Z wirusem HIV czuję się świetnie

 

Z okazji Światowego Dnia Walki z AIDS rozmawiamy z Krzysztofem Olszewskim, który z wirusem HIV żyje już 10 lat. Jak sam mówi: Na początku to jest szok. To jest trudne, człowiek nie potrafi tego ogarnąć. Ale to mija. A potem? Potem człowiek żyje zupełnie normalnie. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego.

Słyszałem plotki, że jesteś jedną z najbardziej pozytywnych osób żyjących z HIV.

(śmiech) Nie mi to chyba oceniać, ale jak najbardziej – jestem pozytywną, uśmiechniętą osobą. To, że żyję z HIV, nie wpłynęło na mnie aż tak negatywnie, jak się spodziewałem na samym początku. Jak usłyszałem o mojej diagnozie HIV, to narobiłem w majtki. Dosłownie. (śmiech) Musiałem przeprosić lekarkę i iść do łazienki. Zanim to przetrawiłem i poukładałem sobie w głowie, potrzebowałem miesiąca

Jak dowiedziałeś się o zakażeniu?

To było 10 lat temu, miałem wtedy 32 lata. Pierwsze objawy – coś w stylu silnej grypy – nie zostały przeze mnie zbagatelizowane, od razu poszedłem do lekarza. Od zawsze bardzo dbam o zdrowie. Jeżeli widzę, że coś jest nie tak i leki nie pomagają, a objawy nie pasują do zwykłego przeziębienia — natychmiast reaguję. I tak było w tym przypadku – dostałem leki objawowe, ale trzy dni ich brania nic nie dały. Poprosiłem więc o skierowanie do szpitala. Byłem wtedy u rodziców, w Bielsku Podlaskim. Na oddziale zakaźnym w tym mieście leżałem chyba trzy dni i wtedy padła diagnoza: „Ma pan HIV”. Zawsze uważałem, że dbam o bezpieczeństwo — nigdy nie odpuszczałem prezerwatywy, ale… raz sobie odpuściłem. Jeden jedyny raz. I to był właśnie ten raz.

Wiedziałeś wcześniej coś o wirusie HIV? Testowałeś się?  

Zawsze interesowałem się medycyną, nowinkami, różnymi chorobami — więc częściowo wiedziałem, „z czym to się je”. Nie zgłębiałem jednak tematu niewykrywalności i nowoczesnego leczenia. Największy szok był taki, że to mnie dopadło. 

Jak sobie poradziłeś? Miałeś jakąś pomoc psychologiczną, opiekę, kogoś, kto cię wsparł?

Pierwsi dowiedzieli się rodzice, bo wiedzieli przecież, że leżę w szpitalu. Gdy mama przyszła mnie odwiedzić to od razu złapała za kartę informacyjną wiszącą na łóżku. Powiedziałem wprost, jaka jest diagnoza. Mama zareagowała… specyficznie. Powiedziała: „Dzieciaku, ty tyle razy byłeś w szpitalu, to na pewno oni ci coś takiego wszczepili”. Tutaj powinniśmy chyba nadmienić, że w dzisiejszych czasach takie zakażenie HIV w szpitalu czy u stomatologa to mit. Mamie chyba jednak łatwiej było przyjąć taką informację. O tym, że jestem gejem, też nigdy nie rozmawialiśmy, mimo że jestem przekonany, że o tym wie. Miałem w niej wsparcie, była obok w tych pierwszych dniach, gdy byłem najbardziej załamany. Istnieje oczywiście możliwość wsparcia psychologa w takiej sytuacji, jednak ja się na nią nie zdecydowałem 


A jak wyglądała opieka w tym szpitalu? 10 lat temu – w Bielsku Podlaskim? Nie spotkałeś się ze stygmatyzacją ze strony personelu?

Nie było źle, jednak doszło do jednej nieprzyjemnej sytuacji. Z informacją o zakażeniu przyszła do mnie nie lekarz prowadząca, ale ordynatorka oddziału, widocznie była to już dla nich poważniejsza sprawa. Od wejścia powiedziała, że trzeba zrobić bardziej szczegółowy test, żeby potwierdzić HIV. Ja tylko dopytałem, czy ten wstępny już wyszedł dodatni, a ona na to, przy sali pełnej pacjentów: „To co, pan nie wie, z kim pan się puszcza?”. Wtedy z nerwów drugi raz narobiłem w gacie… Nie pozwoliłem sobie jednak na takie traktowanie. Jak tylko ochłonąłem, poszedłem do niej i powiedziałem, że naruszyła prawa pacjenta, że obowiązuje ją tajemnica lekarska i że takie sprawy omawia się na osobności, a nie przy pełnej sali. Zrobiło jej się głupio. Przeprosiła i przyznała, że nie powinna się tak zachować. Teraz to już oczywiście się nie zdarza. Przez te 10 lat naprawdę wiele się zmieniło. Lekarze są bardzo przychylni, empatyczni. Pielęgniarki tak samo. Zero stygmatyzacji, a leczenie jest na wysokim poziomie.

Terapię lekową zacząłeś od razu w szpitalu?  

Przy wypisie dostałem… najprostszy lek przeciwbólowy.

Słucham?  

W wypisie ze szpitala w zaleceniach znalazło się: paracetamol trzy razy dziennie. Po wypisie wróciłem do Warszawy i pojechałem do Poradni Profilaktyczno-Leczniczej Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego na Wolskiej 37. Myślałem, że będę czekać miesiącami. A pani w rejestracji sprawdziła i mówi: „Gabinet 21, proszę wejść od razu”. Lekarka zrobiła wywiad, obejrzała dokumenty i zleciła dokładny test HIV. Miałem wrócić za dwa tygodnie, oczywiście w tym czasie – żadnych kontaktów seksualnych. No i na kolejnym spotkaniu potwierdził się wynik. Wtedy zaczęła się ta typowa terapia tabletkowa.

 

 

Sprawdź gdzie w Polsce bezpłatnie, anonimowo i bez skierowania można wykonać testy na HIV:

https://aids.gov.pl/pkd/

 

Od maja 2025 roku testy można wykonać też bezpłatnie

w każdej przychodni POZ w Polsce. 

 

Jak wyglądało twoje leczenie? 

Na początku, przez około trzy miesiące, miałem pięć tabletek. Pytam: „Czemu tak dużo?”. – To tylko na chwilę – mówi lekarka – żeby tę pierwszą fazę wirusa zagłuszyć. I rzeczywiście dość szybko zeszliśmy do czterech tabletek, a po kolejnych dwóch latach –  do dwóch. Jak wspomniałem, interesują mnie nowinki medyczne, więc gdy tylko wyczytałem w internecie, że mają być dostępne terapie jednotabletkowe, to od razu zapytałem o nie lekarkę. A ona: A skąd pan o tym wie? To prawda, ale na razie to tylko za granicą. Powiedziałem, że jeśli wejdą do Polski i będzie refundacja, chciałbym od razu na nie przejść. I tak było – po 5 miesiącach zacząłem brać jedną tabletkę. Tak było przez kolejne 6 lat.

Do dziś jesteś na terapii tabletkowej?

Coś ty! Gdy tylko wyczytałem, że ma wejść do Polski terapia iniekcyjna, od razu powiedziałem lekarce, że chcę z niej skorzystać. Znowu była zdziwiona, że już o tym wiem. Wpisała mnie na listę osób chętnych i tak stałem się jedną z pierwszych 3 osób w Polsce, które rozpoczęły przyjmowanie leków w tej formie. To było około 2,5 roku temu. Ta terapia polega na tym, że raz na dwa miesiące spotykam się z lekarzem i dostaję dwa zastrzyki: jeden w lewy, a drugi w prawy pośladek. Komfort jest ogromny. Nie zastanawiam się codziennie czy wziąłem już tabletkę, czy jeszcze nie. A najlepsze jest to, że wcześniejsze leki miały zawsze jakiś skutek uboczny – u mnie to były problemy żołądkowe. W trakcie tej iniekcyjnej terapii jest zupełnie inaczej. Większy komfort i dla organizmu, i dla psychiki. A co najlepsze – zdecydowanie poprawiły mi się wyniki.

