Grzegorz Garboliński – Radny Miasta Kraków: GEJ, ALE JEDNAK NASZ

ZADANIE PUBLICZNE FINANSOWANE ZE ŚRODKÓW MIASTA KRAKOWA 

Z 25-letnim GRZEGORZEM GARBOLIŃSKIM, najmłodszym, a jednocześnie pierwszym jawnym gejem w Radzie Miasta Krakowa, członkiem zarządu krakowskiej Nowej Lewicy, rozmawia Tomasz Piotrowski

Co skłoniło cię do zaangażowania się w politykę?

Powstanie partii „Wiosna” Roberta Biedronia w 2019 r. Wtedy wiedziałem głównie tyle, że jestem młodym gejem i chciałbym, żeby innym młodym gejom żyło się w Polsce lepiej. To był mój punkt wyjścia. Z czasem dochodziły kolejne postulaty – społeczne, samorządowe, gospodarcze – ale wszystko zaczęło się od doświadczenia bycia częścią mniejszości. To ono nauczyło mnie empatii i wrażliwości na wykluczenie.

Zawsze miałem też potrzebę wpływania na rzeczywistość. W 2020 r. w moim liceum interweniowałem choćby w sprawie żołnierzy wyklętych, których portrety wisiały na korytarzach. Wśród nich byli też ci, którzy mieli udowodnione zbrodnie. O moim proteście pisała wtedy „Gazeta Wyborcza”, portrety zostały zdjęte, a ja po raz pierwszy poczułem sprawczość – że można upomnieć się o prawdę i można wygrać.

Bardzo ukształtował mnie też dziadek. Trochę zastępował mi ojca, którego przez rodzinne problemy – także związane z brakiem akceptacji mojej orientacji – często przy mnie nie było. Dziadek od zawsze ma w sobie ogromną ciekawość świata, a przy tym zachęcał do zadawania pytań. Zawsze dużo czytał, a przy jego łóżku piętrzą się książki i gazety. Jako dzieciak często po nie sięgałem – nawet jeśli były to wcale niełatwe lektury o II wojnie światowej czy starożytnym Rzymie.

fot. Karolina Król / @karolina.here

Też jest lewicowy?

Powiedziałbym raczej, że progresywny. Nie zajmuje się polityką w aktywny sposób. Na pewno nie jest jednak człowiekiem prawicy, ma liberalne poglądy i dużą otwartość. Mam poczucie, że to raczej ja przesunąłem dyskusję w domu w stronę lewicową. Dziś moja rodzina zupełnie inaczej patrzy na rzeczywistość polityczną i sytuację mniejszości niż jeszcze kilka lat temu.

Z jakimi postulatami szedłeś po stanowisko radnego? Co już udało ci się zrealizować?

Wcześniej byłem już radnym swojej dzielnicy Podgórza Duchackiego, znałem więc jej problemy. Od dzieciństwa mieszkam na obrzeżach Krakowa, na osiedlu z wielkiej płyty, więc problemów tu nie brakuje. Jednym z kluczowych tematów było dla mnie budownictwo społeczne. Kraków przez lata wyprzedawał mieszkania z gminnego zasobu, zamiast traktować je jako narzędzie polityki mieszkaniowej. Dziś udało się ograniczyć tę wyprzedaż i rozpocząć proces budowy nowych mieszkań. Uruchamiamy właśnie cztery konkursy architektoniczne na nowe bloki. Będzie to więc naprawdę jakościowe budownictwo społeczne, które stanie się dobrym przykładem na przyszłość.

Drugim ważnym obszarem były dla mnie szkoły, przedszkola i żłobki. Na początku mojej kadencji odwiedziłem praktycznie wszystkie lokalne placówki. Zobaczyłem, jak niewiele się w nich zmieniło od czasu, kiedy sam byłem uczniem. Często wchodziłem do budynku i widziałem dokładnie te same szatnie, te same sale, te same zaniedbane korytarze. Udało się już doprowadzić do wielu – bo ponad 40 – remontów. Dla mnie to ważne, bo dzieciaki z bloków, nierzadko z rodzin z problemami, powinny mieć w szkole estetyczne, bezpieczne miejsce, które „mówi” im: „jesteście ważni”.

Podobnym sposobem na odczarowanie naszych peryferyjnych osiedli jest organizacja wydarzeń kulturalnych. Bo kultura to nie tylko centrum, zabytki, teatry, opera i filharmonia. To także nasze osiedla z wielkiej płyty. Dlatego w tym roku udało się zorganizować pierwsze rodzinne święto dzielnicy z występami gwiazd, w tym lubianego przez młode pokolenie Janna, którego udało się ściągnąć, a niebawem ruszamy z pierwszym maratonem kin plenerowych. Wydarzenia, które odbywają się w przestrzeni naszych blokowisk, uczą nas współodpowiedzialności i troski za te miejsca i siebie nawzajem.

My w „Replice” staramy się promować wyoutowane osoby LGBT+ startujące w wyborach. Pamiętam, że ty też w 2024 r. wysłałeś nam swój plakat, byśmy wrzucili go na nasze media społecznościowe. Bardzo doceniłem, że była na nim tęczowa flaga.

Politykiem się bywa, a członkiem społeczności LGBT+ jest się cały czas. Nigdy nie wstydziłem się tęczowej flagi. Nawet jeśli ukrywanie się byłoby politycznie wygodne, dla mnie nie byłoby tego warte. Jako pierwszy wyoutowany gej w Radzie Miasta Krakowa mam też poczucie odpowiedzialności za to, żeby tę społeczność reprezentować i upominać się o nią, skoro nikt inny tego nie robi.

Jedną z moich pierwszych inicjatyw było złożenie wniosku o usunięcie arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z kapituły medalu Cracoviae Merenti. Wcześniej przez lata protestowałem z mieszkańcami przeciwko jego działaniom pod krakowską kurią. Uważałem, że człowiek, który publicznie krzywdzi społeczność LGBT+, nie powinien współdecydować o najważniejszych miejskich wyróżnieniach. To była trudna, głośna politycznie sprawa, ale finalnie udało się ten projekt przegłosować. Był dla mnie ważny także symbolicznie – jako wyraźne odcięcie się miasta od języka pogardy.

Udało się też doprowadzić do tego, że miasto po raz pierwszy realnie wspiera przestrzeń tworzoną przez społeczność LGBT+, bo partycypuje finansowo w powstawaniu nowej siedziby Federacji Znaki Równości (więcej o tym na stronie 8 – przyp. red). W tym roku próbowałem doprowadzić do tego, by po raz pierwszy zostały zabezpieczone środki na współorganizację Marszu Równości. To było dla mnie symboliczne, bo krakowscy politycy bardzo lubią przychodzić na Marsz, robić sobie zdjęcia, wywieszać flagę na magistracie – co oczywiście też jest ważne – ale dużo rzadziej idzie za tym realne wsparcie finansowe. Finalnie tych środków nie udało się jeszcze w tym roku przepchnąć przez urząd tak, jak chciałbym, ale będziemy próbować do skutku.

Udało się za to przeprowadzić szereg szkoleń równościowych dla urzędników i nauczycieli z krakowskich szkół. Obecnie pracujemy z kolei nad pierwszą miejską kampanią społeczną skierowaną do osób LGBT+ i ich otoczenia. Bardzo zależało mi, by nie była to kampania wymyślona zza biurka przez agencję reklamową, tylko żeby powstawała we współpracy z organizacjami oraz samą społecznością. Tak rzeczywiście się stało – koncepcja powstawała podczas warsztatów prowadzonych przez Miko Czerwińskiego z Fundacji Równość.org.pl, obecną osobę dyrektorską Kampanii Przeciw Homofobii.

Kampanię zobaczymy w przestrzeni miejskiej już jesienią. Ma opowiadać o LGBT+ w lokalnej skali: o sąsiadach, rodzinach, wspólnocie, o życiu w blokach i na obrzeżach miasta, czyli tam, gdzie mieszkam. Bo właśnie tam ta widzialność i oswajanie tematu są dziś szczególnie potrzebne.

for. Karolina Król / @karolina.here

Z jakimi reakcjami się spotykasz jako pierwszy jawny gej w Radzie Miasta Krakowa?

Hejt pojawiał się i w trakcie kampanii, i pojawia się do dziś, szczególnie kiedy podejmuję tematy związane z naszą społecznością. Homofobia w pewnym sensie mi jednak spowszedniała. Spotykałem się z nią w szkole, byłem pobity, doświadczyłem jej też w domu po coming oucie. Najbardziej dziś bolą mnie chyba już nie ataki ze strony skrajnej prawicy, tylko sytuacje, kiedy zawodzą ci, którzy deklarują się jako sojusznicy.

Tak było choćby 17 grudnia 2025 r., gdy Rada Miasta Krakowa debatowała nad moją rezolucją do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie wykonywania przez krakowski Urząd Stanu Cywilnego wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczącego transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw par tej samej płci. Na sesji było kilkadziesiąt osób ze społeczności i organizacji. Wybuchła ogromna awantura. Część osób, które rok wcześniej potrafiły przyjść na Marsz Równości i robić sobie tam zdjęcia, nie była w stanie stanąć po stronie społeczności. Nie było ich na sali. To zabolało mnie nie tylko jako inicjatora tej rezolucji, ale przede wszystkim jako członka społeczności. Bo przychodzi taki moment, w którym trzeba się jednoznacznie określić po stronie wartości. Ostatecznie rezolucji nie udało się przegłosować.

Planowaną kampanię społeczną dotyczącą osób LGBT+ kierujecie m.in. do takiej dzielnicy jak twoja – bo w takich dzielnicach homo- i transfobia jest największa. Ale jednocześnie to właśnie mieszkańcy twojej dzielnicy wybrali geja na swojego radnego.

Myślę, że działa tu trochę zasada, że „gej, ale jednak nasz”. Uzyskałem naprawdę dobry wynik na moim osiedlu, a mam sąsiadów, którzy głosują na prawicę, chodzą co niedzielę do kościoła. Wiedzą, że jestem gejem, praktycznie nigdy się z tym nie kryłem i jednak traktują mnie z szacunkiem. Dlatego tak ważna jest nasza widzialność i ta codzienna, oddolna praca – rozmowy z rodziną, sąsiadami, znajomymi. Jeśli znasz osobę z grupy mniejszościowej, dużo trudniej jest ci ją odczłowieczyć albo opowiadać o niej w kategoriach zagrożenia.

Powiedziałeś, że twój coming out przed rodzicami nie był łatwy.

