W Polsce rocznie ok. 200 nastolatków_ek LGBT+ dokonuje prób samobójczych, w tym 25 traci życie

Jak podała w ostatnich dniach polska Policja, tylko w ciągu pierwszych 11 miesięcy 2021 r. 1339 nastolatków_ek w Polsce próbowało odebrać sobie życie. Tym samym ostatni rok przyniósł wzrost prób samobójczych o 64% w por. do 2020 – czyli o 525 przypadków.
 
Z kolei, jak czytamy w wywiadzie Halszki Witkowskiej z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego dla Zwierciadła, 53% wszystkich polskich nastolatków_ek w wieku 13-19 lat i aż 12% dzieci w wieku 6-12 lat ma myśli samobójcze. Daje to w sumie 1.1mln osób, czyli 24% polskich nastolatków_ek. Jak na tym tle wygląda sytuacja nastolatków_ek LGBT+? Trzy razy bardziej zatrważająco!
 
Aż 74% nastolatków_ek LGBT+ w Polsce myśli o odebraniu sobie życia (dane z raportu „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce 2019-2020” Kampanii Przeciw Homofobii i Lambda Warszawa). Jeśli zestawimy to z szacunkową liczebnością nastolatków LGBT+ (wg Dalia Research 2016 ludzie LGBT stanowią 4.9% polskiego społeczeństwa) oraz stosunkiem prób samobójczych wśród nastolatków_ek do wywołanych nimi zgonów (średnia dla lat 2017-2020 to 13% wg danych Policji), ujrzymy druzgocące żniwo polskiej homo- i transfobii:
 
Co roku w Polsce
  • ok. 200 nastolatków_ek LGBT+ dokonuje prób samobójczych
  • ok. 25 nastolatków_ek LGBT+ traci życie
 
Społeczeństwo nie jest jednak świadome tych tragicznych statystyk. Każdego roku jedynie pojedyncze przypadki są opisywane przez media. Ostatni dotyczył 12-letniej Kingi ze Smęgorzowa w woj. małopolskim, która 29 grudnia 2021 r. odebrała sobie życie.
 
Przypomnijmy, że województwo małopolskie było, decyzją radnych PiS, strefą wolną od LGBT od 29 kwietnia 2019. Uchylono ją po 882 dniach 27 września 2021 w wyniku ultimatum Komisji Europejskiej, która zagroziła samorządowcom wstrzymaniem funduszy. Przywołane badanie „Sytuacja społeczna…” potwierdza, że osoby mieszkające w powiatach, które ogłoszono „strefami wolnymi od LGBT” odznaczały się większym nasileniem myśli samobójczych niż mieszkający w powiatach, gdzie takie uchwały nie zostały przyjęte.
 
Mają więc radni_e – i ci w woj. małopolskiego i pozostali_łe uchwalający strefy krew na rękach. Którzy konkretnie? Podajemy za Atlasem Nienawiści: spośród wszystkich samorządowców_czyń, którzy mogli głosować w sprawie stref, za ich wprowadzeniem, a zatem za intensyfikacją samobójstw osób LGBT+ w swoich powiatach, gminach i miastach głosowało
  • 91% radnych z PiS (869 z 952)
  • 100% radnych z Kukiz’15 (15 z 15)
  • 49% radnych z PSL (139 z 284)
 
Potrzebujesz pomocy?
  • Lambda Warszawa prowadzi Telefon Zaufania dla osób LGBT i ich bliskich czynny od poniedziałku do piątku w godz. 18.00–21.00. Zadzwoń: 22 628 52 22
  • Wsparcia udzielają także inne organizacje LGBT w całej Polsce. Ich listę znajdziesz na stronie MNW 👉 https://mnw.org.pl/pomoc/

Dziecko gorszego Boga – recenzujemy film „Magdalena”

Na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, w Konkursie Filmów Mikrobudżetowych, swoją premierę miał debiut reżyserski Filipa Gieldona, „Magdalena”. Ten skromny i niepozorny, mogący umknąć szerszej publice obraz jest kinem czystych emocji, dającym dużo przestrzeni zarówno swoim bohaterom, jak i widzom.

„Magdalena” opowiada historię 20-letniej niemej dziewczyny (Magdalena Żak), wychowującej swoją paroletnią córkę pod jednym dachem z matką (Anna Gajewska). Mamy tu zatem trzy pokolenia, a sama konstrukcja ich relacji przywodzi na myśl „Wiosenną falę” Tiany Yi Yang, mającą swoją premierę na 15. Festiwalu Kina Azjatyckiego „Pięć Smaków”, i świadczy o pewnej uniwersalności współzależności rodzinnych. Zamiast rodzinnego ciepła, wspierania się, pomocy mamy nakręcającą się spiralę wzajemnych pretensji, frustracji płynącej z zawiedzionych oczekiwań i żądań niemożliwych do spełnienia przez żadną ze stron. Reżyser umiejętnie rozdziela racje bohaterów, częściej malując szarościami, niż oddzielając białe od czarnego. Magdalenę stawia głównie w pozycji dziecka – osoby młodej, nie do końca świadomej konsekwencji swoich czynów, pełnej – mimo wszystko – wiary w swoje marzenia i pasję. Osoby niezwykle ciepłej emocjonalnie, mimo doznanego od strony matki chłodu, która tym ciepłem umie i chce się dzielić z własnym dzieckiem. Ale przecież nie tylko – gdy poznaje Julkę (Natalia Sikora), dj-kę i właścicielkę klubu, w którym stara się o pracę, bardzo szybko nawiązuje z nią romantyczną więź. Kiedy wydaje się, że poczucie równowagi wygrywa z dotychczasowym chaosem, odzywają się stare demony, a jeden przewrócony kamień domina burzy całą budowlę.

