Wolność dla seksualności!

O spektaklach „Klątwa” i „Bóg w dom”, o filmach „Moonlight” i „Manchester by the Sea”, o nacjonalizmie i o maskach oraz o jej własnej nieheteronormatywności z prof. Krystyną Duniec rozmawia Marta Konarzewska

 

foto: Adam Gut

 

Za nami Oscar dla wrażliwego na krzyżową dyskryminację filmu „Moonlight”, premiera posthumanistycznego „Pokotu”, afera wokół antykościelnego spektaklu „Klątwa” i zamieszanie wokół wypowiedzi Roberta Biedronia o „polityku, który głaszcze koty” utrzymanej w polityce bezpiecznego outingu. Co teraz dzieje się w ciele społecznym i jak rezonuje sztuka? Co jest najważniejsze, o czym trzeba rozmawiać?

Och, to jest pytanie, jak o ludzkość… Żyjemy w strasznie skomplikowanej rzeczywistości, dzieje się mnóstwo na każdym planie. Ale gdy słyszę: „Co jest najważniejsze?”, odpowiadam: wolność. Bo dzisiaj właśnie wolność (zarówno od jak i do) jest nam odbierana. Zwłaszcza, kiedy w naszym kraju, „społeczeństwie ryzyka”, jak oceniłby Urlich Beck, rozwija się metodologiczny nacjonalizm. W takim kraju trudno o wolność w społecznym, jak i w prywatnym życiu. Trudno jest rodzić kobietom, kiedy mogą i chcą, trudno jest kochać, kogo się chce, wierzyć, w co się chce, badać, tak jak się chce, trudno prowadzić dialog nie binarny (my-oni), tylko polifoniczny. Trudno o pluralizm na każdym polu.

Nacjonalizm metodologiczny?

Taki, który koncentruje się na roli państwa konstytuowanego przez władzę, terytorium i rdzennej narodowości ludzi, którzy je zamieszkują, nacjonalizm nie toleruje wszelkiej transnarodowości. Pozwolić człowiekowi żyć, a nie kazać żyć wedle twardych narzucanych z góry, katolickich w duchu wartości, zostawić wybór celu, sensu i sposobów samorealizacji etc. życia, a nie narzucać mu z góry – taka ideologia jest mu obca.

(pauza)

Ostatnio obejrzałam spektakl Katarzyny Szyngiery „Bóg w dom” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Paradokumentalny, bo twórcy wyjechali do Francji i Belgii, gdzie przeprowadzili szereg rozmów dotyczących islamu. Zadawali tam pytania muzułmanom, jak i rodowitym Francuzom i Belgom o stosunek do dżihadu, o ich lęk przed terroryzmem i skonfrontowali odpowiedzi ze stosunkiem Polaków do muzułmanów. Mowa nienawiści skierowana do Innych przez tych, którzy są blisko zagrożenia terrorystycznego, jest minimalna w porównaniu do wypowiedzi Polaków, którzy są daleko. To, co pada ze sceny (a jest to język wzięty z realu) nie pozwala myśleć, że „Zagłada się skończyła“. „Jak się Europejczycy wkurwią, to będzie drugie Auschwitz” – słyszymy. Polski język jest skrajnie ksenofobiczny, rasistowski, faszystowski.

Parę lat temu mówiło się o tym, że figurę „Żyda” – obcego-który-zabiera-przestrzeń, który zagraża, zastąpiła figura „homoseksualisty“. Ale dziś już nie chodzi o figury, a o realne życie. Przed uchodźcami naprawdę zamykamy granice. Realne, nie symboliczne. Wolimy, by ich zabijano. Byle nie nas?

Zgadzam się z Judith Butler, że tym, co wyznacza dziś wszystkie normy etyczne, wszelkie kwalifikatory i konstatacje etyczne, jest cielesne istnienie. Bo właśnie ono jest dzisiaj zagrożone w swoich prawach do wolności i człowieczeństwa. Idzie dziś o to, aby odwrócić spojrzenie, męskie, klasowe, zdystansowane, zachodnie na zmarginalizowane, opresjonowane, niezgodne z dominującym punktem widzenia. Wtedy nie będzie się grodzić, zamykać granic, a łączyć. A przecież tylko ludzka solidarność i empatia mogą uchronić świat od ogólnej katastrofy.

Czyli ludzkie życie?

Ludzkie i nie ludzkie. Życie.

Czyli Życie, o jakie w słusznej histerii dopomina się bohaterka „Pokotu“?

Tak. Butler ma rację, kiedy wskazuje kruchość i prekarność, czyli bezbronność cielesnego istnienia jako główne kategorie opisu współczesnej kondycji egzystencjalnej. Świat, który czuje się dziś zagrożony i najbardziej ceni poczucie bezpieczeństwa, reaguje bowiem agresją na wszelkich Innych.

Jak np. lesbijka, która boi się „muzułmańskich gwałcicieli”?

Boi się, jak każda kobieta, wszelkich gwałcicieli. Nie wiem, czy wyróżniałabym w tym wypadku orientację seksualną i pochodzenie etniczne. Kobiety teraz w Polsce walczą z państwem o swoje ciało i własną wolność. Ważne, żeby bez podziałów.

Widziała pani „Moonlight”? Jenkins proponuje nową kondycję bohatera. Kruchego. Zanurzonego w tym właśnie Butlerowskim istnieniu cielesnym, o którym pani mówi. „Nie siedź tyłem do drzwi” – mówi Juan do Małego. Życie jest kruche, uważaj.

„Moonlight” to przekaz, że wszyscy jesteśmy czarni i LGBT, tylko niektórzy są tego świadomi, inni to wypierają. To oddolna, choć myślałam o Robercie Mapplethorpie, kiedy oglądałam ten film, opowieść o miłości i potencjale porażki życia na marginesie, o tym, że choć beznadziei świata nie da się zmienić, to można i trzeba próbować ją rozsadzać. Niedawno widziałam „Manchester by the Sea“, który także o tym mówi. Lee Chandler po rodzinnej tragedii nakłada maskę katatonika, ożywiającego się w przemijających aktach agresji, pobudzającej go do życia i rozładowującej ból istnienia, ale zrzuca ją raz po raz, pokazując, że może się jeszcze odgrzebie do życia. Żona Lee, która go porzuciła, bo nie uniosła nieszczęścia, które się im przydarzyło, kocha go nadal, mimo innego już partnera. Zaczyna rozumieć, co naprawdę się im się wydarzyło. Nie mogą się porozumieć, nie znajdują języka, żeby sobie wybaczyć, ale może znajdą.

Maska, niewyrażalna miłość – brzmi znajomo, brzmi bardzo… LGBT

A mnie się wydaje, że mówienie o ludziach LGBT, którzy żyją w masce…

… że jest czasem konieczna…

…sytuuje środowisko LGBT po stronie wykluczonych. Widać przecież jak płynna jest seksualność ludzka, choć tak trudno to przyjąć do wiadomości. Może czas już zamienić LGBT na rzecz FFS, Freedom for Sexuality, przecież wszyscy jesteśmy transgender, każdy jest biseksualny, choć normatywny porządek kulturowy to odrzuca. Raz kobieta kocha kobietę, raz mężczyznę, raz mężczyzna mężczyznę, raz kobietę. Nie musi tak być, ale może. Opresywny habitus wyznacza role, pozostaje go w znoju przekształcać w stronę wolności wyborów. Kryterium etycznym ludzkiego życia, wystarczająco surowym, jest niewyrządzanie swoimi wyborami krzywdy innym.

Wiele osób mnie poprawia, kiedy mówię podobnie, słyszę: jak jesteś bi, to sobie bądź, ja nie jestem!

