebinarna?

Oboje wymykamy się podziałom na K i M, ale w naszej relacji ja jestem dziewczyną, a ono moim chłopakiem. I że odnosi się to do relacji między nami, a nie do naszych płci.

Czy mogłabyś opisać te role/miejsce w związku?

Wolałabym nie wchodzić w szczegóły mojej relacji.

A co do tego, co jest przyczepionedo penisa mowisz o toksycznej męskości?

Nawet nie chodzi o nią. Tylko bardziej o moje doświadczenia z cis facetami, które społecznie nie są dobre. W XXI wieku w Polsce to po prostu nie jest na tyle fajna grupa, abym z jej przedstawicielami mogła wejść w romantyczne relacje. Mam wielu przyjaciół mężczyzn, którzy wymykają się toksycznej klasy fikacji. Jednak nie sądzę, by oni byli zainteresowani mną. Z drugiej strony trudno byłoby mi się spotykać z gejami, bo oni lecą na facetów, a ja nie jestem jednym z nich. Ta kwestia zostałaby rozwiązana wtedy, gdybym spotkała niebinarną osobę z penisem, z którą mogłabym nawiązać bliższą relację. To jeszcze przede mną.

Żyjesz w bezpiecznej lewackiej bańce. Gdzie szukasz osób partnerskich, aby zachować to bezpieczeństwo?

Dokładnie tak samo, jak osoby cis-hetero- normatywne. Swoją dziewczynę poznałam na Tinderze. Z kolei chłopaka na wieczorku poliamorycznym. Oczywiście transfobia jest realna. Dlatego wybieram imprezy, jak na przykład te queerowe po Marszu Równości, które pozwolą to ryzyko wyeliminować.

Jesteś aktywistką na rzecz widzialności osób niebinarnych. Skąd czerpiesz siły?

Ze swojej potrzeby bycia szczęśliwą. To uczucie przychodzi i odchodzi. Pamiętam, kiedy opadł kurz po pierwszej euforii, gdy zdałam sobie sprawę, że jestem niebinarna, przeżyłam wtedy czarną noc. Zdałam sobie sprawę, że nie ma dla mnie miejsca w naszym społeczeństwie. Będę miała tyle przestrzeni, ile mnie samej uda się wydrzeć. Stwierdziłam, że nie mam na to siły. Zwróciłam się z tym problemem do zaprzyjaźnionej osoby. Powiedziałam jej: „Przez prawie 40 lat udawałam faceta, to poudaję go jeszcze kolejne 40 i tyle”. Odpowiedziała: „To jest twoje życie, możesz z nim robić, co chcesz. Jeśli chcesz performować męskie role, to po prostu to zrób. Jeśli jakikolwiek stopień tranzycji jest dla ciebie za ciężki, to go nie rób”. Dało mi to do myślenia.

Co zrozumiałaś?

To ja decyduję, co, jak i kiedy zrobię. Ale też to, że jestem bardzo uprzywilejowana – przede wszystkim jestem dorosła, więc nikt nie może mi mówić, jak mam żyć; mam ustatkowaną sytuację zawodową, wspierające grono przyjaciół i rodzinę. Dotarło do mnie, że kiedy się rozpycham w społeczeństwie, tym samym robię przestrzeń dla innych osób niebinarnych w mniej uprzywilejowanej sytuacji ode mnie. Poczułam się za nie odpowiedzialna.

Dotarłaś do siebie stosunkowo późno, bo przed czterdziestką. Czy był taki moment, że chciałaś nadrobić te stracone lata?

Nie, pogodziłam się z tym, że już ich nie odzyskam. Kiedyś w niewielkim procencie, ale jednak, udawało mi się żyć w zgodzie ze sobą. Teraz jest to na nieporównywalnie większą skalę. Gdy osoba przechodzi proces tranzycji, tak naprawdę ponownie wchodzi w okres dojrzewania. Dlatego tak ważne jest, żeby wydarzyła się ona przed lub podczas „prawdziwego” dojrzewania. W polskich realiach to rzadkie. Dlatego czasami czuję się jak trzynastolatka (śmiech). Upraszczając jednak mentalnie jestem mniej więcej w tym momencie, w którym osoby są, jak mają 25 lat. Jestem już dorosła i dojrzała, ale ciągle brakuje mi queerowego doświadczenia życia. Zauważyłam tę różnicę doświadczeń w bliskiej relacji z osobą mniej więcej w moim wieku. Tyle tylko, że minęło ponad 20 lat odkąd ona wiedziała, że nie jest heteronormatywna. Ja wiem od pięciu. Mam za sobą dojrzewanie jako facet. Muszę rozmontować to doświadczenie i dorosnąć drugi raz, już w pełni jako osoba niebinarna.

Na początku powiedziałaś o braku wiedzy o osobach niebinarnych w społeczeństwie. Ty edukujesz. Jak wygląda twoja praca?

Działam na kilku polach. Jestem asystentką posłanki Agnieszki Dziemianowicz- -Bąk. Nie tylko pracuję w biurze, ale też wspieram ją w pracy na rzecz osób LGBTQ+. W tym aspekcie moje rozpychanie się polega na wpływaniu na politykę, aby pokazać, że osoby niebinarne istnieją. Nawet przez sam fakt, że w Lewicy takie pracują. Widoczność jest kluczowa, ponieważ na razie jesteśmy na zbyt wczesnym etapie, by wysuwać postulaty polityczne. Gdy jednak się to wydarzy, mogę być osobą ekspercką, służącą swoją wiedzą w projektowaniu działań na rzecz osób niebinarnych.

Pracujesz też we wrocławskiej Kulturze Rowności, prawda?

Tak, w niej działam szerzej, bo na polu wsparcia osób transpłciowych. Obecnie rozpoczynamy projekt, który będzie kursem przygotowawczym do sądowego uzgodnienia płci. Prowadzę również rozmowy z osobami queerowymi i sojusznikami w ramach serii „Równe Rozmowy”. Pracuję przy organizacji Marszu Równości. Czasami też przynoszę, wynoszę i zamiatam. Trzecia gałąź to mój instaaktywizm. Opowiadam, jak w moim wypadku wygląda niebinarność.