To, co w filmie uwodzi najbardziej, to głęboka świadomość sztuki narracyjnej i wartości przestrzeni, jaką twórca powinien zostawić odbiorcy. Gieldon wyśmienicie operuje niedopowiedzeniami, zostawiając dużo poza kadrem. Doskonale wie, że nie musi używać grubej kreski i mówić wszystkiego, żeby widz zrozumiał zarówno bohaterów, jak i tło społeczne. Odbierając swojej bohaterce fizyczny głos, idzie nawet o krok dalej, zostawiając nas jedynie z jej emocjami. Dzięki temu jego obraz wychodzi poza ramy kina społecznego, o które początkowo można go „posądzić”, i staje się swoistym coming of age jednostki wykluczonej, muszącej skonfrontować się ze swoją przeszłością, żeby móc zbudować przyszłość. Walka jest nierówna i nie ma w niej żadnych pewników. Ci, którzy z założenia powinni wspierać najbardziej, wystawiają walizki za drzwi. Tych, od których dostaliśmy bezinteresowną miłość, skrzywdzimy, być może dlatego, że nie umiemy inaczej – jak pisał Bukowski, potrzebujemy czasu, żeby rozpoznać kwiaty na tle noży wbijanych przez lata w plecy.

Nie bez znaczenia jest postawienie w centrum tej walki kobiety i otoczenie jej również kobietami, przy jednoczesnym nadaniu mężczyznom atrybutów typowych dla kultury dominacji, przemocy i gwałtu. Jest w tym gorycz, która wybrzmiewa w przemycanych cicho przebitkach wydarzeń równoległych do akcji filmu, mających narracyjny związek z brakiem mowy Magdaleny. W końcu to także obraz poświęcony traumie doznanej w zbyt młodym wieku, kiedy człowiek nie ma absolutnie żadnych narzędzi do radzenia sobie z rzeczywistością. Traumy, która może się powtórzyć – w końcu od przeszłości nie ma ucieczki.

Ale to też film o potrzebie i pięknie miłości, w którym reżyser całkowicie normalizuje homoseksualizm względem heteronormatywności. Związek Magdaleny i Julki jest naturalny – bez homofobii w tle, bez wątpliwości związanych z odkrywaniem własnej seksualności i całej gamy ostracyzmu społecznego, który czai się za rogiem. Magdalena kocha i chce być kochana – i nie wymaga to żadnych dodatkowych tłumaczeń i kontekstów. W tym ujęciu to obraz najdojrzalszy na tle polskich produkcji ostatniego czasu, mierzących się z tematyką queerową.

Dojrzałość artystyczna i smak objawiają się tutaj również w malowaniu tła. Polska Gieldona nie musi leżeć pijana do nieprzytomności pod osiedlowymi schodami, żebyśmy poczuli zapach alkoholu i wiedzieli, że odpowiedź na pytanie: „Napijesz się czegoś?”, prawie zawsze oznacza wódkę. Że dolanie kilku kropli czystej do kawy w czasie przerwy w pracy znacząco pomaga przetrwać kolejny dzień upadlającej pensji. Ale to tło budują także dialogi – niespotykanie jak na polskie kino realistyczne, niewydumane, będące blisko skóry. Połączone z konsekwentną konstrukcją postaci, tworzą spójną, pozbawioną fałszywych nut całość.

O debiucie Gieldona nie można mówić bez odtwórczyni głównej roli, czyli Magdaleny Żak, która przekazuje całą mozaikę swojego wnętrza jednym spojrzeniem czy grymasem. Nie potrzebuje do sportretowania postaci soczystych dialogów czy nadmiernej ekspresji i gestykulacji. Gra czystymi emocjami – można z niej czytać jak z otwartej książki, choć przecież przez cały seans nie wypowiada ani jednego słowa. Jej gra jest niemal doświadczeniem granicznym – elektryzującym, empatyzującym wszystkie stany, niedającym o sobie zapomnieć.

Mis-en-scène, którym operuje Gieldon, pokazuje jego olbrzymi talent narracyjny i wrażliwość artystyczną, ale przede wszystkim umiejętność emocjonalnego rezonowania z widzem. Tworzenie kina szczerego, nienachalnego, w którym katharsis bohatera przynosi ukojenie również odbiorcy, jest na wagę złota. Pozostaje mieć nadzieję, że „Magdalena” zostanie doceniona na festiwalach zagranicznych, a w niedalekiej przyszłości będziemy mogli obejrzeć kolejną produkcję tego świetnie zapowiadającego się twórcy.

(Agnieszka Pilacińska)

„Magdalena”
reż. Filip Gieldon
Polska, 2021
premiera kinowa: 7 stycznia 2022

występują: Magdalena Żak, Natalia Sikora, Anna Gajewska, Marcin Wiercichowski, Maja Malesa

Co sądzisz o Replice? Weź udział w ankiecie!

