Barbara Bursztynowicz nie tylko o „Tańcu z gwiazdami”

Nie tylko o „Tańcu z gwiazdami” – z aktorką BARBARĄ BURSZTYNOWICZ rozmawia Rafał Dajbor

fot. Andrzej Tyszko

 

Gratuluję pani serdecznie dojścia do ćwierćfinału „Tańca z gwiazdami”! Miała pani wiele kibicek i wielu kibiców. Czym był dla pani udział w tym programie?

Bardzo wiele zyskałam! Dostałam olbrzymi zastrzyk emocji – zupełnie dla mnie nowych. To jest wielkie show, nad którym pracuje sztab ludzi. Musiałam się mierzyć z trudnymi dla mnie bodźcami, ciągłym ruchem, pośpiechem, hałasem, bardzo intensywnymi reakcjami publiczności, cudownie wspierającymi nas, bardzo pozytywnymi i, o dziwo, podołałam temu. Jestem osobą raczej kameralną i taki program to nie jest dla mnie naturalne środowisko. Wzmocniłam się fi zycznie, moje ciało stało się bardziej plastyczne. Poznałam wspaniałych ludzi, którzy na każdym etapie otaczali mnie przyjaźnią i opieką. Były takie sytuacje, w których czułam, że gdyby nie ta serdeczność, to byłoby mi dużo trudniej. Ale dałam radę i jestem z siebie teraz naprawdę bardzo dumna!

Pani taneczny partner Michał Kassin był w ubiegłym roku jednym z okładkowych bohaterów „Repliki”. Pozował ze swoim ówczesnym partnerem. Dobrze się pani współpracowało z Michałem Kassinem?

Michał jest fantastycznym człowiekiem, mężczyzną z ogromnym wdziękiem i urokiem, a do tego genialnym tancerzem i nauczycielem tańca. Cierpliwym, delikatnym, przekazującym wiedzę o tańcu w sposób wrażliwy i inteligentny. To, jakim jest człowiekiem, przekładało się na relacje uczennica – trener. Niesamowite wraż enie robi jego falujące ciało, które bez wysiłku, płynnie i z niespotykaną gracją wyraża każdą emocję, wręcz magnetyzuje. Michał wyczarowuje to z taką łatwością, że za każdym razem zadziwia. Po prostu ma to na zawołanie. W przygotowywanych dla nas choreografi ach udowadniał, że taniec może być piękną, ludzką historią opowiedzianą ciałem w ruchu. Podsumowując naszą niezwykłą przygodę w „Tańcu z Gwiazdami”, wyznałam, że Michał jest jedną z moich największych miłości i wiem, że zyskałam w nim przyjaciela. Mam nadzieję, że jest to przyjaźń na długie lata. My nie tylko odbywaliśmy razem treningi, godzinami ćwiczyliśmy taniec, żeby potem zademonstrować przed publicznością efekt naszych zmagań, my bardzo dużo rozmawialiśmy o życiu, opowiadaliśmy o sobie, o swoich małych i dużych problemach. Okazało się, że mamy podobne poczucie humoru, że o wielu sprawach myślimy podobnie. Miałam dotąd duży dystans do świata youtuberów, do TikToka. Michał mnie w to wciągnął. Nasze wspólne filmiki rozbawiały wielu naszych fanów. Ja też się w to wciągnęłam. Wspólne poczucie humoru jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło. Lubimy żartować i co ważne, mamy do siebie ogromny dystans.

Występowała pani w tej edycji „Tańca z gwiazdami” razem z Katarzyna Zillman, pierwszą wyoutowaną lesbijką w programie, tańczącą z Janją Lesar w pierwszej jednopłciowej parze w historii programu. Jak się pani podobał ich taniec?

Każdy taniec Kasi z Janją Lesar bardzo mi się podoba. Kasia jest przede wszystkim sportsmenką, ale okazało się, że jest też niezwykle utalentowana tanecznie i aktorsko. Ma przy tym ogromny, wręcz trudny do okiełznania w życiu temperament. Ale przełożony na parkiet sprawia, że ona elektryzuje. W tańcu była zdyscyplinowana, ambitna, piękna w ruchu ciała, żywiołowa i dynamiczna. Prywatnie jest cudowna, kochana, przyjacielska, lubi się przytulać, okazywać przyjaźń. Czasami jak przytuli, to… ojej, aż boli! Ale ta jej siła okazywania uczuć, jej spontaniczność, to wszystko jest w niej prawdziwe, nieudawane, emocjonalne i płynące prosto z serca. Potrzeba nam bardzo takich autentycznych, spontanicznych reakcji. Kasia to ma, dlatego bardzo ją wszyscy lubimy.

Rozmawialiśmy o geju i o lesbijce, których spotkała pani w programie. To dobry moment, by porozmawiać o kwestii związków partnerskich i równości małżeńskiej, które wciąż w Polsce są gorącym tematem czy raczej gorącym kartoflem, który politycy przerzucają między sobą, bojąc się go jak ognia. Jakie jest pani zdanie na ten temat?

Uważam, że powinna być równość małżeńska i nie mam już dziś żadnych obaw, by mówić o tym otwarcie. Jeżeli dwoje ludzi się kocha na tyle, że chcą nie tylko ze sobą być emocjonalnie, ale też dzielić razem życie, co ma określone konsekwencje społeczne, prawne – to dlaczego im się to uniemożliwia? Dlaczego ludziom zabrania się poczucia bezpieczeństwa? Bo komuś się wydaje, że to jest „fuj”? A jakim prawem ktoś ma decydować o życiu innych ludzi? Jest to strasznie przykre i mnie to osobiście boli

 Przez wiele lat była pani jedną z gwiazd serialu „Klan”, z którego już jakiś czas temu pani odeszła. W „Klanie” pojawiały się takie m.in. postacie jak gej, osoba z wirusem HIV czy dziecko z zespołem Downa. Twórcy serialu nie kryli, że te wątki wiążą się z misją Telewizji Publicznej, realizowaną także przez jej fl agowy serial. Czy ta misyjność „Klanu” była dla pani ważna?

Tak, było to dla mnie ważne. Serial był tworzony jako misyjny i od początku zakładano, że będą w nim poruszane trudne tematy, które budzą społeczne emocje. Że będziemy chcieli edukować, przedstawiając dziedziny życia, o których Polacy mało wiedzą, które są wypierane ze świadomości, są tematami tabu. Brak wiedzy lub niepogłębiona wiedza prowadzą do niezrozumienia i odrzucenia. My edukowaliśmy, że, na przykład, HIV to nie jest coś, czym można się zakazić przez ukąszenie komara. Że dzieci z zespołem Downa są takimi samymi dziećmi jak każde inne. Że homoseksualiści to kochani i wspaniali ludzie, którzy różnią się tylko tym, że zakochują się wewnątrz swojej płci. Jeszcze jeden ważny temat – depresja, na którą cierpiała moja bohaterka Elżbieta, a wtedy o depresji w naszym kraju właściwie nic nie wiedziano. Dostawałam mnóstwo listów od osób dotknię tych tą chorobą , które dziękowały mi za to, że „Klan” poruszył ten temat i wiarygodnie go przedstawił. Jest cała sfera zagadnień, o których trzeba mówić, edukować, które wciąż pozostają tematami tabu. I żeby trafi ały do wszystkich, najlepiej poruszać je właśnie w popularnym serialu, w sposób przystępny i delikatny. Bez brutalności, bez polityki można zdziałać cuda. Może nie powinnam się wypowiadać na ten temat, bo dawno „Klanu” nie oglądałam, ale wydaje mi się, że „Klan” tę swoją misyjność stracił. Gram teraz w nowym serialu „Szpital św. Anny”, nagrodzonym Telekamerą już po pierwszym sezonie. Moja bohaterka jest alkoholiczką. Jest skonfl iktowana z córką, zdradzana przez męża. Jest bardzo samotna i szuka pocieszenia w alkoholu. Poczucie zdrady, konfl ikty z dziećmi, samotność i sięganie z tego powodu po alkohol są dzisiaj powszechnym problemem kobiet w każdym wieku. Szukają oparcia, ale kiedy go nie znajdują, łagodzą pustkę coraz bardziej popadając w chorobę alkoholową, którą z czasem coraz trudniej pokonać. A do tego, jako kobiety „pijaczki” spotykają się z pogardą i hejtem. Ten wątek w serialu „Szpital św. Anny” pokazuje i wyjaśnia w bardzo prawdziwy, nienachalny sposób, skąd się biorą takie przypadki. Bardzo się cieszę, że mogę znów

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Radek Pestka: po zwycięstwie w „Top Model” totalnie mi odbiło

Z RADKIEM PESTKĄ, DJ-em i influencerem, zwycięzcą „Top Model” sprzed dziesięciu lat, a obecnie jednym z bohaterów nagiego kalendarza „Repliki” „Intymność” na 2026 rok, rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Kuba Stachowiak

W tym roku mija dziesięć lat od twojego udziału w „Top Model”. Jak minął ten czas?

Szybko. Nawet nie wiem kiedy. Dla mnie najważniejsze było ostatnich pięć lat. Zrobiłem największy progres. Byłem na terapii, zdałem maturę, rozpocząłem studia – japonistykę, choć musiałem je rzucić. Long story.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że po programie „uderzyła ci sodówka do głowy”.

Strasznie mi wtedy odbiło. Myślałem, że wszystko mi się należy, byłem samolubny, narcystyczny. Potrafiłem spóźnić się na sesję dwie godziny. Wiem też, że nie zawsze zachowywałem się dobrze wobec przyjaciół, wobec mojej siostry bliźniaczki. Ale z drugiej strony trochę się nie dziwię, że mi odbiło. Wrzuć do telewizyjnego programu chłopaka z totalnie biednej rodziny – u nas była taka bieda, że kaczki nam chleb rzucały. (śmiech) Ale na poważnie – daj temu dwudziestoletniemu chłopakowi nagle jakąś „rozpoznawalność” i pieniądze. Nie wiedziałem, jak je zainwestować, jak wykorzystać ten rozgłos. Jak współpracować z tymi firmami, które zaczęły się do mnie odzywać? Jakie są stawki? Tego w programie nikt mnie nie nauczył.

Dziś zarabiasz chyba głównie jako DJ, a nie jako model. Co z tymi wielkimi kontraktami obiecywanymi po wygranej w „Top Model”?