Właściwie nie miałem coming outu. Zostałem z szafy wyciągnięty. W wieku piętnastu lat poznałem mojego pierwszego chłopaka i wrzuciłem z nim zdjęcie na Instagram, jak się całujemy. Ktoś doniósł o tym moim rodzicom. Kiedy wróciłem do domu, czekali już na mnie w salonie. Była awantura, płacz mamy, wyjście ojca z domu, a później kolejne awantury i przemocowe zachowania ze strony taty. Dostałem też szlaban.

Z czasem sytuacja się uspokoiła, a mama – kiedy ojciec wychodził do pracy – pozwalała mi spotykać się z chłopakiem. To było dla mnie ważne, choć oczywiście nie zmienia faktu, że cały ten okres był bardzo trudny: pierwsze zakochanie, motyle w brzuchu, poczucie, że świat jest piękny, a nagle wszystko zostaje przerwane przez agresję, złość i przemoc.

 

Fot. Karolina Król / @karolina.here

A ty sam kiedy zorientowałeś się, że jesteś gejem?

Myślę, że już w podstawówce. Ale długo nie znałem żadnego innego geja. Dopiero w gimnazjum poznałem chłopaka z równoległej klasy, z którym bardzo się zaprzyjaźniłem. Ta relacja dużo mi dała – pokazała mi, że nie jestem sam, że nie muszę zakładać słuchawek na uszy i w samotności słuchać piosenek Igora Herbuta na łąkach, płacząc i paląc papierosy. (śmiech)

Nie kryłem swojej orientacji przed znajomymi ze szkoły właściwie odkąd miałem piętnaście lat. To było moje rejonowe gimnazjum publiczne, ale – uwaga – katolickie. Prowadzone przez jezuitów.

Czyli nie było łatwo.

Powiedziałbym ci, że nie było źle, ale moja terapeutka już zwróciła mi uwagę, że „Pan opowiada o tym wszystkim tak, jakby to było nic”. A przecież były szykany, kpiny, głupie żarty. Dwukrotnie zostałem pobity przez rówieśników ze szkoły, ale przemoc spotkała mnie też na osiedlu, kiedy indziej przy kawiarni, gdzie mnie pobito, a obok siedziało mnóstwo ludzi i nikt nawet nie zareagował. Powód? Miałem różową koszulkę, białe rurki i kolczyk w uchu. To wystarczyło.

Nigdy nie byłem też „grzecznym” uczniem. Zdarzało mi się lądować u pedagoga czy wychowawczyni, bo się malowałem. Spierałem się o religię, wyszukiwałem najbardziej zawiłe zapisy statutu szkolnego i próbowałem je interpretować na swoją korzyść. Swoją drogą – podobno tuż po moim odejściu statut specjalnie zmieniono, żeby kolejny taki Grzesiu się im nie przytrafił. (śmiech)

Raz zostałem zwyzywany przez księdza, który nazwał mnie pedałem na szkolnym korytarzu właśnie z powodu kolczyka w uchu.

Chcesz więcej? W pierwszej klasie gimnazjum wygrałem wybory na przewodniczącego szkoły, miałem świetną kampanię, moje plakaty wisiały praktycznie wszędzie. Ostatecznie jednak nim nie zostałem, gdyż usłyszałem, że pierwszoklasista nie może pełnić tej funkcji, więc zaproponowano mi jedynie stanowisko wiceprzewodniczącego. Do dziś nie wiem, czy taka zasada naprawdę istniała, czy została wymyślona na potrzeby chwili – byle tylko gej nie został przewodniczącym samorządu katolickiej szkoły.

Jednocześnie jednak byli tam nauczyciele, którzy naprawdę się o nas troszczyli. Był wicedyrektor, który chodził po korytarzach i pytał uczniów, czy smakowała darmowa dla uczniów zupa i czy wszystko jest w porządku. Szkoła nie miała jednak żadnych kompetencji, żeby naprawdę wesprzeć ucznia LGBT+.

Najbardziej traumatyczne było jednak poczucie osamotnienia. Jedyną osobą w rodzinie, która zachowała się wtedy naprawdę dobrze, był mój dziadek, przed którym nigdy nie zrobiłem coming outu, ale wziął mnie kiedyś na rozmowę i powiedział: „Grzesiu, czy ty myślisz, że ja nie wiem, co się wokół ciebie dzieje? Ja zawsze będę twoim dziadkiem i zawsze będę cię kochał”.

 

Fot. Karolina Król / @karolina.here

Wracając do Krakowa: 24 maja br. odbyło się referendum, w którym odwołano dotychczasowego prezydenta miasta – Aleksandra Miszalskiego. Frekwencja była zbyt mała, by odwołać również Radę Miasta. Jeszcze w tym roku odbędą się przedterminowe wybory na urząd prezydenta (wśród kandydatek m.in. bohaterka numeru 115. „Repliki” – Aleksandra Owca). Co myślisz o nadchodzącej zmianie?

Dla społeczności LGBT+ nadchodzące wybory są realnym zagrożeniem. Coraz częściej słyszę nie tylko wśród osób obywatelskich, ale i w samej Radzie, że te przegrane przez dotychczasowego prezydenta referendum to „przez tęczowe osoby”, „przez Marsz Równości”, „przez tęczową flagę na budynku urzędu”. To absurd, ale niestety politycznie wygodny. Przed Krakowem stoi realne ryzyko skrętu w prawo w Radzie i na urzędzie prezydenckim. A to może oznaczać zatrzymanie albo cofnięcie wielu progresywnych działań skierowanych także m.in. do osób LGBT+, które udało się rozpocząć.

Marsz Równości (pod nazwą Marsz Tolerancji) odbył się w Krakowie 7 maja 2004 r. Była to pierwsza tego typu manifestacja w Polsce zorganizowana poza Warszawą. Wiele środowisk konserwatywnych i prawicowych próbowało zablokować wydarzenie. Protestowały też władze Uniwersytetu Jagiellońskiego. W odpowiedzi na to wystosowano list otwarty do władz Krakowa i jego mieszkańców, pod którym podpisali się m.in. polscy nobliści: Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Marsz ostatecznie się odbył, ale uczestnicy wspominają go jako jedno z najbardziej niebezpiecznych wydarzeń LGBT+ w historii Polski. Przemarsz zaatakowały grupy pseudokibiców oraz konserwatywnych środowisk, które obrzucały uczestników jajkami, butelkami i kamieniami. Uczestnicy Marszu uciekali, chowali się w bramach. Jesteś Krakowianinem, żyjesz otwarcie od dziesięciu lat. Chyba wiele się już od 2004 r. zmieniło?

Zdecydowanie. Mamy coraz więcej miejsc LGBT-friendly, Marsze Równości – jak wspomniałeś – odbywają się od 22 lat, rozwija się Festiwal Queerowy Maj, a queerowe wydarzenia weszły do ważnych instytucji kultury. Widać też zmianę po stronie miasta – jeszcze kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić, że prezydent, wiceprezydentka albo radni będą uczestniczyć w queerowych wydarzeniach i robić to w sposób oczywisty.

Wciąż mamy jednak dużo do zrobienia. Brakuje nam chociażby hostelu interwencyjnego dla osób LGBT+. Sam chodziłem za rękę z chłopakiem i całowałem się z nim w przestrzeni publicznej, ale nie powiem, żebym czuł się z tym całkowicie bezpiecznie. Ten lęk wciąż jest we mnie. I myślę, że to najlepiej pokazuje, ile jeszcze mamy do zrobienia.

Więc tak – Kraków się zmienia, ale wciąż nie jest miejscem, w którym każda osoba LGBT+ może po prostu odetchnąć i nie myśleć o konsekwencjach bycia sobą. Po to właśnie jestem w Radzie Miasta, po to działają lokalne organizacje i po to coraz mocniej angażują się instytucje miejskie, żeby Kraków naprawdę stawał się bezpieczniejszym miejscem do życia. Zmiana już się dzieje, ale wciąż jest o co walczyć.

 

 

*******************************

Czytaj więcej o tym, co dzieje się w Krakowie: 

Informacje o organizacjach pozarządowych:  ngo.krakow.pl 
Kraków dla Równości:  www.rownosc.krakow.pl

QUEEROWY DOM EQ w Krakowie

ZADANIE PUBLICZNE FINANSOWANE ZE ŚRODKÓW MIASTA KRAKOWA 

O Krakowskim Centrum Równości z EMANUELĄ LEWANDOWSKĄ (onx/jex), osobą wiceprezesującą Zarządu Federacji Znaki Równości, rozmawia Tomasz Piotrowski

Krakowskie Centrum Równości DOM EQ powstało w 2019 r. jako wspólna siedziba lokalnych organizacji LGBTQIAP+. Właśnie przenosi się do nowego, trzykrotnie większego lokalu.

Skąd wziął się pomysł na stworzenie DOM EQ?

Do Federacji Znaki Równości należy dziś ponad dwadzieścia krakowskich organizacji równościowych, ale kiedy w 2019 r. tworzyłyśmy pierwszą wersję DOM EQ, było ich znacznie mniej. Większość nie miała własnych siedzib. Stowarzyszenia i fundacje były rejestrowane pod prywatnymi adresami osób aktywistycznych, a kiedy trzeba było się spotkać, do wyboru były jedynie kawiarnie i bary. Pierwotnym pomysłem na DOM EQ było więc stworzenie wspólnej siedziby, w której osoby aktywistyczne mogłyby się spotykać, pracować i rozwijać swoje inicjatywy. Badania i rozmowy pokazały jednak, że potrzeba czegoś więcej – bezpiecznej przestrzeni, która nie jest ani klubem, ani prywatnym mieszkaniem i w której można po prostu być. Tak powstał pierwszy DOM EQ, działający w wynajmowanym domu o powierzchni nieco ponad stu metrów kwadratowych.

 

Od lewej: Marianna Maśnik (koordynatorka DOM EQ),Łukasz Kupiec (Prezes Federacji Znaki Równości), Adam Łuczecki (Członek Zarządu FZR), Emanuela Lewandowska (Osoba Wiceprezesująca FZR), Dawid Wojtyczka (Osoba Wiceprezesująca FZR, Koordynator projektu DOM EQ 2.0) | fot. Dorota Grzegorczyk

Co można było tam robić?