Wspomniałeś jednak, że to aż dwa zastrzyki w jeden i drugi pośladek. To nie boli?

Dużo osób o tym mówi i właśnie o to chodzi, że nie. Może to taki syndrom igły – że sama myśl odstrasza. To jest zwykłe, krótkie ukłucie cieniutką igiełką! Niektórzy mówią, że pośladki bolą, że nie mogą usiąść – ja nic takiego nie mam. To boli tylko jeden dzień w miejscu ukłucia. Jakby się człowiek gdzieś uderzył.

Czyli powrotu do tabletek nie planujesz? 

Jeżeli nie będzie takiej potrzeby – nigdy. Wyjeżdżając za granicę, nie muszę pakować tabletek, pilnować pudełek. Bywały też krępujące sytuacje, gdy ludzie dopytywali: „A co ty bierzesz za leki?”, „Po co ci one?”. A przy iniekcjach nikt tego nie widzi. Raz na dwa miesiące idę do lekarza, dostaję zastrzyki, wracam do domu i żyję dalej. Ostatnio odbyło się nawet sympozjum dla osób, które leczą pacjentów żyjących z HIV. Zostałem na nie zaproszony jako osoba, która miała podzielić się swoim doświadczeniem z iniekcjami. Miałem 20-minutowe wystąpienie. Sam dużo się na niej dowiedziałem na temat iniekcji. Lekarze mówili, że mają one nawet lepszą skuteczność niż leki podawane w tabletkach. Bo tabletki: najpierw trafiają do wątroby, wątroba musi je częściowo przetworzyć, a do krwi trafia mniej substancji aktywnych niż przy iniekcjach.

Jak się dziś czujesz?   

Szczerze? Dużo lepiej niż kiedyś, zanim jeszcze zakaziłem się HIV. Może to zbieg okoliczności, a może tego, że jako osoba żyjąca z HIV muszę przechodzić szczegółowe i regularne badania, ale na tej terapii jestem zdrowszy niż wcześniej. Kiedyś miałem grypę czy przeziębienie dwa–trzy razy w roku. W ciągu ostatnich 10 lat — nic — żadnej grypy, żadnego przeziębienia, żadnego bólu gardła. Tylko raz, w 2020 roku, zachorowałem na COVID.

Co robisz na co dzień? Wiesz dużo o lekach, wypowiadasz się prawie jak lekarz.  

(śmiech) Nic z tych rzeczy. Wiesz, jak to się zaczęło? Przez babcię. Chorowała m.in. na serce. Ja miałem wtedy ok. 13 lat. Patrzyłem, jak ciągle jeździ do lekarza, dostaje leki, a stan się nie poprawia. Mówiła: „Chodzi o to, żeby nie było gorzej”. Wziąłem tę jej torbę leków i zacząłem czytać wszystkie ulotki. Zafascynowało mnie to. Chciałem wiedzieć więcej, poszedłem do biblioteki po jakieś książki. Zapytałem babcię, czy mogę pójść z nią do lekarza. Zgodziła się. Lekarz zaczął ze mną rozmawiać i był zdumiony, że znam nazwy leków, nawet łacińskie składniki. Pokazał mi echo serca, wytłumaczył, jak to działa. I od tego momentu zacząłem drążyć. Chodziłem z babcią na każdą wizytę i w końcu doszło do tego, że zacząłem lekarzowi sugerować, jakie leki mógłby babci przepisać. Wytłumaczyłem dlaczego, on wszystko przeanalizował i przyznał mi rację – powiedział, że możemy spróbować. I faktycznie — babci stan zaczął się poprawiać. Lekarz sam to zauważył. To mnie podbudowało. Od tamtej pory zacząłem czytać coraz więcej książek farmaceutycznych i artykułów.

 

I nie jesteś dziś lekarzem?   

Chciałem zostać farmaceutą, ale gdy powiedziałem o tym mamie, to mnie wyśmiała: Dzieciaku, wybij to sobie z głowy, W naszej rodzinie nie ma farmaceutów. Nie poradzisz sobie. To było ponad 20 lat temu, to były inne czasy. Na studia trzeba było mieć pieniądze, a u nas było ciężko. Mimo to nadal się uczyłem. I dziś lekarze rzadko są w stanie mnie czymś zaskoczyć. A rodzina? Jak cokolwiek komuś dolega, najpierw idą do mnie po analizę leków, a dopiero potem do lekarza. Mama dziś sama przyznaje, że źle zrobiła, że wtedy podcięła mi skrzydła.

To czym się zajmujesz?

Pracuję w salonie jubilerskim znanej marki. Siedzę w tym już od 12 lat. Dlaczego akurat jubilerstwo? Gdy kończyłem szkołę średnią – a była to elektromechanika – to dyrektor zapytał mojej mamy czy syn chce pracować, jeżeli tak to zasugerował, żeby iść pod wskazany adres i powołać się na niego. Tak zrobiłem. Okazało się, że to lokalny jubiler. Postawili przede mną garnek pełen jakichś różnych kawałków metali i powiedzieli: wybierz z tego złoto. To nie było proste, bo to były złoto z rafinacji, a nie gotowe wyroby. Ale udało się – dostałem tą pracę. Przez pięć lat nauczyłem się zawodu do takiego stopnia, że potrafiłem ręcznie wykonać pół kilograma skończonych obrączek dziennie. Szef powiedział, że przez 30 lat pracy nie miał takiego pracownika. Dostałem podwyżkę. Potem ściągnąłem jeszcze brata, dołączyli też moi koledzy i zrobiła się z tego firma trochę rodzinna. Wykonywałem typowe obrączki ślubne, a do tego krzyżyki, medaliki, zawieszki, wszelkiego rodzaju naprawy. Jestem jednak osobą, która nie usiądzie w miejscu więc dodatkowo zatrudniłem się jeszcze w Agencji Skarbu Państwa. Coś zupełnie odmiennego. Wtedy zacząłem też studia – skoro nie farmacja, to przynajmniej zaoczne poszedłem na administrację publiczną. Od 6:00 do 14:00 pracowałem w administracji, od 14:00 do 22:00 w jubilerstwie. A w weekendy studia. Trwało to chyba dwa lata 

 

Dałeś radę? 

Im więcej pracowałem, tym miałem więcej siły i energii. Nie wiem, co mnie wtedy bardziej kręciło – czy praca, czy to, że na konto wpływały pieniądze, czy to, że zdobywałem wiedzę. Jednak po dwóch latach, ku przerażeniu rodziców, rzuciłem pracę w jednym i drugim miejscu i poszedłem… do seminarium.

Spora zmiana.

Tak i  kolejna długa historia. Ograniczę więc do tego, że byłem tam pięć lat, więc niewiele już zostało, a byłbym dziś księdzem. Zrezygnowałem, gdy pewnego dnia przyszedł do mnie rektor uczelni i powiedział: Jesteś tak naprawdę moją prawą ręką, więc powiem ci coś w zaufaniu… Trzeba by trochę inwigilować jedną osobę. Tak dokładniej. Zapytałem, co to dokładnie znaczy, czy mam komuś przejrzeć szafki i prywatne rzeczy? Gdy potwierdził, to poprosiłem o wydanie moich dokumentów. Zrezygnowałem z dnia na dzień. To była kolejna decyzja, która zaskoczyła moich rodziców. Gdy wróciłem do mojej rodzinnej miejscowości to część ludzi nagle przestała mówić mi „dzień dobry”. Wtedy zdecydowałem: „O nie. Tak to nie będzie wyglądać. Wyprowadzam się. Jadę do Warszawy”. Zadzwoniłem do kolegów z seminarium, którzy również zrezygnowali i mieszkali w stolicy. Zgodzili się, bym u nich pomieszkał, dopóki sytuacja się nie ustabilizuje. W portfelu miałem 800 zł, do samochodu zapakowałem trochę jedzenia od rodziców: mięso, warzywa i worek ziemniaków i ruszyłem. Miałem być tutaj na rok, a mija już 13 lat.

