Różnorodność znaczy zysk

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

TEST KAMPANII PRZECIW HOMOFOBII

fot. KPH

Z Miłoszem Przepiórkowskim, specjalistą ds. partnerstw strategicznych w Kampanii Przeciw Homofobii, rozmawia Anna Mikulska

Anna Mikulska, KPH: Inkluzywność się opłaca?

Zawsze się opłacała, ale przez długi czas nie była w Polsce brana pod uwagę. Kiedyś firmy miały powiedzenie: „Akceptujemy wszystkich, nie obchodzi nas, kto co robi w łóżku”, ale to nie przekładało się na rzeczywistość. Osoby pracownicze LGBT+ nie czuły, że mogą otwarcie mówić o swoim związku. Teraz to się zmienia. Firmy faktycznie coraz bardziej stawiają na inkluzywność i edukują się w tym zakresie.

Kiedy zaczęła się ta zmiana?

Myślę, że to kwestia ostatnich dziesięciu, może piętnastu lat. Zaczęło się od międzynarodowych korporacji, ale część polskich przedsiębiorstw szybko postanowiła włączyć się w ten proces. Nadrabiamy to, co miało miejsce np. w USA jeszcze w latach 90.

Tyle, że nierzadko to działania na pokaz. Coraz częściej słyszymy o  tzw. pinkwashingu czy rainbow washingu. Czym te zjawiska dokładnie są?

Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie – firma jubilerska z okazji Miesiąca Dumy wypuszcza serię pride’- owych bransoletek, ale nie idzie za tym nic więcej. To działanie nastawione na czysty zysk, a  nie forma wsparcia. Inna korporacja zmienia w czerwcu logo firmy na tęczowe, ale nie wprowadza procedur przeciwdziałania bi-, trans- czy homofobii. W  niektórych krajach taka „solidarność” po prostu dobrze wygląda, ale nie przyczynia się do poprawy sytuacji osób LGBT+.

Jak wobec tego odpowiedzialnie budować inkluzywność w  swojej firmie i wspierać osoby queerowe?

Firmy, które tworzą np. kampanię reklamową wokół LGBT+, muszą pamiętać, że to bardzo delikatny temat. Jako KPH jesteśmy po to, żeby pomóc – możemy skonsultować taki plan kampanii i  dzięki temu nasz partner ma pewność, że będzie to zrobione z  wyczuciem. Prowadzimy także szereg szkoleń – zauważyłem, że wiedza na temat społeczności queer wzrosła, jednak braki wciąż są bardzo duże. Swoje szkolenia z  inkluzywnego języka zawsze zaczynam od rozwinięcia akronimu LGBTQIA i  często okazuje się, że już po L i G zaczynają się schody. KPH organizuje także szkolenia intersekcjonalne, to znaczy takie, w trakcie których mówimy nie tylko o osobach LGBT+, ale też o osobach neuroróżnorodnych czy z  niepełnosprawnościami, co również jest niezwykle ważne.

Zdarza się, że osoby biorące udział w twoich szkoleniach boją się zadawać pytania, bo wstydzą się, że czegoś nie wiedzą albo boją się, że cię urażą?

Zawsze na początku zaznaczam, że jesteśmy w  bezpiecznej przestrzeni. Można zadawać pytania, nie zastanawiając się pół godziny nad tym, jak sklecić zdanie – mówmy tak, jak mamy to ułożone w głowie. Nikt się nie obrazi, a nauczymy się, jak można zadać takie pytanie poprawnie. Naszym priorytetem jest właśnie edukacja zespołu. Jeśli firma chwali się w  mediach społecznościowych udziałem w  Paradzie Równości – super. Najważniejszy jest jednak dobrostan osób pracujących w danej firmie. I temu właśnie służą szkolenia…

…oraz najnowszy projekt KPH – certyfikacja Inkluzywność+.

Jak najbardziej. To trzymiesięczny proces, który bazuje na współpracy między KPH, działem HR oraz tzw. Rainbow Network, jeśli firma taki zespół posiada. Na podstawie tych wspólnych działań dajemy rekomendacje i  sugerujemy dalsze działania, które poprawią poziom inkluzywności w  danym miejscu. Na koniec firma otrzymuje certyfikat. Po pierwsze, to świetna reklama dla firmy. Po drugie, badania pokazują, że różnorodne zespoły są dużo bardziej kreatywne. To z  kolei poprawia wyniki firmy i  pokazuje jasno – co już stwierdziliśmy – że inkluzywność zwyczajnie się opłaca.

Działania KPH możesz wspierać tutaj: kph.org.pl/przekaz-darowizne/. Chcesz z  nami współpracować? Napisz: biznes@kph.org.pl

 

Mateusz Trojan i Jakub Cupriak-Trojan po 7 latach batalii sądowej wygrali – są pierwszym małżeństwem jednopłciowym uznanym przez polskie państwo

Rozmowa Mariusza Kurca.

fot. Anken Berge

Mateusz: Zacznijmy może od ustalenia jednej ważnej kwestii: nie rozmawiamy o naszym życiu prywatnym, tylko o naszej sprawie – o transkrypcji.

Dobrze. Jeśli się zagalopuję, to zwróćcie mi uwagę. Od jak dawna jesteście razem?

Jakub: Poznaliśmy się w 2006 r. Parą jesteśmy od 2008 r., czyli osiemnaście lat. W 2018 r., po dziesięciu latach związku, wzięliśmy ślub. Teraz, gdy słyszę, że ktoś bierze ślub po trzech-czterech latach znajomości, często wydaje mi się, że to za szybko.

M: Mnie się też tak wydaje, ale to tylko nasze zdanie, o które nikt nie pytał. Każdy powinien mieć prawo wziąć ślub choćby i po tygodniu, bez żadnego „okresu próbnego” wymyślanego przez niektórych polityków. Oczywiście powinien też mieć prawo i możliwość rozwieść się.

Gratuluję wam ogromnego sukcesu, który w oczywisty sposób ma wpływ nie tylko na was, ale na całą polską społeczność LGBT+. Jak to wszystko wyglądało z waszej perspektywy tego historycznego dnia 14 maja, gdy zostaliście pierwszą małżeńską parą jednopłciową uznaną przez polskie państwo?

J: Dzięki. Już 13 maja dostaliśmy telefon z Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie z informacją, że transkrypcja będzie dokonana 14 maja. Zostaliśmy też zaproszeni na wręczenie odpisu aktu małżeństwa 14 maja po południu. Odpis wręczył nam prezydent Rafał Trzaskowski w swoim gabinecie, bez obecności mediów. Było to bardzo miłe i nieformalne spotkanie, trwało niecałe dwadzieścia minut. Na spotkaniu była też wiceprezydentka Warszawy Aldona Machnowska-Góra, której podlega Urząd Stanu Cywilnego, oraz posłanka Dorota Łoboda z Koalicji Obywatelskiej. Dokument wygląda tak jak wszystkie odpisy aktów małżeństwa wydawane na dotychczasowych wzorach – zawiera rubryki „kobieta” i „mężczyzna”. Wbrew temu, co piszą niektóre media, nie można wybrać, która z osób będzie wpisana w której rubryce. Transkrypcja to wierne przeniesienie treści zagranicznego aktu stanu cywilnego do polskiego rejestru. Osoba wymieniona w zagranicznym akcie jako pierwsza wpisywana jest w pierwszą rubrykę, czyli w rubrykę „mężczyzna”. Osoba wymieniona jako druga wpisywana jest w rubrykę „kobieta”. Wpisywana jest też adnotacja, że dane mężczyzny wpisano w dostępne pola kobiety (lub odwrotnie) ze względu na ograniczenia techniczne.

Co ciekawe, w naszym nowym polskim akcie małżeństwa nie ma informacji o naszym stanie cywilnym. W drodze transkrypcji wpisuje się tylko te dane, które znajdowały się w oryginalnym akcie. Ponieważ w naszym niemieckim akcie małżeństwa nie jest wpisany stan cywilny, informacja ta nie znalazła się też w naszym polskim akcie. W ten sposób udało się uniknąć określeń niedopasowanych do naszej sytuacji, czyli „żonaty” lub „zamężna”. Wpisanie innego słowa, na przykład „zamężny”, nie jest możliwe, bo nazwy poszczególnych stanów cywilnych wymienione są w ustawie – Prawie o aktach stanu cywilnego. Określenie „zamężny” się tam nie znajduje, a więc nie można go użyć.

Czy to jest pierwszy wasz wywiad w sprawie transkrypcji?

J: Nie pierwszy, ale jeden z niewielu. Dostajemy zapytania w sprawie wywiadów, ale z braku czasu nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie pozytywnie. Być może dzięki naszej sprawie udało nam się przejść do historii, ale nie na emeryturę – codziennie normalnie chodzimy do pracy. Musimy zatem ograniczyć się do mediów, które są ważne dla naszej społeczności, tak jak „Replika”. Rozmawiamy też z mediami związanymi z kościołem ewangelickim – ja jestem ewangelikiem i zależy mi na poruszeniu kwestii małżeństw osób tej samej płci na forum kościelnym, żeby w polskich kościołach ewangelickich wreszcie rozpoczęła się dyskusja na ten temat.

