Igor Isajew, ukraiński dziennikarz w Polsce, o karabinach z tęczą i ludziach LGBT walczących na wojnie

Z IGOREM ISAJEWEM, dziennikarzem, autorem bloga „Ukrainiec w Polsce”, rozmawia Mateusz Witczak

fot. Paweł Spychalski

Po co ten wywiad? Nie jestem żadnym celebrytą.

Możesz zaprezentować perspektywę Ukraińców i Ukrainek, którzy należą do naszej społeczności.

A nie lepszy byłby Slava Melnyk (Ukrainiec, dyrektor Kampanii Przeciw Homofobii od lat mieszkający w Polsce – przyp. red.)? Naprawdę, bardzo się zdziwiłem propozycją tej rozmowy. Chodzi o to, że wypłynąłem w Internecie?

Twoje posty docierają do dziesiątek tysięcyludzi. Nasza polska perspektywa jest ułomna,obserwujemy wojnę z trzeciej ręki. Tymasz w Ukrainie przyjacioł i rodzinę, znaszjęzyk i historię polityczną regionu.

Amerykańskie i francuskie media ciągle proszą mnie o rozmowę czy pomoc w tłumaczeniu – chcą jechać do Przemyśla, by nagrać tam tysięczny wywiad z płaczącą matką. Stanowczo im odmawiam, mam na głowie mnóstwo innych spraw; osoby znające ukraiński oraz angielski są teraz na wagę złota. Transmitujcie sobie naszą wojnę na żywo, tak samo, jak transmitowaliście białoruską rewolucję. Obie stały się dla wielu serialami.

To nie sitcomy. To dramaty.

Gdyby to były „dramaty”, to Zachód zareagowałby na to, co się dzieje w Kijowie, w sposób bardziej stanowczy. Łukaszenka nie łamałby swoich obywateli, a moja ojczyzna nie byłaby dziś atakowana z Białorusi. Ale problem leży głębiej. Gdy w połowie XIX w.w Ukrainie rozwijał się przemysł, zwłaszcza w Donbasie, najczęściej były to inwestycje belgijskie, holenderskie i angielskie. Wiesz,jak nas wtedy nazywali Belgowie?

Jak?

„Białe Kongo”.

Jest sens przykładać XIX-wieczną mentalność do czasów dzisiejszych? TVP uwielbia wypominać Belgom ludzkie zoo za LeopoldaII, tymczasem minęło ponad sto lat.

Ale „informacyjne” Białe Kongo trwa do dzisiaj, czego dowodem jest właśnie Białoruś. Ci ludzie odegrali swoją rolę w „Faktach” i „Wiadomościach”, serial się skończył – nie happy endem, ale przecież nie każdy serial musi się nim skończyć… i nic. W Mińsku niema teraz człowieka, którego bliski nie przeszedłby przez katownię KGB. To się działo na naszych oczach, oglądaliśmy to na żywow telewizji, na portalach i w mediach społecznościowych.

Media dokumentują zbrodnie reżimu Łukaszenki, dokumentują zbrodnie Putina. Budujemy w społeczeństwie świadomość.

I co to daje? Rok temu z Bliskiego Wschodu przyszli do nas uchodźcy. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Karolina i Ola: „Nie ochrzciłyśmy Olka mimo rodzinnej presji”

Z KAROLINĄ i OLĄ, instagramerkami, mamami Olka i Jagienki, które wzięły udział w zeszłorocznej akcji „Jesteśmy rodziną” stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza, rozmawia Magda Jakubiak

arch. pryw.

Spotykam się z Karoliną i Olą po godz. 21, bo dopiero wtedy dzieciaki są już w łóżkach i możemy swobodnie pogadać. Widzę przed sobą dwie roześmiane babki, które traktują siebie z szacunkiem i partnersko, i bez cienia wątpliwości wiem, że to będzie owocne spotkanie. Dziewczyny poprosiły o nieupublicznianie ich nazwisk ze względu na ochronę prywatności ich dzieci.

Jak się poznałyście?

O: Na jednym z kobiecych portali, który istnieje do tej pory – „Kobiety kobietom”.

K: W listopadzie będziemy mieć rocznicę, 10 lat ze sobą. Zamieściłam ogłoszenie, w którym niestety albo stety opisałam dużo moich wad. Ale też przyzwyczajeń. Napisałam, jaka jestem i jak wygląda moje życie na co dzień.