Czy twoja praca mogłaby zostać kiedyś ukończona?

Musiałoby to oznaczać, że osoby niebinarne mogą już „normalnie” żyć. Mogą przyjść do rodzica, psychologa, opiekuna i powiedzieć: „Nie jestem płcią, która została przypisana mi przy urodzeniu”. Wtedy dostają wsparcie i narzędzia do tego, by móc odkryć siebie, uzgodnić swoje dokumenty i ciało ze swoją tożsamością. Moja praca byłaby ukończona wtedy, gdy jasne byłoby dla społeczeństwa, że są kobiety, mężczyźni i osoby niebinarne. Choć jeszcze lepiej byłoby, gdybyśmy przestali przypisywać płeć przy urodzeniu i zostawilibyśmy ten wybór konkretnej osobie. Jednocześnie akceptowalibyśmy osoby agenderowe. Nie sądzę, by któryś z tych elementów ziścił się podczas mojego życia. Dlatego praca, którą wykonuję, dla mnie nigdy się nie skończy. [/restrict]

Drag queen Ciotka Ofka – polska i orientalna jednocześnie

Z drag queen CIOTKĄ OFKĄ, czyli z DAWIDEM SURMĄ, rozmawia Mariusz Kurc

Ciotka Ofka

Twoje pierwsze zetknięcie się z dragiem?

Miałem 19 lat, a więc to było 5 lat temu. Mój przyjaciel, Brytyjczyk, który interesuje się dragiem, zaproponował, byśmy zobaczyli razem „RuPaul’s Drag Race”.

Wtedy obejrzałeś ten program po raz pierwszy?

Tak. I nie miałem nic wspólnego ze środowiskiem dragowym czy okołoqueerowym.

Ale wiedziałeś, że w ogóle drag queens istnieją?

Jasne, chociaż to było jakby obok mnie. Niemniej obejrzenie kilku odcinków „All Stars 2” z Katyą i z Alaską, dwiema moimi ulubionymi dragsami do dziś, sprawiło, że ziarno pasji zostało zasiane. Niebawem zauroczyłem się też Trixie Matel, ale szczególnie Jinx Monsoon, ja też jestem przede wszystkim teatralną i komediową „stroną” dragu. Więc ziarno zaczęło kiełkować i 2 lata po tym pierwszym seansie „RPDR” rozkwitło, gdy zdałem sobie sprawę, że nie chcę tylko oglądać innych, chcę sam być drag queen.

A gdy miałeś te 19 lat, to akurat kończyłeś szkołę średnią…

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Transpłciowa pisarka Torrey Peters

W maju odbyła się polska premiera książki „Trans i pół, bejbi” autorstwa Torrey Peters. Ten światowy bestseller opowiada o trzech osobach: transpłciowej Reese, która marzy o macierzyństwie, jej byłej osobie partnerskiej, po detranzycji żyjącej jako Ames, oraz Katrinie, szefowej i obecnej partnerce Amesa. Kiedy Katrina zachodzi w ciążę, Ames wpada na szalony pomysł: powinni we trójkę zająć się wychowaniem dziecka.

fot. Laura Białek

Muszę przyznać, żTrans i poł, bejbiwzięło mnie pod włos. Podeszłam do książki z perspektywą aktywistki, ale ty niespecjalnie przejmujesz się optyką.

Kiedy pisałam „Trans i pół, bejbi”, nie miałam pojęcia, że osiągnie taką popularność. Zakładałam dwa cele. Po pierwsze, chciałam napisać powieść, która przemawiałaby do osób trans w sposób, w jaki my rozmawiamy ze sobą. Po drugie, chciałam pokazać, że ten nasz język jest piękny i zabawny, że stworzyliśmy fantastyczną kulturę, która zaczyna interesować resztę świata. To, co jest świetne w pisaniu, na co nie zawsze mogą sobie pozwolić aktywiści – w fi kcji możesz się mylić. Twoje postacie mogą mieć wady, popełniać błędy, mogą się wygłupiać i być po prostu ludźmi. Twoje przesłanie nie musi być głęboko intelektualne. Jasne, pisanie powieści to intelektualna praca, ale używanie literatury, by pokazać to, co łączy różnych od siebie ludzi, to już coś innego. To oddziałuje na emocje. Mogłabym w debacie o transpłciowości napisać długi esej z argumentami i powoływać się na badania, ale mogę też stworzyć książkę z ludzkimi postaciami, które rezonują z cispłciowymi kobietami. Philip Roth mówił, że domeną polityki jest generalizacja, a literatury specyfi kacja, i całkowicie się z tym zgadzam. To jest książka o bardzo konkretnych osobach. O Reese, o Ames, nie o wszystkich trans kobietach. To jest ich życie, ich problemy, ich zjebane zachowania i przejścia. Jeśli ktoś myśli, że moje postacie są reprezentacją całej społeczności trans, to nie rozumie, na czym polega literatura. Nauczyłam się tego od innych ludzi, zwłaszcza od czarnych kobiet, np. Toni Morrison. Jej proza była do bólu szczera, Morrison niczego nie tuszowała. W swojej pierwszej książce pisała o zinternalizowanym rasizmie, jedną z postaci był czarny mężczyzna, który gwałcił swoją córkę. Niektórzy czytelnicy uważali, że ta książka pokazuje społeczność w złym świetle. Dziś należy ona do klasyki amerykańskiej literatury. Skoro to sprawdziło się w społeczności Afroamerykanów, czemu nie w społeczności osób transpłciowych?