Dotychczas nie udzielaliśmy się w mediach także dlatego, by nie formułować za ich pośrednictwem oczekiwań wobec przebiegu sprawy. Właściwym miejscem na wyrażanie takich oczekiwań jest sala sądowa i pisma procesowe. Teraz, po transkrypcji, nasze podejście niewiele się zmieni, bo cel został już osiągnięty. Już po zapadnięciu wyroku TSUE z listopada zeszłego roku, gdy Ministerstwo Cyfryzacji przedstawiło w styczniu swój pomysł wpisywania danych obu osób tej samej płci w jedną rubrykę po ukośniku i pozostawienie drugiej rubryki pustej, ja zrobiłem wyjątek i zdecydowałem się na kilka krótkich wypowiedzi dla mediów, żeby skrytykować ten pomysł.

M: A oprócz tego milczymy, bo nie jesteśmy aktywistami, działaczami, influencerami czy celebrytami i chcielibyśmy jednak zachować możliwie dużo prywatności. I tak nieco jej poświęciliśmy, dla dobra sprawy.

Mimo wszystko dzięki tej sprawie trochę staliście się aktywistami, ale rozumiem wasze podejście. Ślub wzięliście w Berlinie. Dlaczego tam?

J: Wybraliśmy Urząd Stanu Cywilnego w berlińskiej dzielnicy Neukölln, bo w tym urzędzie jest przechowywany mój niemiecki akt urodzenia. Mam dwa akty urodzenia, bo mam też dwa obywatelstwa – niemieckie i polskie. Dzięki temu, że ślub był w tym samym urzędzie, nie musiałem przedkładać żadnych dokumentów oprócz dowodu osobistego. Mateusz musiał zaś dostarczyć swoje dokumenty z Polski: odpis zupełny aktu urodzenia, zaświadczenie o stanie cywilnym i zaświadczenie o adresie zamieszkania. Poza tym urząd mieści się w neogotyckim budynku dawnego szpitala ewangelickiego, a sala ślubów w dawnej kaplicy tego szpitala, więc kwestie estetyczne też miały pewne znaczenie.

M: Względy estetyczne oczywiście są ważne, ale jak widać pierwszorzędne znaczenie miały względy pragmatyczne. Bo my chyba jesteśmy dość pragmatyczni i racjonalni.

Względy były estetyczne, pragmatyczne – i może też symboliczne dla ciebie, Jakubie? Skoro mówimy o kaplicy ewangelickiej?

J: Nie, to nie jest przestrzeń sakralna. Z ewangelickiego punktu widzenia budynek kościoła czy kaplicy ma przede wszystkim funkcję użytkową.

Kiedy złożyliście wniosek o transkrypcję i jak wyglądała dalsza droga przez polskie sądy?

J: Wniosek o transkrypcję złożyliśmy w 2019 r. w warszawskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Dostaliśmy odmowę, od której odwołaliśmy się do Wojewody Mazowieckiego. Wojewoda również odmówił nam wpisu. Decyzję wojewody zaskarżyliśmy do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA) w Warszawie, a wyrok tego sądu – podtrzymujący odmowną decyzję wojewody – do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Od początku postępowania twierdziliśmy, że do naszej sprawy ma zastosowanie prawo Unii Europejskiej. Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z pytaniem o interpretację tego prawa. Po jej uzyskaniu (wspominane już orzeczenie TSUE z 25 listopada 2025 r. – przyp. red.) NSA 20 marca 2026 r. orzekł, że nasze małżeństwo powinno zostać wpisane do polskiego rejestru stanu cywilnego. Całe postępowanie trwało w sumie siedem lat. Najdłużej czekaliśmy na wyznaczenie terminu rozprawy przez NSA – trzy lata. Polskie sądy są naprawdę nadmiernie obciążone dużą liczbą spraw.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Kacper Nowicki – 23-letni aktywista z Poznania i asystent europosła Krzysztofa Śmiszka szybko wyrasta na największą nadzieję queerowej lewicy

Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Krzysztof Lichonczak

 

Rozpoznawalność w sieci przyniosło ci publiczne kontrowanie kłamstw Patryka Jakiego i Tobiasza Bocheńskiego, którzy jeżdżą po uczelniach z akcją „Zmień nasze zdanie”. Jak im idzie konwertowanie lewicowych studentów_ek na prawicowych wyborców_czynie?

Nie idzie im wcale; polscy studenci i studentki są odporni na bzdury, bo mają dostęp do internetu. Znają też dobrze demagogię PiS, ponieważ przez osiem lat byli częścią polskiego systemu edukacji, odczuwając na każdym jego szczeblu działania homofobicznego, prawicowo-populistycznego rządu. W momencie, gdy staje przed nimi pan Patryk Jaki – a więc wiceminister tamtego rządu – trudno liczyć z ich strony na wielkie zrozumienie. Zwłaszcza że jego akcja nie jest żadną nową jakością w marketingu politycznym, ale małpowaniem Ameryki.

Małpowaniem m.in. inicjatywy Charliego Kirka, który jednak jeździł głównie na niewielkie uniwersytety, gdzie publiczność była jakby bardziej przyjazna prawicy.

Nazywam Jakiego „Kirkiem z Temu”, bo jego działalność to amatorska podróbka Kirka. Razem z Bocheńskim przeliczyli siły na zamiary, wydawało im się, że pojadą sobie na lewicowy Uniwersytet Warszawski i swoim geniuszem przekonają ludzi tam studiujących do głosowania na PiS. No nie, to tak nie działa. Kirk miał o wiele więcej rozumu, bo nie dość, że docierał na te bardziej „ruralne” obszary USA, to jeszcze faktycznie z młodymi ludźmi rozmawiał, czego Jaki z Bocheńskim nie robią. Oni przychodzą przemawiać.

Czy jednak ich akcja nie jest w jakiś sposób skuteczna? Rozmawiamy w momencie, gdy obaj politycy odwiedzili 24 uczelnie lub kampusy, gdzie wykładali przez 72 godziny. W dodatku robią oni na socialach niezłe zasięgi i dają (ostatnio tylko reaktywnemu) PiS narracyjny tlen.

Śmiem twierdzić, że w sondażach nie widać „efektu Jakiego” (tuż przed naszym wywiadem CBOS opublikował badanie, w którym PiS po raz kolejny miał mniej niż 20% – dop. red.). W dodatku by dostrzec, że na takie spotkania nie przychodzą wcale tysiące młodych ludzi nie trzeba, jak ja, na nie jeździć. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia w social mediach. Przeważają tam osoby w starszym wieku, z wpiętymi w ubranie znaczkami Nawrockiego i „Gazety Polskiej”. Jasne, studenci też się pojawiają, ale nie jest tak, że Prawo i Sprawiedliwość zawładnęło nagle umysłami młodzieży! Polecam zresztą porównać zasięgi materiałów Jakiego na mój temat i moich na temat Jakiego – wygrywam z nim kilkudziesięciokrotnie. Tu naprawdę nie ma żadnego fenomenu.

Czy queerowa społeczność może w ogóle czuć się bezpiecznie wśród zwolenników Jakiego? W rozmowie z TVN24 wspomniałeś studenta, który został przez tłum wyszydzony za swój wysoki głos oraz chłopaka, którego zwyzywano za długie włosy.

To efekt wieloletniej działalności PiS, które próbuje doprowadzić do mordów osób LGBT+ na polskich ulicach. Mam świadomość wagi, jakie niosą moje słowa, ale uważam, że powinny się one znaleźć w wywiadzie. Bo ja naprawdę widziałem tych starszych, przesiąkniętych propagandą ludzi, którzy przychodzą na partyjne spotkania; byłem przez nich popychany, rzucali w moją stronę homofobiczne żarty, krzyczeli: „Spierdalaj, pedale!”.

Nie boisz się takich komentarzy? Pytam również dlatego, że gdy w 2020 r. – w wieku 18 lat – spacerowałeś z ówczesnym chłopakiem w okolicach poznańskiego Dworca Zachodniego, to najpierw usłyszeliście słowa: „pedały”, „kurwy” i „jebać was”, a następnie napastnik ruszył w waszą stronę z nożem.

Tak, wtedy to było straszne… Ale dziś się nie boję. Podkreślam także, że była to jedyna taka sytuacja w moim życiu. Nadal uważam Poznań za najbezpieczniejsze polskie miasto dla osób queerowych, którym chciałbym powiedzieć jedno: jeżeli w waszej miejscowości nie jest bezpiecznie – uciekajcie. Nie jest bohaterstwem wytrwać na peryferiach, żyjąc w szafi e i przerażeniu. W Polsce są wielkomiejskie enklawy, w których osoby LGBT+ mogą czuć się względnie bezpiecznie. Warto się do nich przeprowadzić, a nie zastanawiać się całe życie, czy idąc za rękę z chłopakiem dostaniemy nóż pod żebra. Na piramidzie nienawiści Gordona Allporta jesteśmy na czwartym z pięciu stopni: przemocy fi zycznej. Ostatnim jest fi zyczna eksterminacja. Niepokoi mnie więc, że na spotkaniach polityków PiS z „młodzieżą” panuje pogromowa atmosfera. Zachęcam zresztą wszystkich, żeby włączyli sobie transmisję mojej półtoragodzinnej polemiki z Patrykiem Jakim – reakcja tłumu budzi bardzo określone, historyczne skojarzenia. Dodam, że nie poszedłem tam jako gej, ale jako student, który nie zgadza się z populistyczną prawicą.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Znakomita aktorka Joanna Żółkowska opowiada m.in. o swym sąsiedzie sprzed pół wieku – Mironie Białoszewskim

Rozmowa Rafała Dajbora

mat. pras.