Rozmawiałem już z kilkoma osobami żyjącymi z HIV i zawsze wraca to pytanie: jak powiedzieć partnerowi — czy seksualnemu, czy takiemu na życie — że ma się HIV? 

Ja mówię o tym od razu. Bo wiadomo — chodzi o seks. I zawsze pada pytanie: „W prezerwatywie czy bez?”. Więc zawsze tłumaczę, że jestem na terapii ARV, mam niewykrywalną wiremię, więc na pewno się ode mnie nie zakazisz. To tak zwana zasada N=N. Niewykrywalny = niezakaźny. Oczywiście prezerwatywę i tak należy stosować, bo jest jeszcze cała masa innych chorób zakaźnych, ale pod względem HIV – mój partner jest w pełni bezpieczny. Mam wrażenie, że dziś świadomość ludzi jest zdecydowanie większa niż 5-6 lat temu. Ludzie coraz częściej wiedzą, że osoby, które są w terapii i pod kontrolą lekarzy, nie przenoszą wirusa.

Jak wygląda twoja codzienność jako osoby żyjącej z HIV?   

Zupełnie nie różni się od życia innych osób. Chodzę na siłownię, pracuję, jestem zdrowy, nie choruję. Może kiedyś, przy starszych terapiach, ludzie czuli się gorzej. Teraz — przy obecnej opiece medycznej — to wygląda zupełnie inaczej. Nie ma kolejek, nie jestem traktowany inaczej przez personel. Nikt mnie nie dyskryminuje. Leczenie jest na bardzo wysokim poziomie, a obecne leki — nawet te w tabletkach — nie mają takich skutków ubocznych, żeby wpływały na codzienne życie. Ja czuję się z wirusem HIV świetnie. 

Są momenty, że muszę sobie przypomnieć, że w ogóle mam HIV i że muszę pójść do lekarza na kolejne zastrzyki. Myślę, że ludzie, którzy biorą leki na inne, przewlekłe choroby, często czują się gorzej niż osoby żyjące z HIV.

 

Jeżeli czyta to teraz osoba, u której właśnie wykryto wirusa HIV. Co byś jej powiedział?

Na początku to jest szok. To jest trudne, człowiek nie potrafi tego ogarnąć.  Ale to mija. A potem? Potem człowiek żyje zupełnie normalnie. Pamiętaj, że przychodnie mają swoich terapeutów — możesz tam otrzymać pomoc i wsparcie. Ale naprawdę — nie ma się czym przejmować. Lekarze są bardzo przychylni, empatyczni. Pielęgniarki tak samo. Leczenie jest na wysokim poziomie, możesz skorzystać z naprawdę wygodnej terapii iniekcyjnej i niedługo prawie zapomnisz, że żyjesz z HIV. Naprawdę.   

 

/////


Już 3 grudnia o godzinie 20:00 na naszym Instagramie odbędzie się rozmowa LIVE z Krzyśkiem, a także Antkiem (działającym w grupie wsparcia Buddy Polska) już dziś serdecznie zapraszamy! 

Kuba Krzyżyński: Zapominam, że żyję z HIV

 

– 2,5 roku temu na rynku pojawiły się zastrzyki. To totalnie zmienia życie! Zastrzyki przyjmujesz dużo rzadziej. Wiesz, jak to wiele zmienia, gdy nie musisz codziennie rano otwierać pudełka, które o wszystkim ci przypomina? – rozmawiamy z KUBĄ KRZYŻYŃSKIM – aktywistą z Londynu, który od 8 lat żyje z HIV. Pracuje w METRO Charity – organizacji charytatywnej działającej na rzecz równości i różnorodności w Anglii. Jak dziś wygląda życie osób z HIV? Gdzie szukać wsparcia po diagnozie i czy nowoczesne terapie pozwalają żyć z HIV równie wygodnie jak przed zakażeniem? Rozmowa Tomasza Piotrowskiego.  

Jak trafiłeś do Wielkiej Brytanii?

Jestem tu od 17 lat, wyjechałem, mając 22 lata. Najpierw przez 9 lat mieszkałem w Walii, a potem trafiłem do Londynu. Pochodzę z małej wsi między Toruniem a Włocławkiem. Za granicą stałem się większym patriotą, a szczególnie patriotą lokalnym – uwielbiam Kujawy, bardzo dużo czytam na ten temat. Za mną na ścianie (rozmawiamy on-line. Jakub jest w swoim mieszkaniu – przyp. red.) widzisz pewnie talerze z fajansu włocławskiego. Uwielbiam folklor kujawski. W Polsce bywam trzy, czasem dwa razy w roku.

Czemu wyjechałeś?

Był rok 2007. Bezrobocie w Polsce było na wysokim poziomie, a ja wchodziłem w dorosłość. Druga sprawa to oczywiście homofobia – moja rodzinna wieś ma około 500 mieszkańców. Czułem się więc tym “jedynym gejem we wsi”, z której szybko chciałem się wydostać. Wyoutowany byłem tylko w stosunku do najbliższych przyjaciół i to raczej tych ze szkoły średniej, do której chodziłem w Toruniu (18 km od wsi). A trzeci powód wyjazdu to wojsko. Wtedy jeszcze służba wojskowa była obowiązkowa, a ja bardzo nie chciałem tam iść. Moja siostra mieszkała już wtedy w Anglii, więc wybór był prosty. Wyjechałem do siostry, ale już po miesiącu się rozstaliśmy. 

Pokłóciliście się?  

Wyjeżdżając, nie znałem ani słowa po angielsku. Siostra pomogła mi na samym starcie, ale powiedziała, że na tym koniec, dalej mam radzić sobie sam. Wszystkie sprawy urzędowe, bankowe, szukanie pracy… Bez znajomości języka było to niemożliwe. Po miesiącu wyjechałem do Walii, gdzie mieszkał mój przyjaciel Tomek, też gej, którego poznałem jeszcze w Polsce. Zaprosił mnie do siebie, załatwił pracę, dokumenty. Bez niego moja historia potoczyłaby się zupełnie inaczej.  

Twoja rodzina wiedziała, że jesteś gejem? 

Wtedy? Mam dwie siostry i im powiedziałem o sobie kilka lat przed wyjazdem do Wielkiej Brytanii. Mój ojciec nie żyje od wielu lat, a mamie powiedziałem późno, dopiero 2 lata temu, gdy miałem 37 lat. To kobieta starej daty, mieszkająca na wsi, zagorzała katoliczka… wiedziałem więc, że nie otrzymam od niej wsparcia. Powiedziałem jej, dopiero gdy zdecydowałem się pokazać Polskę mojemu obecnemu partnerowi, z którym jestem 3,5 roku. Powiedziałem, że przyjeżdżam z przyjacielem, mama na to, że musi nam posłać łóżka… więc wtedy nie było już wyjścia. Powiedziałem, że jesteśmy razem, mam 37 lat i nie zamierzam spać osobno. Nie rozmawialiśmy o tym wiele, ale jakoś to zaakceptowała. A teraz odnoszę czasem wrażenie, że uwielbia mojego partnera bardziej niż mnie! To w dużej mierze jego zasługa, tego, jak serdeczny jest wobec ludzi. Jest Czechem, więc jest w stanie jakoś porozumieć się z mamą.  

