LGBTECH

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Tekst Mateusza Witczaka

Queer jest obecny w IT właściwie od zawsze, ale bardzo długo pozostawał w jej cieniu. Trudno jednak, by w 2026 r. tak nowoczesna branża myślała o równości w sposób homo- czy transfobiczny. Jej prezesi coraz częściej wychodzą z szafy

Z okazji Dnia Programisty (12 września) warto pochylić się nad tęczowymi rewolucjonistami i rewolucjonistkami, których pomysły wyniosły technologię na zupełnie nowy poziom. Poniżej prezentujemy sylwetki osób liderskich z branży IT, które publiczne coming outy mają już za sobą, a co więcej: otwarcie wspierają społeczność LGBT+ w walce o równość (z jednym wyjątkiem).

Alan Turing (1912–1954)
Ojciec współczesnej informatyki

Tolerancja nie zawsze była oczywista nawet w (progresywnej przecież) branży technologicznej. Symbolem wymierzonej w osoby queerowe opresji stał się w niej Alan Turing, matematyczny geniusz uważany za ojca chrzestnego współczesnej informatyki. W  czasie II wojny światowej odegrał on kluczową rolę w złamaniu niemieckiej Enigmy – był jednym z głównych członków zespołu brytyjskich kryptologów pracujących w Bletchley Park. Według ekspertów, dzięki jego pracy udało się uratować miliony ludzkich istnień – opowiada o tym oscarowy film „Gra tajemnic” (2014) z Benedictem Cumberbatchem w roli Turinga.

Po zwycięstwie aliantów naukowiec padł ofiarą drastycznych homofobicznych prześladowań, które sprowadził na siebie odwagą w mówieniu o swojej orientacji. Turing nie krył swojej homoseksualności przed społecznością Uniwersytetu Cambridge, gdzie pracował, nie ukrywał jej również przed policją, której zgłosił włamanie do własnego domu – skomplikowany zbieg okoliczności sprawił, że właśnie to wydarzenie pozwoliło na postawienie mu zarzutu homoseksualności – karanej w Wielkiej Brytanii do roku 1967. Jak tłumaczył na łamach „Guardiana” profesor Simon Goldhill, autor książki „Queer Cambridge”: „Turing był kimś, kto nie obawiał się występować publicznie jako gej. Uważał, że nie należy w tej sprawie kłamać, ani niczego ukrywać, lecz jasno powiedzieć: .»Oto kim jestem. Musicie sobie z tym poradzić«”.

Turing został skazany za „rażącą nieprzyzwoitość” (a więc relację jednopłciową). Dano mu wówczas wybór: więzienie lub kastracja chemiczna – wybrał to drugie. Ponadto bezpowrotnie utracił on poświadczenia bezpieczeństwa i został odsunięty od projektów, nad którymi pracował. Zrozpaczony odebrał sobie życie w 1954 r. w wieku zaledwie 41 lat.

Dopiero w 2009 r. brytyjski rząd oczyścił informatyka z zarzutów, a premier Gordon Brown publicznie przeprosił za „niegodziwość”, jakiej wobec Turinga dopuściła się Wielka Brytania. W 2013 r. królowa Elżbieta II pośmiertnie zrehabilitowała genialnego kryptografa, podpisując akt jego ułaskawienia, czego od lat domagali się(nie tylko angielscy) naukowcy i naukowczynie.

Tim Cook (ur. 1960)
Prezes Apple

Gdy w 2012 r. Tim Cook występował na forum ONZ, nie był jeszcze wyoutowany przed opinią publiczną. Otwarcie poparł jednak amerykańską ustawę zakazującą dyskryminacji ze względu na orientację psychoseksualną i tożsamość płciową oraz zadeklarował, że niezależnie od wyników głosowania nad nią, Apple (którym od roku kierował) otoczy pracowników i pracowniczki LGBT+ należytą ochroną. Argumentował, że prawa człowieka są ważniejsze od wskaźników ekonomicznych.

Z  szafy wyszedł rok później. „Choć nigdy nie wypierałem się swojej homoseksualności, aż do teraz nie zabierałem publicznie głosu na jej temat. Chcę jasno powiedzieć: jestem dumny z  tego, że jestem gejem. Uważam bycie gejem za jeden z  największych darów, jakie otrzymałem od Boga” – oświadczył na łamach „Bloomberga”. Z dnia na dzień stało się jasne, że najpotężniejszym człowiekiem w Dolinie Krzemowej jest – jawny już – gej, którego coming out odebrano jako symbol głębokich przemian w technologicznej Ameryce.

1 września br. Cook opuści fotel CEO giganta z Cupertino – do której to roli namaścił go za życia sam Steve Jobs. Jego 15-letnie rządy nie będą łatwe w ocenie, niemniej to on wprowadził na rynek Apple Watch, uniezależnił produkcję sprzętu od podwykonawców (m.in. procesorów Intela), z sukcesem rozszerzył także działalność korporacji w  Chinach oraz rozwinął jej ekosystem usług (App Store, Apple TV, Apple Pay, Apple Music) – te ostatnie z atrakcyjnego dodatku do portfolio stały się jednym z filarów biznesowych firmy. Nie da się przy tym ukryć, że jeśli historia zapamiętała Jobsa jako charyzmatycznego rewolucjonistę, to Cook przejdzie do niej raczej jako cichy reformator. Jego aktywizm także nie odbywał się zresztą w blasku fleszy – przedsiębiorca przeznaczał (i wciąż przeznacza) miliony dolarów na wsparcie queerowych organizacji pozarządowych oraz prorównościowych kampanii społecznych.

Tang Feng (ur. 1981)
Była Ministra Spraw Cyfrowych Tajwanu

W 1989 r. ośmioletnie Tang Feng nauczyło się kodować, wkrótce po czternastych urodzinach odeszło ze szkoły, jako dziewięćnastolatko założyło pierwszą firmę, po ukończeniu trzydziestego trzeciego roku życia przeszło na biznesową emeryturę, a  dwa lata później zostało pierwszą osobą (otwarcie) transpłciową – i pierwszą osobą (otwarcie) niebinarną! – w tajwańskim rządzie. W  2022 r. powróciło do administracji jako pierwsza ministra spraw cyfrowych.

Kariera Tang Feng nie daje się łatwo ująć w krótkiej notce. Odpowiada ono m.in. za przekaz medialny tzw. Rewolucji słoneczników (protestów przeciw układowi handlowemu z Chinami), rozwój Siri (głosowego asystenta Apple), opracowanie programu nauczania edukacji obywatelskiej w tajwańskich szkołach czy pandemiczną appkę prezentującą Japończykom dostępność maseczek w ich okolicy. Jest ponadto jedną z najbardziej znanych piewczyń wolnego oprogramowania i radykalnej transparentności życia publicznego – będąc częścią rządu, nagrywało i transmitowało w internecie każde (!) swoje spotkanie.

Na łamach „Gay Star News” Tang Feng podkreślało, że technologia może wspierać akceptację i budować zrozumienie dla osób nieheteronormatywnych: „Komputera naprawdę nie obchodzi moja płeć, a tekstowa komunikacja pozwala ludziom na eksperymentowanie z własną ekspresją w zupełnie swobodny sposób” – mówiło.

Megan Smith (ur. 1964)
Była dyrektorka ds. technologii w
administracji prezydenta Obamy

Opinia publiczna poznała Megan Smith w  2014 r., gdy obejmowała ona funkcję dyrektorki ds. technologii w administracji Obamy (była zarazem pierwszą kobietą na tym stanowisku). W Dolinie Krzemowej Smith zaznaczyła swoją obecność znacznie wcześniej jako wiceprezeska Google ds. nowych usług i przejęć (to ona pozyskała technologie stojące za Google Earth czy Google Maps). Równolegle zabiegała o zwiększenie obecności (i widoczności) kobiet w branży IT m.in. w ramach organizacji Women Techmakers, której jest współzałożycielką.

Zanim dostała się do Google (2003), przez siedem lat kierowała PlanetOut, jednym z pierwszych dużych, amerykańskich portali społecznościowych dla osób LGBT+. Smith nigdy zresztą nie ukrywała swojej orientacji psychoseksualnej, wraz z ówczesną żoną, dziennikarką technologiczną Karą Swisher tworzyły swego czasu jedną z najbardziej rozpoznawalnych par w świecie IT (a  już z  pewnością najbardziej rozpoznawalny związek jednopłciowy).

W sektorze prywatnym kierowała się zasadą inkluzywności, którą stosowała także podczas pracy dla rządu. W trakcie organizowanego przez Biały Dom „LGBTQ Tech and Innovation Summit” zachęcała gejów, lesbijki i osoby transpłciowe do zaangażowania się w administrację publiczną. Potrzebna Ameryce innowacja – jak słusznie zauważyła w swoim przemówieniu – bierze się ze współpracy, a nie z podziałów i wykluczeń.

Jon Hall (ur. 1950)
Dyrektor wykonawczy Linux International

Jon „maddog” Hall nie stworzył Linuxa. Jest natomiast… ojcem chrzestnym dzieci twórcy systemu Linusa Torvaldsa, a zarazem jednym z  jego najstarszych, najbardziej zaufanych współpracowników. No i – co chyba najważniejsze – jednym z  najważniejszych apologetów idei wolnego oprogramowania.

Hall pracował w kilku dużych firmach produkujących komputery – kiedy więc w 1994 r. zetknął się z wywrotowymi pomysłami Torvaldsa, zapewnił mu sprzęt niezbędny do stworzenia pierwszej wersji Linuksa dla procesorów Alpha. Następnie zjeździł dziesiątki stanów USA i innych krajów, gdzie lobbował za otwartym systemem operacyjnym w  prywatnych firmach, na uczelniach czy w  administracji publicznej. Dziś jest dyrektorem wykonawczym Linux International, zasiada także w radzie Linux Professional Institute.

Orientacja psychoseksualna Halla długo pozostawała tajemnicą, coming out zrobił dopiero w 2012 r. na łamach zaprzyjaźnionego „Linux Magazine”. Jak przyznał, zwlekał z publicznym wyjściem z  szafy do sześćdziesiątego pierwszego roku życia, bo nie chciał tego robić przed śmiercią rodziców: „fundamentalistycznych chrześcijan, którzy traktowali Biblię bardzo dosłownie”.

Moment, w którym „maddog” powiedział, że jest gejem, nie był zresztą przypadkowy – stało się to dzień po setnej rocznicy urodzin Alana Turinga, którego sam nazywa „swoim bohaterem”. Choć, jak pisze Hall, Turing pomógł w odwróceniu losów II wojny światowej, niechęć do jego odmienności okazała się istotniejsza od zasług dla Wielkiej Brytanii. „Jego kraj tak bardzo znienawidził Turninga, że wykastrował go chemicznie, pognębił i odciął od jedynej rzeczy, dla której żył: jego pracy” – wyjaśniał. „Możecie lukrować tamte wydarzenia, mówiąc, że: »takie było wtedy prawo«, ale »wtedy« nie wydarzyło się wcale tak dawno temu”.

Lynn Conway (1938–2024)
Informatyczka związana z
IBM, Xerox PARC i DARPA

Zmarła w 2024 r. Lynn Conway rozpoczynała karierę w  latach 60. ubiegłego wieku jako część słynnego zespołu Advanced Computing Systems w  IBM. Po odejściu z firmy znalazła zatrudnienie w Xerox PARC (jednym “z najważniejszych ośrodków badawczych w historii IT),”, gdzie zrewolucjonizowała projektowanie chipów i  zdemokratyzowała dostęp do nich za sprawą stworzonej wespół z Carver Mead metodologii VLSI (Very Large-Scale Integration). Bez cienia przesady można stwierdzić, że utorowała tym samym drogę do produkcji komputerów osobistych i – znacznie później – smartfonów.