❤️ Magazyn „Replika” nie mógłby funkcjonować bez Was – naszych Czytelniczek i Czytelników.
🧡 Chcemy tworzyć magazyn dostosowany do Waszych potrzeb i zainteresowań.
💛 Dlatego przygotowaliśmy_łyśmy ankietę.
💚 Wypełniając ją, dacie nam sygnał, co w nas lubicie, co Wam przeszkadza, czego Wam brakuje, a czego jest za dużo.
💙 Będziemy wdzięczni_ne za każdy głos!
💜 Kliknij link poniżej i wypełnij ankietę

👉👉👉 https://replika.webankieta.pl/

Queerowe enklawy na dużym ekranie

Z każdym rokiem mamy coraz więcej okazji oglądać się na dużym ekranie. Reprezentacja osób LGBTQIA w kinie poprawia się praktycznie z dnia na dzień. Nawet w Polsce w tym roku doczekaliśmy się czegoś, co, miejmy nadzieję, okaże się przełomem – na ekranach kin można było obejrzeć aż 4 rodzime queerowe filmy: „Ostatni komers”, „Czarną owcę”, „Hiacynta” i „Wszystkie nasze strachy”. Były też seriale, chociażby drugi sezon „Rojsta”, „Prince Charming” czy trwający właśnie drugi sezon „Kontroli”. I choć oczywiście bardzo się cieszymy z takiego obrotu sprawy, ciągle lwia część tych produkcji toczy się wokół homofobii czy odkrywania swojej tożsamości. Filmów, w których ktoś po prostu jest lesbijką czy gejem, ciągle jest jak na lekarstwo. Nawet wspomniana w przeglądzie świątecznym lekka komedia romantyczna „Świąteczny szok” dotyczy comingu outu, siedzenia w szafie i akceptacji u rodziny. Szukając przełamania tych najczęściej standardowych schematów, przygotowaliśmy zestawienie queerowych enklaw na dużych ekranie. Filmów, które tworzą poczucie bycia w „safe space”, wśród społeczności i w przestrzeni, w których nikt nie kwestionuje nieheteronormatywności, wcale nie trzeba szukać w najnowszych produkcjach. Znajdziemy je praktycznie w całej historii kinematografii!

The Queen (1968) + Paris is Burning (1990)

Nowojorskie queerowe bale, spopularyzowane przez programy rozrywkowe „RuPaul’s Drag Race” i bliższy oryginałom „Legendary”, a także fabularne „Pose”, to dosłowne zaaplikowanie pomysłu stworzenia własnej bezpiecznej przestrzeni. Amerykańskie queery, głównie czarne transpłciowe kobiety, często bezdomne, żyjące na skraju ubóstwa i nędzy, stworzyły własny świat, w którym mogły być akceptowane i zajmować szanowane, dobrze płatne stanowiska niedostępne dla nich w zwyczajnym życiu (stąd chociażby wielokrotnie powtarzana u RuPaula kategoria „business executive realness”). W celu zapoznania się z tym światem (lub poszerzenia swojej wiedzy o nim) polecamy 2 kultowe już dokumenty. „The Queen” z 1968 r. (czyli jeszcze przed zamieszkami w Stonewall!) to zapis jeszcze z ery przedbalowej. Możemy śledzić przebieg całego Miss All-America Camp Beauty Contest, czyli konkursu piękności drag queens, w czasach gdy za takie „przebieranki” można było trafić do więzienia. Z kolei „Paris is Burning” z 1990 r. to obraz balowej sceny w rozkwicie. W obu zobaczymy członkinie legendarnego domu LaBeija – w „The Queen” Crystal, a w „Paris…” Pepper!

Po lewej Crystal LaBeija, po prawej Pepper LaBeija

Bal czterdziestu jeden (2021)

Bale, mające dać schronienie przed heteronormą, organizowano też już ponad 100 lat temu w Meksyku. Były to formalnie i zwyczajowo typowe bale dla ówczesnej arystokracji, które reklamowano jako „bale dla przebierańców”, gdzie dopuszczano członków tylko jednej płci. Istniały też bardziej poufne spotkania, na których nie tylko tańczono, ale też wystawiano teatrzyki czy wręcz organizowano orgie. Jeden z takich balów został najechany przez policję, a jego wszystkich 41 uczestników aresztowano. Według plotek 42. członkiem, któremu pozwolono uciec, był Ignacio de la Torre, zięć ówczesnego prezydenta Meksyku. To właśnie z jego perspektywy opowiedziana jest fikcyjna wersja tych wydarzeń w świetnym filmie „Bal czterdziestu jeden” dostępnym na Netflixie. Skandal, który wywołało to wydarzenie, spowodował, że przez długi czas liczby 41 i 42 były kojarzone w Meksyku z homoseksualnością i uważane za pechowe.

Olivia (1951)

Szkoły pensjonarskie były w pierwszej połowie XX w. przestrzenią często ukazywaną jako miejsce lesbijskich zauroczeń. W 1900 r. nieheteronormatywna francuska pisarka Colette (publikująca wtedy jeszcze pod nazwiskiem ówczesnego męża, który przez długi czas przypisywał sobie jej dokonania) debiutuje na poły autobiograficzną powieścią „Klaudyna w szkole”, w której tytułowa bohaterka (15-latka) ma romans ze swoją nauczycielką. Książka otwiera bardzo popularny cykl książek o Klaudynie. W 1930 r. z kolei powstaje sztuka „Dziewczęta w mundurkach” – adaptowana na ekran 3 razy, w Niemczech w 1931 r. i 1959 r. (wersja z Romy Schneider) oraz w Hiszpanii w 1951 r. I tutaj główna bohaterka zakochuje się w nauczycielce, jest to jednak tylko nieskonsumowane zauroczenie. Najciekawszą jednak przedstawicielką tego trendu jest niewątpliwie „Olivia”, książka autorstwa Dorothy Strachey z 1949 r., zekranizowana  1951 r. Ponownie powtórzony jest w niej schemat uczennicy zakochującej się w wychowawczyni, ale środowisko wydaje się zupełnie odmienne: zamiast dyscypliny, terroru i wstydu mamy poczucie bycia w sielankowej, saficznej społeczności.