To nie do końca tak wygląda. Umówmy się, to nie jest program, który odzwierciedla świat modelingu, to reality show. Po programie od razu się okazało, że nie będę na tym zarabiać. Gdy pojechałem na kontrakt do Chin, przez dwa miesiące miałem bardzo mało pracy. Chodzisz na castingi, nie dostajesz roboty. Po co się pieprzyć i wmawiać sobie, że wszystko będzie OK? Dodatkowo modeling to jeden z niewielu zawodów, gdzie kobiety zarabiają 30% więcej niż mężczyźni, a konkurencja jest i tak ogromna. Jak idziesz w pokazie w Polsce, zarabiasz grosze. Żeby się przebić do Paryża czy na inne kontrakty – potrzeba masy wyrzeczeń, a do tego backupu finansowego, żeby spokojnie chodzić na castingi i nie martwić się, za co kupić jedzenie. Życie zweryfikowało, że się do tego nie nadaję. Na Instagramie można zarobić, tylko czy to jeszcze jest modeling, czy bycie influencerem? I szczerze? Z perspektywy czasu jestem dziś bardziej nieśmiały przed aparatem niż kiedyś. Straciłem tę pewność siebie przez te wszystkie castingi.

Tym bardziej chyba muszę ci podziękować, że zgodziłeś się wziąć udział w naszym nagim kalendarzu na 2026 rok.

Biłem się z myślami, czy powinienem, a już szczególnie, czy powinienem zgodzić się na okładkę. Z jednej strony chciałem, ale z drugiej miałem w głowie tę wpadkę z 2016 roku, gdy przypadkowo wrzuciłem nieocenzurowane zdjęcie na Snapchata. Opowiadałem chyba o tym w naszej ostatniej rozmowie (wywiad z Radkiem i Romkiem Gelo, jego ówczesnym chłopakiem, znalazł się w „Replice” nr 76, lis/gru 2018 – przyp. red.). Mój świat runął, straciłem wszystkie kontrakty, współprace, ludzie na ulicy pokazywali mnie palcami i wyśmiewali, a portale plotkarskie pisały tylko o tym. Ale czy ja kogoś skrzywdziłem tą sytuacją? Zabiłem kogoś, pobiłem, okradłem, złamałem prawo? A porównywano mnie do najgorszych ludzi. Najpierw spójrzmy na siebie, a potem oceniajmy innych. Taka sytuacja mogła zdarzyć się każdemu. Słyszałem, że inni też mieli takie wpadki, tyle tylko, że ja jestem osobą publiczną. Uderzyło we mnie tsunami nienawiści i pogardy, z którymi ledwo dałem sobie radę. Miałem wtedy próbę samobójczą. Dlatego chcę podkreślić: hejt upadla, niszczy, a nawet zabija.

Sprawa tego nagiego zdjęcia sprzed dziewięciu lat wciąż się za tobą ciągnie?

Trochę tak, trochę nie. Właśnie dlatego zastanawiałem się nad kalendarzem – czy to nie będzie taka przypominajka tamtej sytuacji. Ale z drugiej strony chyba już od tego nie ucieknę, pogodziłem się z tym. Wiele od tamtej pory się zmieniło. Wtedy temat seksualności czy w ogóle „niebieskiej platformy” (OnlyFans – przyp. red.) był znikomy, a jeśli był, to bardzo stygmatyzowany. Gdyby coś takiego wydarzyło się teraz, myślę, że poradziłbym sobie zupełnie inaczej. Boli mnie jedynie, że wciąż są marki, które mówią: „Radek? Nie, bo afera!”. Co z tego, że to było prawie dziesięć lat temu, a dziś współpracują z kimś, kto świadomie założył konto na Only- Fans. Mówię im, że u mnie to był przypadek. I tak jestem na gorszej pozycji, niż ktoś, kto świadomie wrzuca swoje nagie fotki do netu. Co mogę zrobić? Nic, patrzę już z dystansem. Ci, co mnie mnie poznali bliż ej przez te lata i współpracują ze mną, wiedzą, że mam inne wartości. Wraz z Romkiem brałem już udział w waszym kalendarzu na 2020 rok. Jednak wtedy byliśmy jeszcze dzieciakami, dopiero ostatnio stałem się bardziej świadomy siebie, swojego ciała, seksualności. Tego, że naprawdę cieszę się, że jestem gejem. Totalnie nie wyobrażam sobie być hetero. Jeżeli po śmierci czeka nas jakaś reinkarnacja, to mam nadzieję, że znowu będę gejem. Mimo wszystkich rzeczy, które dzieją się wokół nas – stygmatyzacji, hejtu, braku praw.

W 2022 roku, w odpowiedzi na czyjeś pytanie na IG, napisałeś, że po pięciu latach rozstałeś się z Romkiem, ale jest „git między wami”. Do dziś chyba jesteście przyjaciółmi.

Tak, ale zanim to się stało, potrzebowaliśmy trochę czasu. Przez pół roku nie odzywaliśmy się do siebie. Potem umówiliśmy się na „pranie brudów” i teraz… nie wyobrażam sobie życia bez Romka.

Mnóstwo relacji kończy się tak, że jedna osoba blokuje drugą na komunikatorach i nie chce jej znać. Wy pokazujecie, że można inaczej.

Wiele osób tego nie rozumie. Mówią, że pewnie jeszcze do siebie wrócimy, ale… no fucking way! Śmiejemy się, że zamieszkamy razem w domu starości. Kocham Romka nad życie. Wiem, że on mnie też. To jest tylko czysta przyjaźń, taka platoniczna miłość. Gadamy ze sobą codziennie, naprawdę codziennie i możemy powiedzieć sobie wszystko bez oceniania, bez tajemnic. Właściwie to jesteśmy jak bracia. Znamy się osiem lat, gdy zaczęliśmy się spotykać, szybko poznałem jego mamę, tatę, siostrę. Oni zastąpili mi rodzinę, której nie miałem. Jego rodzice zaczęli mówić do mnie „synek” po miesiącu. I mówią tak do dziś, mimo że nie jesteśmy razem. Mamy ze sobą kontakt, wciąż jestem zapraszany na wszystkie święta.

Takie przyjaźnie z byłymi partnerami, niestety, często psują kolejne związki.

Przyznaję: zarówno były chłopak Romka, jak i mój mieli trochę z tym problem. Mój partner niby go lubił, ale jednak nie rozumiał naszej relacji, zdarzały się o nią kłótnie. Tylko… to nie jest mój problem. Wiemy, że do siebie nie wrócimy. Nie wszyscy to rozumieją. To nie jest mój były chłopak, to moja rodzina. Nieważne, jak bardzo byśmy byli pijani i tak nie skończylibyśmy razem w łóżku. Była taka sytuacja w Amsterdamie. Coś tam wypiliśmy, spojrzeliśmy na siebie i mieliśmy takie… No nie, nic z tego. (śmiech)

Wspomniałeś, że wróciłeś do edukacji, zdałeś maturę i poszedłeś na studia.

Skończyłem szkołę średnią w trakcie pandemii i podszedłem do matury, ale zabrakło mi 2% z matmy. Nie odpuściłem. W 2024 roku spróbowałem znowu. Musiałem jednak oprócz tej nieszczęsnej matmy podejść już też do ustnego polskiego i angielskiego. Byłem załamany, non stop książki. Ale udało się! Na matmie strzelałem i ustrzeliłem 35%. Polski ustny 100%, angielski ustny – 100%. Byłem w szoku. Potem poszedłem na japonistykę, ale nie dałem rady. Lektury, historia, gramatyka, słówka, kultura, wiedza o języku, rozmówki, kanji – zajęć było ogromnie dużo, codziennie w godzinach 13-20, po szkole wciąż siedziałem nad książkami. A jeszcze przecież musiałem kiedyś pracować, żeby się utrzymać. Wiem, że każde studia są trudne, i nie chodzi o to, że „było trudno, to się poddałem”, tylko o to, że musiałbym mieć naprawdę zajebisty backup finansowy, by skupić się tylko na edukacji. Na razie odpuściłem.

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

„Gniew nie mija” – Bart Andersen wygrał z Polską w Trybunale w Strasburgu

Z BARTEM ANDERSENEM, który pozwał Polskę o brak możliwości transkrypcji małżeństwa zawartego w Walii, rozmawia Angela Getler

arch. pryw.

 

O co z mężem pozwaliście Polskę?

O brak możliwości transkrypcji małżeństwa zawartego prawie rok wcześniej w danym momencie, po tym jak prokuratura krajowa zleciła monitorowanie takich par jak nasza.

Kiedy to było?

Staraliśmy się o transkrypcję od dnia zakochanych w 2017 roku. Po kolejnych procesach w Polsce nasza sprawa wylądowała w Strasburgu w 2022 roku. Wyrok zapadł dopiero w tym roku w kwietniu*.

Mieszkacie w Walii, po co wam ta transkrypcja?

Było mi to wtedy potrzebne, bo chciałem studiować w Polsce stomatologię, a brak transkrypcji sprawił, że musiałem zmieniać plany. Było to bardzo stresujące.

Gdy przenosisz się z państwa, gdzie z małżonkiem masz uregulowany status związku do miejsca, gdzie de jure jesteście sobie obcymi osobami, to pojawia się mnóstwo problemów. Zwłaszcza gdy tylko jedno z was mówi po polsku. Wpływa to na sposób, w jaki sposób możemy zarządzać naszymi codziennymi sprawami, ale też niecodziennymi, na przykład, takimi jak spadki. Do dzisiaj nie wiem, w jaki sposób to będzie funkcjonowało.

Gdyby polskie prawo uznawało nasze małżeństwo, to przenosiny oraz podróże do Polski byłyby dla nas możliwe. Żartujemy, że przeprowadzka do Polski w tym momencie byłaby co najwyżej najszybszą drogą, żeby wziąć rozwód.

Co orzekł Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu?

Orzekł oczywiście, że Polska złamała swoje zobowiązania prawne. To było do przewidzenia, dlatego że w podobnych kwestiach, chociaż niekoniecznie takich samych, orzekano podobnie. Trybunał w Strasburgu jest jednak niekonkretny i wymaga uznania jakiejkolwiek formy związku, czyli na przykład związku, gdzie można tylko odbierać nawzajem listy, jak i małżeństwa z pełnią praw.

Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka już w 2018 roku wydał opinię, że wszystkie prawa rodzinne, jakie mają pary heteroseksualne, powinny być zagwarantowane także parom jednopłciowym oraz że nie powinno się w tym celu wprowadzać odrębnej instytucji związku formalnego (partnerskiego – przyp. red.), lecz że „najprostszym i najbardziej efektywnym sposobem”, by powyższe zapewnić, będzie rozszerzenie prawa do małżeństwa na pary jednopłciowe.

Masz więc ten wyrok. I co teraz?

