Jak na wakacje, to tylko z TK Maxx!

PRZYGOTOWAŁ: MATEUSZ WITCZAK
ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Greckie Mykonos, włoska Rawenna, a może plaża w Sopocie? W TK Maxx znajdziesz look na plażing, tripa, paradę i festiwal muzyczny. Ponieważ zaś skarby od znanych marek kupisz nawet o 60% taniej(*), szalone będą twoje wakacje, nie wydatki.

 

Pacyfka pojawiła się w latach 50. XX wieku, jako symbol ruchu na rzecz rozbrojenia nuklearnego, szybko stając się jednak znakiem rozpoznawczym hipisowskiej rewolucji. Chętnie pokazywali się z nią Jim Morrison, Janis Joplin, Jimi Hendrix czy John Lennon, czemu więc do nich nie dołączyć? Damskie jeansy z charakterystycznym wzorem doskonale sprawdzą się i na wycieczce w górach, i podczas imprezy na mieście.

149,99 PLN
Jeansy damskie

 

Biblijny symbol pokoju i harmonii, skandynawski most łączący światy bogów i ludzi, flaga ruchu spółdzielczego oraz społeczności LGBTQIA+. Tęcza zrobiła karierę w kinie („Czarnoksiężnik z Oz”), muzyce (hard rockowy zespół Rainbow), i modzie. Dzięki TK Maxx rozszczepienie światła zaobserwujemy także na własnych klapkach.

 

189,99 PLN
Klapki męskie

 

Ubiegłoroczne lato – twierdzą meteorolodzy – było najgorętsze od dwóch tysięcy lat, również w 2024 temperatura będzie nas skłaniać do odsłaniania ciała. „Vogue” nazwał lamparcie cętki „jednym z najważniejszych trendów wiosny”, dzięki zaś bikini w panterkę także latem będzie to (nomen omen) gorący trend.

84,99 PLN
Bikini w zwierzęce wzory

 

Zmniejszają ryzyko oparzenia rogówki i zapalenia spojówek, chronią przed nowotworami skóry powiek, zapobiegają uszkodzeniom siatkówki… Jest wiele powodów, by (zwłaszcza w sezonie wakacyjnym!) mieć przy sobie parę okularów przeciwsłonecznych. W ofercie TK Maxx znajdziecie setki modeli, które sprawią, że to ważne akcesorium stanie się także istotnym elementem wakacyjnego looku. Miłośniczkom stylu vintage polecamy zwłaszcza oprawki typu cat-eye, popularne niezmiennie od lat 50. i 60., gdy na nos zakładały je Marilyn Monroe, Audrey Hepburn czy Elizabeth Taylor.

 

74,99 PLN
Czerwone okulary przeciwsłoneczne

 

Szukasz sukienki, która pozwoli ci wyglądać stylowo, a jednocześnie zapewni komfort? Wystarczy wybrać się do TK Maxx! Energetyczny, różowy odcień przyciąga wzrok i podkreśla letnią opaleniznę, niecodzienny dekolt (z otworami w kształcie łezek) nadaje odważnego charakteru, a długość mini podkreśla zmysłowość kreacji. To świetny wybór i na plażowe spacery, i imprezy w klubach.

 

84,99 PLN
Różowa sukienka

 

Czas na urlop? Nie wolno zatem zapomnieć o akcesorium, które pozwoli nam nad wspomnianym czasem zapanować. Minimalistyczny design tarczy i subtelne indeksy łączą się z przyciągającym uwagę kolorem oraz gustowną bransoletą.

19,99 PLN
Pomarańczowy zegarek na bransolecie

 

Lekkie sukienki (ale również np. stylizacje na bazie szortów i t-shirtów) będą się doskonale komponować z tradycyjnym must havem wakacji: słomkowym kapeluszem. Ten model nie tylko zapewnia ochronę przed słońcem, ale również zaciekawia oko wplecionymi we wstążki ozdobami w kształcie kolorowych motyli.

 

39,99 PLN
Słomiany kapelusz w motyle

 

Praktyczny dodatek do wakacyjnej walizki? Wyraz elegancji? Codzienna odrobina blasku i luksusu? Wszystkie odpowiedzi są poprawne! Przed Wami torebka z misternie wplecionymi, układającymi się w geometryczne wzory perłami, która idealnie dopełni letni outfit! Równie dobrze sprawdzi się ona podczas romantycznej kolacji na plaży, jak i imprezy z przyjaciółmi.

 

169,99 PLN
Perłowa torebka

 

Kolczyki w kształcie kieliszków zapewnią szampańską radość, w dodatku będą się nieźle komponować z drinkami w klubowym menu. Jedno jest jednak pewne: w tym przypadku zakup nie skończy się kacem.

 

79,99 PLN
Kolczyki

Jak wyróżnić się z tłumu na basenie lub plaży? Wystarczy wybrać szorty kąpielowe, które łączą elementy florystyczne z geometrycznymi motywami! Intensywne kolory i nietuzinkowe wzory przykuwają oko, i wyrażają radość życia, której wam podczas wakacji serdecznie życzymy.

69,99 PLN
Szorty kąpielowe męskie

 

Meksykańska ikona prymitywizmu i surrealizmu, stale obecna w popkulturze (m.in. w twórczości Florence and the Machine czy Coldplay oraz w filmie z Salmą Hayek) artystka, która do dziś jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci ze świata sztuki. Dlaczego nie zabrać Fridy Kahlo na urlop? Wizerunek malarki zdobi przestronną torbę lunchową, w której zmieści się i wałówka na wycieczkę w górach, i wiktuały na piknik nad jeziorem.

54,99 PLN
Torba lunchowa

 

Gustowne białe czółenka z kontrastowymi czarnymi noskami łączą klasyczną elegancję z nowoczesnym wykończeniem. To doskonały wybór na spacery po promenadzie, letnie garden party, i zwiedzanie miasta. Wygodny design i minimalistyczny projekt sprawiają, że gdziekolwiek nie ruszycie – będzie to krok w dobrą stronę.

54,99 PLN
Czółenka damskie

 

Te i inne unikatowe perełki znanych marek znajdziemy pod jednym dachem. Kupcy TK Maxx dbają ponadto, by oferować je taniej niż gdziekolwiek na świecie. W każdym ze sklepów sieci znajdziemy unikatową modę męską, damską i dziecięcą, obuwie i akcesoria oraz produkty dla domu.

 

(*) od regularnych cen sprzedaży w Polsce i na świecie.

 

Zuzanna „Sue” Bartel – panseksualna radna Poznania

ZUZANNA „SUE” BARTEL – panseksualna aktywistka z Poznania, od 2015 r. działająca na rzecz społeczności LGBT+, do niedawna członkini zarządu Grupy Stonewall, od maja br. radna miasta Poznania wybrana z listy Koalicji Obywatelskiej. Rozmowa Małgorzaty Tarnowskiej

fot. Sylwia Zabłocka

Wiele osób, nie tylko z Poznania, kojarzy cię jako Sue Bartel długoletnią aktywistkę poznańskiej Grupy Stonewall współodpowiedzialną m.in. za organizację Marszów Równości, działalność klubu Lokum Stonewall czy inne liczne inicjatywy skierowane do społeczności LGBTQ+ w Poznaniu. Skąd pomysł, żeby wystartować jako Zuzanna Bartel w kwietniowych wyborach samorządowych?