Odbywały się tam m.in. bezpłatne warsztaty szycia, programowania i języków obcych, wspólne gotowanie, zajęcia rozwijające kompetencje społeczne, spotkania grupy teatralnej, klubu książki, wieczorki poetyckie czy wystawy. Działały też grupy wsparcia, między innymi dla osób transpłciowych i niebinarnych oraz rodziców osób queerowych. Miałyśmy także „wolne strefy” – nazwa powstała jako odpowiedź na „strefy wolne od LGBT”. Można było po prostu przyjść, spotkać innych ludzi, poczytać książkę z naszej społecznej biblioteki, zagrać w planszówki albo wspólnie coś ugotować. W kuchni czekała pełna lodówka, kawa i herbata. Przez sześć lat zorganizowałyśmy w DOM EQ ponad 2400 wydarzeń.

Dlaczego opuściłyście dotychczasowy budynek?

Stare okna przepuszczały zimno, instalacje wymagały wymiany, regularnie pękały rury, a czynsz rósł. Nasilały się też ataki: pojawiały się homofobiczne i transfobiczne napisy na murze, kradziono flagi, niszczono furtkę. Poza tym podczas niektórych wydarzeń frekwencja była taka, że zwyczajnie przestałyśmy się mieścić.

Jak udało się wam znaleźć nową siedzibę?

Pierwszy DOM EQ był całkowicie oddolną inicjatywą. Uznałyśmy jednak, że działamy przecież nie tylko dla samych organizacji, ale także po prostu dla mieszkanek i mieszkańców Krakowa, dlatego zaczęłyśmy rozmowy z władzami miasta. Wśród osób otwartych na współpracę był radny Grzegorz Garboliński, radny ze społeczności, angażujący się w inicjatywy na rzecz osób LGBTQIAP+ (patrz: wywiad na stronach 36–39 – przyp. red.). Stanęłyśmy do publicznego przetargu na lokal z zasobów Zarządu Budynków Komunalnych przy ul. Krakowskiej 22. Dzięki preferencyjnej stawce dla NGO za około trzysta metrów kwadratowych, a więc trzy razy więcej niż wcześniej, płacimy mniej. A znajdujemy się w centrum krakowskiego Kazimierza.

Co znajdzie się w DOM EQ 2.0?

Między innymi sala konferencyjna, przestrzeń do pracy. Będzie też kuchnia, biblioteka i minigaleria. Będziemy nadal organizować grupy wsparcia, a także bezpłatne porady prawne, pomoc psychologiczną i przeróżne wydarzenia. Wszystko to wciąż nieodpłatne. W budynku znajdzie się też kawiarnia społeczna połączona z naszym PrideShopem – sklepem z tęczowymi gadżetami i produktami stworzonymi przez queerowych artystów, który na razie działa online. Kawiarnia ma pomóc nam częściowo uniezależnić się od grantów i tworzyć miejsca pracy dla osób z naszej społeczności.

Z tego, co widziałem w waszych mediach społecznościowych, dużą część prac remontowych wykonałyście same.

Tak, by ograniczyć koszty. Ale duży remont realizowany przez miasto, obejmujący m.in. wymianę instalacji, witryn i okien, zaplanowano na koniec tego roku. Pełne otwarcie DOM EQ 2.0 planujemy dopiero na przyszły rok. Stwierdziłyśmy więc, że skoro i tak płacimy już za wynajem – trzeba jakoś skorzystać z tej przestrzeni. Pierwszą salę, która wymagała najmniej pracy, wyremontowałyśmy same, ze wsparciem niewielkiej ekipy remontowej. Pod koniec lipca oficjalnie otworzyłyśmy tzw. DOM EQ 1.5 – pierwszą wyremontowaną salę, która już służy społeczności i przyjmuje inicjatywy skierowane do osób LGBTQIAP+.

*******************************

Czytaj więcej o tym, co dzieje się w Krakowie: 

Informacje o organizacjach pozarządowych:  ngo.krakow.pl 
Kraków dla Równości:  www.rownosc.krakow.pl

RÓWNOŚĆ W KRAKOWIE

ZADANIE PUBLICZNE FINANSOWANE ZE ŚRODKÓW MIASTA KRAKOWA 

Kraków. Z jednej strony – miasto pomników, narodowych symboli, szkolnych wycieczek i opowieści o polskości budowanej wokół Wawelu. Z drugiej – europejska stolica weekendowych imprez. Czy dla osób LGBTQIA+ to jest dziś bezpieczne miejsce do życia?

Coś w Krakowie wyraźnie się zmienia. Widać to szczególnie w maju, gdy przez miasto przechodzi Marsz Równości, odbywa się Festiwal Queerowy Maj, a queerowa społeczność przejmuje przestrzeń miasta nie tylko protestem, ale też kulturą i sztuką. Organizatorzy Stowarzyszenia Queerowy Maj od lat też z tego patriotycznego ducha miasta korzystają – hasłem tegorocznego marszu było „Nie rzucim ziemi”, zaczerpnięte z „Roty” ikony LGBT+ Marii Konopnickiej, a oprawa graficzna wydarzenia inspirowana była folklorem oraz twórczością Zofii Stryjeńskiej. Towarzyszący marszowi Festiwal Queerowy Maj w ubiegłym roku stał się największym festiwalem tęczowej społeczności w Polsce. Tegoroczna edycja, podczas której zorganizowano blisko sto wydarzeń, pobiła ubiegłoroczny rekord. Symbolicznym momentem był również kolejny Queerowy Bal w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej – wydarzenie, które pokazuje, że queerowa społeczność coraz mocniej zaznacza swoją obecność także w najbardziej prestiżowych instytucjach kultury.

Ale prawdziwe pytanie brzmi dziś inaczej: czy za tęczowymi flagami idą konkretne działania miasta?

Po zwinięciu tęczowych flag

Jeszcze kilka lat temu medialnym symbolem zmiany była podświetlona na tęczowo Kładka Bernatka czy obecność przedstawicieli miasta na Marszu Równości. Takie gesty są ważne – szczególnie w kraju, w którym osoby queerowe przez lata słyszały od polityków głównie język pogardy lub lekceważenia. Znacznie trudniej jednak budować codzienny system wsparcia.

Kraków nie traktuje działań na rzecz równości osób LGBT+ jako jednorazowego wydarzenia ani jako tematu ograniczonego do maja – mówi Magdalena Furdzik, zastępczyni dyrektora Wydziału Polityki Społecznej, Równości i Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa. – Całoroczna polityka miasta opiera się na czymś szerszym: na budowaniu miejskiego systemu równego traktowania, współpracy z organizacjami pozarządowymi, edukacji, działaniach antydyskryminacyjnych oraz tworzeniu miejsc, w których osoby doświadczające przemocy lub wykluczenia mogą uzyskać realną pomoc.

Co to oznacza w praktyce? Miasto stworzyło stanowisko Pełnomocniczki Prezydenta Miasta Krakowa ds. Polityki Równościowej. Jest nią obecnie Ewelina Pytel, do której można zgłaszać sprawy związane z prawami człowieka i tematyką równościową. Działa Rada ds. Równego Traktowania, której celem jest m.in. przeciwdziałanie dyskryminacji. Funkcjonuje też miejski serwis informacyjny „Kraków dla Równości”, a organizacje społeczne mogą otrzymywać wsparcie finansowe na działania równościowe. Jak podkreśla Furdzik: To jest mniej widowiskowe niż duże wydarzenie, ale niezwykle ważne, bo równość nie może zależeć wyłącznie od dobrej woli pojedynczych osób. Musi mieć swoje miejsce w strukturze urzędu, swoje procedury, osoby odpowiedzialne i kanały kontaktu.

Od deklaracji do codziennej pomocy

O tym, czy osoby LGBTQIA+ naprawdę mogą czuć się w mieście bezpiecznie, decydują jednak codzienne sytuacje: kontakt z urzędem, rozmowa z policją czy wezwanie pomocy w kryzysie.

W instytucjach miejskich standardem powinien być szacunek, brak deadnamingu, używanie preferowanego imienia i zaimków wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, oraz obsługa spraw urzędowych bez komentarzy, oceniania czy upokarzania – mówi Magdalena Furdzik. Jak podkreśla, miasto publikuje materiały edukacyjne dotyczące języka inkluzywnego wraz z poradami, np.: jak reagować na homofobiczne i transfobiczne komentarze oraz jak pytać o formę zwracania się do danej osoby.

Jednym z najważniejszych elementów systemu wsparcia jest działający całodobowo Ośrodek Interwencji Kryzysowej przy ul. Radziwiłłowskiej 8b. Oferuje on pomoc psychologiczną, prawną, wsparcie socjalne oraz – w razie potrzeby – schronienie, także osobom LGBTQIA+. Pracownicy zostali przeszkoleni z języka inkluzywnego, sytuacji prawnej osób LGBT+, stresu mniejszościowego i przeciwdziałania stygmatyzacji. Osoba, która zgłasza się po pomoc, nie powinna najpierw walczyć o uznanie swojej tożsamości – dodaje przedstawicielka magistratu. W praktyce oznacza to możliwość korzystania z preferowanego imienia i zaimków. Od 2025 r. w strukturze MOPS działa także Patrycja Durska, Krakowska Rzeczniczka ds. Przeciwdziałania Przemocy.

Równość jako polityka miasta

Kraków coraz częściej próbuje patrzeć na równość szerzej – nie tylko przez pryzmat pojedynczych wydarzeń czy interwencji. Miasto uczestniczyło w międzynarodowym projekcie FEMACT-Cities realizowanym w ramach programu URBACT IV, dotyczącym tworzenia bardziej bezpiecznych i włączających przestrzeni miejskich. Te działania zostały zauważone także poza Polską. W 2025 roku Kraków otrzymał Brązową Nagrodę Komisji Europejskiej w konkursie European Capitals of Inclusion and Diversity Award.

Jeszcze kilka lat temu wiele działań wymagało tłumaczenia, dlaczego w ogóle miasto powinno zajmować się osobami LGBT+ – wyjaśnia Magdalena Furdzik. – Dziś coraz częściej punktem wyjścia jest nie pytanie: „czy to jest rola miasta?”, ale: „jak zrobić to dobrze?”.

I może właśnie tutaj najlepiej widać zmianę, która wydarzyła się w Krakowie – nie tylko w liczbie tęczowych wydarzeń, lecz także w tym, że równość coraz częściej zaczyna być traktowana jako element jakości życia w mieście.

*******************************

Czytaj więcej o tym, co dzieje się w Krakowie: 

Informacje o organizacjach pozarządowych:  ngo.krakow.pl 
Kraków dla Równości:  www.rownosc.krakow.pl

Ignorancja i nieuświadomiony przywilej Ignacego Lissa

mat. pras.