Swoje doświadczenie praktyczne Conway wykorzystała w  kształceniu przyszłych pokoleń. Napisała książkę – uznawaną za biblię ówczesnej generacji inżynierów – „Introduction to VLSI Systems” (1980), była uwielbianą profesorką University of Michigan, wygłaszała też wykłady na słynnym Massachusetts Institute of Technology (MIT). Jej talent wykorzystał później amerykański rząd, angażując informatyczkę w działalność DARPA (państwowej agencji zajmującej się rozwojem technologii na potrzeby obronności).

Conway strzegła prywatności, wiadomo jednak, że w wieku trzydziestu lat (a więc pod koniec lat 60.) przeszła tranzycję, co ponoć kosztowało ją utratę pracy w IBM oraz utratę relacji z rodziną. Programistka była wówczas w związku małżeńskim z kobietą, z którą zdecydowały się najpierw na separację, a później na rozwód.

Odrzucenie sprawiło, że publiczny coming out zrobiła dopiero w 1999 r. Gdy jednak wyszła z szafy, właściwie z dnia na dzień stała się orędowniczką praw osób trans w branży IT. „Od lat 70. byłam uważana za kobietę, która przełamuje w naukach komputerowych barierę płci, w  2000 r. stałam się kobietą przełamującą barierę cispłciowości” – mówiła. Niedługo po tamtej deklaracji poślubiła inżyniera Charlesa „Charliego” Rogersa, z którym była do końca życia. Zmarła dwa lata temu, jako szczęśliwa osiemdziesięciosześciolatka.

Sam Altman (ur. 1985)
Prezes OpenAI

W 2015 r. w wieku zaledwie trzydziestu czterech lat Altman objął fotel prezesa OpenAI – pioniera w wykorzystywaniu generatywnej sztucznej inteligencji, spółki odpowiedzialnej za ChatGPT i DALL-E. Dziś jest on w Dolinie Krzemowej jednym z głównych rozgrywających, ale fakt, że jest gejem, można było przeoczyć – sam zainteresowany długo nie zabierał publicznie głosu na temat swojej orientacji

Inna rzecz, że specjalnie tej informacji nie ukrywał: na początku 2024 r. opublikował na swoim prywatnym blogu zdjęcia ze ślubu z  Oliverem Mulherinem (inżynierem oprogramowania, który pracował m.in. dla Mety). Niemal nigdy nie mówił jednak o swojej queerowości otwarcie: nie wspomniał o niej nawet wtedy, gdy pochwalił się narodzinami pierwszego dziecka.

W wywiadzie dla „Tech Pride” przyznał, że nie chciał postrzegać swojej orientacji jako „bariery”. „Planowałem podejmować każdą decyzję dotyczącą mojej pracy tak, jakbym nie był (osobą homoseksualną – przyp. autora)” – mówił. Dodajmy, że nad biografią Altmana pochylił się reżyser Luca Guadagnino („Tamte dni, tamte noce”) w czekającym na premierę filmie „Artificial”, słynnego przedsiębiorcę sportretuje Andrew Garfield.

Peter Thiel (ur. 1967)
Współzałożyciel PayPal, prezes Palantir Technologies

Uczciwość intelektualna nie pozwala pominąć w tym zestawieniu Petera Thiela, najbogatszego wyoutowanego geja na świecie (jego majątek opiewa na 28 miliardów dolarów). Nie jest to jednak postać pozytywna, w ostatnich latach przedsiębiorca dał się poznać jako jeden z największych apologetów ruchu MAGA, którego znakiem rozpoznawczym jest przecież walka z  programami DEI (Różnorodność, Równość i Wkluczenie) i okrawanie praw osób transpłciowych.

Thiel był doradcą prezydenta Trumpa już za jego pierwszej kadencji (2016–2020), zresztą na tyle wpływowym, że prestiżowe „Politico” ochrzciło go „trumpowskim prezydentem cieni w Dolinie Krzemowej”. Po powrocie pryncypała do władzy (w  2025 r.) wpływy biznesmena tylko wzrosły – jak ujawnił „Bloomberg”: do administracji weszło wówczas kilkunastu ludzi powiązanych z  Thielem, którzy mają wpływ na cyfryzację państwa i  jego polityki technologiczne. To Thiel stoi wreszcie za karierą wiceprezydenta J.D. Vance’a, którego osobiście wypromował, nie żałując na to prywatnych środków (sfinansował jego kampanię do Senatu, a  potem skutecznie lobbował u  Trumpa za uczynieniem ze swojego protegowanego wiceprezydenta).

Jego wpływy nie wzięły się znikąd, miliarder zasłynął pod koniec lat 90. jako współzałożyciel PayPala, który zrewolucjonizował cyfrowe płatności, był też pierwszym zewnętrznym inwestorem w Facebooka. Dziś kojarzony jest jednak przede wszystkim jako twórca działającego od 2003 r. Palantir Technologies, spółki dysponującej gigantycznymi bazami danych, które służą sztucznej inteligencji m.in. do planowania przez USA uderzeń militarnych, integrowania poszczególnych organów administracji rządowej oraz zapewniają wsparcie wywiadowcze CIA czy FBI. Ponadto jego firma stoi m.in. za inteligentnym narzędziem, które wspomaga ICE w aresztowaniach i nalotach na skupiska imigrantów.

Jego orientację ujawnił w 2009 r. odwiedzany przez miliony użytkowników portal plotkarski „Gawker”. W ramach zemsty Thiel przeznaczył 10 milionów dolarów na wsparcie prawne dla osób wytaczających portalowi pozwy, doprowadzając w  ten sposób do jego upadłości. Słynny inwestor rzadko mówi o swojej homoseksualności, ale ma na koncie kilka chlubnych inicjatyw: w 2016 r. – po wyroku Sądu Najwyższego z 2015 r., który zalegalizował małżeństwa jednopłciowe na całym terytorium USA – wystąpił na konwencji Republikanów, wzywając partię do złagodzenia konserwatywnego stanowiska w sprawie praw osób LGBT+. Nie da się jednak ukryć, że dostarcza on Stanom Zjednoczonym technologie, które służą inwigilacji queerowych obywateli_ek i tłumieniu głosów społeczności LGBT+.

***

Zmiana w myśleniu o równości dokonała się dzięki pionierom i pionierkom branży IT, a zarazem ikon społeczności LGBTQ+. Od programistów po osoby zarządzające funduszami venture capital – osoby queer były obecne w technologiach od zawsze, choć często pozostawały niewidoczne. Dlatego uważam, że wciąż warto zabierać głos w  tej sprawie. I  cieszy mnie, że pracując w dużej organizacji, mogę mieć realny wpływ i pomagać zmieniać to, co nadal nie funkcjonuje tak, jak powinno. Robię to, angażując się w organizowane przez ABB inicjatywy – studenckie dni otwarte czy dedykowane ekspertom meetupy. Reprezentując firmę na różnych wydarzeniach, występuję jako osoba queer i odnosząca sukcesy ekspertka. Wierzę, że w dzięki temu mogę przełamywać stereotypy i promować zasadę, że autentyczność i rozwój kariery mogą iść ze sobą w parze. I mimo że budowanie – tak jak to robimy w ABB – kultury opartej na różnorodności i otwartości na odmienne perspektywy nie zawsze jest łatwe, to ma ogromne znaczenie. Tylko tak możemy tworzyć przestrzeń, w której każda osoba, oceniana przez pryzmat umiejętności i wkładu w  organizację, a nie wieku, pochodzenia, płci czy orientacji seksualnej, ma szansę rozwijać się i w pełni wykorzystywać swój potencjał – ocenia w rozmowie z „Repliką” Yuliia Skokova, IS Operations Manager w ABB.

Ostatnie dekady przyniosły na tym polu zwrot, nadal jednak czekamy na coming out tęczowego innowatora (lub tęczowej innowatorki) z  polskim dowodem osobistym. Najbardziej wpływową osobą queerową w  branży u  nas jest dziś dr Bianka Siwińska, szefowa Fundacji Edukacyjnej Perspektywy i Perspektywy Women in Tech, członkini rady nadzorczej Creotech Quantum oraz doradczyni w  Ministerstwie Cyfryzacji. Jej otwartość cieszy, w  Polsce nadal jest jednak raczej jaskółką, która (jeszcze) wiosny nie czyni.

25 LAT WALKI O RÓWNOŚĆ Kampanii Przeciw Homofobii. Miko Czerwiński

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

 

Z Miko Czerwińskim, osobą dyrektorską Kampanii Przeciw Homofobii, z okazji 25-lecia organizacji, rozmawia Anna Mikulska (KPH).

fot. Hania Linkowska

Gdy powstała Kampania Przeciw Homofobii, miałxś 11 lat. Wtedy też odbyła się w Warszawie pierwsza Parada Równości. Dorastałxś więc w czasach, gdy osoby LGBT+ w Polsce zaczęły być dostrzegane. Jak te zmiany wpłynęły na ciebie jako osobę nastoletnią?

Mój okres nastoletni to też pierwsze wspomnienia związane z KPH. Gdy miałxm jakieś 15–16 lat, w Gdańsku odbywał się festiwal wielokulturowy i Kampania miała tam swoje stoisko. Pamiętam, że brałxm stamtąd, trochę potajemnie, wszystko, co tylko mieli. To był mój pierwszy kontakt się z tematem LGBT+, dzięki któremu dowiedziałxm się więcej o sobie. Mogłxm wreszcie przeczytać merytoryczne materiały o tym, co czuję. W tym wieku zastanawiasz się, kim jesteś, szukasz właściwych słów. Tamten mały namiocik Kampanii w Gdańsku bardzo się w moim życiu zapisał.

W ubiegłym roku przejąłxś stery organizacji, ale związałxś się z KPH już dawno temu.

Jestem osobą członkowską KPH od około siedmiu lat. Przechodząc na stanowisko dyrektorskie, przypomniałxm sobie drugie, formujące dla mnie spotkanie z Kampanią, które miało miejsce wcześniej. To było szkolenie z rzecznictwa na rzecz osób LGBT+. Dowiedziałxm się, jak rozmawiać z politykami_czkami, jak poruszać się w tym obszarze, by najskuteczniej działać na rzecz naszej społeczności. W KPH istnieje zespół rzeczniczy, który codziennie walczy w ten sposób o nasze prawa.

Jakie wydarzenia na przestrzeni lat działalności organizacji były, twoim zdaniem, najważniejsze dla praw i ruchu LGBT+ w Polsce?

Jednym z kamieni milowych był rok 2023, czyli wygrana KPH przed ETPCz (Europejskim Trybunałem Praw Człowieka – przyp. red.). Sprawa dotyczyła związków osób tej samej płci. To pokazało, że działania KPH przynoszą zmianę. Równie ważnym obszarem naszej działalności jest wsparcie ruchu LGBT+.

I tu kolejne wspomnienie: pamiętam, jak bardzo pomógł nam grant od KPH, gdy jeszcze pracowałxm przy Marszu Równości w Krakowie. Dziś wspieramy lokalne działania społeczności nawet w najmniejszych miastach.

Jednym z flagowych projektów KPH jest plebiscyt Korony Równości, który w tym roku odbywa się po raz ósmy. Skąd pomysł na taką inicjatywę?

Jeszcze przed Koronami KPH organizowała galę osób sojuszniczych „Ramię w ramię po równość”. Wiemy, że rola osób sojuszniczych jest niezbędna w dążeniu do równości. Chcieliśmy w ten sposób pokazać, że widzimy i cenimy ich zaangażowanie. Jednak osiem lat temu zapadła decyzja, by docenić również osoby queerowe, które działają dla naszego wspólnego dobra. I tak powstał plebiscyt Korony Równości, który celebruje tych, którzy przyczyniają się do zmiany na lepsze. Korony są dziś dużym wydarzeniem i wiemy, że wielu osobom zależy na otrzymaniu nominacji. Razem świętujemy ich sukces podczas uroczystej gali.