Zaczęło się od tego, że przed wyborami zostaliśmy jako aktywiści i aktywistki Grupy Stonewall zaproszeni na listę Koalicji Obywatelskiej. Na początku chcieliśmy wystawić więcej osób, ale później zaczęliśmy się obawiać konfl iktu interesów. Poza tym w przypadku wygranej wejście do rady miasta wiązałoby się z rezygnacją z bycia w zarządzie Grupy Stonewall, bo taki wymóg niestety istnieje. Uznałam, że jestem na to gotowa. Inne osoby się na to nie zdecydowały. Jeśli chodzi o imię, to rzeczywiście wiele osób kojarzy mnie jako Sue Bartel – imienia z dokumentów nie używam. Wszyscy od wielu lat mówią na mnie Sue. Dlatego na początku, kiedy się dowiedziałam o starcie w wyborach, chciałam zmienić imię również formalnie, w urzędzie, ale uniemożliwiły mi to różne prowadzone przeze mnie projekty. Summa summarum wyszło mi to na dobre, bo jestem rodowitą poznanianką i okręg, w którym startowałam w wyborach – obejmujący zachodnią część Poznania – to okręg, w którym mieszkałam przez większość swojego życia. Wiele osób, które później na mnie zagłosowały, kojarzyło mnie jednak pod imieniem Zuzanna ze szkoły czy z harcerstwa.

Wystartowałaś z listy KO, co w przypadku (jawnie) queerowych osób kandydujących jest statystycznie rzadkie. Na liście osób LGBTQ+ kandydujących stworzonych przez redakcję Repliki wśród komitetów jest znaczna przewaga Lewicy 45 osób na 13 z KO.

Wybór tego komitetu był dla mnie prosty ze względu na pragmatyzm. Nikt inny się do nas z takim zaproszeniem przed wyborami nie odezwał, a naszym założeniem było to, żeby nasze pomysły miały szansę realizacji – a żeby miały szansę realizacji, trzeba mieć konkretne poparcie polityczne. I udało się: KO ma w radzie miasta ogromną większość i może rządzić samodzielnie.

Głównym punktem twojej kampanii był Program na rzecz osób LGBT+ w Poznaniu. Jakie postulaty znalazły się w tym pakiecie?

Program został stworzony w ramach konsultacji z pozostałymi członkami zarządu Grupy Stonewall, po tym jak dostaliśmy sygnały, że ktoś z nas będzie mógł się ubiegać o mandat w radzie. Składa się z 10 punktów – niektóre z nich to drobnostki do załatwienia, ale takie, które mogą wiele zmienić lub ułatwić, a niektóre to grubsze sprawy, jak szeroko komentowany program dofi nansowania tranzycji osób transpłciowych. Program ten oczywiście został najbardziej dostrzeżony przez polityków prawicy i stał się przedmiotem m.in. debat kandydatów na urząd prezydenta – ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu wybronił go w tych debatach Jacek Jaśkowiak, który później wygrał i będzie teraz sprawował trzecią kadencję. Ten postulat nie był z nim wcześniej konsultowany. Prezydent dowiedział się o nim z mediów.

Co jeszcze weszło skład w programu?

Szkolenie równościowe dla wszystkich osób zatrudnionych w jednostkach miejskich, włączenie tęczowych rodzin w program wsparcia rodzin realizowany przez ośrodki pomocy społecznej, wprowadzenie szkoleń dla pracowników socjalnych, dla asystentów rodzin, szkolenia w DPS-ach z tematyki LGBT+ – działania, które można przeprowadzić bardzo szybko, a znacząco wpłyną na jakość życia osób LGBT+ w naszym mieście. Mamy sprawy związane z młodymi osobami – np. edukację kadry pedagogicznej w zakresie pracy z transpłciową młodzieżą, wprowadzenie „latarników” w szkołach (odpowiednio przeszkolonych pedagogów_ żki czy nauczycieli_lki, którzy będą pełnić funkcję łączników między społecznością szkolną LGBT+ a pozostałymi uczniami i kadrą pedagogiczną – przyp. red.), tak jak to funkcjonuje w Warszawie. Chcielibyśmy też wdrożyć fizyczne usuwanie mowy nienawiści z przestrzeni publicznej, tak jak we Wrocławiu. Są jeszcze dwie formalne sprawy: przyłączenie Poznania do Rainbow Cities Network i wprowadzenie obowiązku wpisywania klauzul antydyskryminacyjnych w umowach podpisywanych przez miasto z kontrahentami. To kroki, które może nie będą bezpośrednio wpływać na osoby LGBT+ w Poznaniu, ale będą rezonować w polityce miejskiej.

To długa i konkretna lista. Zastanawia mnie, czy był jakiś postulat, z którego trzeba było zrezygnować.

Nie. Nie konsultowaliśmy programu z żadnymi politykami, z nikim z Koalicji Obywatelskiej. Stwierdziliśmy, że po prostu idziemy na całość i zamieszczamy w nim wszystko, co uważamy za potrzebne naszej społeczności. Superpozytywnie mnie zaskoczyło, że wszystkie osoby kandydujące do rady miasta z Koalicji Obywatelskiej, do których zgłosiłam się o poparcie, entuzjastycznie zgłosiły chęć wsparcia tych postulatów. Dwie z tych osób dostały się do rady miasta, ale wiem, że wola polityczna jest dużo większa. Poza tym liczę na wsparcie prezydenta Jaśkowiaka. To wszystko jest bardzo realne.

Kiedy zatem osoby LGBT+ z Poznania mogą się spodziewać realizacji pierwszych punktów programu?

Sprawy, które są szybkie i łatwe do wprowadzenia i są kwestią formalności, będzie można załatwić jeszcze w tym roku. Inne, jak dofinansowanie tranzycji, na pewno nie będą wprowadzone tak szybko, bo wymagają zaplanowania i logistycznego, i finansowego. Ale 5 lat, które trwa kadencja rady miasta, to dużo czasu. Myślę, że uda nam się zrealizować wszystkie postulaty, zwłaszcza że tak jak wspomniałam, spotkały się z dużą przychylnością przyszłych radnych.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Michał Kassin & Jakub Pursa – Bo do tańca trzeba dwóch

Są wielokrotnymi mistrzami świata, Europy i Polski w różnych stylach tańca. W maju Jakub był też finalistą konkursu Mister Polski, a Michał, tańczący z Roksaną Węgiel, zajął II miejsce w XXVII edycji „Tańca z gwiazdami”. Kilka dni później na Instagramie napisali, że są parą. Z JAKUBEM PURSĄ i MICHAŁEM KASSINEM rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Anken Berge

W maju, kilka dni po zakończeniu XXVII edycji Tańca z gwiazdami, napisaliście na Instagramie, że jesteście parą. Poznaliście się właśnie na planie właśnie tego programu?

Jakub Pursa: To była pierwsza próba do „TzG”, która odbyła się na miesiąc przed emisją programu (marzec – przyp. red.) w studio, w którym na co dzień pracuję. Kilka lat temu pracowałem z Roksaną Węgiel przed jej występem na Eurowizji Junior, a potem przy jednym z jej teledysków, więc gdy zobaczyłem ją na korytarzu, od razu zapytałem, z kim tańczy. I wtedy pojawił się on. Stanął w drzwiach, cały na biało. (śmiech)

Michał Kassin: Wyszedłem zza rogu i powiedziałem, że ze mną. To był wczesny ranek, byłem totalnie niewyspany, wstałem lewą nogą, a do tego byłem dość zestresowany. Kojarzyłem Kubę z Instagrama, chociażby z tego, że wrzucał tam treści LGBT+, ale… chyba nawet się nie przedstawiłem.