 

TEKST: Mariusz Kurc, współpraca Daniel Oklesiński 


Żeby poradzić sobie z rolą współczesnego geja, nie wystarczy być sprawnym aktorsko 

Wstrzymywaliśmy się z komentarzem odnośnie do wypowiedzi Ignacego Lissa. Dla tych, co nie są na bieżąco: to aktor grający główną rolę Filipa – geja, lekkoducha, imprezowicza i narkomana, który musi zająć się malutką córką swej zmarłej siostry – w nowym serialu HBO Max pod tytułem „Proud”. Pierwszy odcinek miał premierę w piątek, 12 czerwca – tuż przed warszawską Paradą Równości. Wstrzymywaliśmy się z komentarzem, bo po tym, jak do aktora dotarła fala słusznej krytyki, nasz kolega redakcyjny, szef działu filmowego Daniel Oklesiński skontaktował się z Lissem w ramach przygotowania dłuższego komentarza dla Mint Magazine (TUTAJ TEN TEKST) . Miało dojść do spotkania. Jednak w pewnym momencie aktor zamilkł, kontakt się urwał.

 

Mamy więc tylko te wypowiedzi Lissa, jakich udzielił w dotychczasowych wywiadach. Daniel Oklesiński odniósł się do nich wyczerpująco w tekście dla „Mint Magazine” – polecamy. A poniżej – nasze krótkie komentarze do wypowiedzi Ignacego Lissa. 

 
1. Zacznijmy od chyba najgorszej – dla amerykańskiego „Variety” 

Liss o serial “Proud”: ”This isn’t about same-sex couples’ rights – this topic doesn’t even exist in Poland – but we do show that some people are bothered by Filip’s sexual orientation. We know this problem exists” (“To nie jest o prawach par jednopłciowych – ten temat nawet nie istnieje w Polsce – ale rzeczywiście pokazujemy, że niektórym ludziom orientacja seksualna Filipa przeszkadza. Wiemy, że te ten problem istnieje”) 

 

Aż trudno uwierzyć. Temat praw par jednopłciowych „nie istnieje w Polsce” – słowa te padły w czasie, w którym projekt ustawy dający pewne prawa parom jednopłciowym właśnie przeszedł przez Sejm i trafił do Senatu. 

 

2. W wywiadzie dla Plejady: 

„Wydaje mi się że trzeba być bardzo ostrożnym i staram się być bardzo apolityczny, jeśli chodzi o wszelakiego rodzaju parady, pikiety, protesty, ponieważ nie lubię tego w naszym kraju, że jesteśmy tak bardzo skłóceni i poróżnieni. Bardzo często mówimy o tym samym i mamy podobne poglądy, a kłócimy się i rzucamy w siebie obelgami. Staram się po prostu unikać takich historii. (…) Jestem zwolennikiem rozmowy i słuchania siebie nawzajem, a nie wyzywania i skreślania.” 

O wyzywanie i skreślanie Liss – deklarujący się jako katolik – powinien mieć chyba pretensje właśnie do kościoła katolickiego. To z jego strony padały takie wyzwiska wobec ludzi LGBT+ jak „tęczowa zaraza” a katechizm katolicki „skreśla” osoby LGBT, uznając relacje homoseksualne za „moralne nieuporządkowanie”. 

Apolityczny? Zagrał geja we współczesnym serialu w Polsce w 2026 r., gdy temat praw osób LGBT jest jednym z najgorętszych tematów politycznych – i chce być apolityczny? 

 

3. Na własnym Instagramie: 

„Wierzę w to, że jest mnóstwo osób, które są w tych mniejszościach seksualnych, które też nie przepadają za takimi miejscami jak Parada Równości, czy Marsz Niepodległości czy inne protesty i pikiety, bo po prostu nie czują się tam bezpiecznie, ja trochę tak mam.” 

W reakcji na krytykę Liss wypowiedział powyższe słowa na swoim Instagramie – i tylko pogorszył sytuację. Zestawienie Parady Równości z Marszem Niepodległości świadczy o ignorancji aktora – prawdopodobnie nigdy na żadnej Paradzie nie był – co z kolei pod znakiem zapytania stawia prawdziwość stwierdzenia, że „nie czuje się tam bezpiecznie”. Można nie czuć się bezpiecznie w miejscu, w którym nigdy się nie było? 

A przede wszystkim Ignacy Liss powinien mieć świadomość, że bez Parad/Marszów Równości jego serialu by nie było. To my, społeczność LGBT+, walcząc od dekad na różne sposoby (m.in. poprzez Parady/Marsze Równości), sprawiliśmy, że wielka korporacja taka jak Warner Bros Discovery zdecydowała się zainwestować środki w serial właśnie o takiej tematyce. 

Parady mogą się Lissowi podobać lub nie, może on na nie chodzić lub nie – tak czy inaczej są one od ponad pół wieku jednym z głównych „narzędzi” emancypacji ludzi LGBT+ w całym zachodnim (i nie tylko zresztą) świecie. Chyba skutecznym, skoro sytuacja osób LGBT+ na tym obszarze zmieniła się w ciągu tego pół wieku diametralnie na lepsze. 

 

4. W wywiadzie dla „K-Mag” 

„Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja” 

 

„Bardzo dużo zależało od tego, kto stanie po drugiej stronie kamery i jak potraktuje tę historię – czy będzie próbował kogokolwiek indoktrynować swoimi poglądami, czy po prostu opowie historię człowieka i pokaże, że taka historia ma prawo się wydarzyć.” 

 

„Cieszę się, że to właśnie ja mogłem stać się częścią tej historii, a nie osoba, powiedzmy, z tego konkretnego środowiska gejowskiego.” 

 

Gwoli ścisłości, papież Franciszek przyjął osoby transpłciowe na spotkaniu, nie znaleźliśmy informacji, jakoby mył w Wielki Czwartek nogi osobom trans. A co generalnie Liss miał na myśli, przywołując Franciszka? Że zagranie roli geja może przez kogoś być postrzegane jako pewna ujma na honorze – a więc wymaga odwagi? Nie, te czasy już minęły – ale nie minęły same z siebie, tylko społeczność LGBT poprzez lata pracy zmieniła nastawienie ogółu społeczeństwa. Poza tym,   

 

Ignacy Liss powinien wiedzieć, że żadna współczesna historia osoby LGBT+ w Polsce nie jest historią „po prostu”. Jest historią specyficzną dlatego, że specyficzna jest sytuacja osób LGBT+ – borykających się z systemowymi uprzedzeniami i dyskryminacją. Choćby nie wiem, jak reżyser czy scenarzysta (czy aktor) chciał  – nie ucieknie od „kontekstu”, w jakim żyją osoby LGBT+. 

 

Natomiast trzecia wypowiedź to już hardcorowa homofobia – Liss cieszy się, że roli Filipa nie zagrał aktor, który jest wyoutowanym gejem. (Zdaje się też, że nie ma zielonego pojęcia o trwającej od dobrych kilku lat dyskusji o zatrudnianiu aktorów hetero/cis do ról LGBT+ a to temat-rzeka.) 

 

5. W wywiadzie dla „GQ”: 

„Marzy mi się, że ten serial nie będzie polaryzował opinii, bo jestem już zmęczony dyskusjami o aborcji czy prawach par jednopłciowych. To bardzo ważne, ale nie chcę być aktywistą. Nikt z ekipy pracującej przy tym filmie nie chciał nosić żadnych transparentów. Chcieliśmy zrobić historię o miłości. Każdy ma do niej prawo, nieważne, kim jest.” 

 

W tej wypowiedzi chyba najlepiej widać, że Liss mówi z pozycji człowieka nawet niezdającego sobie sprawy z tego, w jak uprzywilejowanej pozycji się zajmuje. Heteroseksualny facet jest „zmęczony dyskusjami o aborcji czy prawach par jednopłciowych” – a więc kwestiami, które bezpośrednio w ogóle go nie dotyczą! Nie przychodzi mu do głowy, że osoby bezpośrednio tymi kwestiami zainteresowane są zmęczone dużo bardziej – ale nie mają wyjścia. Jeśli bowiem chcemy mieć te kwestie tak załatwione, jak to jest standardem w krajach zachodnich, musimy walczyć. 

Gdyby Liss był białym amerykańskim farmerem w połowie XIX wieku, zapewne męczyłyby go dyskusje o zniesieniu niewolnictwa – i namawiałby Czarnych do nienoszenia transparentów, nawoływałby do „spokojnej” rozmowy. 

Żadna mniejszość nie wywalczyła żadnych praw, grzecznie o nie prosząc. 

 

„Chcieliśmy zrobić historię o miłości. Każdy ma do niej prawo, nieważne, kim jest” – tu Liss ponownie sprzeniewierza się religii, którą według jego własnych słów wyznaje. Przypomnijmy: zgodnie z katolickim katechizmem, osoby LGBT nie mają prawa do miłości. 

 

 

*** 

 

Ignorancja Ignacego Lissa ujawnia jeszcze jeden problem – ignorancję Warner Bros Discovery. Jak można było do tego stopnia nie przygotować głównego aktora serialu do jego promocji? 

 Ale jest też coś optymistycznego: reakcja naszej społeczności. Na Instagramie aktora pojawiła się cała fala… nie, nie hejtu, a rzetelnej, merytorycznej krytyki. Brawo! 

 

Miłosz Przepiórkowski o współpracy KPH z firmami

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

TEST KAMPANII PRZECIW HOMOFOBII

fot. KPH

Z Miłoszem Przepiórkowskim, specjalistą ds. partnerstw strategicznych w Kampanii Przeciw Homofobii, rozmawia Anna Mikulska

Anna Mikulska, KPH: Inkluzywność się opłaca?

Zawsze się opłacała, ale przez długi czas nie była w Polsce brana pod uwagę. Kiedyś firmy miały powiedzenie: „Akceptujemy wszystkich, nie obchodzi nas, kto co robi w łóżku”, ale to nie przekładało się na rzeczywistość. Osoby pracownicze LGBT+ nie czuły, że mogą otwarcie mówić o swoim związku. Teraz to się zmienia. Firmy faktycznie coraz bardziej stawiają na inkluzywność i edukują się w tym zakresie.

Kiedy zaczęła się ta zmiana?

Myślę, że to kwestia ostatnich dziesięciu, może piętnastu lat. Zaczęło się od międzynarodowych korporacji, ale część polskich przedsiębiorstw szybko postanowiła włączyć się w ten proces. Nadrabiamy to, co miało miejsce np. w USA jeszcze w latach 90.

Tyle, że nierzadko to działania na pokaz. Coraz częściej słyszymy o  tzw. pinkwashingu czy rainbow washingu. Czym te zjawiska dokładnie są?

Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie – firma jubilerska z okazji Miesiąca Dumy wypuszcza serię pride’- owych bransoletek, ale nie idzie za tym nic więcej. To działanie nastawione na czysty zysk, a  nie forma wsparcia. Inna korporacja zmienia w czerwcu logo firmy na tęczowe, ale nie wprowadza procedur przeciwdziałania bi-, trans- czy homofobii. W  niektórych krajach taka „solidarność” po prostu dobrze wygląda, ale nie przyczynia się do poprawy sytuacji osób LGBT+.

Jak wobec tego odpowiedzialnie budować inkluzywność w  swojej firmie i wspierać osoby queerowe?

Firmy, które tworzą np. kampanię reklamową wokół LGBT+, muszą pamiętać, że to bardzo delikatny temat. Jako KPH jesteśmy po to, żeby pomóc – możemy skonsultować taki plan kampanii i  dzięki temu nasz partner ma pewność, że będzie to zrobione z  wyczuciem. Prowadzimy także szereg szkoleń – zauważyłem, że wiedza na temat społeczności queer wzrosła, jednak braki wciąż są bardzo duże. Swoje szkolenia z  inkluzywnego języka zawsze zaczynam od rozwinięcia akronimu LGBTQIA i  często okazuje się, że już po L i G zaczynają się schody. KPH organizuje także szkolenia intersekcjonalne, to znaczy takie, w trakcie których mówimy nie tylko o osobach LGBT+, ale też o osobach neuroróżnorodnych czy z  niepełnosprawnościami, co również jest niezwykle ważne.

Zdarza się, że osoby biorące udział w twoich szkoleniach boją się zadawać pytania, bo wstydzą się, że czegoś nie wiedzą albo boją się, że cię urażą?

Zawsze na początku zaznaczam, że jesteśmy w  bezpiecznej przestrzeni. Można zadawać pytania, nie zastanawiając się pół godziny nad tym, jak sklecić zdanie – mówmy tak, jak mamy to ułożone w głowie. Nikt się nie obrazi, a nauczymy się, jak można zadać takie pytanie poprawnie. Naszym priorytetem jest właśnie edukacja zespołu. Jeśli firma chwali się w  mediach społecznościowych udziałem w  Paradzie Równości – super. Najważniejszy jest jednak dobrostan osób pracujących w danej firmie. I temu właśnie służą szkolenia…

…oraz najnowszy projekt KPH – certyfikacja Inkluzywność+.

Jak najbardziej. To trzymiesięczny proces, który bazuje na współpracy między KPH, działem HR oraz tzw. Rainbow Network, jeśli firma taki zespół posiada. Na podstawie tych wspólnych działań dajemy rekomendacje i  sugerujemy dalsze działania, które poprawią poziom inkluzywności w  danym miejscu. Na koniec firma otrzymuje certyfikat. Po pierwsze, to świetna reklama dla firmy. Po drugie, badania pokazują, że różnorodne zespoły są dużo bardziej kreatywne. To z  kolei poprawia wyniki firmy i  pokazuje jasno – co już stwierdziliśmy – że inkluzywność zwyczajnie się opłaca.

Działania KPH możesz wspierać tutaj: kph.org.pl/przekaz-darowizne/. Chcesz z  nami współpracować? Napisz: biznes@kph.org.pl

 

Fizyk, dr Artur Surówka, o tym, że różnorodność to zysk dla firm

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Dr Artur Surówka jest fizykiem. W firmie ABB pracuje jako senior R&D Engineer, jest także współtwórcą firmowej grupy pracowniczej osób LGBT+ – Encompass Pride. W  rozmowie z  Tomaszem Piotrowskim opowiada o  stereotypach dotyczących inżynierów, neuroróżnorodności i funkcjonowaniu osób LGBT+ w środowisku pracy. Tłumaczy też, dlaczego otwartość i  różnorodność nie są modą i mogą realnie wpływać na kreatywność, rozwój, a także wyniki finansowe firmy.

Jesteś senior R&D Engineer – starszym inżynierem w obszarze badań i rozwoju (Research and Development), tak? Opowiesz więcej o swojej pracy?

Tak, chodzi o dział badań i rozwoju w Korporacyjnym Centrum Technologicznym naszej firmy w Krakowie. Zajmujemy się rozwojem technologii związanych z  napędami i  silnikami, głównie inteligentnych rozwiązań. Dużo pracuję ze sztuczną inteligencją i wdrażaniem AI do tych systemów. Oprócz tego jestem Talent Ambasadorem – zajmuję się mentoringiem młodszych kolegów i  współpracą z uczelniami.

Masz tytuł doktora.

Z wykształcenia jestem fizykiem, skończyłem AGH w  Krakowie. Przez lata pracowałem na uczelni jako nauczyciel akademicki. Uczyłem fizyki, najprzyjemniejszego przedmiotu na studiach. (śmiech) Prowadziłem też badania związane z  analizą danych z  materiałów biologicznych, konkretnie tkanek ośrodkowego układu nerwowego. To były bardzo interdyscyplinarne projekty – współpracowaliśmy z  lekarzami, psychiatrami, neurologami, neurobiologami, chemikami, fizykami.

Jak współpraca z lekarzami wpłynęła na twoją pracę w ABB?

Nauczyłem się, że każda osoba patrzy na problem inaczej i właśnie dlatego różnorodne zespoły są tak wartościowe. Najlepsze pomysły często rodzą się na styku różnych dziedzin. Da Vinci był jednocześnie anatomem, wynalazcą i artystą. Kopernik astronomem, ale też ekonomistą. Najciekawsze rozwiązania pojawiają się właśnie pomiędzy dyscyplinami.

Im bardziej różnorodne zespoły, tym lepiej?

W każdej profesji mamy różne typy osobowości i sposoby myślenia. Ważne jest, żeby nie wszyscy patrzyli na problem identycznie. Jedni widzą urządzenie techniczne, inni produkt dla klienta, jeszcze inni coś, co napędza ważne procesy. W naszym zespole mamy dużą różnorodność osobowości, narodowości i doświadczeń. I bardzo często właśnie podczas dyskusji w  takich zespołach pojawiają się nowe rozwiązania.

Przy rekrutacji świadomie myślicie o budowaniu różnorodnych zespołów? Nie tylko pod względem narodowości, ale też neuroróżnorodności czy tożsamości płciowej/seksualnej?

Staramy się budować środowisko pracy otwarte na każdego. Wbrew stereotypowi moja praca często polega właśnie na tym, że coś nie działa i trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego? Jeśli ludzie różnie patrzą na problem, istnieje większa szansa, że rozwiążą go szybciej i lepiej.

Dlaczego chciałeś rozwijać grupę pracowniczą LGBT+ w ABB?

Z powodów zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Jestem członkiem społeczności osób LGBT+ i  dlatego byłem zaangażowany od samego początku w  powstanie grupy, jeszcze zanim formalnie istniała. W  strukturach uczelni nigdy takiej możliwości nie mieliśmy, więc tutaj z  tego korzystam. Kamil Błachuciński, z  którym rozmawiałeś ostatnio (w poprzednim numerze „Repliki” – przyp. red.), pracuje w  innym budynku, w innym zespole – ja czuję się ambasadorem osób LGBT+ w  Korporacyjnym Centrum Technologicznym.

Grupy LGBT+ częściej kojarzą się z korporacjami finansowymi niż ze środowiskiem inżynierów. Często pojawia się też przekonanie, że mówienie o różnorodności oznacza manifestowanie swojej (odrębnej) tożsamości. Jak to widzisz?

Nie namawiam inżynierów do chodzenia z  tęczową fl agą po biurze, tylko sugeruję pewien sposób myślenia, który dla inżyniera jest bardzo ważny: otwartość. Rozmawiałem kiedyś z managementem ABB o tym, że inżynierowie w Polsce bywają kształceni bardzo schematycznie. I właśnie dlatego tak ważna jest otwartość – nie tylko w sensie społecznym, ale przede wszystkim poznawczym. A przecież nasza droga życiowa bardzo mocno definiuje to, jak myślimy, jak postrzegamy świat i jak rozwiązujemy problemy. To później przekłada się również na rozwój produktów czy technologii.

Jak to wygląda w praktyce? Inżynierowie pytali: „Po co właściwie ta grupa LGBT+?”.

W dziale badawczo-rozwojowym spotykam się z dużą otwartością. A z perspektywy inżyniera sprawa jest dość prosta: chcemy tworzyć rozwiązania, które działają jak najlepiej. Coraz częściej rozumieją więc, że jedna osoba po prostu nie jest w stanie zobaczyć wszystkich problemów sama, że warto otwierać się na innych i takie grupy w miejscu pracy temu sprzyjają.

Jak perspektywa osób LGBT+ wpływa na funkcjonowanie firmy?

Droga życiowa bardzo mocno definiuje to, jak myślimy i  rozwiązujemy problemy. Każde doświadczenie nas kształtuje – kompetencje, osobowość, sposób reagowania. Coś, co dla jednej osoby jest problemem, dla innej może być codziennością. Osoba heteroseksualna, mająca rodzinę i  dzieci, przechodzi przez pewien określony zestaw doświadczeń. Osoby LGBT+ często mają inne relacje społeczne i  inne doświadczenia związane z  funkcjonowaniem w  społeczeństwie, często też wynikające z konieczności mierzenia się z dodatkowymi wyzwaniami. To wszystko wpływa na człowieka – na to, jak pracujemy, rozwiązujemy problemy i funkcjonujemy w relacjach z innymi.

,Widoczna obecność ludzi LGBT+ w firmie poprawia jej funkcjonowanie?

Jak już wspomniałem, jestem analitykiem danych, a  także recenzentem prac naukowych, więc lubię opierać się na dowodach. Badania pokazują, że otwartość zespołu – zarówno cecha jednostek, jak i  element kultury organizacyjnej sprzyjającej różnorodności (w  tym otwartość na osoby LGBT+ oraz tematy DEI – Diversity, Equity & Inclusion) – wiąże się z niższym poziomem stresu i większą elastycznością poznawczą. W badaniu przeprowadzonym na dużej próbie blisko 1500 osób wykazano, że otwartość na doświadczenie sprzyja tolerancji niejednoznaczności, reinterpretacji poznawczej oraz obniżonemu subiektywnemu poczuciu zagrożenia w nowych i wymagających sytuacjach, co skutkuje niższym poziomem stresu przy porównywalnym obciążeniu środowiskowym. Jest też taki ciekawy materiał Harvardu, który pokazuje wprost: kontakt z różnorodnymi perspektywami poprawia morale pracowników, etykę biznesową oraz wspiera kreatywne rozwiązywanie problemów i  innowacyjność. Otwartość po prostu się opłaca. Jeśli firmy nie są otwarte, to zwyczajnie tracą potencjał.