Oglądaj „Olivię” już teraz na Nowe Horyzonty VOD: bit.ly/ReplikaOlivia

Sebastian (1978)

Przestrzeń queeruje też Derek Jarman w swoim pełnometrażowym debiucie, „Sebastianie” z 1978 r. Katolicki mit świętego przebitego licznymi strzałami, lecz cudownie uratowanego, przez wieki wykorzystywano do tworzenia homoerotycznych obrazów (więcej pisaliśmy o tym w #74 numerze „Repliki”). Nie inaczej jest tutaj: Jarman słynie przecież z tworzenia zjawiskowych queerowych wizji czy snów. Sebastian, żołnierz zdegradowany za swoją wiarę w boga słońca Apolla, trafia do odległego garnizonu wojskowego, gdzie żołnierze, nie mając co robić, biegają nago, bawią się i przede wszystkim nudzą. Severus, dowódca jednostki, próbuje wymusić na Sebastianie zmianę wierzeń. Jarman reinterpretuje przesłuchania, tortury i finalną egzekucję przez przebicie strzałami na queerowy sposób. W tle głównego wątku toczy się sielankowa historia miłosna dwóch żołnierzy: Adriana i Antoniego, zakochanych w sobie po uszy i obściskujących się przy każdej okazji.

Cryptozoo (2021)

Sama idea bezpiecznej przestrzeni była też wielokrotnie podejmowana za pomocą metafor. Najpopularniejszy przykład w popkulturze to seria komiksowa, a następnie filmowa „X-Meni”. Mutanci mający różne nadprzyrodzone zdolności prowadzą walkę o akceptację i asymilację w amerykańskim społeczeństwie. Charles Xavier zakłada szkołę dla mutantów, w której mogą spokojnie odkrywać swoje moce i się izolować, i wierzy w pokojowe dojście do bycia akceptowanym. Jego wrogiem jest zazwyczaj Magneto, mutant, który nie wierzy w dobroć zwykłych ludzi i chce ich zniszczyć (czyżby konserwatywna wizja uderzająca w progresywne ruchy społeczne?). Choć oryginalną intencją było opowiedzenie o rasizmie (i skonfrontowania idei pacifystycznego Martina Luther Kinga z bardziej militarnym Malcolmem X), to historia była wielokrotnie opowiadana na nowo, często z naciskiem właśnie na tematykę queerową. My polecamy jednak świeżutki film, który obierając podobny punkt wyjścia, od początku kładzie silny nacisk na interpretację w duchu queerowym. „Cryptozoo” to zoo stworzone w zamierzeniu jako raj dla kryptyd, stworzeń rodem z mitów (takich jak np. jednorożce, japoński Baku czy nawet polskie karzełki), zamieszkujących całą ziemię, które przez wieki były postrzegane jako zło i zagrożenie. Tytułowe Kryptozoo ma być dla nich miejscem izolacji, ale też bezpieczeństwa. Przepięknie zanimowany film, który z jednej strony fabularną strukturą wpisuje się w schematy najbardziej mainstreamowego kina akcji, a z drugiej, będąc niezależną, małą produkcją, nie ma w sobie ugrzecznienia, do którego przyzwyczaiły nas topowe produkcje (są tu więc i dosłowne wątki LGBT+, i orgie, i sporo krwi). Skłania też do zastanowienia się: czy na pewno na dłuższą metę chcemy się izolować, a może bezpieczne przestrzenie powinny być tylko tymczasowym krokiem na drodze do pełnej emancypacji?

Świąteczne filmy LGBT!

Niezależnie od tego czy obchodzimy święta czy nie, i tak atakują one nas z każdej strony. Nie dość że to okres wzmożonej aktywności katolików, czasem wymuszonych spotkań z dalszą rodziną, a nawet ponownych wejść do szafy, to jeszcze heteronorma intensywniej wyłazi z każdej szpary. Jeden z jej objawów? Z każdym rokiem, coraz liczniejsze świąteczne filmy romantyczne, praktycznie wszystkie będące ucieleśnieniem fantazji o bajkowej, obowiązkowo różnopłciowej, idyllicznej miłości. Na odtrutkę proponujemy zatem listę filmów okołoświątecznych przełamujących ten schemat. Znajdzie się coś i dla świętosceptyków i tych szukających naszych własnych, jak najbardziej ckliwych, fantazji.

Carol (2015)

Przegląd zaczynamy od filmu, który już zdobył status klasyka świątecznego. W tym lesbijskim romansie z 2015 roku (książka autorstwa Patricii Highsmith będąca pierwowzorem powstała już w 1952, ale została wydana wówczas pod pseudonimem), tytułowa Carol, grana zjawiskowo przez Cate Blanchett, to dystyngowana, bogata pani domu, ma dziecko i męża, ale właśnie jest w trakcie rozwodu. Podczas świątecznych zakupów spotyka Theresę, sprzedawczynię w domu towarowym (w tej roli Rooney Mara). Theresa doradza w zakupie prezentu dla córki. Carol w roztargnieniu (specjalnie?) zostawia swoje rękawiczki. Tak oto rodzi się okazja do rozpalenia się miłosnego ognia. Film to nie tylko mistrzowsko odegrany romans, ale także wizualny hołd dla lat 50.

Olivia (1951)

Z filmu o latach 50. przenosimy się bezpośrednio do produkcji z 1951 roku. Choć „Olivia” nie jest filmem typowo świątecznym, to jedna z bardziej pamiętnych scen filmu, to właśnie bal bożonarodzeniowy. Wystrojone dziewczęta wykorzystują okazję, by popisać się swoimi talentami i kreatywnością. Część z nich zakłada konwencjonalne sukienki, część stroje typowo męskie, są paziowie, surduty, a nawet szkocki kilt! Dziewczyny stroją się nie dla panów, na balu nie ma ani jednego przedstawiciela płci męskiej, ale nikomu ich nie brakuje. Dziewczęta walczą o siebie nawzajem. Potencjalna nagroda? Niekoniecznie platoniczny walc.