Pamiętasz, co dokładnie tam napisałaś?

K: Było coś na zasadzie: hałaśliwa, ale nie wulgarna, pedantyczna, filmowa, ale nie serialowa, spontaniczna, perfekcyjna. Nie mam pojęcia, dlaczego tak to opisałam i dlaczego to zrobiłam. Ola odpowiedziała na ten anons dwoma słowami: „Zaczarowałaś mnie”. Bardzo lubię osoby, z którymi wiem, że nie będę się nudziła, stwierdziłam, że laska, która tak do mnie pisze, musi być kreatywna. I nie pomyliłam się.

O: A ja akurat wróciłam do Polski po wielu latach mieszkania we Włoszech. Na pierwszym spotkaniu poszłyśmy do klubu Glam, który jest w centrum Warszawy do dziś.

K: Dwa dni później spotkałyśmy się w Pawilonach i fajnie nam się rozmawiało, od początku chyba poczułyśmy flow. Przy czym pewna moja koleżanka ciągle pisała do mnie SMS-y, a mnie niezręcznie było wyciągnąć telefon przy Oli, dziewczynie, którą poznaję, i odpisywać koleżance. Tymczasem Ola zaczęła mnie „napastować”, żebym zobaczyła ten telefon. Mówię sobie „Boże, o co jej chodzi, nudzi się ze mną?”. Wyciągnęłam telefon – a tam oprócz SMS-ów od koleżanki był jeden… od Oli – z pytaniem, czy chcę z nią chodzić.

O: A miałam prawie 30 lat. (śmiech)

K: Tak, to trzeba podkreślić. Ola, jako prawie 30-latka, napisała 22-letniej dziewczynie, z którą właśnie się spotkała, SMS-a: „Czy chcesz ze mną chodzić?”. Tak zaczęłyśmy. Po 3 miesiącach zamieszkałyśmy razem. Nie wiem, czy realnie wiedziałyśmy, że to dojdzie do takiego momentu, w jakim jest teraz. Ja to raczej traktowałam na początku jako koleżankę i zabawę. O: Koleżankę i zabawę…! Boże, czego ja się dowiaduję!

K: No i z tej zabawy zrobiło się 10 lat, dwójka dzieci, dwa psy i jedna kotka.

Bardzo spontanicznie brzmi ta historia.

K: Bo my też miałyśmy w głowie, że wszystko przeżywamy ze sobą pierwszy raz. Dla mnie w ogóle to był taki skok na główkę i granie z wieloma emocjami, bo pierwszy raz tworzyłam związek z kobietą.

A skąd pomysł, żeby prowadzić razem Instagram i skąd taka nazwa konta @mamo.patrz?

K: Konto ja założyłam Oli. Jedyną osobą, która Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Staszek Chmielewski w czasie wojny ratował Żydów – obiecał to ukochanemu

Historia pewnej wojennej obietnicy, którą złożyli sobie STANISŁAW CHMIELEWSKI i WŁADYSŁAW BERGMAN

rys. Marcel Olczyński

Przychodził do nas Staś Chmielewski, o którym muszę oddzielnie opowiedzieć. Historia Stasia Chmielewskiego zaczęła się dla mnie właśnie wtedy – u Szawernowskich na Marszałkowskiej. Staś (…) był to młody człowiek. Miał wtedy chyba lat trzydzieści jeden, czy coś takiego – przystojny – którego nie znałyśmy przedtem, który był przyjacielem jakiegoś mojego wuja z drugiej linii. Historii tej ja nie rozumiałam zupełnie. Dopiero później zrozumiałam, o co chodziło, bo jeszcze nie byłam gotowa rozumieć takich rzeczy. Ten Staś bardzo kochał tego mojego wuja dużo od niego starszego. Wuj poszedł na front i zginął pod Tobrukiem. Ale została jego siostra i jego matka i Staś się nimi zajął. A jak już się nimi zajął, to i nami się zajął. Z miłości do tego Władka. Ale jak się zajął? Tak zupełnie, zupełnie bezinteresownie. Z narażeniem życia i jak się mu mówiło o tym, że się naraża, to mówił: „Cóż… ja jestem sam, nie mam żony, nie mam dzieci. Mi wolno robić, co ja chcę. I nic nikomu nie grozi z tego powodu”.

