Najpopularniejszy skórzak Europy

O fetyszach, o parodiowaniu uwielbianej przez gejów Pam Ann, o polityce na wyborach Mister Leather oraz o tym, co powinno znaleźć się w szafie każdego skórzaka z Michałem Studzińskim, znanym również jako Mike Stu, właścicielem tytułów Mister Leather Poland 2014 oraz Vice Mister Leather Europe 2014, rozmawia Wojciech Kowalik

 

Foto: kasiasax.com

 

Kiedy w światowych konkursach piękności biorą udział polskie dziewczyny, ekscytują się tym wszystkie mainstreamowe media, a sukcesów niewiele. A tu proszę – w zeszłorocznych wyborach piękności męskiej z fetyszem na odzież skórzaną wystartował polski chłopak i został Vice Mister Leather Europe 2014!

Był apetyt na Mistera! Zabrakło trzech głosów. Te wybory to zabawa, ale też dużo polityki.

Polityki?

Niestety. Z ponad dwudziestu krajowych Misterow Leather na wybory do Amsterdamu przyjechało ośmiu. Reszta zbojkotowała. W przypadku wyborów miss dziewczyny zrywają sobie korony i rzucają się na siebie z pazurami (no może ciut przesadzam), a u facetów jest walka o wpływy, pieniądze, ego, do głosu dochodzi maczyzm. Jedne kluby pokłóciły się z drugimi, ktoś tam nie lubił innego kogoś tam, a tak naprawdę zawsze chodzi o pieniądze. I dlatego te wybory to niestety była spora improwizacja. Miały się odbyć w Berlinie, ale klub, który miał je organizować, zbankrutował, nie udało się w Monachium, zaczęły się gorączkowe poszukiwania klubu, który byłby w stanie zorganizować imprezę w ciągu dwóch miesięcy. Udało się w Amsterdamie.

Faceci niehetero ze skórzanym fetyszem to mniejszość w mniejszości. Szkoda, że trudno się dogadać.

Nie sądziłem, że do czegoś takiego może dojść. Myślałem, że spotkamy się, kilku facetów siądzie, pogada, zagłosuje, nie będzie żadnych plotek, dramatów, wbijania noża w plecy. Ale koniec końców było fajne, a organizatorzy stanęli na wysokości zadania i zorganizowali naprawdę świetną imprezę.

Właśnie, już myślałem, że szykuje się ponury wywiad. A przecież w Amsterdamie zostałeś nazwany „najpopularniejszym skórzakiem Europy”! Jak wyglądają takie wybory?

Kandydaci muszą być oficjalnie wybranymi Misterami w swoich krajach, zgłaszają się sami, mają wywiady, spotkania i do wykonania trzyminutową prezentację o życiu w fetyszu. Przez zmiany miejsca i terminu miałem tylko tydzień na przygotowanie. Znajomy podsunął mi pomysł zrobienia czegoś w stylu Pam Ann, gwiazdy gejów parodiującej stewardów i stewardessy. Znasz?

Pytanie! Pam Ann występowała w zeszłym roku również w Warszawie.

Od 16 lat jestem stewardem, więc stwierdziłem, że mogę zrobić to, co robię w pracy, tyle że w wersji fetyszowej i lekko parodiując Pam, czyli zrobić parodię podwójną. Dostałem owacje na stojąco.

Skórzana Pam Ann! Zrobiłeś prezentację bezpieczeństwa z samolotu, z tym, że zamiast demonstrować, jak zapiąć pasy bezpieczeństwa, demonstrowałeś jak zapiąć harness, czyli skórzaną uprząż. Pokazywałeś też, gdzie są wyjścia „awaryjne” do darkroomów dla najbardziej potrzebujących, a także przypominałeś, że maski „Panowie” zakładają najpierw sobie, a potem dopiero swym „niewolnikom”. Długo się śmiałem, gdy to oglądałem.

O to chodziło. Chciałem odczarować tą agresywno- darkroomowe patrzenie na skoty. Później dostałem propozycję z dwóch gejowskich stacji telewizyjnych, żeby to profesjonalnie nakręcić. Ale stwierdziłem, że możemy to zrobić własnym sumptem, używając naszych sił i naszych chłopaków. Po jednym wpisie na Facebooku odezwały się dziesiątki osób! W studiu radiowym nagraliśmy profesjonalny podkład, znajomi z agencji reklamowej pomogli mi napisać profesjonalny scenariusz, zrobiłem casting na operatora i tak powstał filmik „Kinky Airways Safety Instructions”. Trwa cztery minuty, można znaleźć na YouTube.

Rok temu zostałeś Mister Leather Poland 2014 i od tamtego momentu konsekwentnie wyprowadzasz skórzaków z podziemia. Kiedy pisałem tekst o polskiej społeczności skórzanej dwa lata temu ten proces już się zaczynał. Dzięki tobie mocno przyspieszył.