Zawarłaś w książce dużo nieoczywistego, absurdalnego humoru, ktory pojawia się czasem w dramatycznych momentach.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Gej i lesbijka tworzą Niebo

Z AGĄ OZON i ADRIANEM KIEROŃSKIM, wyoutowaną lesbijką i wyoutowanym gejem, którzy tworzą muzyczny duet NIEBO, rozmawia Patryk Radzimski

fot. Lulu Zubczyńska

Muzyczny duet tworzony przez wyoutowanych lesbijkę i geja. Chyba jesteście unikatem, szczegolnie na polskiej scenie muzycznej.

Adrian: Nie zastanawiałem się nad tym nigdy, ale rzeczywiście, też nie kojarzę drugiego takiego duetu!

Aga: Pomyślałam o zespole Th e XX, który wykonuje muzykę alternatywną. Tam na wokalach również znajdziemy lesbijkę i geja, ale z pewnością wciąż jest to rzadkość w muzyce, więc można powiedzieć, że przecieramy szlaki!

Jak się poznaliście i skąd pomysł na NIEBO?

Adrian: Do pierwszego kontaktu doszło na studiach w Lublinie, jednak wtedy każde z nas chodziło własnymi drogami.

Aga: O prawdziwej znajomości można mówić dopiero po studiach, już w Warszawie. Zaczęło się od małych projektów – np. Adrian śpiewał chórki w jednej z moich piosenek, bo wcześniej działałam solowo. Później przyszła pandemia i to był dla naszej znajomości przełomowy czas. Nagraliśmy wspólnie utwór w ramach popularnego wtedy Hot16Challenge. Tak dobrze nam się pracowało, że postanowiliśmy jeszcze podziałać razem – i tak zaczął się nasz projekt NIEBO.

Wasz najnowszy singiel Jakoś to przetrwamyto słodko-gorzka opowieść o otaczającej nas rzeczywistości. Podnosi na duchu, ale jednocześnie sygnalizuje, że musimy mierzyć się z problemami. Problemami, które w dużej mierze dotyczą społeczności LGBT+. Skąd pomysł na taką warstwę liryczną i przesłanie utworu?

Aga: Kluczową część utworu, czyli refren, można było usłyszeć już podczas wspomnianego wcześniej Hot16Challenge i odnosiła się głównie do pandemii. Stwierdziliśmy, że warto rozwinąć ten motyw i stworzyć pełnoprawny utwór. Oboje jesteśmy homoseksualni, widzimy, co się dzieje w naszym kraju, jak jesteśmy atakowani, więc chcieliśmy wyrazić, co czujemy, dodać otuchy osobom LGBT+. Poprzez ten utwór i towarzyszący mu teledysk chcieliśmy pokazać, że też do tej społeczności należymy i jesteśmy z tego dumni. Oczywiście w popkulturze dominuje heteroseksualizm, dlatego każdy krok ku zwiększeniu widoczności nieheteronormatywności jest ważny i będziemy starać się do tego dążyć.

Adrian: Przez długi czas zastanawiałem się, czy powinienem zrobić publiczny coming out. Właściwie oboje nie wiedzieliśmy, czy publiczne mówienie o naszym homoseksualizmie nie wpłynie negatywnie na rozwój naszej kariery. Jednak kończąc prace nad pierwszą płytą, stwierdziliśmy, że chcemy być sobą, tworzyć rzeczy, które naprawdę nam się podobają i są zgodne z naszymi przekonaniami. Dlatego właśnie powstał utwór „Jakoś to przetrwamy”. Warto wspomnieć, że znalazł się on na oficjalnej playliście Spotify „Pride Polska”.

No właśnie zastanawialiście się. Polski show-biznes jest bardzo zachowawczy, wielu artystow_ek wciąż siedzi w szafie. W maju zeszłego roku wyoutował się Andrzej Piaseczny po blisko 30 latach na scenie. Poza nim popularnych wyoutowanych wokalistów czy wokalistek praktycznie nie mamy. Jak widać kariera Piaska wcale na coming oucie nie ucierpiała. Jak myślicie, skąd się bierze ten strach artystów?

Adrian: „Pieniądz nie śmierdzi”, artystom zależy na pojawianiu się w mediach – również tych identyfikowanych z prawą stroną polskiej sceny politycznej. Po coming oucie szansa na współpracę np. z TVP maleje prawie do zera – niestety taka jest rzeczywistość. Artyści stają więc przed wyborem i pewnie muszą przemyśleć, co jest dla nich najważniejsze.

Aga: Wydaje mi się, że to może też być po prostu kwestia obawy przed odrzuceniem, zaszufl adkowaniem.

Adrian: Raczej nie chcę oceniać tego, jak dany artysta czy artystka prowadzi swoją karierę. Natomiast my po prostu zdecydowaliśmy, że chcemy żyć w zgodzie ze sobą.

Oby więcej osób szło waszym tokiem myślenia, bo każdy kolejny coming out przyczynia się do normalizacji nieheteronormatywności.

Aga: Dokładnie. Świetnie czytało mi się ostatni numer „Repliki”, w którym o swoich coming outach opowiedziały aż trzy aktorki młodego pokolenia – jakie to jest wspaniałe! Wśród nich była oczywiście Marcjanna Lelek, która jeszcze przed wyjściem z szafy wystąpiła w naszym teledysku. Szacun za ten krok, bo wydaje mi się, że wśród aktorek to jest jeszcze większa rzadkość niż w przypadku innych zawodów. Być może ze względu na to, jak stereotypowo zazwyczaj rozpisywane są kobiece role w polskim kinie, jest strach przed niewpisaniem się do tego „kanonu” kobiecości.

A propos najnowszego teledysku i udziału Marcjanny zagrała w nim dziewczynę lesbijki mierzącej się z problemem homofobicznej matki. Ciekawe, czy biorąc udział w waszym teledysku, planowała już coming out.