Wszyscy zakładamy maski, budujemy personę, żyjąc w skomplikowanym systemie adaptacji ze światem. Wszyscy czujemy się czasem odrzuceni, opresjonowani. Wszyscy o sobie jakoś kłamią. Takie wypowiedzi jak wypowiedź Biedronia, że głaszczący koty jest gejem, wynika z desperackiej bezradności wobec publicznego zakłamania! Zofia Nałkowska ma słuszność, pisząc w „Wężach i różach”, że to wybór maski, którą się zakłada, a nie to, co w człowieku siedzi nigdy nierozpoznawalne, najbardziej odkrywa, kim jest człowiek. W czasie wojny maskę heteronormatywności nosili ci, którzy choć sami homoseksualni, zamykali sobie podobnych w obozach koncentracyjnych.

Maska, wizerunek, oryginalność własnego „ja” to istotny temat w pani badaniach. Nie tylko pani o tym pisze, ale i sprawdza na sobie. W performansie „Działania na O/sobie“ pozwoliła pani na głęboką ingerencję nie tylko w swój wizerunek, czy maskę, ale i w swoją cielesność.

Tak, poddałam w nim swój własny wizerunek dekonstrukcji, wykonując nieznane mi wcześniej polecenia rozmaitych ludzi, z którymi łączyły mnie różnego rodzaju relacje. Charakteryzowano mnie na różne sposoby, zakładano peruki, malowano, całowano, śpiewałam itd. A potem sfilmowany performans, przyjmując postawę postpoznawczą, badawczo zanalizowałam. Ten komentarz miał charakter afektywny i zarazem naukowy, równouprawniając tym samym badawczy i „artystyczny” dyskurs, jeśli idzie o budowanie wiedzy o świecie. Konkluzja prowadziła do stwierdzenia, że ludzki wizerunek sytuuje się zawsze między kopią a oryginałem, zawsze jest zapośredniczony w habitusie, zawsze przekształcany przez ludzkie spojrzenia i odbiory innych, a wszystko razem tworzy jakiś obraz mentalnego pola społecznego. Wizerunek to taki paradoksalny, mobilny artefakt. Istotne jest to, że ten eksperyment rozbudził sporo dyskusji, m.in. na temat przemocy w teatrze. Gore Vidal, autor skandalizującej powieści „Nie oglądaj się w stronę Sodomy“ powiedział kiedyś, że wiedzę o tym, kim jesteśmy, przekazuje nasz styl bycia w świecie, bez oglądania się na to, co powiedzą inni.

A pani jaki ma styl?

Heterogeniczny, buntuję się przeciwko przypisaniu mnie do jakiejkolwiek roli. Żony, matki, nauczycielki, kochanki…

Lesbijki?

Także. Fakt, że po rozwodzie przeżyłam 17 lat w spełnionym i szczęśliwym związku z kobietą, nie przypisuje mnie ani do roli, jak i do roli osoby heteroseksualnej. Można mnie raczej określić jako nieheteronormatywną, a nieheteronormatywność oznacza tyle, że człowiek zakochuje się w drugim człowieku po prostu, nie ma znaczenia płeć.

Ale list Roberta Rienta, nawołujący publiczne osoby LGBT do coming outu (który według niektórych jest równoznaczny z przypisaniem się nie tylko do roli, ale i stałej tożsamości) pani podpisała.

Oczywiście, że podpisałam. Różne są metody walki o wolność ludzkich wyborów. Ten list był jedną z nich. Fundamentalny jest cel walki, która powinna jednoczyć, nie szczegóły, czyli w tym wypadku o prawo do wolności seksualnej. Ponadto list nikogo nie przymuszał do podpisu, ani nie szantażował. Kto chciał, podpisywał.

Coming out zresztą to nie tylko jedno zdanie typu „jestem lesbijką“, ale także autonarracja, opowiadanie prywatnej historii publicznie. We wspólnej z Joanną Krakowską książce „Soc, seks i historia” piszecie panie sporo (i pozytywnie) o „strategiach zaprzęgających intymność do opisu świata, historii, kultury“. Piszecie wręcz, iż „niewykluczone, że to właśnie w prywatności zdegradowanej lokują się dziś przeklęte polskie problemy.“

Tak, bo uważamy, że przemiany intymne kształtują sferę publiczną! Prywatna historia jest mikrohistorią, w której odbija się jakaś makrohistoria, jakiś świat, w którym żyjemy. Liczy się doświadczenie, niejednokrotnie bardziej niż reprezentacja doświadczenia. Anthony Giddens w książce „Przemiany intymności“ doskonale pokazuje, jak za sprawą ujawniania intymnych doświadczeń możemy zmieniać czy próbować zmieniać społeczne restrykcje. Walka o demokratyzację własnego życia osobistego stanowi realną szansę na demokratyzację społeczną. W „Klątwie“ na przykład, spektaklu, który narobił ostatnio dużo szumu, aktorzy przedstawiają się z imienia i nazwiska, opowiadając historie o przemocy różnego rodzaju, molestowaniu przez księży, aborcji, hipokryzji elit, rozczarowaniach, udrękach, opresjach, frustracjach zawodowych. Dają przykład, że zawsze dobrze jest mówić we własnym imieniu publicznie, bo kiedy bowiem przestajemy się wypowiadać w swojej „swoistości”, stajemy się polityczni.

Kinga Dunin napisała, że „tym, co w „Klątwie” obraża, jest zemsta, odreagowanie frustracji za lata upokarzającego poddawania się fałszywej, chroniącej rozmaite świętości politycznej poprawności, która blokowała wypowiedzi niechętne Kościołowi”, a jednocześnie ci, którzy poczuli się „Klątwą” urażeni, sami odżegnują się od poprawności politycznej chroniącej grupy dyskryminowane, w tym LGBT – i sami kreują język nienawiści wobec tych grup.

Nie wiem, czy zemsta to dobre słowo… „Klątwa“ oskarża nas wszystkich, wszystkie sfery społeczne o hipokryzję, o zaniechania wobec walki z przemocą, z upokorzeniem, rasizmem, ksenofobią. Kościołowi dostaje się nie tylko za legitymizację totalitarnych zapędów władzy, jak odbieranie kobietom prawa do własnego ciała, ale też za krycie w instytucji Miłosierdzia własnych przestępstw, jak na szeroką skalę obecna w niej pedofilia. Watykan nie lubi papieża Franciszka, bo ten uważa, że kobiety są tak samo ważne, jak mężczyźni i nie buduje zapór między płciami, swoimi a obcymi.

Teatr powinien być polityczny?

Jeśli uznać teatr za miejsce, gdzie ludzie się zbierają po to, żeby mieć potem o czymś ważnym do myślenia, za wziernik w społeczną rzeczywistość, wobec której zajmuje stanowisko, za teatr, który mając światopogląd, wdziera się pod skórę, wstrząsa czy porusza, wywołuje rachunki sumienia, to teatr jest i powinien być polityczny. Ale co dziś nie jest polityczne? Polityczne jest i prywatne, i publiczne.

Wierzy pani w sztukę skuteczną? Wierzę w sztukę, którą naprawdę, a nie koniunkturalnie, obchodzi społeczny świat. Wierzę w edukację, o którą trzeba dziś szczególnie walczyć! Sztuka ma w tym swój istotny udział i wkład. Jestem zwolenniczką poglądu, że państwo ma przede wszystkim dbać i wspierać szeroką, otwartą, egalitarną edukację i wyrównywać nierówności społeczno-ekonomiczne, resztę zostawić rządom obywatelskim. Nasza rozmowa także jest polityczna.

