Rodzina

Z rodzicami 4-miesięcznego Mateusza – Martą Abramowicz, Anną Strzałkowską i Lechem Uliaszem – rozmawia Marta Konarzewska

 

od lewej: Marta Abramowicz, Lech Uliasz i Anna Strzałkowska z Mateuszem. Z przodu – Tula   foto: Kama Bork

 

Marta: Od czego by zacząć? Poznałam Anię, wzięłyśmy ślub, chciałyśmy mieć dziecko, Leszek też chciał mieć dziecko…

Lech: Nie, poczekaj, początek jest wcześniej.

Gdzie?

L: W Kampanii Przeciw Homofobii. Tam poznałem Martę niemal 10 lat temu, tam się zaprzyjaźniliśmy i wiele nas połączyło.

M: Dużo podróżowaliśmy. Autostopem po Islandii, Gruzji, Hiszpanii. Jak nie było innego noclegu, to spaliśmy w jednym łóżku. Mieliśmy okazję nieźle się poznać.

Ania: A w 2009 roku z kolei ja poznałam Martę – też w KPH. Zakochałyśmy się na zabój, szybko się oświadczyłam. Cała reszta jest cudem. Od kiedy pamiętam, marzyłam, żeby mieć dzieci. Dużo dzieci. Wydawało mi się, że jeśli zwiążę się z kobietą, to nigdy nie będę mogła mieć dzieci. Byłam rozdarta. Myślałam, że nigdy nie będę szczęśliwa. A potem przyszedł moment przełomowy. Jechałam tramwajem i nagle zobaczyłam na billboardzie dwóch chłopaków trzymających się za ręce. To był 2003 rok, plakaty z akcji KPH „Niech nas zobaczą”. Rozpłakałam się. Pomyślałam wtedy, że ja też mam szansę żyć normalnie. I wszystko zaczęło się zmieniać. Potem przyjaciel zadał mi pytanie: a właściwie, dlaczego ty nie możesz mieć dzieci? Będziesz świetną matką. I nagle mnie oświeciło, że tak, że mogę. Zaczęłam mieć odwagę, żeby o tym myśleć. A im więcej miałam odwagi, tym byłam szczęśliwsza. A kiedy spotkałam Martę, wszystko się ułożyło: mamy dziecko z Leszkiem. I do tego okazało się, że to ona wieszała tamte plakaty. To jest ten cud.

M: Dla mnie to nie był cud, tylko pewna droga. W KPH nauczyłam się, że rzeczy niemożliwe są w zasięgu ręki. Trzeba tylko zadziałać.

L: Ale wesela to był cud – najświetniejsze wesela, na jakich byłem.

M: Bo były dwa, jedno w Liverpoolu, gdzie zawarłyśmy związek partnerski, drugie tu. A trzecie zrobimy, jak już będziemy w Polsce legalnym małżeństwem.

I to będzie wielkie wydarzenie LGBT, tak samo jak wasza rodzina. Bo jesteście rodziną?

(wszyscy) Pewnie!

A: Rodzina z wyboru, poszerzona, patchworkowa. Chciałyśmy, żeby nasz synek miał tatę i ma tatę, stały z nim kontakt, bliskość. Bo dochodzący tata nie znaczy daleki.

L: Mimo że Mateusz mieszka z Anią i Martą w Gdańsku, a ja w Warszawie, jesteśmy bardzo blisko. Znajomi się dziwią, ile wiem na temat synka: ile waży, co zjadł, jaką zrobił kupkę… Dziś zmieniłem dwie pieluchy, więc wiem, co mówię (śmiech). Widzimy się często – ostatnio wziąłem dwa tygodnie urlopu ojcowskiego, okazało się, że mi przysługuje.

Na ojcostwo zgodziłeś się od razu?

L: Oczywiście powiedziałem „muszę to przemyśleć”, ale wiedziałem, że tak. Chciałem mieć dziecko i zawsze myślałem o tym w wariancie: dwie mamy i ja. Jasne, że się zastanawiałem: „Czy to ten moment? Czy nie jestem za młody?” Ale – tak! To jest ten moment, inny się nie nadarzy.

M: Tylko z Leszkiem mogłyśmy się tak dopasować, żeby zdecydować się na dziecko.

A: Tu jest potrzebne ogromne zaufanie. Na przykład pewność, że dobro synka będzie ponad nasze poglądy, niechęci. Bo nie we wszystkim się przecież zgadzamy. Ja jestem katoliczką, osobą głęboko wierzącą, chodzę do kościoła, działam w Wierze i Tęczy, a Marta i Leszek są ateistami.

