O tęczowych inicjatywach słyszę, że są kontrowersyjne. I właśnie dlatego widoczność osób LGBT+ w naszym mieście jest tak ważna – mówi Natalia Wójcik, prezeska stowarzyszenia Tychy Osiedle Q
Powiedzieć głośno, że to także nasze miasto, wymaga od osób queerowych ogromnej odwagi – tym większej, im mniejsza jest miejscowość. Nawet w Tychach, wcale nie tak małych, bo zamieszkiwanych przez około 120 tys. osób, do czasu powstania Tychy Osiedle Q w 2024 r. osoby LGBT+ były po prostu niewidoczne. A niewidoczność sprawia, że zwykły, tęczowy koc rozłożony w parku staje się powodem do gróźb, jak przydarzyło się Natalii Wójcik.
Natalia Wójcik. Foto: Agata Krawczyk Tychy Osiedle Q
Gesty takie jak wzięcie partnerki za rękę, nad którymi osoby w dużych miastach być może rzadziej się zastanawiają, u nas są statementem, który wiąże się z ryzykiem – mówi Wójcik i dodaje: W Tychach jesteśmy jedną z dosłownie kilku par jednopłciowych, które się na to decydują. A przecież jest nas znacznie więcej.
Widać to po liczbie zainteresowanych spotkaniami kulturalnymi, które organizują Tychy Osiedle Q. Na jednym z nich gościł Piotr Jacoń, dziennikarz TVN24, ojciec kobiety transpłciowej oraz autor książek „My, trans” i „Wiktoria. Transpłciowość to nie wszystko”. W wydarzeniu uczestniczyły dziesiątki osób, a dla wielu z nich było to pierwsze zderzenie z tematem transpłciowości czy queerowości wogóle. Osoby queerowe z kolei po raz pierwszy mogły poczuć, że nie są same.
Tę i inne inicjatywy na rzecz społeczności LGBT+ w miejscowościach do 250 tys. osób wspiera Kampania Przeciw Homofobii w ramach projektu grantowego „Wspólnymi siłami”, który w tym roku ma już swoją trzecią edycję. Na przestrzeni niemal dekady we wszystkich programach grantowych – m.in. „Razem możemy więcej”, „Beyond borders” czy „W drodze po równość” – KPH przekazała już łącznie ponad milion złotych.
Magdalena Więch. Foto: KPH
Po sukcesie poprzednich edycji programu widzimy, jak duży wpływ może mieć nasze wspólne działanie. Udało nam się wesprzeć wiele ważnych, lokalnych inicjatyw oraz stworzyć wartościową przestrzeń do współpracy – komentuje Magdalena Więch, koordynatorka ds. wsparcia ruchu LGBT+ w KPH.
Działań wspieranych przez KPH w całej Polsce jest wiele. Przykład? Dzięki grantowi „Wspólnymi siłami”, 24–25 kwietnia 2026 r. w Kamienicy Naujackiej MOK w Olsztynie po raz trzeci odbędą się Olsztyńskie Dni Widoczności Osób Transpłciowych i Niebinarnych TransAtlantyk, tworzone przez działającą od 2022 r. fundację CzuliMy.
Katarzyna Grabia. Foto: Fundacja CzuliMy
To spotkania otwarte, oczywiście prowadzone w dużej mierze przez osoby transpłciowe czy niebinarne, ale poruszamy przy tym tematy uniwersalne. Prawa człowieka dotyczą nas wszystkich, podobnie jak potrzeba wyrażania miłości i bycia kochanym – stwierdza prezeska zarządu CzuliMy oraz psycholożka, seksuolożka i psychoterapeutka Katarzyna Grabia.
CzuliMy na co dzień zajmuje się inicjowaniem oraz realizowaniem działań na rzecz zdrowia psychicznego, fizycznego i edukacji seksualnej. Promuje też aktywność obywatelską, w tym budowanie postaw tolerancji i równości, czy dialogu społecznego.
Podczas pracy jako psycholożka i nauczycielka wychowania do życia w rodzinie w jednej z podolsztyńskich szkół, dostrzegłam – podobnie jak Natalia Juralewicz, członkini zarządu CzuliMy i również pedagożka – ogromną potrzebę wsparcia psychologicznego dla młodych osób, które dopiero się rozwijają i poszukują swojej tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej. Nie wiedziałyśmy, dokąd je odesłać, by mieć pewność, że zostaną potraktowane poważnie i zgodnością – wspomina Grabia.
W odpowiedzi na tę lukę fundacja uruchomiła konsultacje terapeutyczne. Zainteresowanie przerosło oczekiwania założycieli_ek i w półtorej miesiąca zapełniły się wszystkie miejsca.
Magdalena Więch z KPH: Właśnie dlatego chcemy powiedzieć wszystkim osobom LGBT+ w całej Polsce: widzimy was i zrobimy wszystko, by dostrzegła was także reszta społeczeństwa. Dla waszej godności, bezpieczeństwa i szczęścia.
Program „Wspólnymi siłami” realizowany jest dzięki wsparciu CD PROJEKT RED.
Dokładnie 20 lat temu, w numerze 1. „Repliki” (sty/lut 2006), zamieściliśmy wywiad z Jackiem Poniedziałkiem, który kilka tygodni wcześniej zrobił coming out. Był to zaledwie trzeci aktorski coming out w Polsce. Dziś doliczyliśmy się takich coming outów (i ich bohaterów) aż 48. Prezentujemy ich wszystkich z przyjemnością i z dumą. Każdy coming out jest osobnym wyzwaniem rzuconym systemowi, zgodnie z którym aktorów LGBT+ obowiązują inne, restrykcyjne zasady funkcjonowania w zawodzie niż aktorów hetero. Aktorzy hetero mogą w mediach swobodnie mówić o swej seksualności, związkach, rodzinach, miłościach czy rozstaniach. Ba! Nawet powinni, bo to przyciąga uwagę odbiorców. Natomiast aktorzy LGBT+ mają w tych kwestiach milczeć, ewentualnie mogą udawać, że są hetero i zmyślać. Dzięki tym 48 coming outom otaczający nas mur dyskryminacji zaczyna pękać.
Zestawienie jest ułożone alfabetycznie i obejmuje żyjące osoby. Jakkolwiek dołożyliśmy wszelkich starań, by było ono możliwie najbardziej kompletne, zdajemy sobie sprawę, że najprawdopodobniej takie nie jest. Wszystkich aktorów/ki, którzy są wyoutowani (mówią o swojej nieheteronormatywności również publicznie), a nie zostali ujęci w zestawieniu – prosimy o kontakt, będziemy chcieli o Was napisać. Wszystkich niewyoutowanych, którzy być może zgodziliby się udzielić nam wywiadu z coming outem, tym bardziej prosimy o kontakt: redakcja@replika-online.pl. A jaką historię o polskiej branży aktorskiej opowiada nam to zestawienie? Szczegółową analizę zamieszczamy na stronach 16-17.
Joanna Balasz (1991) Aktorka Teatru Capitol w Warszawie, role m.in. w serialach „Odwróceni. Ojcowie i córki” (2019), „Wojenne dziewczyny” (2017–2019). W wywiadzie w „R” nr 100 (lis/gru 2022) mówiła: „Publiczny coming out dał mi power, żeby powiedzieć o mojej partnerce: O, nie. To jest moja kobieta, a nie moja koleżanka! (…) Jest mi dużo lepiej i dużo osób zaskoczyło mnie pozytywną reakcją”.
Marek Barbasiewicz (1945) Aktor Teatru Narodowego w Warszawie, znany również z wielu ról fi lmowych (grywał gejów, np. w „Magnacie” i „Deborah”). Zrobił coming out jako pierwszy polski aktor – na łamach magazynu „Pani” w tekście Marii Nurowskiej w 1992 r.: „Jest homoseksualistą i to dla niego taki sam fakt, jak to, że świeci słońce czy pada deszcz. Od wielu lat związany jest z jednym partnerem. Uważa, że to związek udany i bardzo dla niego ważny”.
Kamil Błoch (1989) Ukończył wydział aktorski w Krakowie, obecnie występuje w serialu „Na sygnale”. Zapy[1]tany w 2024 r. z okazji Tęczowego Piątku o wspomnienia z okresu edukacji, odpowie[1]dział: „Jako mężczyzna nieheteronormatywny ze szkolnych lat przede wszystkim pamiętam jednak swoją pierwszą relację i pierwsze zako[1]chanie się. To był piękny czas, piękna relacja i piękne doświadczenie”.
