Katarzyna Zillmann – Wyoutowana wioślarka ze srebrnym medalem z Tokio

Z wioślarką KATARZYNĄ ZILLMANN, zdobywczynią srebrnego medalu na tegorocznych igrzyskach w Tokio, o życiu w szafie i o coming oucie na antenie TVP, o pierwszej nastoletniej miłości i o jej obecnej dziewczynie Julii Walczak, a także o piłce nożnej i o religii, rozmawia Mariusz Kurc 

foto Emilia Oksentowicz

Kasia miała dla nas kilka godzin. Najpierw sesja foto. Z fotografką Emilią Oksentowicz i makijażystką Aleksandrą Tomczyk zaprzyjaźniła się po 2 minutach. Pozowała jak urodzona modelka, tryskając energią. Szkoda, że nie mamy miejsca w „Replice”, by pokazać wszystkie miny Kasi! Potem poszliśmy do pobliskiej knajpy na wywiad, który zamiast planowanej niecałej godziny, trwał dwie. Była pierwsza połowa września, ciepło, siedzieliśmy w ogródku, dwa razy przechodnie rozpoznali Kasię – podeszli, gratulowali. A rozmawiało się z Kasią, jak ze starą, dobrą znajomą. Zero ważenia słów, zero kokieterii – błyskawiczne reakcje, szczerość, bezpośredniość i uśmiech. Mimo że wcale nie rozmawialiśmy tylko o wesołych sprawach.

Do nas w redakcji dwie wiadomości przyszły niemal równocześnie – ta o srebrnym medalu dla waszej drużyny, pierwszym dla Polski w Tokio, i ta druga o tym, że w telewizji na żywo pozdrowiłaś swoją dziewczynę, co równało się z coming outem. Był szał.

To były niesamowite dni. Chodziłam na jakimś potrójnym haju. Liczba wiadomości, które zaraz potem zaczęłam dostawać… Siedziałam tam w Tokio i nie spałam w nocy z wrażenia. Nagle pojawiły się artykuły o tym, że prezydent mi jeszcze nie pogratulował – kosmos. Przez ostatnie 5 lat ciężko pracowałam na ten srebrny medal. Na taki rozgłos zwyczajnie nie byłam przygotowana. Gwoli ścisłości o mojej dziewczynie powiedziałam publicznie już kilka dni wcześniej w innym reportażu, ale rozumiem, dlaczego te pozdrowienia miały większą siłę rażenia i poniosły się po całej Polsce – medal to sprawił. Ludzie pisali, że żyją od 40 lat w szafie i że dziękują mi, bo dodałam im otuchy. Z jednej strony dało mi to silnego kopa do działania, a z drugiej przytłoczyło.

Wiem z twoich wywiadów, że masz za sobą, podobnie zresztą jak właściwie wszyscy z nas, ludzi LGBT+, doświadczenie siedzenia w szafie.

Oj, mam.

Opowieść o tym może bardzo pomóc dzisiejszym nastolatkom LGBT+.

Nie miałam żadnych wątpliwości odnośnie do mojej orientacji – to były od zawsze dziewczyny. Jako dziecko oczywiście nie rozkminiałam tego, ale jak tylko zaczęłam dojrzewać, gdzieś w gimnazjum, to stało się jasne.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Nick Sinckler – Wokalista, czarny gej i emigrant w Polsce

O współpracy z Kayah i o domówce z RuPaulem, o coming oucie przed rodzicami, o tym, jak w saunie poznał przyszłego męża Michała Kubasiewicza, o rasizmie i o homofobii oraz o tym, jakie pytanie najczęściej zadają mu Polacy, opowiada NICK SINCKLER, amerykański wokalista, od 14 lat mieszkający w Polsce. Rozmowa Mariusza Kurca

fot. Joanna Czarnota

„Kochaj różnym być” – zaśpiewałeś z Kayah na tegoroczny Miesiąc Dumy. Trudno o kogoś bardziej wiarygodnego do dawania takich rad – jesteś gejem, jesteś czarny i jesteś emigrantem mieszkającym w Polsce od 14 lat, więc chyba musisz „kochać różnym być”.