JP: Tak, nie przedstawiłeś się. Tego samego dnia miałem jeszcze dodatkową pracę w jednym z hoteli, gdzie spotkałem mojego szefa, który jest głównym choreografem „TzG”, i jego zapytałem, jak się nazywa ten gość, z którym Roksana tańczy. A on na to, że mi nie powie! (śmiech) Chyba już wiedział, co się święci. (śmiech) W końcu jednak powiedział i znalazłem Michała na Instagramie. Na początku klasyczne zaczepki – lajkowanie zdjęć, komentowanie. Zazwyczaj to ja czekałem, aż ktoś napisze pierwszy, teraz stwierdziłem, że ch…, zaryzykuję! Napisałem.

Od razu zaiskrzyło?

JP: W sumie poznałem Michała chwilę po tym, jak obiecałem sobie, że teraz stawiam na siebie i nie wchodzę w nowe relacje, więc co prawda to ja napisałem do niego, ale na początku byłem dość ostrożny. Co więcej, zawsze chciałem, żeby mój chłopak był starszy, wyższy, nie był blondynem i nie był tancerzem. No i spójrz na Michała. Tylko to, że nie jest blondynem, się zgadza! (śmiech) Oczywiście, nie skreśliłem tej relacji, ale dopiero po miesiącu uwierzyłem, że może się udać.

MK: Jestem z Trójmiasta, do Warszawy przyjechałem tylko ze względu na program. Dość długo byłem singlem i jadąc do Warszawy, założyłem, że nie będę tam się zakochiwał, tylko że zrobię program i wrócę. Słyszałem dużo negatywnych opinii o chłopakach z Warszawy. U nas w Gdańsku sporo się o tym mówi.

Też mieszkam w Gdańsku, potwierdzam! (śmiech)

MK: Właśnie! Dużo mówi się, że w Warszawie to chłopaki szukają bardziej przelotnych romansów niż długotrwałych relacji. No i co? Ledwo przyjechałem, poznałem Jakuba. Trochę zwątpiłem w moje założenia, ale na początku też trzymałem dystans.

Czemu powiedzieliście o związku dopiero po programie?

JP: Rozważaliśmy, czy zrobić to wcześniej, jednak nie chcieliśmy, żeby to miało jakikolwiek wpływ na wyniki głosowania widzów. Trzeba jednak przyznać, że ze dwa razy pojawiła się myśl, że może nasz coming out pomógłby wygrać Michałowi i Roksanie. Mimo wszystko nie zdecydowaliśmy się.

MK: Oprócz najbliższej rodziny niewiele osób wiedziało dotychczas o mojej orientacji. Teraz jednak jestem w związku. Nie chciałem przedstawiać Kuby jako „kolegi”. Chciałem wreszcie żyć otwarcie.

Jak się jednak domyślam, byłeś pewnie też we wcześniejszych relacjach, więc czemu akurat przy Jakubie chciałeś to zmienić?

MK: Ładny jest, to chociaż wstydu nie ma. (śmiech) Nie no, żartuję. Dopiero teraz poczułem się gotowy, a inna sprawa – po „TzG” na moim IG znacznie przybyło obserwujących. Zaczęli się odzywać starzy znajomi, pojawili się nowi. Chyba chciałem też zrobić od razu selekcję. Cieszę się, że jestem dla was ciekawą osobą do obserwowania, ale poznajcie mnie od razu w całości.

Kto pierwszy zaprosił na randkę?

JP: Ja, ale na zasadzie, że…

MK: …że powiedział mi potem, że ją wymusiłem! (śmiech)

JP: Bo tak było! Zacząłeś coś tam jęczeć, że nie znasz Warszawy, że z chęcią byś poznał. No więc co mogłem zrobić? To zresztą okazało się prawdą, bo na krótkim spacerze Michał co chwilę pytał, czy z danego miejsca będzie widać Pałac Kultury.

MK: To było jedyny punkt Warszawy, który pozwalał mi się jakoś w niej odnaleźć. Po tym spotkaniu nasze drogi często się już krzyżowały, bo nawet jak nie byliśmy umówieni, to widywaliśmy się gdzieś na próbach czy mijaliśmy na korytarzu.

Produkcja i uczestnicy TzG wiedzieli o waszym związku?

JP: Dopóki na plan programu nie byli wpuszczani reporterzy, to raczej nie ukrywaliśmy naszej relacji. Z każdym tygodniem coraz śmielej się zachowywaliśmy. Pod koniec chodziliśmy już po studio za rękę. Po finale wszyscy nam gratulowali, mówili, że kibicują. Pełne wsparcie!

Plotkarskie portale często pisały, że ty, Michale, zbliżyłeś się z Roxi, szukano w tym jakiejś relacji romantycznej. Roxi nie była zazdrosna o Jakuba?

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Anna Seniuk – specjalnie dla „Repliki”

Z wybitną aktorką ANNĄ SENIUK o wątkach LGBT w jej filmach i spektaklach teatralnych, a także o ludziach LGBT, z którymi współpracowała, rozmawia Rafał Dajbor

fot. Marta Ankiersztejn

Jako autor wydanej niedawno książki 40-latek. Kulisy kultowego serialu nie mogę nie zacząć od pytania o ten właśnie serial. Pojawiło się w nim bowiem kilka postaci gejowskich klient baru grany przez Wojciecha Pszoniaka czy tancerz (Bohdan Łazuka) z filmu Motylem jestem, czyli romans 40-latka. Czym dla państwa, współtwórców serialu, były te postacie? Jak one wybrzmiewały?

Dla nas to były postacie oczywiste, stworzone przez scenarzystów i nadające naszemu serialowi dodatkową, interesującą barwę. Nigdy nie było to przedmiotem żadnej drwiny ani też nie budziło sensacji, dla nas wszystkich było jasne, że tacy ludzie istnieją, a ich osobowość stanowi dla serialu dodatkowy walor. Jeśli zwracały w jakikolwiek sposób naszą uwagę, to tym, że tak jawne pokazanie osób homoseksualnych na ekranie wcześniej w polskich filmach i serialach było właściwie nieobecne i że jako pierwsi pokazujemy życie we wszystkich jego aspektach, także w aspekcie homoseksualnym. Mieliśmy więc poczucie pewnego prekursorstwa w tej kwestii.

Nie miała pani scen z Pszoniakiem ani z Łazuką, za to grała pani z Krzysztofem Pankiewiczem, który zagrał scenografa Iwona Czarneckiego. To on jest autorem zamiany framug na łuki, które przeszły do historii architektury jako łuki Karwowskiego. Krzysztof Pankiewicz, scenograf, dla którego występ w Czterdziestolatku był jednym z dwóch w życiu aktorskich występów, był gejem z mocnym, naturalnym przegięciem. Jak się pani z nim pracowało?