Oglądaj „Olivię” już teraz na Nowe Horyzonty VOD: bit.ly/ReplikaOlivia

Świąteczny szok (2020)

Osobom chętnym na lekkie historie miłosne o mniej dramatycznych emocjonalnych amplitudach przypominam o zeszłorocznym hicie, „Świątecznym szoku”. Abby (grana przez Kristen Stewart) zostaje zaproszona przez swoją dziewczyną Harper do jej rodziny na święta. To idealna okazja żeby w końcu się zaręczyć! Jedyny szkopuł? W połowie drogi Harper zdradza że w sumie, to nigdy nie wyoutowała się swojej rodziny, a żeby tego było mało, to Abby również z powrotem ma wejść do szafy. Uroczo, nie? Bonusowo, dorzucam również „Spencer”, kolejny film w którym Kristen Stewart musi jechać na Boże Narodzenie rodem z piekła rodem do konserwatywnej rodziny swojego partnera. Czyżby nowa tradycja? (Plus, oczywista boskość księżnej Diany nie jest jedynym queerowym wątkiem w filmie!)

świąteczne filmy kanałów Hallmark i Lifetime (2020-21)

Jeśli jednak chcecie najbardziej ograne schematy i jak najmniej wiarygodne romanse, z pomocą przychodzą amerykańskie kanały Hallmark i Lifetime. Oba mające głównie konserwatywną widownią, co roku produkują przytłaczającą liczbę bożonarodzeniowych szmir (tylko w tym roku Lifetime wypuścił 30 nowych świątecznych filmów, a Hallmark aż 39)! Do 2019 wszystkie były bez wyjątku heteroseksualne, w 2020 oba kanały odważyły się wypuścić po jednym queerowym filmie, gejowskie „The Christmas House” (Hallmark) i The Christmas Setup” (Lifetime). Eksperyment został kontynuowany i w tym grudniu premierę miały „The Christmas House 2: Deck Those Halls” (Hallmark) i lesbijskie „Under the Christmas Tree” (Lifetime).

Wieczny singiel (2021)

Z kronikarskiej powinności odnotowujemy premierę Netflixowej próby gejowskiej komedii romantycznej, czyli „Wiecznego singla”. Peter ma dosyć, że jego rodzina w każde święta wypomina mu status singla. Tym razem zabiera więc do rodzinnego miasteczka najlepszego przyjaciela, by razem udawać zakochaną parę. Niestety, jedynymi jasnymi punktami nowości są Jennifer Coolidge (jak sama mówi w filmie, cokolwiek nie zrobi, geje ją kochają – i ma rację!) i fakt że dzięki temu powstał materiał, w którym Trixie i Katya kąśliwie wyszydzają kolejne głupoty fabularne – nie dość że 5 razy krótsze, to jeszcze zabawniejsze.

The Bitch Who Stole Christmas (2021)

Będąc już przy drag queens, wspomnijmy o drugim graczu, który w tym roku postanowił dołączyć do zwycięskiej Hallmarkowej formuły – RuPaulu. „The Bitch Who Stole Christmas” to jego drugie foray w świat świątecznych speciali (choć o „RuPaul’s Drag Race Holi-slay Spectacular” pewnie wszyscy wolelibyśmy zapomnieć). Młoda dziennikarka modowa i pracoholiczka z Nowego Jorku zostaje wysłana przez Hannę Contour (RuPaul w dragowej wersji Anny Wintour) do małego miasteczka z obsesją na punkcie świąt. W obsadzie praktycznie tylko postacie z coraz rozleglejszego RuPaul Cinematic Universe. Czy warto? Jeśli przebolałeś wszystkie Drag Race’owe wyzwania z fabularnymi scenkami i nadal masz ochotę na ten film, to możesz tylko siebie winić za swoje decyzje życiowe, które cię sprowadziły do tego momentu.

Tangerine (2015)

Na koniec, dla odmiany coś dla osób, które mają przesyt słodkością świąt. Transpłciowa prostytutka, Sin-Dee Rella, właśnie zakończyła miesięczną odsiadkę. Jej przyjaciółka, Alexandra, też trans sex-workerka, zdradza jej, że Sin-Dee została zdradzona przez swojego chłopaka i alfonsa. Zaczynają się jego poszukiwania. „Tangerine” to film wręcz antyświąteczny, oglądając dziejące się w skąpanych światłem przedmieściach Hollywoodu wydarzenia, ciągle musimy sobie przypominać, że akcja filmu dzieje się w całości 24 grudnia. Nakręcony w całości na iPhonie, w estetyce surowego realizmu, nie stroni od humoru i przypomina że, tak jak jego bohaterki, świąteczne tradycje i zwyczaje możemy najzwyczajniej w świecie olać.

Świąteczne życzenia od tęczowych rodzin na plakatach w 27 miastach. Trwa kampania “Jesteśmy rodziną”

 

W 27 miastach w Polsce zawisły plakaty i billboardy, na których polskie tęczowe rodziny składają świąteczne życzenia. To kolejna odsłona kampanii Jesteśmy rodziną stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza. Alicja i Patrycja, mamy Zoi; Karolina i Ola, mamy Olka; Kasia i Ewelina, mamy Amelii oraz
Milena i Ola, mamy Tadzika i Edzia pokazują nam, że już dziś w Polsce żyją dzieci, które mają dwie mamy.

Czytelnicy i Czytelniczki Repliki mogą znać Kasię i Ewelinę Domańskie z łamów Repliki. Wywiady z nimi i innymi parami jednopłciowymi wychowującymi dzieci udostępniamy za darmo w ramach współpracy z Onet.pl

Skąd potrzeba pokazywania rodzin jednopłciowych? “Badania pokazują, że dla połowy naszego społeczeństwa odkrycie samego istnienia tęczowych rodzin może być ważne. To działanie edukacyjne, ale również głos sprzeciwu wobec nagonki prowadzonej przez władze przeciw nam i naszym rodzinom”, wyjaśnia Ola Kaczorek, osoba współprzewodnicząca Miłość Nie Wyklucza.