W Londynie jesteś aktywistą na rzecz walki z HIV. Przed naszym spotkaniem wspomniałeś mi jednak, że nigdy jeszcze nie mówiłeś w Polsce publicznie o tym, że żyjesz z HIV. Chociaż przybywa osób, które nie boją się o tym mówić – to wciąż w Polsce jest to nieliczna grupa. 

Tu, w Wielkiej Brytanii, wywiady w gazetach i telewizji, mówienie o tym publicznie nie jest dla mnie problemem. Powód jest prosty – moja rodzina już tu nie mieszka. Siostra wróciła do Polski kilka lat temu. Czuję się więc właściwie anonimowo i przed naszą rozmową myślałem o tym, że pewnie gdybym mieszkał dziś w Polsce… Nie wiem, czy byłbym tak “odważnym” aktywistą jak jestem tutaj. Rok temu byłem na konferencji w Warszawie dotyczącej HIV i tam ktoś nagle zapytał, czy udzielę wywiadu, chcą przygotować materiał wideo. Zgodziłem się bez wahania, ale potem długo się zastanawiałem, gdzie to puścili, bo… moja matka wie, że jestem gejem, ale nie wie, że mam HIV.

To na pewno chcesz udzielić tego wywiadu? On może do niej dotrzeć.  

Wiesz, jestem już na tyle zmęczony ukrywaniem tego, że nawet mam nadzieję, że ta rozmowa jakoś do niej dotrze. Będąc gejem, przeżywasz zazwyczaj ogromne męki – siedząc wiele lat w szafie, bojąc się o tym komukolwiek powiedzieć. Potem outujesz się, zaczynasz żyć otwarcie i gdy dowiadujesz się, że masz HIV, trochę znowu do tej szafy trafiasz. Wtedy – gdy już wiesz, jak to jest być wyoutowanym – ta szafa uwiera zdecydowanie bardziej niż wcześniej. Czas więc wyjść zupełnie z szafy nie tylko w UK, ale i w Polsce.

To opowiedz swoją historię. Kiedy zostałeś zdiagnozowany?   

W 2016 r. przeprowadziłem się z Walii do Londynu i w tym samym roku, kilka miesięcy później, zostałem zdiagnozowany. Podobno wielu gejów zakaża się kilka miesięcy po przeprowadzce do stolicy. Ze względu na większe skupisko ludzkie, transmisja wirusa jest zdecydowanie wyższa niż na tak zwanej prowincji. 

W czerwcu 2016 r. przeszedłem badania w kierunku kiły, rzeżączki i HIV. Wszystko wyszło negatywnie. W sierpniu dostałem bardzo wysoką gorączkę i zacząłem odczuwać ogromne osłabienie. Zwalczałem gorączkę lekami, ale wracała. Do tego potliwość. Budziłem się w środku nocy i naprawdę myślałem, że się po prostu posikałem. Wszystko było mokre, prześcieradło można było wyżymać. Zmieniałem pościel, kąpałem się, szedłem spać i… po 45 minutach  budziłem się w tym samym stanie, co wcześniej. Kilka lat później byłem chory na COVID, objawy miałem podobne, ale jednak nieporównywalne z tym, co działo się ze mną po zakażeniu HIV. Wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem, ale to był standardowy przykład walki organizmu z wirusem.  

 

Sprawdź gdzie w Polsce bezpłatnie, anonimowo i bez skierowania można wykonać testy na HIV:

https://aids.gov.pl/pkd/

 

Wiedziałeś już wtedy, że to może wskazywać na HIV?   

Wiedziałem, bo rok wcześniej jeden z moich znajomych miał te same objawy. U niego to skończyło się jeszcze gorzej, bo z powodu gorączki i potliwości totalnie się odwodnił i trafił do szpitala. Dopiero tam przebadali go w kierunku HIV i wszystko stało się jasne. 

Poszedłeś od razu do lekarza? 

Tak. Do kliniki, w której wykonywano badania w kierunku HIV, nie do lekarza rodzinnego. Skierowano mnie zarówno na test natychmiastowy z palca, jak i test z krwi żylnej. I tu uwaga: test natychmiastowy z palca wskazał wynik negatywny – przez to, że do transmisji doszło stosunkowo niewiele wcześniej, test zakażenia nie wykrył. To powtarzam wszędzie – wielu ludzi dzisiaj robi tylko szybkie testy “z palca” i zapomina, że one wykrywają tylko zakażenia, do których doszło ponad 3 miesiące temu. Natomiast badanie na podstawie krwi pobranej z żyły umożliwia wykrycie wirusa już po 2 tygodniach od zakażenia. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, więc po tym szybkim teście z palca wróciłem zadowolony do domu, wykluczyłem sobie najczarniejszy scenariusz i stwierdziłem, że może to jednak zwykła grypa. Po 3 dniach zadzwonił telefon z kliniki z prośbą, żebym przyszedł. Gdyby wszystko było OK, po prostu wysłaliby SMS-a. Ten telefon – już wiedziałem, co oznacza. Prosisz, by powiedzieli ci więcej, żeby nie owijali w bawełnę, ale i tak nic nie powiedzą. Musisz tam iść. Do zakażenia doszło najprawdopodobniej miesiąc lub dwa miesiące wcześniej i dlatego wykazał to dopiero test zrobiony na podstawie krwi pobranej z żyły. Wiedziałem już, że to nie jest koniec życia, że wcale nie muszę pisać testamentu. Chciałem jak najszybciej dostać leki, ale na początku musisz zrobić naprawdę wiele badań. Na HIV jest dziś wiele leków do wyboru, każdy może na nie zareagować inaczej. W moim przypadku dodatkowe badania trwały jeszcze chyba miesiąc, a leki zacząłem brać w październiku. 

Jak na nie zareagowałeś?  

Musiałem je brać dwa razy dziennie – 3 tabletki rano i jedną wieczorem. To i tak było mało, bo w latach 90. ludzie brali dziennie 20 tabletek, ale też już wówczas, gdy zaczynałem terapię w 2016 r., to znałem kolegów, którzy brali tylko jedną tabletkę dziennie. U mnie nie było wtedy takiej możliwości, bo wiremia (ilość wirusów we krwi, które mogą się namnażać – przyp. red.) była zbyt wysoka. Dopiero gdy wiremię miałem na niewykrywalnym poziomie, lekarz zmienił mi terapię na jedną tabletkę dziennie. Niestety po miesiącu okazało się, że stan moich nerek znacznie się pogorszył. Ten lek zmieniliśmy więc na inny – również jedna tabletka dziennie – ale przyjąłem go całkiem dobrze. Jedyny minus – ogromne skoki wagi, przez miesiąc przytyłem 10 kg.

Do dziś bierzesz jedną tabletkę dziennie? 

2,5 roku temu na rynku pojawiły się zastrzyki. To totalnie zmienia życie! Zastrzyki przyjmujesz dużo rzadziej. Wiesz, jak to wiele zmienia, gdy nie musisz codziennie rano otwierać pudełka, które o wszystkim ci przypomina? Nie musisz brać leków na wyjazdy wakacyjne i tłumaczyć się kontroli granicznej co to za leki. Żyjąc z HIV, nie możesz polecieć na przykład do Dubaju – szereg krajów ma takie przepisy i koniec. Jeszcze niedawno dotyczyło to też USA. Mając ze sobą leki – nie ukryjesz tego, ale już przyjmując leki w formie zastrzyków – nikt nie sprawdzi tego, czy żyjesz z wirusem, czy nie. To też znacznie zwiększa też twój komfort życia społecznego. W przypadku tabletek nosisz to opakowanie ze sobą niemal nieustannie. Znajomi widzą, jak łykasz tabletki, albo zauważają je na kuchennym blacie, pytają o nie. Wtedy stajesz pod ścianą i albo kłamiesz, albo jesteś zmuszony powiedzieć im o zakażeniu. Jak to przyjmą? Może jak im powiesz to będą bali się podać ci rękę? Przyjmowanie leków w formie zastrzyków naprawdę o połowę zmniejszyło moje codzienne lęki. 