Fantastycznie! Nie mogłam wprost od niego oderwać oczu. Jurek Gruza dał mu na planie całkowicie wolną rękę. Powiedział mu, że nie będzie go reżyserował, że ma poruszać się tak, jak to dla niego będzie naturalne, a kamera będzie za nim nadążać. Pankiewicz przyszedł na zdjęcia „gotowy”. Jego kostium oraz biżuteria to jest to, w czym przyjechał na plan, a nie wynik pracy kostiumologów. Grał w jakimś sensie siebie, ale też nie do końca. Choć nie był zawodowym aktorem, to jego artystyczna intuicja wspaniale mu podpowiedziała, że w filmie atrakcyjniej będzie, gdy nieco doda do samego siebie pewnej artystowskiej pozy, gdy będzie trochę „przesadzał”. Byłam w Pankiewicza i w jego cudowną osobowość tak wpatrzona, że w zasadzie nie pamiętam, co ja tam sama grałam. To był wspaniały, kolorowy, złotopióry ptak. Gdy pojawił się na planie, wszyscy patrzyli na niego z podziwem. Fascynujący, a do tego dowcipny człowiek.

A czy pamięta pani, kiedy po raz pierwszy zetknęła się pani z tematyką homoseksualną?

Bardzo późno. Byłam już wtedy niemal dorosłą dziewczyną. Urodziłam się w Stanisławowie, czyli dzisiejszym Iwano-Frankiwsku w Ukrainie, w czasie drugiej wojny światowej. Wraz z rodzicami tułaliśmy się przez jakiś czas, co kilka lat zmieniając miejsce zamieszkania, przenosząc się z meblami, z rzeczami, a to wozem konnym, a to ciężarówką. Nie było miejsca na takie rozmowy. Pamiętam natomiast jedną z moich koleżanek z liceum. Miała na imię Marysia. W naszych czasach obowiązywał szkolny mundurek, więc nie wyróżniała się strojem, ale była barczysta, mocno zbudowana i chodziła „po męsku”, długimi krokami. Nie budziło to w nas żadnych emocji, była po prostu naszą koleżanką. Do tego nieprzeciętnie zdolną – na świadectwach miała piątki od góry do dołu. Nikt nie był w stanie dorównać jej w nauce. Kilka lat później dowiedziałam się, ale nie pamiętam już w jaki sposób ani od kogo, że Marysia dokonała tego, co dziś nazywa się korektą płci, i że jest mężczyzną. To był pierwszy moment, w którym zetknęłam się z takimi pojęciami jak homoseksualizm, tożsamość płciowa itp.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Stanisława Walasiewicz – polska lekkoatletka, osoba interpłciowa

Sylwetkę STANISŁAWY WALASIEWICZ (1911-1980), słynnej lekkoatletki, która była osobą interpłciową, przedstawia Bartosz Żurawiecki

rys. Marcel Olczyński

Oto historia tak nieprawdopodobna, że aż prawdziwa. Zacznijmy ją od końca. 4 grudnia 1980 r. 69-letnia mieszkanka Cleveland, Stella Walsh Olson kupuje w „Dyskoncie Wuja Billa” białe i czerwone wstążki na powitanie drużyny polskich koszykarek, które przyjeżdżają, by rozegrać mecz z miejscowym zespołem Kent State University. Ma na sobie białe spodnie, niebieską marynarkę, białe tenisówki i platynową perukę, którą zakrywa przerzedzające się siwe włosy. Wychodzi ze sklepu i zbliża się do swojego samochodu marki Oldsmobile Omega. Zapadł już zmrok. Stella planuje wrócić do domu, gdzie opiekuje się schorowaną 89-letnią matką. Nagle podbiega do niej dwóch młodzieńców, lat 21 i 18. Próbują wyrwać jej torebkę, pewnie myślą, że w środku znajdą sporą sumę pieniędzy. Ale Stella Walsh to była lekkoatletka, osoba słusznej postury. Nie z takimi przeciwnikami dawała sobie radę. We wrześniu 1936 r. na placu Unii Lubelskiej w Warszawie zaatakował ją stołeczny złodziej, Chaim Miodownik. Wtedy nie tylko przepłoszyła napastnika, ale też pognała za nim w pościg, dogoniła go i przekazała w ręce policji.

Teraz Stella także się broni. Szamocze się z rabusiami. Jeden z nich wyciąga rewolwer kaliber 38. Walasiewicz chwyta za lufę, próbuje wyrwać chłopakowi broń. Pada strzał. Napastnicy uciekają, kobieta upada w kałużę krwi. Kula trafiła w klatkę piersiową, ofi ara ma uszkodzoną tętnicę. Jakiś mężczyzna widzi leżące ciało i zawiadamia ochroniarza z dyskontu Zabierają Stellę do pobliskiego szpitala; radiowozem, bo wezwana karetka złapała po drodze gumę. Kobieta trafi a na stół operacyjny. Niestety, umiera po 3 godzinach. W chwili napadu miała przy sobie 250 dolarów.

Stasia staje się Stellą, a potem znów Stasią

Prawie 70 lat wcześniej, 3 kwietnia 1911 r. w kujawskiej wsi Wierzchownia na świat przychodzi Stefania Walasiewcz, córka Juliana i Weroniki. Gdy ma zaledwie kilka miesięcy, rodzice wyruszają z nią w podróż za chlebem do USA. Osiadają w Cleveland, tu ojciec znalazł pracę w hucie stali. W domu mówią na nią „Stasia”, dlatego też zmieni potem imię ze Stefania na Stanisława. Dorasta wraz z młodszymi siostrami Klarą i Zofi ą w dzielnicy zwanej Slavic Village, gdyż zamieszkują ją głównie Polacy i Czesi. Gdy będą w Polsce pytać Stasię, skąd tak dobrze mówi po polsku, odpowie: „Jestem Polką, wychowałam się w polskim domu. W Ameryce z siostrą Klarą zawsze rozmawiam po polsku”. W jej mowie słychać będzie także naleciałości gwary z rodzinnych stron.

W amerykańskiej szkole Stasia staje się Stellą Walsh; jej prawdziwe imię i nazwisko jest dla Amerykanów nie do wymówienia. Rówieśnicy drwią sobie z muskularnej sylwetki, wydatnej szczęki i wysokiego wzrostu Stelli. Przezywają ją „Bull Montana”; to pseudonim popularnego wówczas w Stanach zapaśnika i aktora włoskiego pochodzenia Lewisa Montagny, który odgrywał na ekranie role osiłków, bandytów i wszelkiej maści troglodytów.

Stasia od małego ma dryg do sportu. Gra w koszykówkę, w bejsbol z chłopakami. Ale jej specjalnością są biegi. Jest tak dobra, że w 1927 r. zostaje zakwalifikowana do amerykańskiej drużyny lekkoatletycznej na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie w Amsterdamie. Ma szansę pobiec w kobiecej sztafecie 4 x 100 metrów. Przy wypełnianiu papierów wychodzi jednak na jaw, że nie ma amerykańskiego obywatelstwa. Liczy sobie zaledwie 16 lat, o obywatelstwo według prawa bedzie się mogła ubiegać dopiero po przekroczeniu 21. roku życia. Jest rozgoryczona, ale cóż może zrobić? Zapamięta jednak Amerykanom ten afront.