Szczerze, nie rozmawialiśmy z nią o tym, ale oczywiście wiedzieliśmy o jej orientacji i bardzo się cieszyliśmy, że to właśnie ona zagrała tę postać w naszym teledysku. Jeszcze raz gratulujemy jej coming outu i na maksa ją wspieramy! Marcjanna trafi ła do nas dzięki Kamili Janik (absolwentce PWST Kraków), która miała nam zaproponować potencjalne kandydatki na swoją teledyskową dziewczynę. Ostatecznie padło na Marcjannę, z czego bardzo się cieszymy. Dziewczyny wyglądały pięknie w obiektywie, a także świetnie zagrały we wspólnych scenach intymność i uczucie, które przezwyciężyło przeszkody i zewnętrzne akty agresji.

Klip do Jakoś to przetrwamy, o którym rozmawiamy, jest tak naprawdę minifilmem, przedstawiającym historię młodych ludzi mierzących się z problemami pojawia się homofobia, ale też nieplanowana ciąża i idące za nią konsekwencje. Skąd taki pomysł na zobrazowanie tego kawałka?

Teledysk poza formą promocji naszej piosenki był także dyplomem w warszawskiej szkole filmowej – stąd jego długość (10 minut – przyp. red.) i fabularny charakter. Scenariuszem i reżyserią zajęły się moja dziewczyna Lulu Zubczyńska i Agata Długołęcka, która również jest nieheteronormatywna. Lulu w scenariuszu napisała to, co tak naprawdę my sami chcieliśmy przekazać. Jej pomysły nie były przypadkowe, bo sama jest działaczką na rzecz osób LGBT+. Dodatkowo wspólnie z Agatą tworzą kobieco-queerowy kolektyw didżejski San Junipero Girls Crew. W tym roku były odpowiedzialne za organizację ofi cjalnego aftera po Paradzie Równości w klubie Niebo.

Ago, czy historia twojego związku z Lulu ma swoje korzenie właśnie na ścieżce zawodowej?

Aga: Pierwszy raz widziałyśmy się na… Tinderze, ale wtedy nic z tego nie wyszło. Rok później zobaczyłyśmy się na żywo, lecz to wciąż nie było to. Musiał minąć kolejny rok, abyśmy już jako znajome w końcu zaczęły ze sobą pisać. To pisanie przerodziło się później w związek.

A pamiętacie te momenty, gdy zdaliście sobie sprawę, że nie jesteście hetero?

Adrian: Uświadomiłem to sobie już bardzo dawno temu – chyba w piątej klasie podstawówki. Pochodzę z małej miejscowości na Podkarpaciu, więc nie było zbyt wiele osób, które mogły mnie ku temu „zainspirować”. Na szczęście był Internet. Długo ukrywałem, że jestem gejem. Oczywiście mówiłem o tym przyjaciołom i znajomym, ale taki oficjalny coming out, również przed rodziną nastąpił dopiero niedawno – w wieku 29 lat, w święta wielkanocne.

Czyli ogłosiłeś, że jesteś gejem, przy wielkanocnym stole?

Adrian: Tak dosłownie to nie, ale przy okazji tych świąt, gdy byłem w domu rodzinnym. Oczywiście długo się do tego zbierałem, podejmowałem próby przy okazji spacerów z mamą i pieskiem, ale jakoś nie wychodziło. Dopiero przed samym wyjazdem do Warszawy, czekając na autobus, wykrztusiłem do mamy: „Czy zdajesz sobie sprawę, że jestem gejem”? Na co ona odparła – „Tak, wiem od liceum”. (śmiech) Dodała też, że kocha mnie takiego, jakim jestem, że nic od tamtej pory się nie zmieniło, wspierała mnie i wciąż będzie wspierać. Lepiej sobie tego wymarzyć nie mogłem i życzę każdemu takiej sytuacji.

Jaka była reakcja reszty rodziny?

Adrian: Również pozytywna, więc jestem naprawdę szczęśliwy.

Aga: Adrian, jesteśmy siskami, bo mój pierwszy przebłysk też pojawił się w piątej klasie podstawówki, ale właściwie wtedy nie wiedziałam do końca, o co mi chodzi. Podczas akademii szkolnej z okazji Dnia Wiosny jedna ze starszych dziewczyn śpiewała ze swoją koleżanką piosenkę miłosną Franka Sinatry „Something stupid” i jego córki Nancy. Pamiętam, że odgrywała rolę mężczyzny. Miała na sobie męski garnitur i kapelusz. Nie mogłam oderwać wzroku, byłam zahipnotyzowana. Potem nie mogłam przestać o tym myśleć, ale zupełnie nie wiedziałam dlaczego. Tłumaczyłam to sobie fascynacją platoniczną, jakbym po prostu była jej fanką i tego, jak świetną jest wokalistką. Właściwie to dzięki niej i tej historii zainteresowałam się śpiewaniem, a po latach wylądowałam na wokalistyce jazzowej, najpierw w Lublinie, potem w Katowicach, a dziś mogę opowiadać o moim zespole. Dopiero pod koniec liceum w pełni zdałam sobie sprawę, kim właściwie jestem. Zdarzyły się pierwsze mini coming outy w klasie. Wtedy mówiłam znajomym, że chyba jestem biseksualna. I o dziwo wiele osób odpowiadało: „Ej, ja chyba też”! Z czasem doszłam do tego, że jednak jestem lesbijką. Szeroki, opisany w mediach społecznościowych coming out również zrobiłam niedawno – w listopadzie, przy okazji moich trzydziestych urodzin. Rodzice wiedzieli trochę wcześniej i teoretycznie to zaakceptowali, ale raczej nie chcieli, żebym mówiła o swojej orientacji innym w rodzinie.

Adrian: Myślę, że tak naprawdę sam projekt NIEBO w dużej mierze przyczynił się do tego, że zebraliśmy się na odwagę. Ważne jest to wzajemne wsparcie, które motywuje nas do tego, żeby być sobą i żyć w zgodzie ze sobą.

Warto się outować, prawda?

Aga: Zdecydowanie! Poprzez coming outy zachęcamy innych do tego samego. Dzięki temu coraz więcej osób będzie się z tym oswajać.