Okazało się w ciągu tego ostatniego roku, że są setki ludzi, którzy, nieskromnie powiem, czekali na człowieka, który pokaże im, jak ten fetysz realizować (śmiech). Ja się dobrze poruszam w mediach społecznościowych, prowadzę bloga, sporo piszę na Facebooku. Do tej pory środowisko skórzaków było dość hermetyczne, ale przecież nie ma się czego wstydzić. Fetysz? Każdy ma jakiś fetysz! Dostawałem kilkanaście e-maili tygodniowo. Szczególnie od młodych chłopaków, zwłaszcza z małych miasteczek.

O czym pisali?

Na przykład o tym, że dopiero, gdy poczytali mój blog, to uświadomili sobie, jak bardzo im się skory podobają. Albo pisali z prośbą o praktyczne porady: jak i co z czym łączyć, gdzie szukać skórzanych ubrań. Albo chcieli poznać podobnych sobie chłopaków. Większość dużych miast nie ma żadnego baru branżowego, a co dopiero bary fetyszowe. Nawet w Warszawie jest problem z tym, żeby włożyć skórzane spodnie, kurtkę czy buty i mieć dokąd pójść z kolegami na piwo. Na Zachodzie takich knajp jest mnóstwo. Do tej pory skórzacy kojarzyli się tylko ze starszymi panami, ja pokazuję, że może być trzydziestolatek, który ma taki fetysz. Pierwszy raz poszedłem do baru fetyszowego w Londynie dziesięć lat temu. Byłem przerażony, ale wytrzymałem i znalazłem znajomych, którzy pokazali mi, o co w tym chodzi, jak można się tym bawić. Teraz chciałbym pomoc polskim chłopakom.

Zawsze ci się to podobało?

Zawsze podobali mi się policjanci, wojskowi, faceci w mundurach…

Za mundurem geje sznurem! A ty masz mundur?

Swój lotniczy! Policyjnego nie mam, ale podobają mi się jasne, piaskowe mundury amerykańskich szeryfów. Niestety, to najdroższy fetysz. W Polsce jest mało firm, które szyją skórzane ciuchy, a nawet jeśli, to nie najlepszej jakości. Kiedy gdzieś wyjeżdżam, mam w walizce parę skórzanych spodni, buty, kurtka skórzana pasuje do wszystkiego, pod spod t-shirt, ostatnio z mojej własnej kolekcji.

Firmujesz serię t-shirtów, z których dochód chcesz przeznaczyć na cel charytatywny, tak?

Tak. Sprzedały się wszystkie t-shirty. Pieniądze na mojej pożegnalnej misterowej imprezie pod koniec marca przekażę na rzecz organizacji walczących z HIV/AIDS i z uprzedzeniami wobec tej choroby. Cały ten projekt mówi o bezpieczniejszym seksie. Trzeba wciąż ludziom otwierać oczy, z jednej strony zapobiegać nowym zakażeniom, a z drugiej – nie demonizować HIV – to nie jest wyrok śmierci, mam mnóstwo znajomych, którzy żyją z HIV od lat.

Na koszulkach są moje przerobione zdjęcia, graficy zrobili specjalne rysunki, wszystko w klimatach skórzanych. Do tej pory w tym rodzaju mieliśmy tylko koszulki Toma of Finland, teraz mamy też nasze, oryginalne. Ja w tych t-shirtach chodzę wszędzie, widziałem w nich też chłopaków w klubach. Nawet na siłownię w nich chodzę.

Koszulki to część projektu Leather Heart.

To przede wszystkim fetyszowy blog. Piszę, o wszystkim, co dotyczy życia w fetyszu. O związkach, imprezach, gdzie kupić skórzane spodnie, jakie są ich rodzaje itp. Taki poradnik (śmiech). Zajmuję się „Fetyszowym ABC” – wielu chłopaków pyta, co znaczy jakiś skrót, który widzieli na czacie, na co zwracać uwagę, gdy już zdecydujemy się na zakup jakiegoś gadżetu. Wyjaśniam pojęcia, doradzam.

Firmujesz też twarzą imprezy w warszawskim Studiu 4 Piętro.

Mózgiem tej inicjatywy jest mój kolega i fotograf Paweł Spychalski. Od dawna razem narzekaliśmy, że w Warszawie nie ma dokąd wyjść. W pewnym wieku, po trzydziestce, nie zawsze chce się wychodzić w miasto o drugiej czy trzeciej w nocy i zarywać cały następny dzień. Chciałoby się zacząć wcześniej, zaliczyć drinka ze znajomymi, posłuchać muzyki, pogadać. I stąd nasze imprezy „BeFore Play”, czyli biforki. Zaczęło się od prezentacji moich koszulek. Pomysł chwycił. Właściciel Studia 4 Piętro dał nam wolną rękę i te imprezy się coraz mocniej rozkręcają. Niektórzy wracają później do domu, niektórzy traktują to jako początek do zabawy i po drugiej w nocy idą bawić się dalej.