Podoba mi się to, że do Koron każdy może zgłosić swojego_ją faworyta_kę. W ten sposób KPH oddaje sprawczość społeczności, która najlepiej wie, kto najwięcej dla nich zrobił.

Działa to tak: po otrzymaniu kandydatur kapituła selekcjonuje osoby nominowane do nagrody w każdej z ośmiu – zwyczajowo – kategorii: Aktywizm, Instytucje, Prawo, Polityka, Media, Internet, Biznes i Kultura. Potem głos wraca do społeczności, która decyduje, która z osób dostanie nagrodę. To nagroda od nas wszystkich.

Nagroda tym bardziej ważna, że Karol Nawrocki niedawno zawetował pierwszą w historii Polski ustawę regulującą związki jednopłciowe, która trafiła na biurko Prezydenta RP. To oznacza, że dziś społeczność jeszcze bardziej potrzebuje wsparcia i motywacji do dalszych działań.

Trzeba przyznać jasno – decyzja Karola Nawrockiego kończy prawie dwuletnią drogę projektu, który miał szansę po raz pierwszy uznać prawnie związki osób tej samej płci. Projektu, który mimo wielu perturbacji politycznych, miał większość w obu izbach parlamentu, a jednocześnie cieszył się poparciem społecznym. W ponad dwudziestoletniej historii walki o ustawę nigdy wcześniej nie byliśmy jako społeczność tak blisko przynajmniej minimum rozwiązań, których potrzebujemy.

Mimo to nie powinniśmy zapominać o licznych sukcesach, które jako osoby LGBT+ odnieśliśmy w tym roku.

Na przykład?

Konsekwentnie budowaliśmy i wciąż budujemy poparcie społeczne dla uznania prawnego związków osób tej samej płci – zarówno związków partnerskich, jak i małżeństw, które w ostatnich miesiącach sięga niemal 80%! To właśnie powoduje, że politycy i polityczki nie mogą już nie zauważać potrzeb osób LGBT+ w swojej agendzie.

Postulat wprowadzenia związków partnerskich pojawił się też w programach wyborczych trzech z czterech partii, które 13 grudnia 2023 r. objęły władzę. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie konsekwentna, wieloletnia praca wielu grup i osób, które na ulicach, marszach, w sądach, ale też działając w strukturach partii politycznych zabiegały i przypominały o postulatach społeczności osób LGBT+. Oczywiście, decyzja Karola Nawrockiego jest gorzką pigułką, jednak nie zapominajmy o tym i doceńmy naszą pracę jako społeczności, naszą determinację w walce o równe prawa, szacunek i widoczność.

Wierzysz, że będziemy żyli w Polsce równych praw?

Nie mam co do tego wątpliwości. Poprzez różne strategie zmierzamy do tego wspólnego celu: Polski z pełną równością małżeńską, z gwarancją ochrony praw każdej rodziny, z opartą na szacunku i godności procedurą uzgodnienia płci czy skuteczną walką z mową nienawiści i przemocą motywowaną uprzedzeniami wobec społeczności osób LGBT+. To długi marsz po równość – niełatwy i pełen zakrętów, ale konsekwentny i z jasnym celem, który osiągniemy.

 

Dowiedz się więcej o Koronach Równości i zagłosuj w plebiscycie: www.koronyrownosci.pl

Grzegorz Garboliński – Radny Miasta Kraków: GEJ, ALE JEDNAK NASZ

ZADANIE PUBLICZNE FINANSOWANE ZE ŚRODKÓW MIASTA KRAKOWA 

Z 25-letnim GRZEGORZEM GARBOLIŃSKIM, najmłodszym, a jednocześnie pierwszym jawnym gejem w Radzie Miasta Krakowa, członkiem zarządu krakowskiej Nowej Lewicy, rozmawia Tomasz Piotrowski

Co skłoniło cię do zaangażowania się w politykę?

Powstanie partii „Wiosna” Roberta Biedronia w 2019 r. Wtedy wiedziałem głównie tyle, że jestem młodym gejem i chciałbym, żeby innym młodym gejom żyło się w Polsce lepiej. To był mój punkt wyjścia. Z czasem dochodziły kolejne postulaty – społeczne, samorządowe, gospodarcze – ale wszystko zaczęło się od doświadczenia bycia częścią mniejszości. To ono nauczyło mnie empatii i wrażliwości na wykluczenie.

Zawsze miałem też potrzebę wpływania na rzeczywistość. W 2020 r. w moim liceum interweniowałem choćby w sprawie żołnierzy wyklętych, których portrety wisiały na korytarzach. Wśród nich byli też ci, którzy mieli udowodnione zbrodnie. O moim proteście pisała wtedy „Gazeta Wyborcza”, portrety zostały zdjęte, a ja po raz pierwszy poczułem sprawczość – że można upomnieć się o prawdę i można wygrać.

Bardzo ukształtował mnie też dziadek. Trochę zastępował mi ojca, którego przez rodzinne problemy – także związane z brakiem akceptacji mojej orientacji – często przy mnie nie było. Dziadek od zawsze ma w sobie ogromną ciekawość świata, a przy tym zachęcał do zadawania pytań. Zawsze dużo czytał, a przy jego łóżku piętrzą się książki i gazety. Jako dzieciak często po nie sięgałem – nawet jeśli były to wcale niełatwe lektury o II wojnie światowej czy starożytnym Rzymie.

fot. Karolina Król / @karolina.here

Też jest lewicowy?

Powiedziałbym raczej, że progresywny. Nie zajmuje się polityką w aktywny sposób. Na pewno nie jest jednak człowiekiem prawicy, ma liberalne poglądy i dużą otwartość. Mam poczucie, że to raczej ja przesunąłem dyskusję w domu w stronę lewicową. Dziś moja rodzina zupełnie inaczej patrzy na rzeczywistość polityczną i sytuację mniejszości niż jeszcze kilka lat temu.

Z jakimi postulatami szedłeś po stanowisko radnego? Co już udało ci się zrealizować?

Wcześniej byłem już radnym swojej dzielnicy Podgórza Duchackiego, znałem więc jej problemy. Od dzieciństwa mieszkam na obrzeżach Krakowa, na osiedlu z wielkiej płyty, więc problemów tu nie brakuje. Jednym z kluczowych tematów było dla mnie budownictwo społeczne. Kraków przez lata wyprzedawał mieszkania z gminnego zasobu, zamiast traktować je jako narzędzie polityki mieszkaniowej. Dziś udało się ograniczyć tę wyprzedaż i rozpocząć proces budowy nowych mieszkań. Uruchamiamy właśnie cztery konkursy architektoniczne na nowe bloki. Będzie to więc naprawdę jakościowe budownictwo społeczne, które stanie się dobrym przykładem na przyszłość.

Drugim ważnym obszarem były dla mnie szkoły, przedszkola i żłobki. Na początku mojej kadencji odwiedziłem praktycznie wszystkie lokalne placówki. Zobaczyłem, jak niewiele się w nich zmieniło od czasu, kiedy sam byłem uczniem. Często wchodziłem do budynku i widziałem dokładnie te same szatnie, te same sale, te same zaniedbane korytarze. Udało się już doprowadzić do wielu – bo ponad 40 – remontów. Dla mnie to ważne, bo dzieciaki z bloków, nierzadko z rodzin z problemami, powinny mieć w szkole estetyczne, bezpieczne miejsce, które „mówi” im: „jesteście ważni”.

Podobnym sposobem na odczarowanie naszych peryferyjnych osiedli jest organizacja wydarzeń kulturalnych. Bo kultura to nie tylko centrum, zabytki, teatry, opera i filharmonia. To także nasze osiedla z wielkiej płyty. Dlatego w tym roku udało się zorganizować pierwsze rodzinne święto dzielnicy z występami gwiazd, w tym lubianego przez młode pokolenie Janna, którego udało się ściągnąć, a niebawem ruszamy z pierwszym maratonem kin plenerowych. Wydarzenia, które odbywają się w przestrzeni naszych blokowisk, uczą nas współodpowiedzialności i troski za te miejsca i siebie nawzajem.

My w „Replice” staramy się promować wyoutowane osoby LGBT+ startujące w wyborach. Pamiętam, że ty też w 2024 r. wysłałeś nam swój plakat, byśmy wrzucili go na nasze media społecznościowe. Bardzo doceniłem, że była na nim tęczowa flaga.

Politykiem się bywa, a członkiem społeczności LGBT+ jest się cały czas. Nigdy nie wstydziłem się tęczowej flagi. Nawet jeśli ukrywanie się byłoby politycznie wygodne, dla mnie nie byłoby tego warte. Jako pierwszy wyoutowany gej w Radzie Miasta Krakowa mam też poczucie odpowiedzialności za to, żeby tę społeczność reprezentować i upominać się o nią, skoro nikt inny tego nie robi.

Jedną z moich pierwszych inicjatyw było złożenie wniosku o usunięcie arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z kapituły medalu Cracoviae Merenti. Wcześniej przez lata protestowałem z mieszkańcami przeciwko jego działaniom pod krakowską kurią. Uważałem, że człowiek, który publicznie krzywdzi społeczność LGBT+, nie powinien współdecydować o najważniejszych miejskich wyróżnieniach. To była trudna, głośna politycznie sprawa, ale finalnie udało się ten projekt przegłosować. Był dla mnie ważny także symbolicznie – jako wyraźne odcięcie się miasta od języka pogardy.

Udało się też doprowadzić do tego, że miasto po raz pierwszy realnie wspiera przestrzeń tworzoną przez społeczność LGBT+, bo partycypuje finansowo w powstawaniu nowej siedziby Federacji Znaki Równości (więcej o tym na stronie 8 – przyp. red). W tym roku próbowałem doprowadzić do tego, by po raz pierwszy zostały zabezpieczone środki na współorganizację Marszu Równości. To było dla mnie symboliczne, bo krakowscy politycy bardzo lubią przychodzić na Marsz, robić sobie zdjęcia, wywieszać flagę na magistracie – co oczywiście też jest ważne – ale dużo rzadziej idzie za tym realne wsparcie finansowe. Finalnie tych środków nie udało się jeszcze w tym roku przepchnąć przez urząd tak, jak chciałbym, ale będziemy próbować do skutku.

Udało się za to przeprowadzić szereg szkoleń równościowych dla urzędników i nauczycieli z krakowskich szkół. Obecnie pracujemy z kolei nad pierwszą miejską kampanią społeczną skierowaną do osób LGBT+ i ich otoczenia. Bardzo zależało mi, by nie była to kampania wymyślona zza biurka przez agencję reklamową, tylko żeby powstawała we współpracy z organizacjami oraz samą społecznością. Tak rzeczywiście się stało – koncepcja powstawała podczas warsztatów prowadzonych przez Miko Czerwińskiego z Fundacji Równość.org.pl, obecną osobę dyrektorską Kampanii Przeciw Homofobii.

Kampanię zobaczymy w przestrzeni miejskiej już jesienią. Ma opowiadać o LGBT+ w lokalnej skali: o sąsiadach, rodzinach, wspólnocie, o życiu w blokach i na obrzeżach miasta, czyli tam, gdzie mieszkam. Bo właśnie tam ta widzialność i oswajanie tematu są dziś szczególnie potrzebne.

for. Karolina Król / @karolina.here

Z jakimi reakcjami się spotykasz jako pierwszy jawny gej w Radzie Miasta Krakowa?