Ten krótki fragment pochodzi z wywiadu z Janiną Bauman (z domu Lewinson) przeprowadzonego w 1997 r. dla USC Shoah Foundation. Świadkini wspomina moment tuż po ucieczce z getta warszawskiego na aryjską stronę. Pierwsze lokum – pokój w mieszkaniu państwa Szawernowskich na rogu Marszałkowskiej i Moniuszki – załatwił dla niej, jej siostry i matki Stanisław Chmielewski.

Anioł Opatrzności

„Dobry Staś” albo „Anioł Opatrzności” – tak nazywano tajemniczego pana Chmielewskiego. W 1983 r. został odznaczony medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. W czasie II wojny światowej pomógł uratować ponad 20 osób – przede wszystkim bliskich i przyjaciół Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.Za pomoc w poszukiwaniu śladów Stanisława Chmielewskiego dziękuję: Raimundowi Wolfertowi, Marcie Janiszewskiej, Paulinie Pająk, Izabeli Wagner, Wojtkowi Szotowi i Th omasowi Rothowi (Swedish Army Museum).

Proszę o kontakt wszystkie osoby, które mają jakiekolwiek informacje dotyczące Stanisława Chmielewskiego, Marii Nowak (Maryli Bergman) i innych osób opisanych w tym tekście: j.ostrowska.rosa@gmail.com Dr Joanna Ostrowska – historyczka zajmująca się zapomnianymi ofiarami nazizmu. Autorka książek: „Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej” (2018) i „Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej” (2021).

Dr Joanna Ostrowska – historyczka zajmująca się zapomnianymi ofiarami nazizmu. Autorka książek: „Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej” (2018) i „Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej” (2021).

Jacek Braciak i jego transpłciowy syn Konrad – pierwszy wspólny wywiad

Bohaterami okładkowymi najnowszego numeru magazynu LGBTQIA+ „Replika” jest aktor Jacek Braciak wraz ze swoim transpłciowym synem Konradem Braciakiem. O byciu ojcem osoby LGBT+, o myślach samobójczych Konrada i długiej drodze jaką pokonał, by dziś z dumą mówić o sobie nie tylko „mężczyzna”, ale również „gej”, aktualnym etapie tranzycji i sytuacji politycznej osób LGBT+ zgodzili się opowiedzieć tylko naszemu magazynowi. Co więcej wywiadowi towarzyszą pierwsze wspólne zdjęcia Jacka Braciaka z jego 27-letnim synem. 

Wywiad przeprowadził: Tomasz Piotrowski

 

Tomasz Piotrowski: Przyznam się, a jednocześnie się pochwalę – to ja jestem autorem tej burzy medialnej, która wybuchła w grudniu. Przeczytałem wywiad z panem w „Zwierciadle”, w którym dziennikarka pyta o pana trzy córki, a pan odpowiada: „Jestem ojcem dwóch córek i syna. Dlatego że moja córka okazała się mężczyzną w swojej istocie…”. Zaraz poinformowaliśmy o tym rodzicielskim coming oucie Czytelników_czki „Repliki”, a potem poniosło się to po wszystkich mediach. Byliście na to gotowi?

(Jacek wskazuje na Konrada)

Konrad Braciak: Nie spodziewałem się, że ta informacja jakkolwiek się poniesie, chociaż znajomi mówili mi co innego i okazało się, że mieli rację. Po waszej publikacji sporo dalszych znajomych nagle przypomniało sobie o moim istnieniu. (śmiech) Ale to było miłe, dostałem wiele wyrazów wsparcia.

Wiele osób komentujących wskazywało, że być może tata outuje cię bez twojej zgody, że może tego nie chciałeś.

Konrad Braciak: Nie, skąd! Tata mnie uprzedził. Gdy spotkaliśmy się jeszcze przed publikacją wywiadu, powiedział mi, że poprawił dziennikarkę, że nie ma trzech córek, tylko dwie i syna. Nie wiedziałem tylko, że pojawi się mój nekronim (żeńskie imię nadane Konradowi po urodzeniu – przyp. red.), ale w pełni rozumiem, dlaczego tak się stało. Sądzę też, że było to nie do uniknięcia. Wcześniej pojawiałem się w mediach, grałem jakąś małą rolę w serialu „Na Wspólnej”, byłem asystentem reżysera, media więc znały mnie i moje imię sprzed tranzycji, zatem ono i tak by się gdzieś pojawiło.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, wolałbyś, żeby tata nie sprostował dziennikarki? Żeby ta burza medialna się nie rozpętała?