Chyba nie spoczniesz na laurach, gdy oddasz szarfę Mistera Leather następcy. Będziesz działał dalej? Od lat jestem społecznikiem. Szarfa pozwoliła mi wypłynąć na szersze wody, więcej osób mogło zauważyć moje działania. Nie ukrywam, że będzie mi trochę smutno, ale z drugiej strony – będzie to ulga. Na pewno będę jednak widoczny. Fetysz skórzany był, jest i będzie we mnie. To dosłownie druga skora.

Choć to nie był łatwy rok. Dostałem dużo wsparcia, ale też sporo krytyki, głownie porady, „żebym się nie wychylał”. Jestem jednak fighterem i będę dalej „się wychylał”, mimo że nie mamy w Polsce skórzanej tradycji. Na Zachodzie rodziła się ona w latach 60. W 70. i 80. skórzane bary na Zachodzie powstawały jak grzyby po deszczu. Nasze skórzane stowarzyszenie w Polsce działa dopiero od dwóch lat, Misterzy są wybierani od czterech. Brakuje polskiej firmy, która robiłaby skórzane ciuchy w dobrej jakości i w osiągalnej dla wielu cenie. Ja sam rozdałem już część rzeczy ze swojej szafy chłopakom, którzy po prostu… nie mieli co na siebie włożyć (śmiech). Więc widzisz, jest dużo do zrobienia.

Zajrzyjmy do twojej szafy, co w niej masz?

Moja mama będzie to czytać!

To ograniczmy się do ciuchów. Skórzanych.

Przygodę z fetyszem zacząłem od skórzanych spodni, w które zresztą już się nie mieszczę. Teraz mam kilka par, żeby pasowały do butów. W zależności, czy są to buty motocyklowe, czy oficerki – spodnie muszą być odpowiednio szyte i krojone. Jest dużo koszul, czapek, kilka kurtek. Jestem w tej kwestii konserwatystą: lubię być w pełni ubrany w skory. Wielu chłopaków myśli, że wystarczy założyć harness, albo opaskę na rękę i jest się skórzakiem. To nie tak, choć każdy element skórzany na chłopaku mnie cieszy. Ale tak naprawdę, strój jest ważny, ale – i to starałem się przez ten rok pokazać – bycie skórzakiem siedzi w głowie. I w sercu!

 

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Skóra, którą noszę

„Skórzacy” to kolejna, po miśkach, fetyszowa grupa, która wychodzi z podziemia. Zakładają stowarzyszenie, wybierają swojego mistera, działają i czują mocne wsparcie organizacji fetyszowych z Zachodu

 

Mirek Pawełczyk, Mr. Leather Poland 2013                                                                   Foto: Matt Sil

 

Mirek Pawełczyk ma 34 lata, pochodzi z Katowic. W marcu wygrał trzecią edycję wyborów skórzaka roku. Dumnie nosi szarfę Mr. Leather Poland. Z taką samą dumą polski kandydat stanął w listopadzie obok facetów z całego kontynentu na wyborach Mr. Leather Europe we włoskiej Padwie. To nie była tylko zabawa – polscy skórzacy właśnie tam oficjalnie dołączyli do swych europejskich kolegów, zrzeszonych w fetyszowych stowarzyszeniach. Bo i u nas od kilku miesięcy działa Stowarzyszenie Leather Poland.

Nie bać się o swoją skórę

Droga do powstania stowarzyszenia była długa. Bo choć fanów tego fetyszu w Polsce jest sporo, to chętnych do zrzeszania i działania razem już nie. Najtrudniej było znaleźć piętnaście osób, koniecznych do założenia organizacji. Opór pojawiał się, kiedy okazywało się, że trzeba podać swoje dane – imię, nazwisko, adres – do rejestracji stowarzyszenia jawnie homoseksualnego – wspomina Przemek Starosta, pierwszy Mr. Leather Poland, a obecnie sekretarz stowarzyszenia. Na szczęście w końcu znalazło się piętnastu, którzy nie bali się o swoją skórę, podpisali, co trzeba, pokonali sądowe przeszkody i urzędowe problemy, i tak, po półtora roku od złożenia wniosku, w maju 2013 r. sąd zarejestrował stowarzyszenie. Jest otwarte nie tylko na skórzaków, ale też, jak czytamy w statucie, na „miłośników odzieży lateksowej, militarnej, sportowej, motocyklowej, ubioru skinowskiego i punkowego jako fetyszu”. Ale skoncentrujmy się na tych, którzy zakładają skóry.