(śmiech) Najczęstsze pytanie zadawane mi przez Polaków to oczywiście: „Ale dlaczego przeniosłeś się z Nowego Jorku do Polski?! Dlaczego? Dlaczego?”.

Też o to zapytam, ale najpierw: jak powstała ta piosenka?

W  zeszłym roku, gdy Kayax wydał na Miesiąc Dumy album „Music 4 Queers & Queens”, pomyślałem: „Ach, jak wspaniale!”; i zaraz potem: „Ale chwileczkę – dlaczego mnie na tej płycie nie ma?”. (śmiech) Stwierdziłem, że następnym razem muszę coś zrobić i  zaprosić Kayah, którą przecież znam od lat, do zaśpiewania ze mną.

Śpiewałeś chórki na jej płycie „Skała” z 2009 r., ale teraz to pełnoprawny duet.

Śpiewałem z  Kayah mnóstwo razy na różnych koncertach – „Na językach”, „Fleciki”, „Śpij kochanie, śpij”. Poznałem Kayah w 2008 r. w programie „Fabryka gwiazd”, którego była jurorką.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Marta Warchoł – Dziennikarka TVN24

Jej urodzinowe zdjęcie z Instagrama, na którym całuje się ze swoją partnerką, rozniosło się lotem błyskawicy po wszystkich mediach. Z MARTĄ WARCHOŁ, dziennikarką TVN24, rozmawia Małgorzata Tarnowska

foto Emilia Oksentowicz

30 czerwca wrzuciłaś na swój Instagram zdjęcie, na którym całujesz się ze swoją partnerką Iwoną Widomską, producentką w TVN. Dodałaś do niego hasztag „#MiesiącDumy”. Fotka błyskawicznie rozeszła się po sieci. Uznano ją za twój coming out. Zaskoczyło cię to?

„Zaskoczyło mnie” to mało powiedziane. Do tej pory nie rozwikłałyśmy zagadki – dlaczego zdjęcie zyskało taką popularność. Nie planowałyśmy tego. Nie ukrywam, że byłyśmy w szoku, tym bardziej że do tej pory naszym życiem nikt się nie interesował.

Jeśli uważnie prześledzi się twój Instagram, to widać, że jest na nim więcej zdjęć świadczących o tym, że stanowicie z Iwoną parę. 14 lutego, na walentynki, napisałaś: „A na walentynki Iwona zabrała mnie do Kielc #LoveIsLove” i dodałaś zdjęcie, na którym się obejmujecie. Jak myślisz, dlaczego właśnie zdjęcie z pocałunkiem stało się viralem?

Może zadziałała magia Miesiąca Dumy, może za rzadko para dziewczyn dzieli się swoją miłością w  mediach społecznościowych. Zakładam, że historia po prostu się klikała. Mam wrażenie, że każdy znany mi portal napisał artykuł o naszym zdjęciu. Wszystkie teksty były życzliwe, choć ich liczba w pewnym momencie nas przerosła. Zdradzę, że nawet chwilami nas to stresowało.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Wróżbita Maciej mówi dość

„Coming out jest wręcz obowiązkiem osoby publicznej. Należy uświadamiać ludzi, że my, homoseksualiści, żyjemy wśród nich, że płacimy podatki, że pracujemy z nimi, że po prostu jesteśmy” – mówi MACIEJ SKRZĄTEK, znany w Polsce jako WRÓŻBITA MACIEJ. Rozmowa Jakuba Wojtaszczyka

foto Adam Weles

Minęły dwa miesiące od pana coming outu. Emocje opadły?