Konrad Braciak: Absolutnie nie – dobrze się stało. Miałem łzy w oczach, gdy tata powiedział mi o wywiadzie. Nie potrzebowałem tego, bo wiedziałem, że tata się mnie nie wstydzi, jednak był to ogromny wyraz akceptacji. Tym bardziej, że dany publicznie.

Jak się tego słucha, panie Jacku?

Jacek Braciak: Z przyjemnością, i to nie dlatego, że słowa te są przepełnione aprobatą dla mnie, ale… to jest dorosły, mądry człowiek, który wypowiada swoje opinie i ma do tego odwagę. Cieszy mnie też, że nie trzyma się sztywno jakichś założeń i  jest bardzo wyrozumiały. W tym wywiadzie napomknąłem tylko o nim, sprostowałem pytanie dziennikarki i  miałem poczucie, że powinienem wcześniej o to Konrada zapytać. Potem pytałem też o o terminologię i wyjaśnił mi w ogóle pojęcie nekronimu. Dostałem SMS-y i telefony od osób dalszych i bliższych z wyrazami wsparcia. Przesyłałem nawet Konradowi nieporadnie narysowaną kartkę od dzieci znajomych z napisem „Pozdrowienia dla Konrada”. Mnie przede wszystkim ucieszyła re akcja pańska, a co za tym idzie, pańskiej gazety i chęć przeprowadzenia z nami wywiadu. Jeżeli środowisko LGBT+ i  pismo z  tym związane chce o tym porozmawiać, to jest super.

Najnowsze badania KPH i Lambdy Warszawa wskazują, że tylko 28% osób trans mówi ojcom o swojej tożsamości płciowej. Piotr Jacoń, który w zeszłym roku na naszych łamach wyznał, że jest ojcem transpłciowej córki, przygotowując swój reportaż „Wszystko o moim dziecku”, szukał rodziców osób trans – znalazł mamy i… ani jednego ojca, który pokazałby twarz i wystąpiłby przed kamerą. Minęło kilka miesięcy i jest pan. Kiedy pierwszy raz rozmawialiście o transpłciowości Konrada?

(Jacek wskazuje na Konrada)

Konrad Braciak: W końcu 2018 r. powiedziałem tacie, że jestem niecisnormatywny – to było raczej coś takiego, nie bardzo wprost. Bo na początku…

W obszernym, osobistym wywiadzie Konrad z ojcem opowiedzieli także m.in. o:

  • reakcji mamy na pierwszy coming out Konrada, 
  • ubraniach, które dziś syn dostaje po ojcu,
  • przygotowaniach do zmiany oznaczenia płci Konrada w dokumentach – aby to się stało, należy złożyć pozew sądowy przeciwko własnym rodzicom (!) za błędnie wpisane oznaczenie płci w akcie urodzenia (Polska wciąż nie ma ustawy regulującej w cywilizowany sposób proces zmiany oznaczenia płci w dokumentach),
  • o chłopaku Konrada.

Panowie komentują też obecną sytuację osób LGBT w Polsce, Jacek Braciak nie szczędzi mocnych słów, by wyrazić oburzenie wypowiedzią prezydenta Andrzeja Dudy z kampanii 2020 r. (prezydent powiedział m.in. „LGBT to nie są ludzie”).

 

Prawniczka Karolina Kędziora – 11 walki o sprawiedliwość

Z prawniczką KAROLINĄ KĘDZIORĄ, prezeską Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, o sprawie nieheteroseksualnej Polki, która wywalczyła sprawiedliwość w Trybunale w Strasburgu po… 11 latach, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

Foto: Emilia Oksentowicz/kolektyw

 

11 lat temu obywatelka pozwała Polskę do Trybunału w Strasburgu o dyskryminację ze względu na orientację seksualną i naruszenie jej prawa do życia rodzinnego. Sądy krajowe odebrały jej prawo do opieki nad dzieckiem, dlatego że po rozwodzie związała się z kobietą. We wrześniu tego roku Trybunał orzekł, że wyrok polskiego wymiaru sprawiedliwości był motywowany homofobią. Jak do tego doszło, że zostałaś pełnomocniczką oskarżonej?