Bartłomiej Bobrowski (1976) Aktor Teatru Narodowego, ukończył warszaw[1]ską Akademię Teatralną. Jako drag queen Graża Grzech wystąpił w serialu „Królowa”, filmach: „Królowe” i „Zaprawdę Hitler umarł” oraz w dwóch kalendarzach „Repliki” (nagim i „dra[1]gowym”). W wywiadzie dla „R” (nr 85, maj/ cze 2020) mówił: „Zacząłem się outować pod koniec Akademii, ale głównie wśród kolegów z roku. Nie był to jeden moment, w którym wszem i wobec ogłosiłem, że jestem gejem”.
Krzysztof Broda-Żurawski (1980) Aktor musicalowy, współpracuje z licznymi te[1]atrami (Syrena, Rampa) i grywa epizody w po[1]pularnych komediach („Teściowie 3”, „Uwierz w Mikołaja 2”, „Koniec świata czyli kogel mo[1]gel 4”). W spektaklu „Nogi Syreny” śpiewająco („Co mi panie dasz” Bajmu) wcielił się w geja z pikiety, gościł wówczas w audycji LGBT „Le[1]piej późno niż wcale” w radiu Tok FM
Greta Burzyńska (1993) Aktorka znana m.in. z serialu „Na Wspólnej”; również fotografka. W wywiadzie w „R” (nr 97, maj/cze 2022) powiedziała: „Mówiłam o sobie otwarcie, odkąd uzmysłowiłam sobie homoseksualną orientację w wieku 24 lat. (…) Im więcej będzie się mówiło o coming outach, tym szybciej staną się one czymś zwyczajnym i nie będzie już trzeba mówić, że wyszłam z sza[1]fy, tylko będzie się mówiło, kogo się kocha”.
Bartłomiej Cabaj (1990) Ukończył wydział aktorski w Krakowie, w la[1]tach 2017–2023 aktor Teatru im. Żeromskie[1]go w Kielcach, gdzie zagrał kochanków głów[1]nych bohaterów w spektaklach „Ale z naszymi umarłymi” i „Ludwig”. Obecnie występuje w serialu „Dzielnica strachu”. W wywiadzie dla portalu Milk powiedział: „Moja homo[1]seksualna relacja i orientacja są pełnoprawne i pełnowartościowe, naturalne i normalne. Tutaj nie ma nic kontrowersyjnego”.
Konrad Cichoń (1992) Aabsolwent wydziału aktorskiego w Krakowie, od 2016 r. w Teatrze Polskim w Poznaniu. Zapytany o najważniejsze queerowe role wymienia „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, Klarę w „Ślubach panieńskich” (wszystkie role grali mężczyźni) z końcową nagą sceną miłosną z Piotrem B. Dąbrowskim oraz „Kolorowe sny”. W 2017 r. brał udział w czytaniu performatywnym sztuki o AIDS „Normalne serce” Larry’ego Kramera w tłumaczeniu i reżyserii Mike’a Urbaniaka.
Maciej Cymorek (1993) Aktor Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie, od 2017 r. zagrał ponad dwadzieścia epizodów w filmach i seria[1]lach. Zrobił coming out w osobistym monologu w spektaklu „Susan Sontag” Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana – recenzja w „Replice” nr 115 (maj/cze 2025).
Ryszard Czubak (1952) Znana tęczowa persona, od końca lat 70. grywał queerowe epizody w fi lmach („Lata 20, lata 30”, „Podróże pana Kleksa”, „Po[1]ra na czarownice”), w 1994 r. wziął udział w programie „Na każdy temat” o homo[1]seksualności. W wywiadzie w „Replice” (nr 79, maj/cze 2019) mówił o genezie swojego „przegiętego” wyglądu: „Od czasów mło[1]dzieńczych czuję się i w związku z tym także ubieram się w stylu over sex, poza płcią”.
Piotr B. Dąbrowski (1979) Aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. Na por[1]talu Inny Poznań opowiadało coming oucie wśród najbliższych: „Najpierw powiedziałem siostrom, które przyjęły mój coming out pozytywnie. Potem powiedziałem bratu, co nie było łatwe – i dla niego, i dla mnie. Nie przyjął tego dobrze. Dzisiaj jest już zupeł[1]nie inaczej, bo ma nie tylko brata geja, ale i transpłciowe dziecko, jest więc oddanym sojusznikiem społeczności LGBT+”.
Daniel Dobosz (1986) Aktor Teatru Studio w Warszawie, wcześniej wy[1]stępował w Lublinie. Jego „sceniczny coming out” to tytułowa rola w „Końcu z Eddym”. W wywia[1]dzie dla „Repliki” (nr 107, sty/lut 2024) opowia[1]dał o pierwszym związku z facetem: „Dzięki tej relacji sporo się o sobie dowiedziałem, na nowo mogłem się siebie nauczy. Zrozumiałem, że tak dalej nie mogę, że do tej pory nie żyłem swoim ży[1]ciem. Określiłem się. Na początku wydawało mi się, że jestem biseksualny, ale nie, jestem gejem”.
Maciej „Gąsiu” Gośniowski (1990) Tancerz i drag performer (udział w produkcji TVN „Czas na show. Drag me out” i niezliczo[1]ne występy w queerowych klubach całej Polski), który coraz częściej bywa aktorem. Wystąpił m.in. w spektaklu „Wyjeżdżamy” (2018, Nowy Teatr, Warszawa) Krzysztofa Warlikowskiego czy „You can fail! Porażka show” (2024, Teatr 21, Warsza[1]wa) Justyny Sobczyk. Wyoutowany od początku kariery. Trzykrotny bohater nagich kalendarzy „Repliki”. Wywiad w „R” nr 67, maj/cze 2017.
Maciej Grubich (1992) Aktor Teatru im. Osterwy w Lublinie. „Od kiedy jestem aktorem, nie ukrywam w życiu zawodowym mojej homoseksualnej orientacji. Bo to ważne, by być sobą nie tylko we własnym domu, dla najbliższej rodziny, ale też i w pracy, niezależnie od tego, jaka ta praca miałaby być. To są dla mnie kwestie właściwie nienegocjo[1]walne” – powiedział nam Maciej. Cały wywiad pojawi się wkrótce na łamach „Repliki”.
Klaudia Janas (1997) Aktorka Teatru S. Żeromskiego w Kielcach, znana m.in. z serialu „Na sygnale”. W wywiadzie w „R” (nr 111, wrz/paź 2024) mówiła: „W szko[1]le teatralnej miałam ze strony niektórych profe[1]sorów bardzo nieprzyjemne sytuacje odnośnie do mojego wyglądu, mojej ekspresji. Słyszałam komentarze, że chodzę jak chłop. Szukano u nas „kobiecych dziewczyn” i „męskich chłopaków”. (…) Wymuszano na mnie chodzenie w sukien[1]kach, ćwiczenie „kobiecego” chodu na korytarzu przy innych kolegach. To było upokarzające”.
Wiktor Korszla (1987) Wokalista, tancerz i aktor – przede wszystkim musicalowy (m.in. „Metro” i „Tarzan”, gdzie grał tytułową rolę). W okładkowym wywiadzie w „R” (nr 49, maj/cze 2014) mówił: „Prawdziwy męż[1]czyzna bez problemu założy szpilki i nie umrze ze strachu, co się stanie, jeśli mu się to spodoba”.
Edmund Krempiński (1998) Pierwszy i jak na razie jedyny transpłcio[1]wy aktor zatrudniony na etacie w polskim teatrze – Teatrze Nowym w Łodzi, gdzie zagrał m.in. tytułową rolę w „Dobrze uro[1]dzonym młodzieńcu” (2023). Wystąpił także dwukrotnie w nagich kalendarzach „Repliki”. Wywiad w „R” nr 88, lis/gru 2020.
Kamil Krupicz (1989) Ma na koncie osiem głównych ról musicalo[1]wych. Zagrał m.in. w kultowej gejowskiej „Klat[1]ce wariatek” (2013, Teatr Komedia, Warszawa), w „Mamma Mia!” (2015, Teatr Muzyczny Ro[1]ma, W-wa) czy „Rent” (2024, Krakowski Teatr Variete). Również wokalista, komik i konferan[1]sjer. Z Błażejem Stenclem tworzy gejowskąpower couple branży aktorskiej. Obaj udzielili wywiadu „Replice” (nr 111, wrz/paź 2024)
Cały tekst do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Z arielem rosé*, androgynicznym, queerowym poetą, tłumaczem, poliglotą i nomadą, rozmawia Małgorzata Büthner-Zawadzka
fot. Nille Leander
Jesteś w Polsce przelotem. Skąd przybywasz i dokąd zmierzasz?