Bardzo dobre pytanie, ponieważ Polska nie respektuje prawa i nie stosuje się do wyroków Trybunału od lat. Rządy w Polsce nie są demokratyczne. Na przykład Alicja Tysiąc czekała dekady na implementację swojego wyroku w sprawie uniemożliwienia jej dostępu do aborcji. W międzyczasie umarła, a wyrok nadal nie jest respektowany. To więc było nie tylko pod rządami Zjednoczonej Prawicy, ale też pod rządami PO oraz KO i jej koalicjantów. Jesteśmy z mężem w sytuacji Alicji Tysiąc, być może będę miał wypadek albo w jakiś inny sposób umrę i po prostu nie doczekam tak jak ona.

Jako społeczność musimy wychodzić z jakiejś pozycji siły, gdzie domagamy się, by nasze prawa były respektowane, a nie z pozycji płaszczenia się przed politykami.

Czy wobec niewykonywania wyroku przysługuje ci jakieś odszkodowanie?

Dostałem jakieś symboliczne „odszkodowanie” tysiąc euro mimo ośmioletniego procesu, wpływu, jaki na mnie miał, jego kosztów i ciągłego braku transkrypcji. I miałem szczęście, bo większość pozywających Polskę w podobnych sprawach nie dostała niczego.

Koszt dla państwa jest bardzo symboliczny, więc Trybunał „wysyła wiadomość”, że łamanie praw człowieka jest tanie. Tymczasem sędziowie Trybunału mają bardzo dobre płace, bardzo dobre emerytury, więc nie wiem, na co te pieniądze idą z naszych podatków. Czy potrzebujemy słabych instytucji, które tak naprawdę nas nie chronią? To stosuje się też do sądów w Polsce. Sędziowie mają swoje protesty, ale kiedy przychodzi coś złego, nie wykazują żadnego zainteresowania prawami człowieka. Zwłaszcza, kiedy ich kariera czy społeczna pozycja są w jakiś sposób zagrożone. A przecież te prawa dotyczą też ich samych, ponieważ byli i znów mogą być ofi arami politycznej nagonki. Zaufanie do sędziów jest niskie nie bez powodu – brak im przysłowiowych jaj. Tak się czuję, że nie mamy sojuszników i musimy liczyć wyłącznie na siebie.

Oczywiście nie zamierzam biernie czekać na przyjęcie nowego prawa. Już teraz złożyłem skargę na sędzię, która orzekała w naszym procesie w Polsce oraz pracuję nad listem otwartym. Omawiam go z prawnikiem i z innym małżeństwem z Polski. To jest symboliczna rzecz, realnie nie mamy żadnych narzędzi, by zrobić cokolwiek. Ludzie nie powinni być w takiej sytuacji, ale to przejaw braku sprawczości obywatelskiej w krajach niedemokratycznych. Mam jednak trochę wolnego czasu, mam trochę wolnego gniewu, więc warto to wykorzystać.

Ministra Katarzyna Kotula dogadała się z PSL-em w sprawie projektu ustawy o statusie osoby najbliższej. Czekamy, kiedy ten projekt ujrzy światło dzienne. Czy taka ustawa sprawi, że Polska przestanie naruszać twoje prawa?

Jest to żałosne i obraźliwe. Jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat. Nawet związki partnerskie byłyby rozwiązaniem może w 1989 roku, ale nie w 2025 roku, kiedy po prostu potrzebujemy pełnego równouprawnienia.

Czy nie minął ci gniew po dziesięciu latach?

Na Polskę na pewno nie mija. Dosłownie od czasu upadku reżimu PRL-u praktycznie nic nie zmieniło się w sytuacji prawnej osób LGBT w Polsce. Wiele osób miało nadzieję, że po wyborach 2023 roku nastąpi jakiegoś rodzaju demokratyzacja, ale zamiast tego widzimy coraz gorszą sytuację. Na przykład rząd zawiesza prawa człowieka na granicy, czyli de facto unicestwia układ z Schengen i maltretuje niewinnych ludzi. To bardzo zły sygnał, który oznacza, że będziemy następni, jeśli tylko pojawi się taka okazja i będzie trzeba szukać jakichś kozłów ofi arnych.

W Wielkiej Brytanii wywołano wojnę kulturową z osobami transpłciowymi, dlatego że nie wychodziło politykom w gospodarce po brexicie. Nadal nie wychodzi, więc ta wojna trwa i rozszerza się z rosnącą wrogością wobec wszystkich osób LGBT.

Ale przecież teraz w Wielkiej Brytanii rząd jest lewicowy. Nie próbuje jakoś załagodzić tej sytuacji?

W ogóle nie, gdyż jest kontynuacja tego, co było wcześniej. Jest jeszcze gorzej niż za czasów rządów konserwatywnych, choć to wtedy nakręcono tę spiralę. Oczywiście byli też „pożyteczni idioci”, którzy sami będąc gejami i lesbijkami, ustawiali się w kolejce, żeby dopiekać osobom trans. Osoby, które nienawidzą osób trans, często też nienawidzą całej reszty osób LGBT i innych grup. Wzrosła liczba przestępstw motywowanych uprzedzeniami. Kiedy pracowałem jako policjant, był to w miarę stabilny problem. Ostatnio jest gorzej. Pamiętam bardzo smutne sceny sprzed około roku, gdy w Anglii mieliśmy rasistowskie zamieszki. Ponieważ nie było żadnych w Walii, to wiele osób przyjechało tutaj na dwa czy trzy tygodnie, żeby w jakiś sposób przeczekać niepokoje. 

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Piotrka Masierak – dziennikarka radiowej Trójki, transpłciowa kobieta

Z PIOTRKĄ MASIERAK, dziennikarką radiowej Trójki, transpłciową kobietą, rozmawia Angela Getler

fot. Zuzanna Siwek

 

Co to za podcast, który szykujesz?

Dla Polskiego Radia produkowany będzie podcast o nazwie „Kłir. Poza szafą”. Bardzo mi zależało, by pokazać w nim, że zawsze tu byłyśmy, ale równocześnie opowiedzieć o tym, co dzieje się teraz.

W jaki sposób?

Do pierwszego odcinka zaprosiłam Lullę La Polakę i Pomadkę Teresę, więc mamy zderzenie historii i nowoczesnej formy dragu. W każdym z odcinków staram się zaprosić osobę, która opowie, jak „kłir” wyglądał historycznie i kogoś ze świata współczesnego. Jako młode osoby możemy się bardzo dużo nauczyć od tych, które już na tym świecie trochę pobyły i też miały strasznie trudno.

Jeden z odcinków mam już nagrany – z Krzyśkiem Tomasikiem, biografem queerowych historii, oraz Nataszą Parzymies, reżyserką serialu „Kontrola” i świetnego filmu „Moje Stare”. Będzie u mnie też historyczka Joanna Ostrowska. Może uda się porozmawiać z jedynym wyoutowanym gejem w polskim sporcie, skoczkiem narciarskim Andrzejem Stękałą. Myślę, że na początku nowego roku już będziemy mogli posłuchać „Kłir. Poza szafą” na portalu Spotify oraz na wszystkich platformach, na których są podcasty.

Dlaczego właśnie taki podcast chcesz robić?

Mamy bardzo, bardzo mało miejsca na to, żeby opowiadać nasze historie naszym głosem, przedstawiać naszą prawdę. Osoby z kierownictwa Trójki znając moje doświadczenie i historię queerowego aktywizmu, od początku były bardzo otwarte na takie opowieści. Miałam poczucie, że jeśli mam szansę, to po prostu muszę z niej skorzystać.

Skąd ta wewnętrzna presja?

Nasza społeczność dużo mi dała. Kiedy byłam bezrobotna, musiałam założyć zbiórkę. Początkowo miała być bardziej na tranzycję, a okazało się, że większość z tych pieniędzy poszła na to, żeby przeżyć. Ja wiem, kto wpłacał na te zbiórki. To były właśnie queery. Mam poczucie, że zaciągnęłam pewien dług wobec społeczności i chcę go teraz oddać.

Nie ma wielu miejsc, gdzie ktoś z chęcią przyjmie osoby queerowe, da im platformę i pozwoli zrobić podcast. I jeszcze taki, który nie trafi tylko do dziesięciu osób, ale do dużej grupy, bo Polskie Radio to przecież ogromna rzecz.

Jak długo zajmujesz się dziennikarstwem?

Za chwilę skończę 33 lata, a zaczęłam pracować, mając 16. Mój tata był dziennikarzem sportowym i ze starszym bratem poszliśmy w jego ślady. Kilka lat pracowałam w redakcjach sportowych, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Sportowych Faktach” i prywatnych telewizjach, które często szybko upadały, ale dało się tam robić fajne rzeczy, takie jak komentowanie meczów. Później przeszłam od sportu, który niestety jest najgorzej opłacaną dziedziną dziennikarstwa, na stanowiska wydawnicze. To był też czas, gdy czułam się mocno dysforycznie i wolałam pracować gdzieś z tyłu, a nie na froncie. Po okresie niemal rocznego przykrego bezrobocia, znalazłam pracę w Trójce. Musiałam mieć trochę czasu, zanim nauczyłam się tajników radia, szczególnie montażu. Od września 2024 roku zaczęłam już pracować przy audycjach.

Po rozpoczęciu tranzycji poczułam, że jestem gotowa na pokazanie się światu. Strasznie się cieszę, że mam teraz takie możliwości, a i radio jest niesamowicie fascynujące. Czuję się teraz, jakbym przeżywała drugą dziennikarską młodość i trafi ła na dziennikarski uniwersytet.

Jak się przechodzi tranzycję, zajmując się czymś widocznym publicznie?

Jest to skomplikowane. Mimo bogatego i dobrego CV dość długo czekałam na podjęcie pracy – zastanawiam się, czy było to związane z tym, że już w CV zmieniłam imię, czy wynik tego, jak w ogóle dzisiaj wygląda świat zatrudnienia? Na pewno jest to wystawianie się na hejt. Będąc osobą transpłciową gdziekolwiek, jeśli istniejesz w przestrzeni publicznej, musisz być na to gotowa. Myślę, że megaważne jest pokazywanie, iż jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni i wykonujemy swoją pracę najlepiej, jak umiemy. Ale ze strony ludzi, którzy są zarządzającymi w mediach, ważne jest, by dawać szansę osobom queerowym. To, jak kierownictwo w Trójce do mnie podchodziło, od razu nadało poziom bezwarunkowej akceptacji w całym zespole. Na pewno nie wszędzie jest tak pięknie, ale tu jest fajnie. Widzę też, że to jest ważne dla tych, którzy do tej pory nie spotykali osób transpłciowych, a przynajmniej o tym nie wiedzieli.