Co prawda w 2010 r. współprowadzona przeze mnie organizacja pozarządowa Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego (PTPA) działała już od 4 lat, ale ta sprawa była pierwszą, w  którą angażowaliśmy się na poziomie skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w  Strasburgu. Sprawę przekazała do nas zaprzyjaźniona prawniczka Małgorzata Łojkowska. W tym czasie od 2 lat posiadałam uprawnienia radczyni prawnej, a dzięki mojej wcześniejszej pracy w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka miałam doświadczenie w  pisaniu skarg do Strasburga. Między innymi dlatego podjęłam się tego zadania.

Były jeszcze inne powody?

Na pewno osobiste. Byłam młodą matką dwuipółletniego dziecka, która w  tamtym czasie przeczuwała swoją nieheteronormatywność. Kilka lat później, tak jak moja klientka, brałam rozwód, będąc w nieheterozwiązku. Kiedy czytałam akta tej sprawy, od samego początku byłam bardzo przejęta i do głębi poruszona. Z  przerażeniem wyobrażałam sobie, że spotyka mnie coś podobnego, że mogę stracić możliwość opieki nad moim synem, tak jak moja klientka.

Twoja klientka miała czworo dzieci, prawda?

Tak, i  przy rozwodzie sąd zdecydował, że wszystkie dzieci powinny trafić pod jej opiekę. Ojciec tego wtedy nie kwestionował. Najprawdopodobniej tak by zostało, gdyby moja klientka nie związała się z kobietą. Nie spodobało się to byłemu mężowi i jej rodzicom. Od tego momentu do dzieciaków, które były w różnym wieku, ale wszystkie nieletnie, docierało wiele homofobicznych komunikatów na temat matki, i to ze strony bardzo bliskich osób, czyli taty i dziadków.

Jakie były skutki tej mowy nienawiści?

Doszło do tego, że niektóre Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Robert Samborski – gej, który nie został księdzem

ROBERTEM SAMBORSKIM, autorem książki „Sakrament obłudy”, gejem, który spędził 6 lat w seminarium duchownym, rozmawia Bartosz Żurawiecki

Foto: Jakub Szafrański

Mówią, że zdecydowana większość kleru to homoseksualiści.

Nieprawda. Widziałem w seminarium, kto się za kim ogląda. Większość zdawała się heteroseksualna. Ci zaś najpewniej homoseksualni święcie wierzyli w to, że homoseksualni nie są. Przodowali też w homofobii, w nienawiści do osób LGBT.

Opisałeś w „Sakramencie obłudy” 6 lat, które spędziłeś w seminarium duchownym. Co cię skłoniło do tych zwierzeń?

Zaczęło się od książki Artura Nowaka „Duchowni o duchownych”, która wyszła w roku 2019. Są w niej historie byłych księży, zakonników, diakonów, w tym także moja. Potem sam usiadłem i zacząłem pisać. Czułem potrzebę zamknięcia tego etapu mojego życia, który kosztował mnie tyle czasu i zdrowia. Pan Artur pokazał to, co napisałem, znajomym z Krytyki Politycznej i oto jest moja książka. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Aleksandra Jarmolińska, sportowczyni

ALEKSANDRĄ JARMOLIŃSKĄ, która na tegorocznych igrzyskach w Tokio reprezentowała Polskę w skeecie – strzelectwie do rzutków, rozmawia Małgorzata Tarnowska

Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw

Na ceremonii otwarcia wystąpiła w tęczowej maseczce, a wcześniej nagrała dla Miłość Nie Wyklucza filmik, w którym przedstawiła się jako reprezentantka Polski i osoba LGBT+: „Występuję z Miłością, bo niedługo się żenię. Kocham moją przyszłą żonę i prywatnie, i oficjalnie(…). Chcę mó c startować w biało-czerwonych barwach ze świadomością , że mój kraj traktuje mnie z należytą mi godnością. Wspieram równość małżeńską dla wszystkich, bo… Miłość Nie Wyklucza”. W sierpniu, po powrocie z Tokio, wzięła ślub.

Jak się zaczęła twoja współpraca z MNW, w której wyniku powstał comingoutowy filmik?

Parę miesięcy temu przy okazji zamawiania sprzętu sportowego na igrzyska w Tokio padło pytanie o naszycie logo sponsora. W mojej dyscyplinie nie za bardzo jest kogo naszywać, bo jest niszowa, więc pomyślałam, że wybiorę organizację, którą chciałabym wesprzeć. Mój kolega ma wtyki w MNW, więc skontaktował mnie z Hubertem Sobeckim (współprzewodniczącym Miłość Nie Wyklucza – przyp. red.). Na kilku zawodach, w tym na Mistrzostwach Europy, startowałam z ich logo, po czym kiedy zbliżaliśmy się do igrzysk, dostałam propozycję, żeby nagrać fi lmik, w którym tłumaczę, dlaczego wspieram MNW.