Z Danii i Szwecji. Odwiedzałem w Kopenhadze przyjaciółkę filozofkę. I byłem na festiwalu w lesie w Skanii organizowanym przez rezydencję, podczas której rok temu pisałem esej o piasku do książki o krajobrazie. Chcieli, żebym przeczytał fragment i kilka wierszy. A zmierzam do Berlina na kolejną rezydencję. Jest dla uchodźców, ale ponieważ piszę o ukraińskich poetach, zostałem do niej nominowany przez poetów z Niemiec.
Piękne masz imię, arielu. Szekspirowskie.
Uwielbiam „Burzę” Szekspira. Postać Ariela jest agender, nie wiadomo kto to, duch wodno- -powietrzny, który dostanie wolność, jak wypełni zadania. Ale „Ariel” to też tytuł ostatniej książki Sylvii Plath. Musiała wiedzieć, że to ostatnia. Pisała wiersz dziennie, czasem nawet dwa. To olbrzymi wysiłek i ogień, jak się jest non stop w takim diapazonie ognia, można się spalić. I spłonęła. Tomik rewelacyjny, ale jaki koszt. Imię jest więc przestrogą, bo miałem tendencję do takiej pracy. A w ogóle wywodzi się z tradycji hebrajskiej. Kiedyś zadzwoniłem do Ireneusza Kani (legendarny tłumacz – przyp. MBZ), mówię mu, że zmieniłem imię i trochę nie wiem, jak zareaguje. Spytał: „Na jakie? Ariel? A, lew boga!”. Ha, ha, całą wiedzę miał w głowie. Niekoniecznie się utożsamiam z lwem, może to bardziej ironiczne. Niestety, państwo polskie nie pozwala mi oficjalnie być arielem. Próbowałem pięć lat temu, za PiS-u. Dostałem długi list odmowny; profesorka z PAN-u się wypowiedziała, że nie mam prawa zmienić imienia na ariel, bo jest męskie. Ja kiedyś zmienię sądownie marker płci, ale co mają zrobić osoby niebinarne, które nie mają na to ochoty? Okropność. Zapytałem, czy jak zaprosimy piosenkarkę Ariel z Ameryki, to będziemy o niej mówić piosenkarz? To neutralne imię. I nieobraźliwe.
A czemu piszesz się małą literą?
Po prostu mam słabość do minuskuły.
Ariel to także jeden z księżyców Urana. Blisko ci do Paula B. Preciado, autora „Testo ćpuna” i „Mieszkania na Uranie”, który okreś la się dysydentem z porządku płci?
„Testo ćpun” to nie była „moja” książka. Przy okazji – ciekawostka: kiedy pierwszy raz poszedłem do endokrynologa, okazało się, że mam zaburzoną gospodarkę hormonalną. Całe życie miałem poczucie pikowania w dół, nie depresji, ale jakby bycia w limbo. A na testosteronie to odpuściło, po dwóch tygodniach poczułem totalny spokój. Co do Preciado – jest błyskotliwy, jednak nie z wszystkim się zgadzam. Odejście od polityki tożsamości – owszem, lepiej rozpuścić tę całą normatywność i hierarchię. Ale ja mam zupełnie inną koncepcję Europy niż Paul, opartą na przyjaźniach. Znam osoby piszące, kompozytorów, malarzy z różnych krajów i utrzymuję z nimi głębokie relacje, odwiedzam co roku. Do Oslo zapraszam poetów z Europy Środkowej oraz Wschodniej i to też jest budowaniem mostów.
Pozwoliłeś mi użyć deadname Alicja, pod którym ukazały się twoje wiersze, bo część osób cię z nimi nie łączy. W pierwszym tomie, wydanym w Znaku („Północ. Przypowieści”, 2019) jesteś jeszcze poetką. W drugim, „morze nocą jest mięśniem serca” (PIW 2022) już poetą, ale masz zaimki on i ona. Oba opisy ci nie odpowiadają…
Nigdy mi nie odpowiadały. Nie znosiłem, jak ktoś mówił poetka, prostowałem wiele razy. A że Znak tak napisał… nie miałem w to wglądu i źle się z tym czułem. W PIW-ie wydawałem za czasów PiS. O pracy redaktorskiej mam jak najlepsze zdanie, wszyscy traktowali mnie serdecznie i z szacunkiem. Jednak mieli problem, żeby na stronie internetowej pisać o mnie w męskich zaimkach.
Ty od małego wiedziałeś, że nie jesteś dziewczynką.
Miałem dwa lata i już wiedziałem. Wychowywałem się w komunie hipisowskiej. Rodzice mamy byli weterynarzami, mieli lecznicę w Braniewie, a po ich śmierci, w stanie wojennym, mama z tatą zaprosili tam przyjaciół. Dom pełen ludzi i zwierząt, wolność, można było malować po ścianach. Był Szymon oraz mój brat cioteczny Kamil i wiedziałem, że przynależę do nich, a Justynka jest kimś innym. Zastanawiam się, czy wtedy chodziło mi o rolę? Bo Justynka była zawsze w białej sukience, a ja miałem totalną swobodę. Czułem też przynależność do grupy Szymona i Kamila pod względem tego, co nas interesowało. Słowa przyszły później. W latach 90. wyszedł numer „Wiedzy i Ż ycia” o dzieworództwie. Pomyślełem: „Fascynujące, muszę poczytać więcej o biologii” – a mieliśmy pełno książek, bo mama też studiowała weterynarię. Kiedy dowiedziałem się, że istnieją osobniki androgyniczne, doznałem olśnienia – to ja! Przyszedłem do kuchni i powiedziałem rodzicom: jestem androgynem. Nie wiedzieli, co z tym zrobić. Przemilczeli.
Dalej mówisz o sobie androgyn, ale niektórzy uważają cię za trans mężczyznę. W angielskim używasz zaimków they/them, w polskim nie…
Po polsku nie brzmią najlepiej. Kojarzą mi się z komunizmem: my partia, wy towarzysze, winni są oni. A termin transpłciowość jest dla mnie problematyczny, sam bym się tak nie określił. Ktoś mnie ostatnio spytał o tożsamość seksualną i stwierdził, że jeśli jestem trans mężczyzną i chcę być z kobietą, to jestem hetero. No nie, jestem hybrydą i to jest dla mnie queer. Ale bardzo chcę wspierać transpłciową społeczność. Natomiast heteroseksualizm jest w odwrocie, skończył się. Możemy się rozmnażać przez in vitro, trans mężczyźni zachodzą w ciążę, człowiek jest dziś w stanie w laboratorium stworzyć spermę. I tyle. To też łamie system więzów krwi.
Nie chcę dociskać, ale czy bardziej pasuje do ciebie niebinarność?
Wolę mówić o androgyniczności. Albo o dwupłciowości, połączeniu, hermafrodytyzmie.
W zasadzie to ostatnie jest przestarzałą nazwą interpłciowości.
Ale w mitologii Hermafrodyta jest synem Hermesa i Afrodyty, a gdy gwałci go nimfa Salmakis, łączą się w jedno. We Florencji zakochałem się w pewnej rzeźbiarce, ona mnie otworzyła na rzeźbę i w galerii Uffi zi zobaczyłem „Śpiącego Hermafrodytę”. Wow! Ta podwójność, która łączy w sobie jedno i drugie, i rozlewa. Takie postaci zawsze mnie pociągały. W eseju o piasku piszę o Isabelle Eberhardt, szwajcarskiej podróżniczce, która przeszła na islam, nauczyła się arabskiego i jako Si Mahmoud Saadi, męski wyznawca islamskiej sekty, jeździła po pustyni. Aniela Rosé, moja prababcia, też była nietypową osobą. Rodzina pochodzi ze Szkocji, w XVIII wieku znaleźli się w Polsce, tam, gdzie dziś Ukraina. Byli bardzo bogaci, prababcia dostała w edukacji trzy języki, czterech kolejnych nauczyła się sama. Dzieci zostawiała pod opieką siostry, za to uczyła języków, przekładała Goethego i publikowała wiersze. Miała trochę męską twarz, mówią, że jestem do niej podobny. Imponowała mi. Ale mam problem z biopolityką opartą o więzy krwi, bo rodziny chłopskie nie mają takiej dokumentacji jak arystokracja. Ważne, żeby znaleźć inne drogi budowania relacji, poza systemem pokrewieństwa.