Skóra nie tylko na niedźwiedziu

Bo miłośnicy ubiorów skórzanych to, wbrew pozorom i stereotypom, nie tylko podstarzali panowie z brzuchem, stojący w podziemiach berlińskich seks klubów. To nie tylko miśki, choć miśków jest oczywiście sporo, ale cała różnorodność szczuplejszych i tęższych facetów, wyższych i niższych, starszych i młodszych. To jeden z najstarszych fetyszów w gejowskiej społeczności, znany w USA i zachodniej Europie od dziesięcioleci. Problem tylko w tym, że tam miłośników tego rodzaju fetyszu rzeczywiście ubywa. W amerykańskich wyborach Mr. Leather pula nagród wynosiła 15-20 tysięcy dolarów – i nie było chętnych, by stanąć do wyborów! – mówi Mirek Pawełczyk.

Mekką skórzaków od lat pozostaje Berlin, a dokładniej – gejowski Schoeneberg: tam facetów w skórzanych spodniach i kurtkach można spotkać na ulicach, prężnie działają fetyszowe kluby, odbywają się imprezy, w tym największa: Folsom. Każdego roku na początku września do Berlina ciągną tysiące skórzaków z całej Europy na kilkudniowe wielkie party, połączone z imprezą uliczną, na której notabene obok wielkich facetów w skórach, gumach, kombinezonach motocyklowych, maskach, przechadzają się zafascynowane rodziny z dziećmi. Duże eventy ma też belgijska Antwerpia, skarżący mocni są też w Holandii. W Polsce – przede wszystkim w Poznaniu, choć pierwsze tego typu zabawy odbywały się już też w Warszawie.

I choć na berlińskich imprezach tego typu średnia wieku oscyluje wokół czterdziestki (choć zdarzają się faceci 25-letni), to skórzacy nie zgadzają się, że to fetysz wychodzący z mody, choćby w porównaniu z najpopularniejszymi teraz sportowymi butami i białymi skarpetkami, w których najchętniej paradują młodzi faceci.

Skórka warta wyprawki

To przede wszystkim kwestia kosztów „wyposażenia” – młodszych często na nie po prostu nie stać – mówi Mirek Pawełczyk. O ile markowe białe skarpetki i sportowe buty można kupić za 300 złotych, to za markowe skórzane spodnie trzeba zapłacić 500, 700, a nawet 1000 złotych. Tyle samo za chapsy (charakterystyczne spodnie z dziurą z przodu lub z tyłu) i kamizelkę. Za skórzane jockstrapy – od 200 złotych, za opaskę na nadgarstek albo na biceps – kilkadziesiąt złotych, harness (skórzana uprząż na klatę) – co najmniej 250 złotych. Do tego glany za kilkaset złotych. A to dopiero początek, bo wyposażenie skórzanych sklepów w Berlinie może przyprawić o zawrót głowy: fartuchy, kilkanaście rodzajów bielizny, kalosze, dziesiątki rodzajów uprzęży, opasek, koszulek, koszul. Ja sam mam co najmniej cztery pary spodni, dwie koszule, chapsy, harness, kamizelki, kurtki, opaski i maski. Jeśli gdzieś wyjeżdżamy z moim facetem, to bagażnik samochodu jest wypełniony fetyszami! – śmieje się Mirek.

W swojej polskiej skórze

Mirek Pawełczyk w polskich wyborach startował drugi raz – i za drugim razem wygrał. Ta impreza się rozwija – wyobraźcie sobie, że pula nagród ostatnich wyborów, to dzięki sponsorom aż 25 tysięcy złotych! Jak wyglądają takie wybory? Oczywiście kandydaci muszą pokazać się w skórzanym fetyszu, ale nie tylko. Chodzi nie tylko o to, jak się wygląda, ale też o to, żeby sprawdzić, czy taki kandydat rzeczywiście będzie chciał coś zrobić dla środowiska – mówi. I rzeczywiście – od momentu wyboru Mirek podróżuje, przede wszystkim za granicę. Na tegorocznym Folsom w Berlinie nie miał nawet czasu porządnie się wybawić: Przez dwa dni miałem mnóstwo spotkań i rozmów: z właścicielami klubów, z przedstawicielami organizacji leatherowych z wielu krajów Europy, zbierałem, jak wszyscy misterzy, charytatywne datki na Fundację Folsom, zastanawialiśmy się, jak pomoc tym krajom, w których są problemy. Polska grupa, jako jedyna na Folsom, miała nawet narodowe spotkanie! Czuliśmy ogromne wsparcie ze strony Niemców – mówi Przemek Starosta. Niektórzy uczyli się nawet słów „cześći „dzień dobry”, widzą nasz zapał. To procentuje. Na tegoroczne wybory w Poznaniu przyjechało ponad stu gości z zagranicy. Niemcy mają nawet specjalny fundusz pomocy dla organizacji fetyszowych z innych krajów. A polskie stowarzyszenie działa nie tylko na polu skórzanym. Nawiązało współpracę z Pozytywnymi w Tęczy i z Siostrami Nieustającej Przyjemności – „zakonem” drag queens, promującym bezpieczniejszy seks: rozdają prezerwatywy, uczą jak uprawiać seks z głową, czyli chroniąc siebie i partnera przed chorobami. A w grudniu, z zaprzyjaźnionym ze skórzakami sklepem Refform robią wspólny „fetyszowy opłatek”. Panowie, zakładajcie skóry, gumy, mundury i w Europę, bawcie się i korzystajcie z życia… pamiętając tylko, żeby to robić bezpiecznie – mówi nasz Mister Leather Poland.