Prof. dr hab. Krystyna Duniec pracuje w Zakładzie Historii i Teorii Teatru Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Jest m.in. autorką książek „Kaprysy Prospera. Szekspirowskie inscenizacje Leona Schillera” (1998), „Jan Kreczmar. Grał jakby uczył” (2004), „Ciało w teatrze. Perspektywa antropologiczna” (2012), a także współautorką „Soc i sex. Diagnozy teatralne i nieteatralne” (2009) i „Soc, sex i historia” (2014) oraz redaktorką „Aktor. Niepewna tożsamość” (2011). W druku jest jej nowa książka „Dwudziestolecie. Przedstawienia”.

W czerwcu zeszłego roku prof. Duniec podpisała tzw. list Roberta Rienta, w którym 118 wyoutowanych osób LGBT zachęcało do coming outu te publiczne osoby LGBT, które tkwią w szafach. W październiku, po głośnym, aborcyjnym coming oucie Natalii Przybysz, udzieliła wywiadu „Gazecie Wyborczej”, w którym nie kryła, że w czasach PRL-u dokonała aborcji. Mówiła m.in.: Mogłabym opowiedzieć o swojej aborcji, ale nie chcę, bo gdybym to zrobiła, legitymizowałabym to wszystko, przeciwko czemu protestuję. Nie będę się tłumaczyć. Na pewno nie było to dla mnie łatwe, choć leżąc potem na szpitalnym korytarzu, bo w sali nie było miejsc, poczułam, jak Natalia Przybysz, ulgę, cokolwiek to znaczy.

 

Tekst z nr 66/3-4 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Męskości, Rozmowy o butch, cz. II

Z ANTONEM „AMBRO” AMBROZIEWICZEM o byciu osobą butch i o byciu trans chłopakiem rozmawia MARTA KONARZEWSKA

 

foto: Agata Kubis

 

ANTON AMBROZIEWICZ (AMBRO) – dziennikarz OKO.press i Codziennika Feministycznego, aktywista queerowy i feministyczny zaangażowany w oddolne kolektywy zajmujące się prawami reprodukcyjnymi i osobami nieheteronormatywnymi i trans.

Dziś mogę mówić o byciu butch jedynie retrospektywnie.

Ale to była twoja tożsamość?

Ponad pięć lat. Zaczęło się od pierwszego skojarzenia – krótkie włosy. Ale w praktyce to był przeciągający się moment dochodzenia do samoakceptacji.

Siebie jako trans chłopaka?

Dokładnie. Pozycja butch była sprawdzaniem i przekraczaniem „kobiecości”, takim wychylaniem się, stawianiem pytań. W domu, na uczelni, w pracy, na skłocie…

Od którego momentu męskość jest obca? Kiedy jest okej ją realizować? Gdzie jest ona przywilejem, a gdzie stanowi barierę, zagrożenie.

Społecznie pozycja butch była papierkiem lakmusowym. Wypadem do przyznania, że jestem osobą transpłciową. Że nie zadowala mnie „tylko” męska ekspresja, zabawy końcówkami, czy męskie imię dla najbliższych.

Tak o tym mówisz jakby to było coś nieintegralnego: „końcówka”, „zabawy”, „dla najbliższych”?

Możemy traktować to jako kontinuum, ale dla mnie na dzisiaj, czyli na samym starcie tranzycji to tożsamościowo istotne, żeby postawić grubą kreskę pomiędzy.

Michał Pelczar pisał kiedyś w magazynie „Furia”, że tożsamość butch jest już w pewien sposób transowa.

Tak, bo przekracza społeczne normy i oczekiwania. W społecznym odbiorze między byciem trans chłopakiem i byciem butch nie ma żadnej różnicy. Przynajmniej na pierwszym etapie tranzycji. Wciąż spotykają mnie normalizujące momenty, w których ktoś uporczywie stara się ustalić moją tożsamość. Osoby często się „mylą”, co wprawia je w zakłopotanie. Ostatnio, gdy zamówiłem taksówkę na żeńskie imię, taksówkarz uznał, że jestem nastoletnim chłopcem: „Ale miała przyjść pani a nie pan… A, rozumiem, mama ci zamówiła“. To są te przyjemne, zabawniejsze momenty, ale są też niemiłe i niezabawne. Ekspedientki czy ekspedienci w sklepach żonglują „panami“ i „paniami“, próbując mi przypasować najwłaściwszą – według siebie – etykietkę. Albo ktoś pyta: „To chłopak czy dziewczyna?”. „– Nie wiem – pedał jakiś”. Bywa, że czuję się zagrożony.

Te zaczepki dla trans-męskości i męskości butch chyba niewiele się różnią. Katarzyna Para opowiadała [wywiad w poprzednim numerze – przyp. red.], że wołają do niej „pedał“.

Te zaczepki najczęściej dotyczą nierealizowania wzoru męskości, dlatego właśnie „pedał”. To, co najwyraźniej zmieniło się z biegiem czasu, zmieniło się we mnie. Zmieniłem swoje podejście: sam dbam, by zwracano się do mnie w formie, która mi odpowiada i jest właściwa według mnie, nie według innych. Nie zostawiam osobom przestrzeni do interpretacji. Albo przeciwnie bawię się tym. Bo może w small talku przy barze, naprawdę nie najważniejsze jest to, czy znamy swoje tożsamości płciowe.

Serio się da tak rozmawiać? Zdarza ci się?

Da się, ale granicę wyznacza poczucie bezpieczeństwa. Nie ucinam sobie takich pogawędek, kiedy czuję, że odbiorca jeszcze chwila a splunie słowem „pedał”. I niestety bezpieczeństwo ma też swoje ulokowanie geograficzne. Znacznie łatwiej nie tłumaczyć się i nie zakłopotać za granicą, gdzie norma wessała już znacznie większą różnorodność ekspresji czy tożsamości. Bycie butch, trans w Paryżu i Berlinie obiektywnie znacznie rzadziej będzie wiązać się z odrzuceniem, zakłopotaniem czy poczuciem winy. Oczywiście, mówię to tylko w kontekście społecznego odbioru.

Wiesz, jaki jest jeden z głównych stereotypów na temat butch?

Spróbuj mnie zaskoczyć.

Że to jedynie przejściowy albo i złudny stan, w którym realizuje się swoje pragnienie bycia „prawdziwym” mężczyzną, wchodząc w heteropodobne związki z femme.

Hahaha, bez zaskoczenia. Nigdy nie traktowałem bycia butch jako odbicia femme, czy prostego przełożenia „męskiej” i „kobiecej” ekspresji. Nie widzę też w tym próby odwzorowania, czy bezrefleksyjnego naśladownictwa. Butch i femme to raczej bardzo osobiste i złożone ekspresje. Zastanawiam się nawet, czy bycia butch nie można potraktować jako pewnej formy „kobiecości”. Nie dla każdej i nie dla każdego musi być to opowieść o odległych od cis-hetero-białej maskulinistycznej męskościach. Może to być opowieść o kobiecościach – o przekroczeniu kobiecości.

Przez ekspresję tego, co kulturowo nie jest uznane za kobiece, a jednak należy także do kobiet? Jak siła, stanowczość, prawo do agresji, kulturowo męsko znaczony rodzaj opiekuńczości itd?

Dlaczego nie? Ale u mnie zupełnie to sie nie sprawdza. Ja zacząłem akceptować różne kobiece elementy swojej ekspresji dopiero gdy zaakceptowałem swoją transpłciowość. Mogę być kobiecy tylko jako trans chłopak, czyli w bardziej męskim ciele. Już nie zastanawiam się, czy siedzę dostatecznie „męsko”, dostatecznie w rozkraku, czy mocno ściskam dłoń na przywitanie i czy trzymam emocje na wodzy. Nie zastanawiam się, czy to okej i czy jakiś ruch mnie „zdradza”. Teraz męczy mnie – w sensie miłego natręctwa – coś zupełnie innego. Zastanawiam się raczej, jak będę czytany, gdy moje ruchy pozostaną bardziej delikatne, gdy splotę dłonie w jakiś „kobiecy“ sposób, zarzucę noga na nogę.