W Amsterdamie dyskobolka Halina Konopacka ustanawia rekord świata, dzięki czemu Polska zdobywa swój pierwszy złoty medal olimpijski. Zainspirowana sporstmenką Stasia zapisuje się do polonijnego klubu sportowego „Sokół”. Rok później przyjeżdża z „Sokołem”, po raz pierwszy od urodzenia, do Polski na Wszechsłowiański Zlot Sokolstwa towarzyszący Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu. Triumfuje na 100 metrów i w skoku w dal. Za namową Polskiego Związku Lekkiej Atletyki wstępuje do warszawskiego klubu „Grażyna” i 28 lipca 1929 r. reprezentuje Polskę w meczu z Austriaczkami w Królewskiej Hucie (dzisiejszy Chorzów). Wygrywa w czterech konkurencjach. Jeszcze lepiej wypada w kolejnym meczu, tym razem z reprezentantkami Czechosłowacji. Krąży między Polską a USA, gdzie także odnosi niebagatelne sukcesy. W 1930 r. jako pierwsza kobieta schodzi poniżej 11 sekund w biegu na 100 jardów, a następnie bije rekord świata na dystansie 50 jardów. Jest najszybszą kobietą na świecie.

Cały tekst do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Marcin Łopucki i drag queen Twoja Stara – zwycięzcy „Czas na show. Drag me out”

Pierwszy sezon „Czas na show. Drag Me Out” zwyciężyli drag queen TWOJA STARA (Piotr Buśko) oraz kulturysta MARCIN ŁOPUCKI, który przy wsparciu mentorki przeistaczał się w Lady Fitmess. Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Bartosz Krupa

Kto właściwie wygrał: Marcin Łopucki, Twoja Stara, TVN czy społeczność LGBT+?

Marcin Łopucki: Ja wygrałem niesamowitą przygodę, Stara odebrała bilety do ogólnopolskiej rozpoznawalności, a społeczność LGBT zyskała reprezentację w prime timie. Natomiast widownia TVN-u zdobyła sporo rozrywki oraz wiedzy, bo przecież większa jej część nie miała pojęcia o istnieniu drag queens, a już na pewno nie wiedziała o jakości ich sztuki.

Twoja Stara: Największym wygranym są widzowie i widzki. Poza Warszawą i innymi dużymi miastami nie ma u nas zbyt wielu możliwości, by zetknąć się z dragiem. Mieliśmy oczywiście seriale na HBO, także niedawny dokument „Nago. Głośno. Dumnie”, nadal jednak drag to temat niszowy, o którym jeśli w ogóle się mówi – to często w negatywnym kontekście. Tymczasem dzięki TVN-owi Polska poznała superosobowości, które pokazały, co oferuje polski drag.

Co na emisji ugrała Twoja Stara? Jak po programie wzrosły twoje stawki za występ?

MŁ: Od razu pędzisz do dania głównego!

To dopiero suróweczka.

TS: Ja mam nadzieję, że rozlejemy jakąś herbatę do tego wszystkiego! Rozmowy na temat występów pewnie będą teraz wyglądać trochę inaczej, przynajmniej te prowadzone z komercyjnymi podmiotami. Jak natomiast zwróci się do mnie Marsz Równości z małego miasta – wciąż jestem osobą aktywistyczną. Znam realia.

Trudno mi uwierzyć, że twój domowy budżet na programie nie zyskał. Przecież co tydzień docieraliście do 534 tysięcy ludzi.

TS: Jasne, ale oglądalności nie da się łatwo przełożyć na stawki. Udało nam się przejść przez ten program z sukcesem, a świadomość, kim jest Twoja Stara, nieco wzrosła. Pojawił się szereg nowych propozycji; umawiam wywiady, podcasty i eventy, a ludzie widzą we mnie osobę, która potrafi dobrze o dragu opowiedzieć.

To ostatnie zdanie proszę mi wpisać jako dedykację do Cudownego przegięcia, książkowego reportażu Jakuba Wojtaszczyka, ktorego okładkę zdobi twoje zdjęcie. Tymczasem, Marcinie, opowiedz: jak 50-letni kulturysta z ostrymi rysami twarzy przygotowywał się do performowania kobiecości?

MŁ: Podchodząc do takich wyzwań, trzeba mieć otwartą duszę. Pozbyć się wewnętrznych barier, bo póki one stoją – nie uda się stworzyć nowej postaci. Jeśli publiczność wyczuje w nas podskórną niechęć do tego, co robimy – występ po prostu nie „zażre”. Na jakimś etapie całkowicie otworzyłem się na to doświadczenie i poddałem Starej. Przestałem mieć myśli, „że to nie dla mnie”, „że przecież jestem facetem”, „że to głupie”.

Wszyscy uczestnicy mieli takie podejście?

MŁ: Nie no, tylko my byliśmy tacy zajebiści.

TS:W programie, mam nadzieję, było widać naszą dynamikę pracy. Z odcinka na odcinek Marcin stawał się coraz pewniejszy siebie, pamiętam zresztą nagrywki ostatnich prób, na które wyszedłeś w dragu naprawdę pewnym krokiem. Łatwo nie było, musiałeś włożyć w tę przemianę masę energii, a ja potrzebowałam zdobyć twoje zaufanie. W tamtym momencie poczułam jednak, że zaczynasz rozumieć, czym jest drag. Trochę się wtedy zaśmiałam w duchu, że ocho, stworzyłam potwora. Ale z wielką satysfakcją obserwowałam, że przestajesz się dragiem męczyć, a zaczynasz – bawić.

Co było dla was punktem zwrotnym?

TS: Miałam pomysł, by Marcin wystąpił z wąsem. Było dla mnie oczywiste, że tak musi być, choć może niekoniecznie na  oczątku programu. Kombinowałam, że jeżeli poczekamy i przyzwyczaimy do czegoś widzów i widzki, w przyszłości pomysł zaprocentuje. Tymczasem w pewnym momencie Marcin oświadczył, że występów z wąsem sobie nie wyobraża. Po prostu tego nie czuje. Odpuściłam, zresztą co by wynikło z moich nacisków?

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Irena Klepfisz – amerykańska poetka i lesbijka z Warszawy

IRENA KLEPFISZ – urodzona w 1941 r. w Warszawie. Amerykańska poetka, wydawczyni, akademiczka, feministka i lesbijka. Autorka antologii „Pomiędzy światami”, która właśnie ukazała się w języku polskim nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Rozmowa Małgorzaty Tarnowskiej

fot. Wydawnictwo słwow/obraz terytoria

Urodziłaś się w 1941 r. w getcie warszawskim i zostałaś przemycona na aryjską stronę, gdzie ukrywałaś się a właściwie byłaś ukrywana, bo byłaś małym dzieckiem do końca wojny. Twoj ojciec, żydowski aktywista, zginął w powstaniu w getcie. Tuż po wojnie wyemigrowałaś z matką przez Szwecję do USA, gdzie od 1949 r. mieszkasz, piszesz, publikujesz i wykładasz. W 1973 r. wyoutowałaś się jako lesbijka. Co ten coming out zmienił w twoim życiu, które samo w sobie jest naznaczone tyloma, często dramatycznymi, zwrotami?