Pojawiły się spokój i radość. Ukrywanie się w szafie przez tyle lat powodowało u mnie duży stres, ponieważ wiele kobiet pisało do mnie e-maile z  wyznaniem miłości. Firmy telemarketingowe, wykorzystując ich naiwność, podszywały się pode mnie i  flirtowały z  nimi przez SMS-y. Później na moją skrzynkę spływały e-maile typu: „Kocham Macieja”, „Niech Maciej przyjedzie do mnie”, „W tej chwili chcę rozmawiać z moim misiem”. Było to po prostu męczące i nie fair w stosunku do Tomka, mojego partnera i jednocześnie asystenta, który te wszystkie wyznania miłości od kobiet w moim imieniu odbierał. Jednocześnie dochodziło też do jakiegoś absurdu, bo jestem gejem, więc jak mógłbym flirtować z kobietami?

Czy to był jedyny powód coming outu?

Tak naprawdę mój coming out nie był dla mnie szczególnym przeżyciem, ponieważ jestem w  związku z  Tomkiem od blisko 20 lat. Nasi przyjaciele, rodzina, osoby, z którymi współpracujemy, wiedzieli o nas. Nigdy się nie ukrywaliśmy. Gdziekolwiek się pojawiałem, mój partner mi towarzyszył, więc ludzie musieliby być głupi, by pomyśleć, że jesteśmy kolegami.

Jednak publiczny coming out to trochę inna sprawa, bo wpływa na zwiększenie reprezentacji i widoczności osób nieheteroseksualnych w społeczeństwie.

Ależ oczywiście! Sytuacja polityczna w naszym kraju spowodowała, że dłużej już nie mogłem siedzieć cicho. Polski rząd robi z nas Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Paweł Ziemba – Siostra z Zakonu Nieustającej Przyjemności

Z PAWŁEM ZIEMBĄ, czyli siostrą Mary Read z Zakonu Nieustającej Przyjemności, o rozdawaniu prezerwatyw, o subkulturze psiaków i ich panów, o tym, jak jest odbierany w pełnym siostrzanym rynsztunku, o 40-letniej historii Zakonu, a także o swojej 16-letniej córce rozmawia Bartosz Żurawiecki

foto Mikołaj Malczyk

Od pewnego czasu na Marszach Równości w całej Polsce możemy zobaczyć rosłą postać w czarnym albo czerwonym habicie i jasnym kornecie zrobionym z biustonosza. Z brodą i pomalowaną na biało twarzą. Kto to taki?

To moje alter ego. Siostra Mary Read z Zakonu Sióstr Nieustającej Przyjemności.

Z Siostrami Nieustającej Przyjemności zetknąłem się po raz pierwszy w Berlinie. Rozdawały prezerwatywy w klubach. Jaki jest rodowód tego świeckiego zakonu?

W Wielkanoc roku 1979 trójka artystów drag po raz pierwszy wyszła na ulice tęczowej dzielnicy San Francisco, Castro, w strojach zakonnych. Coroczne marsze Sióstry idą zresztą wciąż tą samą trasą. Tyle że dzisiaj jest nas 500-600. Być może w 1979 r. skończyłoby się na jednorazowym happeningu, gdyby nie to, że w maju tamtego roku doszło do tzw. White Night Riots, zamieszek i protestów po ogłoszeniu przez sąd łagodnego wyroku dla zabójcy Harveya Milka. Siostry stanęły wtedy na pierwszej linii frontu. I dalej jakoś poszło. Pomysł chwycił. Powstały pierwsze ośrodki poza Stanami Zjednoczonymi – w Australii i Wielkiej Brytanii. Dwa lata później, w  1981 r., w  San Francisco ludzie zaczęli nagle umierać na nieznaną chorobę, którą potem nazwano AIDS. Siostry zajmowały się chorymi, którzy zostali porzuceni przez rodziny i umierali samotnie w szpitalach. Do dzisiaj HIV/AIDS to jedna z najważniejszych spraw, jakimi zajmuje się Zakon.

