LGBTECH

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Tekst Mateusza Witczaka

Queer jest obecny w IT właściwie od zawsze, ale bardzo długo pozostawał w jej cieniu. Trudno jednak, by w 2026 r. tak nowoczesna branża myślała o równości w sposób homo- czy transfobiczny. Jej prezesi coraz częściej wychodzą z szafy

Z okazji Dnia Programisty (12 września) warto pochylić się nad tęczowymi rewolucjonistami i rewolucjonistkami, których pomysły wyniosły technologię na zupełnie nowy poziom. Poniżej prezentujemy sylwetki osób liderskich z branży IT, które publiczne coming outy mają już za sobą, a co więcej: otwarcie wspierają społeczność LGBT+ w walce o równość (z jednym wyjątkiem).

Alan Turing (1912–1954)
Ojciec współczesnej informatyki

Tolerancja nie zawsze była oczywista nawet w (progresywnej przecież) branży technologicznej. Symbolem wymierzonej w osoby queerowe opresji stał się w niej Alan Turing, matematyczny geniusz uważany za ojca chrzestnego współczesnej informatyki. W  czasie II wojny światowej odegrał on kluczową rolę w złamaniu niemieckiej Enigmy – był jednym z głównych członków zespołu brytyjskich kryptologów pracujących w Bletchley Park. Według ekspertów, dzięki jego pracy udało się uratować miliony ludzkich istnień – opowiada o tym oscarowy film „Gra tajemnic” (2014) z Benedictem Cumberbatchem w roli Turinga.

Po zwycięstwie aliantów naukowiec padł ofiarą drastycznych homofobicznych prześladowań, które sprowadził na siebie odwagą w mówieniu o swojej orientacji. Turing nie krył swojej homoseksualności przed społecznością Uniwersytetu Cambridge, gdzie pracował, nie ukrywał jej również przed policją, której zgłosił włamanie do własnego domu – skomplikowany zbieg okoliczności sprawił, że właśnie to wydarzenie pozwoliło na postawienie mu zarzutu homoseksualności – karanej w Wielkiej Brytanii do roku 1967. Jak tłumaczył na łamach „Guardiana” profesor Simon Goldhill, autor książki „Queer Cambridge”: „Turing był kimś, kto nie obawiał się występować publicznie jako gej. Uważał, że nie należy w tej sprawie kłamać, ani niczego ukrywać, lecz jasno powiedzieć: .»Oto kim jestem. Musicie sobie z tym poradzić«”.

Turing został skazany za „rażącą nieprzyzwoitość” (a więc relację jednopłciową). Dano mu wówczas wybór: więzienie lub kastracja chemiczna – wybrał to drugie. Ponadto bezpowrotnie utracił on poświadczenia bezpieczeństwa i został odsunięty od projektów, nad którymi pracował. Zrozpaczony odebrał sobie życie w 1954 r. w wieku zaledwie 41 lat.

Dopiero w 2009 r. brytyjski rząd oczyścił informatyka z zarzutów, a premier Gordon Brown publicznie przeprosił za „niegodziwość”, jakiej wobec Turinga dopuściła się Wielka Brytania. W 2013 r. królowa Elżbieta II pośmiertnie zrehabilitowała genialnego kryptografa, podpisując akt jego ułaskawienia, czego od lat domagali się(nie tylko angielscy) naukowcy i naukowczynie.

Tim Cook (ur. 1960)
Prezes Apple

Gdy w 2012 r. Tim Cook występował na forum ONZ, nie był jeszcze wyoutowany przed opinią publiczną. Otwarcie poparł jednak amerykańską ustawę zakazującą dyskryminacji ze względu na orientację psychoseksualną i tożsamość płciową oraz zadeklarował, że niezależnie od wyników głosowania nad nią, Apple (którym od roku kierował) otoczy pracowników i pracowniczki LGBT+ należytą ochroną. Argumentował, że prawa człowieka są ważniejsze od wskaźników ekonomicznych.

Z  szafy wyszedł rok później. „Choć nigdy nie wypierałem się swojej homoseksualności, aż do teraz nie zabierałem publicznie głosu na jej temat. Chcę jasno powiedzieć: jestem dumny z  tego, że jestem gejem. Uważam bycie gejem za jeden z  największych darów, jakie otrzymałem od Boga” – oświadczył na łamach „Bloomberga”. Z dnia na dzień stało się jasne, że najpotężniejszym człowiekiem w Dolinie Krzemowej jest – jawny już – gej, którego coming out odebrano jako symbol głębokich przemian w technologicznej Ameryce.

1 września br. Cook opuści fotel CEO giganta z Cupertino – do której to roli namaścił go za życia sam Steve Jobs. Jego 15-letnie rządy nie będą łatwe w ocenie, niemniej to on wprowadził na rynek Apple Watch, uniezależnił produkcję sprzętu od podwykonawców (m.in. procesorów Intela), z sukcesem rozszerzył także działalność korporacji w  Chinach oraz rozwinął jej ekosystem usług (App Store, Apple TV, Apple Pay, Apple Music) – te ostatnie z atrakcyjnego dodatku do portfolio stały się jednym z filarów biznesowych firmy. Nie da się przy tym ukryć, że jeśli historia zapamiętała Jobsa jako charyzmatycznego rewolucjonistę, to Cook przejdzie do niej raczej jako cichy reformator. Jego aktywizm także nie odbywał się zresztą w blasku fleszy – przedsiębiorca przeznaczał (i wciąż przeznacza) miliony dolarów na wsparcie queerowych organizacji pozarządowych oraz prorównościowych kampanii społecznych.

Tang Feng (ur. 1981)
Była Ministra Spraw Cyfrowych Tajwanu

W 1989 r. ośmioletnie Tang Feng nauczyło się kodować, wkrótce po czternastych urodzinach odeszło ze szkoły, jako dziewięćnastolatko założyło pierwszą firmę, po ukończeniu trzydziestego trzeciego roku życia przeszło na biznesową emeryturę, a  dwa lata później zostało pierwszą osobą (otwarcie) transpłciową – i pierwszą osobą (otwarcie) niebinarną! – w tajwańskim rządzie. W  2022 r. powróciło do administracji jako pierwsza ministra spraw cyfrowych.

Kariera Tang Feng nie daje się łatwo ująć w krótkiej notce. Odpowiada ono m.in. za przekaz medialny tzw. Rewolucji słoneczników (protestów przeciw układowi handlowemu z Chinami), rozwój Siri (głosowego asystenta Apple), opracowanie programu nauczania edukacji obywatelskiej w tajwańskich szkołach czy pandemiczną appkę prezentującą Japończykom dostępność maseczek w ich okolicy. Jest ponadto jedną z najbardziej znanych piewczyń wolnego oprogramowania i radykalnej transparentności życia publicznego – będąc częścią rządu, nagrywało i transmitowało w internecie każde (!) swoje spotkanie.

Na łamach „Gay Star News” Tang Feng podkreślało, że technologia może wspierać akceptację i budować zrozumienie dla osób nieheteronormatywnych: „Komputera naprawdę nie obchodzi moja płeć, a tekstowa komunikacja pozwala ludziom na eksperymentowanie z własną ekspresją w zupełnie swobodny sposób” – mówiło.

Megan Smith (ur. 1964)
Była dyrektorka ds. technologii w
administracji prezydenta Obamy

Opinia publiczna poznała Megan Smith w  2014 r., gdy obejmowała ona funkcję dyrektorki ds. technologii w administracji Obamy (była zarazem pierwszą kobietą na tym stanowisku). W Dolinie Krzemowej Smith zaznaczyła swoją obecność znacznie wcześniej jako wiceprezeska Google ds. nowych usług i przejęć (to ona pozyskała technologie stojące za Google Earth czy Google Maps). Równolegle zabiegała o zwiększenie obecności (i widoczności) kobiet w branży IT m.in. w ramach organizacji Women Techmakers, której jest współzałożycielką.

Zanim dostała się do Google (2003), przez siedem lat kierowała PlanetOut, jednym z pierwszych dużych, amerykańskich portali społecznościowych dla osób LGBT+. Smith nigdy zresztą nie ukrywała swojej orientacji psychoseksualnej, wraz z ówczesną żoną, dziennikarką technologiczną Karą Swisher tworzyły swego czasu jedną z najbardziej rozpoznawalnych par w świecie IT (a  już z  pewnością najbardziej rozpoznawalny związek jednopłciowy).

W sektorze prywatnym kierowała się zasadą inkluzywności, którą stosowała także podczas pracy dla rządu. W trakcie organizowanego przez Biały Dom „LGBTQ Tech and Innovation Summit” zachęcała gejów, lesbijki i osoby transpłciowe do zaangażowania się w administrację publiczną. Potrzebna Ameryce innowacja – jak słusznie zauważyła w swoim przemówieniu – bierze się ze współpracy, a nie z podziałów i wykluczeń.

Jon Hall (ur. 1950)
Dyrektor wykonawczy Linux International

Jon „maddog” Hall nie stworzył Linuxa. Jest natomiast… ojcem chrzestnym dzieci twórcy systemu Linusa Torvaldsa, a zarazem jednym z  jego najstarszych, najbardziej zaufanych współpracowników. No i – co chyba najważniejsze – jednym z  najważniejszych apologetów idei wolnego oprogramowania.

Hall pracował w kilku dużych firmach produkujących komputery – kiedy więc w 1994 r. zetknął się z wywrotowymi pomysłami Torvaldsa, zapewnił mu sprzęt niezbędny do stworzenia pierwszej wersji Linuksa dla procesorów Alpha. Następnie zjeździł dziesiątki stanów USA i innych krajów, gdzie lobbował za otwartym systemem operacyjnym w  prywatnych firmach, na uczelniach czy w  administracji publicznej. Dziś jest dyrektorem wykonawczym Linux International, zasiada także w radzie Linux Professional Institute.

Orientacja psychoseksualna Halla długo pozostawała tajemnicą, coming out zrobił dopiero w 2012 r. na łamach zaprzyjaźnionego „Linux Magazine”. Jak przyznał, zwlekał z publicznym wyjściem z  szafy do sześćdziesiątego pierwszego roku życia, bo nie chciał tego robić przed śmiercią rodziców: „fundamentalistycznych chrześcijan, którzy traktowali Biblię bardzo dosłownie”.