Jakie to uczucie, móc tak swobodnie żyć?

Niesamowite. Dużo cierpienia sprawiało, że musiałam funkcjonować jako dwie różne osoby, by nie spotkać się z agresją. Masz dwa życia – to prywatne z przyjaciółmi, w miejscach, w których jesteś akceptowana, a w sytuacjach, gdzie nie wiedziałam, czy będzie bezpiecznie, to pod deadname’em. Takie rozdwojenie było bardzo przykre i bardzo trudne. Na początku mojego queerowego przebudzenia określałam się jako osoba niebinarna. Kiedy mogłam już nie funkcjonować w męskim świecie, zrozumiałam, że jest mi najlepiej i zupełnie naturalnie w kobiecości. Jak myślę o osobach, które przez większość historii musiały się chować i prowadzić te ukryte życia, to mam jeszcze więcej szacunku do tych, które potrafi ły otwarcie mówić, że są queerowe.

Doświadczałaś przemocy?

Myślę, że każda z nas doświadczyła. Nie ma queera, który gdzieś nie dostał, nie usłyszał czegoś strasznego, nie został opluty. Pochodzę z robotniczej dzielnicy Lublina, z ulicy Kunickiego. Jak były rankingi najbardziej niebezpiecznych ulic w Lublinie, to zazwyczaj Kunickiego znajdowała się w pierwszej trójce. Nie znałam tam żadnych queerów, byłam w dzielnicy chyba tylko jedną z dwóch „męskich” osób, która miała długie włosy. To wszystko było skomplikowane i wtedy na porządku dziennym spotykała mnie przemoc i nieprzyjemne komentarze.

Jaka była reakcja twojego taty? Skoro też jest dziennikarzem, to czy, na przykład, obawiał się o „wspólną markę”?

Mój tata akurat parę lat temu zmienił pracę. Teraz jest całkiem szczęśliwym taksówkarzem. Mówi, że dało mu to dużo spokoju. Przez całe życie były znaki – byłam brana za dziewczynkę od najmłodszych lat, zawsze się kumplowałam z dziewczynami. Z drugiej strony, dobrze sobie radziłam też w chłopackich środowiskach, chociaż było to okupione dużą wewnętrzną pracą i uczeniem się, jak nie dostać „wpierdolu”.

Był taki moment, gdy przyjechałam na święta cztery lata temu. Miałam piękne, długie włosy i na spotkanie ze znajomym właśnie założyłam biżuterię. Przeglądałam się przed lustrem i po prostu miałam na twarzy taki duży uśmiech. Mój ojciec na to spojrzał. Parę miesięcy później zabrałam go na herbatkę i wyoutowałam się przed nim. Powiedział, że nie jest to dla niego zaskoczenie. Że w momencie, kiedy zobaczył mnie wtedy, z takimi błyszczącymi ze szczęścia oczami, zrozumiał, o co chodzi.

A jak z mamą?

Był większy problem, ale myślę, że to wychodziło z miłości i strachu, jak będę sobie radziła, czy nie spotka mnie przemoc. Trochę czasu minęło i mama się też z tym ułożyła. Z rodzicami jest więc okej i myślę, że to zrozumiałe, iż potrzebowali trochę czasu. Wyjechałam do Warszawy po studiach, do Lublina wracałam z dwa razy do roku na święta. Oni tak naprawdę nie widzieli mojej przemiany, mojego życia tutaj – prawdziwego, kobiecego – i musieli się przyzwyczaić. Na pewno pomagało, kiedy, na przykład, przyjechałam z moją przyjaciółką jeszcze z gimnazjum, Kasią Babis, którą moi rodzice od lat znają i kochają. Gdy zobaczyli, jak podchodzi do mnie, traktuje totalnie jak babę, to myślę, że łatwiej im było to wszystko przyswoić.

Dlaczego wyjechałaś do Warszawy?

Przede wszystkim za pieniędzmi, bo w Lublinie rynek pracy jest koszmarny. To był podstawowy powód. Wtedy byłam w związku właśnie z Kasią i myślałyśmy o tym od dłuższego czasu. To był bodajże 2017 albo 2018 rok. W Lublinie zaczynała się bardzo mocna brunatna fala. Obie działałyśmy w Partii Razem, a ONR-owcy ganiali nas po ulicach. Ludzie w barze potrafili mi pluć na plecy. Minister Czarnek też mocno tam działał.

Byłam w Lublinie dość rozpoznawalna. Oprócz tego, że pracowałam jako dziennikarka od młodych lat, to byłam bardzo towarzyską osobą i miałam dużo znajomych. Po jakimś czasie okazało się, że moja lewicowa działalność dla wielu z nich jest nieakceptowalna. Nie miałam już siły na walkę z wiatrakami i czułam, że muszę stąd uciec, bo może się coś złego wydarzyć.

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

ariel rosé – androgyniczny queerowy poeta, poliglota i nomada

Z arielem rosé*, androgynicznym, queerowym poetą, tłumaczem, poliglotą i nomadą, rozmawia Małgorzata Büthner-Zawadzka

fot. Nille Leander

Jesteś w Polsce przelotem. Skąd przybywasz i dokąd zmierzasz?

Z Danii i Szwecji. Odwiedzałem w Kopenhadze przyjaciółkę filozofkę. I byłem na festiwalu w lesie w Skanii organizowanym przez rezydencję, podczas której rok temu pisałem esej o piasku do książki o krajobrazie. Chcieli, żebym przeczytał fragment i kilka wierszy. A zmierzam do Berlina na kolejną rezydencję. Jest dla uchodźców, ale ponieważ piszę o ukraińskich poetach, zostałem do niej nominowany przez poetów z Niemiec.

Piękne masz imię, arielu. Szekspirowskie.

Uwielbiam „Burzę” Szekspira. Postać Ariela jest agender, nie wiadomo kto to, duch wodno- -powietrzny, który dostanie wolność, jak wypełni zadania. Ale „Ariel” to też tytuł ostatniej książki Sylvii Plath. Musiała wiedzieć, że to ostatnia. Pisała wiersz dziennie, czasem nawet dwa. To olbrzymi wysiłek i ogień, jak się jest non stop w takim diapazonie ognia, można się spalić. I spłonęła. Tomik rewelacyjny, ale jaki koszt. Imię jest więc przestrogą, bo miałem tendencję do takiej pracy. A w ogóle wywodzi się z tradycji hebrajskiej. Kiedyś zadzwoniłem do Ireneusza Kani (legendarny tłumacz – przyp. MBZ), mówię mu, że zmieniłem imię i trochę nie wiem, jak zareaguje. Spytał: „Na jakie? Ariel? A, lew boga!”. Ha, ha, całą wiedzę miał w głowie. Niekoniecznie się utożsamiam z lwem, może to bardziej ironiczne. Niestety, państwo polskie nie pozwala mi oficjalnie być arielem. Próbowałem pięć lat temu, za PiS-u. Dostałem długi list odmowny; profesorka z PAN-u się wypowiedziała, że nie mam prawa zmienić imienia na ariel, bo jest męskie. Ja kiedyś zmienię sądownie marker płci, ale co mają zrobić osoby niebinarne, które nie mają na to ochoty? Okropność. Zapytałem, czy jak zaprosimy piosenkarkę Ariel z Ameryki, to będziemy o niej mówić piosenkarz? To neutralne imię. I nieobraźliwe.

A czemu piszesz się małą literą?

Po prostu mam słabość do minuskuły.

Ariel to także jeden z księżyców Urana. Blisko ci do Paula B. Preciado, autora „Testo ćpuna” i „Mieszkania na Uranie”, który okreś la się dysydentem z porządku płci?

„Testo ćpun” to nie była „moja” książka. Przy okazji – ciekawostka: kiedy pierwszy raz poszedłem do endokrynologa, okazało się, że mam zaburzoną gospodarkę hormonalną. Całe życie miałem poczucie pikowania w dół, nie depresji, ale jakby bycia w limbo. A na testosteronie to odpuściło, po dwóch tygodniach poczułem totalny spokój. Co do Preciado – jest błyskotliwy, jednak nie z wszystkim się zgadzam. Odejście od polityki tożsamości – owszem, lepiej rozpuścić tę całą normatywność i hierarchię. Ale ja mam zupełnie inną koncepcję Europy niż Paul, opartą na przyjaźniach. Znam osoby piszące, kompozytorów, malarzy z różnych krajów i utrzymuję z nimi głębokie relacje, odwiedzam co roku. Do Oslo zapraszam poetów z Europy Środkowej oraz Wschodniej i to też jest budowaniem mostów.

Pozwoliłeś mi użyć deadname Alicja, pod którym ukazały się twoje wiersze, bo część osób cię z nimi nie łączy. W pierwszym tomie, wydanym w Znaku („Północ. Przypowieści”, 2019) jesteś jeszcze poetką. W drugim, „morze nocą jest mięśniem serca” (PIW 2022) już poetą, ale masz zaimki on i ona. Oba opisy ci nie odpowiadają…

Nigdy mi nie odpowiadały. Nie znosiłem, jak ktoś mówił poetka, prostowałem wiele razy. A że Znak tak napisał… nie miałem w to wglądu i źle się z tym czułem. W PIW-ie wydawałem za czasów PiS. O pracy redaktorskiej mam jak najlepsze zdanie, wszyscy traktowali mnie serdecznie i z szacunkiem. Jednak mieli problem, żeby na stronie internetowej pisać o mnie w męskich zaimkach.

Ty od małego wiedziałeś, że nie jesteś dziewczynką.

Miałem dwa lata i już wiedziałem. Wychowywałem się w komunie hipisowskiej. Rodzice mamy byli weterynarzami, mieli lecznicę w Braniewie, a po ich śmierci, w stanie wojennym, mama z tatą zaprosili tam przyjaciół. Dom pełen ludzi i zwierząt, wolność, można było malować po ścianach. Był Szymon oraz mój brat cioteczny Kamil i wiedziałem, że przynależę do nich, a Justynka jest kimś innym. Zastanawiam się, czy wtedy chodziło mi o rolę? Bo Justynka była zawsze w białej sukience, a ja miałem totalną swobodę. Czułem też przynależność do grupy Szymona i Kamila pod względem tego, co nas interesowało. Słowa przyszły później. W latach 90. wyszedł numer „Wiedzy i Ż ycia” o dzieworództwie. Pomyślełem: „Fascynujące, muszę poczytać więcej o biologii” – a mieliśmy pełno książek, bo mama też studiowała weterynarię. Kiedy dowiedziałem się, że istnieją osobniki androgyniczne, doznałem olśnienia – to ja! Przyszedłem do kuchni i powiedziałem rodzicom: jestem androgynem. Nie wiedzieli, co z tym zrobić. Przemilczeli.