Adrian: Mamy nadzieję, że niedługo już nikt w Polsce nie będzie bał się mówić głośno o swojej orientacji, wychodzić z tego powodu na ulice i po prostu kochać siebie.

Na waszym kanale poza autorskimi utworami pojawiły się też covery m.in. Lady Gagi. Zgadzacie się ze stwierdzeniem, że Gaga jest jedną z największych ikon LGBT? Ktorzy artyści są waszymi inspiracjami?

Adrian: Gaga jest zdecydowanie tęczową ikoną, co demonstrowała już wiele razy – w utworach, w sposobie, w jaki traktuje swoich fanów i wypowiada się na temat osób LGBT+. Poza tym jest niesamowicie utalentowana, jestem jej fanem i z pewnością mnie inspiruje. No i polecam nasz medley jej hitów, o którym wspomniałeś. Kolejni idole to z pewnością Sam Smith czy Harry Styles.

Aga: Polskim artystą, który nas inspiruje i przy okazji wspiera społeczność LGBT+, jest z pewnością Krzysztof Zalewski, który nie raz pokazał, że jest „za nami”.

Macie na koncie już kilka singli i teledysków, w zeszłym roku ukazał się wasz debiutancki album OLIMP. Jakie są wasze artystyczne plany na przyszłość?

Adrian: Kilka tygodni temu graliśmy na wspomnianym już oficjalnym afterze po Paradzie Równości w warszawskim klubie Niebo. To było dla nas ważne wydarzenie. Czeka nas jeszcze kilka wakacyjnych koncertów – m.in. w Chorzowie, Białymstoku, Otwocku oraz podczas Festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Poza tym powoli zaczynamy pracę nad drugą płytą.

A artystyczne marzenia?

Aga: Na pewno marzą nam się występy na wielkich, festiwalowych scenach. Na razie działamy niezależnie, ale chcielibyśmy w przyszłości nawiązać współpracę z fajną wytwórnią muzyczną. Działamy dopiero nieco ponad rok, ale rozkręcamy się i nie zamierzamy się zatrzymać![/restrict]

Grabari i Irene Salamon o fenomenie przyjaźni gejów i dziewczyn hetero

Właśnie ukazała się książka „Dyskoteki, chłopaki i ogólnie takie, takie”, w której o tym, jak się podrywa chłopaków zarówno na jednorazowe „ustawki”, jak i na dłużej, rozmawiają nasz stały współpracownik PIOTR „GRABARI” GRABARCZYK i projektantka mody IRENE SALAMON, czyli gej i jego przyjaciółka hetero (albo heteryczka i jej przyjaciel gej). U nas Grabari i Irene rozmawiają o fenomenie takich przyjaźni

fot. Adrian Białkowski

Grabari: Gej i jego hetero przyjaciółka w jednym stali domu… Jak my się znajdujemy?!

Irene: Jak my się znajdujemy, gdy nawet nie wiemy jeszcze, że ci nasi koledzy i przyjaciele są gejami?

G: My sami czasami jeszcze tego nie wiemy!

I: Mnie zawsze do nich ciągnęło…

G: Dla takiego dorastającego geja przyjaciółki znaczą wiele, nawet na takim powierzchownym poziomie. Fakt, że otaczał mnie wianuszek koleżanek w szkole był wygodną wymówką, jeśli ktoś podejrzewał mnie o bycie gejem, niezależnie, czy byliby to inni chłopcy, czy rodzice. „Wokół Piotrka to same dziewczyny!” – powtarzała im moja polonistka. Z jednej strony taka iluzja daje spokój, z drugiej buduje fałszywą tożsamość i potem przy coming oucie następuje wielkie zdziwienie, że jak to gej, a tych dziewczyn tyle zawsze było obok… No ale same do mnie lgnęły!

I: Ja też lgnęłam i jak się nad tym zastanowić, to raczej niewiele tych przyjaźni miałam z chłopakami hetero. Czy w tym połączeniu chodzi o podobną wrażliwość? Jej nie warunkuje przecież orientacja, ale może już od najmłodszych lat czujemy, że w opozycji do chłopaków hetero to dziewczyny i geje mogą mieć pod górkę, i to nas podświadomie do siebie zbliża.

G: Swoje robi też brak tego podtekstu romantyczno-seksualnego. Choć pewnie na początku to może być dziwne, bo jednak mamy wtłaczane do głów, że jeśli osoba płci przeciwnej się tobą interesuje, chce spędzać z tobą czas, może to oznaczać tylko jedno. A w naszym przypadku to po prostu szczera sympatia. Nie ma chyba lepszego fundamentu do budowania przyjaźni.

I: Nie ma tych wszystkich gierek, podchodów, rywalizacji. To stwarza bezpieczną przestrzeń, gdzie nie musimy martwić się, co powiemy, jak wyglądamy czy jakie sygnały wysyłamy.

G: Nie do końca rezygnowałbym z tego stereotypowego spojrzenia na wrażliwość, że to jest coś, co łączy kobiety i gejów. Nie bez powodu część homoseksualnych chłopaków ma problem z tym, żeby odnaleźć się w relacjach z kolegami. Brakuje wspólnych tematów, nie chcesz grać w piłkę ani obleśnie komentować dziewczyn, rozmijacie się w zainteresowaniach. Jak chciałem porozmawiać z kimś o Spice Girls czy pobawić się lalkami, to wiedziałem dobrze, do kogo z tym iść, i nie był to żaden z moich kolegów. Chłopcy się nawzajem oceniają, od początku tworzy się system hierarchiczny, w którym najsilniejsi, najbardziej męscy dowodzą grupą, a jak odstajesz, to jesteś wyśmiewany.

I: Podejrzewam, że chłopaki hetero też uwielbiali Spice Girls, ale nawet nie mogli się tym z nikim podzielić, bo przed kolegami głupio się do tego przyznać, a przed dziewczynami tym bardziej. W ich mniemaniu oczywiście – jak pokazuje twój przykład, również oni byliby przez nas zaopiekowani w tej sferze. (śmiech)

G: Czyli kobieca opiekuńczość, mamy kolejny stereotyp do kolekcji!