Moment, w którym „maddog” powiedział, że jest gejem, nie był zresztą przypadkowy – stało się to dzień po setnej rocznicy urodzin Alana Turinga, którego sam nazywa „swoim bohaterem”. Choć, jak pisze Hall, Turing pomógł w odwróceniu losów II wojny światowej, niechęć do jego odmienności okazała się istotniejsza od zasług dla Wielkiej Brytanii. „Jego kraj tak bardzo znienawidził Turninga, że wykastrował go chemicznie, pognębił i odciął od jedynej rzeczy, dla której żył: jego pracy” – wyjaśniał. „Możecie lukrować tamte wydarzenia, mówiąc, że: »takie było wtedy prawo«, ale »wtedy« nie wydarzyło się wcale tak dawno temu”.

Lynn Conway (1938–2024)
Informatyczka związana z
IBM, Xerox PARC i DARPA

Zmarła w 2024 r. Lynn Conway rozpoczynała karierę w  latach 60. ubiegłego wieku jako część słynnego zespołu Advanced Computing Systems w  IBM. Po odejściu z firmy znalazła zatrudnienie w Xerox PARC (jednym “z najważniejszych ośrodków badawczych w historii IT),”, gdzie zrewolucjonizowała projektowanie chipów i  zdemokratyzowała dostęp do nich za sprawą stworzonej wespół z Carver Mead metodologii VLSI (Very Large-Scale Integration). Bez cienia przesady można stwierdzić, że utorowała tym samym drogę do produkcji komputerów osobistych i – znacznie później – smartfonów.

Swoje doświadczenie praktyczne Conway wykorzystała w  kształceniu przyszłych pokoleń. Napisała książkę – uznawaną za biblię ówczesnej generacji inżynierów – „Introduction to VLSI Systems” (1980), była uwielbianą profesorką University of Michigan, wygłaszała też wykłady na słynnym Massachusetts Institute of Technology (MIT). Jej talent wykorzystał później amerykański rząd, angażując informatyczkę w działalność DARPA (państwowej agencji zajmującej się rozwojem technologii na potrzeby obronności).

Conway strzegła prywatności, wiadomo jednak, że w wieku trzydziestu lat (a więc pod koniec lat 60.) przeszła tranzycję, co ponoć kosztowało ją utratę pracy w IBM oraz utratę relacji z rodziną. Programistka była wówczas w związku małżeńskim z kobietą, z którą zdecydowały się najpierw na separację, a później na rozwód.

Odrzucenie sprawiło, że publiczny coming out zrobiła dopiero w 1999 r. Gdy jednak wyszła z szafy, właściwie z dnia na dzień stała się orędowniczką praw osób trans w branży IT. „Od lat 70. byłam uważana za kobietę, która przełamuje w naukach komputerowych barierę płci, w  2000 r. stałam się kobietą przełamującą barierę cispłciowości” – mówiła. Niedługo po tamtej deklaracji poślubiła inżyniera Charlesa „Charliego” Rogersa, z którym była do końca życia. Zmarła dwa lata temu, jako szczęśliwa osiemdziesięciosześciolatka.

Sam Altman (ur. 1985)
Prezes OpenAI

W 2015 r. w wieku zaledwie trzydziestu czterech lat Altman objął fotel prezesa OpenAI – pioniera w wykorzystywaniu generatywnej sztucznej inteligencji, spółki odpowiedzialnej za ChatGPT i DALL-E. Dziś jest on w Dolinie Krzemowej jednym z głównych rozgrywających, ale fakt, że jest gejem, można było przeoczyć – sam zainteresowany długo nie zabierał publicznie głosu na temat swojej orientacji

Inna rzecz, że specjalnie tej informacji nie ukrywał: na początku 2024 r. opublikował na swoim prywatnym blogu zdjęcia ze ślubu z  Oliverem Mulherinem (inżynierem oprogramowania, który pracował m.in. dla Mety). Niemal nigdy nie mówił jednak o swojej queerowości otwarcie: nie wspomniał o niej nawet wtedy, gdy pochwalił się narodzinami pierwszego dziecka.

W wywiadzie dla „Tech Pride” przyznał, że nie chciał postrzegać swojej orientacji jako „bariery”. „Planowałem podejmować każdą decyzję dotyczącą mojej pracy tak, jakbym nie był (osobą homoseksualną – przyp. autora)” – mówił. Dodajmy, że nad biografią Altmana pochylił się reżyser Luca Guadagnino („Tamte dni, tamte noce”) w czekającym na premierę filmie „Artificial”, słynnego przedsiębiorcę sportretuje Andrew Garfield.

Peter Thiel (ur. 1967)
Współzałożyciel PayPal, prezes Palantir Technologies

Uczciwość intelektualna nie pozwala pominąć w tym zestawieniu Petera Thiela, najbogatszego wyoutowanego geja na świecie (jego majątek opiewa na 28 miliardów dolarów). Nie jest to jednak postać pozytywna, w ostatnich latach przedsiębiorca dał się poznać jako jeden z największych apologetów ruchu MAGA, którego znakiem rozpoznawczym jest przecież walka z  programami DEI (Różnorodność, Równość i Wkluczenie) i okrawanie praw osób transpłciowych.

Thiel był doradcą prezydenta Trumpa już za jego pierwszej kadencji (2016–2020), zresztą na tyle wpływowym, że prestiżowe „Politico” ochrzciło go „trumpowskim prezydentem cieni w Dolinie Krzemowej”. Po powrocie pryncypała do władzy (w  2025 r.) wpływy biznesmena tylko wzrosły – jak ujawnił „Bloomberg”: do administracji weszło wówczas kilkunastu ludzi powiązanych z  Thielem, którzy mają wpływ na cyfryzację państwa i  jego polityki technologiczne. To Thiel stoi wreszcie za karierą wiceprezydenta J.D. Vance’a, którego osobiście wypromował, nie żałując na to prywatnych środków (sfinansował jego kampanię do Senatu, a  potem skutecznie lobbował u  Trumpa za uczynieniem ze swojego protegowanego wiceprezydenta).

Jego wpływy nie wzięły się znikąd, miliarder zasłynął pod koniec lat 90. jako współzałożyciel PayPala, który zrewolucjonizował cyfrowe płatności, był też pierwszym zewnętrznym inwestorem w Facebooka. Dziś kojarzony jest jednak przede wszystkim jako twórca działającego od 2003 r. Palantir Technologies, spółki dysponującej gigantycznymi bazami danych, które służą sztucznej inteligencji m.in. do planowania przez USA uderzeń militarnych, integrowania poszczególnych organów administracji rządowej oraz zapewniają wsparcie wywiadowcze CIA czy FBI. Ponadto jego firma stoi m.in. za inteligentnym narzędziem, które wspomaga ICE w aresztowaniach i nalotach na skupiska imigrantów.

Jego orientację ujawnił w 2009 r. odwiedzany przez miliony użytkowników portal plotkarski „Gawker”. W ramach zemsty Thiel przeznaczył 10 milionów dolarów na wsparcie prawne dla osób wytaczających portalowi pozwy, doprowadzając w  ten sposób do jego upadłości. Słynny inwestor rzadko mówi o swojej homoseksualności, ale ma na koncie kilka chlubnych inicjatyw: w 2016 r. – po wyroku Sądu Najwyższego z 2015 r., który zalegalizował małżeństwa jednopłciowe na całym terytorium USA – wystąpił na konwencji Republikanów, wzywając partię do złagodzenia konserwatywnego stanowiska w sprawie praw osób LGBT+. Nie da się jednak ukryć, że dostarcza on Stanom Zjednoczonym technologie, które służą inwigilacji queerowych obywateli_ek i tłumieniu głosów społeczności LGBT+.

***

Zmiana w myśleniu o równości dokonała się dzięki pionierom i pionierkom branży IT, a zarazem ikon społeczności LGBTQ+. Od programistów po osoby zarządzające funduszami venture capital – osoby queer były obecne w technologiach od zawsze, choć często pozostawały niewidoczne. Dlatego uważam, że wciąż warto zabierać głos w  tej sprawie. I  cieszy mnie, że pracując w dużej organizacji, mogę mieć realny wpływ i pomagać zmieniać to, co nadal nie funkcjonuje tak, jak powinno. Robię to, angażując się w organizowane przez ABB inicjatywy – studenckie dni otwarte czy dedykowane ekspertom meetupy. Reprezentując firmę na różnych wydarzeniach, występuję jako osoba queer i odnosząca sukcesy ekspertka. Wierzę, że w dzięki temu mogę przełamywać stereotypy i promować zasadę, że autentyczność i rozwój kariery mogą iść ze sobą w parze. I mimo że budowanie – tak jak to robimy w ABB – kultury opartej na różnorodności i otwartości na odmienne perspektywy nie zawsze jest łatwe, to ma ogromne znaczenie. Tylko tak możemy tworzyć przestrzeń, w której każda osoba, oceniana przez pryzmat umiejętności i wkładu w  organizację, a nie wieku, pochodzenia, płci czy orientacji seksualnej, ma szansę rozwijać się i w pełni wykorzystywać swój potencjał – ocenia w rozmowie z „Repliką” Yuliia Skokova, IS Operations Manager w ABB.

Ostatnie dekady przyniosły na tym polu zwrot, nadal jednak czekamy na coming out tęczowego innowatora (lub tęczowej innowatorki) z  polskim dowodem osobistym. Najbardziej wpływową osobą queerową w  branży u  nas jest dziś dr Bianka Siwińska, szefowa Fundacji Edukacyjnej Perspektywy i Perspektywy Women in Tech, członkini rady nadzorczej Creotech Quantum oraz doradczyni w  Ministerstwie Cyfryzacji. Jej otwartość cieszy, w  Polsce nadal jest jednak raczej jaskółką, która (jeszcze) wiosny nie czyni.

Aktor Patryk Pniewski. Dlaczego i mężczyzn, i kobiety całuje z otwartymi oczami?