Dalej mówisz o sobie androgyn, ale niektórzy uważają cię za trans mężczyznę. W angielskim używasz zaimków they/them, w polskim nie…

Po polsku nie brzmią najlepiej. Kojarzą mi się z komunizmem: my partia, wy towarzysze, winni są oni. A termin transpłciowość jest dla mnie problematyczny, sam bym się tak nie określił. Ktoś mnie ostatnio spytał o tożsamość seksualną i stwierdził, że jeśli jestem trans mężczyzną i chcę być z kobietą, to jestem hetero. No nie, jestem hybrydą i to jest dla mnie queer. Ale bardzo chcę wspierać transpłciową społeczność. Natomiast heteroseksualizm jest w odwrocie, skończył się. Możemy się rozmnażać przez in vitro, trans mężczyźni zachodzą w ciążę, człowiek jest dziś w stanie w laboratorium stworzyć spermę. I tyle. To też łamie system więzów krwi.

Nie chcę dociskać, ale czy bardziej pasuje do ciebie niebinarność?

Wolę mówić o androgyniczności. Albo o dwupłciowości, połączeniu, hermafrodytyzmie.

W zasadzie to ostatnie jest przestarzałą nazwą interpłciowości.

Ale w mitologii Hermafrodyta jest synem Hermesa i Afrodyty, a gdy gwałci go nimfa Salmakis, łączą się w jedno. We Florencji zakochałem się w pewnej rzeźbiarce, ona mnie otworzyła na rzeźbę i w galerii Uffi zi zobaczyłem „Śpiącego Hermafrodytę”. Wow! Ta podwójność, która łączy w sobie jedno i drugie, i rozlewa. Takie postaci zawsze mnie pociągały. W eseju o piasku piszę o Isabelle Eberhardt, szwajcarskiej podróżniczce, która przeszła na islam, nauczyła się arabskiego i jako Si Mahmoud Saadi, męski wyznawca islamskiej sekty, jeździła po pustyni. Aniela Rosé, moja prababcia, też była nietypową osobą. Rodzina pochodzi ze Szkocji, w XVIII wieku znaleźli się w Polsce, tam, gdzie dziś Ukraina. Byli bardzo bogaci, prababcia dostała w edukacji trzy języki, czterech kolejnych nauczyła się sama. Dzieci zostawiała pod opieką siostry, za to uczyła języków, przekładała Goethego i publikowała wiersze. Miała trochę męską twarz, mówią, że jestem do niej podobny. Imponowała mi. Ale mam problem z biopolityką opartą o więzy krwi, bo rodziny chłopskie nie mają takiej dokumentacji jak arystokracja. Ważne, żeby znaleźć inne drogi budowania relacji, poza systemem pokrewieństwa.

Rodzice hipisi pewnie szybko zaakceptowali, że jesteś arielem?

Nie, bo moi rodzice są katolikami. Wolność w stanie wojennym była w Kościele. Ruch hipisowski też się tam odbywał. Więc rodzicom zaakceptowanie mojej tożsamości zabrało czterdzieści lat. Ale teraz mamy dobrą relację.

Jak wspominasz dorastanie w systemie szkolnym?

Na początku było bardzo miło, bo tata mi założył szkołę. Pierwszą społeczną szkołę w Polsce. On i jego przyjaciele byli w radzie. Jeśli któryś z nauczycieli nadużywał władzy, dzieci od razu mówiły. A nauczyciele byli niezwykli: biologii uczyła profesorka akademii, plastyki malarka, z germanistką ornitolożką chodziliśmy rozpoznawać ptaki. Mała szkoła, wszyscy się znali, jak w rodzinie. Byłem w klasie jedyną dziewczynką, prócz mnie było dziewięciu chłopców. Więc było nas dziesięcioro. Kumplowałem się z nimi, grałem w piłkę nożną, choć wolę samotnicze sporty. Do liceum poszedłem już do zwykłej szkoły. Szok. Przemoc psychiczna, upokarzanie. Nauczyciele mówili do mnie po nazwisku, więc też tak do nich mówiłem i miałem problemy. Sprawę ratował wspaniały Włodzimierz Kowalewski, pisarz. Dużo rozmawialiśmy i w którymś momencie chodziłem tylko do niego na polski. A tak szwendałem się po lesie i czytałem książki, nieobecności usprawiedliwiałem samodzielnie, ha, ha. I wcześnie zacząłem wyjeżdżać. Gdy miałem lat 17, pojechałem do Londynu do pracy.

Uznałeś, że się w Polsce nie odnajdziesz nie tyle jako osoba queer, ile z powodu braku wolności i przemocy ze strony systemu?

Tak. Ale na pewno też dlatego, że nie czułem się akceptowany. Nawet nie było odpowiednich narracji. Wiedziałem, że zauraczam się dziewczynami, ale że dwie kobiety mogą być razem, dowiedziałem się dopiero, jak zobaczyłem w kinie „Fucking Amal”, niewinny fi lm o nastolatkach. I od razu wyznałem miłość koleżance z liceum. Dla niej to był szok, po prostu: NIE! To było bolesne doświadczenie. No i był też lęk przed agresją. Któregoś razu kolegę hetero, który miał kolorową bluzę, grupa kibiców pociągnęła za kaptur, przewróciła i zaczęła wyzywać: „Ty pedale!”. Bardzo to przeżyłem.

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Jaki się kochają siatkarka Anna Kaczmar i jej partnerka Anna Turowska?

Z ANNĄ KACZMAR, byłą reprezentantką Polski w siatkówce, a obecnie ekspertką branży ubezpieczeń, oraz konsultantką biznesową ANNĄ TUROWSKĄ, które zrobiły publiczny coming out w połowie sierpnia br. przy okazji ślubu, rozmawia Angela Getler

fot. Atelier Gębscy

Po co brałyście ślub, skoro nie jest uznawany w Polsce?

AK: Wzięłyśmy ślub, żeby nasze rodziny mogły celebrować ten dzień z nami. W Polsce nie jest on uznawany przez państwo, ale w naszych oczach i w naszym odczuciu był bardzo. Poza tym „małym szkopułem”, że nie daje nam to prawnie żadnych benefitów tutaj, po prostu chciałyśmy wziąć ze sobą ślub.

AT: Nie patrzymy na to, że to nie jest wiażące prawnie. To jest głos, który może zmienić postrzeganie w oczach innych. Bo człowiek to człowiek, miłość to miłość. Ważne było z punktu widzenia rodzinnego, że nie uważamy się za gorsze osoby. Skoro my jeździmy na śluby naszych przyjaciół, naszych rodzin, to też chciałyśmy nie zabierać im możliwości bycia na weselu u nas. Otrzymałyśmy multum gratulacji, ale też reakcji, że nasza odwaga pomaga innym dbać o swoje relacje albo wyjść z tej przysłowiowej szafy.

AK: Żadna z nas nie ukrywa swojej orientacji, więc też był bardzo pozytywny odzew na nasz ślub. Wiemy, że zrobiłyśmy coś dobrego i przede wszystkim nie musimy się z niczym ukrywać. Po tym wszystkim, nawet jak dzwoniłam do klientów, to mówili: „Gratulujemy, widzieliśmy”. To naprawdę było takie miłe i wspierające.

Jak przygotowałyście swój ślub?

AT: Przeanalizowałyśmy z prawnikami, jak możemy zabezpieczyć się. Umowa kohabitacyjna dała mi poczucie bezpieczeństwa, że jak Ania wyląduje w szpitalu, nikt nie podważy dokumentacji, ja będę osobą decyzyjną – i tak samo w drugą stronę. Takiej samej analizy i zabezpieczeń wzajemnych dokonałyśmy na innych płaszczyznach.

AK: Najpierw zrealizowałyśmy wszystkie formalności, gdyż lubimy mieć wszystko przygotowane wcześniej niż później. O ślubie pomyślałyśmy w momencie zaręczyn. Od razu zaplanowałyśmy datę – 14 sierpnia, długi weekend – i zaczęłyśmy przygotowania.

AT: Od zawsze chciałam ślubu nie we dwie, tylko hucznej imprezy w gronie przyjaciół. Ani nie trzeba było długo namawiać.

AK: W ogóle nie trzeba było!

AT: Okazało się, że i na tym gruncie mamy te same potrzeby. Jesteśmy w naszej kulturze, w naszej polskości. To biesiadowanie, celebrowanie, rodzinność. Jesteśmy takie same, jak trzydzieści siedem milionów Polaków i też chcemy mieć prawo do zawarcia związku małżeńskiego. Par heteroseksualnych nie pyta się: „dlaczego?”.

AT: Mamy taką swobodę życiową, że mogłyśmy sobie pozwolić na organizację tego wydarzenia dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłyśmy i na własnych zasadach. Z profesji jestem przedsiębiorcą i konsultantem biznesowym.

AK: Ja natomiast pracuję w branży ubezpieczeń na życie i zdrowie, jestem ekspertem zabezpieczeń. Chciałyśmy to zrobić w Polsce, bo mieszkamy w Polsce. Nie w innym kraju, gdzie jest to możliwe, i wracając tutaj, nie miałybyśmy żadnych praw (jeszcze). Coś takiego nas nie interesowało. To kwestia zabezpieczenia tu, gdzie żyjemy. Impreza była na 120 osób. Rodzina i przyjaciele – wszyscy bardzo autentyczni, którzy są dobrymi ludźmi dla samych siebie, w swoich rodzinach, ale też wobec nas. Wiedzą, że mogą na nas liczyć, a my na nich. To są wypracowane, długotrwałe relacje. Nie było żadnych cioć ani wujków, których nie widziałyśmy przez pięć-dziesięć lat, bo wypada.

Jak to wyglądało?

AT: W poniedziałek przed weselem chciałam odwoływać imprezę, bo to był stan takiego ciśnienia! Przeżyłyśmy wszystkie stadia przedweselnego stresu. W dniu ślubu rano razem tylko zjadłyśmy śniadanie.

AK: Nie wiedziałyśmy kompletnie nic ani o naszych strojach, ani o fryzurach.

AT: Widziałyśmy się dopiero na miejscu.

AK: Chciałyśmy, by to był ten moment przed gośćmi. Ślubu udzielił nam nasz przyjaciel.

AT: Bardzo dużą uwagę przykładałyśmy do ceremonii, przysięgi napisałyśmy sobie same. Nie zapomnę widoku Ani, bo wchodziłam druga i w momencie, kiedy ją ujrzałam, byłam jak galareta. Podczas wypowiadania tekstu przysięgi cały czas pociągałam nosem.