W sensie politycznym bycie butch, bycie lesbą, czy bycie trans zawsze traktowałem jako element manifestu. Takiej codziennej, małej pracy ze swoim ciałem, z relacjami i normami, które na nie ponakładano.

Brzmi jak wielki polityczny autoprojekt.

Bez patosu. Ale moja opowieść o wynajdywaniu, „wymyślaniu” i urefleksyjnianiu swojej męskości jest mało reprezentatywna i szalenie idylliczna. Mówię z konkretnego miejsca, bardzo szybko z normy udało mi się wskoczyć w środowiska anarchistyczno-queerowe, gdzie kwestie ekspresji czy tożsamości płciowej nie były polem walki czy codziennych tarć. W miejsca, w których było dużo akceptacji i rozmów.

O autoekspresji? Co to za środowiska?

Tak, dużo rozmów o tym, czym jest dla nas tożsamość, czym ekspresja, co to znaczy być queer. Miałem szczęście działać w dwóch queerowych kolektywach w Polsce, przeciąć się z osobami ze środowiska feministycznego i anarchistycznego.

Feminizm jest ważny dla ciebie?

Ważny? Ja jestem wrośnięty w jego idee. Przez kilka lat zastanawiałem się, czy bycie trans to nie jest zdrada. Czy nie jestem wystarczająco silny, żeby żyć jako „kobieta”? Czy testosteron to nie jest prosty sposób na przechytrzenie patriarchatu? Czy serio i na pewno potrzebuję leków, żeby zdobyć legitymację na to, kim jestem? Czy to ja muszę zmieniać swoje ciało, czy może jednak społeczeństwo powinno zmienić myślenie o tym, co konstytuuje mnie jako mężczyznę? Wciąż nie mam tu prostych odpowiedzi. Oczywiście, ostatnio pojawia się coraz więcej męskości (np. te o korzeniach gejowskich), które rozpuszczają ten maczystowski wzór, ale w społecznej świadomości bycie mężczyzną wciąż konotuje pewne konkretne zachowania. Nagle z walczącej o przestrzeń, głos i powagę „dziewczyny” przechodzisz na drugą stronę, gdzie co prawda nieustannie rywalizujesz, konkurujesz i pozycjonujesz się, ale jednak jesteś „swój”, a co za tym idzie – kompetentny, merytoryczny, racjonalny, wyważony, pewny siebie.

A nie jest tak, że byłbyś „swój” dopiero, gdybyś zrezygnował z „kobiecości“ i feminizmu?

To wybieg w przód. Wciąż jeszcze czytany jestem jako dziewczyna, a najlepsze momenty passingu zdarzają mi się w towarzystwie gejów, gdzie męskość ma już liczbę mnogą.

Choćby nie wiem jak próbować to wszystko rozbijać, pakiet startowy trans i cis jest zupełnie inny. I zastanawiam się, gdzie się umiejscowić. Doświadczenie życia jako kobieta nadal daje mi wgląd w przestrzenie „kobiece”, ale nie jest to już tak oczywiste. Zajmując je, powinienem jednak poddać refleksji, ile zabieram miejsca, jak działam swoją obecnością etc. Jakaś przechodniość, bycie „pomiędzy” mi nie wystarcza, nie wyczerpuje tego, kim jestem, a jednocześnie to, co mi się kojarzy z męskością, krzyczy: przywilej!, przemoc!, indywidualizm!, agresja!, rywalizacja!

Takie poczucie winy…

Pomińmy terapeutyczne wątki. Chodzi o to, że przestrzenie „kolesiowe” są pełne zasad, których nie znam i z którymi walczę. Nie chcę, żeby ktoś poklepywał mnie w ramach genderowego paktu i rzucał seksistowskie żarty. Chciałbym ten wgląd w „męski świat” potraktować jako możliwość. Chciałbym móc coś w nim porozbijać, ukrócić jak najwięcej takich zachowań. Na ten moment jednak mam same obawy: że zdradzam siostry, że nie znajdę swojej przestrzeni, że będę oceniany jak cis-mężczyzna.

W pozycji butch tego nie ryzykujesz?

W kontekście przywilejów funkcjonowanie jako butch było szalenie ciekawe. Wśród mężczyzn przestajesz być traktowany „albo albo” – z pobłażliwością lub jako trofeum, ale nie jesteś też swój, a ponieważ twoja męskość nie jest tak męska jak ich, to nie musisz z nikim rywalizować.

Pierwsze skojarzenie z męskością to często ta rywalizacja. Zdarzają się inne, ale rzadko pozytywne.

Dla mnie ostatnio w centrum refleksji jest opiekuńczość, którą najczęściej łączymy z kobietami. Jaka może być opiekuńczość i to taka, która odchodzi od etosu (jednorazowego) bohatera czy rycerza? W ogóle męskość nabiera niesamowitego potencjału, gdy nie jest zlepiona z cis, białym męskim ciałem. Z supremacją? Tak, gdy wychodzi poza władzę i dominację i rozwijana jest przez osoby w jakimś sensie nieuprzywilejowane. Myślę, że potrafi być najpiękniej skomplikowana właśnie wtedy, gdy zawiera w sobie wiele nieoczywistości.

 

Tekst z nr 68/7-8 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Niesłychanie subtelny chłop

Z Marcinem Boronowskim – Antyfacetem rozmawia Bogusława Ilnicka

 

arch. pryw.

 

Różowy płaszczyk, spodniczka mini, czarne botki peeptoe, długie kolczyki – tak ubrany przychodzi Marcin na wywiad do mojego mieszkania we wrocławskich Pilczycach. W niecodziennych jak na mężczyznę strojach pojawia się publicznie od 2007 r., gdy w happeningu prześmiewającym wszechpolskie hasło „Chłopak i dziewczyna – normalna rodzina” zorganizowanym przez Trans-Fuzję i KPH Wrocław wystąpił jako Pan Młody w sukni ślubnej i z welonem.

Przed spotkaniem pytałeś, czy tu mieszka hołota. Jest tak źle?

Nie, ale zawsze się zastanawiam, czy nie napatoczę się na jakąś zgraję i będę miał kłopoty. Ale to się zdarza już rzadko. Mijają tygodnie bez incydentów i nawet zapominam, że mój wizerunek może uchodzić za kontrowersyjny. Ale ostatnio w środku dnia w Tesco narwany pijaczek stwierdzi że musi mi obić ryj. Nie obeszło się bez krzyknięcia do ludzi, by wzywali policję i ujawnienia jednego z urządzeń obronnych, które mam na wyposażeniu stałym.

Urządzeń obronnych?

Tak, z gołymi rękami nie chodzę.

Skoro to tyle kosztuje, to dlaczego nadal się tak ubierasz?

Nie lubię się wycofywać z poglądów pod presją. Wolę być wolnym i żyć według własnego scenariusza. Od kilku lat wiodę normalne życie – prawdziwe, a nie udawane. Już nie jest tak, że budzę się i jestem od razu wkurzony, bo muszę udawać kogoś innego. To oczyszcza wszelkie stosunki społeczne – przy okazji widzę, z kim mam do czynienia.

W naszej kulturze panuje maskarada, podział na dwie role płciowe: męską i żeńską. Ludzi automatycznie wpycha się w te role wyłącznie w zależności od organów. Takiemu traktowaniu człowieka się sprzeciwiam. Skoro odkryłem, że życie według tych nakazanych ról nie jest takiej samej jakości, a mogę powiedzieć, że życie według roli męskiej jest prymitywniejsze, uboższe w doznania, to postanowiłem się wyzwolić.

W jakie doznania jest uboższe?