Z aktorem PATRYKIEM PNIEWSKIM rozmawia Piotr Grabarczyk

Patryk Pniewski (ur. 1991) ukończył studia na Wydziale Aktorskim Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. Rozpoznawalność przyniosły mu m.in. role w serialach „Pierwsza miłość”, „Barwy szczęścia”, „Zakochani po uszy” czy „Belfer”. 18 marca 2026 r. w podcaście Anny Marii Siekluckiej „P.S. I love you” powiedział o swojej biseksualności.

fot. Anken Berge

Minęło już kilka miesięcy od twojego coming outu i jestem ciekawy, pewnie jak wiele innych osob, dlaczego akurat teraz? Czy szedłeś na to nagranie podcastu Anny Marii Siekluckiej z takim nastawieniem, że te słowa padną, czy wydarzyło się to spontanicznie?

Czułem już od dłuższego czasu, że mógłbym i jestem w stanie się tym podzielić oraz wpuścić ludzi do tej sfery mojej prywatności. Nadarzyła się ku temu okazja i wyszło to bardzo spontanicznie. Na nic się nie umawialiśmy z Amą, nie wiedziałem, jakie będzie zadawała pytania – dosłownie na pięć minut przed nagraniem zapytałem, o co będzie mnie pytała i powiedziała: „Zobaczysz”. Wszystko się zadziało tu i teraz. I mam wrażenie, że dzięki temu wyszło tak naturalnie. Poza tym, jak jeździłem Blablacarem, obcy ludzie, z którymi rozmawiałem w trasie, mówili, że powinienem zacząć chodzić na podcasty i dzielić się swoim spojrzeniem na świat. Pomyślałem, że w sumie od kilku lat nie udzielałem żadnych wywiadów na temat swojego życia prywatnego, rozmawiałem tylko o kwestiach zawodowych i tak naprawdę nigdy nie udzieliłem szczerego wywiadu. Poczułem, że może teraz jest ten czas, by nie tylko bronić swoich postaci, ale i siebie.

Ale mieliście prywatnie taki „przelot”, że Anna wiedziała, że może sobie pozwolić na bardziej prywatne pytania?

Była kompletnie zaskoczona. Szkoda, że nie pokazali w tym podcaście jej miny, jak to powiedziałem. Pamiętam, że gdy to mówiłem, to chciałem się jak najbardziej skupić, bo rozpraszała mnie właśnie jej reakcja. Ale szybko się w tym odnalazła i uszanowała moje granice, była w tym bardzo ostrożna, delikatna.

Od momentu nagrania do publikacji mija trochę czasu. Miałeś jakieś wątpliwości, czy może tego nie wyciąć? Skoro wszystko zadziało się pod wpływem chwili.

Nie miałem wpływu na montaż, nie mogłem nic wyciąć. Nie miałem też takiej potrzeby.

Kiedy już doszło do publikacji, to kamień spadł ci z serca?

Ogromny kamień z serca. Jakbym zrzucił plecak z kamieniami. Czuję się teraz ze sobą o wiele, wiele lepiej. Ten, kto nie przechodzi przez podobne doświadczenie, tego nie zrozumie, nie wie, o co chodzi. Ciężko jest to wytłumaczyć. To trochę jak z fuksówką. Jeżeli sam tego nie przeszedłeś, to nie zrozumiesz, czym to jest i z czym to się je. Odbiorcy często widzą dopiero tę część, która się rozgrywa publicznie, a przecież pod spodem są lata przemyśleń, emocji i doświadczeń.

Dałeś znać bliskim, że to się wydarzy? Uprzedziłeś ich o tej publikacji?

Ostrzegłem rodziców, żeby się przygotowali, że mogą być jakieś komentarze na mój temat, których do tej pory nie było. Myślę, że to dźwignęli. Zdają sobie sprawę z tego, że mam własne życie i że nie mogę przejmować się tym, co pomyślą inni, jak odbierze nas opinia publiczna i jaki to będzie miało wpływ na mnie czy na moich bliskich. Jak wchodziłem w ten zawód, to dla mnie było w jakiś sposób oczywiste, że w przyszłości może tak, a nie inaczej się to wszystko potoczyć, bo też z tym wiąże się ta praca.

Czyli rozumiem, że jeśli chodzi o rodzinę, to kwestia twojej tożsamości seksualnej była zaopiekowana już wcześniej?

Na tyle, na ile mogłem. Poza tym wszyscy jesteśmy dorosłymi ludźmi i myślę, że mamy już ku temu narzędzia, żeby regulować swój układ nerwowy i podchodzić do tego wszystkiego na większym luzie. Zgodzisz się też chyba ze mną, że media zareagowały na mój coming out w bardzo fajny sposób i byłem trochę w szoku, jak wszyscy do tego podeszli. W pozytywnym szoku oczywiście. Nie da się nie zauważyć, że zrobiliśmy ogromny progres jako społeczeństwo i ma to też swoje odbicie w mediach. Naprawdę jestem dumny, że mogłem swoim coming outem dołożyć swoją cegiełkę do tej pozytywnej zmiany i całej dyskusji o osobach niehetero.

Z tymi mediami masz rację – coming out to nadal duży news, ale też mam wrażenie, że mniej wokoł tego sensacji i oparow skandalu.

I to jest super! Bardzo mi się podoba ten kierunek. Jestem bardzo wdzięczny, że media tak do tego podeszły. Lepszego coming outu na własnych zasadach nie mógłbym sobie wymarzyć. Mimo że nie lubię tego określenia. Wolałbym może: „stanięcie w prawdzie”, bo coming out kojarzy mi się jakoś pejoratywnie. Może przez to, że jest tak nacechowany negatywnie przez społeczeństwo. Ale jeżeli operujemy taką nomenklaturą, to luz.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Wicepremier Krzysztof Gawkowski (Nowa Lewica): Wstydzę się za prezydenta

„Wierzę w równość, tak mnie wychowano, tak ukształtował mnie Kościół. Uważam, że Pismo Święte każe nam opowiedzieć się za miłością”
– mówi wicepremier i minister cyfryzacji KRZYSZTOF GAWKOWSKI (Nowa Lewica). Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Mnisterstwo Cyfryzacji

Wetując ustawę o statusie osoby najbliższej, Karol Nawrocki mowił: „Nic, co jest quasimałżeństwem nie może liczyć na moje poparcie”. Prezydent nie zgodził się na „podważanie szczegolnego statusu małżeństwa” oraz „wprowadzenie tylnymi drzwiami związkow partnerskich”, ktore to miałyby rzeczone małżeństwo „zastąpić czy podmienić”. Przyznam, że jestem tym uzasadnieniem skonfundowany. I to na wielu płaszczyznach.

To łajdacka wypowiedź, która pokazuje brak zrozumienia dla materii tej ustawy. Prezydent zachował się jak niechluj, który nie czyta prawa – kiedy słuchałem uzasadnienia tego weta, miałem wręcz stuprocentową pewność, że Karol Nawrocki nie pokusił się o lekturę projektu. Podobno jego decyzja miała służyć „ochronie instytucji małżeństwa” – ale w jaki właściwie sposób ustawa o statusie osoby najbliższej wpływa na instytucję małżeństwa? I dlaczego umowy cywilnoprawne miałyby „zastąpić czy podmienić” śluby?

Prezydent lubi mówić o „wolności”, a potem wyrzuca do kosza rozwiązania, które miały ją zapewnić. Lubi też powoływać się na „wartości”, ale w jakie wartości godzi związek dwóch mężczyzn albo dwójki kobiet? Wszyscy mamy prawo do miłości i tworzenia relacji – sęk w tym, że duża część Polaków i Polek nie dysponuje żadną możliwością ich sformalizowania. Całkowicie nie rozumiem weta dla projektu, który dałby takim parom dostęp do informacji medycznej albo umożliwił wspólne rozliczanie podatków. Powiem wprost: wstydzę się za prezydenta. Karol Nawrocki pokazał, że nie jest reprezentantem wszystkich Polaków i Polek, a dużą część narodu wręcz demonizuje.

Może jednak z prawicą dałoby się jakoś dogadać? Tylko czy to w ogole możliwe, skoro Pałac Prezydencki nie wystosował ani jednego, merytorycznego zarzutu do ustawy, a posłowie i senatorowie PiS głosowali za odrzuceniem projektu w całości, rezygnując tym samym z możliwości zgłoszenia poprawek?

Nie będę się dogadywał z polską prawicą. Od kilkunastu lat liberałowie próbują wyjść jej naprzeciw, a efektem jest wzrost notowań Kaczyńskiego, Bosaka, Mentzena i Brauna oraz wysyp homofobii, antysemickich komentarzy i hejtu na Ukraińców. Jeśli mamy walczyć o równość, to nikt nie namówi mnie do żadnych „kompromisów”. Co więcej: uważam, że o wartości należy bić się na ringu. Zwłaszcza że mamy prezydenta pięściarza.

Wraz z wetem całkiem prysły nadzieje na inne postulaty LGBT: ustawowy zakaz terapii konwersyjnych czy legislację, ktora zapewniałaby godną, bezpieczną tranzycję. Co, jako parlament i rząd, możecie w tej sytuacji zrobić dla rowności?

Weto stanowi czytelny sygnał: Karol Nawrocki zablokuje każdą ustawę, która mogłaby pomóc queerowej społeczności. W takich warunkach Lewica musi wykorzystywać każdą, nawet najmniejszą szansę, by zawalczyć o kolejny kawałek wolności. Będę przekonywał kolegów w rządzie, by mimo wszystko wnosić równościowe projekty, a jednocześnie nie poddawać się wizji prezydenckiego weta. Kropla drąży skałę, musimy próbować do skutku i walczyć do końca.

Jedną walkę udało się wygrać, choć wcale nie było to pewne. Po wyrokach TSUE i NSA w rządzie zarysował się konflikt. Szef MSWiA Marcin Kierwiński twierdził, że transkrypcja zawartych za granicą małżeństw jednopłciowych wymaga ustawy, tymczasem kierowane przez pana Ministerstwo Cyfryzacji opowiadało się za rozporządzeniem. Ponieważ rozmowy się przeciągały, nagle ogłosiliście jego projekt, zaskakując nie tylko kolegow z rządu, ale nawet z własnej partii. Skąd właściwie tak zdecydowana reakcja?