Rodzice hipisi pewnie szybko zaakceptowali, że jesteś arielem?
Nie, bo moi rodzice są katolikami. Wolność w stanie wojennym była w Kościele. Ruch hipisowski też się tam odbywał. Więc rodzicom zaakceptowanie mojej tożsamości zabrało czterdzieści lat. Ale teraz mamy dobrą relację.
Jak wspominasz dorastanie w systemie szkolnym?
Na początku było bardzo miło, bo tata mi założył szkołę. Pierwszą społeczną szkołę w Polsce. On i jego przyjaciele byli w radzie. Jeśli któryś z nauczycieli nadużywał władzy, dzieci od razu mówiły. A nauczyciele byli niezwykli: biologii uczyła profesorka akademii, plastyki malarka, z germanistką ornitolożką chodziliśmy rozpoznawać ptaki. Mała szkoła, wszyscy się znali, jak w rodzinie. Byłem w klasie jedyną dziewczynką, prócz mnie było dziewięciu chłopców. Więc było nas dziesięcioro. Kumplowałem się z nimi, grałem w piłkę nożną, choć wolę samotnicze sporty. Do liceum poszedłem już do zwykłej szkoły. Szok. Przemoc psychiczna, upokarzanie. Nauczyciele mówili do mnie po nazwisku, więc też tak do nich mówiłem i miałem problemy. Sprawę ratował wspaniały Włodzimierz Kowalewski, pisarz. Dużo rozmawialiśmy i w którymś momencie chodziłem tylko do niego na polski. A tak szwendałem się po lesie i czytałem książki, nieobecności usprawiedliwiałem samodzielnie, ha, ha. I wcześnie zacząłem wyjeżdżać. Gdy miałem lat 17, pojechałem do Londynu do pracy.
Uznałeś, że się w Polsce nie odnajdziesz nie tyle jako osoba queer, ile z powodu braku wolności i przemocy ze strony systemu?
Tak. Ale na pewno też dlatego, że nie czułem się akceptowany. Nawet nie było odpowiednich narracji. Wiedziałem, że zauraczam się dziewczynami, ale że dwie kobiety mogą być razem, dowiedziałem się dopiero, jak zobaczyłem w kinie „Fucking Amal”, niewinny fi lm o nastolatkach. I od razu wyznałem miłość koleżance z liceum. Dla niej to był szok, po prostu: NIE! To było bolesne doświadczenie. No i był też lęk przed agresją. Któregoś razu kolegę hetero, który miał kolorową bluzę, grupa kibiców pociągnęła za kaptur, przewróciła i zaczęła wyzywać: „Ty pedale!”. Bardzo to przeżyłem.
Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
O podbijaniu Hollywood, o graniu w gejowskim porno, o życiu z HIV, o jego musicalu „Shooting Star” oraz o jego wspaniałych rodzicach – rozmowa Mathiasa Foita
fot. Daniel M. Schmude
Chciałbym zacząć od tego, z czego, jak myślę, zna cię wielu polskich gejów –czyli od twojej kariery w branży porno. Współpracowałeś m.in. z takimi wytwórniami, jak Titan, Kristen Bjorn czy Lucas Entertainment. Często mowisz, że wyruszyłeś na podbój Hollywood, by zostać „niemieckim Bradem Pittem”, ale życie potoczyło się trochę inaczej. Jak wylądowałeś w tej branży?
Zacznę od tego, że w moim odczuciu wielu mężczyzn – obojętnie, czy hetero, czy homo – skrycie marzy o karierze w przemyśle porno. Kto nie chciałby dostawać kasy za seks z pięknymi osobami? Niemniej, nigdy do tego nie dążyłem ze względu na łączące się z tą karierą piętno społeczne. Sama myśl wydawała mi się super, ale nigdy nie był to mój świadomy plan. Jak wspomniałeś, w 2002 r. trafiłem do Stanów Zjednoczonych, do Los Angeles, by rozwinąć karierę aktorską, ale jednocześnie z czegoś musiałem się utrzymywać. Przez długi czas pracowałem przy obsłudze prywatnych imprez dla pięknych i bogatych tego świata jako kelner, miałem okazję obsługiwać m.in. małżeństwo Obamów, Jennifer Lopez, Barbrę Streisand, Meryl Streep…
Wow!
Tak, to było zabawne. Często myślę, że wszechświat chyba źle zrozumiał moje marzenia: w końcu nie chciałem pracować dla gwiazd, lecz razem z nimi! W ramach tej pracy poznałem pewną parę tancerzy go-go z West Hollywood, gejowskiej dzielnicy Los Angeles. Podpowiedzieli mi, że mógłbym tam nieźle dorobić jako tancerz w klubach nocnych, a że miałem już doświadczenie w tej branży z mojego pobytu w Berlinie, to zgodziłem się. Taniec go-go w USA różni się od tego w Niemczech, jest o wiele bardziej seksualny. To właśnie w klubie w 2010 r. otrzymałem propozycję wystąpienia w gejowskim porno. Moja początkowa reakcja brzmiała: „Nie, jestem prawdziwym aktorem. Nie mogę sobie na to pozwolić, bo przez to zniszczę moją karierę aktorską”. Trochę mi to zajęło, zresztą musiałem być długo namawiany, ale gdy w końcu uświadomiłem sobie, że nie mam kariery aktorskiej, którą mógłbym zniszczyć i że mógłbym z mojego „hobby” uczynić pracę… (śmiech) No i tak w 2012 r. nakręciłem swój pierwszy film.
Wychowałeś się w małej, bawarskiej wiosce nieopodal Garmisch-Partenkirchen. Opowiedz, proszę, o twoich pierwszych coming outach, miłościach.
W wieku osiemnastu lat powiedziałem mojej mamie, z którą miałem bardzo dobry kontakt, że jestem gejem, chociaż nie byłem tego jeszcze w stu procentach pewny. Zaakceptowała to, ale wyraziła nadzieję, że sąsiedzi się nie dowiedzą i zasugerowała, że to tylko taka faza. To spowodowało we mnie pragnienie bycia „normalnym”, próbowałem nawet seksu z kobietami. Ale w wieku dwudziestu lat, 16 maja 1992 r. – tę datę obchodzę do dzisiaj jako rocznicę mojego comingu outu – pojechałem z mojej wioski do Monachium, a tam udałem się sam do klubu New York (dzisiaj NY.Club – przyp. red.). Poznałem tam mojego pierwszego partnera, który niesamowicie mi pomógł w coming oucie. Ale nawet wtedy nie odważyłem się powiedzieć o tym moim rodzicom, zamiast tego twierdziłem, że w Monachium poznałem dziewczynę, a chłopakowi mówiłem, że pochodzę z innej miejscowości, bo obawiałem się, że może zechcieć odwiedzić mnie w domu rodzinnym. Po którymś pytaniu mojej mamy, kiedy pozna moją wybrankę serca, przyznałem w końcu, że mam chłopaka i że jednak definitywnie jestem gejem. Wcześniej dowiedział się o tym jeszcze mój brat, ale upłynęły aż dwa lata zanim porozmawiałem o tym z ojcem. Starałem się to przed nim ukryć, ale pewnego razu w trakcie pewnej kłótni rzuciłem do niego: „Nic o mnie nie wiesz!”. Na co on odpowiedział: „Myślisz, że nie wiem, że jesteś gejem? Jesteś moim synem, dlaczego miałbym cię z tego powodu mniej kochać?”. W tym momencie opadła mi szczęka. Po czym otworzyliśmy szampana i wznieśliśmy za mnie toast.
Boże, jak pięknie!
Tak, totalnie, chociaż żałuję, że mój ojciec nie zakomunikował mi tego wcześniej, bo może łatwiej byłoby mi z coming outem. Mojego następnego chłopaka Stefana, mogłem już bez strachu zaprosić do rodzinnego domu i przedstawić rodzicom. Ale to ukrywanie się, udawanie, ten balast psychiczny – to trauma, która towarzyszy mi do dzisiaj i którą ciągle próbuję przepracować.
A jak wyglądały twoje coming outy jako osoby seropozytywnej i jako aktora porno?