 

Tekst z nr 46/11-12 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jak psiak z psiakiem

Z artystą ASHEM POCALYPSEE (DAWIDEM LWEM) o tym, jak „przepracował” rodzinne Podkarpacie w swojej sztuce, o jego fetyszach, o coming outach: „psiakowym” i „hifowym”, a także o pracy w sex shopie rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

Foto: Michał Sosna @no_pic_no_chat

 

W ramach dziennikarskiego śledztwa przejrzałem przed naszą rozmową twoje profile w mediach społecznościowych i odniosłem wrażenie, że obcuję na nich z kilkoma różnymi osobami. Albo z jedną osobą, ale o kilku twarzach. Może nam się uda teraz te twarze odsłonić i pokazać. Na Facebooku jesteś grzeczny. Jesteś panem artystą po Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Na Facebooku mam rodzinę, mam ciotki. Nie chcę im za dużo tłumaczyć. (śmiech) Tak, w 2022 r. skończyłem wydział intermediów na krakowskiej akademii. Dyplom zrobiłem w pracowni rysunku, nazywał się „Autoetnografia”. Autoetnografia to etnografia, ale z mocnym elementem osobistym. Pochodzę z Białobrzegów, małej miejscowości znajdującej się na Podkarpaciu, które jest przecież bardzo konserwatywnym regionem. Wychowywałem się w katolickiej rodzinie i chciałem teraz, jako osoba queerowa, na nowo zakochać się w rodzimej kulturze. Przez cały rok byłem zanurzony w polskiej mitologii, czytałem historie z moich stron, studiowałem ceramikę, ornamenty, rytuały, muzykę i przetwarzałem to przez swój osobisty algorytm. Tworzyłem z tego coś nowego, z zaznaczeniem, że jestem osobą taką, a nie inną, że nie jestem konserwatywny, ale dostrzegam piękno ludowej kultury, pomimo wszystkich innych czynników. Ostatecznym efektem mojej pracy było stworzenie instalacji w wynajętym pomieszczeniu w starej, opuszczonej kamienicy. Pokryłem rysunkami wszystkie przestrzenie w mieszkaniu, łącznie z sufitem i podłogą, nie pozostawiłem wolnego miejsca. Tym samym przepracowałem swoją przeszłość, po czym zostawiłem ją za sobą. Już do niej nie wracam.

My jednak w tej rozmowie musimy do niej wrócić. Urodziłeś się w 1997 r. właśnie w tej części Polski, która jest postrzegana jako najbardziej homofobiczna. Jak to było dorastać w takim środowisku?

Moje dzieciństwo przebiegało na ogół spokojnie, nie szykanowano mnie. Ale wiele moich zachowań było tłumionych, gdyż traktowano je jako niemęskie. Rodzice zabraniali mi np. chodzić na zajęcia tańca, bo im się taniec źle kojarzył. Moje dorastanie polegało na tym, że próbowano mnie dostrajać do środowiska, w którym żyłem. Nieustannie obcinano mi te dziwnie rosnące gałązki mojej tożsamości, które nagle zaczynały skręcać w nieodpowiednie strony. Gdy tata dowiedział się o mojej homoseksualności, to powiedział, że jeszcze 2-3 lata wcześniej wyrzuciłby mnie z domu.

Ile miałeś wtedy lat?

16.

To był coming out?

Zostałem zapytany wprost przez tatę. Jakiś czas wcześniej zobaczył na moim komputerze bodaj filmiki pornograficzne. I od momentu, kiedy zaczął coś podejrzewać, do momentu, gdy zaczął ze mną rozmawiać, przeszedł proces autoedukacji. Za pierwszym razem zaprzeczyłem, że jestem gejem. Dopiero, jak mnie zapewnił, że już nie ma z tym problemu, powiedziałem prawdę. Moi rodzice całkowicie mnie teraz akceptują.

Wspierali cię też, gdy postanowiłeś zostać artystą?

Byli załamani. Jak to ASP?! Przecież po tym nie ma pracy! Zresztą mój proces dojrzewania do tego, że chcę zostać artystą, trwał dość długo. W liceum w Łańcucie byłem na profilu matematyczno-geograficznym z angielskim. Myślałem, że może zostanę architektem, wydawało mi się to takie męskie. Ale gdy zacząłem odkrywać swoją seksualność, to sztuka zeszła na bok, skupiłem się na poznawaniu siebie jako homoseksualnego mężczyzny.

Przerażało cię to? Ekscytowało?