AK: Też byłam tak zestresowana, że skupiałam się tylko na tym, żeby nie paść. Pomyliłyśmy obrączki. Siedzieli nasi najbliżsi, a my w zasadzie widziałyśmy tylko siebie. Powiedziałyśmy sobie to, co chciałyśmy powiedzieć i później po prostu zaczęła się jedna wielka impreza, która trwała do soboty.

Jak wyglądało wesele?

Nie miałyśmy pierwszego tańca. Zdecydowałyśmy się zatańczyć go ze wszystkimi, ponieważ każdy tego dnia był częścią naszej historii – od rodziny po przyjaciół. Najbardziej wzruszającym momentem był ten, gdy po głównym daniu poprosiłyśmy bardzo bliskie nam osoby o przemowy. To, co usłyszałyśmy podczas tych wystąpień…

AK: Dobrze, że makijaże były wodoodporne.

AT: Mama Ani, mówiła, że to nie chodzi tylko o nas jako parę, ale o to, jaki Ania miała wpływ na nią, jak ją zmieniła oraz otworzyła na świat i postrzeganie człowieka. To było tak na maksa wzruszające, że rozłożyła nas wszystkich, wszyscy byliśmy poruszeni do granic tą szczerością.

Później były oczepiny, był tort. O godzinie 6:30 skończyłyśmy, ale co niektórzy wytrwali do przysłowiowej jajecznicy. Były poprawiny i „dres party” – obie uwielbiamy dresy. Stricte tradycyjnie, po polsku. To był najpiękniejszy dzień w naszym życiu.

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Agnieszka Skrzeczkowska i Karolina Brzuszczyńska – zwyciężczynie trzeciej edycji reality show Netfliksa „Love Never Lies” – nie tylko o ślubie

Z AGNIESZKĄ SKRZECZKOWSKĄ i KAROLINĄ BRZUSZCZYŃSKĄ, najpopularniejszą kobiecą parą w polskim Internecie, zwyciężczyniami trzeciej edycji show Netfliksa „Love Never Lies” – nie tylko o ślubie rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Greta Brzuszczyńska

Od naszej pierwszej rozmowy mija właśnie rowno pięć lat (patrz: „Replika” nr 87, wrz/paź 2020).

Karolina: Serio? To już pięć lat?

Agnieszka: Wtedy chyba brałyśmy udział w „Top Model”?

Tak. Już wtedy rozmawialiśmy o przekładanym terminie ślubu. Za kilka dni, 30 września, to wreszcie się wydarzy.

K: Trochę brakowało nam motywacji, a trochę czekałyśmy – miałyśmy nadzieję, że związki partnerskie w końcu będą w Polsce możliwe. Zmienił się rząd i… nic się nie zmieniło.

A: Była akcja medialna „100 dni do związków partnerskich”, którą organizowali Jakub i Dawid Kwiecińscy-Mycek. Też brałyśmy w niej udział, ale te 100 dni minęło dawno temu. Coraz więcej mówi się o tym, że na zmiany w Polsce możemy czekać do starości. Więc ostatecznie zdecydowałyśmy, że lepiej wziąć sprawy w swoje ręce i wziąć ślub za granicą.

K: Pomysłów na to, gdzie on miałby się odbyć, miałyśmy mnóstwo. Najpierw Barcelona – ale tam formalności okazały się bardzo skomplikowane. Potem myślałyśmy o Las Vegas, czyli ślub „u Elvisa Presleya”. A finalnie padło na Włochy, bo to tam, w Toskanii, oświadczyłam się Karolinie.

A: Ale nawiązanie do Elvisa i tak będzie! Będziemy podchodziły do ceremonii przy jego piosence „Can’t Help Falling In Love With You” – granej na skrzypcach i harfie.

Włochy? To nietypowy kierunek dla par jednopłciowych, bo ten kraj wciąż nie ma rowności małżeńskiej. Zawrzecie więc związek partnerski? (związki partnerskie, nieumożliwiające adopcji dzieci, zostały wprowadzone we Włoszech w 2016 roku – przyp. red.)

K: Tak, zawieramy związek partnerski. Czy to będzie ślub, czy związek partnerski – w żaden sposób nie zmieni naszej sytuacji prawnej w Polsce. Dlatego stwierdziłyśmy, że ważniejsze jest dla nas samo miejsce, a Włochy kochamy obie. Tam były zaręczyny, tam bywamy na wakacjach, rozważamy, czy zamieszkać tam w przyszłości… Toskania to nasze miejsce na ziemi!

A z jakim odbiorem Włochów się spotkałyście?

K: Nie było ani mrugnięcia okiem, ani pytań. Gdy byłyśmy na miejscu, pani, która nas oprowadzała, wskazała nawet niewielką kapliczkę i sugerowała, że tutaj często odbywają się ceremonie i może też byśmy chciały. Ja zażartowałam: „Dwie lesbijki przy kapliczce? To będzie kontrowersyjne!”. A ona spojrzała na mnie z takim zdziwieniem…. jakbym była jakąś homofobką. (śmiech)

Jak będzie przebiegać sama ceremonia?

K: Poprowadzi ją włoski urzędnik, a całość na polski będzie tłumaczyła nasza wedding plannerka. Ceremonia odbędzie się w zamku na wzgórzu z widokiem na Umbrię, to region tuż obok Toskanii.

A: Zapraszamy tylko naszych najbliższych. Rodzinę, bliskich przyjaciół. Będzie więc około 40 osób.

K: Myślałyśmy, że rodzice będą oczekiwać, że zrobimy klasyczne wesele i zaprosimy przynajmniej 200 osób. Bo jak tu nie zaprosić tego wujka, tamtej cioci? Ale nasi rodzice totalnie nas zaskoczyli – pełen luz, żadnego wtrącania się. Zapytali tylko: „Podjęłyście taką decyzję? Super. Nie będzie tych ciotek? To nawet lepiej”.

A: W sumie jesteśmy już starsze, całe wesele finansujemy same, więc decyzje też podejmujemy same. Może gdybyśmy miały po dwadzieścia lat i to rodzice by płacili, to byłoby inaczej.

Suknie ślubne?

A: Szyje je Patrycja Kujawa. Okazało się, że mnie najlepiej pasuje krój „księżniczki”, a Karolina będzie miała tzw. „syrenkę”. Tak naprawdę nie wiemy, jak finalnie nasze suknie będą wyglądały. Mamy przymiarkę tuż przed ślubem i dopiero wtedy zobaczymy je w całości.

K: Ufamy Patrycji – jej kreacje są przepiękne. Zresztą, zdradziła nam, że właśnie nasze suknie pojawią się w jej nowej kolekcji na 2026 rok.

Co z pierwszym tańcem? Widziałem, że ćwiczyłyście z Michałem Kassinem i Jakubem Pursą (bohaterami okładki i wywiadu „Repliki” nr 109, maj/cze 2024 – przyp. red.)?

K: Kuba układał nam choreografię, teraz dopracowujemy taniec z Michałem. Spotykamy się regularnie, poprawia nas, czasem nawet trochę opieprza. (śmiech) A zatańczymy do „Wicked Games” Chrisa Isaaka. To nasza piosenka, jeszcze z początków relacji. Gdy leciała, od razu poczułam, że odnosi się do mojej sytuacji – zakazanej miłości, która nie powinna się wydarzyć.

A: Dla nas to oczywisty wybór, ale ostatnio ktoś nam powiedział, że co to w ogóle za piosenka, że jakaś boomerska muzyka dla starych ludzi. No cóż… czas leci. (śmiech)

Może to dobry trening przed Tańcem z Gwiazdami? Obecnie jako pierwsza wyoutowana lesbijka tańczy tam Kasia Zillmann w kobiecej parze. Może następne będziecie wy?

K: Na razie sobie tego nie wyobrażam! Jak oni w tydzień potrafią nauczyć się nowej choreografii i zatańczyć ją z takim luzem? My trenujemy, trenujemy, a wciąż jesteśmy sztywne! (śmiech) Umówmy się, że zobaczymy jak nam wyjdzie ten pierwszy taniec, a wtedy pomyślimy o udziale w „TzG”, ok?

A co z zespołem weselnym?

A: Planowałyśmy kapelę z Polski, ale to wiąże się z dodatkowymi kosztami, logistyką, a do tego niełatwo znaleźć naprawdę dobrą ekipę. Ostatecznie rolę wodzirejów powierzyłyśmy naszemu świadkowi i świadkowej.

Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Krzysztof Kolberger – portret zmarłego 15 lat temu aktora z queerowej perspektywy

Przypomnienie KRZYSZTOFA KOLBERGERA, jednego z największych gwiazdorów polskiego kina i telewizji z okazji 75. rocznicy jego urodzin. W 94. numerze „Repliki” (lis/gru 2021) córka aktora Julia Kolberger przecięła wieloletnie spekulacje na temat homoseksualnej orientacji ojca, udzielając wywiadu pod tytułem „Tata gej jest ok”. W styczniu przyszłego roku przypada 15. rocznica śmierci Kolbergera

rys. Marcel Olczyński

Kariera Krzysztofa Kolbergera to przykład spektakularnego sukcesu. Urodził się w 1950 roku w Gdańsku, karierę zaczął na początku lat 70. Był częścią znakomitego rocznika w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Razem z nim studiowały takie znakomitości, jak: Marek Kondrat, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Ewa Dałkowska czy Joanna Żółkowska. Po dyplomie całą grupą wyjechali na jeden sezon (1972-1973) do Teatru Śląskiego w Katowicach, żeby w mniejszym ośrodku się „wygrać”, ale szybko wrócili, bo upomniano się o nich w stolicy. Na Kolbergera uwagę zwrócił Adam Hanuszkiewicz, wówczas dyrektor Teatru Narodowego, mający umiejętność tworzenia gwiazd. Zaledwie rok wcześniej narodowa scena poniosła wielką stratę, w tragicznych okolicznościach w wieku zaledwie 25 lat utopił się homoseksualny aktor Andrzej Nardelli, wyjątkowo delikatny i wrażliwy, jeden z najsłynniejszych Kordianów z dramatu Słowackiego w historii polskiego teatru. Hanuszkiewicz potrzebował aktora do klasycznego repertuaru, który wówczas wystawiał, a Kolberger nadawał się idealnie. Jego atutami były młodość, uroda amanta i piękny głos. Zaczął od „Trzy po trzy” Fredry (1973), potem był tytułowy bohater w „Wacława dziejach” (1973), Aleksiej w „Miesiącu na wsi” (1974) i Jasiek w „Weselu” (1974) – wszystkie spektakle w reżyserii Hanuszkiewicza.