Jakie działania podejmujesz w  waszej grupie pracowniczej?

Jak to inżynier – działam konkretnie. Wspieram inicjatywy tam, gdzie jestem potrzebny. Uczestniczę w organizowanych przez Encompass Pride wydarzeniach, pokazuję też publicznie, że biorę w nich udział – chociażby na LinkedInie. Bo widoczność ma znaczenie. Pamiętam początki naszej tęczowej grupy pracowniczej. Zasugerowałem wtedy, by zrobić tęczową torbę z logo ABB. I naprawdę miałem później ogromną satysfakcję, kiedy widziałem ludzi chodzących po mieście z tymi torbami. Widzę dzięki temu, że moje koleżanki i koledzy z ABB są otwarci. Kiedy przynoszę gadżety związane z Pride z głównego biura do naszego budynku, to ludzie chcą je zabierać, jeszcze zanim zdążę je rozłożyć.

Nasza rozmowa dotyczy dużej korporacji. Podejrzewam jednak, że gdybym był małym przedsiębiorcą, mógłbym mieć odwrotne wnioski: większa różnorodność równa się więcej konfl iktów i mniejsze zgranie się zespołu.

Jeżeli menedżer już na starcie myśli: „Nie zatrudnię jawnej osoby LGBT+, bo ona może powodować napięcia w  zespole”, to dla mnie oznacza, że problem istnieje gdzie indziej – w uprzedzeniach już obecnych w  zespole. I jeżeli ktoś chce tworzyć stabilną, rozwijającą się firmę, to po prostu musi z  tym walczyć. Bo ludzie z  definicji są różni i konfl ikty mogą wystąpić zawsze, a z perspektywy neurobiologii napięcie w  zespole po prostu się rozprzestrzenia. Badania neuropsychologiczne pokazują, że zamknięcie grupy i doświadczenie wykluczenia społecznego aktywują oś podwzgórze-przysadka- -nadnercza (HPA), podnosząc poziom kortyzolu (hormonu stresu). To z kolei zwiększa stres i osłabia funkcjonowanie kory przedczołowej, czyli tej części mózgu, która odpowiada za kreatywne i refl eksyjne myślenie. Działania na rzecz równości i różnorodności w firmie po prostu się więc biznesowo opłacają. Jeśli ludzie nie muszą się bać, ukrywać albo bronić przed oceną, są bardziej otwarci na nowe pomysły i lepiej współpracują. Firma staje się bardziej kreatywna, pojawiają się nowe rozwiązania, patenty i rozwija się biznes. To po prostu neurobiologia.

Najpierw jednak trzeba przekonać wielu, że osoby LGBT+ były, są i będą częścią społeczeństwa. W internecie często czytam komentarze „kiedyś tego całego LGBT+ nie było”. Jak przekonujesz inżynierów?

Jako student fizyki miałem kiedyś poczucie, że każdy wzór idealnie opisuje świat. Dopiero kiedy trafiłem do laboratorium, zrozumiałem, że rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. W praktyce bardzo rzadko wszystko działa dokładnie tak, jak w podręczniku. Kiedy Kopernik stworzył model heliocentryczny, wielu ludzi nie chciało uwierzyć, że Ziemia nie znajduje się w centrum Wszechświata. Kiedy Newton opisał prawa dynamiki, wszystkim wydawało się, że to ostateczny opis rzeczywistości. A później pojawił się Einstein i powiedział: „To nie jest finalny wzór, tylko przybliżenie działające w określonych warunkach”. Status quo jest niebezpieczne. Nauka rozwija się właśnie dlatego, że ktoś odważa się powiedzieć: „A może jednak jest inaczej?”. I dlatego inżynier też musi być otwarty na zmiany. To, co dziś wydaje się niepodważalne, jutro może zostać całkowicie przedefiniowane. Być może na tym polega rozwój społeczeństwa – że to, co kiedyś było kwestionowane, z czasem staje się nowym status quo.

Mateusz Trojan i Jakub Cupriak-Trojan po 7 latach batalii sądowej wygrali – są pierwszym małżeństwem jednopłciowym uznanym przez polskie państwo

Rozmowa Mariusza Kurca.

fot. Anken Berge

Mateusz: Zacznijmy może od ustalenia jednej ważnej kwestii: nie rozmawiamy o naszym życiu prywatnym, tylko o naszej sprawie – o transkrypcji.

Dobrze. Jeśli się zagalopuję, to zwróćcie mi uwagę. Od jak dawna jesteście razem?

Jakub: Poznaliśmy się w 2006 r. Parą jesteśmy od 2008 r., czyli osiemnaście lat. W 2018 r., po dziesięciu latach związku, wzięliśmy ślub. Teraz, gdy słyszę, że ktoś bierze ślub po trzech-czterech latach znajomości, często wydaje mi się, że to za szybko.

M: Mnie się też tak wydaje, ale to tylko nasze zdanie, o które nikt nie pytał. Każdy powinien mieć prawo wziąć ślub choćby i po tygodniu, bez żadnego „okresu próbnego” wymyślanego przez niektórych polityków. Oczywiście powinien też mieć prawo i możliwość rozwieść się.

Gratuluję wam ogromnego sukcesu, który w oczywisty sposób ma wpływ nie tylko na was, ale na całą polską społeczność LGBT+. Jak to wszystko wyglądało z waszej perspektywy tego historycznego dnia 14 maja, gdy zostaliście pierwszą małżeńską parą jednopłciową uznaną przez polskie państwo?

J: Dzięki. Już 13 maja dostaliśmy telefon z Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie z informacją, że transkrypcja będzie dokonana 14 maja. Zostaliśmy też zaproszeni na wręczenie odpisu aktu małżeństwa 14 maja po południu. Odpis wręczył nam prezydent Rafał Trzaskowski w swoim gabinecie, bez obecności mediów. Było to bardzo miłe i nieformalne spotkanie, trwało niecałe dwadzieścia minut. Na spotkaniu była też wiceprezydentka Warszawy Aldona Machnowska-Góra, której podlega Urząd Stanu Cywilnego, oraz posłanka Dorota Łoboda z Koalicji Obywatelskiej. Dokument wygląda tak jak wszystkie odpisy aktów małżeństwa wydawane na dotychczasowych wzorach – zawiera rubryki „kobieta” i „mężczyzna”. Wbrew temu, co piszą niektóre media, nie można wybrać, która z osób będzie wpisana w której rubryce. Transkrypcja to wierne przeniesienie treści zagranicznego aktu stanu cywilnego do polskiego rejestru. Osoba wymieniona w zagranicznym akcie jako pierwsza wpisywana jest w pierwszą rubrykę, czyli w rubrykę „mężczyzna”. Osoba wymieniona jako druga wpisywana jest w rubrykę „kobieta”. Wpisywana jest też adnotacja, że dane mężczyzny wpisano w dostępne pola kobiety (lub odwrotnie) ze względu na ograniczenia techniczne.

Co ciekawe, w naszym nowym polskim akcie małżeństwa nie ma informacji o naszym stanie cywilnym. W drodze transkrypcji wpisuje się tylko te dane, które znajdowały się w oryginalnym akcie. Ponieważ w naszym niemieckim akcie małżeństwa nie jest wpisany stan cywilny, informacja ta nie znalazła się też w naszym polskim akcie. W ten sposób udało się uniknąć określeń niedopasowanych do naszej sytuacji, czyli „żonaty” lub „zamężna”. Wpisanie innego słowa, na przykład „zamężny”, nie jest możliwe, bo nazwy poszczególnych stanów cywilnych wymienione są w ustawie – Prawie o aktach stanu cywilnego. Określenie „zamężny” się tam nie znajduje, a więc nie można go użyć.

Czy to jest pierwszy wasz wywiad w sprawie transkrypcji?

J: Nie pierwszy, ale jeden z niewielu. Dostajemy zapytania w sprawie wywiadów, ale z braku czasu nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie pozytywnie. Być może dzięki naszej sprawie udało nam się przejść do historii, ale nie na emeryturę – codziennie normalnie chodzimy do pracy. Musimy zatem ograniczyć się do mediów, które są ważne dla naszej społeczności, tak jak „Replika”. Rozmawiamy też z mediami związanymi z kościołem ewangelickim – ja jestem ewangelikiem i zależy mi na poruszeniu kwestii małżeństw osób tej samej płci na forum kościelnym, żeby w polskich kościołach ewangelickich wreszcie rozpoczęła się dyskusja na ten temat.

Dotychczas nie udzielaliśmy się w mediach także dlatego, by nie formułować za ich pośrednictwem oczekiwań wobec przebiegu sprawy. Właściwym miejscem na wyrażanie takich oczekiwań jest sala sądowa i pisma procesowe. Teraz, po transkrypcji, nasze podejście niewiele się zmieni, bo cel został już osiągnięty. Już po zapadnięciu wyroku TSUE z listopada zeszłego roku, gdy Ministerstwo Cyfryzacji przedstawiło w styczniu swój pomysł wpisywania danych obu osób tej samej płci w jedną rubrykę po ukośniku i pozostawienie drugiej rubryki pustej, ja zrobiłem wyjątek i zdecydowałem się na kilka krótkich wypowiedzi dla mediów, żeby skrytykować ten pomysł.

M: A oprócz tego milczymy, bo nie jesteśmy aktywistami, działaczami, influencerami czy celebrytami i chcielibyśmy jednak zachować możliwie dużo prywatności. I tak nieco jej poświęciliśmy, dla dobra sprawy.

Mimo wszystko dzięki tej sprawie trochę staliście się aktywistami, ale rozumiem wasze podejście. Ślub wzięliście w Berlinie. Dlaczego tam?

J: Wybraliśmy Urząd Stanu Cywilnego w berlińskiej dzielnicy Neukölln, bo w tym urzędzie jest przechowywany mój niemiecki akt urodzenia. Mam dwa akty urodzenia, bo mam też dwa obywatelstwa – niemieckie i polskie. Dzięki temu, że ślub był w tym samym urzędzie, nie musiałem przedkładać żadnych dokumentów oprócz dowodu osobistego. Mateusz musiał zaś dostarczyć swoje dokumenty z Polski: odpis zupełny aktu urodzenia, zaświadczenie o stanie cywilnym i zaświadczenie o adresie zamieszkania. Poza tym urząd mieści się w neogotyckim budynku dawnego szpitala ewangelickiego, a sala ślubów w dawnej kaplicy tego szpitala, więc kwestie estetyczne też miały pewne znaczenie.