Hejt pojawiał się i w trakcie kampanii, i pojawia się do dziś, szczególnie kiedy podejmuję tematy związane z naszą społecznością. Homofobia w pewnym sensie mi jednak spowszedniała. Spotykałem się z nią w szkole, byłem pobity, doświadczyłem jej też w domu po coming oucie. Najbardziej dziś bolą mnie chyba już nie ataki ze strony skrajnej prawicy, tylko sytuacje, kiedy zawodzą ci, którzy deklarują się jako sojusznicy.

Tak było choćby 17 grudnia 2025 r., gdy Rada Miasta Krakowa debatowała nad moją rezolucją do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie wykonywania przez krakowski Urząd Stanu Cywilnego wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczącego transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw par tej samej płci. Na sesji było kilkadziesiąt osób ze społeczności i organizacji. Wybuchła ogromna awantura. Część osób, które rok wcześniej potrafiły przyjść na Marsz Równości i robić sobie tam zdjęcia, nie była w stanie stanąć po stronie społeczności. Nie było ich na sali. To zabolało mnie nie tylko jako inicjatora tej rezolucji, ale przede wszystkim jako członka społeczności. Bo przychodzi taki moment, w którym trzeba się jednoznacznie określić po stronie wartości. Ostatecznie rezolucji nie udało się przegłosować.

Planowaną kampanię społeczną dotyczącą osób LGBT+ kierujecie m.in. do takiej dzielnicy jak twoja – bo w takich dzielnicach homo- i transfobia jest największa. Ale jednocześnie to właśnie mieszkańcy twojej dzielnicy wybrali geja na swojego radnego.

Myślę, że działa tu trochę zasada, że „gej, ale jednak nasz”. Uzyskałem naprawdę dobry wynik na moim osiedlu, a mam sąsiadów, którzy głosują na prawicę, chodzą co niedzielę do kościoła. Wiedzą, że jestem gejem, praktycznie nigdy się z tym nie kryłem i jednak traktują mnie z szacunkiem. Dlatego tak ważna jest nasza widzialność i ta codzienna, oddolna praca – rozmowy z rodziną, sąsiadami, znajomymi. Jeśli znasz osobę z grupy mniejszościowej, dużo trudniej jest ci ją odczłowieczyć albo opowiadać o niej w kategoriach zagrożenia.

Powiedziałeś, że twój coming out przed rodzicami nie był łatwy.

Właściwie nie miałem coming outu. Zostałem z szafy wyciągnięty. W wieku piętnastu lat poznałem mojego pierwszego chłopaka i wrzuciłem z nim zdjęcie na Instagram, jak się całujemy. Ktoś doniósł o tym moim rodzicom. Kiedy wróciłem do domu, czekali już na mnie w salonie. Była awantura, płacz mamy, wyjście ojca z domu, a później kolejne awantury i przemocowe zachowania ze strony taty. Dostałem też szlaban.

Z czasem sytuacja się uspokoiła, a mama – kiedy ojciec wychodził do pracy – pozwalała mi spotykać się z chłopakiem. To było dla mnie ważne, choć oczywiście nie zmienia faktu, że cały ten okres był bardzo trudny: pierwsze zakochanie, motyle w brzuchu, poczucie, że świat jest piękny, a nagle wszystko zostaje przerwane przez agresję, złość i przemoc.

 

Fot. Karolina Król / @karolina.here

A ty sam kiedy zorientowałeś się, że jesteś gejem?

Myślę, że już w podstawówce. Ale długo nie znałem żadnego innego geja. Dopiero w gimnazjum poznałem chłopaka z równoległej klasy, z którym bardzo się zaprzyjaźniłem. Ta relacja dużo mi dała – pokazała mi, że nie jestem sam, że nie muszę zakładać słuchawek na uszy i w samotności słuchać piosenek Igora Herbuta na łąkach, płacząc i paląc papierosy. (śmiech)

Nie kryłem swojej orientacji przed znajomymi ze szkoły właściwie odkąd miałem piętnaście lat. To było moje rejonowe gimnazjum publiczne, ale – uwaga – katolickie. Prowadzone przez jezuitów.

Czyli nie było łatwo.

Powiedziałbym ci, że nie było źle, ale moja terapeutka już zwróciła mi uwagę, że „Pan opowiada o tym wszystkim tak, jakby to było nic”. A przecież były szykany, kpiny, głupie żarty. Dwukrotnie zostałem pobity przez rówieśników ze szkoły, ale przemoc spotkała mnie też na osiedlu, kiedy indziej przy kawiarni, gdzie mnie pobito, a obok siedziało mnóstwo ludzi i nikt nawet nie zareagował. Powód? Miałem różową koszulkę, białe rurki i kolczyk w uchu. To wystarczyło.

Nigdy nie byłem też „grzecznym” uczniem. Zdarzało mi się lądować u pedagoga czy wychowawczyni, bo się malowałem. Spierałem się o religię, wyszukiwałem najbardziej zawiłe zapisy statutu szkolnego i próbowałem je interpretować na swoją korzyść. Swoją drogą – podobno tuż po moim odejściu statut specjalnie zmieniono, żeby kolejny taki Grzesiu się im nie przytrafił. (śmiech)

Raz zostałem zwyzywany przez księdza, który nazwał mnie pedałem na szkolnym korytarzu właśnie z powodu kolczyka w uchu.

Chcesz więcej? W pierwszej klasie gimnazjum wygrałem wybory na przewodniczącego szkoły, miałem świetną kampanię, moje plakaty wisiały praktycznie wszędzie. Ostatecznie jednak nim nie zostałem, gdyż usłyszałem, że pierwszoklasista nie może pełnić tej funkcji, więc zaproponowano mi jedynie stanowisko wiceprzewodniczącego. Do dziś nie wiem, czy taka zasada naprawdę istniała, czy została wymyślona na potrzeby chwili – byle tylko gej nie został przewodniczącym samorządu katolickiej szkoły.

Jednocześnie jednak byli tam nauczyciele, którzy naprawdę się o nas troszczyli. Był wicedyrektor, który chodził po korytarzach i pytał uczniów, czy smakowała darmowa dla uczniów zupa i czy wszystko jest w porządku. Szkoła nie miała jednak żadnych kompetencji, żeby naprawdę wesprzeć ucznia LGBT+.

Najbardziej traumatyczne było jednak poczucie osamotnienia. Jedyną osobą w rodzinie, która zachowała się wtedy naprawdę dobrze, był mój dziadek, przed którym nigdy nie zrobiłem coming outu, ale wziął mnie kiedyś na rozmowę i powiedział: „Grzesiu, czy ty myślisz, że ja nie wiem, co się wokół ciebie dzieje? Ja zawsze będę twoim dziadkiem i zawsze będę cię kochał”.

 

Fot. Karolina Król / @karolina.here

Wracając do Krakowa: 24 maja br. odbyło się referendum, w którym odwołano dotychczasowego prezydenta miasta – Aleksandra Miszalskiego. Frekwencja była zbyt mała, by odwołać również Radę Miasta. Jeszcze w tym roku odbędą się przedterminowe wybory na urząd prezydenta (wśród kandydatek m.in. bohaterka numeru 115. „Repliki” – Aleksandra Owca). Co myślisz o nadchodzącej zmianie?

Dla społeczności LGBT+ nadchodzące wybory są realnym zagrożeniem. Coraz częściej słyszę nie tylko wśród osób obywatelskich, ale i w samej Radzie, że te przegrane przez dotychczasowego prezydenta referendum to „przez tęczowe osoby”, „przez Marsz Równości”, „przez tęczową flagę na budynku urzędu”. To absurd, ale niestety politycznie wygodny. Przed Krakowem stoi realne ryzyko skrętu w prawo w Radzie i na urzędzie prezydenckim. A to może oznaczać zatrzymanie albo cofnięcie wielu progresywnych działań skierowanych także m.in. do osób LGBT+, które udało się rozpocząć.

Marsz Równości (pod nazwą Marsz Tolerancji) odbył się w Krakowie 7 maja 2004 r. Była to pierwsza tego typu manifestacja w Polsce zorganizowana poza Warszawą. Wiele środowisk konserwatywnych i prawicowych próbowało zablokować wydarzenie. Protestowały też władze Uniwersytetu Jagiellońskiego. W odpowiedzi na to wystosowano list otwarty do władz Krakowa i jego mieszkańców, pod którym podpisali się m.in. polscy nobliści: Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Marsz ostatecznie się odbył, ale uczestnicy wspominają go jako jedno z najbardziej niebezpiecznych wydarzeń LGBT+ w historii Polski. Przemarsz zaatakowały grupy pseudokibiców oraz konserwatywnych środowisk, które obrzucały uczestników jajkami, butelkami i kamieniami. Uczestnicy Marszu uciekali, chowali się w bramach. Jesteś Krakowianinem, żyjesz otwarcie od dziesięciu lat. Chyba wiele się już od 2004 r. zmieniło?

Zdecydowanie. Mamy coraz więcej miejsc LGBT-friendly, Marsze Równości – jak wspomniałeś – odbywają się od 22 lat, rozwija się Festiwal Queerowy Maj, a queerowe wydarzenia weszły do ważnych instytucji kultury. Widać też zmianę po stronie miasta – jeszcze kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić, że prezydent, wiceprezydentka albo radni będą uczestniczyć w queerowych wydarzeniach i robić to w sposób oczywisty.

Wciąż mamy jednak dużo do zrobienia. Brakuje nam chociażby hostelu interwencyjnego dla osób LGBT+. Sam chodziłem za rękę z chłopakiem i całowałem się z nim w przestrzeni publicznej, ale nie powiem, żebym czuł się z tym całkowicie bezpiecznie. Ten lęk wciąż jest we mnie. I myślę, że to najlepiej pokazuje, ile jeszcze mamy do zrobienia.

Więc tak – Kraków się zmienia, ale wciąż nie jest miejscem, w którym każda osoba LGBT+ może po prostu odetchnąć i nie myśleć o konsekwencjach bycia sobą. Po to właśnie jestem w Radzie Miasta, po to działają lokalne organizacje i po to coraz mocniej angażują się instytucje miejskie, żeby Kraków naprawdę stawał się bezpieczniejszym miejscem do życia. Zmiana już się dzieje, ale wciąż jest o co walczyć.

 

 

*******************************

Czytaj więcej o tym, co dzieje się w Krakowie: 

Informacje o organizacjach pozarządowych:  ngo.krakow.pl 
Kraków dla Równości:  www.rownosc.krakow.pl

QUEEROWY DOM EQ w Krakowie

ZADANIE PUBLICZNE FINANSOWANE ZE ŚRODKÓW MIASTA KRAKOWA 

O Krakowskim Centrum Równości z EMANUELĄ LEWANDOWSKĄ (onx/jex), osobą wiceprezesującą Zarządu Federacji Znaki Równości, rozmawia Tomasz Piotrowski

Krakowskie Centrum Równości DOM EQ powstało w 2019 r. jako wspólna siedziba lokalnych organizacji LGBTQIAP+. Właśnie przenosi się do nowego, trzykrotnie większego lokalu.

Skąd wziął się pomysł na stworzenie DOM EQ?

Do Federacji Znaki Równości należy dziś ponad dwadzieścia krakowskich organizacji równościowych, ale kiedy w 2019 r. tworzyłyśmy pierwszą wersję DOM EQ, było ich znacznie mniej. Większość nie miała własnych siedzib. Stowarzyszenia i fundacje były rejestrowane pod prywatnymi adresami osób aktywistycznych, a kiedy trzeba było się spotkać, do wyboru były jedynie kawiarnie i bary. Pierwotnym pomysłem na DOM EQ było więc stworzenie wspólnej siedziby, w której osoby aktywistyczne mogłyby się spotykać, pracować i rozwijać swoje inicjatywy. Badania i rozmowy pokazały jednak, że potrzeba czegoś więcej – bezpiecznej przestrzeni, która nie jest ani klubem, ani prywatnym mieszkaniem i w której można po prostu być. Tak powstał pierwszy DOM EQ, działający w wynajmowanym domu o powierzchni nieco ponad stu metrów kwadratowych.