Chociażby w doznania, jakie się uzyskuje z przyjemnych ubrań, z butów o szerokim asortymencie, włącznie z obcasowymi. Można się dobrze opalić, chodząc latem po mieście. W męskich ciuchach często się przegrzewałem latem, bo kobiece są bardziej przewiewne.

Chodzi tylko o to, żeby było przyjemnie?

Tak. A jeżeli szukać podtekstów ideologicznych, to skoro widzę, że żeńska rola płciowa jest mądrzej skonfigurowana, to wolę z niej czerpać, niż brnąć w ślepy zaułek, którym jest męska rola. To całe zadęcie ideologiczne wokół niej nie jest już do niczego potrzebne.

Dlaczego buty na wysokim obcasie miałyby być dostępne tylko dla osobników jednej płci? To jest antyspołeczna idea i dyskryminacja. Jeżeli lubię w takich butach chodzić, to chcę mieć do tego prawo, nawet jeśli przestaję być funkcjonalny jako potencjalny wojownik.

Nie muszę się definiować jako mężczyzna albo kobieta. To jest jak rzut przestrzennej figury na płaszczyznę: widać tylko zubożony obraz. Wolę być przestrzenny i wielokierunkowy. Bez redukcji.

Rozumiem, co mówisz o rolach płciowych, ale dlaczego skupiasz się głownie na ubiorze. Jesteś transwestytą? Crossdresserem? Fetyszystą?

Nie. Skupiam się na ubiorze, bo na tym obszarze istnieje najsilniejsze tabu. W kulturze, zwłaszcza słowiańskiej, panuje wciąż militarystyczne zadęcie. Na Zachodzie osoby uznawane za mężczyzn mogą się wystylizować łagodniej. Koncerny produkujące ubrania dają inne kolekcje na rynek wschodnioeuropejski i na Zachód. Tam jest więcej kolorów, jest też przełamanie tabu na obcisłość, zdarzają się nawet spódnice dla mężczyzn, które w naszych mediach prezentuje się jako fanaberię.

Nie muszę przed sobą udowadniać ani swojej męskości, ani kobiecości. Jak uszyję spódnicę, to będę bardziej kobiecy, a jak naprawię samochód – bardziej męski? Mnie te etykietki nie interesują. Spontanicznie robię to, co akurat jest mi potrzebne. Jestem, kurde, niesłychanie subtelny chłop.

A jak się do tego ma twoja orientacja seksualna?

Przejawiam zdecydowanie zainteresowanie ciałami żeńskimi, więc niczego szczególnego nie mogę tu powiedzieć. Nie jestem pewien swojej reakcji, gdybym trafił na samca zrobionego w bardzo żeński sposób. Nie wiem, czy też nie byłby dla mnie atrakcyjny. Jestem zwykłym heretykiem, tyle że ubieram i stylizuję się niezgodnie z wierzeniami o „właściwym” wyglądzie heteryka. Nieheteronormatywnie.

Aha, i nie dystansuję się od gejów – corocznie uczestniczę w Marszach Równości we Wrocławiu.

Dziś jesteś bezkompromisowy. A jaki byłeś te 20 lat temu, gdy miałeś 20 lat?

Na pewno 20 lat temu byłem nieporównanie głupszy, nie miałem wielu rzeczy przemyślanych, nie przeczytałem wielu lektur, nie spotkałem wielu ludzi. Gdy wtedy miałem ochotę chociaż spróbować, jak człowiek się czuje w tych zabronionych ubraniach, czułem się zawstydzony podszeptami mojej wyobraźni i przez jakiś czas w latach 90. próbowałem to zwalczać. Męczyłem się, aż w końcu to przemyślałem i zauważyłem, że tu jest większa sprawa pod tym wszystkim.

Jak zacząłeś się pokazywać publicznie w damskich strojach, to ludzie cię brali za…?

Za pedała, za ciotę, za cwela pierdolonego. Klasyka.

Tylko takie reakcje?

Oprócz połajanek, zdarzały się też pozytywne reakcje. Proporcje są 60 do 40 procent na korzyść negatywnych. Bywa, że ktoś podchodzi z dobrym słowem, popiera, mówi, że podziwia odwagę. Kiedyś przewodniczka prowadząca we Wrocławiu wycieczkę z dziećmi stanęła i powiedziała, że ja jestem tym panem, który bywa w telewizji i protestuje przeciwko stereotypom. Pomachaliśmy sobie życzliwie – ja tej wycieczce i ona mi. Robię chyba trochę za element wrocławskiego krajobrazu, folkloru miejskiego.

A w pracy? Od lat jesteś lektorem angielskiego na Uniwersytecie Wrocławskim.

Nie ma już minusów. Kiedyś próbowano mnie zdyscyplinować, oburzano się w stylu „no, są jakieś granice ekstrawagancji!”. Ale potem zrozumiano, że ja tylko uzewnętrzniam moją tożsamość. Studenci prawdopodobnie też jakoś mnie akceptują, wiedzą, że mamy się zająć tym, co jest do zrobienia i już. Przypuszczam, że czasem komentują, czy w danym dniu mam udaną kompozycję ubraniową. W trakcie trwania zależności służbowej nie prowadzę ideologicznych rozmów ze studentami, a stereotypy płciowe tylko sporadycznie pojawiają się jako podręcznikowy temat. Kiedyś taki temat rozwinął się w wywiad studentów ze mną, prowadzony oczywiście w języku angielskim i z wyjaśnianiem nieznanych słów na tablicy. Jednak nikogo nie agituję i co najwyżej wpływam samą postawą, co dotyczy właściwie wszystkich nauczycieli o zdecydowanym charakterze.

Rodzina?

Dalsza część rodziny milczy i nie wie, jak się zachować. Z rodzicami mam lepsze stosunki po paru burzliwych latach. Po pierwsze jestem jedynym ich dzieckiem. Po drugie widzą zmiany obyczajowe w kraju, choćby wybór Ani Grodzkiej na posłankę. Parę lat temu dostali od niej list wyjaśniający moje postępowanie, który Ania napisała na moją prośbę. Czują więc chyba moc zewnętrznego autorytetu. Gdyby jeszcze ktoś z tytułem profesorskim publicznie powiedział, że jestem OK, to byłoby w ogóle słodko. Może się dziwią, że łatwo łączę cechy, które w ich mniemaniu należą do rożnych płci. Bo w domu to ja jestem głównym mechanikiem.

Właśnie. Na zdjęciach w Internecie widziałam twoje szafki jeżdżące na szynach pod sufitem. Nazywano cię Adamem Słodowym w spódnicy.

Bo ja jestem prosty mechanik. Patrzę mechanicznie. I tak właśnie rozebrałem mechanizmy związane z rolami płciowymi. To jest tak, jakbym 35 / 2012 wziął płytę DVD i przestał ją widzieć jako całość. Zripowałem ją na kawałki i zobaczyłem, że niektóre się nie zgadzają. Więc zbudowałem nową kompilację, która działa.

Na twojej stronie widnieje „Biuletyn myśli antyseksistowskiej”, a piszesz, że kobiety w kusych strojach molestują mężczyzn i pastwią się nad nimi, odsłaniając ciało. Przecież to jest seksizm!

Jedna strona ma przyzwolenie na epatowanie golizną, i to jest zamierzone po to, żeby wywoływać motywację erotyczną u drugiej strony. Ja to traktuję jako symptom nierówności, bo ja też lubię epatować.

Ten tekst napisałem w okresie wczesnego antyfacetyzmu, kiedy jeszcze byłem zazdrośnikiem. Zazdrościłem kobietom. Powinienem nowy tekst napisać, bo w końcu dla siebie wykroiłem ten obszar wolności, nie muszę już postrzegać kobiet jako pastwiących się nad nami.