Już przez telefon, gdy umawialiśmy tę rozmowę, zastrzegła pani, że wywiad może się nie udać, bo orientacja seksualna kolegów, koleżanek, reżyserów nigdy nie miała dla pani żadnego znaczenia. Dość często słyszę to zastrzeżenie przy okazji wywiadów dla „Repliki”. Czy środowisko artystyczne było i jest naprawdę aż tak akceptujące? A może jest w tej postawie jednak jakiś… wstyd?

Jeśli o mnie chodzi, to – już nie przez telefon – mogę potwierdzić, że dla mnie nigdy nie miało to żadnego znaczenia i nie z powodu wstydu. Mam wrażenie, że tak naprawdę – jak w wywiadzie dla „Repliki” przyznał Jurek Radziwiłowicz – znaczenie miał i ma talent. I oczywiście to, jakim ktoś jest człowiekiem, kolegą. Jeśli ktoś jest fajnym kolegą, a do tego utalentowanym artystą, to dlaczego jego orientacja seksualna miałaby być jakąkolwiek „sprawą”? Moim zdaniem, ci wszyscy, którzy panu tak mówią podczas wywiadów – mówią szczerze. Ja w każdym razie jestem w tym naprawdę szczera.

I rzeczywiście nie pamięta pani, by wobec aktora, o którym wiadomo było, że jest gejem, zdarzyło się w środowisku jakiekolwiek homofobiczne zachowanie?

Niczego takiego nie byłam świadkiem, a pracowałam naprawdę z wieloma kolegami gejami.

Wrócę oczywiście jeszcze do tematu niektórych z nich, ale chciałbym zacząć od „pieca”, czyli od momentu, w którym po raz pierwszy zetknęła się pani z istnieniem homoseksualizmu. Maria Pakulnis przyznała, że poznała to zjawisko dopiero jako w pełni już dorosła studentka PWST. A jak było w pani przypadku?

Ja wiedziałam o tym wcześniej, już w okresie licealnym. Miałam kolegę, o którym wiedziało się „że jest”. Był utalentowany artystycznie i to aktorsko, udzielał się w szkolnym kole teatralnym, miał zwłaszcza talent komediowy. I to nie było tak, że ktoś stwierdził, że ów kolega „jest”. To się po prostu wyczuwało. Na przykład wolał przebywać w towarzystwie dziewczyn niż chłopaków i dało się odczuć, że między nim a dziewczynami jest zupełnie inna chemia niż wtedy, gdy z dziewczynami przebywa chłopak hetero. Dodam od razu, że ostatecznie nie został on zawodowym aktorem.

Przejdźmy zatem z liceum do warszawskiej PWST. Jednym z pani pedagogów był tam biseksualny Jerzy Kaliszewski. Powiem pani coś ciekawego. Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla „Repliki” przyznała, że odbierała go jako nudnawego starszego pana, od którego niczego się nie nauczyła, a Jan Peszek, także w rozmowie z „Repliką”, powiedział, że wszystko, co najlepsze w swoim aktorstwie zawdzięcza właśnie profesorowi Kaliszewskiemu. Do kogo z nich pani bliżej?

Do Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, niestety. Mówię „niestety”, bo wolałabym każdego z moich profesorów wspominać jako świetnego i osobiście dla mnie ważnego. Ale tak nie jest. W tamtym czasie byłam młoda, zadziorna, szukałam podobnych sobie. Bliżej było mi do takich profesorów, jak Aleksander Bardini czy Ignacy Gogolewski. Profesor Jerzy Kaliszewski był bardzo eleganckim, stonowanym starszym panem, ale nie był nauczycielem, który mógł mnie wtedy zafascynować.

Porozmawiajmy o pani debiutach. Jednym z pierwszych z przedstawień Teatru Telewizji z pani udziałem był spektakl „Ruch jednokierunkowy” Armanda Salacrou w reżyserii Jerzego Surdela (1973). Grał w nim Hugo Krzyski. Aktor, o którym Jan Peszek opowiadał, iż wręcz lubował się w jawnym okazywaniu swojego homoseksualizmu.

Wie pan co, wychodzi na to, że chyba byłam w tamtych czasach zbyt zajęta sobą, swoimi rolami, pracą – i w ogóle się wokół siebie nie rozglądałam. Znałam oczywiście pana Hugona Krzyskiego i nie miałam zielonego pojęcia, że był homoseksualny!

Ale o Andrzeju Nardellim, z którym grała pani w swoim debiucie fi lmowym, czyli „Szklanej kuli” w reżyserii Stanisława Różewicza (1972), chyba już pani wiedziała?

A skądże! Nie wiedziałam! Ależ ciekawych rzeczy się od pana dowiaduję! Uprzedzałam pana, że to będzie trudny wywiad.

Więc żeby go trochę ułatwić, przeskoczmy do Teatru Powszechnego w Warszawie, w którym występowała pani przez kilka dekad. W teatrze tym przez lata pracował także Edmund Fetting. O nim chyba pani wiedziała?

Tak, oczywiście, wiedza o tym, że Edmund Fetting jest homoseksualny, była w środowisku aktorskim powszechna. Między mną a Fettingiem nigdy nie nawiązała się szczególnie bliska przyjaźń, należeliśmy przecież do zupełnie różnych pokoleń. Pan Edmund był człowiekiem skrytym, nieskorym do okazywania emocji, eleganckim, ale przy tym bardzo sympatycznym. Ja go po prostu lubiłam. Mieliśmy w przedstawieniu „Spiskowcy” na podstawie „W oczach zachodu” Conrada dwójkową scenę i wspominam tę współpracę bardzo dobrze. O, coś jeszcze sobie przypomniałam. Pracując w Teatrze Powszechnym, znaleźliśmy się razem w obsadzie Teatru Telewizji „Nie do obrony” w reżyserii Jurka Gruzy. Pan Edmund po próbie woził mnie na nagrania do telewizji swoim samochodem. Do dziś pamiętam, że ten samochód był zachodni, czerwonego koloru i niesłychanie zadbany, elegancki – tak samo, jak jego właściciel. Niestety już nie pamiętam, jakiej był marki.

To ja podpowiem – Witold Sadowy, nota bene swoisty rekordzista, który dokonał coming outu w wieku stu lat. Mówił mi kiedyś, że w pewnym czasie w Warszawie były tylko dwa takie czerwone samochody – jeden Fettinga, a drugi jego. Sadowy pamiętał oczywiście markę – był to Citroën. Porozmawiajmy teraz o Krzysztofi e Kolbergerze…

Kolejny przypadek kogoś, o kim nic latami nie wiedziałam. Studiowałam przecież z Krzyśkiem, a o jego orientacji seksualnej dowiedziałam się bardzo późno. W szkole, patrząc na niego, w życiu nie pomyślałabym, że Krzysiek może być gejem. Nawet się tym zdziwiłam. Wychodzi na to, że byłam jakaś totalnie nieuważna.

Zarówno Edmund Fetting, jak i Krzysztof Kolberger byli amantami, w których podkochiwały się widzki. Czy pani zdaniem właśnie dlatego tak ukrywali swoją homoseksualną tożsamość? Bali się utracić kobiecą widownię? Bo przecież to ukrywanie się musiało być dla nich niekomfortowe.

Z pewnością było. Ukrywanie przed światem jakiejś ważnej części samego siebie zawsze jest bardzo trudne. Nie umiem powiedzieć, czy ukrywali swój homoseksualizm dlatego, by nie stracić widzek, ale podejrzewam, że mogło tak być.  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Wieloletni partner aktora Edmunda Fettinga (1927-2001) do tej pory był anonimowy. Portret 85-letniego dziś tancerza – Janusza Smolińskiego

26 czerwca JANUSZ SMOLIŃSKI skończy 85 lat. W zeszłym roku otrzymał prestiżową nagrodę Perły Tańca przyznawaną za wybitne osiągnięcia baletowe, ale w Polsce pamięć o jego dokonaniach ogranicza się do niewielkiej grupy osób, które widziały go na scenie w latach 60. i 70., kiedy był pierwszym solistą Teatru Wielkiego w Warszawie. Od ponad pół wieku mieszka w Barcelonie, ale kontaktu z krajem nigdy nie stracił. Tylko nieliczni wiedzą, że to on jest anonimowym partnerem, który pojawia się w tekstach o EDMUNDZIE FETTINGU, jednym z najpopularniejszych aktorów okresu PRL-u.

fot. Edward-Hartwig

Kiedy w zeszłym roku podczas pobytu w Hiszpanii poznałem Janusza Smolińskiego, byłem zachwycony jego barwnymi opowieściami, a jednocześnie zaskoczony, jak wiele pamiątek z Polski znajduje się w jego barcelońskim mieszkaniu. Dość powiedzieć, że zachował się nawet zielony ręcznik z logo Teatru Wielkiego, który tancerze otrzymywali w latach 60. na rozpoczęcie sezonu. Pełno tam także świadectw sukcesów Smolińskiego, a na honorowym miejscu wisi na ścianie strona z tanecznego kalendarza wydanego pod koniec lat 70. przez Krajową Agencję Wydawniczą. W innym miejscu widnieje oprawiony znaczek Poczty Polskiej, na którym widać tancerza z jego partnerką sceniczną Marią Surowiak. O ten znaczek była zresztą niemała afera – będący u szczytu swojej kariery Stanisław Szymański (nazywany powszechnie „Stachą”) złościł się i żądał wyjaśnień, był oburzony, że to nie on został uwieczniony, tylko jakiś młokos.