Na początku byłem przerażony, ale gdy dopuściłem tę myśl do siebie, pogodziłem się z nią – to była pierwsza klasa liceum – chciałem natychmiast ogłosić całemu światu, że jestem homoseksualny. Nie chciałem już niczego w sobie dusić, znowu się dostrajać do normy. Dokonałem coming outu na jednym z portali społecznościowych. Skutek był taki, że cała populacja męska w liceum ze mną nie rozmawiała. Poza jednym kolegą z klasy, który też okazał się homoseksualny. Nie usłyszałem nigdy nic złego, obraźliwego, po prostu mnie ignorowano.

Było to dla ciebie bolesne?

Niespecjalnie, bo miałem swoją ekipę, swoich znajomych spoza liceum. Dużo czasu też spędzałem w internecie. Tam poznawałem ludzi, którzy stali mi się bliscy, którzy mnie rozumieli. Ale jeden z moich przyjaciół w miasteczku w pewnym momencie przestał się ze mną zadawać, bo rodzice mu zabronili. Dopiero rok temu odnowiliśmy kontakt.

To wszystko wypaliło na mnie rodzaj piętna, który powoduje, że z jednej strony mam stany lękowe, leczę się psychiatrycznie, chodziłem na terapie. Z drugiej ta sytuacja w liceum sprawiła, że zaczął się we mnie rodzić bunt, który narastał z roku na rok. Bunt przeciwko wpasowywaniu się w cokolwiek.

Studia artystyczne ten bunt podgrzały?

Tak. Na ASP czułem się dobrze, czułem się niczym nieograniczony w tym, jak chcę wyglądać, jaki chcę mieć kolor włosów, co chcę sobą reprezentować, jakie rzeczy pokazywać. Natomiast ja sam byłem zblokowany. Bałem się wychodzić poza ramy programu. Robiłem różne rzeczy tylko po to, żeby dostać zaliczenie. Aż wreszcie dyplom zrobiłem w zgodzie z samym sobą. Wiem, że Kraków nie jest najbardziej progresywnym miastem na świecie, ale jeśli wziąć pod uwagę, gdzie się wychowałem, to stał się on dla mnie ostoją wolności. Nawet nie dokonywałem czegoś takiego jak coming out. Po prostu najzupełniej zwyczajnie mówiłem w rozmowie, że jakiś chłopak mi się podoba.

A związki? Jak ci się układały?

Średnio. I tutaj dochodzimy do fetyszowej strony, którą długo w sobie tłumiłem, co powodowało frustracje seksualne. Byłem w związkach, w których niby wszystko układało się OK, ale jednak czułem, że seksualnie jest coś nie tak. Że seks nie spełnia moich potrzeb, wymagań. Pewnego dnia wyznałem partnerowi, że poza standardowym seksem interesują mnie też fetysze. I płakałem ze wstydu, że mam czelność mieć takie „zboczone” potrzeby. Wtedy zresztą nie chodziło jeszcze o psiakowe klimaty, a o „zwyczajniejsze” fetysze jak buty, stopy, skarpetki. Odkąd tylko przebudziła się moja seksualność, wiedziałem, że mnie te rzeczy kręcą. Ale mój partner był pierwszą osobą, której się do tego przyznałem.

Jak zareagował?

W porządku. Na początku był nieco zaskoczony, ale otworzył się na moje fetyszowe pragnienia. Później się rozstaliśmy, z zupełnie innych powodów. Nadal jednak pewne fetysze, do których mnie ciągnęło, wydawały mi się czymś tak monstrualnym, że aż niemożliwym do wypowiedzenia.

Kiedy więc nastąpiło przełamanie?

Niedawno. Nieco ponad rok temu. Rozstałem się z kolejnym partnerem i wtedy nastąpiła eksplozja, bo poziom frustracji seksualnej był ogromny. Boże Narodzenie 2021 r. spędzałem u rodziców. Okazało się na Grindrze, że niedaleko mnie znajduje się osoba, którą kojarzyłem z portali fetyszowych i która jest psiakiem. Zaczęliśmy rozmawiać, przedstawiłem mu swoją listę rzeczy niezrealizowanych seksualnie. On wtedy powiedział, że jest coś takiego jak społeczność psiaków. „Wrzucę cię na ich czat”. Od tamtej pory ruszyło to lawinowo.

Czytałem, że pierwszą maskę psiaka kupiłeś na Allegro za 100 zł.

Tak, zamówiłem ją już w czasie tego Bożego Narodzenia u rodziców.

Co czułeś, jak ją pierwszy raz założyłeś?

To było wręcz nierealne. Że to się dzieje, że moja fantazja się spełniła. Ciężko to wyrazić słowami. Oczy świecą ci się jak świeczki. Bo wiesz, że jesteś na dobrej drodze. Dostałeś coś, co było dla ciebie marzeniem od bardzo dawna. Czułem, że jest to początek czegoś potężnego.