Pewnie pana zaskoczę, ale do zdecydowanych działań pchnęły mnie wartości katolickie. Jestem osobą wierzącą, moja wiara głosi, że świat powinien być sprawiedliwy, a jego fundamentem powinna być miłość do bliźniego. Po lekturze Ewangelii uważam zresztą, że Jezus był pierwszym socjalistą: głosił przecież równość ludzi bez względu na to, w co wierzą, jakie mają poglądy i kogo kochają.

Jestem chłopakiem z wołomińskiego blokowiska, pod trzepakiem mieliśmy różne poglądy, ale choć ścieraliśmy się – czasem nawet na pięści – nie brakowało nam odwagi w mówieniu o tym, w co wierzymy. Ja wierzę w równość, tak mnie wychowano, tak ukształtował mnie Kościół. Uważam, że jego nauka (wynikająca wprost z Pisma Świętego, nie z nauczania księży– polityków) każe opowiedzieć się za miłością.

W czerwcu, a więc w Miesiącu Dumy, byłem z wizytą w Nowym Jorku, gdzie na jednej ze świątyń dostrzegłem tęczowe flagi. Pomyślałem sobie, że tu każdy może czuć się u siebie. I że chciałbym w Polsce Kościoła, w którym można otwarcie rozmawiać o orientacji psychoseksualnej. Choć jednak nasz episkopat zagrzebał się w traumach i obsesjach, żaden biskup ani pan Rydzyk nie przekonają mnie do odejścia od tego, jak ukształtowała mnie moja wiara.

Dlaczego „pan” Rydzyk, a nie „ksiądz” Rydzyk?

Nie mam do Rydzyka szacunku, uważam go za diabła polskiego Kościoła. Ostatnio na Jasnej Górze mówił on, że in vitro to „zabijanie dzieci”. Na dwa lata od uruchomienia przez rząd programu refundacji narodziło się piętnaście tysięcy obywateli i obywatelek, którym Rydzyk napluł w twarz. Dziwię się Kościołowi, że zupełnie na jego słowa nie reaguje, oczekiwałbym, że zdyscyplinuje swojego kapłana. Nie może być tak, że w najbardziej świętym miejscu Rzeczpospolitej z ambony padają kłamstwa, które w dodatku różnicują polskie dzieci na lepsze i gorsze.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Tęczowe Hollywood Małgorzaty Zajączkowskiej

Z aktorką MAŁGORZATĄ ZAJĄCZKOWSKĄ rozmawia Rafał Dajbor

fot. Marlena Bielińska (arch. Teatru 6. piętro)

Z jaką wiedzą na temat homoseksualności wyjechałaś z Polski w 1981 r., by wrocić po niemal dwudziestu latach jako aktorka, ktora zaistniała w Hollywood? Pamiętasz moment, w ktorym zetknęłaś się z nieheteronormatywnością pierwszy raz?

Pierwszego momentu nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że gdy byłam w warszawskiej PWST, z pierwszego roku wydziału aktorskiego wyleciał bardzo, moim zdaniem, zdolny chłopak – jak się potem okazało, dlatego że był gejem.

To od razu dotykamy ciekawego wątku – homofobii PWST w latach 70. XX wieku. Jadwiga Jankowska-Cieślak mowiła mi w wywiadzie dla „Repliki“, że szkoła była homofobiczna, natomiast wielu innych rozmowcow zaprzeczało tej tezie.

Z mojego punktu widzenia – była. Ten chłopak miał głos jak miód, którym fenomenalnie interpretował teksty. Ale to nie wszystko, gdyż pół roku później skreślono z listy studentów kolejnego chłopaka, z którym ten wcześniej wyrzucony miał romans. Uderzyło mnie to wtedy strasznie.

A przecież w kadrze profesorskiej były osoby nieheteronormatywne, by wspomnieć choćby twojego profesora i reżysera twojego przedstawienia dyplomowego – Jerzego Kaliszewskiego. Na pewno biseksualnego, być może homoseksualnego. Jankowska- -Cieślak mowiła, że niewiele się od niego nauczyła. Że był nudnym, starszym panem. Z kolei Jan Peszek (także w rozmowie z „Repliką“) przyznał, że wszystko, co najlepsze w swoim aktorstwie, zawdzięcza profesorowi Kaliszewskiemu. Do kogo ci bliżej?

W okresie studiów – do Jankowskiej- -Cieślak. Dziś zdecydowanie do Peszka i jak będę miała spotkanie z Jankiem, to z nim nawet o tym porozmawiam. Trochę się profesora Kaliszewskiego bałam, trochę go nie lubiłam, a trochę mnie denerwował. Wiele nam opowiadał, ale trzymał duży dystans. Był jakby za ścianą. Oglądając nasze sceny, robił dziwne miny, dziwne gesty. Im dłużej jestem w zawodzie, tym bardziej profesora Kaliszewskiego doceniam. On uczył rzemiosła. Fachu. To właśnie profesor Kaliszewski nauczył mnie podstawowej rzeczy – że jeśli sobie z jakąś rolą nie radzę, bo mi nie leży emocjonalnie, a z jakiegoś powodu muszę ją zagrać, to rzemiosło mi pomoże. Mówiło się w szkole o jego homoseksualności, ale nas to specjalnie nie zajmowało. A wobec chłopaków zachowywał się zawsze bez żadnych podtekstów, był wobec nich zdystansowany, jak wobec wszystkich.

W PWST byłaś na bardzo ciekawym roku – twoimi koleżankami były m.in. Joanna Pacuła i Liliana Głąbczyńska, czyli, tak samo jak ty, aktorki, ktore zrobiły kariery na drugiej połkuli. Przy czym losy każdej z was toczą się dziś inaczej. Pacuła mieszka i pracuje w USA, Głąbczyńska dzieli swoj talent między Polskę a Kanadę, ty wrociłaś na stałe do Polski.

Czasem jeżdżę do USA i nawet kilka lat temu zagrałam jedną z dwóch głównych ról, obok Karen Gillan, w filmie „Late Bloomers”, w Polsce miał on chyba tytuł „Lepiej późno niż wcale”. Reżyserka tego filmu szukała aktorki mówiącej dobrze polsku i ktoś tam sobie o mnie przypomniał. A do Polski wróciłam w 1999 r. Po rozwodzie zostałam sama z synem, no i po pierwszym okresie wielkiego podekscytowania faktem, że oto ja, polska aktorka, gram z największymi gwiazdami kina, zaczęłam mieć dość słuchania, że w tej czy tej roli byłabym super, tylko nie z tym akcentem

A dlaczego wyjechałaś z Polski?

To jest bardzo ciekawe zagadnienie, bo wcześniej w ogóle nie myślałam o żadnej emigracji, a już na pewno nie o graniu w Hollywood. W 1981 r. Joaśka Pacuła wyjechała do Francji i wydzwaniała do mnie, żebym do niej przyjechała. Byłam wtedy aktorką Teatru Narodowego i poszłam do dyrektora Adama Hanuszkiewicza, który miał taką zasadę, że jak było wszystko w porządku, mówił do mnie „mała”, a jak miał pretensje – „proszę pani”. Powiedział: „Proszę pani, pani chyba zwariowała. Pani gra we wszystkich spektaklach”. No ale jak to w teatrze – tu ktoś złamał nogę, tu ktoś zachorował i nagle zrobiło mi się łącznie dziewięć wolnych dni. Poleciałam do Paryża. A cztery dni później wybuchł stan wojenny. I nie było jak wrócić. W Paryżu poznałam mojego przyszłego męża, też Polaka. On marzył o wyjechaniu do USA. A że byłam zakochana, to myślałam na zasadzie „wszystko jedno gdzie, byle z nim”. Tak, po dwóch i pół roku we Francji, znalazłam się w Ameryce.

We Francji zagrałaś w kilku filmach, znajdowałaś się w bardzo ciekawym polonijnym kręgu, w ktorym byli m.in. Joanna Pacuła, Ewa Sałacka, Eugeniusz Priwieziencew, Włodzimierz Press. Poznałaś tam gejow?

Polskich artystów we Francji było wtedy więcej. Agnieszka Holland, Boguś Linda, Krzysiek Krauze, Daniel Olbrychski… Oczywiście, że poznałam wtedy całe mnóstwo osób homoseksualnych. W towarzystwie, w którym się obracałam, byli geje, o których wiadomo było, że są parą i na nikim tam nie robiło to wrażenia. Było to normalne. I na mnie także nie. Wychowywali mnie dziadkowie, dla których w ogóle nie istniała kwestia gejowska, żydowska… Liczył się człowiek. Jedyni ludzie, których dziadkowie nie tolerowali, to była ubecja. Mam dziś przyjaciół gejów, którzy potrafią powiedzieć do mnie o kimś: „nie mogę patrzeć na tę ciotę”. Wiedzą, że ja wiem, co chcą przez to powiedzieć, że to tak, jakbym ja powiedziała o kimś „nie mogę patrzeć na tego chuja”. Mam tylko jeden problem – gdy gej ma żonę, żona nic nie wie o jego drugim życiu, a on ją oszukuje. Znam geja, który jest fantastycznym ojcem. Jego przyjaciółka chciała mieć dziecko. On chciał mieć dziecko. Żyją na dwa domy i wychowują swojego syna wspaniale. Ale tu wszystko było uczciwie dogadane, jasne od początku do końca. A przy tym nie oczekuję od nikogo, że zrobi coming out, że będzie o tym opowiadał. Wiem, że wielu gejów nie ujawnia się, by nie „stracić” rodziców, bliskich. Nie można od nikogo wymagać heroizmu.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Reżyser Oskar Sadowski i jego queerowy film „Pieśń o nocy”

Z OSKAREM SADOWSKIM, reżyserem queerowego filmu krótkometrażowego „Pieśń o nocy” wyróżnionego na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym, rozmawia Mariusz Kurc

fot. Tomasz Janus

Najpierw była orgia

Tak. To było kilka lat temu. Tam poznałem chłopaka, który opowiedział mi, że gdy miał dziewiętnaście lat, kierował nim tak silny popęd seksualny, że był gotów na erotyczne doświadczenie niemal z każdym. Zapytałem, co ma na myśli. Powiedział, że na Romeo.com odezwała się do niego kobieta z pytaniem, czy za pieniądze spotkałby się z jej mężem, starszym mężczyzną. Zgodził się. Na miejscu okazało się, że ten mężczyzna jest terminalnie chory. Ale spotkanie potoczyło się inaczej, niż się spodziewał. Ta historia zaczęła we mnie pracować.