Rok 1960, kiedy Smoliński ukończył szkołę baletową i został przyjęty do zespołu Opery Warszawskiej, to czas, gdy taniec klasyczny był w dużej mierze zdominowany przez homoseksualnych mężczyzn. Triumfy święcili wówczas Szymański i Witold Gruca, ale ważną postacią był także starszy od nich Witold Borkowski, debiutujący jeszcze przed wojną. Smolińskiego uczył Mieczysław Jankowski, wieloletni ukochany Jerzego Waldorff a, ale prawda jest taka, że był słabym tancerzem i jeszcze gorszym pedagogiem, swoją pozycję w dużej mierze zawdzięczał wpływowemu partnerowi. Do tego trzeba dodać Gerarda Wilka i Wojciecha Wiesiołłowskiego, którzy także zaczynali wtedy swoje kariery. Z Gerardem Smoliński chodził do szkoły. Przyszły wulkan seksu miał pryszcze na twarzy i wcale mu się nie podobał, ale zaprzyjaźnili się na całe życie. Z kolei Wiesiołłowski („Niunia Wiesiołłowska”) był niezwykle ambitny, zawsze chciał wypadać najlepiej, dlatego nie lubił tańczyć razem ze Smolińskim, bo wizualnie w zestawieniu wypadał słabiej, wydawał się mniejszy i niżej skaczący.

Majtki z zagranicy

Każdy życiowy etap to inni ludzie i inne opowieści. Przez szkołę baletową przewinęło się mnóstwo osób, w tym Zuzanna Cembrowska, Miss Polonia 1958, która wyjechała do USA na konkurs Miss Universe i już nie wróciła do kraju, wkrótce podpisała kontrakt reklamowy z firmą Max Factor, ale kontakt ze Smolińskim utrzymywała do swojej śmierci w 2012 r. Inna przyjaciółka ze szkoły średniej to Barbara Kwiatkowska, bardzo zdeterminowana by zrobić karierę, mówiła: „Ja będę sławna! Jestem z tego samego miasta, co Pola Negri!”. Wkrótce Basię porwał film, zagrała Ewę w słynnej komedii „Ewa chce spać”, a tancerz pamięta, jak pomagał się jej stroić, gdy szła na randkę z Romanem Polańskim, swoim późniejszym mężem.

Na profesjonalnej scenie Janusz Smoliński debiutował w maju 1960 r. postacią Zefira w operze „Hrabina”. Rok później wyjechał na prestiżowy staż w Teatrze Balszoj w Moskwie razem z dużo bardziej doświadczoną parą: Olgą Sawicką i Feliksem Malinowskim. Uczyli się m.in. pod okiem słynnej Olgi Lepieszyńskiej, o której mówiono, że była kochanką Stalina, a jej wpływy były nieograniczone – Sawickiej załatwiła telewizor, a mamie Janusza sprezentowała lodówkę, co było wówczas nie lada osiągnięciem. Także w 1961 r. Smoliński wziął udział w II Ogólnopolskim Konkursie Tańca Scenicznego w Warszawie, zdobywając II nagrodę wśród zawodowców w kategorii solistów. Trzy lata później doszedł do półfinału Międzynarodowego Konkursu Baletowego w Warnie, gdzie m.in. tańczył wariację z I aktu „Jeziora łabędziego” i Księcia Alberta z II aktu „Giselle”. Efektem tych sukcesów był awans w 1965 r. na stanowisko solisty w nowo otwartym Teatrze Wielkim oraz zgoda, by w połowie 1966 r. wyjechać na dwa sezony do Amsterdamu, gdzie tańczył w Het Nationale Ballet (Holenderskim Balecie Narodowym) jako Janusz Smolinsky. Nie wszyscy patrzyli przychylnym okiem na te podróże. Kierujący baletem Witold Gruca, nazywany „Matką Grucową”, zablokował Smolińskiemu podwyżkę, kiedy ten przyjechał do Polski na występy, twierdząc, że większe honorarium mu się nie należy, bo nawet „majtki ma zagraniczne”.

Cały tekst do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Roman Kościański i Jan Kristensen zawarli związek partnerski 9 czerwca 1990. Gdzie? W Danii – jedynym kraju świata, w którym wówczas było to możliwe

Rozmowa Mariusza Kurca

fot. Søren Weile

(Rozmawiamy po polsku, bo Jan rozumie polski. Gdy proszę go o wypowiedzi, mówi po angielsku).

Związek partnerski zawarliście w kopenhaskim Ratuszu 9 czerwca 1990 r. – za chwilę będziecie świętować 36. rocznicę. Dania była pierwszym krajem na świecie, który wprowadził instytucję prawną związku partnerskiego dla par jednopłciowych – począwszy od 1 października 1989 r. Skorzystaliście z tych przepisów osiem miesięcy później. Roman, ty być może jesteś swego rodzaju rekordzistą. Ciekawe, czy znajdzie się Polak lub Polka, który ma dłuższy staż w sformalizowanym związku jednopłciowym.

Roman: Może nie jestem rekordzistą, ale możliwe też, że jednak byłem tym pierwszym…

Po Danii drugim krajem była Norwegia, ale dopiero cztery lata później – w 1993 r. A gdybyście chcieli zawrzeć związek partnerski w Polsce, to czekalibyście do dziś.  

R: Śledzimy te wygibasy rządzącej koalicji – zarówno w kwestii projektu ustawy o statusie osoby najbliższej, jak i transkrypcji aktów ślubu. Jesteśmy tym żywo zainteresowani, bo również chcielibyśmy uregulować nasz związek w Polsce. Czytałem niedawno, że jeden z pomysłów jest taki, by każda para przechodziła tę samą drogę sądową, co ci pierwsi panowie. Paranoja!

Jak to było wtedy, 9 czerwca 1990 r.?  

R: Pamiętamy to dokładnie, duże wzruszenie, radość i nadzieja na normalne życie. Nie myśleliśmy wtedy, że ten nasz dzień jest również początkiem lawiny, która przetoczy się przez kawał świata. Nasz ślub wyglądał o wiele skromniej niż śluby, z których zdjęcia widujemy teraz w mediach. W Polsce – nawet jeśli sam ślub ma miejsce za granicą – jest bardziej spektakularnie, szyje się odświętne stroje i tak dalej. W Danii bywa spokojniej. Jest mniej pompy, a więcej luzu.

Jan: Moi przyjaciele zorganizowali małe przyjęcie. Były obrączki, które jakiś czas później wymieniliśmy na lepsze i nosimy je do dziś. I to tyle. Nawet nie wiem dokładnie, gdzie mamy kilka zdjęć z tamtego wieczora.  

R: Ja wiem.

W 2012 r. Dania wprowadziła równość małżeńską. Rozumiem, że nie zamieniliście wtedy waszego związku partnerskiego na małżeństwo, tak?  

R: Nie zamieniliśmy, bo nie mieliśmy takiej potrzeby. Prawa już i tak mieliśmy identyczne (związki partnerskie mają w Danii prawo do adopcji dzieci od 2010 r. – przyp. red.), małżeństwa jednopłciowe zawierają raczej ludzie bardziej wierzący, niektórzy biorą ślub w kościele, bo też jest to możliwe.

Nie myśleliście o dzieciach?  

R: Gdy adopcja stała się możliwa, obaj byliśmy już zapracowanymi mężczyznami w średnim wieku, mnie ciągle nie było w domu – przeciętnie latałem w delegację dwa lub trzy razy w miesiącu. Posiadanie dziecka przez parę gejów to była wtedy wielka nowość, dziś już jest inaczej. Wielu naszych znajomych gejów pobrało się dopiero w wieku dojrzałym po rozwodach, utrzymują kontakty rodzinne nie tylko z żonami, ale też opiekują się wnukami.

Kiedy i jak się poznaliście?  

R: Tu w Kopenhadze w 1987 r. – przez wspólnych przyjaciół, małżeństwo, które postanowiło nas zeswatać. Wręcz naciskali, że powinniśmy się poznać.

Romanie, jak znalazłeś się w Kopenhadze w 1987 r., czyli jeszcze w czasach PRL-u?  

R: W Kopenhadze znalazłem się już w marcu 1986 r., bo dostałem dziewięciomiesięczne stypendium z duńskiego ministerstwa edukacji – a dokładniej, znalazłem się na Duńskim Uniwersytecie Technicznym w Lyngby niedaleko Kopenhagi. W tym czasie byłem już adiunktem na Politechnice w Poznaniu. Współpraca z uniwersytetem trwała przez kolejne trzy lata, każdego roku byłem w Danii przez parę miesięcy. W Danii robiłem badania, wracałem do Poznania, uczyłem studentów, następnie znów jechałem do Danii, prezentowałem wyniki badań i tak dalej. A w sierpniu 1987 r. poznałem Jana.