M: Leszek jest legalistą, lubi przestrzegać norm, jedzie samochodem zawsze przepisowo, ja z kolei wolałabym jechać szybciej. Społecznych norm zbytnio nie poważam. A decyzje w sprawie Mateusza będziemy podejmować wspólnie, musimy więc sobie ufać.

Będzie chrzest?

M: Jeśli Ania będzie chciała, to tak, bo uznaliśmy, że w tej kwestii zależy to od jej decyzji. Ale już na przykład religia w szkole będzie wymagała dyskusji – nie chciałabym Mateusza posłać.

L: Ja pochodzę z ateistycznej rodziny. Ale właśnie dzięki temu nigdy nie przechodziłem fazy wewnętrznego buntu przeciwko religii i nie musiałem z nią walczyć. Dlatego też nie muszę się buntować przeciwko temu, żeby Mateusz został ochrzczony.

Badania mówią, że rodzicielstwo LGBT jest bardziej refleksyjne…

M: …i świadome. Poza tym, nie ma ryzyka wpadki.

L: Długo się do tego przygotowywaliśmy: wielogodzinne rozmowy, plany. Szukanie rozwiązań.

M: Na przykład, co się stanie, jeśli Ania umrze w połogu.

Rety! Co za scenariusz!

A: Trzeba o tym rozmawiać, polskie prawo ignoruje rodziny takie, jak nasza. Ustaliliśmy, że jeśli umrę, to Leszek i Marta biorą ślub dla dobra Mateusza. Bardzo ważna była dla mnie ta pewność – mogę zaufać Leszkowi, że zajmie się Mateuszem, że nie odsunie Marty – to Leszek sam zaproponował takie rozwiązanie.

M: Bo ja prawnie jestem dla Mateusza obcą osobą. Mateusz dla mnie też. Na przykład nie dziedziczy po mnie.

L: Kiedy opowiadałem znajomym, w jakim modelu rodziny będę ojcem, słyszałem nieraz: a nie boisz się? A jak cię oszukają? Wyrolują na alimenty? Ludzie nie zdają sobie sprawy, że to właśnie ja, gdybym chciał, mógłbym być problemem.

A: Ja umieram – Leszek zyskuje pełnię władzy.

M: I majątek.

A: To prawda – do osiągnięcia pełnoletności przez Mateusza Leszek uzyskuje prawo do mojego z Martą majątku.

M: A po ewentualnej śmierci Mateusza, dziedziczy cały…

Nie…

L: Tak! Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo prawo jest niekorzystne dla osób w pozycji Marty. I jak bardzo ważne, by je zmienić.

A mniej tragiczne plany? Przedszkole, szkoła?

M: Ależ oczywiście – już wybrałam! I szkołę, i przedszkole. Przedszkole w Gdańsku, to, które promowało książkę „Z Tango jest nas troje” (o małym pingwinku wychowywanym przez dwóch tatusiów-pingwinów – przyp. red.), a szkoła – dla mnie tylko jedna, warszawska Bednarska. Sama ją kończyłam i mam do niej zaufanie, wiem, że jeśli pojawi się problem, np. w związku z tym, jaką Mateusz ma rodzinę, szkoła zrobi wszystko, żeby pomoc w jego rozwiązaniu.

A: Mamy też pomysł, żeby otworzyć przedszkole dla dzieci rodziców o poglądach nieco innych niż tradycyjne, takich, którzy chcieliby wychowywać dzieci w nieco innym modelu.

M: Wszyscy nasi znajomi wiedzą, w jakiej jesteśmy relacji – nie wyobrażam sobie inaczej – a wielu i wiele z nich też ma dzieci. Mateusz będzie więc miał swoją grupę odniesienia. Kiedy wychowa się w takim środowisku, gdzie będzie czuł się bezpiecznie, łatwiej poradzi sobie z osobami mniej przychylnymi. Będziemy z nim też oczywiście rozmawiać, przygotowywać go do rożnych możliwych sytuacji. Nie wyobrażam sobie wychowywać dziecka w atmosferze kłamstwa.

A: Wtenczas Mateusz nabrałby dużo lęku. Będzie silny, jeśli my mu damy tę siłę. Wierzę, że poradzi sobie z każdą sytuacją społeczną.

Albo obelgą. Wyobrażam sobie, że gdy się nie jest tak przygotowanym i silnym jak wy, można się zacząć niesłusznie obwiniać: na co ja narażam własne dziecko.

