O swojej miłości opowiadają dramaturg Piotr Gruszczyński i dziennikarz Dawid Dudko

Z PIOTREM GRUSZCZYŃSKIM, dramaturgiem warszawskiego Nowego Teatru, oraz z DAWIDEM DUDKĄ, dziennikarzem kulturalnym Onetu, rozmawia Mariusz Kurc

fot. Marek Zimakiewicz

Piotr Gruszczyński – dramaturg, od 2008 r. związany z Nowym Teatrem, obecnie wicedyrektor ds. programowych. Pracował z Krzysztofem Warlikowskim przy adaptacji tekstów m.in. „(A)pollonii”, „Francuzów”, „Odysei”, „Elizabeth Costello”. Opublikował m.in. zbiór rozmów z Warlikowskim „Szekspir i uzurpator” (2007) i nominowany do Nagrody Literackiej Nike zbiór esejów i wywiadów „Ojcobójcy. Młodsi zdolniejsi w teatrze polskim” (2003). Wykładowca warszawskiej Akademii Teatralnej.

Dawid Dudko – dziennikarz Onetu, gdzie zajmuje się tematyką kulturalną i lifestyle’ową. Specjalizuje się w wywiadach. Publikował na łamach „Didaskaliów”, „Newsweeka” oraz portali teatralnych.

Zacznę trochę sztampowo: jak się poznaliście?

Dawid: Odpowiedź też będzie sztampowa – przez Grindra.

Piotr: Miał być niezobowiązujący seks, nic więcej.

Ale wyszło coś zdecydowanie więcej.

D: Piotrek był w wieloletnim związku, a ja chwilę po rozstaniu z moim wieloletnim partnerem. Wierz mi, Mariusz, w tamtym momencie ostatnie, o czym myślałem, to kolejna poważna relacja.

Chciałeś się bawić.

D: Myślę, że tego wtedy potrzebowałem, te trzy lata temu. Dokładnie to był 18 maja, kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się z Piotrkiem.

P: Moim zdaniem to był 20 maja.

Kto kogo poderwał?

D: Ja jego. Chyba pierwszy raz zabiegałem o faceta.

Wiedziałeś, że ten facet z Grindra to Piotr Gruszczyński?

D: Wiedziałem, kim jest, ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie umawiasz się z kimś na jednorazowy seks, bo na studiach czytałeś jego książki, tylko dlatego, że kręci cię jego fizyczność. Poza tym Piotrek był niedostępny, co tylko bardziej mnie do niego przyciągało.

A to, że jest sporo starszy?

D: Między nami jest dokładnie 28 lat różnicy. Wiek też składa się na fizyczność, ale nie powiedziałbym, że cyferki odegrały tutaj jakąś kluczową rolę.

Dawid, teraz masz 32 lata. Wyglądasz na 10 mniej, choć jak się zacznie z tobą rozmawiać a rozmawialiśmy już kilka razy przed tym wywiadem to brzmisz dojrzale.

D: Ja chyba po prostu mam starą duszę, co zresztą słyszałem od bliskich. Te trzy lata temu byłem w trakcie życiowej rewolucji: przeprowadzka z Krakowa, gdzie pracowałem i studiowałem, ale też zakończyłem wspomniany już związek z Krzyśkiem, z którym dziś się przyjaźnimy, ja, on, jego obecny partner i mój Piotrek. Nie tylko się spotykamy, ale też wyjeżdżamy razem. Jak w patchworkowej rodzinie. A jeszcze odnośnie do mojej determinacji w poderwaniu Piotrka, pierwszą wiadomość wysłałem do niego w styczniu.

W styczniu? A spotkanie było w maju?

D: Widzisz? Prawie pięć miesięcy to trwało. Musiało mi zależeć.

Wspomniałeś o czytaniu książek Piotra.

D: Owszem, na zajęciach z teatru współczesnego.

P: Dawida uczyli moi koledzy ze studiów. Trochę mnie to bawi, a trochę wzrusza.

D: Ale nasz związek nie jest skutkiem fascynacji typu uczeń-mistrz, zwłaszcza że nigdy nie chciałem wiązać się z kimś z artystycznej bańki. Mój poprzedni facet jest z innego świata, twardo stąpa po ziemi, mimo że bardzo lubi teatr czy kino. No, a poza tym, umówmy się, na Grindrze szukasz głównie kogoś w jednym celu, raczej nie do rozmowy o Kancie.

Piotrze?

P: Mój poprzedni związek trwał 13 lat i był bardzo udany. Zaczęło się w podobny sposób, od spotkania na seks, więc może ja już tak mam.