Zastrzyki można przyjmować od początku terapii?   

Obecnie jest tak, że wiremia musi być na niewykrywalnym poziomie, żeby można było przejść na terapię iniekcyjną, ale powoli są plany w UK, żeby to zmienić. Na początku nie dawali zastrzyków np. osobom w kryzysie bezdomności. Dzisiaj to się zmieniło, bo zauważono, że jednak szczególnie dla takich osób, które nie mają gdzie bezpiecznie przechowywać tabletek, takie zastrzyki to prawdziwy skarb. 

Dużo osób jest dzisiaj na takiej terapii? 

Wciąż mało, bo ludzie boją się, że to nie będzie tak dobrze działało jak tabletki. A ja biorę zastrzyki od ponad 2 lat i wiremia cały czas jest na niewykrywalnym poziomie. Zastrzyki dostaje się w górną część pośladków, po prawej i po lewej stronie. Mnie to boli, ale szczerze? Wolę przeżyć raz na dwa miesiące ból fizyczny, który szybko minie, niż codziennie pamiętać o tabletkach, wozić je wszędzie ze sobą i być zmuszanym do HIV-owego coming outu przez nie. Obecnie czasem zapominam o tym, że żyję z HIV. 

 

Wiem, że to mało istotne, od kogo się zakaziłeś. Jednak dla wielu osób takie świadectwa pozwalają zrozumieć, że badać należy się zawsze i regularnie, jeśli prowadzisz życie seksualne i masz ryzykowne zachowania. Powiesz, jak do tego doszło u ciebie?   

Oczywiście, nie mam problemu z opowiadaniem tej historii. Po roku związku na odległość przeprowadziłem się do mojego ówczesnego chłopaka do Londynu. Niestety wspólne życie zweryfikowało naszą relację i po 4 miesiącach postanowiliśmy się rozstać. Znowu zostałem sam, bez mieszkania. W Londynie mieszkał już wtedy też Tomek, ten, który pomógł mi, gdy zostawiła mnie siostra. Ponownie skorzystałem z jego pomocy. Gdy przyjechałem do niego, to na smutki zaczęliśmy pić alkohol. Od słowa do słowa, Tomek mówi, że nie ma co płakać, tylko od razu iść na seks z innym gościem. Byłem już nieco pijany. Umówił mnie z jednym typkiem. Zgodziłem się. Na 99% to od niego się zakaziłem. 

Powiedziałeś mu? Winisz go?  

Po mojej diagnozie wysłałem mu SMS-a, z sugestią, że powinien się przebadać. Oczywiście zareagował złością i wulgaryzmami. Miesiąc później napisał, że był w klinice i jego wynik też jest pozytywny. Czy go winię? Miałem 31 lat, wiedziałem, że uprawiam seks bez prezerwatywy. Wierzę, że on rzeczywiście nie wiedział, że żyje z HIV, że nie zataił tego przede mną świadomie. Nie ma co szukać winnych. Warto przyjmować PrEP (farmakologiczna profilaktyka przedekspozycyjna – leki antyretrowirusowe, mogące zmniejszyć ryzyko zakażenia HIV nawet o 99% – przyp. Red.) lub zakładać prezerwatywę, ale jeżeli dojdzie jednak do zakażenia – to nie koniec świata. 

Rozumiem, że mieszkałeś wtedy z Tomkiem, więc jemu pierwszemu powiedziałeś o zakażeniu. A inni?  

W październiku tamtego roku leciałem do Polski. Byłem przekonany, że nigdy nie powiem o HIV nikomu w mojej ojczyźnie. Bałem się ogromnie tego stygmatu. Wiedziałem, że szczególnie w mojej małej wsi wiedza o HIV jest znikoma, że mogą się mnie po prostu bać. Przyleciałem, poszedłem wieczorem do siostry. Szwagier postawił na stole wódkę… no i bardzo szybko pękłem. Powiedziałem im o wszystkim. 

Ich reakcje? 

Najbardziej bałem się reakcji szwagra, bo jednak wiesz… to jest taki typowy polski szwagier. (śmiech) Zareagowali jednak OK. Oczywiście nie wiedzieli o HIV prawie nic, pytali, czy umrę.

Często pojawia się stereotypowe, wynikające z niewiedzy przekonanie, że nawet jedzenie tymi samymi sztućcami może spowodować transmisję wirusa. 

Byłem świeżo po diagnozie, więc wciąż miałem bardzo wysoką wiremię, a oni mają dwójkę dzieci, bałem się więc, że będą chcieli mnie od nich odseparować, że nie będą chcieli, żebym korzystał z ich łazienki, czy dadzą mi specjalny kubek i talerz. Nie zrobili tego. Oczywiście podkreślmy – wirusem HIV nie można się zakazić, korzystając z tej samej zastawy stołowej! 

Czemu nie powiedziałeś mamie?  

Ma 69 lat, nie chcę jej stresować. Nie mieszkam na miejscu, codziennie by dzwoniła i pytała, jak się czuję. Chyba wolę zostawić to już dla siebie. Dawniej było inaczej – osoby żyjące z HIV mówiły o tym rodzicom, bo to był wyrok. Żeby się pożegnać przed śmiercią, musieli powiedzieć. Dziś jest inaczej. 

 

Wracając do dnia diagnozy – ty miałeś z kim o tym porozmawiać. Co z osobami, które nie mają nikogo bliskiego wokół?  

Wiem, że w Polsce świetnie działa organizacja Buddy Polska. Jeżeli twój wynik jest pozytywny, możesz zgłosić się do nich z prośbą o darmową i w pełni dyskretną pomoc psychologiczną od osób, który również żyją z HIV. A nie ma nic bardziej wspierającego niż rozmowy właśnie z takimi osobami. Lekarz powie ci o leczeniu, uspokoi, ale… on nie żyje z HIV, nie wie, jak to życie w praktyce wygląda. Tuż po diagnozie, jeszcze w klinice podeszła do mnie osoba pracująca dla organizacji Metro Charity. Zapytała, czy chcę porozmawiać. Nie chciałem. Gdy dowiedziała się, że jestem z Polski, to od razu zareklamowała mi polskojęzyczną grupę mężczyzn, mających seks z mężczyznami, którzy żyją z HIV. Mówiła, że to idealna grupa dla mnie, ale wiesz, co ja pomyślałem? Że jeżeli miałbym z kimś o tym porozmawiać to jak już to z kimś, przy kim czułbym się anonimowo. A Polacy? Są szanse, że znają twoich bliskich i ta informacja trafi do osób, którym nie chcesz o tym mówić. Dostałem od niej ulotkę, wrzuciłem do szuflady i dopiero kilka tygodni później, gdy wpadła mi w rękę – zadzwoniłem i dołączyłem do grupy.   

Jak wyglądają takie spotkania? 

Rozmawiamy o tym, jak wygląda nasze życie. Często mówimy o lekach, o traumach, które przeżywamy. Czasem zapraszamy lekarzy, którzy odpowiadają na nasze pytania, albo sami mówią nam o planowanym wprowadzeniu na rynek nowego leku. Innym razem wychodzimy razem do teatru czy opery. To daje niesamowite poczucie wsparcia i ogranicza nasze codzienne osamotnienie i poczucie wykluczenia.

Jak to się stało, że zacząłeś pracę w Metro Charity?  