I: Opiekuńczość po prostu. W naszym gimnazjum czy liceum nie było ujawnionych osób LGBT+, a te, o których wiedzieliśmy, to byli nasi bliscy przyjaciele i pamiętam, że był to dla nas wrażliwy temat – martwienie się o ich bezpieczeństwo, czy będą mogli, tak jak my, hetero, doświadczać tych relacji ze swoimi drugimi połówkami, i jak reagować, gdy pojawiały się pytania czy plotki dotyczące ich orientacji. Czy je od razu dementować, czy jednak przyjmować postawę, w której i tak nie ma w tej informacji nic złego, więc po co zaprzeczać?

G: Przyjaciółki gejów są na froncie, jeśli chodzi o powierzanie tej tajemnicy. Zaryzykowałbym nawet tezę, że zdecydowana większość tych naszych coming outów odbywa się właśnie przed nimi. Że to często one są pierwszymi osobami, które wiedzą, na długo przed rodziną i całą resztą. W moim przypadku było podobnie – po tym jak zakochałem się po raz pierwszy w chłopaku, nie wytrzymałem długo i moja przyjaciółka Monika była pierwszą osobą, przed którą w ogóle zwerbalizowałem to, co się działo w mojej głowie. Ona zresztą poznała też tego chłopaka, bo to wszystko się działo podczas naszego wakacyjnego wyjazdu, więc czułem, że mogę się przed nią otworzyć. Cała rzecz miała miejsce na Gadu-Gadu, bo nie miałem na tyle odwagi, żeby zrobić to twarzą w twarz.

I: I jak zareagowała? Była zaskoczona czy już się czegoś domyślała?

G: Jej reakcja była pozbawiona jakiejkolwiek oceny. Była raczej taka zapewniająca, że nic się między nami nie zmieni i wszystko będzie w porządku. Bo oczywiście w tej wiadomości wyraziłem taką obawę i dodałem, że mam nadzieję, że ta informacja nic między nami nie popsuje. Z perspektywy czasu bardzo mnie to wzrusza, bo dojrzałość, którą ona wtedy się wykazała, to nie jest coś, czego można wymagać od 17-latków. A dla mnie tych kilka słów wsparcia oznaczało cały świat. Nie miałem też żadnych wątpliwości, że ten „sekret” zostanie między nami. Przy coming oucie wchodzi się na poziom zaufania, który wybija poza skalę.

I: Zapytałam, czy się domyślała, bo wspominając coming out jednego z moich przyjaciół, pamiętam, że ja wiedziałam, że on jest gejem, ale czekałam, aż on się zdecyduje, żeby mi to powiedzieć. Poprzedzały to różne rozmowy, w których sugerował, że np. podoba mu się jakiś chłopak, ale nie było takiej defi – nitywnej deklaracji. Pewnego razu spotkaliśmy się w knajpie i tam zrobił przede mną coming out, który mnie wprawdzie nie zaskoczył, ale też wiedziałam, że muszę poczekać i nic nie wymuszać. I gdy powiedział mi, że jest gejem, to chciał, żebym o to pytała więcej, bo miał do przekazania i nadrobienia tyle informacji i opowieści, którymi wcześniej się nie dzielił, a ja też w swoich pytaniach o jego miłostki byłam bardziej zachowawcza.

G: Coming out bez wątpienia rozpoczyna nowy rozdział w takiej relacji, bo możemy już mówić o wszystkim. Ale jest jeden temat, który przyćmiewa inne. Chłopaki.

I: Bo ostatecznie chodzi o nich właśnie! Oczywiście, nasze zainteresowania wykraczają poza randkowanie i seks, ale możliwość swobodnej rozmowy o tym, kto nam się podoba, o naszych doświadczeniach, nadziejach i porażkach… To ekstremalnie zbliża.

G: Moja przyjaciółka na studiach na wieść o tym, że jestem gejem, odparła z entuzjazmem: „W końcu będę miała z kim porozmawiać o robieniu laski”, i nie myliła się.

I: Ja również takie porady dotyczące seksu oralnego otrzymałam i w myśl zasady, że mężczyzna wie najlepiej, jak zadowolić innego mężczyznę, przyjęłam je do wiadomości.

G: Dużo mówi się teraz o fetyszyzacji przyjaciela geja i ja absolutnie wierzę i wiem z własnego doświadczenia, że geje i ich przyjaciółki mają też inne tematy do rozmów niż kolesie, seks i ciuchy, ale nie zamierzam z akurat tym stereotypem jakoś specjalnie walczyć.

I: Są różne rodzaje znajomości i ich centrum zainteresowań jest gdzie indziej, ale w naszym przypadku bardzo często rozmawiamy o chłopakach, make-upach i modzie, bo to jest część naszego życia i ja się w ogóle tego nie wstydzę. W przypadku ciuchów choćby – to jest dla mnie ważne, jak wyglądam, sprawia mi to dużo frajdy i zawsze otaczałam się ludźmi, którzy te zainteresowania albo podzielali, albo choćby rozumieli. Bez względu na ich orientację.

G: Oj, już bez przesady, że bez względu na orientację. Cytując Madonnę: „Jeśli dwóch pedałów mówi ci, że coś wygląda źle, jesteś w tarapatach”. Ważne i potrzebne słowa.

I: Zapisuję.

G: Na celowniku są ostatnio dziewczyny, które mają przyjaciół gejów, ale jednocześnie wiążą się z homofobami, nie podejmując raczej żadnych działań, aby tym swoim facetom przemówić do rozsądku. Pytanie, czy to jest w ogóle ich zadanie i odpowiedzialność? Czy da się jednocześnie funkcjonować w tak odległych od siebie światach?