“Wiele osób w Polsce zabiera głos na temat osób LGBT+ i ich rodzin nie mając o tym zielonego pojęcia. Chcemy to zmienić” dodaje Hubert Sobecki, współprzewodniczący Miłość Nie Wyklucza. Nawet osoby, które widzą zdjęcia rodzin w naszych mediach społecznościowych piszą “piękna szczęśliwa rodzina. Szkoda, że to nie w Polsce”. To pokazuje jak niska jest nasza świadomość i jak wiele jest do zrobienia.

W ubiegłym tygodniu Miłość Nie Wyklucza opublikowała raport „Jesteśmy rodziną. Co myślą Polacy i Polki o rodzinach osób LGBT+?”, w którym przedstawia wyniki ogólnopolskich badań ilościowych na temat tęczowego rodzicielstwa. Wynika z nich między innymi, że:

  • 56% Polek i Polaków uważa, że osoby tej samej płci powinny móc wziąć ślub, aby zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom. Za jest 75% wyborców Koalicji Obywatelskiej i 37% wyborców Zjednoczonej Prawicy.
  • Ponad 28% Polaków i Polek nie wie, czy tęczowe rodziny żyją w Polsce, a prawie 1/5 (18%) uważa, że ich nie ma.
  • 71% zgadza się ze stwierdzeniem, że „płeć i orientacja seksualna rodzica są mniej ważne od miłości, bezpieczeństwa i wsparcia ze strony rodzica”.
  • 77% społeczeństwa jest przekonana, że dzieci wychowywane w tęczowych rodzinach są narażone na drwiny ze strony rówieśników i otoczenia.
  • 76% uważa, że społeczeństwo powinno chronić dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe przed prześladowaniami ze strony otoczenia.

Polska pozostaje jednym z 6 ostatnich krajów Unii Europejskiej, które nie pozwalają parom tej samej płci na formalizację związku w jakikolwiek sposób ani poprzez pełną równość małżeńską, ani częściowo, poprzez związki partnerskie. W przypadku tęczowych rodzin, czyli par osób tej samej płci wychowujących dzieci, skutkuje to zarówno codziennymi trudnościami w kontaktach z urzędami i instytucjami, jak i najbardziej tragicznymi sytuacjami, gdy dziecko zostaje uznane za sierotę w momencie śmierci rodzica biologicznego.

Pełen raport oraz filmy prezentujące 5 tęczowych rodzin żyjących w Polsce można znaleźć na stronie kampanii www.jestesmyrodzina.pl

„Olivia” – queerowy klasyk z Francji specjalnie dla czytelników_czek Repliki

Plakat filmu „Olivia”Na zakończenie tego roku, „Replika” przygotowała dla swoich czytelników nie lada gratkę! Specjalnie dla Was pokazujemy pierwszy raz w Polsce „Olivię” – lesbijski klasyk z 1951 roku. Film będzie można oglądać przez tydzień na platformie NH VOD, od godziny 18:00 25 grudnia do 17:59 1 stycznia, bilety są już dostępne w sprzedaży: bit.ly/ReplikaOlivia. Każdy prenumerator_ka Repliki otrzyma kod uprawniający do bezpłatnego seansu.

„Olivia” to perła lesbijskiej kinematografii, ekranizacja powieści Dorothy Strachey, która wstrząsnęła brytyjskim literackim światkiem w 1949 r. Strachey już na początku lat 30. stworzyła manuskrypt w oparciu o własne doświadczenia. Za młodu uczęszczała do słynnej szkoły dla dziewcząt, prowadzonej przez Marie Souvestre (jej uczennicą, zresztą prawdopodobnie pierwowzorczynią jednej z postaci, była sama Eleanor Roosevelt). Powieść posłużyła jako jedna z głównych inspiracji dla André Acimana przy pisaniu „Tamtych dni, tamtych nocy” (które przez moment nawet chciał zatytułować „Oliver”).

Kilkunastoletnią Olivię poznajemy w momencie jej podróży do szkoły dla pensjonariuszek, gdzie ma spędzić ostatnie chwile edukacji. Miejsce podzielone jest między rywalizujące ze sobą (choć nietrudno w konkurach doszukać się wzajemnej miłości) wychowawczynie: opanowaną, spokojną Julię i rozemocjonowaną, chorowitą Carę. Do której drużyny dołączy Olivia?

Film zadziwia i zachwyca sielankowością nastroju. Dziewczęta spędzają czas na wspólnych posiłkach, spacerach, wycieczkach i czytaniu poezji. W tej saficznej, pozbawionej mężczyzn enklawie nie ma miejsca na troski poza jak najbardziej burzliwymi, bo młodzieńczymi, pierwszymi miłościami. Dziewczęta wiedzą, w końcu są dobrze urodzonymi pannami u schyłku XIX w., że w przyszłości czeka na nich mąż, ale, jak mówi jedna z byłych wychowanic, mogą być szczęśliwe bez względu na obecność mężczyzn. Obraz przestrzeni, w którym miłość jednopłciowa nie tylko nie jest podważana, ale jest wręcz normą, ciągle zachowuje świeżość i rewolucyjność mimo mijającej właśnie 70. rocznicy powstania filmu.