Masową popularność przynosił jednak nie teatr, tylko radio, w którym Kolberger czytał poezje, oraz spektakle Teatru Telewizji, gdzie szybko zaczął występować. Przełomowy okazał się rok 1974, kiedy to zagrał trzy znaczące role w ważnych tytułach: „Popiół i diament”, „Hamlet” i „Romeo i Julia”. W telewizyjnej adaptacji powieści Jerzego Andrzejewskiego był Maćkiem Chełmnickim, stając się tym samym symbolicznym następcą Zbigniewa Cybulskiego, któremu szesnaście lat wcześniej ta rola przyniosła sławę. Sukcesem był także udział w „Hamlecie” u boku Jana Englerta i Magdaleny Zawadzkiej, ale największą popularność przyniosła rola Romea w znakomitym spektaklu Jerzego Gruzy. Bez przesady można stwierdzić, że Kolberger stał się wówczas obiektem westchnień wielu heteroseksualnych kobiet, a zapewne także licznych gejów.

„RAZ JEST DOBRZE, RAZ JEST ŹLE”

W 1974 roku Kolberger poślubił Annę Romantowską, która w szkole teatralnej była dwa roczniki niż ej. Aktorka szybko znalazła się w zespole Teatru Narodowego, dużo razem występowali. W 1978 roku telewizja emitowała popularny amerykański serial „Pogoda dla bogaczy” z polskim dubbingiem, główny bohater Ruby mówił w nim głosem Kolbergera, a jego ukochana Julie – głosem Romantowskiej. Także w 1978 roku. urodziła się córka aktorskiej pary Julia.

Ciekawe są wywiady z tamtego okresu. Mimo deklaracji o niechęci do dzielenia się z publicznością swoim życiem rodzinnym, aktor nie miał oporów, żeby pozować z najbliższymi. Na okładce tygodnika „Razem” (1980) fotografuje się z córką, która wskazuje palcem aparat, a rok później, przy okazji rozmowy ze śląską „Panoramą”, pierwszą stronę zdobi zdjęcie całej trójki. Kolberger nosił wówczas brodę, co w „Razem” stało się zresztą pretekstem do pytań o wyglą d. Aktor odpowiedział: „Ja w ogóle niezbyt się sobie podobam, z brodą czy bez brody”. Mówił także o swoim małżeństwie: „Raz jest dobrze, raz jest źle. Źle jest wtedy, gdy oboje jesteśmy zdenerwowani jakimiś niepowodzeniami zawodowymi czy okresem przestoju w pracy. Nie jest łatwo, gdy ma się 47-metrowe mieszkanie”. Kolberger i Romantowska aż trzykrotnie zagrali małżeństwo w fi lmach: „Jeśli się odnajdziemy” (1982), „Przyspieszenie” (1984) i „Rajska jabłoń” (1985).

Dysponując dzisiejszą wiedzą, można się zastanawiać, czy w ówczesnych rolach aktora nie ma ukrytych tropów, które można byłoby odczytać poprzez queerowy klucz. Znaczące wydaje się, że nawet w najbardziej „amancim” okresie często grał w fi lmach bohaterów w jakiś sposób złamanych, pełnych wątpliwości, którym nie układa się z kobietami. Taki był choćby Piotr z „Kontraktu” (1980) Krzysztofa Zanussiego, któremu ukochana uciekła sprzed ołtarza, a wpływowy ojciec chciał go wysłać na obserwację psychiatryczną.

Jeszcze ciekawszy pod tym względem jest zapomniany dramat „Hotel klasy Lux” (1979) Ryszarda Bera, w którym Kolberger zagrał dziennikarza Michała. Ze wszystkich postaci jego bohater ma największy problem ze sobą, swoim życiem, szuka dziury w całym, nie satysfakcjonuje go to, co osiągnął. Znaczące są sceny, w których pijany patrzy w lustro, zastanawiając się, kim jest. Nienormatywne jest także jego życie intymne, gdyż Michał nawiązuje romans ze starszą kobietą (Emilia Krakowska), a wcześniej, żeby ją uwieść, rozbiera się do naga. Tym samym to męskie, a nie kobiece ciało jest pokazane jako atrakcyjne i pożądane, co nawet współcześnie nie jest oczywiste.

OSOBA DO UCZUCIA, SEKSU I SPRAW BYTOWYCH

Pod koniec lat 80. Romantowska i Kolberger rozstali się, ale pozostali w przyjaźni. Aktorka związała się z reżyserem Jackiem Bromskim, do którego fi lmów Kolberger był angażowany („Zabij mnie glino” 1987, „Kuchnia polska” 1991, „1968. Szczęśliwego Nowego Roku” 1992). Z czasem u Bromskiego zaczęła też występować Julia Kolberger. W telewizyjnej wersji „Kuchni polskiej” (1992) wcieliła się w rolę córki postaci granej przez Kolbergera, a w „Dzieciach i rybach” (1996) – córkę bohaterki odtwarzanej przez Romantowską.

Kluczowa rola aktora z późniejszego okresu kariery to nazistowski blokowy w „Kornblumenblau” (1988) Leszka Wosiewicza. Po raz pierwszy Kolberger zagrał nie tylko postać negatywną, ale także homoseksualną. Jednocześnie występował jako ukochany głównych bohaterek w popularnych serialach Jana Łomnickiego: „Rzeka kłamstwa” (1987) i „Modrzejewska” (1989). Wkrótce znów grał rolę geja, wychowawcę Marka w brutalnym „Zakładzie” (1990) Teresy Kotlarczyk, dziejącym się w poprawczaku. Właśnie wtedy w środowisku artystycznym zaczęto plotkować o „nowym życiu” aktora i jego romansach z mężczyznami. On sam sugerował, że jest gotowy na kolejny związek.W wywiadzie z 1990 roku zdradził, że marzy o „idealnej osobie przy boku”, którą tak charakteryzował: „jest w stanie zapewnić mi spokój, w szerokim tego słowa znaczeniu, a także stabilizację w uczuciu, seksie i sprawach bytowych”. Jeszcze cztery lata później utrzymywał, że wciąż szuka miłości. Wkrótce związał się z mężczyzną, o którym Julia Kolberger mówiła w „Replice”: „Jestem do dziś bardzo zaprzyjaźniona z partnerem taty, wspaniałym człowiekiem. To jest dziadek dla mojego syna”.

Cały tekst do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Ewa Błaszczyk: „Trudniej było grać z wąsami”

Z aktorką EWĄ BŁASZCZYK rozmawia Rafał Dajbor

fot. arch. Fundacji „A kogo”

Rozmowę z panią chciałbym zacząć rzecz jasna od serialu Zmiennicy. To chyba wciąż najpopularniejszy tytuł z pani udziałem?

Zdecydowanie tak. Ma na to wpływ nie tylko to, że to świetny serial, lecz także liczba powtórek. Chyba żaden inny fi lm, w którym grałam, nie jest aż tak często pokazywany w telewizji. Tak jest od premiery tego serialu. Miało to swoje pozytywne i negatywne konsekwencje. Te pozytywne – jeszcze z czasów PRL-u – to na przykład fakt, że dostawałam na bazarze świeższy szczypiorek i lepsze jajka. Ale miłośnicy fi lmu „Nadzór” pytali wręcz, jak mogłam po takiej roli wystąpić w jakiejś komedii.

Czym było dla pani zagranie postaci, która występuje w dwóch tożsamościach kobiety oraz kobiety udającej mężczyznę? Czy sam fakt, iż ktoś uznał, że będzie pani wiarygodna jako mężczyzna, nie wywołał w pani negatywnych emocji dotyczących własnej kobiecości?

Nie miałam żadnego związanego z tym stresu, ponieważ od samego początku widz miał wiedzieć, że to jest tylko maskarada. To nie było jak na przykład z Dustinem Hoff manem w „Tootsie”, tu od razu była „umowa” z widzem, mrugnięcie okiem – aby mieć robotę taksówkarza, moja bohaterka musi zdecydować się na taki trik. Może tylko klejenie wąsów nie było zbyt komfortowe, ale nie miałam aż tak wielu dni zdjęciowych z wąsami. Dla mnie, w tamtym czasie, najważniejsze było, żeby wyjść z szuflady „umęczonej Matki Polki” po fi lmie „Nadzór”.

Miał on premierę w 1985 roku, czyli na krotko przed rozpoczęciem produkcji Zmiennikow.

gadza się. Po premierze tego fi lmu telefon z propozycjami nie przestawał dzwonić, a każda z tych propozycji to była po prostu kolejna wersja Klary z „Nadzoru”. Wiadomo – sprawdziłam się w jakimś typie roli, więc… Na szczęście w tym czasie śpiewałam w Kabarecie pod Egidą, zagrałam rolę ekstrawaganckiej prostytutki w Teatrze Telewizji „Dusia, Ryba, Wal i Leta” u Basi Sass, panią psycholog Emilię w „Umrzeć ze śmiechu” Jacka Janczarskiego z Gabrysią Kownacką, także w Teatrze Telewizji. Chciałam się rozwijać, oddalać od Klary. A komediowa rola w „Zmiennikach” była jedną z dobrych ku temu okazji.

Wspomniała pani o swoim mężu Jacku Janczarskim, wspołscenarzyście Zmiennikow. W jednym z odcinkow zagrał on epizod geja, ktory podrywa panią w męskim przebraniu.

W windzie! Stanisław Bareja uwielbiał takie żarty, do „Zmienników” zatrudnił do jednej z ról swojego przyjaciela, Jana Łomnickiego, a i sam chętnie grał w swoich fi lmach. Tamta generacja reżyserów i w ogóle artystów uwielbiała tego rodzaju żarty i zabawy.

Są w Zmiennikach pewne teksty, ktore dziś mogą uchodzić za homofobiczne. Na przykład Mariusz Gorczyński jako pijak obserwujący, jak odkleja pani wąsy i staje się z powrotem kobietą, stwierdził, że go mgli, jak patrzy na zboczeńca, a Bronisław Pawlik jako poprzedni zmiennik Jacka powiedział, iż dopoki nie dowiedział się, że pani postać to jednak kobieta, nie mogł na was patrzeć od momentu, gdy widział wasz pocałunek. Jak wtedy odbieraliście państwo te fragmenty dialogów?