Coming out jako lesbijka wywołał w moim życiu rewolucję. Przestałam milczeć na temat mojej homoseksualnej orientacji – wobec rodziny, przyjaciół, generalnie wszystkich. Miałam 32 lata, byłam po studiach i dopiero co zaczęłam uczyć, kiedy straciłam pracę z przyczyn ekonomicznych – w USA były to czasy swego rodzaju depresji gospodarczej. Często nazywam je, za Dickensem i jego „Opowieścią o dwóch miastach”, najlepszą i najgorszą z epok. Najlepszą, bo coming out był porywający i wyzwalający. Miałam ogromne szczęście, ponieważ żyłam w Nowym Jorku – mieście tętniącym od ruchu gejowsko-lesbijskiego. Wokół mnie działo się tyle, że od razu znalazłam dla siebie społeczność, częściowo przez to, że przypadkiem natrafi ałam na kolejne osoby. Ta społeczność była bardzo zróżnicowana – byli tam Latynosi, Afroamerykanki, chrześcijanie, Żydówki. To był ten porywający i wyzwalający aspekt coming outu. Trudniejsze było to, że w momencie gdy sobie uświadomiłam, że jestem lesbijką, poczułam strach.

Zaczęła się ta najgorsza z epok? Dlaczego?

Mimo że nigdy wcześniej nie słyszałam homofobicznych wypowiedzi ani wśród mojej społeczności – społeczności ocalałych z Zagłady – ani wśród amerykańskich znajomych hetero, wiedziałam, że coming out wpłynie na moje relacje i pozycję. Skala homofobii, zarówno wewnątrz mojej społeczności, jak i w środowisku amerykańskim, była dla mnie szokiem. Wcześniej miałam wielu amerykańskich znajomych – po 1,5 roku od coming outu nie miałam kontaktu z nikim. Wszyscy jakby zniknęli. Nasze światy były rozłączne, mimo że wszystko to działo się 4 lata po tym, jak ruch gejowsko- -lesbijski nabrał rozpędu pod wpływem wydarzeń w Stonewall (w 1969 r. – przyp. red.). W roku 1973 coming out nie był łatwy, nawet w Nowym Jorku. Powtórzę: miałam ogromne szczęście. Nie byłam „jedyną lesbijką w małym mieście”. (śmiech)

Czy twoja społeczność, której częścią była również twoja matka, wraz z upływem czasu cię zaakceptowała?

Dorastałam wśród ocalałych z Zagłady, którzy przed wojną działali w Bundzie (robotniczej partii żydowskiej działającej do lat 40. XX w. w kilku krajach europejskich, w tym w Polsce – przyp. red.). Bund był ruchem świeckim, socjalistycznym i antysyjonistycznym, silnie zaangażowanym w zachowanie kultury jidysz. Moja tożsamość wywodziła się od nich i od tego ruchu. Byłam bardzo świadoma własnej żydowskości. Kiedy dorastałam, przyjmowałam kulturę jidysz bezrefleksyjnie, ale w miarę dorastania uświadomiłam sobie, jak bardzo jest krucha, i mój stosunek do niej się zmienił. W społeczności ocalałych, wśród której dorastałam i której częścią byłyśmy razem z moją matką, było bardzo niewiele dzieci. Byłam najstarszym z nich, więc wszystko robiłam pierwsza: pierwsza skończyłam szkołę, pierwsza obroniłam doktorat – to napawało wszystkich dumą. I pierwsza zrobiłam coming out. Moja matka była wściekła. Kiedy w latach 70. razem z trzema innymi lesbijkami założyłyśmy czasopismo „Conditions” („Warunki” – przyp. red.), feministyczny magazyn m.in. dla lesbijek, i pokazałam pierwszy numer matce, była tak przerażona, że powiedziała: „Irka, świat nie jest na to gotowy”. Minęło naprawdę dużo czasu, nim się z tym pogodziła, co było dla mnie bardzo bolesne. Nie mogła tego zaakceptować, była rozczarowana – chciała, żebym wyszła za mąż i jak wielu ocalałych, żebym miała dzieci. Toczyłyśmy o to spór przez wiele lat. Brzmi to absurdalnie, ale byłam z moją partnerką Judith Waterman przez prawie 40 lat i przez pierwszych 20 jej stosunki z moją matką były bardzo napięte. Dopiero później to się zmieniło i matka była w stanie odpuścić, a nawet czerpać radość z mojego związku.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Misza Czerniak – założyciel i dyrygent chóru LGBTQ Voces Gaudii, który kończy 10 lat

Z MISZĄ CZERNIAKIEM, założycielem i dyrygentem chóru LGBTQ+ Voces Gaudii, który w lipcu świętować będzie 10-lecie działalności, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

fot. Daria Krotova

Na stronie choru Voces Gaudii, którego jesteś założycielem i dyrygentem, znalazłem klip, na którym osoby LGBTQ+ śpiewają hymn Polski. Miałem ciary. Wyrażać patriotyzm do kraju, który tak bardzo nas nienawidzi?

Występ był stworzony specjalnie na Święto Niepodległości, miał je symbolicznie odzyskiwać dla wszystkich „odmieńców” w naszym kraju. Nie możemy mylić też patriotyzmu z akceptacją tego, co dzieje się w kraju, z tym, co robił rząd, wtedy jeszcze PiS-owy. Wyrażaliśmy żal, gniew i ból, ale też pokazaliśmy żądanie – zasługujemy na pełnię praw. Polska to też nasz kraj! Chcieliśmy pokazać to jak najmniejszymi środkami, dlatego śpiewamy jednogłosowo. Tytuł klipu „Kiedy my żyjemy” bezpośrednio odnosi się do trudnego życia społeczności LGBTQ+ w Polsce, też prób samobójczych. Wydźwięk był naprawdę mocny. To jeden z naszych najczęściej oglądanych występów.

Mimo homofobicznej atmosfery w Polsce chór działa nieprzerwanie od 10 lat. W tym roku obchodzicie jubileusz. Pamiętasz, z jaką myślą go zakładałeś?

Naszą dekadę działalności będziemy w lipcu świętować wielkim koncertem. Doskonale pamiętam, jak podczas warszawskiej Parady Równości w 2014 r. rozdawałem ulotki zachęcające do dołączenia do Voces Gaudii. Pomysł narodził się rok wcześniej. Byłem świeżo upieczonym rosyjskim migrantem i mój polski pozostawiał wiele do życzenia. Gdyby nie pomoc innego dyrygenta, pewnie nie zdecydowałbym się na tak szalony pomysł. (śmiech) Niestety na kilka dni przed występem ów dyrygent się wycofał, bo przestraszył się medialnej uwagi. Bał się, że przez homofobię straci pracę. Kontynuowałem sam. Stwierdziłem, że w taki sposób będę mógł zrewanżować się polskiej społeczności LGBTQ+ za całe wsparcie, które od niej otrzymałem.

Opowiesz o samym pomyśle?