Kilka miesięcy po tym, jak dołączyłem do grupy, nasz prowadzący zrezygnował z tej pracy. Przełożeni ni stąd, ni zowąd od razu podbili do mnie – Kuba, ty się świetnie nadajesz, może ty ją dalej poprowadzisz? Byłem totalnie w szoku, bo przecież dopiero co sam przyszedłem tam po pomoc, jak miałem teraz wziąć na barki opiekę nad całą grupą? Zgodziłem się jednak. Zacząłem jako wolontariusz, a niedługo potem zaproponowano mi pracę. Przez 2 lata raz w tygodniu prowadziłem tę grupę. Potem musiałem zrezygnować ze względu na inne obowiązki, a 3 lata temu znalazłem ogłoszenie o pracę właśnie w Metro Charity i wróciłem. Dzisiaj prowadzę grupę dla mężczyzn mających seks z mężczyznami, którzy są imigrantami i uchodźcami. Dodatkowo zajmuję się wnioskami o dotacje i wszelkimi raportami. 

Wydaje się, że geje wiedzą o HIV znacznie więcej niż osoby hetero. Mimo to dalej nawet w naszym środowisku występuje dyskryminacja osób żyjących z HIV. Doświadczasz tego?   

Oczywiście. Stygmatyzacja osób żyjących z HIV jest ogromna. I chyba nie ma żadnego kraju, w którym by jej nie było. Ludzie dalej nie mają wiedzy o tym wirusie. Jako aktywista chodzę więc często na spotkania, chociażby z policją, gdzie uświadamiamy funkcjonariuszy na temat HIV, czy do domów pomocy społecznej, by wytłumaczyć, że pielęgniarki wcale nie muszą zakładać rękawiczek, żeby zajmować się takim podopiecznym. Na takich spotkaniach słyszymy mnóstwo porażających pytań, świadczących o tym, że wiedza jest niewielka, jedna Pani pracująca w szpitalu była na przykład przekonana, że pościel po pacjencie żyjącym z HIV, nawet jeżeli jest tam z zupełnie innych powodów, nie może już zostać wysłana do pralni, ale musi zostać zutylizowana.    

A jak ty osobiście przeżyłeś czy przeżywasz to wykluczenie? 

Najgorzej jest tuż po diagnozie. Chociaż wiesz, że nie umrzesz, to i tak myślisz, że zostaniesz singlem do końca życia, że z nikim nie będziesz uprawiał seksu i zostaje ci tylko położyć się w łóżku i umrzeć. W UK powstał serwis randkowy “Positive Singles” skierowany do osób, które żyją z HIV i szukają drugiej połówki. To pomaga na tym pierwszym etapie odnalezienia się w randkowaniu po diagnozie. Ja przez pierwszy rok od diagnozy nie spotykałem się z nikim. Problemem było to, że moja wiremia długo utrzymywała się na wysokim poziomie. Czekałem ponad 10 miesięcy, zanim stałem się niewykrywalny. To bardzo długo, bo dziś średni czas to około 2-3 miesiące. A przypominam – całkowite zahamowanie namnażania się HIV i obniżenie do niewykrywalnego poziomu wiremii oznacza zerowe ryzyko przeniesienia wirusa. Jest to tak zwana zasada N=N – niewykrywalny równa się niezakaźny.  

Pamiętasz swój pierwszy seks po zakażeniu? 

To była tragedia. Stresowałem się przed tą randką, a w trakcie seksu jeszcze bardziej. Ciągle myślałem o wirusie i chciałem stamtąd uciec. Nie wspominam tego dobrze. 

Powiedziałeś tej osobie przed spotkaniem, że jesteś pozytywny, ale niewykrywalny?  

Nie powiedziałem, bo już nie musiałem. W Anglii i Walii prawo wygląda tak, że rzeczywiście, jeżeli masz wirusa i wiremia jest na wykrywalnym poziomie, to twoim obowiązkiem jest powiadomić o tym osobę, z którą zamierzasz uprawiać seks. W przeciwnym razie możesz trafić nawet do więzienia. Jednak jeśli jesteś niewykrywalny, nikogo nie musisz informować i możesz uprawiać seks bez prezerwatywy. W Szkocji, a także w Polsce prawo wprost nie zauważa zasady N=N. To dodatkowa stygmatyzacja osób żyjących z HIV. Czy jednak mimo tego, że nie musisz mówić o wirusie osobie, z którą masz seks, to czujesz się z tym ok? No nie, i tak mentalnie czujesz taki obowiązek. W moim przypadku, jeżeli chodzi o przygodne, jednorazowe spotkania na seks to nigdy nie mówiłem partnerom seksualnym o zakażaniu. Jeżeli jednak relacja stawała się coraz bardziej romantyczna, to mówiłem tym chłopakom po około 3 miesiącach. To oczywiście nie było dobre rozwiązanie, ale nie miałem tyle odwagi, żeby robić to szybciej. W trakcie tych 3 miesięcy i tak przecież uprawialiśmy seks, więc Ci partnerzy czuli się w jakiś sposób oszukani, szczególnie gdy nie wiedzieli o wirusie zbyt wiele. 

Domyślam się, że nie reagowali zbyt dobrze? 

Jedna sytuacja była wyjątkowa niemiła. Spotkałem się z chłopakiem w pubie i powiedziałem mu, że jestem zakażony, ale nie ma się o co martwić, bo jestem niewykrywalny. Zareagował bardzo źle, bardzo. Uznał, że postawiłem go w bardzo niebezpiecznej sytuacji, powiedział, że nie chce mnie znać. Nie działały żadne tłumaczenia naukowe. Wyszedł bez słowa, już nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Inni reagowali raczej OK, ale zawsze mieli mnóstwo pytań. Tłumaczyłem, proponowałem, że możemy iść razem do kliniki, żeby usłyszeli to od specjalisty. I tu ciekawostka – z jednym z takich chłopaków rzeczywiście poszedłem do lekarza i on w związku z tym, że ze mną sypiał, poprosił o refundowany PrEP (w UK PrEP jest refundowany przez państwo od 2017 roku – przyp. Red.). Lekarz mu odmówił. Powiedział, że jeżeli sypia tylko ze mną, z osobą o niewykrywalnej wiremii, to nie ma przesłanek, by brał PrEP. Mówię o tym, bo to chyba w praktyce obrazuje, jak bardzo potwierdzone jest to medycznie, że niewykrywalna wiremia oznacza, że nie możesz się od takiego partnera zakazić HIV.   

Gdy dziś spotykasz się pierwszy raz z osobą, która jest tuż po diagnozie, co jej mówisz? 

Mówię; chyba wiem, co czujesz. Myślisz, że twoje życie się skończyło. Ale spójrz na mnie – siedzę tu, uśmiecham się, jestem zadowolony ze swojego życia, mam partnera, dzięki nowoczesnej terapii prawie zapominam o tym, że mam HIV… Twoje życie też zaraz będzie tak samo piękne, jak wcześniej.  

/////


Już 4 grudnia o godzinie 20:00 na naszym Instagramie odbędzie się rozmowa LIVE z Kubą Krzyżyńskim, a także Tomkiem Markowskim (okładkowym bohaterem 110. numeru magazynu “Replika”) już dziś serdecznie zapraszamy! 

Jacek Malarski & Albert Judycki, najlepsi cukiernicy w Polsce; właściciele cukierni Lukullus – wywiad bez lukru

JACEK MALARSKI (z lewej) i ALBERT JUDYCKI, właściciele cukierni LUKULLUS, najlepsi cukiernicy w Polsce, mówią o swojej miłości i rozstaniu, o trudnym dzieciństwie, pracoholizmie, nadmiernym balowaniu i… ani słowa o ciastkach. Rozmowa Bartosza Żurawieckiego

fot. Paweł Spychalski

Jak się poznaliście?

Albert: W sopockiej dyskotece Faktoria, która od dawna już nie istnieje.