Każdy z nas, aktorów, jak i reżyser Stanisław Bareja, miał w swoim przyjacielskim i koleżeńskim gronie osoby homoseksualne i traktowaliśmy to wszyscy po prostu zwyczajnie. Było jasne, że są geje i lesbijki, a te teksty uznawaliśmy jako pasujące do postaci, które je wypowiadają – i to wszystko! Dopiero dzisiaj, gdy jesteśmy wszyscy tak strasznie podzieleni, sami wytwarzamy jakieś zupełnie niepotrzebne napięcie wokół na przykład tych dialogów, które pan przytoczył – próbujemy je doprecyzowywać, dopytywać, co znaczyły i kto jak na nie reagował.

Wróćmy do filmu Nadzor Wiesława Saniewskiego z panią w roli Klary Małosz, która w kobiecym więzieniu staje się obiektem pożądania i uwodzenia ze strony strażniczki granej przez Grażynę Szapołowską. W filmie tym były także sceny o charakterze lesbijskim, jak na przykład naga bojka pod prysznicem. Ewa Szykulska w wywiadzie dla Repliki zdradziła mi, że grałyście panie takie sceny pod lekkim wpływem alkoholu…

To prawda, było winko, żeby się rozluźnić i nie wstydzić. Ale nie było ani z naszej strony, ani ze strony reżysera żadnej dosadności, ani podekscytowania wpływającego na podejście do tematu, który był dla nas tematem jak każdy inny. Pamiętam też ważny wątek z pomarańczą, którą wręcza mi postać grana przez Grażynę Szapołowską, żeby mnie jakoś przekupić, przeciągnąć ku sobie i na swoją stronę. Z tą pomarańczą wiąże się anegdota związana ściśle z czasami, gdy kręciliśmy „Nadzór”. W tym czasie w całej Warszawie nie dało się kupić pomarańczy i w końcu drugi reżyser Witold Holtz wypożyczył ją z ambasady – już nie pamiętam której, francuskiej albo amerykańskiej. Była bardzo cennym rekwizytem, bo po zdjęciach musiał ją zwrócić . Było to na swój sposób symboliczne – w fabule pomarańcza symbolizowała coś, co jest cenne i co trudno zdobyć, w rzeczywistości też była czymś właśnie takim.

A jak wspomina pani szkołę teatralną? Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla Repliki wspominała jedną z profesorek, która mówiła, że zbyt miękkiego chłopaka trzeba usunąć z grona studentów, bo to pedał. Dowiedziałem się potem, że tą profesorką była Rena Tomaszewska. Z kolei Ewa Szykulska powiedziała mi, iż profesor Tomaszewska była lesbijką. Pamięta pani jakieś homofobiczne zachowania pedagogów?

Niczego takiego sobie nie przypominam. Pamiętam jedną rozmowę z Reną Tomaszewską, w której tłumaczyła mi coś wręcz przeciwnego – że my, studenci tworzący jeden rocznik, jesteśmy tak różnorodni, bo w teatrze jeden musi zagrać intelektualistę, drugi zbrodniarza, a trzeci prostego człowieka; że jeden dużo w sobie niesie, ma bogate wnętrze, a drugi nieco mniej bogate, ale za to dobrze wygląda. Miałam z Reną Tomaszewską dobry kontakt, lubiłam z nią rozmawiać, bo to była mądra kobieta. W jakiś sposób wyróżniała z naszego roku mnie i Kasię Hanuszkiewicz, od lat mieszkającą w USA. Ale nigdy nie wyczułam w tej sympatii niczego lesbijskiego.  

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym, 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Tomasz Słodki i Camilo Castro – miłość z Kolumbii

Z TOMASZEM SŁODKIM, dziennikarzem, założycielem LGBT.TV, oraz z jego partnerem CAMILO CASTRO, rozmawia Tomasz Piotrowski

arch. pryw.

Tomku, podobno trzy lata temu pojechałeś na wakacje do Kolumbii i wróciłeś z chłopakiem?

T: To prawda, już od trzech lat jestem z Camilo, ale to nie jest mój pierwszy chłopak z Kolumbii. Już wcześniej trochę tam pomieszkiwałem – głównie właśnie z powodu miłości.

W 2019 roku miałem pierwszego chłopaka z Kolumbii, później innego z Wenezueli, a potem znów z Kolumbii. Te związki po kilku miesiącach kończyły się śmiercią naturalną. I kiedy znów w 2022 roku się tam wybierałem, konkretnie do miasta Medellín, to jeszcze będąc w Warszawie, na Instagramie napisałem do kilku chłopaków, którzy mieli hasztag #gaymedellin. Camilo odpisał pierwszy, najlepiej mi się z nim pisało, więc kiedy przyleciałem do Kolumbii, to się spotkaliśmy. Zaiskrzyło.

Faceci z Ameryki Południowej, a szczególnie z Kolumbii, to twój ideał mężczyzny?

T: Zmęczyłem się związkami w Polsce. Jest tu dużo toksycznych ludzi, z pokręconymi historiami, którzy nie pracują nad sobą, nie chodzą na terapię. A w Kolumbii zobaczyłem, że ludzie są otwarci, ciepli, serdeczni. No i… bardzo przystojni. Pomyślałem: „To jest mój dom”. (śmiech) Latynosi są też trochę „crazy”.

Pierwszy raz poleciałeś do Kolumbii po prostu na wakacje, czy to też już była zaplanowana na Instagramie randka?

T: Mojego pierwszego chłopaka z Kolumbii Wiktora poznałem w Amsterdamie. Spotykaliśmy się u niego, ale też trochę w Niemczech, bo to była połowa drogi między Amsterdamem a Warszawą. Potem spędziliśmy w Warszawie tak fantastycznego Sylwestra, że byliśmy obaj zakochani po uszy. Minęło dwadzieścia dni i wynajęliśmy razem mieszkanie w Kolumbii, by tam zamieszkać

Odważnie.

T: Chyba zbyt odważnie. Bariera językowa nas pokonała. Każdą kłótnię prowadziliśmy za pomocą Google Translator, nieporozumienia tylko się nakręcały, rozstaliśmy się dziewięć miesięcy później.

Camilo, co pomyślałeś, gdy dostałeś wiadomość od Polaka?

C: Nic złego! (śmiech) Kiedy oznaczałem swoje zdjęcia hasztagiem #gaymedellin, pisało do mnie wielu facetów przyjeżdżających do mojego miasta. Pomyślałem więc, że Tomek też jest turystą. Może wyjdzie z tego fajna randka?

I wyszła?

C: Tak. Pierwszy raz spotkaliśmy się 21 marca. Przez następny miesiąc widywaliśmy się bardzo często – albo u Tomka w apartamencie, albo wychodziliśmy coś zjeść. Dużo też imprezowaliśmy.

T: Camilo pracował wtedy w drukarni jako grafi k, około dziesięciu minut pieszo od mojego mieszkania. Pracę zaczynał o siódmej rano i kończył około 20:00. Wtedy przychodził do mnie. Spędzaliśmy razem czas do trzeciej czy czwartej nad ranem. Była to ciężka praca za stosunkowo małą płacę i w związku z tym zacząłem kombinować. Generalnie byłem wtedy w fazie intensywnego wydawania własnych książek – poradników biznesowych, wizerunkowych i podróżniczych – do tej pory wydałem ich siedem. Pomyślałem, że zaproponuję Camilo, by przyleciał ze mną do Polski i by pomagał mi przy drukach, robiąc grafi ki. Skalkulowałem, że może zarobić nawet więcej niż w Medellín. Złożyłem propozycję i została ona przyjęta. Camilo zrezygnował z pracy miesiąc po naszym poznaniu się.

Camilo, znasz faceta od miesiąca i decydujesz się na wyjazd z nim na drugi koniec świata?

C: Spędziliśmy razem wyjątkowe chwile, więc czemu nie? Nie miałem nic do stracenia. T: Kolejny miesiąc byliśmy jeszcze w Kolumbii. Następnie wyjechaliśmy na dwa tygodnie na wakacje do Meksyku, a stamtąd, w czerwcu, dotarliśmy do Polski.

C: I właśnie w Meksyku, na tydzień przed wyjazdem, powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy razem.

Camilo, co wiedziałeś o Polsce?

C: Widziałem Polskę tylko w Internecie. I szczerze mówiąc myślałem, że to jest region Rosji. (śmiech) Nie wiedziałem nawet, że Warszawa jest waszą stolicą. Więc kiedy tu przyjechałem, przeżyłem pozytywny szok kulturowy. Warszawa od razu mi się spodobała.

Tomek, rzeczywiście zatrudniłeś Camilo? Jak to się potoczyło?

T: To muszę zacząć od samego początku. Jestem dziennikarzem radiowym i telewizyjnym. Radio to moja pasja – robię to od jedenastego roku życia. Kiedy w 1994 roku, gdy miałem właśnie jedenaście lat, na antenie Telewizji Polskiej wyemitowano serial „Radio Romans” według scenariusza Ilony Łepkowskiej – zakochałem się w życiu radiowca. Zacząłem namiętnie słuchać Trójki i marzyć o własnym programie. Na tyle mocno, że postanowiłem zbudować sobie studio nagrań w pokoju. Do sufi tu przywiesiłem wojskową siatkę maskującą, za kieszonkowe kupiłem jakąś szybę, udało mi się nawet załatwić mikrofon bezprzewodowy, a wujek elektryk pomógł mi go podłączyć „na dziko” do lokalnej sieci, dzięki czemu można mnie było słuchać odbiorniku radiowym. Dopóki nie odkryli tego rodzice, którzy byli wściekli, nadawałem na prawie całą dziesięciotysięczną Praszkę na Opolszczyźnie – moją rodzinną miejscowość. Jako nastolatek, gdy tylko mogłem, odwiedzałem siedziby różnych rozgłośni i prosiłem, żeby mi wszystko pokazali. Do RMF FM od razu mnie wpuścili, a z Radiem Jasna Góra nawet zacząłem potem współpracę i nagrywałem dla nich relacje z lokalnych odpustów. (śmiech) Jako osiemnastolatek zacząłem prowadzić nocną audycję w Radiu Opole o muzyce reggae, potem poszedłem na studia do Wyższej Szkoły Promocji w Warszawie i zacząłem pracę w dużych mediach radiowych – w radiowej Trójce i Radiu BIS. Miałem też swój program w TVP3 („Głośnik”) i w TVN24 („Fundusze Dla Zuchwałych”). Założyłem też w 2005 roku firmę, która jako pierwsza w Polsce produkowała treści radiowe dla korporacji – dzisiaj nazwalibyśmy je podcastami, wtedy mówiliśmy po prostu o „dźwiękach radiowych”. Nagrywaliśmy w moim studiu radiowo- telewizyjnym, które wynajmowałem jednocześnie komercyjnie korporacjom. Sam prowadziłem programy dla klientów i przygotowywałem kolejny poradnik.

Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.