A: Właśnie, niesłusznie! Nie można obwiniać się za agresję społeczną. Dziecko doświadcza przemocy nie ode mnie, tylko z zewnątrz. Nie możemy sobie wyrzucać: „ja go urodziłam, ja mu to zrobiłam, przeze mnie cierpi”. Nie! To nie jest moja wina, to nie jest nasza wina, to wina tego, kto go wyzywa czy bije. My możemy jedynie zrobić wszystko, żeby nie przebywał w takim środowisku.

M: Oczywiście, mamy też zamiar zapisać go na karate (śmiech).

Ale na razie spotyka go tylko miłość, miłość i miłość. Trojka rodziców, trzy babcie…

A: Cztery! Bo ja mam dwie mamy – biologiczną i społeczną. Mamy naprawdę wielkie szczęście. Osoby, które mają dziecko, wiedzą, co znaczy babcia, która przyjdzie, pomoże. A co dopiero kilka babć! Mamy taką opiekę i wsparcie, że trudno opisać. Mateusz jest oczkiem w głowie – także dlatego, że był długo wyczekiwany. W mojej rodzinie to pierwszy wnuk.

L: W mojej też. Mam o pięć lat starszego brata. Wszyscy czekali na niego, a nagle ja, gej, oświadczam: będę tatą.

Co na to mama? L: Oszalała ze szczęścia.

Nie jest zwykłą babcią, ale babcią działaczką.

L: To prawda. Udziela się w Akceptacji (stowarzyszenie skupiające rodziców dzieci nieheteroseksualnych – przyp. red.) i uświadamia rzesze ludzi. Na każdym kroku chwali się wnukiem. Przyjęła strategię: jak się pójdzie do przodu, to już nigdy w tył. Więc ja podobnie – wciąż mówię o Mateuszu, o naszej rodzinie. Wszystkim: współpracownikom, przyjaciołom… Ubiegam pytania typu: „a kiedy poznamy twoją żonę?” albo „co to za dzieciak?”

Pracujesz w jednym z urzędów. Jak zareagowali w pracy?

L: Akurat konsternacją, bo parę miesięcy temu powiedziałem, że jestem gejem (śmiech). Jak konsternacja minęła, koleżanka z pokoju wstała, uściskała mnie, byłem wzruszony. Cały mój wydział złożył się na prezent – wielkiego misia. Nastąpił przełom, zmiana postrzegania: traktują mnie jak swojaka.

Jako gej byłeś dzieciakiem, a teraz – poważnym facetem.

L: Tak, teraz wiem, o co biega. Mamy wspólne tematy, dostałem się do sekretnego kręgu (śmiech).

M: Ja też to zauważyłam. Mam wrażenie, że wbrew pozorom właśnie wtedy, kiedy mamy dziecko, stajemy się dla społeczeństwa „normalni”. Nie jesteśmy już kosmitami, których nie bardzo wiadomo, jak traktować, tylko rodzicami ze wszystkimi tego radościami i bolączkami, więc pojawia się do razu tysiąc wspólnych tematów. Czy już ząbkuje? Jak jego brzuszek? A nie zmarznie bez czapki na głowie? A w którym tygodniu pani rodziła? A moja córka w tym samym! I od razu przestajemy być obcymi.

Ten fenomen wspólnotowy jakoś się kłoci z wielkim lękiem społecznym. Sondaże pokazują, że akceptacja LGBT się zatrzymuje na poziomie dzieci.

M: Tak, ale to lęk przed sytuacją hipotetyczną. Realne życie pokazuje coś innego. Ten „element wspólnotowy” bardzo silnie tu działa.

A: I to się dzieje bez względu na poglądy. Kiedy leżałam w szpitalu, w ciąży z Mateuszem, wszystko było jawne.

M: Szpitalne współlokatorki Ani były w naturalny sposób wtajemniczone. Do nich przychodzili ich mężowie, partnerzy, przyszli tatusiowie, a do Ani – ja.

A: I wszystkie odnosiły się do nas wspaniale. Przekonałam się, że na sali porodowej takie rzeczy, jak czyjaś orientacja, nie mają znaczenia. Tam są sprawy życia i śmierci. W tym kontekście naprawdę zmienia się perspektywa. Zacieśniają się więzi. Będę na przykład chrzestną synka dziewczyny, która ze mną leżała – ortodoksyjnej katoliczki. Obie z Martą weźmiemy udział w uroczystości. Zapraszają nas, a cała rodzina jest bardzo wierząca.