Właśnie. Jakie są główne cele Zakonu?

Oprócz profi laktyki HIV/AIDS, a także innych chorób przenoszonych drogą płciową, te cele są jeszcze dwa. Po pierwsze – wymazanie stygmatyzującej winy, którą obarczone są osoby LGBT+. Po drugie – rozprzestrzenianie „uniwersalnej radości”. Dlatego też na pomalowaną na biało twarz Siostry nakładają radosny, kolorowy makijaż, a także noszą różowy trójkąt ze słowem „Joy”. Skądinąd malowanie twarzy na biało również zaczęło się w czasach epidemii HIV/ AIDS. Ma upamiętniać ofiary tej choroby.

Kto może wstąpić do Zakonu?

Każdy, niezależnie od wieku, płci, orientacji seksualnej…

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Andrzej Piaseczny: „Coming out to dziś kwestia przyzwoitości”

O tym, dlaczego właśnie teraz dojrzał do publicznego coming outu i z jakimi reakcjami się spotkał, o tym, jak przed laty wyoutował się przed rodzicami, o polityce i o Kościele, a także o pewnej parze młodych chłopaków, która zainspirowała go do napisania piosenki „Miłość”, z ANDRZEJEM PIASECZNYM rozmawia Mariusz Kurc

fot. Oskar Szramka

No, dobrze – proszę bardzo, atakuj mnie. (śmiech) Mówię to z uśmiechem, bo oddzielam sytuacje wynikające z nienawiści od dyskusji na argumenty, które lubię. Doskonale wiem, że stanowię dla naszej społeczności pewien kłopot.

Teraz już nie.

Ale wkładanie kija w  mrowisko zwykle wszystkim dobrze służy. My jako środowisko LGBT jesteśmy częścią społeczeństwa i  jeśli chcemy być akceptowani, musimy dobrze wybrać strategię drogi do tej akceptacji, przy czym nie tylko jedna jest słuszna. Jest ich wiele i  w  ogóle różnice między nami są dobre. Trzeba dywersyfikować środki. Tworzenie się gejowskich dzielnic w miastach, jak to dzieje się na Zachodzie, jest OK, bo tam można poczuć się bezpiecznie i być sobą, ale tworzenie gett jedynie słusznej idei nie jest dobre. Wiele może być sposobów dojścia do równości. O, widzisz, takie słowo wstępne wygłosiłem.

Chciałbym się przede wszystkim dowiedzieć, z jakimi reakcjami spotkałeś się po coming oucie.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Karolina Sibilska i Anna Kubicka – dwie mamy Blanki

Z ANNĄ KUBICKĄ i KAROLINĄ SIBILSKĄ, mamami małej Blanki, które na Instagramie prowadzą konto @rainbowfamilypl, rozmawia Marta Konarzewska
arch. pryw.

 

Niesamowity ten wasz Instagram – czyta się jak serial: dwie bohaterki, zakochanie, zaręczyny, oczekiwanie dziecka, po jakimś czasie wiadomo, że córeczki, przeprowadzka. Blanka ma już ile miesięcy – półtora roku?

Karolina: Tak, Blanka ma już półtora roku. Nie wiemy, kiedy ten czas tak szybko minął. Historia z przeprowadzką też jest zabawna, bo przeprowadziłyśmy się dwa dni przed terminem porodu. Wszystko było tak na szybko i było tyle zamieszania, emocji… Ale kiedy w końcu udało nam się postawić szafę (czyli największy element w naszym mieszkaniu), to Ania usiadła i powiedziała, że może rodzić i tak właśnie się stało.

Jak było w szpitalu? Bez ściem?