D: Odpisałeś mi dopiero za trzecim razem. Zwykle nawet drugiego podejścia nie robię, odpuszczam, gdy druga strona nie wykazuje zainteresowania. Tobie w końcu napisałem: „Piotrze, czy powinienem traktować brak odpowiedzi jako odpowiedź?”. Podziałało, wreszcie odpisał.

Bo pokazałeś, że wiesz, kim jest.

P: Nie pamiętam, czy była między nami wcześniej jakaś rozmowa i czy się sobie przedstawiliśmy, nie zwróciłem na tego „Piotra” uwagi. Ja po prostu mam mało czasu, dużo pracuję, a poza tym Dawid był wówczas przyjezdny, dopiero na etapie szukania mieszkania w Warszawie. Trudno więc było się nam umówić. A poza wszystkim, to w dniu pierwszej randki zachorowałem, więc znowu się nie odbyło.

D: Uznałem, że to już kompletna ściema, praktycznie odpuściłem. W ostatniej chwili odwołał spotkanie słowami „Sorry, ale mam covid”. Co byś pomyślał? (śmiech)

Piotrze, miałeś covid?

P: Tak!

D: Po covidzie sam napisał. Przyszedł do mojego mieszkania na Mokotowie i od razu zwrócił uwagę na wiszący tam plakat „Rodzeństwa”, wybitnego spektaklu Krystiana Lupy, skądinąd granego w Starym Teatrze do dziś, od niemal 30 lat.

P: Zupełnie się takiego „środowiskowego” spotkania nie spodziewałem. Świadomie mam na Grindrze profi l z wyraźną twarzą, by uniknąć niezręczności wynikających z otrzymywania intymnych propozycji od osób, które znam zawodowo.

D: „Nie bierz dupy z jednej grupy”. Obaj kierowaliśmy się tą zasadą.

Piotrku, a ty co myślałeś? Zgłasza się do ciebie taki koleś młody, ładny.

P: No właśnie. To nie wystarczy?

To dlaczego tak zwlekałeś?

P: Pewnie sam dobrze wiesz, jak wiele takich ustawek kończy się niczym. Ale chciałbym wrócić do tej, wywołanej przez ciebie, Mariusz, różnicy wieku. To jest dla mnie poważny temat, sporo o tym z Dawidem rozmawialiśmy. Z jednej strony oczywiście podoba mi się, że mam takiego fajnego chłopaka, którego bardzo kocham. Z drugiej nieraz przypominam sobie, jak sam postrzegałem facetów koło sześćdziesiątki, gdy miałem 30 lat. No, nie najlepiej. Przemek, mój poprzedni partner, też jest ode mnie młodszy, o 12 lat. Dziś mogę powiedzieć, że tylko 12.

Boisz się tej obecnej różnicy wieku?

P: Różnica wieku między Dawidem a mną jest taka jak między mną a moim ojcem. Gdy widzę mojego tatę, który ma dziś 88 lat, zastanawiam się, jak będzie wyglądała nasza relacja z Dawidem za 20, 30 lat. Ale postanowiłem o tym nie myśleć. Przecież w końcu nic nie wiemy o przyszłości, nie wymyślimy jej na zapas. Będziemy się martwić albo cieszyć, nie wiem.

D: Dajmy już spokój z tym wyolbrzymianiem różnicy wieku w związkach. Wiadomo, że wolałbym, żeby Piotrek był młodszy i że boję się jego przemijania, ale swojego też się boję. I starości, jak każdy. Ale przez te wszystkie kulturowe uprzedzenia najbardziej bałem się reakcji moich rodziców na to, że partner ich syna jest starszy od nich samych.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Grzegorz Klimek i Michał Tęblowski – para barberów w pracy i w życiu

W marcu minął rok, od kiedy na mapie Warszawy pojawił się BARBER COUPLE, być może jedyny w Polsce salon barberski prowadzony przez wyoutowaną parę gejów – GRZEGORZA KLIMKA i MICHAŁA TĘBŁOWSKIEGO. Dlaczego były zakonnik i magister prawa zdecydowali się na taki biznes? Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

fot. Marek Zimakiewicz

Co było pierwsze – biznes czy miłość?

Grzegorz: Zdecydowanie miłość. W styczniu 2025 r. mieliś my szóstą rocznicę związku. Poznaliśmy się na Grindrze. Na początku, wiadomo, myśleliśmy, że to będzie jednorazowe spotkanie, ale szybko okazało się, że zaczyna łączyć nas coś więcej.

Kto pierwszy napisał?

Michał: W dniu, w którym się spotkaliśmy, byłem umówiony na randkę, która ostatecznie się nie odbyła. Zdecydowałem wtedy, że umówię się z pierwszą osobą, która do mnie napisze. No i akurat był to Grzesiek. (śmiech)

G: Wymieniliśmy ze sobą zaledwie trzy zdania i stwierdziliśmy, że chcemy spotkać się na żywo. Przygotowałem dla niego kolację, wyszedłem po niego na przystanek. Majkel mówi, że tym go urzekłem. Randka przeciągnęła się do następnego dnia. (śmiech) A potem zaczęliśmy się spotykać niemal codziennie, bo obaj chyba czuliśmy, że chcemy się lepiej poznać.