Od razu wiedziałeś, że to jest punkt wyjścia do scenariusza filmu „Pieśń o nocy”?

Tak, poczułem, że to będzie idealna historia na film krótkometrażowy. Jeden wieczór, który opowiem w trzydzieści minut. Na początku fascynował mnie przede wszystkim ten chłopak. Było w nim coś mrocznego, niepokojącego. Z czasem jednak coraz bardziej przyciągała mnie historia tego małżeństwa, ich nieoczywista tragedia.

Usłyszałeś od tego chłopaka, że ten pan nigdy nie uprawiał seksu z facetem?

Usłyszałem, że nigdy nie uprawiał seksu analnego. Czy był kryptogejem? Nie wiem.

Tamta opowieść była tylko inspiracją, impulsem do startu budowania naszej opowieści. Poszedłem w stronę, która mnie interesowała – analizy człowieka, który nie jest w stanie żyć w zgodzie z własną prawdą, z własną orientacją seksualną.

Ten temat jest ci bliski, bo masz podobne doświadczenie?

Akurat z ukrywaniem homoseksualności nie mam doświadczeń, ale każdy ma swoje tajemnice. Myślę, że problem narzuconych ram przez wychowanie, społeczeństwo i jego uprzedzenia, ale też nasze przeżyte traumy, autocenzura i nabyte przekonania często nie pozwalają nam być w pełni sobą. Być tym, kim tak naprawdę chcielibyśmy być, kim gdzieś naprawdę w środku jesteśmy, ale mamy jakiś lęk, który nas przed tym powstrzymuje. Myślę, że wiele osób może się w tym odnaleźć.

  1. Więc skupmy się na homoseksualności. Sam mam za sobą lata siedzenia w szafie. Ty jesteś dużo młodszy, ale serio nie masz takich doświadczeń?

Pierwszy raz wyoutowałem się przed rodzicami w wieku pięciu lat.

Żartujesz.

Nie. Wróciłem z przedszkola i powiedziałem, że zakochałem się w koledze z grupy.

Co oni na to?

Tata powiedział, że mogą z tego być straszne choroby. Podejrzewam, że miał na myśli AIDS i jakiś strach o swoje dziecko. To były lata 90. Zapytałem, czy da się te choroby wyleczyć rosołem, bo dziadek mówił, że wszystko można wyleczyć rosołem. Ale generalnie, oczywiście, oboje to zbagatelizowali. Potem przez jakiś czas myślałem, że za seks idzie się do więzienia, tak powiedziała mi koleżanka na podwórku; na trzepaku mówiąc dokładniej. Nie chodziło o gejowski seks, tylko w ogóle o seks. Miałem, jak to się mówi, trudne dzieciństwo. Jestem teraz w terapii traum EMDR. Kiedy wydarzały się trudne sytuacje, oglądałem je jak film – jakby one nie mnie się przydarzały. Raniły za mocno – psychika wytworzyła więc obronny mechanizm odcięcia się od emocji. Nie mogę powiedzieć, że jestem wdzięczny za traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, ale myślę, że dzięki nim rozwinęła się w moim mózgu cała kreatywna część. I pewnie dlatego mam tę silną potrzebę, ale też łatwość tworzenia. Bo właśnie wyobraźnia była tym wentylem i miejscem ucieczki od tego, co działo się w rzeczywistości.

Ale z samym faktem, że jesteś gejem, nie miałeś problemu, tak? Czy jednak miałeś?

Miałem i nie miałem. Tamten coming out w wieku pięciu lat rodzice, jak już mówiłem, puścili w niepamięć. Tak naprawdę o mojej orientacji rodzice dowiedzieli się, gdy miałem trzynaście lat, mama odkryła, że mam konto na Fellow.pl (polska gejowska aplikacja randkowa popularna przed pojawieniem się Grindra – przyp. red.). Rok wcześniej zabrałem tatę do kina na „Tajemnicę Brokeback Mountain”. Nie domyślił się, co kryło się za tym zaproszeniem.

Nie!?

No nie, naprawdę.

Może nie chciał albo nie umiał stawić temu czoła?

Może. tego, co pamiętam, zapytał mnie po seansie, dlaczego akurat ten film jest dla mnie tak ważny. Nie opowiedziałem całej prawdy.

A mama?

Po moim właściwym coming oucie nie układało mi się z mamą. Rodzice byli już wtedy po rozwodzie. Mieszkałem z nią, a ona obawiała się, że będę spotykał się ze starszymi mężczyznami. Nie były to zresztą obawy całkowicie bezpodstawne. Nakładała więc na mnie coraz więcej ograniczeń – między innymi nie pozwalała mi wychodzić z domu po szkole, więc wymykałem się. Sytuacja między nami stawała się coraz bardziej napięta. W końcu przeprowadziłem się do taty, a mama uznała, że uciekłem z domu – zresztą nie po raz pierwszy. Zgłosiła moje zaginięcie na policję. O tym, gdzie ostatecznie będę mieszkał – z mamą, z tatą czy w ośrodku – miał zadecydować sąd. Sędzia wiedziała, że jestem gejem. Do czasu rozprawy skierowała mnie do szpitala psychiatrycznego.

Boże! Na jak długo?

Na miesiąc.

Myślisz, że homofobia grała rolę w tej decyzji sędzi?

Sam nie wiem, homofobia albo głęboka nieświadomość i pokrętna troska o moje bezpieczeństwo. Mogłem zostać przecież przeniesiony do babci czy ciotki, jednak to moja orientacja była powodem wyboru szpitala psychiatrycznego. Sąd stwierdził, że będzie to najbezpieczniejsze miejsce dla mnie. Paradoksalnie doszło tam do sytuacji, w której prawie straciłem życie – zostałem pobity przez jednego z pacjentów. Powodem nie było moje gejostwo, a podejrzenie podrywania jego dziewczyny, gdyż poprosiłem ją o pożyczenie prostownicy do włosów, miałem wtedy grzywkę. (śmiech) Zostałem też wyrzucony z gimnazjum – za bycie gejem.  

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Dana Vitkovska, transpłciowa voguerka z Ukrainy

Z DANĄ VITKOVSKĄ, transpłctową tancerką i performerką specjalizującą się w voguingu, bohaterką filmu dokumentalnego „Ciało wojny” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, rozmawia Angela Getler

fot. Mateusz Jaskot

Jak się czujesz kilka miesięcy od premiery filmu?

Już jest dobrze. Było to dla mnie bardzo dużym przeżyciem.

Jakie emocje ci towarzyszyły?

Ekscytacja, że mogę być częścią takiego dużego projektu z takimi nazwiskami. Jako artystka oraz jako aktywistka i osoba z Ukrainy. Ale też przerażenie, bo wiedziałam, że to będzie film, który wygeneruje różne opinie. Komuś może bardzo się spodobać, komuś nie. Podzieliłam się bardzo prywatną częścią mojego życia i bałam się, że nie będę mogła się od tego zdystansować.

Dlaczego zostałaś zaangażowana do tego filmu?

Film jest opowieścią o ciałach z perspektywy wojny. Są w nim trzy historie – o żołnierzach, którzy stracili kończyny, o kolektywie artystycznym Open Group, robiącym wystawy na tematy polityczne, oraz o mnie, jako queerowej artystce mieszkającej w Warszawie. Myślę, że zostałam zaproszona do udziału, by dodać kontrastu bardzo mrocznym i tragicznym obrazom wojny w Ukrainie, ale też, by spojrzeć na nią pod innym kątem.

Kiedy tu przyjechałaś?

Osiem lat temu, a moja mama przyjechała dwa lata wcześniej. Gdy w 2014 r. zaczęła się wojna na Krymie i wschodzie kraju, ona wiedziała, że wszystko szybko się nie skończy. Myślała naprzód. Okazało się, że mamy polskie pochodzenie i że to najłatwiejsza droga do emigracji z Ukrainy. Gdy skończyłam szkołę w Ukrainie, przeprowadziłam się i ja. Najpierw zamieszkałam we Wrocławiu, ale zupełnie nie mogłam tam się odnaleźć. W międzyczasie spotkałam tancerkę i performerkę Bożnę Wydrowska. Zaczęła angażować mnie do różnych artystycznych projektów i wspólnych warsztatów voguingu w Warszawie. Zaprzyjaźniłyśmy się. Poznałam przez to też wielu ludzi, zaczęłam mieć różnych znajomych. Po roku po prostu się tu przeniosłam.

Co się dalej działo?

Moim celem było pójście na studia, co było mi też potrzebne w staraniach o polskie obywatelstwo. Dostałam się na dziennikarstwo kulturowe. Na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Zaczęłam studia jeszcze przed tranzycją, a skończyłam już jako ja, Dana. Myślałam, że będzie gorzej, ale okazało się, że nawet większość wykładających księży była bardzo spoko. Na dodatek pracę dyplomową napisałam o kulturze ballroomu, czyli kulturze osób queerowych, transpłciowych, Czarnych, w tym trans kobiet z Nowego Jorku.

Jak komisja egzaminacyjna przyjęła taki temat?

Moja promotorka jest bardzo postępowa i była otwarta, ale był taki moment, że ksiądz prodziekan chciał zmusić egzaminatorów do misgenderowania mnie. Mieli się do mnie zwracać tak, jak mam w dokumentach. Jak mnie jednak zobaczyli na żywo, stwierdzili, że to nie ma sensu. I nawet ten ksiądz wtedy już po prostu zwracał się do mnie bezosobowo.

Czemu nie zmieniłaś danych przed obroną?