Czym się w ogóle zajmujesz?  

R: Już jesteśmy obaj na emeryturze, ale zajmowałem się wieloma rzeczami. Jestem geofizykiem. Skończyłem studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Tutaj w Danii na początku zajmowałem się badaniami geofizycznymi, hydrogeologicznymi a potem zanieczyszczeniami gruntów i wód podziemnych przez przemysł oraz przez odpady komunalne. Pracowałem i w administracji, i w znanej duńskiej firmie Krüger A/S (obecnie w Polsce VEOLIA) jako project manager na Europę Wschodnią. To było jeszcze przed rozszerzeniem Unii Europejskiej na kraje Europy Wschodniej. Realizowałem projekty w Polsce, Estonii, Litwie, Rosji (Kaliningradzie), Ukrainie i oczywiście w Danii. Po powodzi stulecia w Polsce w 1997 r. moja firma uczestniczyła w odbudowie zniszczonej infrastruktury miejskiej w województwie opolskim. Byłem odpowiedzialny za budowę nowej stacji monitoringu na rzece Białej. Niestety stacja ta została zniszczona ponownie przez powódź w 2024 r. Wszystkie te projekty były sponsorowane przez duńskie Ministerstwo Środowiska.

W 2001 r. zostałem wysłany przez rząd duński do zniszczonego powojennego Kosowa. Pracowałem w Tymczasowej Misji Administracji Narodów Zjednoczonych w Kosowie (UNMIK) jako senior water expert, zajmując się koordynacją projektów zasobów wód głębinowych, ich zarządzaniem oraz ochroną. W Kosowie spędziłem cały 2001 r. Od 2007 r. pracowałem w Region Sjalland (duński odpowiednik województwa – przyp. red.), dalej zajmując się badaniami, oczyszczaniem gruntów i wód podziemnych. Od początku mojego pobytu byłem członkiem Duńskiego Związku Inżynierów, ale w Region Sjalland zostałem wybrany jako mąż zaufania. Mąż zaufania w firmie w Danii to osoba wybrana przez pracowników, która reprezentuje ich interesy wobec pracodawcy, czyli prowadziłem negocjacje płacowe przy zatrudnianiu i przy kolejnych podwyżkach.

Janie, poznałeś Romana i…  

J: Zaiskrzyło od początku.  

R: Tak jest. Wprowadziłem się do Jana po miesiącu i przez następne miesiące byliśmy już razem, chodziliśmy do pracy – Jan do swojej, ja na uniwersytet, aż do wyjazdu do Polski.  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Katarzyna Puzyńska i jej seria kryminałów z lesbijką policjantką jako jedną z głównych osób bohaterskich

Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

fot. Agata Madrachowska

Tematyka LGBT+ w literaturze jest dziś popularna. Nasz dział recenzji ma pełne ręce roboty. Jednak gdy w 2014 r. ukazywał się twój debiutancki kryminał „Motylek”, było inaczej. Skąd pomysł, żeby jedna z głównych bohaterek piętnastotomowej serii „Lipowo” była lesbijką?

Szczerze mówiąc, nie wiem. (śmiech) Działam sercem – ta postać po prostu powstała w mojej głowie. Była lesbijką, bo nią po prostu była. Tak samo, jak nie rozważałam na przykład, że inna bohaterka była heteroseksualną kobietą. Poczucie, że to może być jakaś cegiełka, którą dorzucę od siebie, pojawiło się, kiedy ta postać już istniała w mojej głowie. Zdawałam sobie też sprawę, że może wywołać rozmaite emocje. Odbiór tematyki LGBT+ przez te lata bardzo się zmienił, ale hejt wciąż się zdarza. Mimo że Klementyna to chyba najpopularniejsza postać w całej tej sadze, zdarza się czasem, że komuś się nie spodoba i nadal wywołuje pewne kontrowersje. Ostatnio przypomniałam o niej przy okazji akcji charytatywnej Łatwoganga, w ramach której znane osoby goliły głowy w geście solidarności z osobami chorującymi na nowotwory. Klementyna też ogoliła głowę – dla swojej zmarłej na raka partnerki Teresy. I mimo że piszę o niej od dwunastu lat, pojawiły się komentarze, że „znowu te dewiacje” i że próbuję „starą babę wpisać w modę na LGBT+”. Sama nie wiem, co budziło większe kontrowersje – czy fakt, że Klementyna jest lesbijką, czy że jest starą lesbijką – a to jeszcze szerszy temat do dyskusji. Kiedy publikuję posty na takie tematy, mam świadomość, że wystawiam się na hejt. Wiem, że on będzie. Ale chcę to robić. Dlatego niemal w każdej mojej powieści, a 16. czerwca na rynek wchodzi moja dwudziesta piąta książka pojawia się wątek LGBT+. Nie godzę się na to, żeby nie było równości dla wszystkich. Kiedy pojawiło się w tobie takie przekonanie? Od zawsze miałaś przyjaciół LGBT+? Na etapie pisania pierwszej książki nie znałam jeszcze osobiście żadnej osoby LGBT+, a przynajmniej wówczas nie wiedziałam, że znam. Bo były też osoby, które dopiero później zdecydowały się na coming out. Po „Motylku” zaczęli do mnie pisać ludzie, którzy chcieli o tym porozmawiać. To było dla mnie bardzo ważne, bo zawsze chciałam, żeby moja praca komuś coś dawała. Dostawałam wiadomości, że dla kogoś znaczące było to, że w mainstreamowym kryminale pojawia się nieheteronormatywna bohaterka. Bo po książkę z tęczową okładką nie każdy sięgnie. A tutaj ludzie biorą kryminał, chcą poczuć dreszczyk emocji, wkręcają się w historię i nagle okazuje się, że najlepsza policjantka na komendzie jest lesbijką. Mam nadzieję, że ten wątek może pomóc oswoić kogoś z myślą, że osoby LGBT+ są po prostu wśród nas. Żyją normalnym życiem, pracują, ścigają przestępców, chodzą po tych samych ulicach. A skąd we mnie chęć zahaczania o tę tematykę? W domu o jednopłciowych relacjach nie mówiło się wprost, ale była duża akceptacja dla bycia „innym”. Mój tata działał w środowisku fi lmowym, mama pracowała w HR we francuskiej fi rmie, dziadkowie mieszkali przez długi czas za granicą. To był dość otwarty świat. Ja jako nastolatka mogłam wyglądać bardzo ekstrawagancko, punkowo i rodzicom to nie przeszkadzało. Duże znaczenie miało też właśnie środowisko punkowe, z którego się wywodzę. Tam, gdzie ja byłam, było dużo empatii: prawa zwierząt, równość, przekonanie, że wszystkim powinno być dobrze. Byliśmy młodymi ideowcami. Do dziś mam tak, że gdy widzę niesprawiedliwość, to mnie ona po prostu wkurza. Teoretycznie temat LGBT+ mnie nie dotyczy, bo należę do większości i jestem w grupie uprzywilejowanej. Ale właśnie dlatego tym bardziej uważam, że trzeba reagować. Bo dlaczego ja mam mieć jakieś prawa, a inni nie, tylko dlatego, że mam męża, a nie żonę?

Zdawałam sobie też sprawę, że może wywołać rozmaite emocje. Odbiór tematyki LGBT+ przez te lata bardzo się zmienił, ale hejt wciąż się zdarza. Mimo że Klementyna to chyba najpopularniejsza postać w całej tej sadze, zdarza się czasem, że komuś się nie spodoba i nadal wywołuje pewne kontrowersje. Ostatnio przypomniałam o niej przy okazji akcji charytatywnej Łatwoganga, w ramach której znane osoby goliły głowy w geście solidarności z osobami chorującymi na nowotwory. Klementyna też ogoliła głowę – dla swojej zmarłej na raka partnerki Teresy. I mimo że piszę o niej od dwunastu lat, pojawiły się komentarze, że „znowu te dewiacje” i że próbuję „starą babę wpisać w modę na LGBT+”. Sama nie wiem, co budziło większe kontrowersje – czy fakt, że Klementyna jest lesbijką, czy że jest starą lesbijką – a to jeszcze szerszy temat do dyskusji. Kiedy publikuję posty na takie tematy, mam świadomość, że wystawiam się na hejt. Wiem, że on będzie. Ale chcę to robić. Dlatego niemal w każdej mojej powieści, a 16. czerwca na rynek wchodzi moja dwudziesta piąta książka pojawia się wątek LGBT+. Nie godzę się na to, żeby nie było równości dla wszystkich.

Kiedy pojawiło się w tobie takie przekonanie? Od zawsze miałaś przyjaciół LGBT+?