M: Po trzech miesiącach zdecydowaliśmy się razem zamieszkać.

Wiem, że poznaliście się w Warszawie. Pochodzicie ze stolicy?

M: Nie. Ja jestem z Nowogardu – to miasto niedaleko Szczecina. Do Warszawy przyjechałem na studia w 2017 r.

G: A ja jestem z Grudziądza. W Warszawie od 2016 r. Przeprowadziłem się dla mojej ówczesnej miłości, ale po półtora roku ten związek się zakończył.

Jak wspominacie dojrzewanie w rodzinnych miejscowościach?

M: Nowogard ma około 17 tys. mieszkańców. Mając około 13 lat, zdałem sobie sprawę, że jestem gejem i czułem, że nie pasuję do tego miejsca. Najgorsze były przerwy lekcyjne, na których słyszałem tylko wyzwiska, popychano mnie, czasem dochodziło do jakichś bójek po szkole. Do tego byłem też „kujonem”, więc to była mieszanka wybuchowa. W czasach gimnazjum patrzyłem tylko na Instagramie na ludzi, którzy dodawali do swoich zdjęć #gej albo #lgbt i strasznie im zazdrościłem, a jednocześnie dawało mi to nadzieję, że gdzieś tam w Polsce są osoby takie jak ja. Żyjąc w tym małym mieście, myślałem tylko o tym, jak z niego uciec. Jedyny pomysł, jaki miałem, to nauka. Wiedziałem, że jeśli powiem rodzicom, że idę do dobrej szkoły, to na pewno mnie puszczą. I udało się! Już na czas liceum przeprowadziłem się do Szczecina i tam chodziłem do szkoły. Pod koniec liceum zaczęły się pierwsze randki, a gejowskie życie w pełnym tego słowa znaczeniu – dopiero na studiach prawniczych w Warszawie.

Grześku, a u ciebie w Grudziądzu jak to wyglądało?

G: Grudziądz to też małe miasto, chociaż jednak sporo większe od Nowogardu. Młodzi ludzie, którzy chcą rozwoju, raczej z niego uciekają. Pochodzę z konserwatywnej rodziny i od dzieciństwa duży wpływ miał na mnie Kościół. Odnalezienie siebie nie przyszło mi więc z łatwością, ale już pod koniec gimnazjum miałem pierwszą relację z chłopakiem. Nie był to związek, jednak relacja na tyle istotna, że do tej pory mamy ze sobą kontakt i czasem się spotykamy.

A Kościół?

G: Nasza rodzina była mocno związana z Kościołem – mama pracowała na plebanii, a ja byłem ministrantem, lektorem, a potem ceremoniarzem, więc środowisko kościelne miało na mnie duży wpływ. Na tyle duże, że tuż po maturze poszedłem do zakonu

Wow.

G: W tamtym czasie Kościół był całym moim życiem. Wiedziałem, że z jednej strony „robię coś złego” w kontekście moich „homoseksualnych żądz”, ale z drugiej strony pchano mnie w stronę kapłaństwa.

Miałeś znajomych księży, którzy wiedzieli o twojej orientacji?

G: Jasne. Kościół doskonale zdaje sobie sprawę, że w jego strukturach jest sporo gejów i że wielu duchownych prowadzi dość aktywne życie seksualne, ale nikt o tym nie mówi głośno. W środowisku kościelnym poznałem wielu gejów, ale też wielu księży, którzy mieli kochanki, dzieci, czy też właśnie kochanków. W trzeciej klasie technikum byłem na kursie ceremoniarza w seminarium w Toruniu i tam poznałem mojego pierwszego chłopaka.

On też był na kursie?

G: Był już klerykiem. Z Grudziądza do Torunia nie jest znowu aż tak daleko, więc spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu po szkole lub przed szkołą. Nie mogliśmy spotykać się w domach, dlatego nasze randki odbywały się na mieście, np. w parku. Po czterech miesiącach takich spotkań on rzucił to seminarium, zaczęliśmy być razem, ale pół roku później, tuż przed moją maturą, rozstaliśmy się.

Mimo tego i tak zdecydowałeś się pójść do zakonu.