Bo musiałabym jechać do Ukrainy. Przez ambasadę się nie da, bo tam nie załatwiają żadnych dokumentów osobom z męskim oznaczeniem płci. Chcą, żeby wróciły, by wcielić je do wojska. Z ich strony mam związane ręce. Na razie więc czekam na polskie obywatelstwo. Prawie rok trwało, by złożyć do urzędu cały pakiet dokumentów. Gdy dostanę obywatelstwo, to wtedy będę mogła formalnie zmienić imię i oznaczenie płci. Mieszkam w Polsce już osiem lat, tutaj jest całe moje życie. Chcę przejść przez ten cały proces tutaj, ponieważ mam wsparcie. Do Ukrainy nie wrócę, bo jeśli nie wcielą mnie do wojska, to zrobią coś innego.

Co takiego?

Czytałam o trans kobiecie, która na początku wojny próbowała wyjechać z Ukrainy. Miała już zmienione wszystkie dane, ale w systemie zobaczyli, że kiedyś było inaczej i jej nie wypuścili  

Z Kraju. Jeśli tam pojadę, to dopiero jako Polka.

Skąd jesteś?  

Z Krzemieńczuka, w samym centrum Ukrainy. Tam jest o wiele „grubiej” niż tutaj.

Czyli jak?

Jest o wiele gorzej pod względem homofobii, transfobii i w ogóle queerfobii. Wydaje mi się, że jakbym zaczęła tam tranzycję, to chyba przez pierwszy rok wychodziłabym nie z domu, póki nie miałabym większego passingu. Choć wydaje mi się, że to się zmienia wszędzie i w Polsce dziesięć lat temu pewnie też było gorzej niż teraz. Tu jednak znalazłam swoje bezpieczne przestrzenie, przyjaznych ludzi i zaczęłam zgłębiać siebie przez bale czy queerowe imprezy.

Jak ten proces akceptacji własnej tożsamości u ciebie wyglądał?

W Ukrainie nie ma żadnej świadomości na temat transpłciowości. Gdy dorastałam, nie wiedziałam, co to jest. Nawet tutaj zajęło mi trochę czasu, by zrozumieć siebie i to był bardzo długi proces. A przecież tkwiłam już w kulturze ballroomu, która została stworzona przez Czarne trans kobiety. One były bardziej inspiracjami tanecznymi, ale wydaje mi się, że znając ich historie z lat 80. i 90., miałam z tyłu głowy, że transpłciowość…, że to jest bardzo trudne. Bałam się bycia transpłciową kobietą, bo wydawało mi się, że to najgorsze, co może się wydarzyć.

Co było w ich historiach przerażającego?

Przemoc, dyskryminacja, wykluczenie. Bałam się, że i mnie to spotka. Potem zrozumiałam, że czasy się zmieniają i jest w tym też bardzo dużo piękna.

Jak więc się postrzegałaś w młodości?

Namiastki były od dzieciństwa, ale myślałam, że to wszystko jest powiązane z orientacją seksualną. Gdy zaczęłam odkrywać siebie na queerowych imprezach i wyrażać się coraz bardziej kobieco, zaczęło to przechodzić w życie codzienne. By zrobić „pazy”, depilację albo ubrać się bardziej kobieco. Zrozumiałam, że bardzo dobrze czuję się w kobiecej ekspresji. Moja terapeutka powiedziała mi: „Pojedź tam, gdzie czujesz się bezpiecznie i po prostu spróbuj wyrażać się tak kobieco nie tylko na imprezach, ale przez cały dzień”. Gdy byłam w samolocie do Madrytu, to zaczęłam płakać. Dotarło do mnie, że nawet nie potrzebuję tej podróży, bo i tak już wszystko wiem. Jak wróciłam, to zaczęłam tranzycję. 

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Hubert Buda, reżyser serialowy, transpłciowy mężczyzna

Z HUBERTEM BUDĄ, transpłciowym mężczyzną, reżyserem seriali „Dzielnica strachu”, „Pierwsza miłość”, „Sprawiedliwi. Wydział kryminalny”, członkiem zarządu Koła Reżyserów Stowarzyszenia Filmowców Polskich oraz Związku Zawodowego Filmowców rozmawia Angela Getler

fot. Paweł Jakubek

Jak zostałeś reżyserem?

Na początku były inne prace niż reżyseria. Studiowałem produkcję w Szkole Filmowej w Łodzi, skąd pochodzę, i pracowałem w pionie produkcji. Później doszkoliłem się z reżyserii i sztuki operatorskiej w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie i postanowiłem rzucić produkcję na rzecz reżyserii.

Początki były trudne?

Zacząłem zupełnie od zera, czyli od funkcji asystenckiej, potem jako drugi reżyser i w pewnym momencie nadarzyła się okazja, by reżyserować. Skorzystałem z niej. To był serial paradokumentalny „Sprawiedliwi. Wydział Kryminalny” robiony we Wrocławiu. Przez dłuższy czas jeździłem tam, równocześnie będąc drugim reżyserem przy innych projektach. Wcześniej bywałem też montażystą, asystentem technicznym, a przez krótki okres także kierowcą. Żeby móc się utrzymać, gdy nie było dość zleceń reżyserskich, chwytałem się wszystkiego. Nie pracowałem jednak poza ulubioną branżą filmową, co uważam za sukces.

Jaki projekt teraz realizujesz?

Cały czas siedzę w różnych gatunkach serialowych i całkiem dobrze się w tym czuję. Bardzo lubię być na planie. Mam mniej serca do innych zadań reżysera, więc nie zrobiłem dotychczas pełnometrażowego filmu fabularnego. To wymaga dużo więcej pracy poza planem, mocno związanej z produkcją.

Obecnie mam przerwę po „Dzielnicy strachu” i szykuję się do telenoweli „Zaraz wracam” produkowanej na zlecenie TVP. Praca przy realizacji tego typu projektów jest często traktowana jak rzemiosło, a nie coś, przy czym można się artystycznie wyżyć. Natomiast ja uważam, że wszędzie można. Im więcej serca i pracy w to włożę, im będę chciał stworzyć coś lepszego, tym mocniej będę mógł wpływać na kształtowanie odbiorców i odbiorczyń oraz ich oczekiwań wobec dostarczanych im treści.

Co ci się tak podoba w byciu na planie?

Zazwyczaj atmosfera. Trafiałem na świetne ekipy, z którymi przyszło mi pracować. Ludzi, zaangażowanych, którym się chce. Podoba mi się, że razem tworzymy coś fajnego i że wszyscy gramy do jednej bramki. Mam swoją interpretację tego, co zaproponowali scenarzyści, scenarzystki i mam możliwość współpracy nad tym z operatorem lub operatorką oraz aktorkami, aktorami i innymi osobami. Bardzo podoba mi się ta twórcza wymiana.

Czym się w zasadzie zajmuje reżyser? Opowiesz trochę?

Z jednej strony to jest rodzaj przetwarzania jakiejś historii w obrazy, postacie, emocje i relacje. Z drugiej, to interpretacja rzeczywistości i tego, jak ja widzę schematy, które społecznie funkcjonują. Na przykład decyduję, na ile dana postać miałaby funkcjonować w stereotypie, a na ile go przełamać.

To jest współpraca między reżyserem i całą ekipą. Do tego dochodzą rekwizyty i pomieszczenie, w jakim postać funkcjonuje oraz odpowiedni kostium, fryzura – czy ktoś jest ogolony, czy nie. Drobne szczegóły, które nie są w pełni rejestrowane przez widzki czy widzów, natomiast składają się na obraz, który podświadomie odczuwamy. Ważne też, jak się tę postać umieści się między innych bohaterów, bohaterki i ich relacje.

Czy jest scena, ktorej reżyserowanie szczegolnie zapadło ci w pamięć?

Bardziej są to momenty, gdy widzę, że z danym aktorem czy aktorką jestem już na etapie, gdzie bardzo szybko łapiemy, o co nam nawzajem chodzi. Na przykład scena, w której była aferka między dziewczyną, nazwijmy ją Anią, a jej ciocią. Ania została przez ciocię zmanipulowana i miała wyrazić swój gniew. Próbowaliśmy raz, drugi i ciągle coś było w tym sztucznego, a nie takiego soczystego, prawdziwego, z wnętrza. W pewnym momencie aktorka grająca Anię powiedziała swój tekst, wykonała ruchy, które miała wykonać, ale dodatkowo zaimprowizowała i rzuciła trzymanymi dokumentami. To było tak organiczne, że z aktorką oboje spojrzeliśmy po sobie i wiedzieliśmy, że to jest dokładnie ta reakcja, której brakowało tej postaci. Lubię pracować z dużo starszymi aktorami i aktorkami. To była inna szkoła grania i funkcjonowania na planie. Te osoby mają niesamowicie dużo cierpliwości, ale też potrafią oddzielić rolę od siebie jako człowieka. Nie potrzebują pozostawać non stop w postaci, tylko mogą z niej wyjść, spokojnie funkcjonować i potem w nią z powrotem wejść. To dla mnie ważne, bo mam czasem dylemat, na ile mogę o coś prosić aktorkę, aktora, jeżeli ci mocno się angażują i wychodzenie z roli zdaje się trudnym procesem. Może to niemoje zadanie, ale w idealnym świecie chciałbym tego człowieka jak najmniej obciążać emocjonalnie.

Zdarzyło ci się, że scena przytłoczyła aktora?

Tak. Aktor miał grać nieboszczyka. Była specjalna kapsuła. W scenie przyjeżdża karawan z grabarzami, którzy zabierają denata. Aktor miał być zamknięty w kapsule i wsunięty do karawanu. W momencie, jak zobaczył tę kapsułę, odezwał się w nim taki lęk, że nie dał rady tego zagrać. Bardzo cenię, że to powiedział i nie przekraczał swoich granic na siłę.

Co zrobiliście?

Są różne sposoby, żeby od tego uciec. Nakręciliśmy wkładanie zamkniętej kapsuły do karawanu oraz scenę, jak on wcześniej leży w worku, który właśnie był zasuwany. Reszta była kwestią montażu.

Miałem też aktora, który miał kłopot, żeby się położyć w trumnie na katafalku. Skupiłem się z nim na tym, czy da się oswoić. Sam też położyłem się do tej trumny. Ale on wiedział, że ma możliwość decyzji, czy na to pójdzie, czy nie. Skończyło się tak, że położył się do trumny, ale ujęcie przykrywania wieka kręciliśmy już bez niego w środku.