M: Względy estetyczne oczywiście są ważne, ale jak widać pierwszorzędne znaczenie miały względy pragmatyczne. Bo my chyba jesteśmy dość pragmatyczni i racjonalni.

Względy były estetyczne, pragmatyczne – i może też symboliczne dla ciebie, Jakubie? Skoro mówimy o kaplicy ewangelickiej?

J: Nie, to nie jest przestrzeń sakralna. Z ewangelickiego punktu widzenia budynek kościoła czy kaplicy ma przede wszystkim funkcję użytkową.

Kiedy złożyliście wniosek o transkrypcję i jak wyglądała dalsza droga przez polskie sądy?

J: Wniosek o transkrypcję złożyliśmy w 2019 r. w warszawskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Dostaliśmy odmowę, od której odwołaliśmy się do Wojewody Mazowieckiego. Wojewoda również odmówił nam wpisu. Decyzję wojewody zaskarżyliśmy do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA) w Warszawie, a wyrok tego sądu – podtrzymujący odmowną decyzję wojewody – do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Od początku postępowania twierdziliśmy, że do naszej sprawy ma zastosowanie prawo Unii Europejskiej. Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z pytaniem o interpretację tego prawa. Po jej uzyskaniu (wspominane już orzeczenie TSUE z 25 listopada 2025 r. – przyp. red.) NSA 20 marca 2026 r. orzekł, że nasze małżeństwo powinno zostać wpisane do polskiego rejestru stanu cywilnego. Całe postępowanie trwało w sumie siedem lat. Najdłużej czekaliśmy na wyznaczenie terminu rozprawy przez NSA – trzy lata. Polskie sądy są naprawdę nadmiernie obciążone dużą liczbą spraw.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Kacper Nowicki – 23-letni aktywista z Poznania i asystent europosła Krzysztofa Śmiszka szybko wyrasta na największą nadzieję queerowej lewicy

Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Krzysztof Lichonczak

 

Rozpoznawalność w sieci przyniosło ci publiczne kontrowanie kłamstw Patryka Jakiego i Tobiasza Bocheńskiego, którzy jeżdżą po uczelniach z akcją „Zmień nasze zdanie”. Jak im idzie konwertowanie lewicowych studentów_ek na prawicowych wyborców_czynie?

Nie idzie im wcale; polscy studenci i studentki są odporni na bzdury, bo mają dostęp do internetu. Znają też dobrze demagogię PiS, ponieważ przez osiem lat byli częścią polskiego systemu edukacji, odczuwając na każdym jego szczeblu działania homofobicznego, prawicowo-populistycznego rządu. W momencie, gdy staje przed nimi pan Patryk Jaki – a więc wiceminister tamtego rządu – trudno liczyć z ich strony na wielkie zrozumienie. Zwłaszcza że jego akcja nie jest żadną nową jakością w marketingu politycznym, ale małpowaniem Ameryki.

Małpowaniem m.in. inicjatywy Charliego Kirka, który jednak jeździł głównie na niewielkie uniwersytety, gdzie publiczność była jakby bardziej przyjazna prawicy.

Nazywam Jakiego „Kirkiem z Temu”, bo jego działalność to amatorska podróbka Kirka. Razem z Bocheńskim przeliczyli siły na zamiary, wydawało im się, że pojadą sobie na lewicowy Uniwersytet Warszawski i swoim geniuszem przekonają ludzi tam studiujących do głosowania na PiS. No nie, to tak nie działa. Kirk miał o wiele więcej rozumu, bo nie dość, że docierał na te bardziej „ruralne” obszary USA, to jeszcze faktycznie z młodymi ludźmi rozmawiał, czego Jaki z Bocheńskim nie robią. Oni przychodzą przemawiać.

Czy jednak ich akcja nie jest w jakiś sposób skuteczna? Rozmawiamy w momencie, gdy obaj politycy odwiedzili 24 uczelnie lub kampusy, gdzie wykładali przez 72 godziny. W dodatku robią oni na socialach niezłe zasięgi i dają (ostatnio tylko reaktywnemu) PiS narracyjny tlen.

Śmiem twierdzić, że w sondażach nie widać „efektu Jakiego” (tuż przed naszym wywiadem CBOS opublikował badanie, w którym PiS po raz kolejny miał mniej niż 20% – dop. red.). W dodatku by dostrzec, że na takie spotkania nie przychodzą wcale tysiące młodych ludzi nie trzeba, jak ja, na nie jeździć. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia w social mediach. Przeważają tam osoby w starszym wieku, z wpiętymi w ubranie znaczkami Nawrockiego i „Gazety Polskiej”. Jasne, studenci też się pojawiają, ale nie jest tak, że Prawo i Sprawiedliwość zawładnęło nagle umysłami młodzieży! Polecam zresztą porównać zasięgi materiałów Jakiego na mój temat i moich na temat Jakiego – wygrywam z nim kilkudziesięciokrotnie. Tu naprawdę nie ma żadnego fenomenu.

Czy queerowa społeczność może w ogóle czuć się bezpiecznie wśród zwolenników Jakiego? W rozmowie z TVN24 wspomniałeś studenta, który został przez tłum wyszydzony za swój wysoki głos oraz chłopaka, którego zwyzywano za długie włosy.

To efekt wieloletniej działalności PiS, które próbuje doprowadzić do mordów osób LGBT+ na polskich ulicach. Mam świadomość wagi, jakie niosą moje słowa, ale uważam, że powinny się one znaleźć w wywiadzie. Bo ja naprawdę widziałem tych starszych, przesiąkniętych propagandą ludzi, którzy przychodzą na partyjne spotkania; byłem przez nich popychany, rzucali w moją stronę homofobiczne żarty, krzyczeli: „Spierdalaj, pedale!”.

Nie boisz się takich komentarzy? Pytam również dlatego, że gdy w 2020 r. – w wieku 18 lat – spacerowałeś z ówczesnym chłopakiem w okolicach poznańskiego Dworca Zachodniego, to najpierw usłyszeliście słowa: „pedały”, „kurwy” i „jebać was”, a następnie napastnik ruszył w waszą stronę z nożem.

Tak, wtedy to było straszne… Ale dziś się nie boję. Podkreślam także, że była to jedyna taka sytuacja w moim życiu. Nadal uważam Poznań za najbezpieczniejsze polskie miasto dla osób queerowych, którym chciałbym powiedzieć jedno: jeżeli w waszej miejscowości nie jest bezpiecznie – uciekajcie. Nie jest bohaterstwem wytrwać na peryferiach, żyjąc w szafi e i przerażeniu. W Polsce są wielkomiejskie enklawy, w których osoby LGBT+ mogą czuć się względnie bezpiecznie. Warto się do nich przeprowadzić, a nie zastanawiać się całe życie, czy idąc za rękę z chłopakiem dostaniemy nóż pod żebra. Na piramidzie nienawiści Gordona Allporta jesteśmy na czwartym z pięciu stopni: przemocy fi zycznej. Ostatnim jest fi zyczna eksterminacja. Niepokoi mnie więc, że na spotkaniach polityków PiS z „młodzieżą” panuje pogromowa atmosfera. Zachęcam zresztą wszystkich, żeby włączyli sobie transmisję mojej półtoragodzinnej polemiki z Patrykiem Jakim – reakcja tłumu budzi bardzo określone, historyczne skojarzenia. Dodam, że nie poszedłem tam jako gej, ale jako student, który nie zgadza się z populistyczną prawicą.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Znakomita aktorka Joanna Żółkowska opowiada m.in. o swym sąsiedzie sprzed pół wieku – Mironie Białoszewskim

Rozmowa Rafała Dajbora

mat. pras.

Już przez telefon, gdy umawialiśmy tę rozmowę, zastrzegła pani, że wywiad może się nie udać, bo orientacja seksualna kolegów, koleżanek, reżyserów nigdy nie miała dla pani żadnego znaczenia. Dość często słyszę to zastrzeżenie przy okazji wywiadów dla „Repliki”. Czy środowisko artystyczne było i jest naprawdę aż tak akceptujące? A może jest w tej postawie jednak jakiś… wstyd?

Jeśli o mnie chodzi, to – już nie przez telefon – mogę potwierdzić, że dla mnie nigdy nie miało to żadnego znaczenia i nie z powodu wstydu. Mam wrażenie, że tak naprawdę – jak w wywiadzie dla „Repliki” przyznał Jurek Radziwiłowicz – znaczenie miał i ma talent. I oczywiście to, jakim ktoś jest człowiekiem, kolegą. Jeśli ktoś jest fajnym kolegą, a do tego utalentowanym artystą, to dlaczego jego orientacja seksualna miałaby być jakąkolwiek „sprawą”? Moim zdaniem, ci wszyscy, którzy panu tak mówią podczas wywiadów – mówią szczerze. Ja w każdym razie jestem w tym naprawdę szczera.

I rzeczywiście nie pamięta pani, by wobec aktora, o którym wiadomo było, że jest gejem, zdarzyło się w środowisku jakiekolwiek homofobiczne zachowanie?

Niczego takiego nie byłam świadkiem, a pracowałam naprawdę z wieloma kolegami gejami.

Wrócę oczywiście jeszcze do tematu niektórych z nich, ale chciałbym zacząć od „pieca”, czyli od momentu, w którym po raz pierwszy zetknęła się pani z istnieniem homoseksualizmu. Maria Pakulnis przyznała, że poznała to zjawisko dopiero jako w pełni już dorosła studentka PWST. A jak było w pani przypadku?

Ja wiedziałam o tym wcześniej, już w okresie licealnym. Miałam kolegę, o którym wiedziało się „że jest”. Był utalentowany artystycznie i to aktorsko, udzielał się w szkolnym kole teatralnym, miał zwłaszcza talent komediowy. I to nie było tak, że ktoś stwierdził, że ów kolega „jest”. To się po prostu wyczuwało. Na przykład wolał przebywać w towarzystwie dziewczyn niż chłopaków i dało się odczuć, że między nim a dziewczynami jest zupełnie inna chemia niż wtedy, gdy z dziewczynami przebywa chłopak hetero. Dodam od razu, że ostatecznie nie został on zawodowym aktorem.

Przejdźmy zatem z liceum do warszawskiej PWST. Jednym z pani pedagogów był tam biseksualny Jerzy Kaliszewski. Powiem pani coś ciekawego. Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla „Repliki” przyznała, że odbierała go jako nudnawego starszego pana, od którego niczego się nie nauczyła, a Jan Peszek, także w rozmowie z „Repliką”, powiedział, że wszystko, co najlepsze w swoim aktorstwie zawdzięcza właśnie profesorowi Kaliszewskiemu. Do kogo z nich pani bliżej?