Personel szpitala też był taki super?

M: Niestety. Była trauma. Wyobraź sobie taką sytuację: przedwczesny poród, 33. tydzień, życie Ani i dziecka zagrożone, panika, nerwy, czekamy z Leszkiem. Nagle patrzymy: wywożą wcześniacza, ruszamy za inkubatorem, jak wszyscy ojcowie, tak jest tam przyjęte. Podbiegamy do lekarza: „co z nim? kiedy możemy go zobaczyć? jak się czuje?”. A lekarz na to dwa słowa: „tylko ojciec”. Ja na to: „Ale ja jestem partnerką, brałyśmy ślub w Wielkiej Brytanii”. On: „Ale te śluby chyba nie są ważne w Polsce” – i wszedł do windy.

A: Leżałam półprzytomna po porodzie. Podeszła do mnie pani z jakąś kartką i pyta, kogo upoważniam do widzenia się z dzieckiem. Wymieniłam Martę i Leszka. „Tylko pani plus jedna osoba” – zaznaczyła. Zaczęłam tłumaczyć: „To dla mnie bardzo ważne, Marta jest drugą mamą”. Ale ona swoje: „Może pani upoważnić tylko jedną osobę”. Załamana mówię: „W takim razie… może Marta wejdzie zamiast mnie, bo już nie wiem…”. „To proszę bardzo. W takim razie pani nie zobaczy dziecka”. I wiesz, co? Naprawdę mi nie pozwolili. Tuż po porodzie. Podczas gdy to jest takie… (pauza) tak wielka potrzeba spotkania: kto to jest? Jak wygląda? Całą ciążę sobie wyobrażasz… Nie mogłam uwierzyć, bo przecież widziałam, jak wpuszczali babcie, dziadków… To był straszny koszt!

W takiej sytuacji nie ma siły walczyć, prawda?

A: To nawet nie chodzi o siły. Człowiek cały czas się zastanawia, „a jak wyjdę na czołówkę, doprowadzę do konfliktu, co będzie? Może źle potraktują moje dziecko, może nie podejdą do niego w nocy?” To znów dowodzi, jak ważne jest prawo, które zagwarantuje, żeby nie przydarzały się nikomu takie sytuacje.

M: I jak ważna jest edukacja, szkolenie personelu. Ten lekarz, z którym rozmawiałam, był na pewno zaskoczony, kompletnie nie potrafił się odnieść do sytuacji. Muszę jednak przyznać, że potem położne odnosiły się do nas jak do pary i nie było już żadnego problemu.

A czy planujecie coś zrobić, żeby zmienić sytuację takich rodzin jak wasza? Bo jak nie wy, to kto?

L: Cały czas robimy. Marta jest zaangażowana w projekt badawczy „Rodziny z wyboru”, ja działam w KPH, Ania w Tolerado. A w październiku w Gdańsku organizujemy Festiwal Tęczowych Rodzin. Zapraszamy!

Ania Strzałkowska pisze o tegorocznym Festiwalu Tęczowych Rodzin na stronie 8

 

Tekst z nr 45/9-10 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Marcinkowskie

Ewelina i Marta opowiadają o swej córeczce Madzi, o wspólnym nazwisku, o coming outach, o tym, jak się zakochały i jak razem idą przez życie

 

od lewej Madzia, Marta i Ewelina Marcinkowskie                                                 foto: Angeline Glk

 

Ewelina: Najpierw tylko ja byłam Marcinkowska. Bo to moje rodowe nazwisko.

Marta: A decyzję o zmianie naszego, mojego i naszej córeczki Madzi, dostałam w maju tego roku. Ale zaczęłyśmy o tym myśleć już w styczniu, po naszym ślubie.

E: To był ślub nieformalny. Poprosiłyśmy dwoje świadków, kupiłyśmy obrączki i pojechałyśmy do Parku Cytadela. Średni pomysł, taki spacer w środku mroźnej zimy (śmiech). Ale było warto. Złożyłyśmy przysięgę, wymieniłyśmy obrączki i wróciłyśmy ze świadkami na szampana. Wieczorem zorganizowałyśmy duże spotkanie w pubie. Przywitali nas chlebem i solą, był tort weselny, pierwszy taniec, toasty, mnóstwo radości i szczęścia. Formalnie niczego to nie zmieniło, ale nas bardzo zbliżyło, w końcu przysięgałyśmy (śmiech). Wtedy pomyślałyśmy, że wspólne nazwisko byłoby swoistym przypieczętowaniem przysięgi. Zapytałyśmy adwokata i okazało się, że nie ma przeszkód. W Polsce można przyjąć nazwisko partnera, jeśli pozostaje się w związku nieformalnym, niezależnie od tego, czy to para homo czy hetero. Teoretycznie, bo poradzono nam jednak, by na wstępie nie informować, że homo.