Anna: W szpitalu traktowali nas normalnie, byłyśmy razem przez cały czas za wyjątkiem sali operacyjnej. Ale jak tylko zabrali Blankę, to Karolina czekała przed salą i pielęgniarka powiedziała: „Zobacz ciocia, jaka piękna…” – na co Karola odparła, że nie jest ciocią, tylko drugą mamą, na co pani się uśmiechnęła i powiedziała, „O! Ale super, to zobacz, mama, jaką masz piękną córę”. Poza tym, nikt nas o nic nie pytał i nie było żadnych problemów, ten, kto się nie domyślił, pewnie myślał, że jesteśmy siostrami.

A no właśnie. Tymczasem wasz instagram pokazuje dwie kobiety, które są rodziną – i nie ma wątpliwości, że to nie żadne siostry, ani też przyjaciółki. To bardzo ważne przełamywanie społecznego wyobrażenia. Gdyby dwóch facetów na ulicy szło z wózkiem, pewnie szybciej pojawiłoby się skojarzenie: „O, geje?”. Z dwiema kobietami nie jest tak łatwo. Myśli się: „O, koleżanki/sąsiadki, wyszły sobie poplotkować przy okazji spaceru”. Dlatego właśnie od wielu lat mówi się o kwestii niewidoczności lesbijek, i w ogóle queerowych osób, które mają passing hetero. Wyobrażam sobie, że wasz profil może być dużym wsparciem nie tylko dla tęczowych rodzin, ale dla kobiet niehetero w ogóle. Jak wpadłyście na pomysł takiej właśnie, bardzo prywatnej, formuły?

Na początku miałyśmy osobne konta – obserwowałyśmy różne tęczowe rodziny. Karola wpadła na pomysł, żebyśmy też założyły sobie takie, tylko dla nas. Chciałyśmy dodawać zdjęcia, które miały służyć jako pamiętnik. Aż podjęłyśmy decyzję, żeby podzielić się naszą historią z innymi, żeby każdy mógł zobaczyć, że takie rodziny, jak my, też w Polsce istnieją.

Ponad 13 tysięcy obserwujących – ta liczba szybko rośnie?

K: Każdego dnia przybywa, to jedynie dowód na to, że ludzie szukają i interesuje ich nasza sytuacja, często szukają też wsparcia, czasem porady, ale bardzo często w wiadomościach sami okazują wsparcie. To mały gest, a jak cieszy.

W najnowszym filmie Magnusa Van Horna „Sweat” dziennikarka zadaje instagramowej influencerce pytanie: „Gdzie jest granica, po co dzielić się intymnym życiem? Co byście jej odpowiedziały?”

K: Każdy ma swoje indywidualne pobudki i każdy zna swoje granice, jakich nie przekroczy.

Na przykład?Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Dionisios Sturis – polski pisarz greckiego pochodzenia

Z DIONISIOSEM STURISEM, dziennikarzem i pisarzem o greckich korzeniach, o jego nowej książce „Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji”, o neofaszystowskim Złotym Świcie, o starożytnym homoerotyzmie, a także o coming outach i o mężu Michale, rozmawia Bartosz Żurawiecki

fot. Paweł Spychalski

 

W swojej najnowszej książce „Zachód słońca na Santorini” opisujesz to, co się działo w Grecji w minionej dekadzie. Owszem, docierały do Polski informacje o neofaszystowskim Złotym Świcie, o uchodźcach i antyuchodźczej histerii, ale podczas lektury uderzyła mnie skala przemocy. Pobicia, napady, podpalenia, morderstwa. Jak w ogóle Złoty Świt mógł się narodzić w Grecji? Na ile jest on emanacją greckiego społeczeństwa?

Grecja ma długą tradycję prawicowych rządów silnej ręki. Przedwojenna dyktatura faszyzującego Joanisa Metaksasa, potem kolaboranci Hitlera i wojna domowa, wreszcie junta czarnych pułkowników w latach 1967-74. W części greckiego społeczeństwa tkwi nostalgia za tego typu władzą. Zresztą lider Złotego Świtu, Nikos Michaloliakos, siedział przez chwilę w więzieniu z byłym dyktatorem, Jeorjosem Papadopulosem, a nawet był liderem jego młodzieżówki.