G: Chciałem podążać własną drogą, ale w małym mieście to było niemal niemożliwe. Kościół mnie otaczał i czułem strach przed wyłamaniem się z tego schematu. Ta walka trwała nawet w zakonie. Wybrałem Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, a dokładnie Klasztor Zakonu w Stalowej Woli. W samym zakonie nic się nie wydarzyło – nie miałem tam żadnych gejowskich doświadczeń. Jedyny „epizod” zdarzył się, kiedy przyjechałem na święta do domu – wtedy miałem mały „hookup”, który utwierdził mnie w przekonaniu, że nie chcę wracać do klasztoru. Spędziłem tam więc niecałe pół roku.

Kiedy rodzice dowiedzieli o waszej orientacji?

M: U mnie to było trochę jak w gejowskim fi lmie – w trakcie pierwszego roku studiów wróciłem do domu na święta i powiedziałem: „Hej, jestem gejem!”. (śmiech) Porozmawiałem z mamą i jej reakcja była: „Domyślałam się”. Potem było trochę ciszy i pytanie: „Ale próbowałeś z dziewczyną? Jesteś tego pewien?”. Wydaje mi się, że moja mama nigdy wcześniej nie miała w swoim otoczeniu osoby homoseksualnej, więc kompletnie nie wiedziała, jak ma się zachować. Przeczuwała, ale dopóki nikt o tym nie mówił głośno, można było udawać, że wszystko jest w normie.

G: Moi rodzice dowiedzieli się, gdy miałem 17 lat w najgorszy możliwy sposób. Mama „przyłapała” mnie na oglądaniu porno – i to był, delikatnie mówiąc, koszmar. Bardzo trudna rozmowa, a raczej monolog w stylu: „Może ci się zmieni”, „Oszalałeś?” itp.  

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Michał Kassin & Jakub Pursa – Bo do tańca trzeba dwóch

Są wielokrotnymi mistrzami świata, Europy i Polski w różnych stylach tańca. W maju Jakub był też finalistą konkursu Mister Polski, a Michał, tańczący z Roksaną Węgiel, zajął II miejsce w XXVII edycji „Tańca z gwiazdami”. Kilka dni później na Instagramie napisali, że są parą. Z JAKUBEM PURSĄ i MICHAŁEM KASSINEM rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Anken Berge

W maju, kilka dni po zakończeniu XXVII edycji Tańca z gwiazdami, napisaliście na Instagramie, że jesteście parą. Poznaliście się właśnie na planie właśnie tego programu?

Jakub Pursa: To była pierwsza próba do „TzG”, która odbyła się na miesiąc przed emisją programu (marzec – przyp. red.) w studio, w którym na co dzień pracuję. Kilka lat temu pracowałem z Roksaną Węgiel przed jej występem na Eurowizji Junior, a potem przy jednym z jej teledysków, więc gdy zobaczyłem ją na korytarzu, od razu zapytałem, z kim tańczy. I wtedy pojawił się on. Stanął w drzwiach, cały na biało. (śmiech)

Michał Kassin: Wyszedłem zza rogu i powiedziałem, że ze mną. To był wczesny ranek, byłem totalnie niewyspany, wstałem lewą nogą, a do tego byłem dość zestresowany. Kojarzyłem Kubę z Instagrama, chociażby z tego, że wrzucał tam treści LGBT+, ale… chyba nawet się nie przedstawiłem.

JP: Tak, nie przedstawiłeś się. Tego samego dnia miałem jeszcze dodatkową pracę w jednym z hoteli, gdzie spotkałem mojego szefa, który jest głównym choreografem „TzG”, i jego zapytałem, jak się nazywa ten gość, z którym Roksana tańczy. A on na to, że mi nie powie! (śmiech) Chyba już wiedział, co się święci. (śmiech) W końcu jednak powiedział i znalazłem Michała na Instagramie. Na początku klasyczne zaczepki – lajkowanie zdjęć, komentowanie. Zazwyczaj to ja czekałem, aż ktoś napisze pierwszy, teraz stwierdziłem, że ch…, zaryzykuję! Napisałem.

Od razu zaiskrzyło?

JP: W sumie poznałem Michała chwilę po tym, jak obiecałem sobie, że teraz stawiam na siebie i nie wchodzę w nowe relacje, więc co prawda to ja napisałem do niego, ale na początku byłem dość ostrożny. Co więcej, zawsze chciałem, żeby mój chłopak był starszy, wyższy, nie był blondynem i nie był tancerzem. No i spójrz na Michała. Tylko to, że nie jest blondynem, się zgadza! (śmiech) Oczywiście, nie skreśliłem tej relacji, ale dopiero po miesiącu uwierzyłem, że może się udać.

MK: Jestem z Trójmiasta, do Warszawy przyjechałem tylko ze względu na program. Dość długo byłem singlem i jadąc do Warszawy, założyłem, że nie będę tam się zakochiwał, tylko że zrobię program i wrócę. Słyszałem dużo negatywnych opinii o chłopakach z Warszawy. U nas w Gdańsku sporo się o tym mówi.