Jacek: Siedziałem przy barze, byłem zahukanym okularnikiem i kogoś podrywałem, ale jednocześnie patrzyłem na parkiet, bo tam był ON. Piękny, uśmiechnięty od szczęk po pięty. Myślałem: „Ale facet! No, ale nie moja półka, produkt premium”. A on podszedł do mnie, zaczęliśmy rozmawiać, złapaliśmy się za ręce i tak już zostało.

A: Co ty opowiadasz!

J: Pominąłem pewne szczegóły, bo są zbyt intymne.

Proszę niczego nie pomijać!

J: Dobrze, cofam. Próbowałem wyrwać dwóch gości.

A: Moich kolegów. A ja chciałem iść dalej balować, więc zastanawiałem się, jak go spławić. Ale potem siedział na 

This content is restricted to subscribers

***

Albert Judycki – wnuk założyciela cukierni Jana Dynowskiego, absolwent etnologii UW oraz cukiernictwa w paryskiej Le Cordon Bleu.

Jacek Malarski – absolwent wydziału aktorskiego PWSFTviT w Łodzi oraz cukiernictwa w nazywanej Harvardem gastronomii École Grégoire-Ferrandi. W 2021 r. razem z Albertem Judyckim zostali ogłoszeni najlepszymi cukiernikami w Polsce przez Międzynarodową Akademię Gastronomiczną.

Günter Schön i jego ojciec, skazany za homoseksualność więzień obozu Stutthof

We wrześniu 1939 r. w miejscowości Stutthof pod Gdańskiem, w dzisiejszym Sztutowie, Niemcy założyli obóz znany później jako Konzentrationslager Stutthof. Trafiali do niego również mężczyźni karani za homoseksualność – „sprzeczny z naturą nierząd”. O jednym z nich, a także o jego żonie i synu pisze PIOTR CHRUŚCIELSKI, twórca pierwszej polskiej wystawy o „różowych trójkątach”, którą do końca roku znów można oglądać w Muzeum Stutthof

fot. Piotr Chruścielski

„Nie raz wyobrażałem sobie siebie na jego miejscu. Orientacji nikt sobie nie wybiera, dlatego kompletnie nie rozumiem, jak z jej powodu ktoś musi przechodzić przez takie piekło”.

Ludzkie historie bywają zaskakująco podobne. Niemiec Günter Schön – autor przytoczonych słów – przekonał się o tym, kiedy kilka lat temu pojechał do Tajlandii, by powitać tam z przyjaciółmi nowy rok – 2017, w którym Niemcy zalegalizowały małżeństwa osób tej samej płci (związki partnerskie Niemcy wprowadziły w 2001 r. – przyp. red.). Pewnego wieczoru, w przypływie emocji wywołanych niedawną śmiercią mamy, opowiedział jednemu z amerykańskich kolegów o swojej rodzinie. Oczy tego drugiego nagle się zaszkliły… a tysiące kilometrów, jakie dzielą Nadrenię-Północną Westfalię i stan Utah, przestały istnieć.

Okazało się, że Niemca i Amerykanina łączy doświadczenie bycia homoseksualnym synem homoseksualnego ojca. Ojca geja żyjącego w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Dla ojca urodzonego w 1960 r. Güntera – Willy’ego – były to dawne Prusy Wschodnie i RFN, z obowiązującym przez dziesiątki lat paragrafem 175, dla ojca młodszego o 2 lata Amerykanina – najbardziej mormoński ze wszystkich stanów w USA. Obaj stracili ojców, będąc w tym samym wieku, i obaj też prawdę o nich poznali bardzo późno. Za późno: Amerykanin, kiedy tato już nie żył, Günter – kiedy Willy w następstwie choroby Alzheimera miał już znikomy kontakt z otoczeniem. „Bardzo żałuję” – pisze do mnie w mailu Günter – „że o przeszłości taty wiedziałem wtedy tak mało i że nie mogłem z nim o niej porozmawiać. Dziś już zdobyłbym się na odwagę. Myślę również, że taka rozmowa, kiedy [tato] nie czułby strachu przed czyjąś oceną, zrobiłaby dobrze i jemu”.

This content is restricted to subscribers

 

Piotr Chruścielski (ur. 1984 r.) – germanista i historyk, pracownik naukowy Muzeum Stutthof w Sztutowie. Bada m.in. losy więźniów z tzw. grup zmarginalizowanych. Finalizuje doktorat na Uniwersytecie Gdańskim nt. niemieckich i austriackich więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof. Laureat Pomorskiej Nagrody Muzealnej za lata 2015 i 2018, w tym za wystawę „Przemilczana kategoria. Więźniowe z różowym trójkątem w KL Stutthof ” (2018).

Wystawa „Przemilczana kategoria. Więźniowie z różowym trójkątem w KL Stutthof” – przygotowana przez Muzeum Stutthof w Sztutowie – to pierwsza w Polsce monografi czna wystawa poświęcona mężczyznom skategoryzowanym w obozie koncentracyjnym Stutthof jako więźniowie homoseksualiści. Jej autorem jest Piotr Chruścielski; koncepcję grafi czną opracowała Magdalena Jedlicka; zdjęcia stylizowane wykonała Natalia Zwolińska. Po raz pierwszy ekspozycję prezentowano w latach 2018-2019. Można ją znów oglądać – do końca 2022 r.  

Qczaj o swoim coming oucie

Rozmowa z Danielem Józkiem Qczajem, popularnym trenerem fitness, o jego publicznym coming oucie

„Pomyślałem: Kurde, kiedyś byłem takim chłopakiem, który mieszkał w małej wsi na Podhalu i nie mógł za bardzo wojować, bo się bał, a dzisiaj mam moc swojej społeczności, ludzi, którzy stoją za mną murem – nie mogę tego nie wykorzystać”.

„Pytań, czy mam dziewczynę, było mnóstwo i nieraz miałem ochotę powiedzieć: Do jasnej cholery, a czy to musi być dziewczyna?

„Babcia zadzwoniła do mamy i powiedziała jej, że jestem… pedofilem. „A, nie – pedałem” – poprawiła się szybko.”

„Dostałem e-mail od mamy jednego z moich obserwatorów, 15-letniego chłopaka, który w dniu mojego coming outu powiedział jej, że chciał popełnić samobójstwo, pokazał list pożegnalny.”

Cały wywiad, którego autorem jest Piotr Grabarczyk, do przeczytania w „Replice” nr 85.

fot. Artur Kowalczyk

Kuba Gawron – współtwórca „Atlasu Nienawiści”

Rozmowa z Kubą Gawronem, współtwórcą „Atlasu Nienawiści” monitorującego polskie „strefy wolne od LGBT”.

„Według moich obliczeń gminy, które przyjęły uchwały anty-LGBT, otrzymały w perspektywie finansowej UE 2014-2020 ok 8,8 mld zł. Apeluję do Komisji Europejskiej o wyraźny głos, że łamanie zasady niedyskryminacji może przynieść konsekwencje finansowe”

„Procesu się nie boję, raczej jestem ciekawy. Na Marszu w Białymstoku byliśmy oblegani przez rozjuszony tłum rzucający petardami – to zmienia perspektywę”

„Zgłaszałem facebookowe komentarze o strzelaniu z broni pneumatycznej do uczestników Marszu Równości w Rzeszowie. Policja nie wykryła sprawców, mimo, że podałem na tacy nazwiska, zdjęcia i prawdopodobne miejsca zamieszkania”

„W „fizycznej” rzeszowskiej rzeczywistości społeczność LGBTQ po prostu nie jest obecna, jesteś zdany sam na siebie”

Cały wywiad, którego autorem jest Tomasz Piotrowski, do przeczytania w „Replice” nr 84.