A dla kobiety wróciłbyś do spodni?

Nie. Ja to mogę zrobić, gdy wchodzę pod samochód coś naprawić. Ale normalnie to zdobyczy antyfacetyzmu nie odpuszczę.

Mówisz o wygodzie, tłumacząc, dlaczego chodzisz latem w sukienkach. Ale zimą w szpilkach po skutym lodem chodniku? A tak cię widziałam we Wrocławiu.

Jak jest szklanka, to owszem, można polecieć. Ale na niektórych nawierzchniach szpilka działa jak kolec, który się zagryza i trzyma. Kiedyś szedłem chodnikiem ze zwiniętym dywanem. Byłem o 20 kg cięższy i jak w reklamie Mentosa nagle mi się w jednym, a potem w drugim bucie oderwał obcas.

Mi dobrze służy but z obcasem, chociaż nie ekstremalnie wysokim, starczy 10, 11 cm.

A nie myślisz, że przeskoczyłeś z jednej strony na drugą? Kiedyś byłeś niewolnikiem męskiej roli, a teraz chodzisz w szpilkach, które są symbolem opresji.

Szpilki mogą być symbolem opresji, ale i symbolem wolności.

 

Tekst z nr 36/3-4 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

50 twarzy Marii

Z EMILIĄ PADOŁ, autorką biografii Marii Rodziewiczówny, nieheteronormatywnej ziemianki, jednej z najpoczytniejszych pisarek wszech czasów w Polsce, rozmawia Małgorzata Tarnowska

 

Foto: Marek Zimakiewicz

 

Rodziewiczówna to postać pełna sprzeczności. Z jednej strony „pani na Hruszowej”, jak zatytułowała o niej wspomnienia jej partnerka życiowa Jadwiga Skirmunttówna, odwołując się do nazwy wsi na terenie dzisiejszej Białorusi, gdzie pisarka mieszkała przez całe dorosłe życie. Z drugiej – butch polskiej literatury, jak pisał o niej Krzysztof Tomasik w „Homobiografiach”. Z jakimi napięciami w biografii Rodziewiczówny musiałaś się mierzyć, pisząc o niej książkę?

Już to, od czego wyszłaś, generowało napięcie. Bo z jednej strony mamy postać silnie zakorzenioną w etosie ziemiańskim, sklejoną ze swoją pańskością. Wszystkie trudne sprawy, które pojawiają się w jej życiorysie – klasowość, nacjonalizm, patriotyzm oparty na konserwatywnych wartościach – są stricte związane z warstwą ziemiańską, z której Rodziewicz wyrosła, a także z tym, że uważała się za przedstawicielkę swojej klasy. No a z drugiej strony – przecież zdefiniowała bycie ziemianką na własną modłę. Po pierwsze, była kobietą, która wzięła na swoje barki zarządzanie wielkim majątkiem, po drugie, postanowiła, że nigdy nie wyjdzie za mąż, a u jej boku pojawiły się kobiety. Ponadto założyła strój, który ewidentnie budził kontrowersje – jego męskość była powszechnie podkreślana, musiał wyraźnie odbiegać od dominujących wyobrażeń.

Innym rozdźwiękiem w biografii Marii Rodziewicz jest kwestia feministyczna: trudno o pisarce nie myśleć jak o feministce, chociaż dystansowała się od tego określenia, pisała np. „feministką zresztą nie jestem”. Kreśliła te słowa w liście do studentki, która pisała pracę magisterską o kobietach i miłości w książkach Rodziewiczówny. Ta wypowiedź nie dotyczy jednak samej postawy feministycznej, wręcz przeciwnie, pisarka dalej wykładała, że równouprawnienie nie wystarczy, że kobiety same muszą się wyemancypować, zdobyć na niezależność i wypracować własną podmiotowość. Warto też pamiętać, że lata 30. to trudny moment w życiu już 70-letniej Marii. Gorzknieje, zbliża się do endecji, ale jej queerowość jest też wyśmiewana przez oponentów politycznych. Zastanawiam się, na ile jej konserwatywna radykalizacja jest związana z koniecznością kamufl owania się. Trudno patrzeć na życie Marii Rodziewicz bez kontekstu homofobicznego i świadomości, że przecież musiała ukrywać ogromną część siebie. Choć równocześnie nie mam wątpliwości, że Rodziewiczówna była do szczętu konserwatywna w swoim przywiązaniu do etosu ziemiańskiego – zresztą przejawem tego są m.in. elementy antysemickie w jej powieściach.

Ale wracając do samego konserwatyzmu: w końcu osoby LGBTQ+ mają przeróżne poglądy i sposoby myślenia, jak wszyscy ludzie. O tym też warto pamiętać. Dla nas dzisiaj Maria ma w sobie liczne pęknięcia, dostrzegamy wiele paradoksów w jej biografii. Ale może to, co nas tak dziwi, więcej mówi o naszych sposobach myślenia? I o tym, jak bardzo świat się zmienił przez ostatnie sto lat?

O samej Rodziewiczównie powstało już kilka książek, choć chyba jak na tak poczytną pisarkę – zaskakująco niewiele. Jedną z nich jest wspomniana „Pani na Hruszowej” autorstwa jej partnerki życiowej Jadwigi.

Wspomnienia Jadwigi Skirmunttówny, od których zaczęłyśmy rozmowę, do lat 90. funkcjonowały jako maszynopisy. Jadwiga opisuje w nich 25 lat ich wspólnego życia, aż do śmierci Rodziewiczówny w 1944 r. Co ciekawe, maszynopisy i wersje drukowane różnią się od siebie w niektórych miejscach – podczas pracy rzuciło mi się w oczy kilka rzeczy, które zostały źle rozczytane we wspomnieniach Skirmunttówny, zwłaszcza tych wydawanych od 2012 r., w tym jedna bardzo ciekawa, związana z relacją Marii i Jadwigi.

Opowiesz?

W czasie powstania warszawskiego, które przetrwały razem, w jednym z najbardziej niebezpiecznych momentów, Rodziewicz mówi do Skirmunttówny: „Zostaw mnie, sama łatwiej się uratujesz”, na co ta odpowiada: „Bóg nas złączył po to, byśmy razem były do końca”. Tymczasem w wydaniu z 2012 r. ta wypowiedź pojawia się jako: „Bóg nas złączy! Po to, byśmy…”. No i ciekawe: czy ktoś źle rozczytał maszynopis? To zdanie nie miało dla mnie sensu, więc sprawdziłam je we wspomnieniach drukowanych w latach 90. i w maszynopisach przechowywanych w IBL PAN i w Bibliotece Jagiellońskiej – i okazało się, że rzeczywiście brzmi inaczej.

Ten drobny szczegół potraktowałam jako kolejną oznakę tego, że Maria i Jadwiga być może miały zawarty między sobą jakiś rodzaj przysięgi małżeńskiej. Język katolickiej liturgii sakramentu małżeństwa przy opisie ich relacji pojawia się też w biografi i Rodziewiczówny autorstwa jej chrześniaka Hieronima Tukalskiego-Nielubowicza. On zresztą pokazuje w swojej książce siłę tej relacji, pisze o Marii i Jadwidze, że „żyją jedną duszą i sercem”. To bardzo ciekawe, bo przy wnikliwej lekturze widać wyraźnie, że autor jednocześnie pokazuje relację Rodziewicz i Skirmunttówny jako poważniejszą niż tylko przyjacielska, a z drugiej strony nie pisze o niej całkiem wprost.

Jest też biografia Rodziewiczówny autorstwa Jana Głuszeni z okładką, na którą zwrócił uwagę Krzysztof Tomasik: Rodziewiczównę „przebrano” na niej w strój bardziej cisheteronormatywny. Zamiast typowej dla niej koszuli z krawatem dorysowano jej suknię.