Też mieszkam w Gdańsku, potwierdzam! (śmiech)

MK: Właśnie! Dużo mówi się, że w Warszawie to chłopaki szukają bardziej przelotnych romansów niż długotrwałych relacji. No i co? Ledwo przyjechałem, poznałem Jakuba. Trochę zwątpiłem w moje założenia, ale na początku też trzymałem dystans.

Czemu powiedzieliście o związku dopiero po programie?

JP: Rozważaliśmy, czy zrobić to wcześniej, jednak nie chcieliśmy, żeby to miało jakikolwiek wpływ na wyniki głosowania widzów. Trzeba jednak przyznać, że ze dwa razy pojawiła się myśl, że może nasz coming out pomógłby wygrać Michałowi i Roksanie. Mimo wszystko nie zdecydowaliśmy się.

MK: Oprócz najbliższej rodziny niewiele osób wiedziało dotychczas o mojej orientacji. Teraz jednak jestem w związku. Nie chciałem przedstawiać Kuby jako „kolegi”. Chciałem wreszcie żyć otwarcie.

Jak się jednak domyślam, byłeś pewnie też we wcześniejszych relacjach, więc czemu akurat przy Jakubie chciałeś to zmienić?

MK: Ładny jest, to chociaż wstydu nie ma. (śmiech) Nie no, żartuję. Dopiero teraz poczułem się gotowy, a inna sprawa – po „TzG” na moim IG znacznie przybyło obserwujących. Zaczęli się odzywać starzy znajomi, pojawili się nowi. Chyba chciałem też zrobić od razu selekcję. Cieszę się, że jestem dla was ciekawą osobą do obserwowania, ale poznajcie mnie od razu w całości.

Kto pierwszy zaprosił na randkę?

JP: Ja, ale na zasadzie, że…

MK: …że powiedział mi potem, że ją wymusiłem! (śmiech)

JP: Bo tak było! Zacząłeś coś tam jęczeć, że nie znasz Warszawy, że z chęcią byś poznał. No więc co mogłem zrobić? To zresztą okazało się prawdą, bo na krótkim spacerze Michał co chwilę pytał, czy z danego miejsca będzie widać Pałac Kultury.

MK: To było jedyny punkt Warszawy, który pozwalał mi się jakoś w niej odnaleźć. Po tym spotkaniu nasze drogi często się już krzyżowały, bo nawet jak nie byliśmy umówieni, to widywaliśmy się gdzieś na próbach czy mijaliśmy na korytarzu.

Produkcja i uczestnicy TzG wiedzieli o waszym związku?

JP: Dopóki na plan programu nie byli wpuszczani reporterzy, to raczej nie ukrywaliśmy naszej relacji. Z każdym tygodniem coraz śmielej się zachowywaliśmy. Pod koniec chodziliśmy już po studio za rękę. Po finale wszyscy nam gratulowali, mówili, że kibicują. Pełne wsparcie!

Plotkarskie portale często pisały, że ty, Michale, zbliżyłeś się z Roxi, szukano w tym jakiejś relacji romantycznej. Roxi nie była zazdrosna o Jakuba?

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Ewa Żyła, piłkarka sędzia piłkarska, i Kasia Kuca, inżynierka budowlana: Windą do nieba

EWA ŻYŁA – piłkarka i sędzia piłkarska, reprezentantka Polski (2004– –2011), sześciokrotna zdobywczyni mistrzostwa Polski i trzykrotna zdobywczyni Pucharu Polski. KASIA KUCA – inżynierka budownictwa i project managerka, działaczka społeczna, prezeska wrocławskiej fundacji Równik Praw. Razem od niedawna prowadzą markę Marry more. Rozmowa Małgorzaty Tarnowskiej

fot. Marek Zimakiewicz

26 lutego br. na stronie akcji „100 dni na związki” przedstawiającej historię nowej queerowej pary każdego dnia dzielącego nas od upływu stu dni kadencji obecnego rzadu, w ciągu ktorych Donald Tusk zobowiązał się zrealizować obietnicę wyborczą i uchwalić ustawę o związkach partnerskich, odsłonił się wpis z waszą historią. Został podchwycony przez media jako coming out, głownie Ewy. Jak się czujecie z tym określeniem – coming out?

Kasia Kuca: Jako osoba działająca aktywistycznie mam świadomość, że coming outy, czyli ofi cjalne „przyznanie się” do swojej orientacji psychoseksualnej czy też tożsamości płciowej, są ważne ze względu na to, że w społeczeństwie brakuje edukacji, ale robienie coming outu kompletnie nie było naszym zamiarem. Chciałyśmy okazać wsparcie dla naszej społeczności. Nie myślałyśmy, że nasza historia odbije się tak głośnym echem.

Ewa Żyła: Nie sądziłyśmy, że zostanie to ubrane w takie kategorie, ale też nie skupiałyśmy się na sobie. Pojęcie „coming outu” musiałoby być ściśle związane z nami – a nam chodziło o środowisko, o nasze wartości i ideę, o to, co rząd nam przyobiecał. „Coming out” to efekt uboczny naszego wsparcia. Ujawniamy się, ale tak naprawdę z czym? Z tym, że niesiemy ideę równości w społeczeństwie? Jeżeli tak ma być, to okej – niech to będzie ujawnianie się. Ale znalazłabym na to chyba inne słowo. Nie czujemy potrzeby bycia na świeczniku. Po prostu żyjemy i funkcjonujemy w społeczeństwie – tylko szkoda, że na innych prawach niż pary heteronormatywne.

Jesteśmy razem blisko rok i czuję, że Ewa jest moją Miłością Życia” – czytamy we wpisie. Zgaduję, że pomysł udziału w akcji był Kasi?

K: Tak! To był mój pomysł. Rozmawiałam z Ewą: „Ewa, słuchaj, jest taka akcja wspierająca ustawę o związkach partnerskich… Wesprzemy? Bo ja nie wiem, czy to w ogóle przejdzie, bo my jesteśmy szarymi ludkami. Oni tam pewnie mają tysiące ludzi i nas nie zauważą”. (śmiech) A tu się okazało, że kilka dni później Jakub i Dawid, organizatorzy całej akcji, wrzucili posta z nami. Wcześniej raczej nie udostępniałyśmy w sieci wspólnych materiałów.

E: Jesteśmy z Kasią razem już prawie rok. Jestem przeszczęśliwa, mając taką osobę w swoim życiu. Istotnie, pomysł wyszedł od Kasi. Kasia działa aktywistycznie, więc udostępnia więcej treści tego typu – edukacyjnych i wspierających. Ja działam sportowo – wcześniej piłkarsko, teraz sędziowsko – i rzadko się w mediach społecznościowych informacjami dotyczącymi mojego życia rodzinnego. Ale jak już poszło, to czemu nie.

Cała rozmowa do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Shandy & Eva – duet na scenie i w życiu

Z SHANDY & EVĄ, parą na scenie muzycznej i w życiu, o homofobii, rasizmie i reakcjach fanów „Ojca Mateusza”, w której główną rolę gra ojciec Ewy Artur Żmijewski, rozmawia Małgorzata Tarnowska

fot. Zuzanna Szamocka

Duet Shandy & Eva tworzą wokalistka i gitarzystka Ewa Żmijewska (najstarsza córka aktora Artura Żmijewskiego) oraz wokalistka i perkusistka Shandrelica Casper, pochodząca z wyspy Curaçao na Karaibach. Na koncie mają album „Give It a Try” i single, m.in. piosenkę „Tacy sami”, w której sprzeciwiają się nienawiści i dyskryminacji we współczesnym świecie. Ich muzyka oscyluje wokół akustycznego popu, country i jazzu.

Pochodzicie z dwóch rożnych części świata: z Polski i z Karaibów, a do Polski wróciłyście na początku pandemii już jako para. Jak się poznałyście?

Ewa Żmijewska: Rozpoczęłyśmy studia muzyczne w tym samym miejscu i czasie – w koledżu muzycznym w Los Angeles w 2014 r. Miałyśmy bardzo małą grupę wokalną na tym samym roku – same dziewczyny – więc szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Po paru miesiącach zaczęłyśmy tworzyć muzykę i stwierdziłyśmy, że to jest to – że fajnie jest razem śpiewać i że nasze dwa głosy, mimo że są bardzo różne, to brzmią jak jeden głos. Najpierw pojawiła się przyjaźń, potem współpraca zawodowa, a już od 7 lat trwa uczucie.

Shandrelica Casper: Przeprowadziłam się na studia muzyczne do Los Angeles z Curaçao, chociaż początkowo zamierzałam aplikować do Bostonu. Cieszę się, że tak wyszło, bo dzięki temu poznałam Ewę. Zresztą jako osoba pochodząca z gorącego klimatu pewnie i tak nie przetrwałabym zimy w Bostonie. (śmiech)

Jak jako kobiety nieheteronormatywne odebrałyście Los Angeles?