Na etapie pisania pierwszej książki nie znałam jeszcze osobiście żadnej osoby LGBT+, a przynajmniej wówczas nie wiedziałam, że znam. Bo były też osoby, które dopiero później zdecydowały się na coming out. Po „Motylku” zaczęli do mnie pisać ludzie, którzy chcieli o tym porozmawiać. To było dla mnie bardzo ważne, bo zawsze chciałam, żeby moja praca komuś coś dawała. Dostawałam wiadomości, że dla kogoś znaczące było to, że w mainstreamowym kryminale pojawia się nieheteronormatywna bohaterka. Bo po książkę z tęczową okładką nie każdy sięgnie. A tutaj ludzie biorą kryminał, chcą poczuć dreszczyk emocji, wkręcają się w historię i nagle okazuje się, że najlepsza policjantka na komendzie jest lesbijką. Mam nadzieję, że ten wątek może pomóc oswoić kogoś z myślą, że osoby LGBT+ są po prostu wśród nas. Żyją normalnym życiem, pracują, ścigają przestępców, chodzą po tych samych ulicach. A skąd we mnie chęć zahaczania o tę tematykę? W domu o jednopłciowych relacjach nie mówiło się wprost, ale była duża akceptacja dla bycia „innym”. Mój tata działał w środowisku fi lmowym, mama pracowała w HR we francuskiej fi rmie, dziadkowie mieszkali przez długi czas za granicą. To był dość otwarty świat. Ja jako nastolatka mogłam wyglądać bardzo ekstrawagancko, punkowo i rodzicom to nie przeszkadzało. Duże znaczenie miało też właśnie środowisko punkowe, z którego się wywodzę. Tam, gdzie ja byłam, było dużo empatii: prawa zwierząt, równość, przekonanie, że wszystkim powinno być dobrze. Byliśmy młodymi ideowcami. Do dziś mam tak, że gdy widzę niesprawiedliwość, to mnie ona po prostu wkurza. Teoretycznie temat LGBT+ mnie nie dotyczy, bo należę do większości i jestem w grupie uprzywilejowanej. Ale właśnie dlatego tym bardziej uważam, że trzeba reagować. Bo dlaczego ja mam mieć jakieś prawa, a inni nie, tylko dlatego, że mam męża, a nie żonę?  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Biseksualna cispłciowa kobieta i niebinarna osoba transmęska – poznajcie małżeństwo Dominika i Marty Puczyńskich

Rozmowa Angeli Getler

fot. Marta Bogdanowicz

Czym się zajmujecie w życiu?

Marta: Pracuję w Strajku Kobiet. Właśnie zamykamy biuro, będziemy pracować tylko zdalnie i mamy urwanie głowy.

Dominik: Ja pracuję w fundacji Habitat for Humanity Poland. Głównie zajmuję się administracją, ale też rozliczam granty.

Jesteście społecznikami z zawodu, czy też z natury?

M: Od zawsze byłam zaangażowana w różne sprawy. W szkole w samorząd, a w aktywizm społeczny i prawo aborcyjne od 2016 r. Zakładałam „Szpilę”, robiłam marsze antyfaszystowskie, manify, przeróżne rzeczy queerowo-feministyczne. Było to obok pracy, aż w końcu na etat. Teraz mam dwa w jednym – pracuję i się jednocześnie udzielam.

D: Ja też z natury. Przez to, że mieszkałem wcześniej w małej miejscowości pod Wołominem, to brakowało mi jakichkolwiek queerów. Chociaż jednej osoby. Postanowiłem dołączyć do wolontariatu Parady Równości. I tak się zaczęło całe to społecznictwo. Spodobało mi się przede wszystkim, że byli tam bardzo otwarci ludzie. Można było się poczuć po prostu sobą, nie udawać przy nich nikogo. Zajmowałem się tym jednak z przerwami. Pracowałem przez jakiś czas w budżetówce i tam było dosyć trudno o otwartość na różnorodność. Gdy zacząłem się spotykać z Martą, to wróciłem do społecznictwa. Już do fundacji na etat.

Kiedy się poznaliście?

M: Trzy i pół roku temu, tu niedaleko na warszawskim Grochowie, bo Dominik mieszkał tu, a ja kawałek dalej tam.

Wpadliście na siebie, przechodząc przez ulicę?

M: Nie, na Tinderze. Poszliśmy na spacer do parku. Po tygodniu praktycznie zamieszkaliśmy razem, a po miesiącu była już

przeprowadzka na sto procent. Też przez to, że ja miałam psa, a Dominik dwa koty, więc cierpiałyby przez naszą relację, gdybyśmy spędzali czas w jednym z mieszkań. To była szybka decyzja.

Czy łatwo było mierzyć się z jej konsekwencjami?

M: Oczywiście, spinamy się czasami jak każda para, ale bardzo szybko się zżyliśmy i szybko nam ta codzienność popłynęła. Może to też wynika z tego, że jak zamieszkaliśmy razem, to byliśmy świeżo zakochani – to pomogło.

D: To była szybka, ale bardzo chciana decyzja. Zależało nam na spędzaniu jak najwięcej czasu ze sobą, chcieliśmy jak najszybciej budować wspólne życie. Od początku czuliśmy się ze sobą bardzo komfortowo, więc cała reszta wyszła naturalnie.

Marta, co ci się tak bardzo spodobało w Dominiku?

M: Przede wszystkim oboje wiedzieliśmy, czego chcemy od relacji. Z nim nie miałam poczucia, że jestem, na przykład, tylko jedną z opcji.

Dominiku, jak ty się poczułeś, gdy poznałeś Martę?

D: Na samym początku zwróciłem uwagę na to, że ona pracuje w NGO i pomyślałem: „O, w końcu ktoś konkretny!”. Chciałem poznać kogoś, kto też jest społecznie zaangażowany, ale nie dokładnie w te same rzeczy, co ja. By mieć oddzielne kawałki, a nie kisić się w aktywizmie. Potem kliknęło od rozmowy na przeróżne tematy. Jak temat zszedł na zwierzęta, to konwersacja popłynęła. Jeszcze później okazało się, że mamy podobne poczucie humoru.

Co was bawi?

M: Mamy dosyć czarne poczucie humoru. Na przykład w związku z tym, że panuje stereotyp, iż lesbijki nie chcą się umawiać z kobietami bi, ponieważ te zawsze zostawią je dla faceta. Dominik żartuje, że właśnie dlatego jest facetem.

D: To jest nasz ulubiony żart.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Maciej Grubich, aktor Teatr im. Osterwy w Lublinie i Teatru Stu w Krakowie – wywiad comingoutowy

Rozmowa Dawida Dudko

fot. Katarzyna Widmańska

To twój comingoutowy wywiad?

Na to wygląda.

Ale na okładkę „Repliki” już trafi łeś. Razem z czterdziestoma siedmioma queerowymi osobami aktorskimi (nr 119, sty/lut 2026 – przyp. red.).

Wiesz, Dawid, dziwnie było zobaczyć siebie w tym jednoznacznie queerowym kontekście. Niby dla mnie wcale nie nowym, ale jednak innym – bez chowania się za graną postacią.

Żeby było jasne – nie zostałeś przez „Replikę” wyoutowany.

Oczywiście, że nie.

Bo outować można tylko w określonej sytuacji: żeby obnażyć hipokryzję kogoś, kto poprzez sianie nienawiści zagraża podstawowemu bezpieczeństwu innych osób LGBT+.

Za moją wiedzą i zgodą wspomniał o mnie w wywiadzie inny aktor Daniel Dobosz, z którym przyjaźnimy się i znamy z teatru. Później redakcja „Repliki” zapytała, czy chciałbym znaleźć się na takiej specjalnej okładce. Odpowiedziałem: dlaczego nie.

Wobec twojej pracy scenicznej powiedziałbym o queerowej niejednoznaczności.

Przez większość dotychczasowego życia towarzyszył mi wiecznie niewypowiedziany wstyd, z którym nie bardzo wiedziałem, co zrobić. Myślałem, że nie ma innej drogi, niż dopasowanie się do otoczenia, które, jak mi się długo wydawało, za wszelką cenę oczekuje utrwalania obrazu stereotypowo silnego faceta. Ale dzięki teatrowi coś zrozumiałem: można inaczej, po swojemu.

Rozumiem to bardzo dobrze. Dla mnie przestrzenią emancypacji okazało się dziennikarstwo.

Teatr, ten najbliższy mojemu sercu – otwarty na eksperymenty, queerowanie rzeczywistości – pomógł mi wypowiedzieć pewne rzeczy na głos. Teraz na przykład na premiery w moim teatrze w Lublinie, na wschodzie Polski, zawsze zakładam spódnicę. Wierzę w aktorstwo, które służy wyzwoleniu, oddechowi. Myślę, że obaj, ty i ja, pracujemy na rzecz reprezentacji człowieka w przestrzeni publicznej.

Dopasowywanie się, mówisz. Czy to oznacza siedzenie w szafie?

Rodzina o mnie wie, chociaż nie za sprawą takiej całkowicie otwartej rozmowy. Pamiętam, gdy jako dorosły facet przyjechałem na wakacje do dziadka z moim chłopakiem, dziadek nie miał pojęcia, że jesteśmy parą. Temat został przez niego przemilczany. Zupełnie inaczej niż ze strony rodziców, którzy od razu mnie zaakceptowali.

Dzięki nim odetchnąłeś?