Z drugiej strony pamięć o hitlerowskiej okupacji i terrorze pułkowników uodporniła Greków na idee skrajnej prawicy. Dlatego też w latach 80. Złoty Świt pozostawał na marginesie. Był partią kanapową, nikt nie brał go na poważnie. W Grecji dokonywał się wtedy proces demokratyzacji, kraj wszedł do Unii Europejskiej. Złoty Świt uaktywnił się po raz pierwszy, gdy w latach 90. wybuchł konflikt z Macedonią o jej nazwę. Grecy zwarli się wtedy narodowo, patriotycznie, więc Złoty Świt próbował coś na tym ugrać. Ale i to nie trwało zbyt długo. Dopiero kryzys ekonomiczny w roku 2009, który naprawdę silnie dotknął Grecję, pozwolił Złotemu Świtowi się wybić. Ponieważ nigdy wcześniej nie rządził, w przeciwieństwie do głównych partii, to nie sposób mu było cokolwiek zarzucić. Przejście z kanapy do parlamentu nastąpiło szybko, w ciągu trzech lat. Do tego doszedł kryzys związany z uchodźcami, z których łatwo można było zrobić kozła ofiarnego. Złoty Świt wykazał się dziwną przenikliwością i skutecznością polityczną. Ale, prawdę mówiąc, też do końca nie rozumiem, jak Grecy mogli przymykać oczy na dziką, żywą, okrutną przemoc na ulicach. Przyczyniły się do tego media. Neonazistów zapraszano do telewizji, by opowiadali o sypiącym się budżecie, a nie rozliczano ich z pogromów. Potem jeszcze przyszła europejska fala populizmu, na którą Złoty Świt też wskoczył.

Czy widzisz jakieś podobieństwa między tamtą Grecją, a tym, co teraz dzieje się w Polsce?

Myślę, że Polska jest teraz w momencie, w jakim Grecja była nieco ponad dekadę temu. Gdy neofaszyści rośli w siłę, gdy nauczyli się występować w mediach, ładnie ubierać, prezentować i wypowiadać, nie afiszować się ze swoimi faktycznymi poglądami. Mówili tylko to, co dziennikarze i widzowie chcieli usłyszeć. Rzecznik Złotego Świtu, Ilias Kasidiaris bardzo mi się kojarzy z Krzysztofem Bosakiem. A ci wszyscy zadymiarze z brygad uderzeniowych to jest ONR. ONR z Marszu Niepodległości.

Złoty Świt był ksenofobiczny, nacjonalistyczny, antyimigrancki. Ale czy był także homofobiczny?Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Dziennikarz TVN24 Piotr Jacoń o swojej transpłciowej córce

Z PIOTREM JACONIEM, dziennikarzem TVN24, o jego transpłciowej córce Wiktorii oraz o jego reportażu „Wszystko o moim dziecku”, rozmawia Mariusz Kurc

Foto: Paweł Spychalski

Obejrzałem w TVN24 pana reportaż o rodzicach transpłciowych dzieci – „Wszystko o moim dziecku”. Na koniec pojawiła się dedykacja: „Dla Wiktorii – tata”. Potem, w napisach końcowych, mignęło mi przed oczami „muzyka: Wiktoria Jacoń”. Pomyślałem, że chyba ma pan transpłciową córkę.

Zgadza się. Gdyby nie było coming outu mojego dziecka, nie byłoby reportażu. Wiktoria wyoutowała się przed nami – przede mną i  Magdą, moją żoną – we wrześniu ubiegłego roku, a  w  listopadzie podjąłem decyzję, że zrobię film o  rodzicach transpłciowych dzieci. Uświadomiłem sobie, że go potrzebuję. Nie jestem osobą, która pójdzie na terapię… Może to się kiedyś zmieni, nie wiem. Zawsze jednak miałem takie nastawienie do życia, że muszę ze wszystkim dać sobie radę sam. Zadaniowość. Praca nad tym reportażem była dla mnie swego rodzaju terapią.