O mojej seropozytywności dowiedziałem się w 2001 r. O wirusie HIV usłyszałem po raz pierwszy jeszcze w dzieciństwie z reklam dotyczących bezpiecznego seksu. Zakodowałem sobie, że przy każdym seksie muszę używać prezerwatywy. Tak też robiłem, nawet gdy zdradzałem Stefana i gdy z kolejnym chłopakiem otworzyłem związek. Uważałem, że skoro używam prezerwatyw, to nie muszę się regularnie testować. W 1999 r. zachorowałem na mononukleozę zakaźną, prawdopodobnie wtedy się zakaziłem, bo jeździłem ze Stefanem po paradach w całych Niemczech i chodziliśmy razem do saun gejowskich. Jako pasyw polegasz na drugiej osobie, że będzie pilnować, żeby kondom nie zsunął się w trakcie stosunku, ale przecież pewności nigdy nie masz.
Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Aby zakupić kalendarz „Drag inwazja” na rok 2025, KLIKNIJ TUTAJ.
W kalendarzu „Drag inwazja” pozuje 14 polskich dragowych osób performerskich (drag queen, drag king, drag queer). Autorem pięknych zdjęć jest Marek Zimakiewicz.
Polska scena drag rozwija się bardzo dynamicznie, a ostatnio – m.in. dzięki takim programom jak „Czas na show. Drag me out” (TVN) – kultura drag coraz częściej wchodzi do mainstreamu. Dlatego wszystkie zdjęcia powstały w przestrzeni publicznej – na ulicach miast, w parkach, na plaży itp.
styczeń Ciotka Offka
luty Lulla la Polaca
marzec Princ Wōnglo
kwiecień Acna
maj Martwa/Martwy
czerwiec Kiki Surprise & Valerie
lipiec Graża Grzech
sierpień Vujo
wrzesień Papina McQueen
październik Adelon
listopad Twoja Stara
grudzień Gąsiu & Silver Daddy
Aby zakupić kalendarz „Drag inwazja” na rok 2025, KLIKNIJ TUTAJ.
Aby zakupić kalendarz „Po prostu patrz” na rok 2025, KLIKNIJ TUTAJ.
W kalendarzu „Po prostu patrz” nago pozuje 14 mężczyzn homo-, bi- i panseksualnych. Autorami pięknych, bezpruderyjnych zdjęć są Michał Ignar, Krystian Lipiec i Jacek Sikorski.
W kalendarzu wzięło udział więcej mężczyzn niż jest miesięcy w roku – stąd dwa kalendarzowe miesiące są „podwójne”, a oprócz tego na specjalnej karcie bonusowej znajduje się jeszcze pięć dodatkowych zdjęć.
styczeń Jakub Wyszyński lekarz specjalizujący się w leczeniu chorób przenoszonych drogą płciową oraz w medycynie estetycznej. Od roku prowadzi w „Replice” rubrykę „Zdrowie seksualne LGBT” foto: Krystian Lipiec
luty Pony Boy (Piotr Gilbert Zwolski) performer burleski, tancerz i aktor foto: Michał Ignar
marzec Maciej Czapliński kucharz, członek tęczowego klubu sportowego Volup foto: Michał Ignar
kwiecień Bartek „Arobal” Kociemba artysta wizualny, rysownik (do 16 listopada można oglądać wystawę jego prac w warszawskiej Galerii Lisowski) foto: Krystian Lipiec
maj Łukasz Sabat Mister Gay Poland 2018, propagator terapii PrEP. Gościł na okładce „Repliki” (nr 75, wrz/paźdz 2018), to właśnie od niego rozpoczął się 6 lat temu projekt nagich kalendarzy „Repliki” foto: Jacek Sikorski
czerwiec Paweł Lach student śpiewu solowego, gra również na fortepianie, skrzypcach i trąbce foto: Jacek Sikorski
lipiec Tomasz Markowski aktywista w obszarze HIV/AIDS, twórca kanału na IG: @pozytywnie_o_hiv. Gościł na okładce „Repliki” (nr 110, lip/sier 2024) foto: Jacek Sikorski
sierpień Adrian Luzar twórca niezależnego Teatru Inaczej i kanału @inaczejaletaksamo foto: Krystian Lipiec
sierpień Marek Tkaczyk tancerz występujący w spektaklach teatralnych Warszawy, Krakowa i Łodzi, także instruktor tańca foto: Michał Ignar
wrzesień Rafał Hańce księgowy, prezes tęczowego klubu sportowego Unicorns foto: Jacek Sikorski
październik Marcel Olczyński muzyk i ilustrator, stały współpracownik „Repliki” foto: Krystian Lipiec
październik Bartek „Suxje” menadżer w gastronomii oraz twórca treści erotycznych na portalu OnlyFans foto: Krystian Lipiec
listopad Denys Polyakov prywatny przedsiębiorca, korepetytor j. angielskiego, obecnie również pracownik polskich kolei, ukraiński uchodźca wojenny foto: Michał Ignar
grudzień Mateusz Sobiecki emerytowany obecnie oficer Wojska Polskiego, który dwa lata temu jako pierwszy żołnierz w Polsce zrobił publiczny coming out – w wywiadzie na łamach „Repliki” (nr 99, wrz/paźdz 2022). Gościł także na naszej okładce, pracuje jako architekt wnętrz foto: Michał Ignar
Aby zakupić kalendarz „Po prostu patrz” na rok 2025, KLIKNIJ TUTAJ.
Szukasz butów na wycieczkę po górach, szortów na basen albo okularów na plażę? TK Maxx kilka razy w tygodniu uzupełnia swój asortyment, dzięki czemu spokojnie przygotujesz się na każdą wakacyjną przygodę! W dodatku za markowe skarby w sklepach sieci zapłacimy do 60% taniej(*).
Latem troska o ochronę przed słońcem staje się koniecznością, bynajmniej jednak nie musi być ona nudnym obowiązkiem! Dobrze dobrane nakrycie głowy sprawdzi się jako dodatek do każdej stylizacji: zarówno w zestawie z przewiewną sukienką, jak również jeansami i bluzką czy casualowymi szortami i topem. W wyjątkowej ofercie TK Maxx znajdziemy m.in. kapelusz ze sztucznego jasnoróżowego futra (idealny na imprezę!), wyplatany must have tegorocznych Parad Równości oraz kwiecisty model o szerokim rondzie, który zrobi furorę nie tylko na krajowej plaży.
14,99 PLN Kapelusz w kwiaty
29,99 PLN Kapelusz
27,99 PLN Tęczowy kapelusz
Czy moda może być wygodna? Owszem, co udowadniają sukienki dostępne w TK Maxx! Biała odbija światło, zaś jej intrygujący design przyciąga oko kwiatowymi haftami, czarna kusi cekinami, które gwarantują widoczność nawet w najmodniejszym klubie, z kolei różowa krata nada się i na grilla, i do prac w ogrodzie. A choć to z pozoru skrajnie różne kreacje, łączą je przewiewny materiał i luźny krój. Dzięki każdej z nich zamiast gotować się na wakacjach, będziecie gotowe na wakacje.
99,99 PLN Sukienka z motywem kwiatów
299,99 PLN Sukienka w cekiny
169,99 PLN Sukienka w różową kratkę
Atomówka Bójka, kaczka Daisy, królewna Śnieżka, Catherine Deneuve, Audrey Hepburn i Brigitte Bardot. Wiele kobiet – i fikcyjnych, i tych rzeczywistych – uległo dyskretnemu urokowi kokardek do włosów. Eleganckie czerwone wstążki idealnie nadadzą się jako modowa kropka nad i.
Elegancja może iść jednak w parze z wakacyjną beztroską, na co przykładem błękitne kolczyki z subtelnymi kryształkami i złotym wykończeniem. Ich lekka konstrukcja zapewnia uchu wygodę, dzięki zaś przystępnej cenie nadamy twarzy blasku, nie nadwyrężając przy tym domowego budżetu. Do kompletu polecamy złoty naszyjnik, który doda lookowi pazura.
29,99 PLN Kolczyki
149,99 PLN Naszyjnik
94,99 PLN Zestaw kokardek do włosów
Pomarańczowe snekearsy to nie tylko wyrazisty akcent, ale przede wszystkim wygodne obuwie. Stopy poczują się w nich świetnie podczas weekendu all-inclusive w tureckim kurorcie, pieszych wycieczek po Bałkanach czy tańców w greckim klubie. Beżowo-czarne buty wspinaczkowe kuszą z kolei praktyczną konstrukcją. Wykonane z syntetycznych materiałów cholewy, wyściełana podszewka i ulokowane na bokach wzmocnienia sprawią, że odciski nie będą wam straszne ani podczas wyprawy na Giewont, ani wspinaczki po zboczach Wezuwiusza! Na clubbing warto z kolei założyć różowe czółenka na wysokiej platformie, których nie powstydziłaby się nawet grana przez Margot Robbie „Barbie”!
299,99 PLN Sneakersy męskie
299,99 PLN Męskie buty wspinaczkowe
134,99 PLN Różowe buty na platformie
Choć trudno w to uwierzyć, historia ogrodniczek sięga połowy XIX wieku. Właśnie wtedy francuska rodzina Lafont uszyła pierwsze sztuki tej – wówczas – odzieży ochronnej. W ciągu ponad 200 lat fason nabrał na uniwersalności i śmiało wkroczył do świata high fashion: w jeansowych ogrodniczkach dały się przyłapać modelki Naomi Watts i Kylie Jenner, aktorki Maya Rudolph i Dakota Johnson, a nawet królowa popu Beyonce! Nic dziwnego, bo rzadko które spodnie tak udanie łączą styl z funkcjonalnością.
84,99 PLN Ogrodniczki
74,99 PLN Ogrodniczki z bluzą
74,99 PLN Ogrodniczki w kratkę
Portfel, telefon i klucze to trio, o którym w kontekście letnich wypadów zapomnieć po prostu nie wolno. Można je jednak spakować w niezapomnianą torebkę! W 53 sklepach TK Maxx czekają na was kopertówki z motywem pereł, muszelkami albo model wysadzany ozdobnymi kamykami. Unikalny design i moc detali nadają każdej z nich luksusowego charakteru, który równie dobrze komponuje się ze zwiewnymi sukienkami, jak i bardziej formalnymi stylizacjami. Metalowe zapięcie zapewnia natomiast bezpieczeństwo przechowywanych rzeczy (oraz odrobinę retropowabu).
149,99 PLN Torebka muszla
134,99 PLN Torebka okrągła z pereł
129,99 PLN Torebka
Szorty jako pierwsze założyły dziewczyny z Moulin Rouge. A choć wówczas miały one raczej nieciekawą prasę, popkultura szybko zauważyła ich potencjał. Krótkie spodenki bez nogawek jako pierwsza przywdziała na wielkim ekranie Marlena Dietrich (w filmie „Błękitny anioł”), dziś są one standardem również w modzie męskiej. Uda i łydki odsłaniali w nich Jacob Elordi („Euforia”), Pedro Pascal („Mandalorianin”) czy raper A$AP Rocky (co ciekawe: podczas randki z Rihanną).
189,99 PLN Szorty męskie
74,99 PLN Szorty męskie czerwono-niebieskie
169,99 PLN Szorty damskie
79,99 PLN Szorty damskie
Zróżnicowane modele szortów znanych marek – również tych na co dzień niedostępnych w Polsce oraz wyrobów lokalnego rzemiosła – stanowią ozdobę bogatej oferty TK Maxx. Zachęcamy, by stały się również ozdobą waszej garderoby.
Okulary przeciwsłoneczne chronią oczy przed szkodliwym promieniowaniem ultrafioletowym, a także kurzem i piaskiem. Ponadto poprawiają kontrast i jasność widzenia, zmniejszają ryzyko pojawienia się zmarszczek, a także wystąpienia zaćmy. Ich zalety bynajmniej nie kończą się jednak na walorach funkcjonalnych, zwłaszcza, jeśli wybierzecie oprawki i szkła od TK Maxx.
79,99 PLN Okulary przeciwsłoneczne
74,99 PLN Brązowozłote okulary przeciwsłoneczne
84,99 PLN Okulary przeciwsłoneczne
Te i inne unikatowe perełki znanych marek znajdziemy pod jednym dachem. Kupcy TK Maxx dbają ponadto, by oferować je taniej niż gdziekolwiek na świecie. W każdym ze sklepów sieci znajdziemy unikatową modę męską, damską i dziecięcą, obuwie i akcesoria oraz produkty dla domu.
(*) od regularnych cen sprzedaży w Polsce i na świecie.
Są wielokrotnymi mistrzami świata, Europy i Polski w różnych stylach tańca. W maju Jakub był też finalistą konkursu Mister Polski, a Michał, tańczący z Roksaną Węgiel, zajął II miejsce w XXVII edycji „Tańca z gwiazdami”. Kilka dni później na Instagramie napisali, że są parą. Z JAKUBEM PURSĄ i MICHAŁEM KASSINEM rozmawia Tomasz Piotrowski
fot. Anken Berge
W maju, kilka dni po zakończeniu XXVII edycji „Tańca z gwiazdami”, napisaliście na Instagramie, że jesteście parą. Poznaliście się właśnie na planie właśnie tego programu?
Jakub Pursa: To była pierwsza próba do „TzG”, która odbyła się na miesiąc przed emisją programu (marzec – przyp. red.) w studio, w którym na co dzień pracuję. Kilka lat temu pracowałem z Roksaną Węgiel przed jej występem na Eurowizji Junior, a potem przy jednym z jej teledysków, więc gdy zobaczyłem ją na korytarzu, od razu zapytałem, z kim tańczy. I wtedy pojawił się on. Stanął w drzwiach, cały na biało. (śmiech)
Michał Kassin: Wyszedłem zza rogu i powiedziałem, że ze mną. To był wczesny ranek, byłem totalnie niewyspany, wstałem lewą nogą, a do tego byłem dość zestresowany. Kojarzyłem Kubę z Instagrama, chociażby z tego, że wrzucał tam treści LGBT+, ale… chyba nawet się nie przedstawiłem.
JP: Tak, nie przedstawiłeś się. Tego samego dnia miałem jeszcze dodatkową pracę w jednym z hoteli, gdzie spotkałem mojego szefa, który jest głównym choreografem „TzG”, i jego zapytałem, jak się nazywa ten gość, z którym Roksana tańczy. A on na to, że mi nie powie! (śmiech) Chyba już wiedział, co się święci. (śmiech) W końcu jednak powiedział i znalazłem Michała na Instagramie. Na początku klasyczne zaczepki – lajkowanie zdjęć, komentowanie. Zazwyczaj to ja czekałem, aż ktoś napisze pierwszy, teraz stwierdziłem, że ch…, zaryzykuję! Napisałem.
Od razu zaiskrzyło?
JP: W sumie poznałem Michała chwilę po tym, jak obiecałem sobie, że teraz stawiam na siebie i nie wchodzę w nowe relacje, więc co prawda to ja napisałem do niego, ale na początku byłem dość ostrożny. Co więcej, zawsze chciałem, żeby mój chłopak był starszy, wyższy, nie był blondynem i nie był tancerzem. No i spójrz na Michała. Tylko to, że nie jest blondynem, się zgadza! (śmiech) Oczywiście, nie skreśliłem tej relacji, ale dopiero po miesiącu uwierzyłem, że może się udać.
MK: Jestem z Trójmiasta, do Warszawy przyjechałem tylko ze względu na program. Dość długo byłem singlem i jadąc do Warszawy, założyłem, że nie będę tam się zakochiwał, tylko że zrobię program i wrócę. Słyszałem dużo negatywnych opinii o chłopakach z Warszawy. U nas w Gdańsku sporo się o tym mówi.
Też mieszkam w Gdańsku, potwierdzam! (śmiech)
MK: Właśnie! Dużo mówi się, że w Warszawie to chłopaki szukają bardziej przelotnych romansów niż długotrwałych relacji. No i co? Ledwo przyjechałem, poznałem Jakuba. Trochę zwątpiłem w moje założenia, ale na początku też trzymałem dystans.
Czemu powiedzieliście o związku dopiero po programie?
JP: Rozważaliśmy, czy zrobić to wcześniej, jednak nie chcieliśmy, żeby to miało jakikolwiek wpływ na wyniki głosowania widzów. Trzeba jednak przyznać, że ze dwa razy pojawiła się myśl, że może nasz coming out pomógłby wygrać Michałowi i Roksanie. Mimo wszystko nie zdecydowaliśmy się.
MK: Oprócz najbliższej rodziny niewiele osób wiedziało dotychczas o mojej orientacji. Teraz jednak jestem w związku. Nie chciałem przedstawiać Kuby jako „kolegi”. Chciałem wreszcie żyć otwarcie.
Jak się jednak domyślam, byłeś pewnie też we wcześniejszych relacjach, więc czemu akurat przy Jakubie chciałeś to zmienić?
MK: Ładny jest, to chociaż wstydu nie ma. (śmiech) Nie no, żartuję. Dopiero teraz poczułem się gotowy, a inna sprawa – po „TzG” na moim IG znacznie przybyło obserwujących. Zaczęli się odzywać starzy znajomi, pojawili się nowi. Chyba chciałem też zrobić od razu selekcję. Cieszę się, że jestem dla was ciekawą osobą do obserwowania, ale poznajcie mnie od razu w całości.
Kto pierwszy zaprosił na randkę?
JP: Ja, ale na zasadzie, że…
MK: …że powiedział mi potem, że ją wymusiłem! (śmiech)
JP: Bo tak było! Zacząłeś coś tam jęczeć, że nie znasz Warszawy, że z chęcią byś poznał. No więc co mogłem zrobić? To zresztą okazało się prawdą, bo na krótkim spacerze Michał co chwilę pytał, czy z danego miejsca będzie widać Pałac Kultury.
MK: To było jedyny punkt Warszawy, który pozwalał mi się jakoś w niej odnaleźć. Po tym spotkaniu nasze drogi często się już krzyżowały, bo nawet jak nie byliśmy umówieni, to widywaliśmy się gdzieś na próbach czy mijaliśmy na korytarzu.
Produkcja i uczestnicy „TzG” wiedzieli o waszym związku?
JP: Dopóki na plan programu nie byli wpuszczani reporterzy, to raczej nie ukrywaliśmy naszej relacji. Z każdym tygodniem coraz śmielej się zachowywaliśmy. Pod koniec chodziliśmy już po studio za rękę. Po finale wszyscy nam gratulowali, mówili, że kibicują. Pełne wsparcie!
Plotkarskie portale często pisały, że ty, Michale, zbliżyłeś się z Roxi, szukano w tym jakiejś relacji romantycznej. Roxi nie była zazdrosna o Jakuba?
Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Sławny kompozytor Cole Porter uwielbiał grupowy oral i zawsze połykał, Katharine Hepburn była lesbijką i po „cywilnemu” nosiła się w stylu butch, a jej rzekomemu facetowi Spencerowi Tracy zdarzał się męsko-męski sex. Książę Edward i jego żona Wallis Simpson oboje byli bi. Nieziemsko przystojny aktor Tyrone Power gustował w „sportach wodnych” z facetami, a Charles Laughton… Nie, to już musicie sami przeczytać. Podtytuł tej rozbrajającej książki brzmi „moje przygody w Hollywood i szalony seks z gwiazdami”. 89-letni Scotty Bowers opowiada bez ogródek o tym, jak podrywał dziesiątki mężczyzn i kobiet Hollywood lat 40., 50. i 60., jak stał się ich przyjacielem i jak… załatwiał im innych kochanków/ kochanki. Owszem, to jest tzw. śmieciowa literatura, ale za to bezpruderyjnie odświeżająca. Scotty nie insynuuje, tylko daje świadectwo. Nie zapisuje zasłyszanych plotek. Nie twierdzi, że słyszał o „grupowym oralu” z Cole’m Porterem, twierdzi, że w nim uczestniczył, i to nie raz. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 40/11-12 2012.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z Wojtkiem Blecharzem – kompozytorem nominowanym do Paszportu „Polityki”, autorem opery „Transcryptum” – rozmawia Bartosz Żurawiecki
foto: Agata Kubis
Wojtku, czy muzyka może mieć płeć albo orientację seksualną?
Nie, nie sądzę, chociaż prawdą jest, że w polskiej muzyce współczesnej najciekawsze rzeczy robią teraz kobiety, takie jak Jagoda Szmytka czy Agata Zubel. Mają silne osobowości, wyrazisty język. Tylko trudno powiedzieć, czy to kwestia płci, czy raczej tego, że kobietom łatwiej jest w końcu dojść do głosu, bo szowinistyczna, męska dominacja powoli się ulatnia.
W swoim dorobku mam jeden utwór, który bezpośrednio nawiązuje do odmienności, „Phenotype” – na skrzypce i papierowy smyczek. Odmienność zawsze mi towarzyszyła. Bardzo wcześnie byłem świadomy swojej orientacji seksualnej, właściwie już jako dziecko, tylko totalnie tę świadomość tłumiłem, bo nie umiałem sobie poradzić z emocjami. Miałem inne zainteresowania niż chłopcy. Nie chciałem kopać piłki, wolałem się bawić z dziewczynami, grać w gumę, siedzieć na łące i obserwować ptaki. W pewnym momencie, już jako dorosły człowiek, stwierdziłem, że muszę coś z tym zrobić, bo to cały czas we mnie jest. Muszę poświęcić temu utwór. Ciało skrzypiec jest swego rodzaju środowiskiem, jeśli więc weźmiesz tradycyjny smyczek i na nich zagrasz, to środowisko odzywa się prawidłowym rezonansem. Normą, konwencją, do której jesteśmy przyzwyczajeni. U mnie natomiast skrzypaczka gra smyczkiem papierowym, rulonem. Stara się wykonywać utwór tak, jakby miała zwykły smyczek, ale rezonans jest kompletnie inny. Docelowo „Phenotype” miał być instalacją wideo prezentowaną w ruchliwym punkcie Warszawy. Widz – zwabiony odmiennością wizualną kobiety grającej na skrzypcach – miał podejść, założyć słuchawki na uszy. I najprawdopodobniej dla jakichś 80 procent słuchaczy te dźwięki byłyby nie do przyjęcia. Schemat negacji, nietolerancji był wpisany w ów performance.
Ale nie doszło do powstania tej instalacji na ulicach stolicy?
Nie doszło przez Euro.
Czyli norma zwyciężyła.
Tak, musieliśmy zrobić festiwal Instalacji Muzycznych w Królikarni, bo w zeszłym roku całe centrum Warszawy było zajęte przez UEFĘ.
Urodziłeś się w Gdyni. Czy czułeś tam powiew świeżości idący od morza? Jak wspominasz swoje dzieciństwo?
Wspominam i dobrze, i źle. Wychowałem się na obrzydliwym blokowisku, pełnym strasznych dresiarzy, którzy wyzywali mnie od pedałów. Chodziłem do olbrzymiej szkoły podstawowej, potwornego molocha. Natomiast później trafiłem do muzycznego liceum w Gdańsku i to była szkoła z marzeń. Nagle znalazłem się wśród swoich. Mieliśmy te same pasje, razem graliśmy. To była szkoła, do której chodziło się na wagary. Przebywaliśmy w niej całymi dniami, siedzieliśmy do wieczora. Przyjaciele stamtąd zostali mi do dzisiaj.
Wiedzieli, że jesteś gejem? Był to dla nich jakiś problem?
Gdy otworzyłem się na tyle, by im to wyznać, mieli mi za złe, że im nie powiedziałem tego wcześniej. Dostałem od nich mnóstwo wsparcia, a większość z nich nie chciała już potem chodzić nigdzie indziej, jak tylko do gejowskich knajp. Końcówkę liceum przesiedzieliśmy w sopockim Enzymie. To były najpiękniejsze i niezapomniane imprezy.
A rodzina?
No, z rodziną było gorzej, jak to zazwyczaj bywa z rodziną. Część właściwie do dzisiaj nie potrafi tego zaakceptować, choć jest wszystkiego świadoma, bo ja żyję bardzo otwarcie. Najbardziej zaskoczył mnie partner mojej matki. To był człowiek, który, widząc w telewizji Paradę Równości, potrafi ł krzyknąć: „Pedały pierdolone!”. Matka nie chciała więc, bym mu cokolwiek o swoim homoseksualizmie mówił. Ale stwierdziłem, że nie chcę żyć w hipokryzji i kłamstwie, więc pewnego razu najzwyczajniej w świecie podałem mu do wiadomości, kim jestem. I on wtedy powiedział mi rzecz niesamowitą: „Wojtek, zawsze chciałem mieć takiego syna jak ty. I to się w ogóle nie zmieniło”. Dzisiaj jesteśmy w świetnych relacjach, bywamy u niego z moim partnerem, rozmawiamy otwarcie.
Aspekt autobiograficzny jest bardzo ważny w twojej twórczości, sam to podkreślasz w wypowiedziach. Ale czy wiedza o życiu kompozytora jest nam potrzebna podczas słuchania jego muzyki?
Nie, nie jest potrzebna. Natomiast wątki z autobiografii mogą znacząco wpływać na to, co się tworzy i jak się tworzy. Poświęciłem temu zagadnieniu drugą część swego doktoratu, który piszę na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego. Interesowało mnie, gdzie się to wszystko we mnie zaczyna, skąd się bierze moja wrażliwość, potrzeba komponowania. Zmarł mi ojciec, kiedy miałem 4 lata, to wydarzenie kładło się cieniem na życiu mojej rodziny przez następne dziesięciolecia. Trzeba się z tym było uporać i rozliczyć. Mam 31 lat i własna tożsamość jest dla mnie teraz głównym tematem, bo znam ją najlepiej. Nie chcę pisać utworów o prawdach absolutnych czy konceptach znalezionych poza mną.
Obecnie, dzięki mediom elektronicznym, kompozytor nie jest już także odległą postacią z kart encyklopedii i leksykonów.
Internet sprawił, że odbiorcy jest dużo łatwiej zidentyfikować się z twórcą i z tym, co robi. Piszą do mnie, choćby na Facebooku, ludzie, których osobiście nie znam, dzielą się swoimi emocjami i opiniami po wysłuchaniu moich utworów. Nie ma nic piękniejszego. Dla mnie zresztą utwór muzyczny nie ogranicza się tylko do dźwięków. Jest taki nowy termin „muzyka koncepcyjna”, zgodnie z którym utwór zaczyna się od momentu napisania pierwszego szkicu. Liczy się też to, co przeżywasz, tworząc. Informujesz o tym swojego słuchacza, to jest wartość naddana. Poza tym, ja w swoich utworach wykorzystuję rożnego rodzaju gesty, czynności. Wszystko jest u mnie bardzo organiczne. Tytuły zaś mają symboliczne znaczenie, są poparte konkretnym tekstem cudzym albo napisanym przeze mnie. Bliski jest mi koncept Hessego z „Gry szklanych paciorków”, że utwór to nie tylko obiekt do słuchania i przeżywania, ale też gra, w której spotyka się wiele dziedzin nauki, filozofii, sztuki itd. I to tworzy wielowątkowy koncept.
Jaki jest dzisiaj sens bycia kompozytorem tzw. muzyki poważnej? Panuje przekonanie, że ona trafi a do elitarnego grona koneserów, snobów.
Inaczej na to patrzę. Dla mnie snoby i elity siedzą w operze, w filharmonii. Tam mamy muzykę poważną, kulturę z najwyższej półki i monstrualne ceny biletów. Cała zaś uwaga słuchaczy koncentruje się na wysokim, tenorowym „C”. Nienawidzę tego i uważam, że muzyka współczesna w ogóle do tego nie przystaje. Na festiwal Warszawska Jesień przychodzi coraz więcej młodych ludzi, hesterów, którzy nie poszliby na Czajkowskiego do filharmonii, natomiast przychodzą na te dźwięki, bo są im one bliższe. Gdyż na co dzień słuchają elektroniki, mają świadomość nowych mediów, chodzą do muzeów sztuki współczesnej. To jest mój docelowy odbiorca – ktoś, kto raczej wywodzi się z popu, elektroniki, heavy metalu niż z melomańskiej klasyki.
A popkultura? Nie myślałeś o pisaniu piosenek? Lutosławski robił to dla pieniędzy.
Aranżowałem kiedyś piosenki Kayah na jej płytę z Royal String Quartet. To było bardzo trudne zadanie, bo ja nie za bardzo znam się na tej muzyce. Nie mówię „nie”. Pop jest czymś tak ekspansywnym, że sztuczne byłoby odcinanie się od niego i udawanie, że nie istnieje. Zresztą teraz, jak pisałem operę, to nie słuchałem ani Wagnera, ani Mozarta. Zastanawiałem się, co zrobić z głosem w mojej operze, słuchałem więc Chaki Khan i Nicki Minaj, która ma ten niesamowity słowotok. Brzmieniowo mnie to bardzo interesuje, mimo że jej stylistka to jest totalny odlot.
Opowiedz więc o swojej operze, „Transcryptum”, którą od 23 maja można oglądać w warszawskim Teatrze Wielkim. Napisałeś też jej libretto, wyreżyserowałeś ją…
Postanowiłem wykorzystać psychodeliczne, niekończące się, kafkowsko-lynchowskie korytarze Teatru Wielkiego. Opera zaczyna się normalnie na widowni, potem widzowie zostają podzieleni na pięć grup i przechodzą na drugą stronę sceny, gdzie spotykają na swojej drodze pięć głównych przestrzeni, w których dzieją się rożne akcje. Każda grupa zobaczy te pięć przestrzeni w innej kolejności. Korytarze teatralne stają się wielkim, rezonującym ciałem. Bo ta opera na siedmiu muzyków i jedną śpiewaczkę opowiada o traumie i o pamięci. Tytuł, „Transcryptum” to termin ukuty przez izraelską psycholożkę, Brachę Ettinger, a oznaczający właśnie artystyczny zapis traumy.
Trauma jest doświadczeniem ekstremalnym. Gdy się dzieje, wykracza poza granice ludzkiego zrozumienia. Powraca do pamięci pod postacią wypartych wspomnień, koszmarów, flashbacków. Niektórzy ludzie żyją po dwadzieścia kilka lat nieświadomi tego, że przeżyli traumę i nagle widzą jakiś obiekt, który coś im przypomina. U mnie to jest dźwięk. Widzowie chodzą po budynku, słyszą jakieś dźwięki, ale długo nie mogą ich zlokalizować, skojarzyć. Przygotowując się do pisania opery, przeczytałem wiele opisów terapii, metod, historii sądowych. Rozmawiałem też z psychologami, psychiatrami. Stworzyłem sobie traumę idealną, laboratoryjną, ale zawarłem w tej historii kobiety wątki, które są dla mnie bardzo emocjonalne.
Nie sądzisz jednak, że opera to gatunek, który wyczerpał swojążywotność w okolicy I wojny światowej? Sam wcześniej powiedziałeś, że do opery chodzą snoby.
Zależy, co rozumiemy pod słowem „opera”. Opera od początku była hybrydą, dziwolągiem, mieściła w sobie wiele rzeczy. Moim zdaniem, jest gatunkiem, który cały czas ewoluuje. U mnie np. pojawiają się elementy teatru muzycznego – muzycy są również aktorami, wykonują rozmaite gesty, tworzą mikrochoreografie.
W operze odmienności znajdowały swoje schronienie. Była ona dozwolonym, choć zamaskowanym, ubranym w kostium egzaltacji i przesady sposobem wyrażania ich uczuć. Czy i ten campowy aspekt brałeś pod uwagę?
Nie, moja opera jest prosta, minimalistyczna. Camp, przynajmniej najbardziej stereotypowy, mnie znudził. Podobnie jak cała kultura drag queens. Bo one są zawsze takie same. Powinny się zrewolucjonizować i zredefiniować. Ileż można słuchać w kółko tych samych żartów o dużych fiutach! W dodatku, polskie drag queens w porównaniu z amerykańskimi naprawdę wyglądają jak ubogie krewne. Natomiast fascynuje mnie kult diwy popowej. Gloryfikacja śpiewającej kobiety. Uwielbiam np. Amy Winehouse, porusza mnie jej talent. Kto wie, może kiedyś napiszę o niej operę?
Chciałbym cię jeszcze zapytać o politykę. Interesujesz się nią?
Jak jestem w San Diego, to mam non stop włączony TVN24 i oglądam wszystkie możliwe polskie programy publicystyczne w Internecie. Jak jestem w Polsce, nie oglądam nic. Polityka jest dla mnie czymś obrzydliwym, a najbardziej wytrąca mnie z równowagi poziom języka debaty publicznej. To, co ostatnio się działo przy okazji dyskusji o związkach partnerskich, to, jak zostaliśmy obrażeni w polskim parlamencie, ten poziom pogardy i nienawiści to jest dla mnie coś niewyobrażalnego.
Uważam, że musimy mieć pełnię praw z adopcją dzieci włącznie. Bez dwóch zdań. Czasami myślę, że powinniśmy wymyślić sobie nowe słowo na małżeństwo, może wtedy daliby nam spokój. W Kalifornii próbuje się teraz obalić zakaz małżeństw homoseksualnych, który wszedł w życie w 2008 roku. Moi przyjaciele z San Diego, środowisko uniwersyteckie, w tym także małżeństwa z dziećmi maksymalnie wspierają równość małżeńską. Walkę o nią uważają wręcz za swój obowiązek.
W Stanach jest mnóstwo fanatyzmu, skrajnych postaw, zwłaszcza że każdy stan to właściwie osobny kraj. Ale w języku debacie publicznej nie ma tego obrzydliwego zacietrzewienia, tego jadu nienawiści. Nie ma tej polskiej, konserwatywno- katolickiej piany na ustach.
Tekst z nr 43/5-6 2013.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).