W jaki sposób funkcjonuje taka grupa psiaków?

Mamy regularne spotkania w Warszawie co 7 tygodni. Jest jeden bar, który akceptuje rozmaite fetysze. Tam zjeżdżają się pieski z całej Polski. Z każdym spotkaniem jest nas coraz więcej, na ostatnim było ponad 60 osób.

Każdy piesek musi mieć swojego ludzkiego pana?

To kwestia indywidualnej decyzji. Istnieją relacje typu „master and slave”. Ale jest też tak, że piesek chce mieć innego psiaka, który będzie nad nim dominował. Inne pieski funkcjonują w równoważnym związku. Jeszcze inne tworzą hierarchie, na zasadzie stada wilków – alfa, beta, gamma, omega… Nie ma nikogo, kto ci mówi, jak to ma wyglądać. Jesteś panem swojego życia, swojej relacji, swojej seksualności.

Na ile te zabawy mają wymiar seksualny? Kończą się aktem seksualnym, zbiorowym seksem?

To ciekawa rzecz. Psiaki rzeczywiście wyrosły ze środowiska stricte seksualnego, z BDSM. Ale kilka lat temu nastąpiła zmiana. Firma Mr. S Leather z siedzibą w San Francisco wypuściła nowy projekt maski psiaka. Neoprenowej, kolorowej. Ona już nie jest skórzana, groźna, kojarząca się z hardcore’ową, fetyszową sceną. Ta maska wyobraża uroczego psiaka. Weselszego, milszego niż dotąd. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Wokół tego fetyszu zaczęła się tworzyć społeczność. Sam traktuję ją jak rodzinę. Spotykamy się, wychodzimy razem na imprezy, na kawę, rozmawiamy, jesteśmy przyjaciółmi, znajomymi. Jesteśmy społecznością, która jednocześnie ma absolutną swobodę seksualną, nie jest ograniczona przez jakiekolwiek standardy. Ja np. nigdy nie uprawiam seksu na naszych zjazdach w barze fetyszowym. Spędzam czas na rozmowach, na poznawaniu innych psiaków.

Ostatecznie też określiłem siebie jako osobę poliamoryczną i obecnie jestem w relacji z dwoma psiakami. Jednego traktuję równoważnie ze mną na poziomie dominacji, wymieniamy się energią, jesteśmy dla siebie tzw. switchami. A druga osoba jest dla mnie tzw. betą. Jestem dla niej mentorem, tworzę z nią relację wychowawczą. Ja ją wprowadziłem w świat fetyszowy. To trochę tak jak w domach dragowach, w których „matka” przyjmuje młodsze drag queens jako „córki” i roztacza nad nimi opiekę.

Mieszkasz razem ze swoimi psiakami?

Psiak, który jest moim partnerem, z pochodzenia Turek, mieszka w Mediolanie. Byłem u niego miesiąc temu, on teraz do mnie przylatuje. A z drugim psiakiem mieszkam w dużym domu w Podkowie Leśnej razem z innymi osobami queer.

Twoje psiaki żyją ze sobą w zgodzie?

Oczywiście, pojawiają się negatywne emocje. Mój polski psiak był zazdrosny o mojego partnera. Nie było lekko, mieliśmy ciche dni. Czasami jednak trzeba iść na kompromis, dogadać się. W tym momencie jest dobrze, ale tak, różnie to bywa.

Nie rozmawialibyśmy dzisiaj, gdyby nie fakt, że wyoutowałeś się publicznie jako psiak na Instagramie. Bałeś się reakcji?

Tak. Bałem się, że zostanę odebrany jako wynaturzenie. Ale nic takiego się nie stało. Z cenzurą instagramową też nie mam problemu.

Naprawdę nikt nie reaguje obrzydzeniem? Pod moim wywiadem z Pawłem Ziembą („Replika” nr 93, wrzesień/październik 2021 – przyp. red.), który opowiadał o psiakach, rozpętała się niejaka gównoburza.

Ciężko jest spotkać się z negatywną reakcją. Wszyscy traktują to jako coś ciekawego, nowego. Zaczęliśmy też wychodzić z ukrycia, pokazywać się w „zwykłych” klubach LGBT. Jestem teraz po swoim pierwszym performansie w Ramonie, gdzie wystąpiłem z drag queen na scenie. Szedłem także jako psiak na ostatniej warszawskiej Paradzie. Odbiór był fantastyczny, ludzie robili sobie ze mną zdjęcia. Widzą zresztą, że nie przychodzimy do „normalnych” klubów w celach seksualnych. Jesteśmy ubrani, odróżnia nas tylko maska na głowie.

Na Instagramie zrobiłeś też coming out „hifowy”.