Ten gest zatarcia całej wyjątkowości Marii był bardzo okrutny. Książka Jana Głuszeni – o tytule „Strażniczka kresowych stanic” – utrwaliła patriotyczny mit Rodziewiczówny. Relacje z Jadwigą i Heleną są w niej jakoś pokazane, ale w pewnym miejscu pojawia się też heteroseksualizowanie Rodziewiczówny. Opisana jest scena, w której nagle na twarz Marii wychodzi rumieniec, a oczy wilgotnieją, bo wspomina swojego sąsiada, który dzieli z nią zajawkę ornitologiczną. Oczywiście taki sąsiad był, ale w żadnych wspomnieniach nie pojawia się nawet cień romansowego wymiaru relacji z nim. Zresztą cała ta biografia jest fabularyzowana, czyli są tam tworzone sceny, które nie miały miejsca – to rodzi kłopoty na poziomie ustalania faktów.

A jak postrzegano queerowość Marii za jej życia?

Życie Marii i jej kobiet nie było, bo też nie mogło być, w pełni otwarte – w takim sensie, w jakim dzisiaj postrzegamy wyoutowane relacje jednopłciowe. Jeden z moich rozmówców, prof. Jan Widacki, którego przodkowie mieszkali niedaleko Hruszowy, powiedział to strasznie ważne zdanie: „W starszym pokoleniu mojej rodziny lesbijstwo Rodziewiczówny było oczywiste”. Ale wcale nie jestem pewna, czy to lesbijstwo Rodziewiczówny było czymś równie oczywistym dla wszystkich. O tym na ogół się nie mówiło, nie komentowało. Maria i Jadwiga funkcjonowały więc w dziwnym niedopowiedzeniu. Sama się z tym mierzyłam, próbując ich relację zrozumieć i nazwać, bo nie chciałam naciągać jej do żadnych ram. Myślałam sobie, jeszcze przed kontaktem z prof. Widackim: „A może tu w ogóle nie ma żadnej lesbijskiej historii i to jest opowieść o aseksualności? Albo o potężnej samotności, w której ktoś izoluje się od życia, nakłada kostium?”. Oczywiście w miarę odkrywania biografi i Marii coraz bardziej jasne stawało się dla mnie, że w jej relacji z Jadwigą chodziło o coś więcej niż przyjaźń. Nie wiemy dokładnie, co między nimi było – na pewno silny związek, wspólne życie, ale relacji z alkowy brak. Chociaż wiadomo, że sypialnia była wspólna. Moim zdaniem jednak nie ma to w tej historii znaczenia – liczy się więź, to, jak razem żyły i co przeżyły.

Ludzie, którzy znali Rodziewiczównę, nieustannie podkreślali, że była osobą niezwykle charyzmatyczną. Potwierdzają to zarówno relacje obcych osób, jak i ważnych kobiet w jej życiu: wspomnianej Jadwigi Skirmunttówny, ale też np. Marii Konopnickiej.

Ludzie w kontakcie z nią faktycznie często byli oczarowani. Przebijało się to już z relacji kobiet, dziennikarek, które przyjeżdżały do Hruszowy na przełomie XIX/XX w., żeby zrobić z pisarką wywiady. W tekstach prasowych Maria nierzadko roztacza czar, emanuje wdziękiem, uwagę przyjezdnych zwracają jej oczy i rozumne spojrzenie. Te relacje są ogromnie cenne, bo Rodziewicz nie lubiła stawać przed obiektywem, przeganiała fotografów. Na zachowanych zdjęciach nie wygląda najsympatyczniej, bo rzadko się uśmiecha, przez co wielu wydaje się groźną postacią.

Chociaż mieszkała w majątku na Polesiu, zawsze kręciły się wokół niej kobiety. A w pewnych momentach nawet dzieliła swój czas między kilka z nich: Helenę Weychert, Jadwigę, a w tle była jeszcze młoda szlachcianka Maria Jastrzębska, z którą Rodziewiczówna… obserwowała ptaki.

Rzeczywiście, jest taki moment przed pierwszą wojną, w którym tych dziewczyn wokół Rodziewiczówny widzimy dużo. Wiąże się to przede wszystkim z kobiecym organizowaniem się – bo wspominane kobiety albo u niej pracowały, albo były zaangażowane w ruch ziemianek, czyli konserwatywnych emancypantek. Rodziewiczówna była szefową działu ekonomicznego ogromnej organizacji, więc np. zakładała sklepy, rozwijała przedsiębiorczość i cały czas miała wokół siebie kobiety, z którymi współpracowała. Była twarzą ziemianek i, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, szychą. Znowu: oczywiście nie możemy wykluczać relacji osobistych z innymi kobietami niż Helena i Jadwiga, zresztą co mogłam o tych potencjalnych więziach powiedzieć, to napisałam w książce – ale trzeba też uczciwie założyć, że w przypadku większości z nich być może nie chodziło o nic innego niż o wspólną pracę, działanie i satysfakcję z tego. Wysyłamy produkty do sklepów, działamy społecznie, a w wolnych chwilach obserwujemy wspólnie ptaki… Jakkolwiek to brzmi. (śmiech)

Albo, jak w przypadku Marii i Jadwigi, budujemy sobie chatkę w środku lasu, gdzie nikt poza nami nie ma wstępu, wliczając w to służbę.

To już inna historia, bo mamy wspomnienia Jadwigi, która nakreśliła nam okoliczności powstania chatki – dzięki temu obraz jest pełniejszy. Leśna chata została zbudowana na prośbę Skirmunttówny, poniekąd stając się symbolem zawiązania ich relacji. Ciekawe, że chociaż to się wydarzyło w 1911 r., Jadwiga wspólne życie z Marią zaczęła liczyć dopiero od roku 1919, od czasu wojny polsko-bolszewickiej. No i pytanie: dlaczego od wtedy, skoro opisywała już kilka swoich wcześniejszych lat z Marią? Czy nie chodzi więc o to, że przed 1919 r. różnie bywało: zbliżały się do siebie i oddalały, a Rodziewicz wciąż była życiowo blisko związana z Heleną Weychert?

Relacje na linii Maria–Helena–Jadwiga to w ogóle fascynujący temat.

Wyraźny jest we wspomnieniach wokół pisarki wątek rywalizacji między tymi dwiema kobietami. Zresztą kiedy ktoś pisze o kimś, że jest „dawną przyjaciółką”, jak Jadwiga o Helenie – a przecież widzimy, że w tym samym momencie Helena wciąż jest aktualną, a nie żadną „dawną” przyjaciółką Marii Rodziewicz – to znaczy, że tutaj być może chodzi o coś zupełnie innego. Może o podział na pierwszą i drugą żonę?

Ta „druga żona” – Jadwiga – opisuje swoją relację z Marią, posługując się dość skomplikowanym niemieckim wyrażeniem Wahlverwandtschaft, które oznacza „powinowactwo z wyboru”.

Jadwiga przywołuje to ciekawe określenie z Goethego, tłumaczone na polski jako „powinowactwo z wyboru”, żeby nazwać relację łączącą ją z Marią. Obie były biegłe w niemieckim i oczytane w niemieckiej literaturze. Kiedy Jadwiga opisuje we wspomnieniach koniec życia Marii, bardzo odsłania się ze swoimi uczuciami. Jest zupełnie odrętwiała, bo jej „druh kochany” odchodzi i w dalszą drogę życia musi iść sama, „bez opromienienia tej drogi przez jasną duszę” Marii. Opis ostatnich scen ich wspólnego życia jest ogromnie poruszający. Jeśli ktoś ma queerową wrażliwość i rozumie, że istnieją na świecie związki nieheteronormatywne, czytając „Panią na Hruszowej”, dostrzeże momenty rozwoju relacji uczuciowej, począwszy od zakochania. Trudno być na to głuchym i obojętnym.