Na jakim etapie swojej drogi przeszedłeś tranzycję?

Mam 45 lat i stało się to dopiero kilka lat temu. Więc na takim etapie, kiedy już pracowałem jako reżyser i znałem trochę osób z tej branży, a życie zdawało się dość poukładane.

Czy miałeś trudności ze zrobieniem coming outu?

Bałem się reakcji. Wiem, że są osoby, które w momencie tranzycji decydują się zmienić nie tylko imię, ale także nazwisko i całe otoczenie po to, żeby nie musieć się tłumaczyć. Ja tak bardzo kocham reżyserować i cały ten filmowy świat, iż nie wyobrażałem sobie, że mógłbym od tego uciec i pracować inaczej. Wiedziałem, że to będzie wymagające, by się zmierzyć z tym, że wszyscy będą wiedzieć o mojej tranzycji. Nie wiem, co w swoich głowach tak naprawdę myślą, ale na zewnątrz wszystko wydaje się okej. Cieszę się więc z tego, co widzę i już.

A jak było z twoimi bliskimi?

Dawno temu miałem wrażenie, że w jakiś sposób oszukuję moich rodziców. Nie lubię kłamać i to był bardziej mój problem, niż cokolwiek innego. Zanim się im wyoutowałem po raz pierwszy jako lesbijka, było to powodem dużych napięć między nami.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Poznali się w programie „The Traitors. Zdrajcy”: Maciej Łobos i Dawid Drej

Poznali się w programie telewizyjnym „The Traitors. Zdrajcy”. Z 26-letnim pianistą MACIEJEM ŁOBOSEM i 21-letnim studentem medycyny DAWIDEM DREJEM rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Alexandr Potipko

W komentarzach na waszych instagramowych kontach już od jakiegoś czasu pojawiały się pytania, czy jesteście razem. W lipcu na antenie „Dzień Dobry Wakacje” w TVN potwierdziliście związek.

Maciej: Jesteśmy razem ponad półtora roku i dojrzeliśmy do tego, żeby się tego nie wstydzić i nie czuć klinczu w rozmowach z ludźmi, którzy jeszcze nie wiedzą. Uczę gry na pianinie i czasem w rozmowie z rodzicami uczniów naturalnie mówię: „mój partner”. Chodziło o to, żeby mieć z tym luz. I żeby zdjąć ciężar z bliskich. Oni czasem się zastanawiali, komu wolno powiedzieć, kto już wie, a kto nie. Teraz już nie muszą.

Zostaliście parą już podczas nagrań drugiego sezonu „Th e Traitors. Zdrajcy”? (w programie o wygraną pieniężną rywalizowały dwadzieścia dwie osoby – przyp. red.)

Dawid: W programie nie mieliśmy ze sobą właściwie żadnej relacji. Byliśmy sobie dość mocno obojętni, skupialiśmy się na grze – bardzo wymagającej, bo polegającej na zidentyfi kowaniu tak zwanych „zdrajców” wśród uczestników.

M: Gdy zaczęliśmy nagrywać program we wrześniu 2024 r., oczywiście od razu zauważyłem, że Dawid jest przystojny, młody i fajny, ale nie wyczuwałem od niego „gejowskiego vibe’u”. Nagrania trwały trzy tygodnie, nie mogliśmy mieć telefonów, niemal nieustannie byliśmy „na podsłuchu”. Po całych dniach nagrań byliśmy nie tylko fi zycznie, ale i psychicznie zmęczeni. Moje instynkty nie były na tyle pobudzone, żebym myślał o fl irtach. (śmiech) Poza tym moi rodzice nie wiedzieli jeszcze wtedy, że jestem gejem, więc tym bardziej nie czułem się komfortowo, żeby rozmawiać o tym przed kamerami.

D: Miesiąc po nagraniach, w październiku, spotkaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami w Kielcach. Wtedy pierwszy raz tak szczerze porozmawialiśmy.

M: No i… zaiskrzyło. Program nas zresztą później zarówno łączył, jak i dzielił. Emisja rozpoczęła się w lutym 2025 r. Oglądaliśmy razem i czasem zupełnie inaczej ocenialiśmy to, co się tam działo. Zdarzało się, że się kłóciliśmy i potem nawet nie chcieliśmy razem oglądać kolejnego odcinka.

D: Długo żyliśmy programem, bo wszędzie widzieliśmy siebie: w odcinkach, reklamach, zapowiedziach. Ale w międzyczasie nasz związek już zapuszczał korzenie, poznawaliśmy siebie nawzajem, a nawet przedstawialiśmy sobie rodziny.

Dlaczego w ogole zgłosiliście się do „Zdrajcow”?

M: Znałem format i podobał mi się jako gra psychologiczna. Byłem też ciekawy telewizji, tego, jak ten świat wygląda od środka. Nie zakładałem jednak, że się dostanę.

D: Serio? Ja od razu wiedziałem, że się dostanę.

M: No właśnie. Chociażby tym się różnimy. (śmiech)

D: Zgłosiłem się zupełnie w ciemno. Byłem po maturze, miałem wolne, więc pomyślałe

M: pojadę do Belgii (tam odbywały się nagrania drugiego sezonu – przyp. red.), powygłupiam się przed kamerą, najem się dobrego jedzenia i będę miał wakacje przed studiami. Wcześniej obejrzałem trzy odcinki pierwszego sezonu, ale mnie znudziły. W tym samym czasie zgłosiłem się też do reklamy Lindta, bo szukali ambasadora czekoladek. Byłem dużo bardziej napalony na tego Lindta. Kiedy dostałem wiadomość o castingu, byłem przekonany, że chodzi właśnie o czekoladę, a tu TVN zaprasza mnie do „Th e Traitors”. Lindt mnie ostatecznie nie wybrał, ale jeżeli czytają ten wywiad, to nadal jestem chętny.

Jak wyglądały początki waszego związku?

M: Zaczęliśmy się spotykać w listopadzie 2024 r., a w czerwcu 2025 r. przeprowadziłem się do Dawida do Gdańska. Stwierdziliśmy, że lepiej od razu wejść na głęboką wodę i zamieszkać razem na 26 metrach kwadratowych. Wcześniej ciągłe jeżdżenie między Krakowem a Gdańskiem było trudne. Kończyłem jeszcze studia, Akademię Muzyczną w Krakowie w klasie fortepianu. Niestety nie udało mi się tego zrobić jeszcze w czerwcu, więc nawet po przeprowadzce przez cztery miesiące wracałem jeszcze co tydzień do Krakowa.

D: Dla mnie to było cholernie trudne, bo nie byłem przyzwyczajony, że ktoś stale bytuje w moim mieszkaniu, a miałem akurat końcówkę mojej pierwszej w życiu sesji egzaminacyjnej. Studiuję na kierunku lekarskim na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Mamy jeden pokój z aneksem kuchennym i łazienką, a Maciek wprowadził się z pianinem i musiał ćwiczyć do dyplomu. Dudnił mi za plecami, gdy próbowałem uczyć się anatomii i histologii.

M: Teraz wynajmujemy lokal, w którym gram koncerty, więc ćwiczę już tam.

D: Dlatego w tym roku mam stypendium, a w zeszłym nie zdałem histologii. Widzisz?

Na 26 metrach trudno chyba uniknąć kłótni.

M: Mamy zasadę, że nawet jeśli się pokłócimy, musimy pogodzić się przed pójściem spać.

D: Porządnie pokłócić się na takiej powierzchni trochę nawet nie ma jak. (śmiech)

M: Ale napięcia oczywiście bywają. Wrzeszczymy na siebie, przeklinamy, czasem się obrażamy. Dawid jest impulsywny i potrafi powiedzieć dużo rzeczy, za które później przeprasza. Ja kiedyś bardziej zastanawiałem się nad każdym słowem, ale nauczyłem się od niego mówić od razu i mocniej. Z drugiej strony nauczyłem się też nie brać wszystkiego do siebie.

Macie rownież wspolny biznes – organizujecie kameralne koncerty fortepianowe w Gdańsku.

M: W zeszłym roku organizowaliśmy koncerty w kościele św. Katarzyny w Gdańsku. Nie dogadaliśmy się jednak z szefem tego miejsca, gdy doszło do podpisywania kontynuacji umowy.

D: W dniu ostatniego koncertu w tamtym miejscu zobaczyłem ogłoszenie o lokalu do wynajęcia. To była piwniczna speluna po kebabie: wyrwane ściany, kable zwisające z sufi tu, dramat. Ale lokal był w centrum i miał idealny metraż na kameralne koncerty. Wzięliśmy go, wyremontowaliśmy w dwa tygodnie i przeszliśmy na swoje. Teraz organizujemy koncerty fortepianowe przy świecach pod tytułem „I like Chopin”. 

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Marta Fijak, projektantka gier wideo

Z MARTĄ FIJAK, projektantką gier wideo związaną z Day Off Interactive, a wcześniej m.in. z 11 bit studios i Techlandem, rozmawia Mateusz Witczak

arch. pryw.

O gamedevie (czyli produkcji gier) wiesz chyba wszystko. Byłaś już projektantką, programistką, analityczką danych, designerką systemow oraz dyrektorką kreatywną. Masz na koncie książkę „How and Why We Make Games” oraz – jako część zespołu odpowiedzialnego za narrację „Frostpunka” – nominację do nagrody BAFTA. Prestiżowy GamesIndustry.biz umieścił cię w gronie „100 osob, ktore zmieniają oblicze branży gier”. Na ile jest to oblicze przyjazne queerowi?

Mam nadzieję, że samym faktem bycia wyoutowaną lesbijką trochę w tym obszarze pomagam, w pracy staram się zresztą kompletować różnorodne zespoły. Gamedev to śmieszna dziedzina na styku inżynierii i sztuki, więc im więcej słychać w niej zróżnicowanych głosów, tym lepiej. Z doświadczenia wiem, że team złożony z osób o różnych narodowościach, pochodzeniach, orientacjach czy tożsamościach zyskuje świeżość spojrzenia, która pozwala nam tworzyć ciekawsze, lepsze gry.