Tęczowa maseczka skupiła uwagę mediów, które uznały jej założenie za publiczny coming out.

Nie do końca myślę o założeniu maseczki jako o sportowym coming oucie, bo od dawna jestem wyoutowana w życiu prywatnym, w pracy i na swojej strzelnicy. Zmiana polega raczej na tym, że przed Tokio nikt nie słyszał o moim istnieniu. Dlatego też nie wzięłam udziału w akcji KPH „Sport przeciw Homofobii”, chociaż się nad tym zastanawiałam. Nie czułam się na tyle rozpoznawalna. A wracając do Tokio: z całkiem pragmatycznego punktu widzenia maseczki z tęczą, notabene otrzymane od mojego pracodawcy, czyli Google, gdzie pracuję na co dzień jako informatyk, to najwygodniejsze maseczki, jakie mam. Jestem jednak zadowolona ze statementu, który z tego wyszedł.

Informatyk, nie informatyczka?

Niech zostanie informatyk. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Maja Heban – O medycznej tranzycji u transpłciowych kobiet – z własnego doświadczenia

ABC medycznej tranzycji m/k

MAJA HEBAN, aktywistka i publicystka LGBT, specjalnie dla „Repliki” pisze o tym, jak wygląda medyczna tranzycja m/k, czyli u transpłciowych kobiet. Zna ten proces z własnego doświadczenia

foto Łukasz Langda

Jak wygląda tranzycja medyczna transpłciowych kobiet? Najbardziej prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Nie istnieje jedna właściwa ścieżka, bo każda osoba transpłciowa podąża swoją własną, którą pomagają wyznaczyć specjaliści. A ci, działając w systemie, który niespecjalnie odnotowuje egzystencję osób trans, mogą pozwolić sobie na swego rodzaju improwizację. Kiedy mówię o doświadczeniu transpłciowości w kontekście systemu opieki zdrowotnej, staram się pilnować, by używać słów takich jak „zazwyczaj”. Nie chciałabym wprowadzić kogoś w błąd przez swoją niewiedzę, że gdzieś w jakimś mieście jest specjalista, który akurat działa inaczej. Nie mówię tego, by straszyć. Przeciwnie – ranga specjalisty to dla lekarzy wyróżnienie, nieobca jest też osobom pracującym w tym zawodzie wymagającym stałego doskonalenia się i poszerzania kompetencji. Jest spora szansa, że trafiając do osoby poleconej, znalezionej na krążących po sieci mapkach i listach, trafimy dobrze. Chcę jednak, by wśród decydentów była pewność – osoby transpłciowe są w gabinecie lekarskim zdane na dobrą wolę i profesjonalizm osób lekarskich. Nie dowiemy się, jak wygląda tranzycja, prosząc o materiały edukacyjne u lekarza rodzinnego. Często piszą do mnie osoby, których dzieci czy znajomi wyoutowali się jako osoby transpłciowe i nie mają pojęcia, jak i gdzie zacząć. Nasze życia, czy nam się to podoba, czy nie, kręcą się wokół aptek i wizyt kontrolnych. Potrzebna jest systemowa zmiana, by osoby transpłciowe otrzymywały opiekę jako równoprawni obywatele, nie osoby z marginesu systemu.

Najpierw udowodnij, kim jesteś

Tranzycja medyczna zazwyczaj zaczyna się od diagnostyki. Piszę „zazwyczaj”, bo sama zaczęłam terapię hormonalną równocześnie z diagnostyką, a właściwie Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

W poprzednim numerze „Repliki” o medycznej tranzycji u transpłciowych mężczyzn pisał Anton Ambroziak, dziennikarz OKO.press.

Anton Ambroziak o medycznej tranzycji – z własnego doświadczenia

ANTON AMBROZIAK, dziennikarz oko.press, specjalnie dla „Repliki” pisze o tym, jak wygląda medyczna tranzycja k/m, czyli u transpłciowych mężczyzn. Zna ten proces z własnego doświadczenia

 

fot. Paweł Spychalski

 

„Dwadzieścia lat temu, gdy przepłynął przez moje dojrzewające ciało, pogłębił mój głos, usłał moją twarz i klatkę piersiową włosami, wzmocnił moje kończyny, uczynił mnie mężczyzną” – tak o testosteronie w latach 80-tych pisał Lou Sullivan, amerykański pisarz, aktywista na rzecz osób transpłciowych.