Tak, dziękuję im za to. Mama zachęcała mnie do otwartości. Dlatego kiedy po raz pierwszy miałem chłopaka, chciałem zaprosić go do domu, żeby poznał moich rodziców. Niby rodzina zawsze wiedziała o mojej delikatniejszej, tej kulturowo bardziej dziewczęcej stronie spod znaku „Czarodziejki z Księżyca”. Ale nikt nie zapytał wprost.

Mamy podobne doświadczenia jako niemal rówieśnicy z pokolenia milenialsów. Na etapie dorastania popkultura karmiła nas jednym obrazem geja – cierpiącego, zwykle umierającego na AIDS.

I ciągłym niedopowiedzeniem, które zdominowało nasze życie.

Zakładam, że nasi bliscy nie potrafili zapytać. Nikt ich na taką rozmowę nie przygotował.

Moja mama w końcu zaczęła dopytywać, tak na około, czy „jest ktoś”, a ja odpowiadałem, że nie ma. Zgodnie z prawdą, ponieważ pierwszego chłopaka miałem dopiero w wieku dwudziestu ośmiu lat.

Raczej późno. Dziś, doprecyzujmy, masz trzydzieści cztery lata.

Reszta rodziny też poznała mojego ówczesnego chłopaka. Nie wydawali się zaskoczeni, że nie trzymam za rękę dziewczyny.

Niektórzy się dziwią, Maciek, po cholerę nam dziś jeszcze ta cała kultura coming outu. Zawsze odpowiadam to samo: coming out przestanie być tematem, gdy społeczeństwo nie będzie z zasady zakładało heteroseksualności jako jedynej „słusznej” drogi.

Nie zawsze chodzi o coś, co jednoznacznie nazwalibyśmy homofobią. Wystarczy takie podstawowe założenie: jako chłopak musisz lubić dziewczyny, bo przecież innej opcji nie ma. Nie może być. Długo czułem, że nie spełniam niewypowiedzianego, ale jednak bardzo wyraźnego społecznego oczekiwania. Doskonale pamiętam mój pierwszy towarzyski coming out.

Najpierw sprawdzamy otwartość tych, na których ewentualne odrzucenie jesteśmy bardziej przygotowani.

Na początku studiów powiedziałem o sobie grupie i poczułem akceptację. Takie podstawowe wsparcie, dzięki któremu nie musisz bez przerwy kontrolować swoich naturalnych odruchów. Chociaż zdarzały się niezręczne dowcipy.

To znaczy?

Niekoniecznie homofobiczne. Czasem w duchu typowego macho.

Jacek Poniedziałek wspominał o homofobii w krakowskiej szkole teatralnej, którą ty również kończyłeś.

Wiele się zmieniło w tych szkołach na przestrzeni lat. Przyszła młodsza kadra profesorska, a wraz z nią inne nawyki, standardy, sposoby nauki, komunikacji. Na pewno nadal realizuje się w aktorstwie obraz hetero mężczyzny, choć może w nieco mniej konserwatywnym wydaniu. Ja do tego obrazu nigdy nie przystawałem, tylko dzisiaj nie robię sobie z tego wyrzutów.  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Kino (nie)jawne: Queerowe kody PRL-u

Z dumą przedstawiamy nasz pierwszy autorski cykl filmowy! W każdą środę czerwca nasz redaktor filmowy, Daniel Oklesiński, zaprezentuje film z okresu PRL-u. Szczególnym wydarzeniem będzie pierwszy(!) pokaz „Carmilli” od czasów oryginalnej emisji telewizyjnej w 1980 roku. Po seansie spotkanie z Izabelą Trojanowską, a samą projekcję uświetni muzyka na żywo!

STRONA CYKLU

Powszechną narracją jest że queeru w powszechnej kulturze czasów komunizmu prawie nie było. I faktycznie, postaci wprost nieheteronormatywnych jest niewiele, zazwyczaj przemykają na drugim czy trzecim planie. Jeśli jednak umiejętnie odczytamy tropy i strategie opowiadania o elgiebetach, to nagle znajdzie się kilka filmów, które wypełniają queerowe protonarracje na pierwszym planie. Przez cały czerwiec takie właśnie filmy będziemy prezentować w warszawskiej Kinotece. Obejrzymy Wojciecha Pokorę w dragu, poszukiwanie seryjnego mordercy w pomorskim miasteczku, Izabelę Trojanowską jako uwodzicielską wampirzycę oraz Gustawa Holoubka zafascynowanego młodym cyrkowcem.

Przebieranki – „Poszukiwany, poszukiwany” (1973)

3 czerwca, 20:00, po seansie rozmowa z Klarą Cykorz i Krzysztofem Tomasikiem. Kup bilety!

Najsłynniejszym przykładem przebieranek w kinie polskim jest oczywiście barejowski „Poszukiwany, poszukiwany” (1973) Stanisława Barei, w którym, w celu uniknięcia potencjalnej odpowiedzialności karnej, historyk sztuki ukrywa się jako służba domowa – Marysia (w tej roli oczywiście Wojciech Pokora). Jest ona podrywana przez facetów, ale też utrzymuje czułe stosunki ze swoją żoną, na przykład na oczach młodej dziewczyny, którą fascynują pozornie damsko-damskie zaloty. Film rozsadza, nawet jeśli nieświadomie i głównie humorystycznie, utarte konwenanse heteronormy. Bareja powróci do przebieranek w serialu „Zmiennicy”, tym razem przebierając Ewę Błaszczyk za taksówkarza. Więcej o tym i innych barejowych tęczowych wątkach pisze Rafał Dajbor w „Replice” #98 (7-8 2022) i w swoich dwóch książkach poświęconych reżyserowi.

Źródła przebieranek są oczywiście dużo starsze niż PRL, Bareja czy nawet kino – wystarczy przywołać Szekspira czy starożytną mitologię. Tylko w polskiej przedwojennej kinematografii kilka filmów bazujących na motywie kobiety udającej mężczyznę. W „Czy Lucyna to dziewczyna?” (1934) megagwiazda Jadwiga Smosarska gra dziewczynę która by obejść ojcowski zakaz pracy, zatrudnia się jako pomocnik inżyniera, oczywiście udając mężczyznę. Zdobycie pracy to także powód przebieranek w „Książątku” (1937), z kolei w żydowskiej komedii „Judeł gra na skrzypcach” Molly Picon (która zagrała później w „Skrzypku na dachu”) udaje mężczyznę ze względów bezpieczeństwa. Co ciekawe, za scenariusz tych trzech filmów odpowiada jeden człowiek, Konrad Tom.

W komunizmie, poza Bareją, przebieranki wracają najczęściej w formie komedii science fiction. Oczywistym przykładem jest Wiesław Michnikowski w „Seksmisji” (1983), ale też krótki metraż Andrzeja Wajdy na podstawie Stanisława Lema, czyli „Przekładaniec” (1968), w którym Bogumił Kobiela jako kierowca rajdowy po poważnym wypadku ratowany jest poprzez sklejanie różnych, w tym kobiecych, ciał. Za naszą południową granicę, do podobnych zamian ciał (tym razem poprzez transplant mózgów) dochodzi w czechosłowackiej komedii Václava Vorlíčka z roku 1970 pod tytułem „Jest pan wdową, proszę pana!”.

Gej musi umrzeć? „Wśród nocnej ciszy” (1978)

10 czerwca, 19:00, po seansie dyskusja z widownią. Kup bilety!

Jak pisze Krzysztof Tomasik w swojej książce „Gejerel: mniejszości seksualne w PRL-u”, osoby LGBT+ w tym okresie pojawiały się w przestrzeni publicznej przede wszystkim w kronikach kryminalnych, jako ofiary lub przestępcy godni kary śmierci. „Bury your gays” (z ang. dosłownie „pogrzeb swoich gejów”) to klisza według której jedyny możliwy sposób w jaki może zakończyć się historia queerowej postaci to właśnie jej śmierć. Ciekawie przetwarza ten motyw „Wśród nocnej ciszy” z 1978. Tadeusz Chmielewski, autor komedii takich jak „Nie lubię poniedziałku” czy „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” prezentuje tym razem swoją mroczną stronę. Na Pomorzu grasuje seryjny morderca młodych chłopców. Komisarz prowadzący śledztwo musi radzić sobie także w domu z trudną relacją z 15-letnim synem. Jedyna postać kodowana na homoseksualną w końcu umiera, choć nieoczywistym jest czy w tym przypadku to klasyczna kara za złamanie „zasad natury” czy jednak tragiczny chichot losu.

Samo hasło „bury your gays” spopularyzowało się w ostatnich dekadach w kontekście dyskusji okołofilmowych nad współczesną reprezentacją osób queerowych, w której to ciągle śmierć okazuje się zbyt częstym rozwiązaniem fabularnym (żeby wymienić seriale takie jak „Buffy: Postrach wampirów”, „Obsesja Eve”, „Supernatural” czy komedię romantyczną „Cztery wesela i pogrzeb” – zgadnijcie która z pięciu tytułowych imprez dotyczy geja). Wywodzi się ono jednak i z historii (gejom w wielu okresach historii, a i jeszcze dziś w niektórych rejonach, groziła kara śmierci czy bycie ofiarą homofobicznego linczu), ze wspomnianych kronik kryminalnych (w których najłatwiej można było usłyszeć o nieheteronormatywnych osobach), ale też z purytańskiego podejścia do kultury według którego każdą literacką, a później filmową, postać za grzechy musi spotkać odpowiednia kara. W literaturze Aschenbach umiera w finale „Śmierci w Wenecji” (1912) Tomasza Manna. Najsłynniejsze literackie samobójstwo, czyli „Cierpienia młodego Wertera” (1774) Goethego teoretycznie opowiada o hetero miłości, ale oparte jest na prawdziwej miłości autora do mężczyzny. Zarówno Goethe, jak i Mann pozwolili sobie opisać swoje męsko-męskie pragnienia pod warunkiem zabicia literackiego alter ego. Maria Modrakowska w swej emancypacyjnej lesbijskiej powieści „Anetka” z 1933 także, koniec końców, uśmierca tytułową bohaterkę.