I: Dyskutowałam niedawno z koleżanką o binarności świata. Zaczynamy oswajać się z faktem, że ta binarność w kontekście orientacji seksualnych czy tożsamości płciowych nie jest dobra – że tych kolorów jest dużo więcej i wiele może nas ominąć. To binarne spojrzenie towarzyszy nam wszędzie: albo jest się za jedną opcją polityczną, albo za drugą. Albo ktoś jest homofobem, albo sojusznikiem. Dzieląc świat w ten sposób, nie jesteśmy w stanie znaleźć pierwiastka, który nas połączy. Mówienie o tej sytuacji, o której wspomniałeś, w taki sposób, przypisuje odpowiedzialność za chłopaka na jego dziewczynie, co jest częstym zjawiskiem – kobieta ma być odpowiedzialna za swojego mężczyznę. On jest niby uważany za tę decyzyjną stronę, ale jak tylko ma to jakieś negatywne konotacje, to ona nie daje z siebie wystarczająco dużo i wymaga się od niej pracy. Z drugiej strony, jak odnajdujesz się w sytuacji, gdzie masz przyjaciela, którego istnienie i prawa neguje najbliższa ci osoba? Pewnie patrzę na to zbyt optymistycznie i mam idealistyczne podejście, ale zawsze wierzę, że można nie tyle zmienić drugiego człowieka, ile pokazać mu inny świat i że jeśli go pozna, to nie będzie mógł się od niego odwrócić, chyba że będzie się okłamywać. Natomiast faktem jest, iż nie wyobrażam sobie być z homofobem, bo homofobia to agresja w stronę innego człowieka, a to nie są moje wartości. Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, gdzie ta druga osoba jest – jak bardzo jest otwarta na to, że to, co myśli, może się zmienić?

G: Kobiety i geje to również wspólnota doświadczeń – obie grupy, rozszerzając gejów do osób LGBT+ w ogóle, są pierwszymi, po które sięga opresyjna władza, o czym przekonujemy się regularnie w Polsce. I o ile „pedały z kobietami” to nie tylko transparent, ale i realne wsparcie, o tyle kwestia tego, czy to działa w drugą stronę… Mam pewne wątpliwości i słodko-gorzkie refleksje. Widzę tęczę na każdym proteście dotyczącym aborcji, widzę tam dziesiątki tysięcy kobiet, ale nie widziałem ich na demonstracjach choćby po wydarzeniach z sierpnia 2020 na Starym Mieście w Warszawie. I nie wiem, co mam o tym sądzić, nie wiem, czy w ogóle mogę takie wątpliwości publicznie formułować.

I: Mam wrażenie, że jest za mało ujednoliconego frontu, który mówi: „chcemy wszystkiego!”, bo taki powinien być nasz transparent. Mamy tendencję do tego, żeby iść na protest tylko, gdy jesteśmy w 100% za jakimś hasłem lub grupą, a przecież te grupy same w sobie są podzielone i nie zawsze zgodne. Część kobiet jest za aborcją na żądanie, inne tylko w konkretnych przypadkach.

G: Podobnie z gejami. Jedni walczą o małżeństwa, innym wystarczą związki partnerskie, a na dźwięk słowa „adopcja” mówią: „No może bez przesady, jestem gejem, ale też jestem przeciw”.

I: To jest, niestety nieświadomie, ale danie się zmanipulować drugiej stronie. Bo ten podział działa tylko i wyłącznie przeciwko nam i naszej sprawie. Byliśmy ostatnio na Paradzie Równości i były tłumy, ale wciąż jest nas tam za mało. Ja chcę tam widzieć całe miasto albo przynajmniej tę część mieszkańców, która się nie zgadza z tym, co się aktualnie dzieje. Bez zastanawiania się, czy ktoś chce czegoś, czego my mu nie chcemy dać, bo wtedy stawiamy się w roli opresora, który chce podejmować decyzje za kogoś. Mi się marzy Parada, na której heteryków będzie więcej, bo ich jest więcej i czas to w końcu wykorzystać w słusznej sprawie.

G: Amen, sister![/restrict]

Colour Stage – nowa scena Audioriver

Audioriver 2022 startuje z nową sceną – Colour Stage. Będzie to przestrzeń widzialności kultury queerowej i społeczności LGBTQ+ tak silnie związanych z muzyką elektroniczną i jej historią. Na Colour Stage zagrają m.in. Octo Octa, Horse Meat Disco, Patrick Mason czy Catz ’n Dogz.

Przed nami 15. edycja festiwalu Audioriver – największego święta muzyki elektronicznej w Polsce. Organizatorzy przyznają, że powrót do Płocka po pandemicznej przerwie, jest jak powrót do znanego i bezpiecznego domu, który ewoluuje wraz z potrzebami odbiorców. Tym samym na festiwalu pojawią się nowości muzyczne, takie jak Colour Stage, ale także rozwiązania związane
z bezpieczeństwem i edukacją, w postaci strefy Audiohome, Queeroteki i paneli dyskusyjnych. 

„Jubileuszowa odsłona Festiwalu, to świetna okazja do tego, aby spojrzeć na własną historię, powrócić do korzeni i przypomnieć sobie o fundamentach, które stworzyły kulturę klubową
i elektroniczną. Dlatego nowa scena na Audioriver 2022  jest zarówno podkreśleniem wartości, które zawsze towarzyszyły scenie elektronicznej, ale także odpowiedzią na wciąż wzrastające przyzwolenie dla nietolerancji wobec osób LGBTQ+ i jasnym komunikatem o konieczności zwiększenia widoczności kultury queerowej.” – Piotr Orlicz–Rabiega, szef festiwalu Audioriver 

Społeczności, które kładły fundamenty pod współczesną kulturę klubową i elektroniczną, w dużej mierze składały się z osób wykluczonych i dyskryminowanych. Osoby LGBTQ+ od kilkudziesięciu lat współtworzyły miejsca, w których można było bawić się bezpiecznie i bez uprzedzeń. To muzyczne podziemie przez lata urosło do rangi globalnego fenomenu. Jednak wchodząc do mainstreamu, część tej historii uległa rozmyciu – dlatego tak istotne dzisiaj jest jej przypominanie i odwoływanie się do historii oraz stwarzanie przestrzeni, w których celebrowane są równość i różnorodność.