Hormon uwikłany kulturowo

Jeszcze przed jego zsyntetyzowaniem (w 1935 roku) i wprowadzeniem do powszechnego użycia, testosteronowi przypisywano magiczne zdolności. W XIX wieku, opisywany jako żywotny „sok z jąder”, miał odwracać nieuchronne procesy starzenia, pobudzać seksualnie i podnosić na duchu. Zsyntetyzowany testosteron jest produktem tej samej rewolucji biotechnologicznej, seksualnej i płciowej, co tabletka antykoncepcyjna, Viagra i w zasadzie cała medycyna estetyczna (technika wielu operacji dziś uznawanych za plastyczne, w tym operacji genitaliów, szlifowana była na użytek weteranów wojennych).

W ostatnich 75 latach świat farmakologii wszedł tak głęboko w nasze życia, że „witaminy T” używają dziś wszyscy: dzieci, młodzież, kobiety, mężczyźni i ci, których płeć odbiega od oznaczonej przy urodzeniu. Robią to, by złagodzić dolegliwości (depresję, obniżenie nastroju, endometriozę), podkręcić obroty organizmu (wzrost masy mięśniowej, obniżenie głosu) lub odwrócić jego niedyspozycję (spadek libido). Coraz częściej terapia hormonalna jest nie tyle leczeniem czy interwencją w „chore” ciało, ile sposobem, by być bardziej sobą. I właśnie tak można rozumieć jej sens dla osób transpłciowych.

Pierwszym transpłciowym mężczyzną, który przyjmował tabletki z testosteronem w ramach terapii maskulinizacyjnej, był Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Joanna Ostrowska o Polakach skazanych w czasie wojny za homoseksualność

Z doktor JOANNĄ OSTROWSKĄ, autorką właśnie wydanej książki „Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej”, o Polakach skazanych w czasie wojny za homoseksualność oraz o tym, dlaczego przez 75 lat udawano, że oni nigdy nie istnieli, rozmawia Mariusz Kurc

Foto: Jakub Szafrański

Józef Drewniok z Gliwic, Bogdan Kurt Machula z Katowic, Józef Kamiński z Włocławka, Alojzy Pawłowski z Poznania, Dionizy Przyborowski z Wrześni, Roman Igler z Poznania, Józef Niemczyk, który był na przymusowych robotach w III Rzeszy… Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać. Przez twoją książkę „Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej” idzie korowód Polaków skazanych za „nierząd z mężczyznami”. Polscy historycy przez dekady twierdzili, że z niesławnego paragrafu 175, penalizującego relacje seksualne między mężczyznami, skazywano tylko Niemców. Polaków skazanych za homoseksualność miało nie być. A jednak byli.

Przez długi czas historycy właściwie nic nie twierdzili. Temat po prostu nie istniał. Jeśli się pojawiał, to był unieważniany. Stosowano trzy „argumenty”. Pierwszy – ten, o którym mówisz: chodziło o  Niemców, a  nie o  Polaków. Drugi – ogółem skazanych za homoseksualność było niewielu w porównaniu z innymi grupami ofi ar, więc w sumie nie ma sensu się tym zajmować. To budzi mój ogromny sprzeciw. Czy rzeczywiście liczba powinna decydować o upamiętnieniu i  badaniach historycznych? Trzeci „argument” – jeśli już „oni” istnieli, to byli seksualnymi drapieżcami – wykorzystywali i gwałcili współwięźniów. Do tej pory miesza się tych skazanych za homoseksualność z tymi, którzy w obozach czy więzieniach uprawiali seks z  mężczyznami. To są dwa różne zjawiska, dwa „zbiory”, które czasem mogły się zazębiać. Byli tacy, którzy zostali skazani za homoseksualność i nie byli żadnymi przemocowcami (większość!). Inni dopuszczali się przemocy seksualnej, wykorzystując swoją pozycję w  społeczności więźniarskiej. Wreszcie mamy historie mężczyzn sądzonych z  innych powodów, którzy uprawiali seks z mężczyznami w trakcie odbywania kary. W każdym przypadku ważny jest kontekst.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.