W świecie filmu mamy chociażby niemieckie „Dziewczęta w mundurkach” z 1933 roku. Film kończy się akurat niejednoznacznie, ale literacki pierwowzór Christy Winslow wprost mówi o samobójstwie głównej bohaterki. W „Niewiniątkach” (1961), bohaterka grana przez Shirley MacLaine, zakochana w postaci Audrey Hepburn, także się zabija. Nawet późniejsze najsłynniejsze oscarowe dramaty przecierające szlaki queerowej emancypacji kończą się nieuchronną śmiercią – wymienię chociażby „Filadelfię”, „Nie czas na łzy”, „Tajemnicę Brokeback Mountain” i „Obywatela Milka”. Tym ciekawiej na tym tle prezentuje się moralna szarzyzna jaką reprezentuje „Wśród nocnej ciszy” powstałe teoretycznie w dużo bardzo opresyjnych warunkach PRL-u.

Wampirzyce-lesbijki – „Carmilla” (1980)

17 czerwca, 19:00, seans z muzyką na żywo! Po seansie spotkanie z Izabelą Trojanowską. Kup bilety!

W latach 70. horror klasy B, szczególnie europejski, został zdominowany przez wampirzyce-lesbijki. Ten motyw nie wziął się znikąd. Zanim „Drakula” (1897) zaczął podbijać wyobraźnię masowej popkultury, to właśnie „Carmilla” (1872), irlandzka powieść Sheridana le Fanu o wampirzycy uwodzącej młode dziewczęta, tworzyła pierwsze schematy w tym gatunku. Od razu stworzyła też struktury do opowiadania o queerowej czułości, a jednocześnie ukrywania jej przed bezwzględnym, purytańskim okiem. Skoro Carmilla, a potem Drakula to wampiry, potwory, to nikt o zdrowych zmysłach nie pomyśli że są cool, wzorem do naśladowania, można więc sugerować że są queerowe. Najczęściej i tak, w myśl bury your gays, czeka na nich wyłącznie osikowy kołek.

Połączmy to z rewolucją seksualną lat 60. i 70. i mamy wyjaśnienie fenomenu ekranowych lesbijek-wampirzyc, często skąpo ubranych i ochoczo uprawiających seks. Belgijskie „Dzieci nocy” (1971) inspirowane są krwawymi legendami o Elżbiecie Batory. W francuskiej „Fascynacji” (1979) Jeana Rollina uciekający złodziej trafia do pałacu zamieszkanego przez dwie biseksualne pokojówki. Trochę wcześniej wampir-gej pojawia się też, tym razem jako obiekt żartów, w brytyjskim filmie Romana Polańskiego, „Nieustraszeni pogromcy wampirów” (1967). Luźne adaptacje „Carmilli” pojawiają się we Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii.

Wydawać by się mogło, że to zbyt odważny trend dla Polski tamtego czasu, ale jednak i on dotarł do PRL-u. W 1980, w ramach Teatru Telewizji, powstała, być może najwierniejsza, adaptacja oryginalnego tekstu w reżyserii Janusza Kondratiuka. Tytułową rolę zagrała Izabela Trojanowska. Na marginesie to nie jedyny raz jak PRL-owski Teatr Telewizji przemycił queerowe tematy. W 1989 roku widzowie mogli oglądać (zaledwie 4 lata po premierze światowej!) „Normalne serce” Larry’ego Kramera – dramat o epidemii AIDS w Nowym Jorku.

Co ciekawe, nie przetrwała do dziś oryginalna oprawa muzyczna spektaklu, seans w ramach cyklu uświetni więc muzyka na żywo w wykonaniu Mateusza Dębskiego – zwycięzcy prestiżowego Transatlantyk Instant Composition Contest.

Uczeń i mistrz – „Zygfryd” (1986)

24 czerwca, 19:00, po seansie dyskusja z widownią. Kup bilety!

O „Zygfrydzie” Andrzeja Domalika (1986) nierzadko mówi się i pisze, że to jedyny gejowski film okresu PRL-u. Koneser sztuki Stefan Drawicz (Gustaw Holoubek) fascynuje się o wiele lat młodszym akrobatą z przyjezdnego cyrku (Tomasz Hudziec). Zaczyna go zapraszać do siebie, pokazuje mu swoje księgozbiory (to nie jest eufemizm!), próbuje poszerzyć horyzonty młodzieńca. Czy ta relacja pozostanie platoniczna? Ten nietypowy dramat psychologiczny jest adaptacją opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza o tym samym tytule wydanego w 1946 r. I choć to najbardziej tęczowa, przynajmniej w dosłowności, adaptacja iwaszkiewiczowskiej prozy, to bynajmniej nie jedyna. Bartosz Żurawiecki na łamach Krytyki Politycznej interpretował bratnią zazdrość z „Brzeziny” (1970) Andrzeja Wajdy w kontekście homoerotyzmu, a tytułowe „Panny z Wilka” (tekst – 1933, oscarowa ekranizacja Wajdy – 1979) to tylko przykrywka dla sześciu braci Świerczyńskich, z którymi w młodości mieszkał (i w których się podkochiwał) Iwaszkiewicz.

„Zygfryd” wpisuje się też w jeden z najstarszych wzorów męsko-męskich relacji, taki który zdominował sposób w jaki europejscy intelektualiści XIX i XX wieku, wszyscy przecież z obsesją na punkcie antyku, myśleli o męsko-męskich relacjach. W starożytnych Atenach, szczególnie w elitach, relacje homoseksualne często były narzędziem do zdobycia pozycji i przejścia w wyższe sfery. Dorosły mężczyzna, zwany erastesem, upatrywał sobie młodzieńca, który mu się podobał, eromenosa. Erastes stawał się mentorem, który zapewniał edukację i wprowadzał młodzieńca w struktury społeczne, polityczne i państwowe. Eromenos w zamian mógł być pasywną stroną w seksie, naraziłby się jednak na dyshonor, gdyby zaczął traktować swojego mentora jako partnera. 

Spopularyzowany dzięki „Sympozjonowi” Platona, przez wieki był to dominujący, przynajmniej wśród europejskiej socjety, schemat rozumienia męsko-męskich związków, i tych fikcyjnych, i prawdziwych. Oscar Wilde spotkał swego najsłynniejszego kochanka Bosiego, gdy sam miał 36 lat, a chłopak miał 20. Wspomniany Tomasz Mann „Śmierć w Wenecji” oparł na własnej obsesji względem kilkunastoletniego polskiego chłopca, którego obserwował z daleka przez całe wakacje na weneckim Lido. Dodajmy na marginesie, że w 1971 Luchino Visconti z sukcesem zekranizował nowelę, a aktor grający chłopca wzbudził taki szał w Japonii, że zapoczątkował podgatunek japońskich komiksów zwany yaoi, którego rdzeniem są właśnie męsko-męskie relacje wyróżniające się bardzo nierówną relacją władzy. Dziś częściej napotkamy relacje budowane na gruncie partnerstwa, ale postać mentora i ucznia ciągle ma się dobrze, chociażby w „Tamte dni, tamte nocy” – w nich to niby młodszy Elio pochodzi z akademickiej rodziny, ale to właśnie starszy Oliver jest odpowiedzialny za jego inicjację do dorosłego życia.

Wracając do PRL-u, poza „Zygfrydem”, motyw ten przewija się na dalszym planie w kilku produkcjach. W „Wielkiej majówce” (1981) Krzysztofa Rogulskiego głównych bohaterów na wieczór zaprasza do siebie starszy aktor, postać być może wzorowana na Nasierowskim. W „Ojcu” (1967) Jerzego Hoffmana, główny bohater zapraszany jest bezskutecznie przez amatora nagich męskich rzeźb na koniak. Ale to już faktycznie tylko epizody, w których mentor to jednoznacznie predator czyhający na niewinną młodzież. „Zygfryd” to faktycznie pierwszy film, który podchodzi do tematu mniej czarno-biało.

O „Zygfrydzie” pisał także Rafał Dajbor w „Replice” #92 (7-8 2021).

Fundacja Replika razem z warszawską Kinoteką organizuje w czerwcu przegląd „Kino (nie)jawne: queerowe kody PRL-u” w ramach którego w kolejne środy pokazane zostaną „Poszukiwany, poszukiwana”, „Wśród nocnej ciszy”, „Carmilla” oraz „Zygfryd”. Cykl kuratorowany jest przez Daniela Oklesińskiego. Każde seans poprzedzi jego prelekcja, po seansach poprowadzi on dyskusje.