Z raportu International Game Developers Association wiadomo, że branża jest mocno queerowa – jako gej lub lesbijka identyfi kuje się 6% jej pracownikow_czek, 17% „przyznaje się” do bi- lub panseksualności, 8% stanowią osoby niebinarne, a 2% – aseksualne. Z czego wynika fakt, że w gamedevie outujemy się częściej niż w całej populacji?

W pewnym sensie queerowość jest wpisana w działalność artystyczną. Na pewno coming out jest w gamedevie prosty, a w każdym razie prostszy niż w innych zawodach. Przykładowo kiedy byłam związana ze światem nauki, nie mogłam sobie pozwolić na tak otwarte życie, jakie prowadzę teraz. Uniwersytet to wciąż silnie zhierarchizowana struktura, w której panuje niekiedy jawna niechęć względem „dewiacji”.

Choć w życiu prywatnym wypełzłam z szafy relatywnie szybko, na uczelni nie byłam wyoutowana, zresztą stąd wzięła się męskoosobowa forma, którą do dziś pieszczotliwie nazywam moją żonę. Na studiach nie chciałam się przez przypadek ujawnić przed wykładowcami, więc kiedy mówiłam o Asi, to jako o „Rudym”, nie o „Rudej”.

Jak się w ogole poznałyście? Ty studiowałaś biologię, a Joanna mikrobiologię, prawda?

Tak. Oba kierunki miały wspólny angielski, w toku którego zapałałyśmy do siebie niesamowitą wzajemną niechęcią. Joanna uważała mnie za koszmarnego obiboka – zastanawiała się, jak to w ogóle możliwe, że potrafi ę zaspać na zajęcia o godzinie siedemnastej (do dziś pamiętam, jak po moim wejściu do sali przewracała oczami). Ja z kolei widziałam w niej wyniosłego potwora z mikrobiologii, a w dodatku banana, który chwalił się weekendowym wypadem na koncert do Londynu, podczas gdy ja cały tydzień żywiłam się opakowaniem jajek. Na studiach magisterskich trafi łyśmy do jednego zakładu biologii eksperymentalnej i to tam wszystko się zaczęło. Koledzy ostrzegali nas, żeby nie brać sobie za promotora pewnej pani profesor, ale obie doszłyśmy do wniosku, że ona jest po prostu wymagająca, a ludzie mówią o niej złe rzeczy, bo nie chce im się uczyć. Otóż okazało się, że absolutnie nie miałyśmy racji. Przyjaciółkami zostałyśmy trochę dlatego, że wspólnie przeżywałyśmy znoje i trudy magisterki, a później, po licznych przygodach, pomyłkach i niedopowiedzeniach, skończyłyśmy w związku.

Ponoć długo wydawało ci się, że Joanna nie jest zainteresowana tobą, lecz kolegą z politechniki.

Byłam już wtedy wyoutowaną lesbijką, ale nie miałam pojęcia, że Joanna jest osobą panseksualną. Długo nie dostrzegałam, że się jej podobam, kompletnie nie zauważałam sygnałów, jakie mi wysłała. A ponieważ faktycznie spędzaliśmy we trójkę bardzo dużo czasu, sugerowałam nawet, że może powinna się z tym naszym kolegą związać. Dzięki Bogu moja żona zrozumiała, że trzeba do mnie mówić wielkimi literami i wzięła sprawy we własne ręce. Pewnego dnia kupiła butelkę wina i zabrała mnie na Wyspę Słodową we Wrocławiu, gdzie oznajmiła, że to nie kolega ją interesuje.

Nazywasz Joannę „żoną”. Faktycznie sformalizowałyście relację?

Na tyle, na ile było to możliwe. Pomogła pandemia, w której dużo myślałyśmy o kwestiach ostatecznych – zaczęłam się np. zastanawiać, czy jeśli zachoruję, to Joanna będzie miała dostęp do mojej dokumentacji medycznej? Podpisałyśmy wtedy umowę cywilnoprawną, mamy zestaw zabezpieczeń notarialnych, w tym upoważnienia administracyjne i bankowe oraz spisane testamenty. Zdaję sobie natomiast sprawę, że uregulowanie przez nas takich spraw jest kwestią pewnego przywileju, bo nie każdą parę LGBTQ+ na to stać.

Gdyby to było możliwe, wystąpiłybyście o „status osoby najbliższej”?

Nie wiem. Czuję pewien niesmak w związku z tą ustawą. Rozumiem, że to potrzebna legislacja, i że rozwiązuje ona wiele problemów (nie tylko zresztą dla par LGBTQ+). Ale trudno mi się cieszyć, że po dwudziestu kilku latach nadal debatujemy w Polsce nad związkami partnerskimi – w dodatku w bardzo okrojonej wersji – podczas gdy w Europie standardem są śluby.

Kiedy połtora roku temu rozmawialiśmy na łamach „Polityki”, mowiłaś, że pokochałaś nie tylko tamtą „studencką” Joannę, ale także jej kolejne wersje. Co to właściwie znaczy?

Zakochałyśmy się w sobie piętnaście lat temu, trudno mi dziś wymagać, by była tą samą osobą, bo żadna z nas nie stoi w miejscu. Odnoszę zresztą wrażenie, że dużo cierpienia w związkach wynika z zakochania się w pewnej wersji partnerki i rozminięcia się z kolejnymi. Ja mam to szczęście, że kocham coraz to nowe Aśki, cały czas odkrywam swoją żonę na nowo, a nasza relacja ciągle ma w sobie świeżość. To piękny i fascynujący proces.  

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Miłosz Przepiórkowski o współpracy KPH z firmami

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

TEST KAMPANII PRZECIW HOMOFOBII

fot. KPH

Z Miłoszem Przepiórkowskim, specjalistą ds. partnerstw strategicznych w Kampanii Przeciw Homofobii, rozmawia Anna Mikulska

Anna Mikulska, KPH: Inkluzywność się opłaca?

Zawsze się opłacała, ale przez długi czas nie była w Polsce brana pod uwagę. Kiedyś firmy miały powiedzenie: „Akceptujemy wszystkich, nie obchodzi nas, kto co robi w łóżku”, ale to nie przekładało się na rzeczywistość. Osoby pracownicze LGBT+ nie czuły, że mogą otwarcie mówić o swoim związku. Teraz to się zmienia. Firmy faktycznie coraz bardziej stawiają na inkluzywność i edukują się w tym zakresie.

Kiedy zaczęła się ta zmiana?

Myślę, że to kwestia ostatnich dziesięciu, może piętnastu lat. Zaczęło się od międzynarodowych korporacji, ale część polskich przedsiębiorstw szybko postanowiła włączyć się w ten proces. Nadrabiamy to, co miało miejsce np. w USA jeszcze w latach 90.

Tyle, że nierzadko to działania na pokaz. Coraz częściej słyszymy o  tzw. pinkwashingu czy rainbow washingu. Czym te zjawiska dokładnie są?

Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie – firma jubilerska z okazji Miesiąca Dumy wypuszcza serię pride’- owych bransoletek, ale nie idzie za tym nic więcej. To działanie nastawione na czysty zysk, a  nie forma wsparcia. Inna korporacja zmienia w czerwcu logo firmy na tęczowe, ale nie wprowadza procedur przeciwdziałania bi-, trans- czy homofobii. W  niektórych krajach taka „solidarność” po prostu dobrze wygląda, ale nie przyczynia się do poprawy sytuacji osób LGBT+.

Jak wobec tego odpowiedzialnie budować inkluzywność w  swojej firmie i wspierać osoby queerowe?

Firmy, które tworzą np. kampanię reklamową wokół LGBT+, muszą pamiętać, że to bardzo delikatny temat. Jako KPH jesteśmy po to, żeby pomóc – możemy skonsultować taki plan kampanii i  dzięki temu nasz partner ma pewność, że będzie to zrobione z  wyczuciem. Prowadzimy także szereg szkoleń – zauważyłem, że wiedza na temat społeczności queer wzrosła, jednak braki wciąż są bardzo duże. Swoje szkolenia z  inkluzywnego języka zawsze zaczynam od rozwinięcia akronimu LGBTQIA i  często okazuje się, że już po L i G zaczynają się schody. KPH organizuje także szkolenia intersekcjonalne, to znaczy takie, w trakcie których mówimy nie tylko o osobach LGBT+, ale też o osobach neuroróżnorodnych czy z  niepełnosprawnościami, co również jest niezwykle ważne.

Zdarza się, że osoby biorące udział w twoich szkoleniach boją się zadawać pytania, bo wstydzą się, że czegoś nie wiedzą albo boją się, że cię urażą?

Zawsze na początku zaznaczam, że jesteśmy w  bezpiecznej przestrzeni. Można zadawać pytania, nie zastanawiając się pół godziny nad tym, jak sklecić zdanie – mówmy tak, jak mamy to ułożone w głowie. Nikt się nie obrazi, a nauczymy się, jak można zadać takie pytanie poprawnie. Naszym priorytetem jest właśnie edukacja zespołu. Jeśli firma chwali się w  mediach społecznościowych udziałem w  Paradzie Równości – super. Najważniejszy jest jednak dobrostan osób pracujących w danej firmie. I temu właśnie służą szkolenia…

…oraz najnowszy projekt KPH – certyfikacja Inkluzywność+.

Jak najbardziej. To trzymiesięczny proces, który bazuje na współpracy między KPH, działem HR oraz tzw. Rainbow Network, jeśli firma taki zespół posiada. Na podstawie tych wspólnych działań dajemy rekomendacje i  sugerujemy dalsze działania, które poprawią poziom inkluzywności w  danym miejscu. Na koniec firma otrzymuje certyfikat. Po pierwsze, to świetna reklama dla firmy. Po drugie, badania pokazują, że różnorodne zespoły są dużo bardziej kreatywne. To z  kolei poprawia wyniki firmy i  pokazuje jasno – co już stwierdziliśmy – że inkluzywność zwyczajnie się opłaca.

Działania KPH możesz wspierać tutaj: kph.org.pl/przekaz-darowizne/. Chcesz z  nami współpracować? Napisz: biznes@kph.org.pl