Zakaziłem się wirusem od partnera, który mnie oszukał. Powiedział mi, że nie ma HIV, że jest czysty i na PrEP-ie, czyli bierze leki, które dodatkowo chronią przed zakażeniem. Naciskał na brak prezerwatywy. Ja miałem wtedy ciężki okres w życiu, czułem potrzebę, żeby odreagować, wyżyć się. Więc było mi wszystko jedno, powiedziałem: no dobra, niech ci będzie. Ale już następnego dnia wiedziałem, że zrobiłem coś nie tak. Przekroczyłem jakąś granicę. Jednocześnie wmawiałem sobie, że przesadzam, że panikuję. Dlatego też nie wziąłem leków postekspozycyjnych, które obniżają ryzyko zakażenia, jeśli doszło do ryzykownych zachowań seksualnych. Dwa miesiące później poszedłem zrobić test, okazał się pozytywny.

Jak to odebrałeś?

Trochę już byłem na to przygotowany. Przeczytałem w necie wszystko na temat HIV. Jak się dowiedziałem, że jestem pozytywny, to owszem, rozpłakałem się, byłem załamany. I znowu desperacko zacząłem szukać akceptacji. Mówiłem o swoim zakażeniu wszystkim znajomym po to, żeby usłyszeć od nich, że to nic nie zmienia, że mnie wspierają, że mi pomogą. Rzuciłem się w wir imprez. Ale miałem na nich momenty załamania, zaczynałem płakać.

Bałeś się uprawiać seks?

Trochę tak. Chociaż wiedziałem, że jak biorę leki, to jestem niewykrywalny, że nie zakażam. Ten strach bardziej wynikał z faktu, że przed seksem musiałem dokonywać hifowego coming outu. To był element blokujący.

Ci, którym mówisz, panikują?

Zdarzały się elementy paniki, ale dosłownie 3 minuty później ta panika mijała i było OK.

A jak wygląda teraz stosunek służby zdrowia do osób z HIV?

Po odebraniu wyniku dostałem instrukcję, gdzie mam pójść, dostałem wszystkie potrzebne numery telefonów, w tym także do wsparcia psychologicznego. Zaraz więc zadzwoniłem do lekarza, zarejestrowałem się w krakowskiej Poradni Niedoborów Odporności. Powiem szczerze, że nigdy wcześniej polska służba zdrowia tak się mną nie opiekowała jak w tej poradni. Dostaję skierowania na mnóstwo rozmaitych badań. Widuję się z lekarzem regularnie co 4 miesiące, a co 8 szczegółowo badają mi krew. Wcześniej cierpiałem na hipochondrię, która ustąpiła, odkąd chodzę do Poradni. Bo wiem, że jestem przebadany wszerz i wzdłuż.

Natomiast jednym z powodów, dla których chciałem dokonać publicznie hifowego coming outu, był fakt, że jak dowiedziałem się o swoim zakażeniu, to intensywnie szukałem w sieci osób zakażonych. Nie chciałem widzieć się z żadną organizacją czy wolontariuszami. Chciałem spotkać normalnego człowieka z wirusem, który normalnie funkcjonuje. Zobaczyć, jak wygląda, jak się czuje. To nie było takie łatwe. Postanowiłem więc, że ja będę taką osobą seropozytywną, na którą można trafi ć w sieci. I rzeczywiście, zgłaszają się do mnie osoby z wirusem, często mi dziękują. Tak samo wiele osób dziękuje mi za to, że jestem jawnym pieskiem. Piszą, że dzięki mnie zrozumieli swoją seksualność, odkryli ją na nowo. Generalnie stałem się kimś w rodzaju doradcy seksualnego, bo na dodatek pracuję w sex shopie.

O! Jak teraz, w czasach internetowych, funkcjonują stacjonarne sex shopy?

To nie jest taki stereotypowy sex shop, a fetish store. Klientów przychodzi dużo, biznes kręci się jak szalony. Nie narzekamy. Gdy widzę, że pojawia się ktoś nowy, ktoś, kto pokonał barierę wstydu i odważył się przekroczyć próg sklepu, to staram się takiej osobie pomóc, zachęcić ją, by powiedziała, czego potrzebuje. To dotyczy także mężczyzn hetero, którzy chcieliby spróbować np. seksu analnego z partnerką, ale takiego, w której będą stroną pasywną.

Muszę w tym miejscu podkreślić jedną rzecz. Irytuje mnie to, że seksualizowanie kobiet w kontekście zwierzęcym jest w popkulturze całkowicie akceptowane – te króliczki Playboya, seksowna Kobieta-Kot, kupowanie zajęczych uszek na wieczory panieńskie itd. – a z mężczyznami mamy problem.

Piesek kojarzy się z posłuszeństwem, uległością. Czyli z tym, co nie mieści się w wizerunku „prawdziwego” mężczyzny.

Tak, i dlatego psiaki pozwalają przyjąć postawę bardziej potulną, miłą, słodką niepowiązaną z płcią i wyuczonymi standardami. Najwięcej psiaków jest wśród mężczyzn homoseksualnych, ale mamy u siebie osoby każdej płci i orientacji.  

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.