M: A urzędnik i tak szybko się zorientował: „Dlaczego po prostu nie weźmie pani ślubu?”. „Bo zgodnie z obowiązującym prawem, nie jest to możliwe”. Odmówił mi przyjęcia wniosku. Wyszłam roztrzęsiona, zadzwoniłam do Eweliny. Płakałam. Ewelina mnie zmotywowała: jeśli nie teraz, to nigdy – wracaj tam. Wróciłam – i od razu do dyrektora złożyłam skargę. Dwa tygodnie później świętowałyśmy pozytywną decyzję.

Zakochane

M: Pierwszy raz zobaczyłam Ewelinę na imprezie kobiecej w 2011 r. Urzekła mnie tym, że pomogła jednej dziewczynie założyć płaszcz.

E: Ja cię wtedy nie zauważyłam. Żałuję.

M: Kolejny raz, kiedy się widziałyśmy, byłam już w ciąży. To było w klubokawiarni. Przechodziłam obok Eweliny i upadła mi serwetka, miałam zajęte ręce, więc poprosiłam: „Podniesiesz?”. A ona: „Nie jesteś niepełnosprawna ani w ciąży, sama sobie podnieś” (śmiech).

E: Do dziś się tego wstydzę…

M: Przez resztę wieczoru mi usługiwała. Jeśli ktoś w lokalu jeszcze nie wiedział, że jestem w ciąży, to się dowiedział. Potem był rok przerwy, a potem piknik w Parku Cytadela. Byłam tam z maluteńką Adzią i ówczesną dziewczyną.

E: A ja nie mogłam oderwać od Marty wzroku.

M: Myślała, że jak ma ciemne okulary, to tego nie widać (śmiech).

E: Potem zupełnie przypadkiem spotkałyśmy się w jednym z poznańskich klubów. Marta dała mi oficjalny komunikat, wypowiedziany chorem z jej już-nie-dziewczyną, że nie są razem, ale mają jeszcze wspólne sprawy i dlatego wciąż utrzymują kontakt.

M: Tego wieczoru całym towarzystwem przyjechaliśmy do mnie i Madzia pierwszy raz widziała Ewelinę. Wpatrywały się w siebie jak zaczarowane. Po prostu miłość od pierwszego wejrzenia (śmiech).

E: Dokładnie, zakochałam się. I w Marcie, i w Adzi.

M: Bo Madzia tak na siebie mówi – Adzia.

E: Nie potrafiłam przestać o nich myśleć. W końcu zadzwoniłam i zaproponowałam Marcie spotkanie. Powiedziała: „Godzina z tobą czy książka? Hmm… wybieram ciebie”. Pamiętam, że nie mogłyśmy się rozstać. Siedziałyśmy na ławeczce, a obok odjeżdżały kolejne tramwaje.

Potem Marta poznała moją rodzinę, przyjaciół. Wspólne śniadania, kolacje, czułam, że zaczynam ją kochać. Pomagałam przy kąpieli małej, przy wieczornym karmieniu, czasem kładłam ją do łózka. Na weekendy dziewczyny przyjeżdżały do mnie, miałam w pokoju łóżeczko turystyczne. Którejś nocy Madzia płakała, Marta poprosiła, bym do niej wstała i przyniosła ją do łózka. Położyłam ją między nami, a ona chwyciła swoją malutką rączką mój palec. Wiedziałam już, że ten maluch mi ufa i że zaczynamy tworzyć we trojkę coś ważnego. Pewnego dnia zaproponowałam, żeby zostały ze mną już na zawsze. Zamieszkałyśmy razem.

Inni ludzie

M: Kiedyś jedna z sąsiadek podeszła do mnie i mówi wprost: „Słuchaj, ty i ta czarna jesteście razem, tak?”. Przytaknęłam. „No, tak sądziłam. Mówiłam mężowi, a on się upiera, że jesteście siostrami”. Albo taka historia: Koleżanka z pracy zaprosiła nas na obiad, gdzie byli też jej znajomi, heteryckie małżeństwo w naszym wieku…

E: …ten mąż, Darek, zadał mi kilka poważnych pytań. O moją orientację, związki, stanowisko w kwestii wychowania Adzi. Udzieliłam mu swoistego wywiadu, ale chętnie, bo rozumiałam, dlaczego pyta. Wyznał, że nie uważa się za tolerancyjnego i nie do końca wszystko pojmuje, ale widzi radosne, uśmiechnięte dziecko i dwoje kochających rodziców. Miłość – zdrową szczęśliwą rodzinę.