 

Od lewej: Marianna Maśnik (koordynatorka DOM EQ),Łukasz Kupiec (Prezes Federacji Znaki Równości), Adam Łuczecki (Członek Zarządu FZR), Emanuela Lewandowska (Osoba Wiceprezesująca FZR), Dawid Wojtyczka (Osoba Wiceprezesująca FZR, Koordynator projektu DOM EQ 2.0) | fot. Dorota Grzegorczyk

Co można było tam robić?

Odbywały się tam m.in. bezpłatne warsztaty szycia, programowania i języków obcych, wspólne gotowanie, zajęcia rozwijające kompetencje społeczne, spotkania grupy teatralnej, klubu książki, wieczorki poetyckie czy wystawy. Działały też grupy wsparcia, między innymi dla osób transpłciowych i niebinarnych oraz rodziców osób queerowych. Miałyśmy także „wolne strefy” – nazwa powstała jako odpowiedź na „strefy wolne od LGBT”. Można było po prostu przyjść, spotkać innych ludzi, poczytać książkę z naszej społecznej biblioteki, zagrać w planszówki albo wspólnie coś ugotować. W kuchni czekała pełna lodówka, kawa i herbata. Przez sześć lat zorganizowałyśmy w DOM EQ ponad 2400 wydarzeń.

Dlaczego opuściłyście dotychczasowy budynek?

Stare okna przepuszczały zimno, instalacje wymagały wymiany, regularnie pękały rury, a czynsz rósł. Nasilały się też ataki: pojawiały się homofobiczne i transfobiczne napisy na murze, kradziono flagi, niszczono furtkę. Poza tym podczas niektórych wydarzeń frekwencja była taka, że zwyczajnie przestałyśmy się mieścić.

Jak udało się wam znaleźć nową siedzibę?

Pierwszy DOM EQ był całkowicie oddolną inicjatywą. Uznałyśmy jednak, że działamy przecież nie tylko dla samych organizacji, ale także po prostu dla mieszkanek i mieszkańców Krakowa, dlatego zaczęłyśmy rozmowy z władzami miasta. Wśród osób otwartych na współpracę był radny Grzegorz Garboliński, radny ze społeczności, angażujący się w inicjatywy na rzecz osób LGBTQIAP+ (patrz: wywiad na stronach 36–39 – przyp. red.). Stanęłyśmy do publicznego przetargu na lokal z zasobów Zarządu Budynków Komunalnych przy ul. Krakowskiej 22. Dzięki preferencyjnej stawce dla NGO za około trzysta metrów kwadratowych, a więc trzy razy więcej niż wcześniej, płacimy mniej. A znajdujemy się w centrum krakowskiego Kazimierza.

Co znajdzie się w DOM EQ 2.0?

Między innymi sala konferencyjna, przestrzeń do pracy. Będzie też kuchnia, biblioteka i minigaleria. Będziemy nadal organizować grupy wsparcia, a także bezpłatne porady prawne, pomoc psychologiczną i przeróżne wydarzenia. Wszystko to wciąż nieodpłatne. W budynku znajdzie się też kawiarnia społeczna połączona z naszym PrideShopem – sklepem z tęczowymi gadżetami i produktami stworzonymi przez queerowych artystów, który na razie działa online. Kawiarnia ma pomóc nam częściowo uniezależnić się od grantów i tworzyć miejsca pracy dla osób z naszej społeczności.

Z tego, co widziałem w waszych mediach społecznościowych, dużą część prac remontowych wykonałyście same.

Tak, by ograniczyć koszty. Ale duży remont realizowany przez miasto, obejmujący m.in. wymianę instalacji, witryn i okien, zaplanowano na koniec tego roku. Pełne otwarcie DOM EQ 2.0 planujemy dopiero na przyszły rok. Stwierdziłyśmy więc, że skoro i tak płacimy już za wynajem – trzeba jakoś skorzystać z tej przestrzeni. Pierwszą salę, która wymagała najmniej pracy, wyremontowałyśmy same, ze wsparciem niewielkiej ekipy remontowej. Pod koniec lipca oficjalnie otworzyłyśmy tzw. DOM EQ 1.5 – pierwszą wyremontowaną salę, która już służy społeczności i przyjmuje inicjatywy skierowane do osób LGBTQIAP+.

*******************************

Czytaj więcej o tym, co dzieje się w Krakowie: 

Informacje o organizacjach pozarządowych:  ngo.krakow.pl 
Kraków dla Równości:  www.rownosc.krakow.pl

Aktor Patryk Pniewski. Dlaczego i mężczyzn, i kobiety całuje z otwartymi oczami?

Z aktorem PATRYKIEM PNIEWSKIM rozmawia Piotr Grabarczyk

Patryk Pniewski (ur. 1991) ukończył studia na Wydziale Aktorskim Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. Rozpoznawalność przyniosły mu m.in. role w serialach „Pierwsza miłość”, „Barwy szczęścia”, „Zakochani po uszy” czy „Belfer”. 18 marca 2026 r. w podcaście Anny Marii Siekluckiej „P.S. I love you” powiedział o swojej biseksualności.

fot. Anken Berge

Minęło już kilka miesięcy od twojego coming outu i jestem ciekawy, pewnie jak wiele innych osob, dlaczego akurat teraz? Czy szedłeś na to nagranie podcastu Anny Marii Siekluckiej z takim nastawieniem, że te słowa padną, czy wydarzyło się to spontanicznie?

Czułem już od dłuższego czasu, że mógłbym i jestem w stanie się tym podzielić oraz wpuścić ludzi do tej sfery mojej prywatności. Nadarzyła się ku temu okazja i wyszło to bardzo spontanicznie. Na nic się nie umawialiśmy z Amą, nie wiedziałem, jakie będzie zadawała pytania – dosłownie na pięć minut przed nagraniem zapytałem, o co będzie mnie pytała i powiedziała: „Zobaczysz”. Wszystko się zadziało tu i teraz. I mam wrażenie, że dzięki temu wyszło tak naturalnie. Poza tym, jak jeździłem Blablacarem, obcy ludzie, z którymi rozmawiałem w trasie, mówili, że powinienem zacząć chodzić na podcasty i dzielić się swoim spojrzeniem na świat. Pomyślałem, że w sumie od kilku lat nie udzielałem żadnych wywiadów na temat swojego życia prywatnego, rozmawiałem tylko o kwestiach zawodowych i tak naprawdę nigdy nie udzieliłem szczerego wywiadu. Poczułem, że może teraz jest ten czas, by nie tylko bronić swoich postaci, ale i siebie.

Ale mieliście prywatnie taki „przelot”, że Anna wiedziała, że może sobie pozwolić na bardziej prywatne pytania?

Była kompletnie zaskoczona. Szkoda, że nie pokazali w tym podcaście jej miny, jak to powiedziałem. Pamiętam, że gdy to mówiłem, to chciałem się jak najbardziej skupić, bo rozpraszała mnie właśnie jej reakcja. Ale szybko się w tym odnalazła i uszanowała moje granice, była w tym bardzo ostrożna, delikatna.

Od momentu nagrania do publikacji mija trochę czasu. Miałeś jakieś wątpliwości, czy może tego nie wyciąć? Skoro wszystko zadziało się pod wpływem chwili.

Nie miałem wpływu na montaż, nie mogłem nic wyciąć. Nie miałem też takiej potrzeby.

Kiedy już doszło do publikacji, to kamień spadł ci z serca?

Ogromny kamień z serca. Jakbym zrzucił plecak z kamieniami. Czuję się teraz ze sobą o wiele, wiele lepiej. Ten, kto nie przechodzi przez podobne doświadczenie, tego nie zrozumie, nie wie, o co chodzi. Ciężko jest to wytłumaczyć. To trochę jak z fuksówką. Jeżeli sam tego nie przeszedłeś, to nie zrozumiesz, czym to jest i z czym to się je. Odbiorcy często widzą dopiero tę część, która się rozgrywa publicznie, a przecież pod spodem są lata przemyśleń, emocji i doświadczeń.

Dałeś znać bliskim, że to się wydarzy? Uprzedziłeś ich o tej publikacji?

Ostrzegłem rodziców, żeby się przygotowali, że mogą być jakieś komentarze na mój temat, których do tej pory nie było. Myślę, że to dźwignęli. Zdają sobie sprawę z tego, że mam własne życie i że nie mogę przejmować się tym, co pomyślą inni, jak odbierze nas opinia publiczna i jaki to będzie miało wpływ na mnie czy na moich bliskich. Jak wchodziłem w ten zawód, to dla mnie było w jakiś sposób oczywiste, że w przyszłości może tak, a nie inaczej się to wszystko potoczyć, bo też z tym wiąże się ta praca.

Czyli rozumiem, że jeśli chodzi o rodzinę, to kwestia twojej tożsamości seksualnej była zaopiekowana już wcześniej?

Na tyle, na ile mogłem. Poza tym wszyscy jesteśmy dorosłymi ludźmi i myślę, że mamy już ku temu narzędzia, żeby regulować swój układ nerwowy i podchodzić do tego wszystkiego na większym luzie. Zgodzisz się też chyba ze mną, że media zareagowały na mój coming out w bardzo fajny sposób i byłem trochę w szoku, jak wszyscy do tego podeszli. W pozytywnym szoku oczywiście. Nie da się nie zauważyć, że zrobiliśmy ogromny progres jako społeczeństwo i ma to też swoje odbicie w mediach. Naprawdę jestem dumny, że mogłem swoim coming outem dołożyć swoją cegiełkę do tej pozytywnej zmiany i całej dyskusji o osobach niehetero.

Z tymi mediami masz rację – coming out to nadal duży news, ale też mam wrażenie, że mniej wokoł tego sensacji i oparow skandalu.

I to jest super! Bardzo mi się podoba ten kierunek. Jestem bardzo wdzięczny, że media tak do tego podeszły. Lepszego coming outu na własnych zasadach nie mógłbym sobie wymarzyć. Mimo że nie lubię tego określenia. Wolałbym może: „stanięcie w prawdzie”, bo coming out kojarzy mi się jakoś pejoratywnie. Może przez to, że jest tak nacechowany negatywnie przez społeczeństwo. Ale jeżeli operujemy taką nomenklaturą, to luz.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Wicepremier Krzysztof Gawkowski (Nowa Lewica): Wstydzę się za prezydenta

„Wierzę w równość, tak mnie wychowano, tak ukształtował mnie Kościół. Uważam, że Pismo Święte każe nam opowiedzieć się za miłością”
– mówi wicepremier i minister cyfryzacji KRZYSZTOF GAWKOWSKI (Nowa Lewica). Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Mnisterstwo Cyfryzacji

Wetując ustawę o statusie osoby najbliższej, Karol Nawrocki mowił: „Nic, co jest quasimałżeństwem nie może liczyć na moje poparcie”. Prezydent nie zgodził się na „podważanie szczegolnego statusu małżeństwa” oraz „wprowadzenie tylnymi drzwiami związkow partnerskich”, ktore to miałyby rzeczone małżeństwo „zastąpić czy podmienić”. Przyznam, że jestem tym uzasadnieniem skonfundowany. I to na wielu płaszczyznach.