Film „Olivia” w reżyserii Jacqueline Audry dostępny będzie na platformie Nowe Horyzonty VOD przez tydzień, od godziny 18:00 25 grudnia do 17:59 1 stycznia. Film jest dostępny w oryginalnej wersji dźwiękowej z polskimi lub francuskimi napisami, w wersji odrestaurowanej w 2018 roku z oryginalnego negatywu, w tłumaczeniu Aleksandry Stelmach. Każdy prenumerator_ka Repliki otrzyma kod uprawniający do bezpłatnego seansu. Pokaz organizowany jest z myślą o przybliżeniu polskim widzom queerowej klasyki filmowej (recenzja filmu znajduje się w dziale klasyki w najnowszym numerze Repliki). Film nigdy wcześniej nie był pokazywany w Polsce. Serdecznie dziękujemy Stowarzyszeniu Nowe Horyzonty za udostępnienie swojej platformy VOD.

O filmie „Hiacynt” opowiadają jego wyoutowani twórcy – scenarzysta Marcin Ciastoń i producentka Joanna Szymańska

Od października na Netflixie oglądać można Hiacynta na podstawie twojego wielokrotnie ostatnio na festiwalu w Gdyni nagradzanego scenariusza. Jak wyglądała jego droga na ekran?

Marcin Ciastoń: Tekst nazywał się początkowo „Gorzki  fiolet” i był moją pracą dyplomową w szkole filmowej – wówczas była to jeszcze jego wczesna, eksperymentalna wersja z animacjami inspirowanymi „Kapitanem Żbikiem”. Uczestnicząc w rozmaitych warsztatach, rozwijałem go, wprowadzałem poprawki, w końcu usunąłem animacje… To była praca po godzinach, nie pisałem wtedy zawodowo. Kiedy, ku mojemu zaskoczeniu, wygrałem konkurs „Script Wars”, dało mi to ogromnego kopa. Poznałem Michała Oleszczyka, który był wtedy w jury i bardzo entuzjastycznie odebrał mój tekst. Michał udzielił mi konsultacji, podał całe spektrum referencji  filmowych, od słynnego „Zadania specjalnego” Williama Friedkina począwszy. Od pierwszej wersji tekstu wiedziałem, że postać milicjanta potrzebuje jakiejś drogi, że sama musi być niejednoznaczna, a przy tym uwikłana w całe spektrum zależności. Dwa lata temu pojawiła się możliwość współpracy z Netflixem, który akurat rozwijał swoją obecność na rynkach Europy Środkowo- -Wschodniej. Wtedy sprawy nabrały tempa. Już w szkole  filmowej poznałem wykładającą tam Joannę, która zainteresowała się scenariuszem, a następnie została producentką  filmu.

Joanna Szymańska: Cieszę się, że Marcin Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Ma Stęga, transpłciowa kobieta na początku tranzycji

Na Facebooku i LinkedIn ma łącznie ponad 30 tysięcy kontaktów biznesowych. Większość z nich pochodzi z branży IT. W czerwcu br. zdobyła się na odwagę, by powiedzieć im: jestem kobietą, mimo że w akcie jej urodzenia wpisano męską płeć i tak do niedawna funkcjonowała. MA STĘGA, znana w internecie jako Webska Rekruterka, od 10 lat jest rekruterką, a teraz opowiada „Replice” o swojej przeszłości i pierwszych 6 miesiącach terapii hormonalnej. Rozmowa
Tomasza Piotrowskiego

Foto: Michał Sosna / @no_pic_no_chat

1 czerwca 2021 r. oświadczyłaś w swoich social mediach, że jesteś kobietą i że jesteś w trakcie terapii hormonalnej. Jak zareagowali twoi znajomi i klienci?

Reakcje są różne, ale nie spotykam się z obrzydzeniem czy niechęcią do współpracy. W social mediach pojawiły się niemiłe komentarze, ale od ponad roku jestem w procesie psychoterapii, więc byłam na to gotowa. Część osób przestała być moimi znajomymi, ale myślę dziś, że dobrze się stało – jeśli dla nich transpłciowość jest czymś nie OK, to znaczy, że nie powinniśmy mieć kontaktu. Na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy to około dwustu osób mniej z LinkedIn i z Facebooka, ale przy tych 30 tysiącach osób to chyba niewiele. Wcześniej, gdy sądziłam, że jestem gejem, czułam chyba większą dyskryminację.

Masz za sobą doświadczenia życia jako gej możemy o tym rozmawiać?

Tak, nie mam z tym problemu. Kiedyś myślałam, że nim jestem. Teraz sądzę, że po prostu szukałam siebie i dojście do transpłciowości zajęło mi nieco więcej czasu. Moim modelem pracy od kilku lat jest własna działalność, więc jeśli mam inne wartości niż klient, to nie musimy razem współpracować. Starałam się, żeby to zawsze byli klienci bardziej świadomi, a od pewnego czasu trwale pracuję z brytyjską firmą, więc tam podejście też jest już nieco inne. Prowadząc rekrutacje czy spotkania jako gej, czułam od innych dystans, miałam wrażenie, że oni są spięci, ja też się spinałam… Mimo że i tak większość czasu się ukrywałam. To też przejaw homofobii czy transfobii – strach przed coming outem. Dziś na rozmowach w pracy mam perukę i make-up i myślę, że dla części osób jest to coś ciekawego. Chwilę przed naszą rozmową na LinkedIn jedna osoba napisała mi: „Ma, you look gorgeous!”. To dodaje wiele sił.

Czy ktokolwiek odmowił wspołpracy z tobą w związku z tym, że jesteś kobietą transpłciową?

Ostatnio na LinkedIn mój dobry znajomy, który znał mnie jeszcze jako Maćka, polecił komuś współpracę ze mną w zakresie szkolenia z różnorodności. Zaczęłam rozmawiać z tym ostatecznym klientem, a on… pyta mnie, czy mogę mu polecić jakiegoś innego eksperta czy ekspertkę. Mówię: „Ale przecież to ja nią jestem, miałam tu przyjść do pracy”. A on wkoło i tak dopytuje o kogoś innego. No i rozstaliśmy się bez żadnej współpracy. Sądzę, że przeszkadzała mu moja tożsamość płciowa.