Na Colour Stage przeważać będą taneczne dźwięki house i disco, ale nie zabraknie także mocniejszych brzmień. W piątek wystąpi tam m.in. Octo Octa – osoba transpłciowa i jedna
z czołowych postaci undergroundowego house’u, Horse Meat Disco – twórcy kultowych serii imprez skierowanych do społeczności LGBT+, Cormac – świetny DJ znany m.in. z występów w berlińskich
i londyńskich klubach, Peach – Kanadyjka coraz bardziej rozpoznawalna na globalnej scenie oraz Filip Sonik b2b Mihvu, czyli reprezentanci nowej fali polskich artystów. Z kolei w sobotę, na Colour Stage zagra Roi Perez – rezydent kultowego Panorama Bar, Patrick Mason – charyzmatyczna postać, coraz bardziej popularna nie tylko na scenie techno, ale i w świecie mody, Alinka – artystka obecna na scenie od ponad dwóch dekad i współtwórczyni wytwórni Twirl, Monster reprezentantka kolektywu Oramics,  a także doskonale znany nie tylko w naszym kraju, ale i w całej Europie duet Catz ’n Dogz. Do line-upu tej sceny dojdą również inni polscy artyści, po ostatnim festiwalowym ogłoszeniu. 

Ważnym elementem tegorocznego Audioriver będzie także katalog zasad bezpieczeństwa i dobrych praktyk wypracowywany we współpracy z partnerami: Helsińską Fundacją Praw Człowieka, Fundacją Kultury bez Barier, After Party – Fundacją Edukacji Społecznej, Kampanią Przeciw Homofobii, a także queer.pl. Festiwal coraz mocniej podkreśla inkluzywny charakter wydarzenia i stanowczo odrzuca wszelkie zachowania wykluczające. Oficjalny regulamin Festiwalu jest również zaostrzony pod tym kątem – organizatorzy zastrzegają sobie prawo do usuwania z terenu wydarzenia osób, które przejawiać będą jakiekolwiek formy przemocy, czy dyskryminacji. 

Innym projektem realizowanym przez Audioriver jest strefa Audiohome: #jesteśwdomu, gdzie uczestnicy i uczestniczki Festiwalu będą mogli uzyskać pomoc od psychologów/psycholożek oraz seksuologów/seksuolożek z Fundacji Edukacji Społecznej After Party. Można będzie także wziąć udział w Żywej Queerotece – wydarzeniu, podczas którego osoby o różnych tożsamościach queerowych podzielą się swoimi historiami i doświadczeniami. Ponadto w ramach Sobótki – dziennego programu Audioriver – odbędzie się szereg paneli dyskusyjnych poświęconych m.in. tematom społecznym i równościowym.


***

Organizatorem Audioriver Festival, który odbędzie się w Płocku w dniach 29-31 lipca 2022 r. jest Fundacja Jest Akcja! 

Partnerzy festiwalu: Miasto Płock, POKiS, Red Bull

***

Audioriver to jeden z najważniejszych festiwali muzycznych w Polsce i zarazem wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. To tutaj można jednocześnie zobaczyć najsłynniejszych na świecie reprezentantów house’u, techno i drum&bassu, jak i światowe gwiazdy elektroniki ocierającej się o pop, rock czy hip-hop. Audioriver łączy wiele światów i wszyscy tutaj są równi. Gigant sceny jest tak samo ważny jak nieznany eksperymentator. Fan Audioriver jeżdżący do Płocka od lat, jest równie istotny jak początkujący słuchacz elektroniki. Organizatorzy wydarzenia i niezwykle pozytywna publiczność festiwalu witają z otwartymi ramionami wszystkich, którzy kochają dobrą muzykę i chcą zużyć dużo energii na wyrażaniu tego podczas koncertów,
live-actów i setów DJ-skich.

Dotychczas ogłoszeni artyści to: ABĒDI, Aksamit, Alan Fitzpatrick, Alignment, Alinka, A.M.C, Âme b2b Dixon, An On Bast, Baasch, BCee, Ben Böhmer live, BICEP live, Burr Oak , Carlita, Catz ‘N Dogz, Cormac, Dasha Rush b2b Błażej Malinowski, Damian Lazarus, Dan Shake, DEAS, DJ Fresh, DJ Holographic, Dr. Rubinstein, Duszne Granie, Echonomist, Elli Acula, Eli & Fur, Filip Sonic b2b Mihvu, Fred V, Friction, Gorgon City, Harriet Jaxxon, Horse Meat Disco, Hot Since 82, I Hate Models, IKARVS live, Jimi Jules b2b Trikk, Joyhauser, KAS:ST live, Kasra, Leon b2b Glasse, Len Faki, LSDXOXO, Magit Cacoon, Mall Grab, Marco Bailey, Mathame, Mind Against, Monster, Neon Chambers live, Neonlight, Octo Octa, Patrick Mason, Paula Temple b2b SNTS, Peach, Planetary Assault Systems, Pola & Bryson, Prismode & Salvane, Redpill, Robert Hood live, Satori & The Band From Space, Ross From Friends, Sevdaliza,  Solomun, Something Something, S.P.Y ft. MC LowQui, Tim Reaper, Thabo, Thalo Santana, TERR, The Blaze, Viper Diva, WhoMadeWho, Wilkinson, Yotto, Yulia Niko, oraz Zardonic & Fickle6 pres. Takeover.

 

Więcej na www.audioriver.pl  

Kontakt dla mediów:

Aleksandra Marszałek, Biuro Prasowe Audioriver, tel. +48 600 906 630; 

aleksandra.marszalek@allegro.com.pl