To łajdacka wypowiedź, która pokazuje brak zrozumienia dla materii tej ustawy. Prezydent zachował się jak niechluj, który nie czyta prawa – kiedy słuchałem uzasadnienia tego weta, miałem wręcz stuprocentową pewność, że Karol Nawrocki nie pokusił się o lekturę projektu. Podobno jego decyzja miała służyć „ochronie instytucji małżeństwa” – ale w jaki właściwie sposób ustawa o statusie osoby najbliższej wpływa na instytucję małżeństwa? I dlaczego umowy cywilnoprawne miałyby „zastąpić czy podmienić” śluby?

Prezydent lubi mówić o „wolności”, a potem wyrzuca do kosza rozwiązania, które miały ją zapewnić. Lubi też powoływać się na „wartości”, ale w jakie wartości godzi związek dwóch mężczyzn albo dwójki kobiet? Wszyscy mamy prawo do miłości i tworzenia relacji – sęk w tym, że duża część Polaków i Polek nie dysponuje żadną możliwością ich sformalizowania. Całkowicie nie rozumiem weta dla projektu, który dałby takim parom dostęp do informacji medycznej albo umożliwił wspólne rozliczanie podatków. Powiem wprost: wstydzę się za prezydenta. Karol Nawrocki pokazał, że nie jest reprezentantem wszystkich Polaków i Polek, a dużą część narodu wręcz demonizuje.

Może jednak z prawicą dałoby się jakoś dogadać? Tylko czy to w ogole możliwe, skoro Pałac Prezydencki nie wystosował ani jednego, merytorycznego zarzutu do ustawy, a posłowie i senatorowie PiS głosowali za odrzuceniem projektu w całości, rezygnując tym samym z możliwości zgłoszenia poprawek?

Nie będę się dogadywał z polską prawicą. Od kilkunastu lat liberałowie próbują wyjść jej naprzeciw, a efektem jest wzrost notowań Kaczyńskiego, Bosaka, Mentzena i Brauna oraz wysyp homofobii, antysemickich komentarzy i hejtu na Ukraińców. Jeśli mamy walczyć o równość, to nikt nie namówi mnie do żadnych „kompromisów”. Co więcej: uważam, że o wartości należy bić się na ringu. Zwłaszcza że mamy prezydenta pięściarza.

Wraz z wetem całkiem prysły nadzieje na inne postulaty LGBT: ustawowy zakaz terapii konwersyjnych czy legislację, ktora zapewniałaby godną, bezpieczną tranzycję. Co, jako parlament i rząd, możecie w tej sytuacji zrobić dla rowności?

Weto stanowi czytelny sygnał: Karol Nawrocki zablokuje każdą ustawę, która mogłaby pomóc queerowej społeczności. W takich warunkach Lewica musi wykorzystywać każdą, nawet najmniejszą szansę, by zawalczyć o kolejny kawałek wolności. Będę przekonywał kolegów w rządzie, by mimo wszystko wnosić równościowe projekty, a jednocześnie nie poddawać się wizji prezydenckiego weta. Kropla drąży skałę, musimy próbować do skutku i walczyć do końca.

Jedną walkę udało się wygrać, choć wcale nie było to pewne. Po wyrokach TSUE i NSA w rządzie zarysował się konflikt. Szef MSWiA Marcin Kierwiński twierdził, że transkrypcja zawartych za granicą małżeństw jednopłciowych wymaga ustawy, tymczasem kierowane przez pana Ministerstwo Cyfryzacji opowiadało się za rozporządzeniem. Ponieważ rozmowy się przeciągały, nagle ogłosiliście jego projekt, zaskakując nie tylko kolegow z rządu, ale nawet z własnej partii. Skąd właściwie tak zdecydowana reakcja?

Pewnie pana zaskoczę, ale do zdecydowanych działań pchnęły mnie wartości katolickie. Jestem osobą wierzącą, moja wiara głosi, że świat powinien być sprawiedliwy, a jego fundamentem powinna być miłość do bliźniego. Po lekturze Ewangelii uważam zresztą, że Jezus był pierwszym socjalistą: głosił przecież równość ludzi bez względu na to, w co wierzą, jakie mają poglądy i kogo kochają.

Jestem chłopakiem z wołomińskiego blokowiska, pod trzepakiem mieliśmy różne poglądy, ale choć ścieraliśmy się – czasem nawet na pięści – nie brakowało nam odwagi w mówieniu o tym, w co wierzymy. Ja wierzę w równość, tak mnie wychowano, tak ukształtował mnie Kościół. Uważam, że jego nauka (wynikająca wprost z Pisma Świętego, nie z nauczania księży– polityków) każe opowiedzieć się za miłością.

W czerwcu, a więc w Miesiącu Dumy, byłem z wizytą w Nowym Jorku, gdzie na jednej ze świątyń dostrzegłem tęczowe flagi. Pomyślałem sobie, że tu każdy może czuć się u siebie. I że chciałbym w Polsce Kościoła, w którym można otwarcie rozmawiać o orientacji psychoseksualnej. Choć jednak nasz episkopat zagrzebał się w traumach i obsesjach, żaden biskup ani pan Rydzyk nie przekonają mnie do odejścia od tego, jak ukształtowała mnie moja wiara.

Dlaczego „pan” Rydzyk, a nie „ksiądz” Rydzyk?

Nie mam do Rydzyka szacunku, uważam go za diabła polskiego Kościoła. Ostatnio na Jasnej Górze mówił on, że in vitro to „zabijanie dzieci”. Na dwa lata od uruchomienia przez rząd programu refundacji narodziło się piętnaście tysięcy obywateli i obywatelek, którym Rydzyk napluł w twarz. Dziwię się Kościołowi, że zupełnie na jego słowa nie reaguje, oczekiwałbym, że zdyscyplinuje swojego kapłana. Nie może być tak, że w najbardziej świętym miejscu Rzeczpospolitej z ambony padają kłamstwa, które w dodatku różnicują polskie dzieci na lepsze i gorsze.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Tęczowe Hollywood Małgorzaty Zajączkowskiej

Z aktorką MAŁGORZATĄ ZAJĄCZKOWSKĄ rozmawia Rafał Dajbor

fot. Marlena Bielińska (arch. Teatru 6. piętro)

Z jaką wiedzą na temat homoseksualności wyjechałaś z Polski w 1981 r., by wrocić po niemal dwudziestu latach jako aktorka, ktora zaistniała w Hollywood? Pamiętasz moment, w ktorym zetknęłaś się z nieheteronormatywnością pierwszy raz?

Pierwszego momentu nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że gdy byłam w warszawskiej PWST, z pierwszego roku wydziału aktorskiego wyleciał bardzo, moim zdaniem, zdolny chłopak – jak się potem okazało, dlatego że był gejem.

To od razu dotykamy ciekawego wątku – homofobii PWST w latach 70. XX wieku. Jadwiga Jankowska-Cieślak mowiła mi w wywiadzie dla „Repliki“, że szkoła była homofobiczna, natomiast wielu innych rozmowcow zaprzeczało tej tezie.

Z mojego punktu widzenia – była. Ten chłopak miał głos jak miód, którym fenomenalnie interpretował teksty. Ale to nie wszystko, gdyż pół roku później skreślono z listy studentów kolejnego chłopaka, z którym ten wcześniej wyrzucony miał romans. Uderzyło mnie to wtedy strasznie.

A przecież w kadrze profesorskiej były osoby nieheteronormatywne, by wspomnieć choćby twojego profesora i reżysera twojego przedstawienia dyplomowego – Jerzego Kaliszewskiego. Na pewno biseksualnego, być może homoseksualnego. Jankowska- -Cieślak mowiła, że niewiele się od niego nauczyła. Że był nudnym, starszym panem. Z kolei Jan Peszek (także w rozmowie z „Repliką“) przyznał, że wszystko, co najlepsze w swoim aktorstwie, zawdzięcza profesorowi Kaliszewskiemu. Do kogo ci bliżej?

W okresie studiów – do Jankowskiej- -Cieślak. Dziś zdecydowanie do Peszka i jak będę miała spotkanie z Jankiem, to z nim nawet o tym porozmawiam. Trochę się profesora Kaliszewskiego bałam, trochę go nie lubiłam, a trochę mnie denerwował. Wiele nam opowiadał, ale trzymał duży dystans. Był jakby za ścianą. Oglądając nasze sceny, robił dziwne miny, dziwne gesty. Im dłużej jestem w zawodzie, tym bardziej profesora Kaliszewskiego doceniam. On uczył rzemiosła. Fachu. To właśnie profesor Kaliszewski nauczył mnie podstawowej rzeczy – że jeśli sobie z jakąś rolą nie radzę, bo mi nie leży emocjonalnie, a z jakiegoś powodu muszę ją zagrać, to rzemiosło mi pomoże. Mówiło się w szkole o jego homoseksualności, ale nas to specjalnie nie zajmowało. A wobec chłopaków zachowywał się zawsze bez żadnych podtekstów, był wobec nich zdystansowany, jak wobec wszystkich.

W PWST byłaś na bardzo ciekawym roku – twoimi koleżankami były m.in. Joanna Pacuła i Liliana Głąbczyńska, czyli, tak samo jak ty, aktorki, ktore zrobiły kariery na drugiej połkuli. Przy czym losy każdej z was toczą się dziś inaczej. Pacuła mieszka i pracuje w USA, Głąbczyńska dzieli swoj talent między Polskę a Kanadę, ty wrociłaś na stałe do Polski.

Czasem jeżdżę do USA i nawet kilka lat temu zagrałam jedną z dwóch głównych ról, obok Karen Gillan, w filmie „Late Bloomers”, w Polsce miał on chyba tytuł „Lepiej późno niż wcale”. Reżyserka tego filmu szukała aktorki mówiącej dobrze polsku i ktoś tam sobie o mnie przypomniał. A do Polski wróciłam w 1999 r. Po rozwodzie zostałam sama z synem, no i po pierwszym okresie wielkiego podekscytowania faktem, że oto ja, polska aktorka, gram z największymi gwiazdami kina, zaczęłam mieć dość słuchania, że w tej czy tej roli byłabym super, tylko nie z tym akcentem

A dlaczego wyjechałaś z Polski?

To jest bardzo ciekawe zagadnienie, bo wcześniej w ogóle nie myślałam o żadnej emigracji, a już na pewno nie o graniu w Hollywood. W 1981 r. Joaśka Pacuła wyjechała do Francji i wydzwaniała do mnie, żebym do niej przyjechała. Byłam wtedy aktorką Teatru Narodowego i poszłam do dyrektora Adama Hanuszkiewicza, który miał taką zasadę, że jak było wszystko w porządku, mówił do mnie „mała”, a jak miał pretensje – „proszę pani”. Powiedział: „Proszę pani, pani chyba zwariowała. Pani gra we wszystkich spektaklach”. No ale jak to w teatrze – tu ktoś złamał nogę, tu ktoś zachorował i nagle zrobiło mi się łącznie dziewięć wolnych dni. Poleciałam do Paryża. A cztery dni później wybuchł stan wojenny. I nie było jak wrócić. W Paryżu poznałam mojego przyszłego męża, też Polaka. On marzył o wyjechaniu do USA. A że byłam zakochana, to myślałam na zasadzie „wszystko jedno gdzie, byle z nim”. Tak, po dwóch i pół roku we Francji, znalazłam się w Ameryce.

We Francji zagrałaś w kilku filmach, znajdowałaś się w bardzo ciekawym polonijnym kręgu, w ktorym byli m.in. Joanna Pacuła, Ewa Sałacka, Eugeniusz Priwieziencew, Włodzimierz Press. Poznałaś tam gejow?