Znałem inne queerowe chóry na świecie. Kilka miesięcy wcześniej służbowo poleciałem do Nowego Jorku, gdzie miałem przyjemność obejrzeć koncert New York City Gay Men’s Chorus. Sala na 600 osób i format sing-along, czyli każdy mógł dołączyć do śpiewania. Na scenie 180 chórzystów wykonywało mnóstwo znanych hitów, których słowa wyświetlano na wielkim ekranie nad bandem. Niesamowite, piękne i wzruszające przeżycie. Oczywiście wiedziałem, że w Polsce szybko nie uzyskamy takiego rozmachu. Miałem nadzieję, że może udałoby mi się u nas przeszczepić choć trochę takich pozytywnych odczuć. Wiesz, w 2014 r. polska społeczność LGBTQ+ może nie miała zbyt kolorowo, ale skręt w prawo społeczeństwa był jeszcze przed nami. Dlatego chór u swoich fundamentów ma szerzenie radości. Nawet nasza nazwa, Voces Gaudii, to żart językowy. Łacińska nazwa, którą na angielski można przetłumaczyć jako „Gay Voices”, „gejowskie głosy”, po polsku oznacza „głosy radości”. Myślę, że za rządów PiS nazwalibyśmy się zupełnie inaczej. Od samego początku postawiliśmy na piosenki gniewne i domagające się praw, ale głównymi emocjami, które nam towarzyszyły, nadal były radość bycia sobą i bycia razem.

W wywiadzie udzielonym Replicew 2015 r. wspominasz, że pierwszemu występowi towarzyszyły obawy o bezpieczeństwo. Ochraniała was policja, bo tego dnia Młodzież Wszechpolska maszerowała przez Warszawę. Jak od tego czasu zmieniło się podejście do społeczności LGBTQ+ z perspektywy choru?

Dziś bilety na nasze koncerty bardzo szybko się wyprzedają, ale na początku występowaliśmy za darmo i w plenerze, na placach Warszawy. Zdarzało się, że mieliśmy obiecaną salę, po czym nam jej odmawiano. Nikt nie powiedział: „Jesteście pedałami, dlatego u nas nie zaśpiewacie”, tylko: „Bardzo przepraszamy, ale terminy nam się zmieniły”. Homofobia w białych rękawiczkach. Dlatego na pierwszy pełnowymiarowy koncert w Warszawie czekaliśmy dobrych kilka lat. Odbył się w czerwcu 2017 r. Te wcześniejsze występy były krótsze, happeningowe. Pojawialiśmy się na uroczystościach organizowanych przez innych, jak Parada Równości, Warszawskie Dni Różnorodności, gala Kampanii Przeciw Homofobii itp. Natomiast mimo turbulencji zaczynaliśmy z pompą. Było nas ok. 40, w tym sporo znanych osób aktywistycznych. Szybko się jednak wykruszyły, bo okazało się, że Voces Gaudii to nie niedzielne śpiewanie i wymaga sporo pracy. W 3. roku działalności zostało nas tylko ośmioro. Natomiast podczas nagonki za rządów PiS, podczas homofobicznej kampanii wyborczej Dudy skupiliśmy się na budowaniu jeszcze trwalszej wspólnoty. Powoli zaczęły pojawiać się nowe osoby. W pewnej chwili zauważyliśmy, że odbiór społeczeństwa stał się bardziej przychylny. W obecnych czasach prawdopodobnie byśmy już nie poprosili o ochronę policji. W Warszawie czujemy się u siebie, w domu.

Mówisz, że popularność choru wzrastała podczas hegemonii PiS. Ucisk budzi reakcję?

Zdecydowanie. W 2018 r. braliśmy udział w festiwalu „Various Voices” w Monachium, imprezie poświęconej europejskim queerowym chórom. Była to dla nas wielka szkoła, ale nie tylko dlatego, że przygotowaliśmy bardzo dopracowany program. Zobaczyliśmy też całą otoczkę festiwalu – miasto było roztęczowione, na jego głównym placu 3,5 tysiąca osób śpiewało Carmina Burana! Było to ogromne święto nie tylko dla społeczności LGBTQ+, ale i całego Monachium. Dało nam to kopa do działania i siły, aby przetrwać to, co dzieje się w Polsce. Pracowaliśmy intensywnie. Jesteśmy chórem aktywistycznym, chcemy zmieniać świat, ale robimy to w dobrej muzycznej jakości.  

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Milito – wyoutowany wokalista i autor piosenek

Z MILITO, wokalistą i autorem piosenek, rozmawia Patryk Radzimski

fot. Eliza Krakówka

Przeglądając twoje social media, natknąłem się na opis: Robię muzę poszerzającą akceptację dla męskiej wrażliwości i różnorodności.

Myślałem o tym, jakie hasło mogłoby reprezentować mój brand. Przeczytałem kiedyś, że warto oprzeć je na jakiejś ranie, którą chcesz przepracować. Moją było poczucie bycia niewystarczająco męskim. Zauważyłem też, że nie tylko ja ją mam. Z początku bałem się reakcji w stylu: „Co?! Ty chcesz mówić o męskości?!”. Szybko okazało się, jednak że warto o tym rozmawiać i że pasuje do mnie się tym zajmować.

Kiedy poczułeś, że to jest twoja rana?

Czułem ją właściwie od przedszkola, przez wszystkie szkoły. Sól w nią potrafi ł też sypać kontakt z niektórymi gejami, zwłaszcza w kontekście romantycznym, bo wiadomo, że opuszczamy wtedy gardę i na wierzch wychodzą braki. Taka zresztą rola miłości – powołuje do pełnego potencjału. Paradoksalnie wśród moich przyjaciół hetero nigdy tego nie czułem. Jeśli zaś chodzi o samą twórczość, to męskością i męską delikatnością zająłem się podczas studiów na akademii sztuk pięknych. Dużo rzeczy robiłem nago, siłą rzeczy przyglądałem się sobie- mężczyźnie, swojemu ciału w choreografii. W którymś momencie zrozumiałem, że dużo czerpię z siebie, ale fajnie byłoby poszerzyć wiedzę na ten temat. Szczególnie, że spotykałem się z różnymi reakcjami, również nieprzychylnymi. Myślę, że drażniło niektórych facetów, że gej bez dzieci chce mówić o męskiej wrażliwości i jeszcze robi to w sposób śmiały. Może myśleli, że to ich pole, a ja chcę coś zmonopolizować, a to oczywiście nieprawda. Różnorodność męska jest bardzo ważna.

Ale wciąż mamy w tym temacie wiele do nadrobienia.

W kulturze spłaszcza się unikalność męską na rzecz uniformizacji dla celów militarno-hierarchizujących. Świetnie pisze o tym James Hollis w „W cieniu Saturna. O leczeniu męskich zranień”. Wszystko, co wystaje poza sztywny kanon męskości, podlega zawstydzaniu. Dlatego mówiąc o męskości, obnażam przede wszystkim siebie – swoją oryginalność, przaśność, dziwność. Prowadzi mnie mój wstyd, choć oczywiście nie forsuję na scenie wszystkiego, czego się wstydzę. Mnie chodzi o piękno, natomiast okazało się, że jest to obszar, który wyjątkowo starano się w facecie zawstydzić. Przepracowuję to.

I wtedy ten wstyd znika?

On się zmienia w siłę. Zresztą najczęściej ten wstyd nie jest tylko mój. Zdarzyło się, że faceci, zwłaszcza bardzo młodzi, dziękowali mi za to, że go obnażam, że o czymś mówię, śpiewam, coś pokazuję. To jest bardzo potrzebne.

Jak zdefiniowałbyś swoją męskość?

Moja męskość jest pangenderowa. Może się to wydawać paradoksalne, ale tylko na poziomie intelektualnym. Męskość to różne formy człowieczeństwa. Uwielbiam być facetem, uwielbiam swoją binarność.

Sporo męskiej bliskości i wrażliwości można zobaczyć w teledysku do twojej piosenki Tree House.