Do Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, niestety. Mówię „niestety”, bo wolałabym każdego z moich profesorów wspominać jako świetnego i osobiście dla mnie ważnego. Ale tak nie jest. W tamtym czasie byłam młoda, zadziorna, szukałam podobnych sobie. Bliżej było mi do takich profesorów, jak Aleksander Bardini czy Ignacy Gogolewski. Profesor Jerzy Kaliszewski był bardzo eleganckim, stonowanym starszym panem, ale nie był nauczycielem, który mógł mnie wtedy zafascynować.

Porozmawiajmy o pani debiutach. Jednym z pierwszych z przedstawień Teatru Telewizji z pani udziałem był spektakl „Ruch jednokierunkowy” Armanda Salacrou w reżyserii Jerzego Surdela (1973). Grał w nim Hugo Krzyski. Aktor, o którym Jan Peszek opowiadał, iż wręcz lubował się w jawnym okazywaniu swojego homoseksualizmu.

Wie pan co, wychodzi na to, że chyba byłam w tamtych czasach zbyt zajęta sobą, swoimi rolami, pracą – i w ogóle się wokół siebie nie rozglądałam. Znałam oczywiście pana Hugona Krzyskiego i nie miałam zielonego pojęcia, że był homoseksualny!

Ale o Andrzeju Nardellim, z którym grała pani w swoim debiucie fi lmowym, czyli „Szklanej kuli” w reżyserii Stanisława Różewicza (1972), chyba już pani wiedziała?

A skądże! Nie wiedziałam! Ależ ciekawych rzeczy się od pana dowiaduję! Uprzedzałam pana, że to będzie trudny wywiad.

Więc żeby go trochę ułatwić, przeskoczmy do Teatru Powszechnego w Warszawie, w którym występowała pani przez kilka dekad. W teatrze tym przez lata pracował także Edmund Fetting. O nim chyba pani wiedziała?

Tak, oczywiście, wiedza o tym, że Edmund Fetting jest homoseksualny, była w środowisku aktorskim powszechna. Między mną a Fettingiem nigdy nie nawiązała się szczególnie bliska przyjaźń, należeliśmy przecież do zupełnie różnych pokoleń. Pan Edmund był człowiekiem skrytym, nieskorym do okazywania emocji, eleganckim, ale przy tym bardzo sympatycznym. Ja go po prostu lubiłam. Mieliśmy w przedstawieniu „Spiskowcy” na podstawie „W oczach zachodu” Conrada dwójkową scenę i wspominam tę współpracę bardzo dobrze. O, coś jeszcze sobie przypomniałam. Pracując w Teatrze Powszechnym, znaleźliśmy się razem w obsadzie Teatru Telewizji „Nie do obrony” w reżyserii Jurka Gruzy. Pan Edmund po próbie woził mnie na nagrania do telewizji swoim samochodem. Do dziś pamiętam, że ten samochód był zachodni, czerwonego koloru i niesłychanie zadbany, elegancki – tak samo, jak jego właściciel. Niestety już nie pamiętam, jakiej był marki.

To ja podpowiem – Witold Sadowy, nota bene swoisty rekordzista, który dokonał coming outu w wieku stu lat. Mówił mi kiedyś, że w pewnym czasie w Warszawie były tylko dwa takie czerwone samochody – jeden Fettinga, a drugi jego. Sadowy pamiętał oczywiście markę – był to Citroën. Porozmawiajmy teraz o Krzysztofi e Kolbergerze…

Kolejny przypadek kogoś, o kim nic latami nie wiedziałam. Studiowałam przecież z Krzyśkiem, a o jego orientacji seksualnej dowiedziałam się bardzo późno. W szkole, patrząc na niego, w życiu nie pomyślałabym, że Krzysiek może być gejem. Nawet się tym zdziwiłam. Wychodzi na to, że byłam jakaś totalnie nieuważna.

Zarówno Edmund Fetting, jak i Krzysztof Kolberger byli amantami, w których podkochiwały się widzki. Czy pani zdaniem właśnie dlatego tak ukrywali swoją homoseksualną tożsamość? Bali się utracić kobiecą widownię? Bo przecież to ukrywanie się musiało być dla nich niekomfortowe.

Z pewnością było. Ukrywanie przed światem jakiejś ważnej części samego siebie zawsze jest bardzo trudne. Nie umiem powiedzieć, czy ukrywali swój homoseksualizm dlatego, by nie stracić widzek, ale podejrzewam, że mogło tak być.  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Wieloletni partner aktora Edmunda Fettinga (1927-2001) do tej pory był anonimowy. Portret 85-letniego dziś tancerza – Janusza Smolińskiego

26 czerwca JANUSZ SMOLIŃSKI skończy 85 lat. W zeszłym roku otrzymał prestiżową nagrodę Perły Tańca przyznawaną za wybitne osiągnięcia baletowe, ale w Polsce pamięć o jego dokonaniach ogranicza się do niewielkiej grupy osób, które widziały go na scenie w latach 60. i 70., kiedy był pierwszym solistą Teatru Wielkiego w Warszawie. Od ponad pół wieku mieszka w Barcelonie, ale kontaktu z krajem nigdy nie stracił. Tylko nieliczni wiedzą, że to on jest anonimowym partnerem, który pojawia się w tekstach o EDMUNDZIE FETTINGU, jednym z najpopularniejszych aktorów okresu PRL-u.

fot. Edward-Hartwig

Kiedy w zeszłym roku podczas pobytu w Hiszpanii poznałem Janusza Smolińskiego, byłem zachwycony jego barwnymi opowieściami, a jednocześnie zaskoczony, jak wiele pamiątek z Polski znajduje się w jego barcelońskim mieszkaniu. Dość powiedzieć, że zachował się nawet zielony ręcznik z logo Teatru Wielkiego, który tancerze otrzymywali w latach 60. na rozpoczęcie sezonu. Pełno tam także świadectw sukcesów Smolińskiego, a na honorowym miejscu wisi na ścianie strona z tanecznego kalendarza wydanego pod koniec lat 70. przez Krajową Agencję Wydawniczą. W innym miejscu widnieje oprawiony znaczek Poczty Polskiej, na którym widać tancerza z jego partnerką sceniczną Marią Surowiak. O ten znaczek była zresztą niemała afera – będący u szczytu swojej kariery Stanisław Szymański (nazywany powszechnie „Stachą”) złościł się i żądał wyjaśnień, był oburzony, że to nie on został uwieczniony, tylko jakiś młokos.

Rok 1960, kiedy Smoliński ukończył szkołę baletową i został przyjęty do zespołu Opery Warszawskiej, to czas, gdy taniec klasyczny był w dużej mierze zdominowany przez homoseksualnych mężczyzn. Triumfy święcili wówczas Szymański i Witold Gruca, ale ważną postacią był także starszy od nich Witold Borkowski, debiutujący jeszcze przed wojną. Smolińskiego uczył Mieczysław Jankowski, wieloletni ukochany Jerzego Waldorff a, ale prawda jest taka, że był słabym tancerzem i jeszcze gorszym pedagogiem, swoją pozycję w dużej mierze zawdzięczał wpływowemu partnerowi. Do tego trzeba dodać Gerarda Wilka i Wojciecha Wiesiołłowskiego, którzy także zaczynali wtedy swoje kariery. Z Gerardem Smoliński chodził do szkoły. Przyszły wulkan seksu miał pryszcze na twarzy i wcale mu się nie podobał, ale zaprzyjaźnili się na całe życie. Z kolei Wiesiołłowski („Niunia Wiesiołłowska”) był niezwykle ambitny, zawsze chciał wypadać najlepiej, dlatego nie lubił tańczyć razem ze Smolińskim, bo wizualnie w zestawieniu wypadał słabiej, wydawał się mniejszy i niżej skaczący.

Majtki z zagranicy

Każdy życiowy etap to inni ludzie i inne opowieści. Przez szkołę baletową przewinęło się mnóstwo osób, w tym Zuzanna Cembrowska, Miss Polonia 1958, która wyjechała do USA na konkurs Miss Universe i już nie wróciła do kraju, wkrótce podpisała kontrakt reklamowy z firmą Max Factor, ale kontakt ze Smolińskim utrzymywała do swojej śmierci w 2012 r. Inna przyjaciółka ze szkoły średniej to Barbara Kwiatkowska, bardzo zdeterminowana by zrobić karierę, mówiła: „Ja będę sławna! Jestem z tego samego miasta, co Pola Negri!”. Wkrótce Basię porwał film, zagrała Ewę w słynnej komedii „Ewa chce spać”, a tancerz pamięta, jak pomagał się jej stroić, gdy szła na randkę z Romanem Polańskim, swoim późniejszym mężem.

Na profesjonalnej scenie Janusz Smoliński debiutował w maju 1960 r. postacią Zefira w operze „Hrabina”. Rok później wyjechał na prestiżowy staż w Teatrze Balszoj w Moskwie razem z dużo bardziej doświadczoną parą: Olgą Sawicką i Feliksem Malinowskim. Uczyli się m.in. pod okiem słynnej Olgi Lepieszyńskiej, o której mówiono, że była kochanką Stalina, a jej wpływy były nieograniczone – Sawickiej załatwiła telewizor, a mamie Janusza sprezentowała lodówkę, co było wówczas nie lada osiągnięciem. Także w 1961 r. Smoliński wziął udział w II Ogólnopolskim Konkursie Tańca Scenicznego w Warszawie, zdobywając II nagrodę wśród zawodowców w kategorii solistów. Trzy lata później doszedł do półfinału Międzynarodowego Konkursu Baletowego w Warnie, gdzie m.in. tańczył wariację z I aktu „Jeziora łabędziego” i Księcia Alberta z II aktu „Giselle”. Efektem tych sukcesów był awans w 1965 r. na stanowisko solisty w nowo otwartym Teatrze Wielkim oraz zgoda, by w połowie 1966 r. wyjechać na dwa sezony do Amsterdamu, gdzie tańczył w Het Nationale Ballet (Holenderskim Balecie Narodowym) jako Janusz Smolinsky. Nie wszyscy patrzyli przychylnym okiem na te podróże. Kierujący baletem Witold Gruca, nazywany „Matką Grucową”, zablokował Smolińskiemu podwyżkę, kiedy ten przyjechał do Polski na występy, twierdząc, że większe honorarium mu się nie należy, bo nawet „majtki ma zagraniczne”.

Cały tekst do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.