Polskich artystów we Francji było wtedy więcej. Agnieszka Holland, Boguś Linda, Krzysiek Krauze, Daniel Olbrychski… Oczywiście, że poznałam wtedy całe mnóstwo osób homoseksualnych. W towarzystwie, w którym się obracałam, byli geje, o których wiadomo było, że są parą i na nikim tam nie robiło to wrażenia. Było to normalne. I na mnie także nie. Wychowywali mnie dziadkowie, dla których w ogóle nie istniała kwestia gejowska, żydowska… Liczył się człowiek. Jedyni ludzie, których dziadkowie nie tolerowali, to była ubecja. Mam dziś przyjaciół gejów, którzy potrafią powiedzieć do mnie o kimś: „nie mogę patrzeć na tę ciotę”. Wiedzą, że ja wiem, co chcą przez to powiedzieć, że to tak, jakbym ja powiedziała o kimś „nie mogę patrzeć na tego chuja”. Mam tylko jeden problem – gdy gej ma żonę, żona nic nie wie o jego drugim życiu, a on ją oszukuje. Znam geja, który jest fantastycznym ojcem. Jego przyjaciółka chciała mieć dziecko. On chciał mieć dziecko. Żyją na dwa domy i wychowują swojego syna wspaniale. Ale tu wszystko było uczciwie dogadane, jasne od początku do końca. A przy tym nie oczekuję od nikogo, że zrobi coming out, że będzie o tym opowiadał. Wiem, że wielu gejów nie ujawnia się, by nie „stracić” rodziców, bliskich. Nie można od nikogo wymagać heroizmu.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Reżyser Oskar Sadowski i jego queerowy film „Pieśń o nocy”

Z OSKAREM SADOWSKIM, reżyserem queerowego filmu krótkometrażowego „Pieśń o nocy” wyróżnionego na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym, rozmawia Mariusz Kurc

fot. Tomasz Janus

Najpierw była orgia

Tak. To było kilka lat temu. Tam poznałem chłopaka, który opowiedział mi, że gdy miał dziewiętnaście lat, kierował nim tak silny popęd seksualny, że był gotów na erotyczne doświadczenie niemal z każdym. Zapytałem, co ma na myśli. Powiedział, że na Romeo.com odezwała się do niego kobieta z pytaniem, czy za pieniądze spotkałby się z jej mężem, starszym mężczyzną. Zgodził się. Na miejscu okazało się, że ten mężczyzna jest terminalnie chory. Ale spotkanie potoczyło się inaczej, niż się spodziewał. Ta historia zaczęła we mnie pracować.

Od razu wiedziałeś, że to jest punkt wyjścia do scenariusza filmu „Pieśń o nocy”?

Tak, poczułem, że to będzie idealna historia na film krótkometrażowy. Jeden wieczór, który opowiem w trzydzieści minut. Na początku fascynował mnie przede wszystkim ten chłopak. Było w nim coś mrocznego, niepokojącego. Z czasem jednak coraz bardziej przyciągała mnie historia tego małżeństwa, ich nieoczywista tragedia.

Usłyszałeś od tego chłopaka, że ten pan nigdy nie uprawiał seksu z facetem?

Usłyszałem, że nigdy nie uprawiał seksu analnego. Czy był kryptogejem? Nie wiem.

Tamta opowieść była tylko inspiracją, impulsem do startu budowania naszej opowieści. Poszedłem w stronę, która mnie interesowała – analizy człowieka, który nie jest w stanie żyć w zgodzie z własną prawdą, z własną orientacją seksualną.

Ten temat jest ci bliski, bo masz podobne doświadczenie?

Akurat z ukrywaniem homoseksualności nie mam doświadczeń, ale każdy ma swoje tajemnice. Myślę, że problem narzuconych ram przez wychowanie, społeczeństwo i jego uprzedzenia, ale też nasze przeżyte traumy, autocenzura i nabyte przekonania często nie pozwalają nam być w pełni sobą. Być tym, kim tak naprawdę chcielibyśmy być, kim gdzieś naprawdę w środku jesteśmy, ale mamy jakiś lęk, który nas przed tym powstrzymuje. Myślę, że wiele osób może się w tym odnaleźć.

  1. Więc skupmy się na homoseksualności. Sam mam za sobą lata siedzenia w szafie. Ty jesteś dużo młodszy, ale serio nie masz takich doświadczeń?

Pierwszy raz wyoutowałem się przed rodzicami w wieku pięciu lat.

Żartujesz.

Nie. Wróciłem z przedszkola i powiedziałem, że zakochałem się w koledze z grupy.

Co oni na to?

Tata powiedział, że mogą z tego być straszne choroby. Podejrzewam, że miał na myśli AIDS i jakiś strach o swoje dziecko. To były lata 90. Zapytałem, czy da się te choroby wyleczyć rosołem, bo dziadek mówił, że wszystko można wyleczyć rosołem. Ale generalnie, oczywiście, oboje to zbagatelizowali. Potem przez jakiś czas myślałem, że za seks idzie się do więzienia, tak powiedziała mi koleżanka na podwórku; na trzepaku mówiąc dokładniej. Nie chodziło o gejowski seks, tylko w ogóle o seks. Miałem, jak to się mówi, trudne dzieciństwo. Jestem teraz w terapii traum EMDR. Kiedy wydarzały się trudne sytuacje, oglądałem je jak film – jakby one nie mnie się przydarzały. Raniły za mocno – psychika wytworzyła więc obronny mechanizm odcięcia się od emocji. Nie mogę powiedzieć, że jestem wdzięczny za traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, ale myślę, że dzięki nim rozwinęła się w moim mózgu cała kreatywna część. I pewnie dlatego mam tę silną potrzebę, ale też łatwość tworzenia. Bo właśnie wyobraźnia była tym wentylem i miejscem ucieczki od tego, co działo się w rzeczywistości.

Ale z samym faktem, że jesteś gejem, nie miałeś problemu, tak? Czy jednak miałeś?

Miałem i nie miałem. Tamten coming out w wieku pięciu lat rodzice, jak już mówiłem, puścili w niepamięć. Tak naprawdę o mojej orientacji rodzice dowiedzieli się, gdy miałem trzynaście lat, mama odkryła, że mam konto na Fellow.pl (polska gejowska aplikacja randkowa popularna przed pojawieniem się Grindra – przyp. red.). Rok wcześniej zabrałem tatę do kina na „Tajemnicę Brokeback Mountain”. Nie domyślił się, co kryło się za tym zaproszeniem.

Nie!?

No nie, naprawdę.

Może nie chciał albo nie umiał stawić temu czoła?

Może. tego, co pamiętam, zapytał mnie po seansie, dlaczego akurat ten film jest dla mnie tak ważny. Nie opowiedziałem całej prawdy.

A mama?

Po moim właściwym coming oucie nie układało mi się z mamą. Rodzice byli już wtedy po rozwodzie. Mieszkałem z nią, a ona obawiała się, że będę spotykał się ze starszymi mężczyznami. Nie były to zresztą obawy całkowicie bezpodstawne. Nakładała więc na mnie coraz więcej ograniczeń – między innymi nie pozwalała mi wychodzić z domu po szkole, więc wymykałem się. Sytuacja między nami stawała się coraz bardziej napięta. W końcu przeprowadziłem się do taty, a mama uznała, że uciekłem z domu – zresztą nie po raz pierwszy. Zgłosiła moje zaginięcie na policję. O tym, gdzie ostatecznie będę mieszkał – z mamą, z tatą czy w ośrodku – miał zadecydować sąd. Sędzia wiedziała, że jestem gejem. Do czasu rozprawy skierowała mnie do szpitala psychiatrycznego.

Boże! Na jak długo?

Na miesiąc.

Myślisz, że homofobia grała rolę w tej decyzji sędzi?

Sam nie wiem, homofobia albo głęboka nieświadomość i pokrętna troska o moje bezpieczeństwo. Mogłem zostać przecież przeniesiony do babci czy ciotki, jednak to moja orientacja była powodem wyboru szpitala psychiatrycznego. Sąd stwierdził, że będzie to najbezpieczniejsze miejsce dla mnie. Paradoksalnie doszło tam do sytuacji, w której prawie straciłem życie – zostałem pobity przez jednego z pacjentów. Powodem nie było moje gejostwo, a podejrzenie podrywania jego dziewczyny, gdyż poprosiłem ją o pożyczenie prostownicy do włosów, miałem wtedy grzywkę. (śmiech) Zostałem też wyrzucony z gimnazjum – za bycie gejem.  

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Dana Vitkovska, transpłciowa voguerka z Ukrainy

Z DANĄ VITKOVSKĄ, transpłctową tancerką i performerką specjalizującą się w voguingu, bohaterką filmu dokumentalnego „Ciało wojny” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, rozmawia Angela Getler

fot. Mateusz Jaskot

Jak się czujesz kilka miesięcy od premiery filmu?

Już jest dobrze. Było to dla mnie bardzo dużym przeżyciem.

Jakie emocje ci towarzyszyły?

Ekscytacja, że mogę być częścią takiego dużego projektu z takimi nazwiskami. Jako artystka oraz jako aktywistka i osoba z Ukrainy. Ale też przerażenie, bo wiedziałam, że to będzie film, który wygeneruje różne opinie. Komuś może bardzo się spodobać, komuś nie. Podzieliłam się bardzo prywatną częścią mojego życia i bałam się, że nie będę mogła się od tego zdystansować.

Dlaczego zostałaś zaangażowana do tego filmu?

Film jest opowieścią o ciałach z perspektywy wojny. Są w nim trzy historie – o żołnierzach, którzy stracili kończyny, o kolektywie artystycznym Open Group, robiącym wystawy na tematy polityczne, oraz o mnie, jako queerowej artystce mieszkającej w Warszawie. Myślę, że zostałam zaproszona do udziału, by dodać kontrastu bardzo mrocznym i tragicznym obrazom wojny w Ukrainie, ale też, by spojrzeć na nią pod innym kątem.

Kiedy tu przyjechałaś?

Osiem lat temu, a moja mama przyjechała dwa lata wcześniej. Gdy w 2014 r. zaczęła się wojna na Krymie i wschodzie kraju, ona wiedziała, że wszystko szybko się nie skończy. Myślała naprzód. Okazało się, że mamy polskie pochodzenie i że to najłatwiejsza droga do emigracji z Ukrainy. Gdy skończyłam szkołę w Ukrainie, przeprowadziłam się i ja. Najpierw zamieszkałam we Wrocławiu, ale zupełnie nie mogłam tam się odnaleźć. W międzyczasie spotkałam tancerkę i performerkę Bożnę Wydrowska. Zaczęła angażować mnie do różnych artystycznych projektów i wspólnych warsztatów voguingu w Warszawie. Zaprzyjaźniłyśmy się. Poznałam przez to też wielu ludzi, zaczęłam mieć różnych znajomych. Po roku po prostu się tu przeniosłam.

Co się dalej działo?

Moim celem było pójście na studia, co było mi też potrzebne w staraniach o polskie obywatelstwo. Dostałam się na dziennikarstwo kulturowe. Na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Zaczęłam studia jeszcze przed tranzycją, a skończyłam już jako ja, Dana. Myślałam, że będzie gorzej, ale okazało się, że nawet większość wykładających księży była bardzo spoko. Na dodatek pracę dyplomową napisałam o kulturze ballroomu, czyli kulturze osób queerowych, transpłciowych, Czarnych, w tym trans kobiet z Nowego Jorku.

Jak komisja egzaminacyjna przyjęła taki temat?

Moja promotorka jest bardzo postępowa i była otwarta, ale był taki moment, że ksiądz prodziekan chciał zmusić egzaminatorów do misgenderowania mnie. Mieli się do mnie zwracać tak, jak mam w dokumentach. Jak mnie jednak zobaczyli na żywo, stwierdzili, że to nie ma sensu. I nawet ten ksiądz wtedy już po prostu zwracał się do mnie bezosobowo.

Czemu nie zmieniłaś danych przed obroną?