Podoba mi się w twojej książce to, jak nieustannie bierzesz na warsztat relacje Marii i ponawiasz, w różnych kontekstach, pytanie o to, jak je opisywać. W momencie kiedy zastanawiasz się nad tożsamością płciową Rodziewiczówny, przywołujesz też opinię lekarki. Skąd pomysł na oddanie głosu ekspertce?

Ten pomysł wziął się z „męskiego” wizerunku Rodziewicz. Podczas pracy nad książką nieustannie natrafiałam w opisach pisarstwa i fi zyczności Marii na ową męskość: kroku, ubioru, sposobu bycia, nawet umysłu. Stwierdziłam, że muszę do tego podejść możliwie kompleksowo, i napisałam do dr Anny Kępczyńskiej-Nyk, seksuolożki i endokrynolożki, przez wiele lat związanej z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, która m.in. zajmuje się terapią hormonalną osób transpłciowych. Byłam bardzo ciekawa tego, co powie o Marii Rodziewicz w kontekście medycznym. Czy rzeczywiście w przypadku pisarki możemy mówić o zaburzeniach hormonalnych, które często jej przypisywano?

Napotkałam informację, że pod koniec życia ktoś dostrzegł u niej… zarost.

Tak, ta informacja krąży i rozrasta się do teorii niemal spiskowych, w których Rodziewiczówna to dwupłciowe monstrum. Tymczasem z nadmiernym owłosieniem na twarzy mierzy się wiele kobiet, ma to różne podłoże. Więc w przypadku tożsamości płciowej Marii to idiotyczny argument, który nic nam nie mówi. Wysłałam dr Kępczyńskiej-Nyk wszystkie opisy fizyczności Rodziewiczówny, włącznie z tym zarostem, i wszystkie zdjęcia, jakie miałam. Ważne było dla nas rozdzielenie kwestii tożsamości płciowej i orientacji seksualnej – i na tym się w książce przede wszystkim skupiam, przywołując ekspercki głos pani doktor.

Sama długo mierzyłam się z fizycznością Marii, analizowałam pod wieloma kątami. Czy to kostium, który wkłada, strategia funkcjonowania w świecie? A może strojem chce wyrazić swoją, mówiąc dzisiejszymi kategoriami, niebinarność? Uderzające jest dla mnie to jej nieustanne balansowanie, łączenie tego, co stereotypowo postrzegamy jako kobiece lub męskie, swoista ponadpłciowość.

W tym kontekście nie podważam, ale poszerzam spojrzenie na nią jako na „butch polskiej literatury” o naszą współczesną wiedzę o transpłciowości czy niebinarności. Niestety, żeby rozstrzygnąć tę kwestię, Maria sama musiałaby nam powiedzieć, kim się czuła.

A jak Rodziewiczówna radziła sobie z homoi queerfobią swojej epoki?

Ataki na Rodziewiczównę nasiliły się pod koniec życia, w latach 30., w związku z jej uwikłaniem politycznym. Wtedy pojawiają się m.in. docinki o jej „fizycznej dwupłciowości”. Jak sobie z tym radziła, pozostaje dla mnie tajemnicą, bo nie pisała o tym wprost, ale zwracam uwagę w książce na kilka rzeczy, które mogą przynieść odpowiedzi na to pytanie. W 1936 r. ukazuje się duży tekst Ireny Krzywickiej w „Wiadomościach Literackich”, w którym de facto dokonuje ona outingu Marii jako lesbijki. Potem postać Rodziewiczówny pojawia się w szopce politycznej jako „Rodziewica”. Żart miał polegać na tym, że pisarka została „odsądzona od płci i wiary”. Więc to znowu uderzenie w jej „dwupłciowość” czy – wartościowaną pejoratywnie – domniemaną aseksualność. Znaczące, że kiedy w kolejnym roku przypada jej wielki jubileusz pięćdziesięciolecia pracy twórczej, ona już nie chce brać udziału w warszawskich obchodach, świętuje na Polesiu. Wycofuje się. Ten czas w życiu przynosi jej też nasilenie problemów zdrowotnych. Męczy ją astma, rozedma płuc, przechodzi operację usunięcia zaćmy.

Pisarka umiera krótko po powstaniu warszawskim. W zakończeniu widzimy zdjęcie jej trumny opuszczanej do grobu, a nad nim pochyloną Jadwigę i jak spekulujesz, Helenę, dwie kobiety jej życia.

To niezwykłe, że one wszystkie – Maria, Jadwiga i Helena – jako niemłode już, schorowane kobiety wyszły z powstania warszawskiego i trafiły do Żelaznej niedaleko Skierniewic. W zbiorach Muzeum Literatury są trzy zdjęcia pokazujące scenę, o której wspominasz. Jadwiga została na nich podpisana, ale druga pogrążona w bólu postać – już nie. Długo analizowałam te zdjęcia, porównywałam z innymi przedstawiającymi Helenę Weychert. Myślę, że to ona, ale nie mając pewności, postawiłam przy jej nazwisku znak zapytania.

Na końcu książki dziękujesz swojej partnerce za wsparcie w czasie pracy. Czy twoje własne queerowe doświadczenia pomogły ci lepiej zrozumieć Rodziewiczównę?

Te podziękowania dla Marysi są dla mnie bardzo ważne. Przekonałam się, że obcowanie z cudzym życiem podczas pisania biografii jest czymś niezwykle trudnym – w pewnym sensie trzeba wciągnąć tę postać pod swoją skórę, co w naturalny sposób oddziałuje na całe życie rodzinne. Dużo podróżowałyśmy razem śladami Marii Rodziewicz, naturalnie wiele też o niej rozmawiałyśmy. Ta książka nie powstałaby, gdybym nie miała silnego intelektualnego i emocjonalnego wsparcia w domu.

Co do pytania o moje queerowe doświadczenie – to ciekawa kwestia. Nie chciałam, żeby ono przesłoniło mi świat. Bo przecież moja bohaterka nie jest mną i ja nią nie jestem. Więc starałam się patrzeć na jej życie i relacje z kobietami w różny sposób, możliwie wielowymiarowo. I jeśli teraz mówię, że nie były z Jadwigą tylko przyjaciółkami czy „współlokatorkami”, to dlatego, że długo to weryfikowałam.

Czy teraz, po skończeniu książki, będziesz czytać Rodziewiczównę dla przyjemności?

Chciałabym jeszcze raz sięgnąć po „Lato leśnych ludzi”. Kwiecień to idealny miesiąc, bo to czas powrotu ptaków, wtedy też rwą się ku przygodzie leśni ludzie. Dobrze byłoby przeczytać tę książkę bez szukania odniesień do życia Rodziewicz, ale pewnie się to nie uda. Bo mam świadomość, że ono już ze mną zostanie – kiedy się pisze taką biografię, odpowiedzialność za postać chyba już zostaje z człowiekiem na zawsze.

***

Książka „Rodziewicz-ówna. Gorąca dusza” ukazała się w lutym nakładem Wydawnictwa Literackiego.

***

Emilia Padoł – dziennikarka i pisarka, laureatka Nagrody Dziennikarzy Małopolski i finalistka Nagrody Grand Press 2020 w kategorii „Wywiad”, autorka książki „Rodziewicz-ówna. Gorąca dusza”, pierwszej pełnej biografii Marii Rodziewiczówny (1864–1944) – nieheteronormatywnej ziemianki, działaczki społecznej i jednej z najpoczytniejszych pisarek wszech czasów w Polsce, wymienianej na pierwszych miejscach rankingów popularności obok Adama Mickiewicza i Henryka Sienkiewicza.  

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.