EŻ: To jedno z największych skupisk osób LGBT+ na świecie. Ale też nie jest do końca takie, jak je sobie wyobrażamy. Po obejrzeniu „Th e L Word” spodziewamy się tam zastać te same kawiarnie, tylko przyjaznych ludzi i idyllę. A tak nie jest. Zaskoczyła mnie choćby nietolerancja na tle rasowym. Miałam utopijną wizję Los Angeles jako miejsca, gdzie każdy, bez względu na kolor skóry, może być sobą. Nie jest tak zawsze i nie wszędzie. Oczywiście nie sposób porównywać Los Angeles i polskich miast, ale mimo wszystko – nie jest tam idealnie. My miałyśmy szczęście żyć w bańce. Kiedy zaczęłam się spotykać z Shandy, wszyscy w szkole wiedzieli. Jestem osobą biseksualną, która długo była w związku z chłopakiem. Z dziewczynami zaczęłam się spotykać przed wyjazdem do Los Angeles. SC: Wszyscy wiedzieli, że do siebie pasujemy pod każdym względem, jeszcze zanim same sobie to uświadomiłyśmy. Ludzie powtarzali: „Powinnyście być parą!”, a ja odpowiadałam: „Co? Ja bym z nią nie wytrzymała!”. (śmiech) Powiedzmy, że identyfi kuję się jako osoba queerowa skłaniająca się ku kobietom, chociaż nie wierzę w etykietowanie seksualności, która, jak wiemy, jest płynna.

Wspomniałyście o zetknięciu z amerykańskim rasizmem.

This content is restricted to subscribers

Utwór Window Of Hope (ostatnia, najnowsza produkcja): 

 

Utwór Tacy Sami:

 

IG: @shandy_and_eva

FB: @shandyandevamusic

Cudowne Lata – muzyczny duet lesbijek

Rozmowa z Anią Włodarczyk i Aminą Dargham, muzycznym duetem lesbijek, znanym jako Cudowne Lata

„Podoba nam się wydobywanie z naszej muzyki tego głosu i doświadczenia czasem nieuchwytnego kulturowo i niepodanego wprost – to nasz świat, Ani i Aminy, kochających się dziewczyn w Polsce 2020”

„Pozmieniałyśmy formy męskie na żeńskie z baśni i w naszej piosence jest „ukochana“ zamiast „ukochanego“

„Zasłuchujemy się w Roxette, Whitney Houston, Heart, Alice in Chains, Tinie Turner, a także w Urszuli, Annie Jurksztowicz, Monice Borys. Ostatnio na nowo odkrywamy album „Erotica“ Madonny, uwielbiamy też serial „Pose“.

Cały wywiad, którego autorką jest Marta Konarzewska, do przeczytania w „Replice” nr 84.

Fot. Aleksander Makowski

 

Bohaterowie kalendarza 2020 (styczeń-czerwiec)

  1. Styczeń: Michał Piróg

Tancerz, choreograf, aktor, juror talent shows, celebryta, osobowość telewizyjna, niestrudzony społecznik – działacz na rzecz praw zwierząt, ochrony środowiska oraz praw LGBTI.

Na e-mail z propozycją nagiej fotki w naszym kalendarzu Michał zareagował krótko: Wchodzę w to, tylko pytanie kiedy? Jest bardzo, bardzo zajęty, więc umówienie się stanowiło nie lada problem. Udało się gdzieś między próbami w teatrze a wylotem do Stambułu. Michał zjawił się na sesji uśmiechnięty, bezproblemowy i profesjonalny. Gdy zdjął ubranie i założył tutu (pomysł fotografa Pawła Spychalskiego), nie musiał właściwie pozować – taniec baletowy przyszedł Michałowi naturalnie, Paweł „tylko” cykał fotki. Trzeba było jedynie pamiętać, by tutu strategicznie wywinęło się do góry!

  1. Luty: Radek Pestka & Romek Gelo

Para modeli. Radek zyskał ogólnopolski rozgłos, gdy w 2015 r., w wieku 19 lat, został pierwszym mężczyzną, który wygrał w programie TVN „Top Model”. Romka Gelo poznał na wspólnej sesji foto 14 stycznia 2017 r. Miesiąc później byli już razem.

Od początku było dla nas jasne, że zakochanej parze zaoferujemy w naszym kalendarzu miesiąc luty, czas Walentynek. Chłopaki wahali się chwilę – są profesjonalnymi modelami, ale nigdy nie mieli nagiej sesji, a sam Radek bardzo nieprzyjemnie wspomina lincz, jaki go spotkał po tym, gdy do sieci wyciekła jego naga fotka. Gdy się zgodzili, zorganizowaliśmy sesję – tym razem Radek pozował na własnych warunkach, pokazując, że hejterom zastraszyć się nie da. Na naszym zdjęciu wygląda na typ romantyka, choć w życiu jest bardzo praktyczny. Romek natomiast prezentuje minę typu „zimny drań”, która wychodzi mi naturalnie, mimo że przecież jestem sympatycznym kolesiem.