Bo musiałabym jechać do Ukrainy. Przez ambasadę się nie da, bo tam nie załatwiają żadnych dokumentów osobom z męskim oznaczeniem płci. Chcą, żeby wróciły, by wcielić je do wojska. Z ich strony mam związane ręce. Na razie więc czekam na polskie obywatelstwo. Prawie rok trwało, by złożyć do urzędu cały pakiet dokumentów. Gdy dostanę obywatelstwo, to wtedy będę mogła formalnie zmienić imię i oznaczenie płci. Mieszkam w Polsce już osiem lat, tutaj jest całe moje życie. Chcę przejść przez ten cały proces tutaj, ponieważ mam wsparcie. Do Ukrainy nie wrócę, bo jeśli nie wcielą mnie do wojska, to zrobią coś innego.

Co takiego?

Czytałam o trans kobiecie, która na początku wojny próbowała wyjechać z Ukrainy. Miała już zmienione wszystkie dane, ale w systemie zobaczyli, że kiedyś było inaczej i jej nie wypuścili  

Z Kraju. Jeśli tam pojadę, to dopiero jako Polka.

Skąd jesteś?  

Z Krzemieńczuka, w samym centrum Ukrainy. Tam jest o wiele „grubiej” niż tutaj.

Czyli jak?

Jest o wiele gorzej pod względem homofobii, transfobii i w ogóle queerfobii. Wydaje mi się, że jakbym zaczęła tam tranzycję, to chyba przez pierwszy rok wychodziłabym nie z domu, póki nie miałabym większego passingu. Choć wydaje mi się, że to się zmienia wszędzie i w Polsce dziesięć lat temu pewnie też było gorzej niż teraz. Tu jednak znalazłam swoje bezpieczne przestrzenie, przyjaznych ludzi i zaczęłam zgłębiać siebie przez bale czy queerowe imprezy.

Jak ten proces akceptacji własnej tożsamości u ciebie wyglądał?

W Ukrainie nie ma żadnej świadomości na temat transpłciowości. Gdy dorastałam, nie wiedziałam, co to jest. Nawet tutaj zajęło mi trochę czasu, by zrozumieć siebie i to był bardzo długi proces. A przecież tkwiłam już w kulturze ballroomu, która została stworzona przez Czarne trans kobiety. One były bardziej inspiracjami tanecznymi, ale wydaje mi się, że znając ich historie z lat 80. i 90., miałam z tyłu głowy, że transpłciowość…, że to jest bardzo trudne. Bałam się bycia transpłciową kobietą, bo wydawało mi się, że to najgorsze, co może się wydarzyć.

Co było w ich historiach przerażającego?

Przemoc, dyskryminacja, wykluczenie. Bałam się, że i mnie to spotka. Potem zrozumiałam, że czasy się zmieniają i jest w tym też bardzo dużo piękna.

Jak więc się postrzegałaś w młodości?

Namiastki były od dzieciństwa, ale myślałam, że to wszystko jest powiązane z orientacją seksualną. Gdy zaczęłam odkrywać siebie na queerowych imprezach i wyrażać się coraz bardziej kobieco, zaczęło to przechodzić w życie codzienne. By zrobić „pazy”, depilację albo ubrać się bardziej kobieco. Zrozumiałam, że bardzo dobrze czuję się w kobiecej ekspresji. Moja terapeutka powiedziała mi: „Pojedź tam, gdzie czujesz się bezpiecznie i po prostu spróbuj wyrażać się tak kobieco nie tylko na imprezach, ale przez cały dzień”. Gdy byłam w samolocie do Madrytu, to zaczęłam płakać. Dotarło do mnie, że nawet nie potrzebuję tej podróży, bo i tak już wszystko wiem. Jak wróciłam, to zaczęłam tranzycję. 

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Hubert Buda, reżyser serialowy, transpłciowy mężczyzna

Z HUBERTEM BUDĄ, transpłciowym mężczyzną, reżyserem seriali „Dzielnica strachu”, „Pierwsza miłość”, „Sprawiedliwi. Wydział kryminalny”, członkiem zarządu Koła Reżyserów Stowarzyszenia Filmowców Polskich oraz Związku Zawodowego Filmowców rozmawia Angela Getler

fot. Paweł Jakubek

Jak zostałeś reżyserem?

Na początku były inne prace niż reżyseria. Studiowałem produkcję w Szkole Filmowej w Łodzi, skąd pochodzę, i pracowałem w pionie produkcji. Później doszkoliłem się z reżyserii i sztuki operatorskiej w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie i postanowiłem rzucić produkcję na rzecz reżyserii.

Początki były trudne?

Zacząłem zupełnie od zera, czyli od funkcji asystenckiej, potem jako drugi reżyser i w pewnym momencie nadarzyła się okazja, by reżyserować. Skorzystałem z niej. To był serial paradokumentalny „Sprawiedliwi. Wydział Kryminalny” robiony we Wrocławiu. Przez dłuższy czas jeździłem tam, równocześnie będąc drugim reżyserem przy innych projektach. Wcześniej bywałem też montażystą, asystentem technicznym, a przez krótki okres także kierowcą. Żeby móc się utrzymać, gdy nie było dość zleceń reżyserskich, chwytałem się wszystkiego. Nie pracowałem jednak poza ulubioną branżą filmową, co uważam za sukces.

Jaki projekt teraz realizujesz?

Cały czas siedzę w różnych gatunkach serialowych i całkiem dobrze się w tym czuję. Bardzo lubię być na planie. Mam mniej serca do innych zadań reżysera, więc nie zrobiłem dotychczas pełnometrażowego filmu fabularnego. To wymaga dużo więcej pracy poza planem, mocno związanej z produkcją.

Obecnie mam przerwę po „Dzielnicy strachu” i szykuję się do telenoweli „Zaraz wracam” produkowanej na zlecenie TVP. Praca przy realizacji tego typu projektów jest często traktowana jak rzemiosło, a nie coś, przy czym można się artystycznie wyżyć. Natomiast ja uważam, że wszędzie można. Im więcej serca i pracy w to włożę, im będę chciał stworzyć coś lepszego, tym mocniej będę mógł wpływać na kształtowanie odbiorców i odbiorczyń oraz ich oczekiwań wobec dostarczanych im treści.

Co ci się tak podoba w byciu na planie?

Zazwyczaj atmosfera. Trafiałem na świetne ekipy, z którymi przyszło mi pracować. Ludzi, zaangażowanych, którym się chce. Podoba mi się, że razem tworzymy coś fajnego i że wszyscy gramy do jednej bramki. Mam swoją interpretację tego, co zaproponowali scenarzyści, scenarzystki i mam możliwość współpracy nad tym z operatorem lub operatorką oraz aktorkami, aktorami i innymi osobami. Bardzo podoba mi się ta twórcza wymiana.

Czym się w zasadzie zajmuje reżyser? Opowiesz trochę?

Z jednej strony to jest rodzaj przetwarzania jakiejś historii w obrazy, postacie, emocje i relacje. Z drugiej, to interpretacja rzeczywistości i tego, jak ja widzę schematy, które społecznie funkcjonują. Na przykład decyduję, na ile dana postać miałaby funkcjonować w stereotypie, a na ile go przełamać.

To jest współpraca między reżyserem i całą ekipą. Do tego dochodzą rekwizyty i pomieszczenie, w jakim postać funkcjonuje oraz odpowiedni kostium, fryzura – czy ktoś jest ogolony, czy nie. Drobne szczegóły, które nie są w pełni rejestrowane przez widzki czy widzów, natomiast składają się na obraz, który podświadomie odczuwamy. Ważne też, jak się tę postać umieści się między innych bohaterów, bohaterki i ich relacje.

Czy jest scena, ktorej reżyserowanie szczegolnie zapadło ci w pamięć?

Bardziej są to momenty, gdy widzę, że z danym aktorem czy aktorką jestem już na etapie, gdzie bardzo szybko łapiemy, o co nam nawzajem chodzi. Na przykład scena, w której była aferka między dziewczyną, nazwijmy ją Anią, a jej ciocią. Ania została przez ciocię zmanipulowana i miała wyrazić swój gniew. Próbowaliśmy raz, drugi i ciągle coś było w tym sztucznego, a nie takiego soczystego, prawdziwego, z wnętrza. W pewnym momencie aktorka grająca Anię powiedziała swój tekst, wykonała ruchy, które miała wykonać, ale dodatkowo zaimprowizowała i rzuciła trzymanymi dokumentami. To było tak organiczne, że z aktorką oboje spojrzeliśmy po sobie i wiedzieliśmy, że to jest dokładnie ta reakcja, której brakowało tej postaci. Lubię pracować z dużo starszymi aktorami i aktorkami. To była inna szkoła grania i funkcjonowania na planie. Te osoby mają niesamowicie dużo cierpliwości, ale też potrafią oddzielić rolę od siebie jako człowieka. Nie potrzebują pozostawać non stop w postaci, tylko mogą z niej wyjść, spokojnie funkcjonować i potem w nią z powrotem wejść. To dla mnie ważne, bo mam czasem dylemat, na ile mogę o coś prosić aktorkę, aktora, jeżeli ci mocno się angażują i wychodzenie z roli zdaje się trudnym procesem. Może to niemoje zadanie, ale w idealnym świecie chciałbym tego człowieka jak najmniej obciążać emocjonalnie.

Zdarzyło ci się, że scena przytłoczyła aktora?

Tak. Aktor miał grać nieboszczyka. Była specjalna kapsuła. W scenie przyjeżdża karawan z grabarzami, którzy zabierają denata. Aktor miał być zamknięty w kapsule i wsunięty do karawanu. W momencie, jak zobaczył tę kapsułę, odezwał się w nim taki lęk, że nie dał rady tego zagrać. Bardzo cenię, że to powiedział i nie przekraczał swoich granic na siłę.

Co zrobiliście?

Są różne sposoby, żeby od tego uciec. Nakręciliśmy wkładanie zamkniętej kapsuły do karawanu oraz scenę, jak on wcześniej leży w worku, który właśnie był zasuwany. Reszta była kwestią montażu.

Miałem też aktora, który miał kłopot, żeby się położyć w trumnie na katafalku. Skupiłem się z nim na tym, czy da się oswoić. Sam też położyłem się do tej trumny. Ale on wiedział, że ma możliwość decyzji, czy na to pójdzie, czy nie. Skończyło się tak, że położył się do trumny, ale ujęcie przykrywania wieka kręciliśmy już bez niego w środku.

Na jakim etapie swojej drogi przeszedłeś tranzycję?

Mam 45 lat i stało się to dopiero kilka lat temu. Więc na takim etapie, kiedy już pracowałem jako reżyser i znałem trochę osób z tej branży, a życie zdawało się dość poukładane.

Czy miałeś trudności ze zrobieniem coming outu?

Bałem się reakcji. Wiem, że są osoby, które w momencie tranzycji decydują się zmienić nie tylko imię, ale także nazwisko i całe otoczenie po to, żeby nie musieć się tłumaczyć. Ja tak bardzo kocham reżyserować i cały ten filmowy świat, iż nie wyobrażałem sobie, że mógłbym od tego uciec i pracować inaczej. Wiedziałem, że to będzie wymagające, by się zmierzyć z tym, że wszyscy będą wiedzieć o mojej tranzycji. Nie wiem, co w swoich głowach tak naprawdę myślą, ale na zewnątrz wszystko wydaje się okej. Cieszę się więc z tego, co widzę i już.

A jak było z twoimi bliskimi?

Dawno temu miałem wrażenie, że w jakiś sposób oszukuję moich rodziców. Nie lubię kłamać i to był bardziej mój problem, niż cokolwiek innego. Zanim się im wyoutowałem po raz pierwszy jako lesbijka, było to powodem dużych napięć między nami.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.