Fot. Michał Ignar

Cudowne Lata – muzyczny duet lesbijek

Rozmowa z Anią Włodarczyk i Aminą Dargham, muzycznym duetem lesbijek, znanym jako Cudowne Lata

„Podoba nam się wydobywanie z naszej muzyki tego głosu i doświadczenia czasem nieuchwytnego kulturowo i niepodanego wprost – to nasz świat, Ani i Aminy, kochających się dziewczyn w Polsce 2020”

„Pozmieniałyśmy formy męskie na żeńskie z baśni i w naszej piosence jest „ukochana“ zamiast „ukochanego“

„Zasłuchujemy się w Roxette, Whitney Houston, Heart, Alice in Chains, Tinie Turner, a także w Urszuli, Annie Jurksztowicz, Monice Borys. Ostatnio na nowo odkrywamy album „Erotica“ Madonny, uwielbiamy też serial „Pose“.

Cały wywiad, którego autorką jest Marta Konarzewska, do przeczytania w „Replice” nr 84.

Fot. Aleksander Makowski

 

Bohaterowie kalendarza 2020 (styczeń-czerwiec)

  1. Styczeń: Michał Piróg

Tancerz, choreograf, aktor, juror talent shows, celebryta, osobowość telewizyjna, niestrudzony społecznik – działacz na rzecz praw zwierząt, ochrony środowiska oraz praw LGBTI.

Na e-mail z propozycją nagiej fotki w naszym kalendarzu Michał zareagował krótko: Wchodzę w to, tylko pytanie kiedy? Jest bardzo, bardzo zajęty, więc umówienie się stanowiło nie lada problem. Udało się gdzieś między próbami w teatrze a wylotem do Stambułu. Michał zjawił się na sesji uśmiechnięty, bezproblemowy i profesjonalny. Gdy zdjął ubranie i założył tutu (pomysł fotografa Pawła Spychalskiego), nie musiał właściwie pozować – taniec baletowy przyszedł Michałowi naturalnie, Paweł „tylko” cykał fotki. Trzeba było jedynie pamiętać, by tutu strategicznie wywinęło się do góry!

  1. Luty: Radek Pestka & Romek Gelo

Para modeli. Radek zyskał ogólnopolski rozgłos, gdy w 2015 r., w wieku 19 lat, został pierwszym mężczyzną, który wygrał w programie TVN „Top Model”. Romka Gelo poznał na wspólnej sesji foto 14 stycznia 2017 r. Miesiąc później byli już razem.

Od początku było dla nas jasne, że zakochanej parze zaoferujemy w naszym kalendarzu miesiąc luty, czas Walentynek. Chłopaki wahali się chwilę – są profesjonalnymi modelami, ale nigdy nie mieli nagiej sesji, a sam Radek bardzo nieprzyjemnie wspomina lincz, jaki go spotkał po tym, gdy do sieci wyciekła jego naga fotka. Gdy się zgodzili, zorganizowaliśmy sesję – tym razem Radek pozował na własnych warunkach, pokazując, że hejterom zastraszyć się nie da. Na naszym zdjęciu wygląda na typ romantyka, choć w życiu jest bardzo praktyczny. Romek natomiast prezentuje minę typu „zimny drań”, która wychodzi mi naturalnie, mimo że przecież jestem sympatycznym kolesiem.

  1. Marzec: Arek Kluk

Aktywista LGBTI, współzałożyciel i prezes (2015-2019) poznańskiej Grupy Stonewall, jednej z najprężniej działających organizacji LGBTI w Polsce. Organizator pięciu ostatnich poznańskich Marszów Równości, a także imprez Poznań Pride Week, główny odpowiedzialny za uczynienie z Poznania „tęczowej stolicy Polski”. Obecnie znajdziecie go w Lokum Stonewall, gdzie spełnia swe marzenia, prowadząc gejowski bar w samym centrum polskiego miasta (Poznania oczywiście).

Zaproszony do udziału w naszym kalendarzu, zgodził się bez wahania: Z nagością nie mam problemu, przeszedłem „trening” na plażach naturystycznych. Do fotki sam zaproponował megafon jako rekwizyt, by podkreślić, że nie możemy siedzieć cicho, musimy głośno wyrażać nasze postulaty i walczyć o swoje. Sesji foto z przyjemnością przyglądał się chłopak Arka – Jacek Jelonek, świeżo upieczony lekarz i również aktywista LGBTI.

  1. Kwiecień: Kaleem Uddin

Mieszka w Polsce od 3 lat, pochodzi z Indii. Jest gejem i muzułmaninem. Historia jego życia mogłaby stać się kanwą filmu, opowiedział ją w naszym wywiadzie („Replika”, nr 79, maj/czerwiec 2019). Z Indii wyemigrował za pracą do Arabii Saudyjskiej. W końcu wylądował w Polsce, zakochał się w Polaku. W jego hinduskiej społeczności nie ma opcji bycia jawnym gejem: Dopiero w Polsce po raz pierwszy zobaczyłem pary gejowskie mieszkające razem. W Indiach miałem wyłącznie anonimowy seks z mężczyznami – w jak największym ukryciu, bez uczuć. W Warszawie zacząłem się umawiać na normalne randki – to jest super!

Kaleem znalazł pracę warszawskiej saunie gejowskiej Heaven. Życiowym optymizmem mógłby zarazić co najmniej kilku ponuraków. Bardzo lubi pozować do zdjęć, ale nago nie pozował nigdy wcześniej, więc udział w naszym kalendarzu był dla niego wyzwaniem. Po jakichś 10 minutach sesji stres zszedł i zaczęło być całkiem przyjemnie!

  1. Maj: Adrian Sapała

Mieszka w Warszawie, pracuje jako bankowiec. Siłownia i aparat fotograficzny to dla mnie poniekąd sposób na walkę z kompleksami, ale również odskocznia od codzienności i po prostu przyjemność – nie będę krył. Do Pawła Spychalskiego (który robił zdjęcie – przyp. „Replika”) mam całkowite zaufanie, zapozuję chyba do każdej jego koncepcji – mówi. Na pomysł ze slingiem na łące wpadł właśnie Paweł. To rekwizyt fetyszowy, który zwykle kojarzy się z czymś mrocznym i „zboczonym”. Tymczasem nie ma w nim przecież nic złego, chcieliśmy go „odczarować” – uśmiecha się Adrian, dodając, że środowisko fetyszowe jest mu bliskie oraz że maj jest miesiącem wyborów Mister Leather oraz Mister Rubber.

  1. Czerwiec: Maciej „Gąsiu” Gośniowski

Maciej „Gąsiu” Gośniowski (29) – dragowy i queerowy performer, aktor, aktywista, a także felietonista magazynu „Joy”. Wiedząc, że Gąsiu jest nieustraszony i lubi śmiałe projekty, podsunęliśmy mu koncepcję, która jest koszmarem homofoba: pozowanie nago z piórami w tyłku. Serdecznie dosyć mamy tej obiegowej opinii, którą powtarza jak papugi wielu homofobów, w tym również autohomofobów w naszej społeczności, mianowicie: Nie chodzę na Parady, bo nie lubię półgołych przebierańców z piórami w dupie. Jakoś nigdy na żadnej Paradzie piór w tyłku nie widzieliśmy… Skoro jednak oni te pióra w swej wyobraźni widzą, to może by im je w końcu pokazać? Gąsiu miał zostać naszym modelem na czerwiec, Pride Month. Wysłuchał spokojnie i swym charakterystycznym niskim głosem powiedział tylko: Świetny pomysł, trzeba tylko pomyśleć, jak te pióra włożyć. Pomyśleliśmy, popróbowaliśmy, włożyliśmy – Gąsiu był anielsko cierpliwy podczas sesji. Dodajmy jeszcze, że na fotce nie jest „półgoły”, tylko właściwie całkiem goły – ma na sobie jedynie makijaż oraz szpilki i tęczowe skarpetki. Patrzy prosto w obiektyw i jest wściekle atrakcyjny – koszmar homofoba w pełnej krasie.