Jak to się zaczęło? Z Instagrama wiem, że 5 maja zaczęłaś używać nowych zaimków, ale sądzę, że sam proces zrozumienia swojej tożsamości płciowej trwał dłużej.

Dziś mogę już powiedzieć, że przez Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

 

 

Kacper Potępski, transpłciowy aktywista

Z KACPREM POTĘPSKIM, transpłciowym aktywistą, członkiem zarządu krakowskiej Federacji Znaki Równości, o tych aspektach bycia trans, z których ludzie cis rzadko kiedy zdają sobie sprawę, rozmawia Anton Ambroziak

Foto: Marcin Ściegliński

 

Transchłopak przepytuje transchłopaka i aż kusi mnie, żeby zupełnie olać tranzycję i pogadać o czymś  zupełnie innym. Też czasem męczy cię to, że po coming oucie wszyscy chcą gadać tylko o twojej tożsamości płciowej?

Ja akurat zacząłem tranzycję, gdy przyszła pandemia. Niespecjalnie wychodziłem do ludzi, więc nie musiałem wyjaśniać randomowym osobom, co się dzieje. Nie musiałem też na każdym kroku udowadniać, że jestem mężczyzną. Ale, kurczę, fajnie jest opowiadać o tranzycji, jej różnych aspektach. Lubię patrzeć, jak te rozmowy zmieniają się wraz ze mną. Na początku tłumaczyłem bardzo technicznie, jak to w ogóle wygląda, jaki jest przebieg medycznej tranzycji. Za to teraz z bliższymi znajomymi głównie eksplorujemy tę tożsamość w różnych aspektach życia.

Te rozmowy, często edukacyjne, pozwalają ci poukładać w głowie, kim jest teraz Kacper?

Myślę, że to miks. Czasem tak, jak mówisz, mogę sobie uporządkować coś, co kotłuje się w środeczku. Ale przecież rozmawiam też z ludźmi, którzy nie wiedzą o tranzycji nic, a chcą być sojusznikami i sojuszniczkami. Albo mówię do młodych osób transpłciowych, żeby zwyczajnie pomóc. Staram się dawać im to, czego mi brakowało tych kilka lat temu, gdy zaczynałem odkrywać siebie.

Pamiętasz swoją najważniejszą rozmowę o tranzycji? Taką, po której pomyślałeś:Wow! Co tu się stało?.

Dużo mam takich rozmów. Pamiętam, jak rozmawiałem ze znajomą – doświadczanie menstruacji czy posiadanie piersi są dla niej ważnym aspektem kobiecości. Gdy mówiła, że musi sobie przepracować świadomość zbliżającej się menopauzy, bo budzi w niej to lęk, pomyślałem: „Kurczę, to bardzo nie moja historia”. Pozbycie się stereotypowych, cielesnych wyróżników kobiecości było uwolnieniem. Tamta rozmowa była dla mnie też potwierdzeniem, że nie popełniłem błędu, przechodząc „jedynkę” (rekonstrukcję klatki piersiowej – przyp. red.). Ważna była też rozmowa z mamą, w której ona przyznała, że zaczyna rozumieć, dlaczego ta operacja nie jest okaleczaniem się, a wręcz przeciwnie – chroni moje zdrowie psychiczne i fizyczne. Ale chyba nie przesadzę, gdy powiem, że szczerze ekscytuje mnie niemal każda rozmowa.

Zazdroszczę tego entuzjazmu. Dla mnie po pierwszym uniesieniu przyszedł chyba moment wypalenia. Czuję się zmęczony tym, że tak wiele w moim życiu jest o tożsamości płciowej. Ile razy mogę opowiadać tę samą historię? Czy chodzi tu o społeczność, czy może egodolary? Kliki, lajki, dowody uznania są fajne, bo generalnie wyrzut dopaminy jest fajny, ale ile można? Rownie męcząca jest niekończąca się lista zadań do wypełnienia: diagnostyka, operacje, rozprawy, zmiana dokumentów, biurokracja

Po zmianie dokumentów poczułem, że to koniec mojej tranzycji. Bo dla mnie tranzycja jest radzeniem sobie z dysforią. Gdy przestało mnie męczyć ciągłe outowanie się, większość dysforii zniknęła.

Zmiana dokumentow to moment, gdy myślisz: Nareszcie będę niewidoczny. Nie będę musiał kopać się z kontrolerem na lotnisku, ktory sprawdzając dowod, patrzy na mnie z zakłopotaniem. Nie będę musiał po raz kolejny tłumaczyć w przychodni, dlaczego jakiś pan probuje wbić się do gabinetu na dokument żony. Ale to nie załatwia wszystkiego. Wciąż trzeba radzić sobie z natrętnymi myślami. Przychodzą takie dni, gdy chorobliwie szukam nowego włosa na twarzy albo tysiąc razy zmieniam ubrania, bo wydaje mi się, że we wszystkim wyglądam mizernie.

Albo muszę zmienić koszulkę przy gościach, a szafa stoi w salonie. Automatycznie biegnę do łazienki, żeby ludzie nie widzieli. I wtedy ściągam T-shirt i okazuje się, że jestem po „topce” (inne określenie operacji klatki piersiowej, od ang. top surgery – przyp. red.). Tak samo jest z garbieniem się. Patrzę na tę przykurczoną postać w lustrze i myślę sobie: „Chłopie, co ty robisz?”.

To dysforia? Czy może zapominasz, jak daleko już zaszedłeś?

Zdecydowanie dysforia. Twoja głowa wciąż Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.