Niemal wszystko, co się w tym teledysku wydarzyło, było spontaniczne. Do mnie nie docierało w tamtym momencie, że kogoś może uderzać to, że siedzę z tancerzem nago w wannie. Moim zdaniem jest to bardzo subtelne, naturalne. To jest oczywiście piosenka miłosna o uczuciu dwóch facetów. Moja muzyka jest konfesyjna. To jest moja prawda.

W klipie pojawiła się informacja, że został nakręcony ok. 200 kilometrów od działań wojennych, w tym samym roku, w ktorym Rosja zaatakowała Ukrainę.

Homofobia wspiera wojnę. Jest produktem ubocznym kultury opartej na mieszance podziwu dla męskości i niechęci do niej, wręcz obrzydzenia i nienawiści. Dotyka głównie gejów, ale jest wymierzona przeciwko wszystkim mężczyznom i to bardzo źle, że tego nie widzimy. Dzięki takiej dynamice mężczyzna może zabijać brata, bo ma na tyle zaciśnięte serce, że nie czuje, że zabija siebie. Wojna to lustro. Odbija się też w oczach innych. Bolało mnie, jak ludzie mówili, że „Rosjanie strzelają nawet do kobiet i dzieci”, tak jakby strzelanie do mężczyzn było normalne. A przecież w każdego, choćby nie wiem jak umięśnionego, faceta nóż wchodzi tak samo łatwo jak we wszystkie inne żywe istoty. Faceci nie są ze stali. Dodałem więc ten przekaz na koniec klipu. Myślę, że my, ludzie żyjący w pokoju, musimy chronić radość, szczęście i dobrą energię. Nie możemy pozwalać oburzeniu i smutkowi pozbawiać nas mocy. Jesteśmy potrzebni, niesiemy nie tylko tylko nadzieję, ale i niekiedy bardzo konkretną pomoc

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Rafał Nawrocki zajmuje się tęczowym biznesem od 26 lat

Z RAFAŁEM NAWROCKIM, który działa w polskim tęczowym biznesie od 26 lat, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

Działasz w tęczowym biznesie od 1998 r. Wtedy prawie nikt chyba nie myślał o produktach skierowanych do LGBT-ów. Jak z perspektywy patrzysz na tamten czas?

Przez pryzmat 26 lat doświadczenia. Wraz z ekipą współpracowników zaczynaliśmy od Gejowo.pl, portalu z newsami i anonsami towarzyskimi. Nie nastawialiśmy się na zarobek, działaliśmy hobbystycznie, dla zabawy. To był początek Internetu w Polsce. Niewiadoma, ale też nieznane możliwości. Do pracy motywowały mnie chęć eksperymentowania i pomysły, a nie biznesplan. Na Gejowie mało kto czytał artykuły, za to anonse – o, tak. Co chwila pojawiały się nowe, ich liczba potrafi ła zawiesić nasz serwer.

W 2003 r. Gejowo.pl przeobraziło się w kultowe Fellow.pl?

To nie do końca tak. Fellow.pl było odpowiedzią na Naszą klasę, jej gejowską wersją. (śmiech) Wielu użytkowników miało dosyć anonimowych anonsów. Wychodzili z cienia i chcieli się pokazać. Stąd też obowiązkowe dodawanie zdjęć. Musisz jednak pamiętać, że nie istniały wtedy portale randkowe na polskim rynku. Za granicą GayRomeo ruszyło zaledwie rok wcześniej. Do Fellow podeszliśmy z czystą spontanicznością i ciekawością, czy portal wypali. Nie stawialiśmy na same jednorazowe spotkania, tylko na dłuższe relacje romantyczne. Pomysł się przyjął. Liczba użytkowników sukcesywnie rosła. W pewnym momencie mieliśmy ich ponad sto tysięcy Z czasem do portalu dodawaliśmy nowe usługi, m.in. aplikacje na telefonu z obowiązkową lokalizacją. Dziś, w dobie Grindra, może to wydawać się dziwne, ale kiedyś ustawiało się lokalizację ręcznie. Odpowiedzią na Grindra był mój projekt Play4Men. Niestety chyba miał za wiele funkcji dla użytkowników, którzy szukali szybkiej aplikacji na randki. Finalnie odpuściliśmy ten projekt, bo jako zespół nie mieliśmy czasu, by w pełni się mu poświęcić. Natomiast nie odpuszczamy Fellow! Dziś jest w fazie zmian. Nie mogę za wiele powiedzieć, ale zapewniam, że portal ani aplikacje nie umarły.

Jak dostosowujesz biznesy do zmieniającego się rynku?

To proste – zachęca mnie do tego konkurencja. Mam wrażenie, że rynek LGBTQ+, choć jest trudny, pozwala na znalezienie swojej niszy. Może być to produkt, usługa czy większa fi rma. Byleby użytkownicy „to coś” polubili. Za sympatią idą pieniądze, które można przeznaczyć na rozwój. W moim przypadku po Gejowie i Fellow przyszedł czas na sklep z poppersami, bielizną i artykułami erotycznymi. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z konkurencji w postaci Allegro czy AliExpress. Jednocześnie wierzę w lojalność klientów. Jeżeli osoba, która u mnie kupuje, będzie zadowolona, wiem, że wróci. Mamy w ofercie niszowe produkty, których nie znajdziesz w innych sklepach.

Niedawno świętowałeś 10-lecie sklepu Masculo. pl. Klientom spodobały się kąpielówki, bielizna, crop topy, tank topy czy seksowne ogrodniczki. Nieustannie poszerzasz asortyment.

Przed Masculo był Frixx, czyli sklep, w którym sprzedawaliśmy wspominane poppersy i który nadal działa. Dwie dekady temu poppers to był produkt dość kontrowersyjny. Ludzie nie za bardzo wiedzieli, co to takiego. (śmiech) Kontrole z Urzędu Skarbowego, sanepidu czy funkcjonariuszy z wydziału do walki z przestępczością narkotykową zdarzały się co chwilę. W zaakceptowaniu poppersa pomogło wejście Polski do Unii Europejskiej. Osoby ze społeczności zaczęły wyjeżdżać na imprezy do Berlina, Barcelony czy Amsterdamu. Nawet mój przyjaciel z czeskiej Pragi zaczął się dziwić, że Polacy są tacy otwarci. Osoby LGBT zobaczyły, że imprezowanie może wyglądać zupełnie inaczej niż w kraju, a poppersy mogą w tym pomagać. Do Frixxa stopniowo dorzuciliśmy zabawki erotyczne i bieliznę. Zaczęliśmy od Addicted, marki, która wtedy była jeszcze totalnie u nas nieznana. Póżniej wprowadziliśmy markę ES Collection. Wraz z nią otworzyliśmy Masculo. pl i stacjonarny sklep w Warszawie. Taki był wymóg licencyjny hiszpańskiego właściciela. Dał nam wyłączność na 10 lat. Oferowaliśmy bieliznę z wyższej półki. Pamiętam, jak znajomi pukali się w czoło: „Bokserki za 150 zł? W galerii mam gacie za 30!”. W Polsce królowały sieciówki. Na szczęście na przestrzeni ostatnich lat zmieniła się świadomość. Ludzie zrozumieli, że różnica w jakości produktów jest ogromna. Tak jak wracali na Fellow, tak ponownie pojawiali się na Masculo.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.