Jak wyglądał coming out Wiktorii?

Wiktoria skończy w tym roku 21 lat. Właściwie przez cały okres jej dorastania często mieliśmy poczucie, że nie jest osobą szczęśliwą. Więc pytaliśmy samych siebie: dlaczego nasze dziecko jest wycofane, zamknięte w  sobie, samotne, depresyjne. Dlaczego się tnie? Mieliśmy w  sobie tak wiele pytań i  zawsze za mało odpowiedzi. Czasem przychodziło nam do głowy, że może syn – wtedy syn, bo tak przecież myśleliśmy o naszym dziecku przez 20 lat jego życia – jest gejem. Dla nas to nie byłby problem. Zresztą dziś, kiedy słyszę o rodzicach, którzy mają kłopot z homoseksualnością syna czy córki, myślę: „Nie wiecie, o ile macie prościej niż my…”. Mieliśmy nadzieję, że z czasem, kiedy syn pójdzie na studia, pozna nowe towarzystwo, może lepiej odnajdzie siebie.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Patrycja Sikora, poetka nominowana do „Paszportu Polityki”

Z nominowaną do paszportu „Polityki” poetką PATRYCJĄ SIKORĄ rozmawia Marta Konarzewska

Foto: Emilia Oksentowicz

Siedzi i liczy gwoździe wyjęte z żołądka psa (…) Szczęśliwego nowego głodu, kapitanie planeto” – twój tom wierszy otacza mroczna rama, chciałaś krzyczeć…

…jacy jesteśmy ekologicznie źli, jacy jesteśmy źli w  ogóle, jeśli chodzi o  podejście do przyrodniczych mniejszości: psów, w ogóle zwierząt. Ale to tylko tematyczny wyimek z całości.

Zaczynasz od mikrokosmosu brzucha, żeby rozwinąć się w kosmos, metaliczny, zatruty, ciemny.

W  takiej rzeczywistości żyjemy. To, co mikro – lokalne, ma wpływ na to, co globalne – toczy się w skali makro. Wszystko zaczyna się od codziennych złych rzeczy, złych spacerów, wyrzucania mięsa nadzianego żelastwem, a  w  skali makro dążymy już do całkowitego pogrążenia się.

Cały ten tom jest bardzo filmowy, jak obraz, który zaraz ma się poruszyć. W pierwszym wierszu widzę osobę, skuloną, w ciemności, robi coś, co nie do końca rozumiem, nie ma twarzy…

Podmiot liryczny, podmiotka, ma być niedookreślona. To jest świadomy zabieg, pozostawić wolność w interpretacji, pewną uniwersalność. Czasem dookreślam, konkretyzuję, np. w sferze LGBT+. Ale nie zawsze, tak jak modyfikuje się głos rozmówcy w trakcie reportażu, tu też chodziło mi o  zniekształcenie, totalny mindfuck na początku lektury i później poruszanie się trochę po omacku po całej reszcie. Filmowość może bierze się stąd, że mam zapędy reportażowe, blisko mi do łapania rzeczy z codzienności – dokumentowanie katastrofi czne. Pisząc, bardzo się stymuluję: obrazami, rzeźbą, performensem, dźwiękiem. Lubię się odbić od tematu, pójść w jakąś odwrotność, to wpływa na całokształt i na to, jak czuję się w danym momencie w procesie pisania. A zwykle się czuję… Chujowo się czuję.Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Debiutancki tom wierszy „Instrukcja dla ludzi nie stąd”, za który Patrycja Siktora otrzymała nominację do Paszportu „Polityki”, ukazał się w zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu.