Walczą o tolerancję… w klapkach – marka Kubota po raz kolejny wspiera Pride Month!

Kuboto, zawiodłem się na Tobie. Toleruje dobro, zło – precz! Nie kupię nigdy nic Kuboty. Fajna ta ideologia taka nie za mądra. To tylko kilka komentarzy, które pojawiły się pod postem Kuboty na Facebooku o starcie akcji “Jesteś tolerancyjny? Tak, ale… nie ma ale!”. To kolejna odsłona wsparcia marki dla społeczeństwa LGBTQ+ z okazji Pride Month.

Na pierwszy rzut oka Kubota może w ogóle nie kojarzyć się z tęczową sprawą – marka powstała w samym środku lat 90. XX wieku i jest w 100% polska. Po latach memów z “Januszami” w roli głównej wydawać by się mogło, że to brand przeciwny środowisku LGBTQ+. Nic bardziej mylnego — Kubota to nie klapki, lecz styl życia. Styl życia zakładający równe traktowanie każdego, niezależnie od płci, orientacji seksualnej czy pochodzenia.

Wsparcie środowiska LGBTQ+ oraz walka o równość dla każdego jest obecnie w DNA Kuboty od reaktywacji brandu w 2018 roku. To wtedy czwórka przyjaciół postanowiła zaryzykować wszystko, by zrealizować wielkie marzenie o stworzeniu czegoś niesamowitego. Od samego początku projektu wiedzieli, że chcą zrobić coś więcej niż tylko zbudować dobrze prosperującą firmę.

Kubota jest zatem biznesem w pełni odpowiedzialnym społecznie. Oznacza to, że w przeciwieństwie do wielu innych, często większych marek, klapkowa legenda wspiera ważne według zespołu i zarządu sprawy nie tylko zmianą logo w mediach społecznościowych, ale przede wszystkim pieniężnie.

Jesteś tolerancyjny? Tak, ale… nie ma ale!

Chyba każda osoba utożsamiająca się ze środowiskiem LGBTQ+ usłyszała od kogoś “jestem tolerancyjny, ale…”, po którym następowała próba usprawiedliwienia swojego braku tolerancji. Ta jakże często występująca, życiowa sytuacja zainspirowała przedstawicieli marki do stworzenia hasła przewodniego dla sloganu tegorocznej edycji wspierania przez markę Miesiąca Dumy.

Marka w poście na Facebooku, w którym informuje o akcji, przywołuje kilka statystyk dotyczących sytuacji osób LGBTQ+ w naszym kraju:

  • 70% młodzieży LGBTQ+ spotyka się z przemocą ze względu na swoją orientację seksualną lub tożsamość płciową.
  • Ponad 20% osób LGBT+ straciło w swoim życiu kogoś bliskiego ze względu na swoją nieheteronormatywność.
  • 50% osób LGBT+ mierzy się z depresją.
  • 70% młodzieży LGBTQ+ ma myśli samobójcze.
  • 12% społeczeństwa LGBT+ planuje wyjazd z kraju w najbliższym czasie, z czego decydującym czynnikiem jest nagminne doświadczanie dyskryminacji w Polsce.

Powiedzieć, że osoby LGBT+ mają w Polsce ciężko, to nic nie powiedzieć. Potwierdza to wynik uzyskany w raporcie ILGA-Europe, który co roku bada prawodawstwo oraz praktykę stosowania prawa wobec osób LGBT. 13 punktów na 100 możliwych to najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej.

W ramach tegorocznej akcji, której partnerem jest Kampania Przeciw Homofobii oraz Replika, Kubota wywiesiła plakaty w ponad 40 restauracjach w Łodzi i Warszawie, by dać impuls do wychodzenia nie tylko z szafy, ale także z domu, na ulice, by głośno walczyć o swoje prawa. Bo prawa osób LGBTQ+ to prawa  .

Oprócz tego Kubota, jak co roku, wspiera organizacje walczące o równość osób LGBTQ+ także finansowo — część dochodów ze sprzedaży klapków przekazywana jest Kampanii Przeciwko Homofobii oraz Fabryce Równości.

Wsparcie — nie pierwszy i nie ostatni raz

Działalność charytatywna Kuboty trwa od lat — marka ma na koncie współprace z PCK, WOŚPem, PAH, Fundacją JiM, Fundacją Kolorowy Świat, Fundacją Załoga Bulldoga, Monarem, Fundacją po DRUGIE, Fundacją Kapitan Światełko i innymi podmiotami, które na pierwszym miejscu stawiają równość i dobro innych osób.

Od 2019 roku marka ma w swojej ofercie tęczowe produkty — część zysków z ich sprzedaży przekazywane jest fundacjom walczącym o równouprawnienie osób LGBTQ+. Dwa lata po wprowadzeniu pierwszej tęczowej pary klapków, marka zorganizowała kampanię #silateczy, która okazała się ogromnym sukcesem. Udział w niej wzięły inne firmy, m.in. Bolt, Yope, Myszojeleń, Gandalf, Your KAYA, Plantwear i Many Mornings. Marki połączyły swoje zasięgi i możliwości, by jak najszerzej oraz możliwie najbardziej skutecznie walczyć z dyskryminacją i nietolerancją.

Kubotę wyróżnia dodatkowo fakt, że jest pracodawcą przyjaznym środowisku LGBT+. Nie jest to wyłącznie niepisana zasada — wręcz przeciwnie! W Kulturze organizacyjnej marki znajduje się zapis o tolerancji i akceptacji, które są głównymi filarami firmy. Marka propaguje równość nie tylko na zewnątrz, ale także w strukturach wewnętrznych. Te wszystkie działania są doceniane, o czym świadczy fakt podwójnej nominacji do nagrody Pracodawcy roku wspierającego osoby LGBT+.

 

 

 

Zaczynamy przygotowania na Pride z TK Maxx!

 

Modne pastele, stonowany minimalizm czy odjechane kontrasty? Zapraszamy Was na wspólne zakupy w TK Maxx, gdzie odkryjemy dla Was trzy stylizacje na Pride skomponowane ze znalezionych tam perełek!

Trwa czerwiec – Miesiąc Dumy, w którym jako społeczność osób LGBT+ szczególnie świętujemy dumę z tego, kim jesteśmy! Już niedługo warszawska Parada Równości i Marsze w innych częściach Polski. Dużo okazji do świętowania, zatem nie można zapomnieć o odpowiednim outficie!

Redakcja „Repliki” nie ma za dużo czasu, ale lubimy jakość i świetne ceny. Z tego powodu na pridowe polowanie wybraliśy się do TK Maxx. Przekonało nas, że pod jednym dachem znajdziemy tu tysiące wyjątkowych produktów od marek i projektantów uznanych na całym świecie. A kto nie lubi markowych perełek? Wszystkie produkty są dostępne w cenach do 60% niższych od regularnych cen sprzedaży w Polsce i na świecie. Poza tym, co również nie jest bez znaczenia, dostawy są tak częste, że prawie codziennie można odkrywać nowe skarby. Bardzo często są to po prostu pojedyncze sztuki, które za chwilę mogą zniknąć. Brzmi super? Myślimy, że tak, a tymczasem

Zobaczcie, co wybraliśmy! 

Razem, czyli indywidualnie i różnorodnie!

Pride to święto dumy i różnorodności, a maszerując z innymi, możemy szczególnie zadbać o wyrażenie swojej tęczowej indywidualności strojem. Kolorowa wzorzysta koszula, wycięty bezrękawnik, a może biały T-shirt z ciekawym nadrukiem? Oto nasze propozycje:

Zanim wyruszymy…

Marsze Równości to nie tylko celebracja dumy i różnorodności, ale też często po prostu intensywny trening fizyczny. Dlatego w sezonie marszowym należy zadbać o wygodne, przewiewne buty, które będą atrakcyjnym dodatkiem do stylizacji.

W dziale obuwia TK Maxx znaleźliśmy całą gamę unikatowych skarbów – od masywnych platform w glamowym stylu, przez kolorowe slip-ony, po klasyk w każdej tęczowej szafie – klapki jak na pielgrzymkę (tym razem w modnym pastelowym wydaniu).

Akcesoria i dodatki

Na żadnym Marszu Równości nie może zabraknąć kolorowych dodatków i akcesoriów, które mogą zmienić każdego i każdą w ikonę tęczowego stylu i na pewno wywołają uśmiech na twarzach współmaszerujących.

W dziale akcesoriów TK Maxxa znaleźliśmy mnóstwo skarbów – praktycznych tęczowych dodatków, które sprawdzą się na Pridzie! Tęczowa parasolka, kolorowe okulary w kształcie serc (w końcu w Miesiącu Dumy świętujemy podstawowe prawo człowieka – prawo do kochania innych osób), a może przezroczysty lśniący plecak? To tylko przykładowe skarby z TK Maxxa, które nie tylko wzbogacą naszą stylizację, ale też ochronią nas przed słońcem i nieprzewidywalną pogodą.

 

Pora na przymierzanie!

1. Migotliwy pastel

Do pierwszej stylizacji wybraliśmy ubrania w modnych pastelowych odcieniach różu (T-shirt z haftowanym tęczowym sercem), zieleni (sztruksowa koszula oversize) i błękitu (szorty), a do tego turkusowe klapki. Na T-shircie widać subtelny haft w kształcie tęczowego serduszka – podczas Marszu będzie korespondowało z morzem flag wokół!

2. Niebo, na którym wzejdzie tęcza

Naturalnymi barwami, w jakich otoczeniu występuje tęcza, są odcienie błękitu – dlatego jako drugą, bardziej minimalistyczną stylizację, wybraliśmy zestaw w tych właśnie barwach. Składa się z bezrękawnika w pattern w chmury, jeansowej pudełkowej kurtki oversize i granatowych bojówek. Taki outfit nie tylko jest uniwersalny i wygodny, ale też będzie świetnie podkreślał tęczową flagę, którą oczywiście zabieramy ze sobą! Stonowane kolory przełamaliśmy białą czapką z daszkiem z wyhaftowaną uroczą cytrynką. 

3. Wysoki połysk

Ostatnia stylizacja to bynajmniej nie sauna suit w kolorze folii aluminiowej ani kombinezon kosmonautki, ale szeleszczące srebrne szorty połączone z czarną koszulą slim fit w kontrastowe abstrakcyjne wzory. Do niego dodajemy lekką srebrną bomberkę z szerokimi rękawami – sprawdzi się nie tylko przy zachmurzeniu, ale też na afterze, i w obu sytuacjach na pewno zwróci uwagę otoczenia! Do tego stroju dobieramy pastelowo-białe buty i przezroczysty plecak oraz czapkę z cytrynką. Tak, po raz kolejny, ale po prostu jest na tyle urocza, że nie możemy z niej zrezygnować, a biel będzie pasować do butów. Do tego dodajemy naszego faworyta wśród dodatków – przezroczysty tęczowy plecak, który opalizuje w słońcu!

 

Idziemy na Pride!

To właśnie na ostatnią stylizację na „wysoki połysk” zdecydowała się nasza dziennikarka Małgorzata Tarnowska, która wybrała się do TK Maxx szukać dla Was oryginalnych skarbów na Miesiąc Dumy.

Pride to święto dumy i różnorodności, dlatego ważne jest przede wszystkim, żeby każdy_a z nas czuł_a się na Paradzie i Marszu po prostu sobą. Szeroki asortyment TK Maxx pozwoli każdemu z Was znaleźć perełkę dla siebie – serdecznie do tego zachęcamy!

Do zobaczenia na Pridzie!

 

Bolesław Wstydliwy i Leszek Czarny – średniowieczna para

W drugiej części „Pocztu tęczowych królów i książąt polskich” dr Paweł Fijałkowski pisze o dwóch książętach, którzy nie współżyli z małżonkami. Historycy przypisywali i nadal przypisują im impotencję, ignorując inną możliwość, czyli homoseksualność – BOLESŁAW i LESZEK mogli współżyć ze sobą

rys. Marcel Olczyński

Bolesław V Wstydliwy, prawnuk Bolesława III Krzywoustego, książę krakowski i sandomierski, należał do władców dobrze wspominanych przez potomnych. Według łacińskiego „Rocznika Traski”, spisanego ok. 1340 r. na podstawie wcześniejszych źródeł, „był człowiekiem obyczajnym, wstydliwym, umiarkowanym i łaskawym, nikomu złem za zło nie odpowiadał; wolności Kościoła obrońca, rycerzy prawdziwy miłośnik, ponieważ sobie nic nie pozostawił, lecz wszystko rycerzom szczodrze oddał; mnichów wszelakich był dobroczyńcą” (cytat w przekładzie Pawła Żmudzkiego, „Studium podzielonego królestwa. Książę Leszek Czarny”, Warszawa 2000).

Bolesław nie całkiem Wstydliwy

Czytając tę i inne, równie pochlebne kronikarskie wzmianki o Bolesławie V, za każdym razem zastanawiam się, na czym polegała wychwalana przez dziejopisów książęca wstydliwość, jaką cząstkę jego natury opisali za pomocą łacińskiego słowa „pudicus”, oznaczającego zarówno osobę wstydliwą, jak i skromną lub przestrzegającą ogólnie przyjętych zasad. A może należałoby zadać pytanie: co ukryli przed potomnością, posługując się tym wieloznacznym określeniem? Jan Długosz, pisząc w „Rocznikach czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego” („Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae”) o śmierci księcia w 1279 r., tak wyjaśniał genezę jego przydomka: „Chroniąc swe ciało od wszelkich pokus, zachował przez wszystkie lata trwania swego małżeństwa ze swą żoną Kingą czystość i z powodu tej niezwykle cennej cnoty otrzymał przydomek Bolesław Wstydliwy […]. Po trzydziestu siedmiu latach rządów umiera dziewiczo czysty wśród oznak głębokiej pobożności […]” (przekład Julii Mrukówny).

Dodajmy, że Kinga, czyli Kunegunda, córka króla węgierskiego Beli IV, była formalnie żoną księcia przez 40 lat. Ich ślub odbył się w 1239 r., gdy Bolesław liczył sobie 12 lat, natomiast Kinga była 5-letnią dziewczynką. Taki wiek nowożeńców może nas dziś szokować, lecz w tamtych czasach nie robił na nikim wrażenia. Było to typowe małżeństwo dynastyczne, którego skonsumowanie następowało z reguły po osiągnięciu przez małżonków dojrzałości płciowej. Z reguły, lecz nie w przypadku Bolesława i Kingi, ponieważ – jak już wiemy od Długosza – pobożny książę zrezygnował ze współżycia płciowego ze swą żoną.

Abstynencja seksualna budziła szacunek do Bolesława, natomiast jego sposób rządzenia wywoływał krytykę. Z „Roczników…” dowiadujemy się, że książę sprawował władzę w sposób chwiejny i skorumpowany, a jednocześnie unikał relacji erotycznych z kobietami, przy czym to drugie miało znaczący wpływ na pozytywną ocenę jego charakteru: „Był zaś książę Bolesław człowiekiem łagodnym, lecz zmiennym przy rozstrzyganiu spraw, nie wolnym od przekupstwa. Nieskazitelnie czysty stronił od miłostek i stosunków z kobietami. Z powodu tej szczególnej cechy charakteru wszyscy zgodnie nadali mu przydomek Wstydliwego. Był człowiekiem dobrym i prostym, dalekim od wszelkiej obłudy”.

Analizując powyższy fragment, można odnieść wrażenie, że Jan Długosz przeczy w nim sam sobie. Stwierdza, że książę był człowiekiem „nie wolnym od przekupstwa”, a jednocześnie „dalekim od wszelkiej obłudy”. Może również jego „nieskazitelna czystość” i unikanie kobiet miały swoją drugą stronę? Wiemy, że Bolesław źle sprawował ciążące na nim obowiązki najwyższego sędziego i ponadto zaniedbywał swój dwór. Prowadził bardzo ruchliwy tryb życia, spędzając znaczną jego część na polowaniach. „Do tego dołączało się, że jako nadmierny i nieokiełznany miłośnik i zwolennik psów, a także jako myśliwy, polujący bez umiaru i względu na porę roku, wyrządzał raz po raz dotkliwe szkody tak duchownym, jak i świeckim” – czytamy w „Rocznikach…”. Książę ewidentnie wolał towarzystwo psów i mężczyzn od towarzystwa kobiet, a rycerze byli mu dużo bliżsi niż dwórki. Należał do władców chętnie i często wyruszających na wojenne wyprawy. Przed wojną z Jadźwingami w 1264 r. – jak relacjonuje Długosz – Bolesław, „zamierzając wkroczyć w ich granice, sprawia szyki, przestrzegając nader starannie wszystkiego, czego wymaga sztuka wojowania, a zwoławszy rycerzy na zebranie, zagrzewa ich do walki”.

Nie ma wątpliwości, że wieloznaczna „wstydliwość” księcia Bolesława ograniczała się do jego stosunków z kobietami. W relacjach ze swym wojskiem był niestrudzonym, stanowczym i wymagającym dowódcą. Pod wieloma względami przypominał rzymskiego cesarza Konstansa, żyjącego w I połowie IV w., a więc w czasie, gdy chrześcijaństwo stawało się religią panującą Imperium. Wiemy, że Konstans jeszcze w dzieciństwie został zaręczony z Olimpiadą, ale nigdy jej nie poślubił, co zostało wyjaśnione przez duchowieństwo w ten sposób, że władca ślubował życie w czystości cielesnej. Podobnie jak Bolesław Wstydliwy znaczną część czasu spędził daleko od dworu, na polowaniach i wyprawach wojennych. Jednakże odnośnie do Konstansa kronikarze napisali wprost, że uwodził najurodziwszych ze swych najemnych żołnierzy z Germanii. W przypadku Bolesława możemy jedynie snuć domysły.

Zapewne nigdy nie dowiemy się, czy Bolesław Wstydliwy był impotentem, czy homoseksualistą jak Konstans. W każdym razie wraz z małżonką znalazł sposób zamaskowania problemu, dzięki któremu uniknięto skandalu. Były nim śluby czystości, złożone najpierw przez Bolesława, a później także przez Kingę. Wprawdzie jak zauważa Karolina Maciaszek w świeżo opublikowanej książce „Bolesław Wstydliwy. Książę krakowski i sandomierski 1226–1279. Długie panowanie w trudnych czasach” (Kraków 2021), stwarzały one poważny problem dynastyczny, pozbawiały bowiem książęcą parę potomstwa, toteż musiały wywoływać krytykę, niemniej otworzyły księżnej drogę do świętości: jej beatyfikacja jednak nastąpiła dopiero w 1690 r., a kanonizacja w 1999 r. Jan Długosz, idąc w ślad za autorami żywotów przyszłej świętej, przypisuje inicjatywę ślubów Kindze: „Podają zaś, że […] od pierwszego dnia zaślubin najpierw przez jeden rok, po jego upływie przez dwa, następnie przez trzy, a po ich upływie za sprawą i namową Kingi [Bolesław] dobrowolnie ślubował Panu niebieskiemu czystość i dochował jej na zawsze”. Śluby te były ze strony Bolesława formalnym podporządkowaniem się surowym zasadom kultury średniowiecznego świata. Wiele wskazuje na to, że podobnie jak większość osób niemogących pogodzić swej seksualności z zasadami obowiązującymi w chrześcijaństwie, żył w poczuciu grzechu i winy. Tak jak wielu innych starał się je odkupić, angażując się w sprawy Kościoła o wiele bardziej od większości sobie współczesnych. Był uległy wobec jego dostojników, wydał wiele przywilejów dla różnych instytucji kościelnych, ufundował lub hojnie obdarował liczne klasztory.

Pomimo tych zasług Bolesław Wstydliwy, w odróżnieniu od swej małżonki, nie dostąpił zaszczytu uznania go za świętego lub choćby błogosławionego. Stało się tak zapewne dlatego, że zbyt wiele niejasności i dwuznaczności kryje się w odnoszących się do niego kronikarskich zapiskach, zbyt wiele sugestii można wyczytać pomiędzy ich wierszami. Wiemy, że współżycie małżeńskie Kingi i Bolesława cechowały nieporozumienia, po których książę wybiegał z pałacu zagniewany i długi czas przebywał z dala od małżonki. Historycy, idąc w ślad za Długoszem, interpretują te sytuacje w ten sposób, że Bolesław usiłował nakłonić Kingę do współżycia małżeńskiego, by zapewnić swemu państwu dziedzica. Nie można jednak wykluczyć, że było zupełnie odwrotnie, że sfrustrowany książę opuszczał małżonkę, ponieważ próbowała zachęcić go do seksu, a on nie chciał lub nie mógł spełnić jej oczekiwań. Warto w tym kontekście przypomnieć stawiany Kindze zarzut, że nawiązała romans ze swym spowiednikiem, franciszkaninem Boguchwałem. Sprawa została potraktowana bardzo poważnie przez władze zakonu franciszkanów, które nałożyły na niefortunnego spowiednika pokutę za rozpustę. Jeszcze wiele lat po śmierci Kingi zastanawiano się, czy była wierną małżonką, później jednak uznano, że padła ofi arą plotki. Natomiast jeśli chodzi o Bolesława, to w żadnym z zachowanych źródeł nie znajdujemy poważnego oskarżenia pod jego adresem, z wyjątkiem zarzucanego mu fatalnego stylu sprawowaniu władzy. Nie powinno to nas dziwić. Święci i święte byli czymś w rodzaju moralnego kapitału każdej dynastii i każdego państwa. Toteż ze względu na kult Kingi, rodzący się tuż po jej śmierci, z pamięcią o Wstydliwym małżonku należało obchodzić się ostrożnie, maskując wątpliwości szacunkiem dla jego postawy.

Leszek, książę o „niezwykłych zaletach”

W 1265 r. książę Bolesław adoptował i uczynił swym następcą księcia sieradzkiego Leszka Czarnego, syna swego stryjecznego brata, Kazimierza I Kujawskiego. Nie wiemy, z jakich dokładnie powodów dokonał takiego wyboru. Jan Długosz wspomina ogólnikowo w swych „Rocznikach…”, że Leszek „wydawał się jemu i jego doradcom księciem o niezwykłych zaletach”. Ich zażyłość narodziła się około 1260 r., gdy niespełna 20-letni Leszek wyruszył u boku 34-letniego Bolesława na wojnę czesko-węgierską. Pięć lat później pojął za żonę Gryfi nę, córkę księcia ruskiego Rościsława, która okazała się kobietą stanowczą, traktującą związek zupełnie inaczej niż poślubiona przez Bolesława Kinga. Gdy w ciągu kilku lat książę Leszek nie skonsumował małżeństwa, Gryfina wywołała w 1271 r. wielki skandal. Wspomniany już kronikarz Traska umieścił w swym dziele informację, że „publicznie zdjąwszy czepek powiedziała, że jest dziewicą nietkniętą i jak powiadali nie mogła tego zmienić z powodu jego impotencji”. Jan Długosz, mający dostęp do wielu kronik, opisał to wydarzenie znacznie obszerniej: „Zwoławszy zgromadzenie panów, rycerstwa i pań sieradzkich opowiedziała, że choć prawie sześć lat mieszka wspólnie ze swoim mężem Leszkiem Czarnym, jednakże do tego dnia pozostała panną nietkniętą przez swego męża, zarzucając mu niemoc i oziębłość w obecności także księcia Leszka, który milczeniem potwierdzał oskarżenie”. Następnie osiadła w krakowskim klasztorze franciszkanów i „zamierzała starać się o rozwiązanie małżeństwa”. Do unieważnienia związku jednak nie doszło, a w 1275 r. Bolesław Wstydliwy, chcąc oczyścić Leszka Czarnego z hańbiących go zarzutów Gryfiny, udał się do Sieradza i pogodził ich ze sobą. W „Rocznikach…” Długosza znajdujemy górnolotny zapis, że książę Bolesław „wprowadza między obojgiem od nowa miłość małżeńską, której odtąd obydwoje szczerze aż do śmierci przestrzegali i dochowali”. Co więcej, małżonkowie poddali się kuracji, którą w sieradzkim lub krakowskim klasztorze dominikanów przeprowadził w 1278 r. pochodzący z Niemiec brat Mikołaj. Według „Rocznika Traski”: „Pan zaś Leszek, książę Sieradza, ze swoją żoną Gryfiną za pozwoleniem owych kaznodziejów [tj. dominikanów] tego roku zaczął jeść węże, jaszczurki i żaby, dlatego stał się obrzydliwy dla całego ludu, choć były mu bardzo pomocne”. Ściśle rzecz ujmując, kuracja polegała na jedzeniu wysuszonych i sproszkowanych gadów oraz płazów, a w jej skuteczność możemy wątpić. Małżeństwo Leszka i Gryfiny, trwające do śmierci księcia w 1288 r., pozostało bezdzietne.

Historycy zgodnie uważają Leszka Czarnego za impotenta, nie zadając sobie pytania, czy jego niemoc płciowa nie ograniczała się do kobiet i nie była przejawem homoseksualności. Formułując to przypuszczenie, wchodzimy być może na trop okoliczności, która sprawiała, że książę Bolesław widział w Leszku bratnią duszę i znajdował z nim wspólny język, a być może nawiązał relacje erotyczne. Oczywiście, taki stan rzeczy musiał pozostać tajemnicą, zamaskowaną pomówieniami, które hańbiły, lecz nie były groźne. Impotencję postrzegano jako upokarzającą dolegliwość, natomiast sodomię (przypomnijmy: tak określano wówczas zachowania homoseksualne, a szczególnie stosunki analne) traktowano jako grzech równie ciężki jak herezja. Co więcej, oskarżenia o herezję i sodomię bardzo często łączono ze sobą. Toteż nic dziwnego, że książę Leszek Czarny postanowił milczeć na zwołanym przez małżonkę zgromadzeniu. Zapewne z tych samych przyczyn kronikarze Traska i Długosz woleli nie wnikać w istotę seksualnych problemów Leszka Czarnego, pozostawiając potomnym szerokie pole do możliwych interpretacji. Ci zaś woleli i nadal wolą widzieć w księciu godnego współczucia heteryka, który cieszyłby się małżeńskim szczęściem z Gryfiną, gdyby nie był impotentem, niż zaryzykować hipotezę, że był uwikłanym w nieszczęśliwe małżeństwo gejem. Źle pojmowany szacunek dla naszych dziejów i tradycji sprawia, że ta druga możliwość jest dla wielu ludzi wciąż trudna do zaakceptowania.

XIX-wieczna pisarka Dionizja Poniatowska, autorka książki „Odłamek z dziejów Lechii. Bolesław Wstydliwy i Leszek Czarny” (Paryż 1875), ukazała książąt jako ludzi całkiem odmiennych charakterów, w zupełnie różny sposób sprawujących władzę i przeciwstawnie ocenianych przez współczesnych. O pierwszym z nich napisała: „Pan miłosierny i cichy; temi słowy chwalą go zarówno kroniki polskie i ruskie. Płakali go swoi i obcy […]. Sprężystością umysłu i znakomitszą do rządzenia zdolnością nieobdarzony Bolesław, sumiennością ludom swym służy, zaborczych i niesprawiedliwych wojen nie wszczynając, użycza im, o ile w jego mocy, dobrodziejstwa pokoju”. Z kolei drugi z nich „Leszek, czynny i w bojach szczęśliwy, nie miał jednak serca narodu. Raził w nim obyczaj niemiecki, o którym strój jego nawet zapomnieć nigdy nie dawał […]. Od dawna już osoba jego wstręt wzbudzała. Jeszcze kiedy był księciem sieradzkim, wiedziano, iż pragnąc potomstwa z rady jakiegoś zabobonnego dominikanina Niemca jadał węże, jaszczurki i żaby. Potomstwa się nie doczekał, a brzydził się nim lud cały”.

Jedno nie ulega wątpliwości: obaj książęta w zupełnie inny sposób radzili sobie ze swymi życiowymi problemami. U podstaw łączącej ich więzi leżą więc zapewne wzajemne przyciąganie się przeciwieństw oraz być może także erotyczna wspólnota dusz i ciał, starannie skrywana przed światem.[/restrict]

Dr Paweł Fijałkowski (ur. 1963) – historyk i archeolog, pracownik naukowy Żydowskiego Instytutu Historycznego. Opublikował m.in. szereg książek historycznych o tematyce homoseksualnej: „Seksualność, psyche, kultura. Homoerotyzm w świecie starożytnym” (2007), „Homoseksualizm. Wykluczenie – transgresja – akceptacja” (2009), „Homoseksualność daleka i bliska” (2014), „Androgynia, dionizyjskość, homoerotyzm. Niezwykłe wątki europejskiej tożsamości” (2016).

Seniorzy LGBT: Marek Ojdowski

Bydgoszczanin MAREK OJDOWSKI to jedna z pierwszych osób, które odpowiedziały na nasz apel o widoczność seniorów LGBT+. Ma 61 lat. Z kawą i papierosem w ręku opowiada o 20 latach swojego alkoholizmu, o małżeństwie z kobietą, o seksrandkach w latach 80., o pierwszej miłości i o nowym życiu, jakie rozpoczął wraz z coming outem w wieku 50 lat. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego (lat 26)

fot. Magda Juraszewska

Dziś młode osoby LGBT+ mają aplikacje randkowe, seriale z wątkami LGBT czy portale społecznościowe, gdzie łatwo trafi ć na inne osoby queer, a tym samym zrozumieć swoją tożsamość czy seksualność. Dla mnie pomocne były chociażby łatwo dostępne filmy porno, bo dzięki nim zrozumiałem, że jednak pociągają mnie mężczyźni. Jak to było u ciebie, Marku?

Zrozumiałem to chyba już w zerówce. Spodobał mi się wtedy kolega z grupy. Jeszcze bardziej przekonałem się o tym, będąc już nastolatkiem, w siódmej klasie szkoły podstawowej. Importowano wtedy z NRD karty do gry, na których były nagie kobiety, a potem wydana została książka Michaliny Wisłockiej „Sztuka kochania”. Przeglądaliśmy z chłopakami te karty, te pozycje narysowane w książce i… mnie to zupełnie nie kręciło, chciałem zobaczyć na nich mężczyznę. Byłem wtedy przekonany, że jestem jedynym takim chłopakiem na świecie.

Ale udało ci się dowiedzieć, że jednak nie jedynym?

Pierwszą relację z mężczyzną miałem w wieku 16 lat. To były czasy tzw. pikiet, a więc spotykania się mężczyzn homoseksualnych w miejscach publicznych – na dworcu PKP, w szaletach miejskich i tym podobnych. Tam miałem swój pierwszy raz. Sam z obserwacji dowiedziałem się, że właśnie w takich miejscach należy szukać innych mężczyzn zainteresowanych tą samą płcią. Widziałem gejów przed dworcem PKP, widziałem, że idą do toalet, że stoją przy pisuarach, że wyciągają rękę jeden do drugiego. Tak wyglądała moja edukacja seksualna. Gdy pierwszy raz odważyłem się wejść do środka i inny mężczyzna wyciągnął rękę w kierunku mojego penisa, to uciekłem. Udało się dopiero przy drugim podejściu. Zazwyczaj chodzili tam mężczyźni starsi, ale moja pierwsza wspólna masturbacja była z 20-latkiem. Potem kilka razy jeszcze się widzieliśmy, raz pojechaliśmy nawet paczką znajomych do Gdyni. Niestety, dziś już on nie żyje.

Mężczyźni byli wtedy dla ciebie jedynie obiektami seksualnymi czy może bywało też uczucie?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Osoby LGBT 60+, które byłyby gotowe opowiedzieć swoje historie na łamach „Repliki”, zapraszamy do kontaktu: redakcja@ replika-online.pl

Ambasadorka Kanady i jej nieheteroseksualna córka

Z LESLIE SCANLON, ambasadorką Kanady w Polsce, sojuszniczką osób LGBT, oraz z jej nieheteroseksualną córką McKENZIE SCANLON rozmawia Mariusz Kurc

fot. Emilia Oksentowicz

Przyjechała pani do Polski w 2018 r., kilka miesięcy po tym, jak premier Justin Trudeau wygłosił słynne przeprosiny wobec ludzi LGBTQ2 w kanadyjskim parlamencie (patrz: ramka), i kilka miesięcy przed tym, jak w Polsce zaczęły powstawać „strefy wolne od LGBT”. Miała pani poczucie, że trafi ła do innego świata?

Leslie Scanlon: Kanadyjska droga jest, cóż, kanadyjską drogą. Dla dyplomaty to dosyć normalne, że jedzie gdzieś za granicę i trafi a do kraju w zupełnie innej sytuacji, na innym etapie rozwoju. Natomiast podkreślamy zawsze, że prawa osób LGBT traktujemy jako część pakietu praw człowieka. Tu, na miejscu staram się więc pracować z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego i samej społeczności LGBT. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem tego, jak prężnie działają polskie organizacje LGBT. A jeśli chodzi o przeprosiny naszego premiera, nawet nie postrzegam ich jako specjalnie przełomowego wydarzenia, bardziej jako coś słusznego, ale oczywistego – coś, co musiało nastąpić. Kanada na pewno nie jest krajem doskonałym dla ludzi LGBT, wciąż wiele jest do zrobienia, ale takie przeprosiny nie podlegały nawet debacie, nie były dyskusyjne.

Przynajmniej jedną kwestię załatwiliśmy w Polsce wcześniej niż wy w Kanadzie. U nas stosunki homoseksualne przestały być przestępstwem w 1932 r., w Kanadzie – w 1969 r. za rządów Pierre’a Trudeau, ojca obecnego premiera. Podobno jego przeciwnicy rozgłaszali, że premier chciał zalegalizować homoseksualność tylko dlatego, że był pod wpływem swojej ówczesnej dziewczyny – Barbry Streisand, która już wtedy miała status „gejowskiej divy”.

LS: (śmiech) Tego akurat nie znałam. Ale Pierre Trudeau miał rzeczywiście liberalne poglądy. Pamiętam jego słynne zdanie z tamtych czasów: „Nie ma miejsca na państwo w sypialniach jego obywateli_ek”.

W tym roku Kanada zakazała „terapii konwersyjnej”, czyli „terapii” mającej na celu zmianę orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej.

LS: Uderzyło mnie, że nasz parlament zrobił to jednomyślnie – bez jednego głosu sprzeciwu. Jeszcze kilka lat temu poparcie dla tego zakazu nie było tak powszechne. To był wzruszający moment – posłowie różnych partii podawali sobie ręce, gratulowali jeden drugiemu. Jak to jest w Polsce? Są takie praktyki?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

PREMIER KANADY PRZEPRASZA SPOŁECZNOŚĆ LGBTQ2*

Stoję tu dziś, pełen wstydu, smutku i głębokiego żalu z powodu tego, co zrobiliśmy. Myliliśmy się. Przepraszamy. Ja przepraszam. My przepraszamy… Pragnę przekazać osobom ze społeczności LGBTQ2, młodszym i starszym, zarówno w Kanadzie, jak i na całym świecie: kochamy was. I wspieramy. To dzięki waszej odwadze jesteśmy dziś tutaj razem, przypominając sobie, że możemy i musimy być lepsi. Przepraszamy za ucisk społeczności lesbijek, gejów, osób biseksualnych, transpłciowych i queer oraz two-spirit. W imieniu rządu, parlamentu oraz wszystkich Kanadyjczyków: myliliśmy się. Przepraszamy. Nie dopuścimy, by to się kiedykolwiek powtórzyło.

Premier Justin Trudeau, 28 listopada 2017 r.

*W Kanadzie do skrótu LGBT+ dodaje się cyfrę 2 oznaczającą rdzennych Amerykanów_ki niewpisujących się w binarny podział płci, tzw. two-spirit.

Jakub Hamanowicz – wyoutowany 18-letni radny Młodzieżowej Rady Gdańska

Od trzech kadencji radny Młodzieżowej Rady Miasta Gdańska, członek Gdańskiej Rady ds. Równego Traktowania, a także m.in. stowarzyszenia Wszystko Dla Gdańska i Komitetu Doradczego Rankingu Szkół LGTBQ+. Ma 18 lat. Publiczny coming out zrobił 2 lata temu. Z JAKUBEM HAMANOWICZEM o aktywizmie, edukacji, homofobii i rozpętanej przeciw niemu nagonce TVP rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Jakub Soja

W czerwcu mijają 2 lata od twojego oficjalnego coming outu na Facebooku. Miałeś wtedy niecałe 16 lat. Twój post skomentowała m.in. prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Długo zbierałeś się do tego wpisu?

Czułem, że muszę to zrobić, zamknąć pewien rozdział w moim życiu i otworzyć nowy. Wiele osób już i tak o mnie wiedziało, więc była to czysta formalność. Chłopaki podobały mi się już, gdy miałem jakieś 7 lat. Nie umiałem jednak tego nazwać, brak edukacji seksualnej robił swoje. Na szczęście w moim domu nigdy nie było tematów tabu. Chociaż moi rodzice byli konserwatywni, to przy stole często dyskutowaliśmy o historii, polityce, religiach i problemach społecznych. Słysząc słowo „gej”, wiedziałem, kto się za nim kryje, ale jakoś do głowy mi nie przyszło, że mnie też to dotyczy. Przełomowym momentem nie był wpis na FB, a mój pierwszy coming out, gdy miałem 14 lat. Pisałem z moim internetowym kolegą, było już po godz. 22. W trakcie rozmowy napisałem mu o sobie. Chwilę później zadzwoniłem do swojej siostry, a na drugi dzień powiedziałem mamie, potem tacie, bratu, drugiej siostrze… Od wszystkich dostałem duże wsparcie. Jak wspominałem, rodzice byli kiedyś mocno konserwatywni. Dużo zdziałała moja najstarsza siostra, która często dyskutowała z rodzicami o gejach i lesbijkach. Można powiedzieć, że przetarła mi szlak. Coming out mnie uwolnił. Ściąłem też w tamtym okresie włosy, więc przemiana była też wizualna. Zyskałem więcej pewności, nie bałem się już tematu walki politycznej o prawa osób LGBT+. Dużo ludzi odradzało mi pisanie o tym, uważali, że narobię sobie problemów, ale nie mieli racji. Miło jest patrzeć, jak sytuacja zmienia się na lepsze chociażby w naszym mieście. Otwartość, jaką promował prezydent Paweł Adamowicz, jest świetnie kontynuowana przez aktualną prezydentkę Aleksandrę Dulkiewicz i jej zespół.

W tamtym comingoutowym poście opisałeś m.in. homofobiczne zdarzenie, którego byłeś ofiarą.

Kilka dni wcześniej spotkałem się z kolegą z Młodzieżowej Rady Miasta Gdańska – tu wyjaśnię, że to organ konsultacyjno-doradczy dla Urzędu, który reprezentuje gdańską młodzież, a radni i radne są wybierani na dwuletnie kadencje w wyborach przeprowadzanych w szkołach. No więc spotkałem się z kolegą, który jest niższy ode mnie i który jest 100% hetero. Szliśmy razem i na jednej z ulic mijał nas mężczyzna z dwójką dzieci: piwo w ręku, dziecko z głośnikiem, z którego dobiegały jakieś wulgarne rapy – i właśnie przechodząc koło nas, ten facet powiedział: „Jeden drugi, drugi mały…”, a dzieci dokończyły „Oto idą dwa pedały.” Zabolało, ale dzisiaj w sumie uważam, że dobrze się stało. Zetknąłem się z rzeczywistością, wyszedłem ze swojej tolerancyjnej, akceptującej bańki rodziny i znajomych i zobaczyłem, że wcale nie jest tak super, jak mi się wydawało. Przekłucie takiej bańki przypomina, po co walczymy o nasze prawa.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Sylvia Baudelaire – transpłciowa raperka i sexworkerka

Z SYLVIĄ BAUDELAIRE, transpłciową raperką i sexworkerką, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

fot. Emilia Oksentowicz

Kim chciałaś zostać, jak dorośniesz?

Piosenkarką! Nie pamiętam, kiedy dokładnie pojawiło się to marzenie, ale odkąd pamiętam, wiedziałam, że w przyszłości będę robić muzykę. Jest to świetne narzędzie, dzięki któremu mogę wyrazić siebie na wiele sposobów – przez teksty, brzmienie, a także wizualnie: przez strój i oprawę grafi czną. Na początku fascynowały mnie całujące się dziewczyny z zespołu t.A.T.u. Nawet przebierałam się za jedną z wokalistek, Lenę, i tańczyłam przed rodzicami. Następnie zakochałam się w pop-punkowej muzyce Avril Lavigne. Wokalistka do dziś jest moją największą inspiracją, a plakaty z nią zdobią ściany mojego pokoju.

Kiedy pomyślałaś o pracy seksualnej?

Zanim zrozumiałam, że chcę pracować jako pracownica seksualna, obejrzałam fi lm „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec. W nim bohaterki poznawały mężczyzn, którzy za seks kupowali im upominki. Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego ludzie widzą problem w tego typu pracy. Przecież pracownice seksualne nikogo nie krzywdzą. Jeśli jest to ich świadomy wybór i nie stoi za tym handel ludźmi oraz są pełnoletnie, wykonując ten zawód, nikomu nic do tego! Chociaż przez wiele lat moje myśli krążyły wokół pracy seksualnej, zmusiła mnie do niej sytuacja finansowa. Miałam 22 lata.

Jak zaczęłaś?

Było to jeszcze w Białymstoku, skąd pochodzę. Nie miałam kasy na zapłacenie raty, a zbliżał się koniec miesiąca. Już wcześniej wiedziałam o istnieniu portali erotycznych, na których mogłabym się ogłaszać. Weszłam na jeden i umówiłam się z totalnym randomem, starszym ode mnie o jakieś 20 lat. Po cichaczu podjechał po mnie na dworzec i wywiózł do lasu. Tam zrobiłam z nim, co miałam zrobić. Zarobiłam bardzo małe pieniądze, bo wtedy też nie byłam stanowczą osobą. Nie ogarniałam też, jak powinnam zachowywać się przy kliencie. Na początku większość osób pracujących seksualnie idzie na żywioł. Uczysz się na własnych błędach i od innych osób pracujących seksualnie.

Czego dowiedziałaś się od społeczności?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

***

Sylvia Baudelaire zaczęła pisać swoje kawałki w 2014 r. Jej debiutancki singiel „Amazing” miał premierę 17 września 2020 r. i został zauważony przez edytorów Apple Music oraz dodany do ofi cjalnej playlisty „GLITCH”. Na swoim koncie ma album kompilacyjny „Collection”, polityczny singiel „Patriarchat”. 17 czerwca ukazuje się jej album „Dziewczynka tatusia”. Już teraz można streamować single go promujące – „Ostatni raz”, „Cały świat” oraz „Suka jak ja”. W kwietniu 2021 r. Sylvia pojawiła się na albumie charytatywnym „Poland Has a Task” (wspierającym Strajk Kobiet, Aborcyjny Dream Team oraz Stop Bzdurom). Pojawiła się także w „K MAG”, „Vogue” oraz na cyfrowej okładce Poptown, a także zagrała cztery pierwsze koncerty – w Warszawie, Poznaniu oraz Lublinie. W tym roku ukaże się też fi lm „Wabik”, w którym zagrała jedną z głównych ról.

Jakub Wojtaszczyk i jego reportaż o polskim dragu

Z JAKUBEM WOJTASZCZYKIEM, autorem książki „Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu”, rozmawia Krzysztof Tomasik

fot. Katarzyna Wołyniak

Pamiętasz pierwszy występ drag queen, który widziałeś?

Mam bardzo mgliste wspomnienia, chociaż to nie było aż tak dawno temu. Okolice 2008 r., klub gejowski w piwnicy, mało kto wiedział, gdzie się znajduje, wszystko owiane jakąś tajemnicą. Tam pojawiła się drag queen, ale nawet nie wiem, czy to był występ, po prostu wyszedł koleś przebrany za babę, dosłownie. Teraz uznałbym, że każdy ma prawo przebierać się tak, jak ma ochotę. Wtedy dopiero odkrywałem siebie jako geja, więc skrzywiłem się, uważałem, że drag niszczy normatywny wizerunek homoseksualistów. (śmiech) Taka była moja pierwsza styczność z drag queen.

Strasznie późno.

Tak, ale łatwo to wyjaśnić. Wychowywałem się w niewielkich Błaszkach, skąd przeprowadziłem się do Poznania, gdy miałem 21 lat. Początkowo żyłem w szafi e, na pierwszy Marsz Równości wybrałem się dopiero po powstaniu Grupy Stonewall.

W takim razie jak to się stało, że zostałeś autorem pierwszej książki o kulturze drag w Polsce?

Najpierw był portal Kultura u Podstaw, dla którego piszę od wielu lat. W pewnym momencie pozwolono mi wprowadzić tematy równościowe, np. rozmowy o aktywizmie. Dragowe teksty zaczęły się od mojego wywiadu z Twoją Starą w styczniu 2019 r. Klucz był prywatny, bo przez wspólną przyjaciółkę poznałem Piotra Buśko, czyli właśnie Twoją Starą. Tak dowiedziałem się, że on zaczyna robić drag, który jakoś mi do niego pasował – Piotr zawsze był otwarty na popkulturowe tematy, uwielbiał musicale, dużo mówił o programie RuPaula, który mnie nie zachwycał. Uznałem, że z jednej strony warto Piotra podpromować, a z drugiej pokazać trochę inną scenę dragu. Wtedy ciągle miałem w głowie ten nieszczęsny występ lata wcześniej. Wraz z początkiem rozmów z osobami w dragu rozpoczął się też proces mojej edukacji. Uznałem Twoją Starą za nową jakość! To już nie był facet przebierający się za kobietę, tylko profesjonalny artysta znoszący binarny podział na męskość i kobiecość.

Nic dziwnego, że Twoja Stara znalazła się na okładce książki. Co było dalej?

Szybko okazało się, że osób robiących ciekawy drag jest cała masa. Zacząłem wchodzić w ten świat. Początkowo to było dla mnie coś nowego, nieznajomego. Poznawałem pojęcia, jakbym uczył się nowego języka. (śmiech) Długo drag utożsamiałem z cross-dressingiem! Edukacja przed każdym nowym wywiadem była fascynującą drogą. Otwierałem kolejne drzwi szeroko pojętej nienormatywnej wiedzy. Szukałem sam, bo wtedy, nawet w społeczności LGBT+, drag cały czas stał na uboczu.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

***

Jakub Wojtaszczyk (ur. 1986) – dziennikarz i autor powieści: „Portret trumienny” (2014), „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” (2016), „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” (2017) i „Słońca narodu” (2018). „Cudowne przegięcie” jest jego reporterskim debiutem. Od roku Jakub jest członkiem zespołu redakcyjnego „Repliki”.  

Teo Łagowska – drag king Blue

Z drag kingiem Blue, czyli z TEO ŁAGOWSKĄ, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

fot. Anna Huzarska

Pamiętasz moment, kiedy poczułeś, że dragkingowanie może być twoją ekspresją?

Pierwsze zdjęcie, na którym można powiedzieć, że jestem w dragu, zostało zrobione w łazience w 2010 r. Wyostrzyłem cieniami rysy twarzy, ciachnąłem brwi i baki maskarą, założyłem biały tank w prążki, marynarkę i krawat. Wcześniej nie znajdowałem przestrzeni na taką ekspresję ani nie miałem większej świadomości siebie jako osoby LGBTQ+. Wtedy do łazienki trafiłem przez poszukiwania tożsamościowe. Męska persona klarowała mi się od dawna, ale była w szafie, nie w pełni ukształtowana. Zastanawiałem się: czy interesuje mnie cross-dressing? Ale czy w ogóle można o nim mówić w kontekście osoby AFAB (ang. assigned female at birth, czyli przypisanej do płci żeńskiej po urodzeniu – przyp. red.)? Przecież na co dzień chodzimy w spodniach, a przez nierówności społeczne i socjalizację jesteśmy mocno w dupie? Wszystkie te pytania kłębiły mi się w głowie, kiedy ze zdziwieniem odkryłem, że z lustra spogląda na mnie twarz mojego ojca, ha, ha. Było to bardzo trudne doświadczenie, ale chyba pokrewne wszystkim drag kingom.

Wspomniałeś o socjalizacji AFAB-ów. Czy twoja przebiegała na podobnej zasadzie?

ychowałem się w niedużym Lubaniu na Dolnym Śląsku. Z dzisiejszego punktu widzenia moją matkę można byłoby określić jako feministkę; jest niesamowicie nowoczesną i otwartą osobą. Natomiast ja sam jestem w spektrum autyzmu, więc od małego mam potrzebę czytania i analizowania komunikatów, które wysyła mi świat, oraz kontroli zachowania zgodnie z tym, czego się dowiedziałem. Moim skaraniem, o którym nikt nie miał pojęcia, było to, że za wszelką cenę starałem się dopasować do wszelkich narzucanych reguł, także tych związanych z przypisaną mi płcią, czyli godnym zachowaniem osób AFAB. Absorbowałem to, czego chcieli ode mnie rodzina, nauczyciele_ki, koleżanki i koledzy – bycia cichą, grzeczną, pomocną, niezajmującą miejsca. Chłopcy krzyczeli: „Nie dla bab!”, widać było, że niektóre drogi są dla mnie zamknięte lub utrudnione.

Kiedy odkryłeś, że nie jesteś osobą hetero?

Nie miałem w otoczeniu kochającego się związku dwóch kobiet, aby móc odnotować, że nieheteronormatywność w „normalnym życiu” jest w ogóle możliwa. Jako dziecko czytające z homoseksualnością zetknąłem się chyba w „Kalendarzu szalonego małolata” Jacka Prześlugi, o lesbijkach może dwukrotnie napisano też w magazynie „Bravo”. Trudno jednak nazwać to reprezentacją, to było bardziej informowanie, że HIV szaleje, ale nie wolno za to atakować gejów. Tyle udało mi się wtedy wyłapać. Mimo braku wzorca nieheteronormatywność musiała we mnie kiełkować. Pamiętam, że kiedy miałem 13 lat, na letnisku zakochałem się w trochę młodszej dziewczynce. Zapytałem dziadka, czy mogę ją przewieźć łódką. Tak przecież się działo w romansach. Dziadek nie był osobą głupią, ale pełną uprzedzeń wobec świata. Wziął mnie na rozmowę i zaczął opowiadać szokujące dla mnie rzeczy o seksie więźniarek w ZSRR i o tym, jakich przyrządów do niego używają. Te szczegóły na długo pozostały mi w głowie. Co prawda wraz z dojrzewaniem osoby niehetero przewijały się w kolejnych przeczytanych lekturach, ale traktowałem je jako istoty znajdujące się gdzieś pomiędzy światami. Piękni ludzie-elfy, którzy bardzo mi się podobają, ale ja, zwykły śmiertelnik, do tej kategorii po prostu nie pasuję. Czułem ogromne zagubienie, zamiast planów czy marzeń miałem w sobie chaos, którego nie rozumiałem i nie umiałem nazwać. Im mocniej moja nieneurotypowość dawała o sobie znać, tym bardziej chciałem wywiązać się z wymogów norm, które wyczytywałem w społeczności. W liceum wszedłem w związek heteroseksualny, który zakończył się ślubem.

Jak się dobraliście?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Studiuj tęczowo na UAM w Poznaniu

O stowarzyszeniu LGBT+ Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu opowiadają jego osoby członkowskie: DR JOWITA WYCISK – biseksualna wykładowczyni na Wydziale Psychologii i Kognitywistyki UAM, współzałożycielka stowarzyszenia, ROBERT PŁACHTA – homoseksualny student UAM, członek zarządu stowarzyszenia, oraz INGA MIKULSKA – aseksualna i niebinarna osoba studencka UAM, osoba aktywistyczna stowarzyszenia. Rozmowa Patryka Radzimskiego

fot. Katarzyna Wołyniak

Na Uniwersytecie Warszawskim działa Queer UW, na Jagiellońskim TęczUJ. Co was zainspirowało, by założyć Stowarzyszenie Społeczności LGBT+ Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu?

Jowita Wycisk: Początki sięgają 2019 r., gdy wokół społeczności LGBT+ zaczęło się robić gęsto w kontekście politycznym. Punktem zapalnym były słowa arcybiskupa Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”. Zaczęło się od listu protestacyjnego – to była inicjatywa sojuszniczek_ów z naszego uniwersytetu. Natomiast na stronie Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Lecha Kaczyńskiego, kojarzonego z naszym uniwersytetem i zrzeszającym jego pracowników, pojawił się otwarty list… dziękczynny do arcybiskupa. W imieniu klubu podpisał go prof. Mikołajczyk, który zresztą później atakował nasze stowarzyszenie. Wraz z dr Joanną Śmiecińską z Wydziału Anglistyki UAM, z którą razem działamy w Fundacji Tęczowe Rodziny, pomyślałyśmy, że chcemy zrobić coś więcej. Miałyśmy potrzebę przeciwstawienia się tej dyskryminacji. Zebrałyśmy znajomych pracujących z nami na Uniwersytecie, którzy jako ludzie LGBT+ poczuli się dotknięci tym działaniem, i wspólnie zwróciliśmy się do władz UAM o reakcję. Pod pismem podpisała się spora liczba osób. Część z nich potem przystąpiła do stowarzyszenia, inne nie chciały się szerzej ujawniać. Był to jednak dla każdej z tych osób ważny moment: ofi cjalnie zaznaczyliśmy swoją obecność i sprzeciw wobec dyskryminacji, obrażania nas. A Uniwersytet nie mógł wiele zrobić w kwestii prof. Mikołajczyka, bo on jest emerytowanym pracownikiem.

Niemniej te przykre wydarzenia dały początek stowarzyszeniu.

JW: Dokładnie. Ze strony prof. Pawła Leszkowicza (skądinąd również wyoutowanego aktywisty LGBT) padł pomysł założenia klubu czy stowarzyszenia, zaczęliśmy się regularnie spotykać i… tak to się zaczęło. Organizacyjnie wsparł nas Związek Zawodowy Nauczycieli Akademickich UAM, za co jesteśmy bardzo wdzięczni jego przewodniczącemu, Th omasowi Anessiemu.

Co ze wsparciem od samego Uniwersytetu?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.