  1. Marzec: Arek Kluk

Aktywista LGBTI, współzałożyciel i prezes (2015-2019) poznańskiej Grupy Stonewall, jednej z najprężniej działających organizacji LGBTI w Polsce. Organizator pięciu ostatnich poznańskich Marszów Równości, a także imprez Poznań Pride Week, główny odpowiedzialny za uczynienie z Poznania „tęczowej stolicy Polski”. Obecnie znajdziecie go w Lokum Stonewall, gdzie spełnia swe marzenia, prowadząc gejowski bar w samym centrum polskiego miasta (Poznania oczywiście).

Zaproszony do udziału w naszym kalendarzu, zgodził się bez wahania: Z nagością nie mam problemu, przeszedłem „trening” na plażach naturystycznych. Do fotki sam zaproponował megafon jako rekwizyt, by podkreślić, że nie możemy siedzieć cicho, musimy głośno wyrażać nasze postulaty i walczyć o swoje. Sesji foto z przyjemnością przyglądał się chłopak Arka – Jacek Jelonek, świeżo upieczony lekarz i również aktywista LGBTI.

  1. Kwiecień: Kaleem Uddin

Mieszka w Polsce od 3 lat, pochodzi z Indii. Jest gejem i muzułmaninem. Historia jego życia mogłaby stać się kanwą filmu, opowiedział ją w naszym wywiadzie („Replika”, nr 79, maj/czerwiec 2019). Z Indii wyemigrował za pracą do Arabii Saudyjskiej. W końcu wylądował w Polsce, zakochał się w Polaku. W jego hinduskiej społeczności nie ma opcji bycia jawnym gejem: Dopiero w Polsce po raz pierwszy zobaczyłem pary gejowskie mieszkające razem. W Indiach miałem wyłącznie anonimowy seks z mężczyznami – w jak największym ukryciu, bez uczuć. W Warszawie zacząłem się umawiać na normalne randki – to jest super!

Kaleem znalazł pracę warszawskiej saunie gejowskiej Heaven. Życiowym optymizmem mógłby zarazić co najmniej kilku ponuraków. Bardzo lubi pozować do zdjęć, ale nago nie pozował nigdy wcześniej, więc udział w naszym kalendarzu był dla niego wyzwaniem. Po jakichś 10 minutach sesji stres zszedł i zaczęło być całkiem przyjemnie!

  1. Maj: Adrian Sapała

Mieszka w Warszawie, pracuje jako bankowiec. Siłownia i aparat fotograficzny to dla mnie poniekąd sposób na walkę z kompleksami, ale również odskocznia od codzienności i po prostu przyjemność – nie będę krył. Do Pawła Spychalskiego (który robił zdjęcie – przyp. „Replika”) mam całkowite zaufanie, zapozuję chyba do każdej jego koncepcji – mówi. Na pomysł ze slingiem na łące wpadł właśnie Paweł. To rekwizyt fetyszowy, który zwykle kojarzy się z czymś mrocznym i „zboczonym”. Tymczasem nie ma w nim przecież nic złego, chcieliśmy go „odczarować” – uśmiecha się Adrian, dodając, że środowisko fetyszowe jest mu bliskie oraz że maj jest miesiącem wyborów Mister Leather oraz Mister Rubber.

  1. Czerwiec: Maciej „Gąsiu” Gośniowski

Maciej „Gąsiu” Gośniowski (29) – dragowy i queerowy performer, aktor, aktywista, a także felietonista magazynu „Joy”. Wiedząc, że Gąsiu jest nieustraszony i lubi śmiałe projekty, podsunęliśmy mu koncepcję, która jest koszmarem homofoba: pozowanie nago z piórami w tyłku. Serdecznie dosyć mamy tej obiegowej opinii, którą powtarza jak papugi wielu homofobów, w tym również autohomofobów w naszej społeczności, mianowicie: Nie chodzę na Parady, bo nie lubię półgołych przebierańców z piórami w dupie. Jakoś nigdy na żadnej Paradzie piór w tyłku nie widzieliśmy… Skoro jednak oni te pióra w swej wyobraźni widzą, to może by im je w końcu pokazać? Gąsiu miał zostać naszym modelem na czerwiec, Pride Month. Wysłuchał spokojnie i swym charakterystycznym niskim głosem powiedział tylko: Świetny pomysł, trzeba tylko pomyśleć, jak te pióra włożyć. Pomyśleliśmy, popróbowaliśmy, włożyliśmy – Gąsiu był anielsko cierpliwy podczas sesji. Dodajmy jeszcze, że na fotce nie jest „półgoły”, tylko właściwie całkiem goły – ma na sobie jedynie makijaż oraz szpilki i tęczowe skarpetki. Patrzy prosto w obiektyw i jest wściekle atrakcyjny – koszmar homofoba w pełnej krasie.