M: Oczywiście wśród naszych przyjaciół są też inne lesbijki. Spotykamy się często. Grill, spacer, wypad nad jezioro. To taka nasza mała rodzinka. Adzia jest zachwycona, wszystkie ciotki chętnie się z nią bawią, noszą na rękach. Ciotkom też to odpowiada (śmiech). Ale przebywamy też sporo wśród rodzin z dziećmi. Czasem w weekend idziemy na kinderbalik dla maluchów. Wiesz, takie standardowe spotkania rodziców. Wielka frajda! Większość to oczywiście rodziny, gdzie rodzice są hetero, ale nie tylko. Mamy parę znajomych mam, które wychowują od niedawna córeczkę.

E: A minionego lata wybrałyśmy się na wakacje z jedną z mam (w tym układzie taty brak) i jej synkiem. Fajna rodzinna atmosfera. Adzia buszowała na plaży i wsypywała piasek do każdego pojemnika, a ja z małym Marcelem grałam w piłkę. Poza tym mamy stały kontakt z naszym rodzeństwem, kuzynostwem, którzy w większości wychowują dzieci.

M: Z ojcem na razie Adzia nie ma relacji. Ale nie dlatego, że nie chcemy, tylko, że on bardzo zawiódł. Poznał ją, ale nie zdał egzaminu. Wszystko ustali więc sąd i póki Adzia nie będzie mogła samodzielnie się wypowiedzieć, będziemy stosować się do zaleceń.

Dla mnie to była jednorazowa sprawa, żaden związek, nieplanowana ciąża, ale prezent, o jakim marzyłam.

E: Za jakiś czas planujemy powiększyć naszą rodzinę. Obie mamy rodzeństwo i chcemy, by Magda też tego doświadczyła. Tym razem od początku przejdziemy przez to razem. Jesteśmy zgodne: to Marta urodzi dzidziusia, a ja będę przy niej i razem będziemy przeżywać tę ciążę.

W rodzinie

E: Trzy lata temu wyoutowałam się przed tatą i jego żoną. Nikt mnie nie wydziedziczył (śmiech), ale wiadomo, stopień akceptacji i zrozumienia w rodzinie jest rożny. Pamiętam, jak przyszły mąż kuzynki, wręczając mi zaproszenie na ich ślub, powiedział:

„Oczywiście z osobą towarzyszącą, ale wolałbym, żebyś przyszła z kolegą”. Efekt? Wcale nie poszłam. Oczywiście niektóre kuzynki, ciotki czy najbliżsi przyjaciele – bo to dla mnie też rodzina! – przyjmują Martę i Magdę serdecznie. Traktują naszą rodzinę na równi z tymi tradycyjnymi.

M: Mnie siedem lat temu wyoutował brat. Moja mama już wtedy nie żyła – powiedział babci, która jest skrajnie nietolerancyjna i wyrzuciła mnie z domu. W wieku 18 lat byłam już samodzielna i pracowałam. Jeszcze do niedawna próbowałam się z babcią porozumieć, ale… „Ty i Madzia zawsze możecie mnie odwiedzić, ale bez Eweliny”. Moja rodzina jest trzyosobowa, póki babcia tego nie zaakceptuje, nie będziemy się widywać.

Damy radę

M: Ewelina jest bardzo odpowiedzialnym rodzicem i geny nie mają tu nic do rzeczy, ale formalnie – nie jest mamą Madzi. To przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu. Przykład: Madzia zaczyna gorączkować, a ja akurat tego dnia zaczynam szkolenie w nowej firmie, nie mogę pozwolić sobie na L-4.

E: A ja nie mogłam wziąć zwolnienia lekarskiego na dziecko, bo formalnie dziecka nie mam. Nie mogłabym pójść z nią do lekarza, bo jedynym prawnym opiekunem jest Marta.

M: Jak Magda pójdzie do przedszkola, będę musiała wpisywać własną żonę na listę upoważnionych do odbioru dziecka. Potem w szkole to samo: zawsze jakaś pisemna zgoda, upoważnienie. Myślałyśmy oczywiście o wyjeździe za granicę, ale uznałyśmy, że spróbujemy tutaj – gdzie nasza rodzina, przyjaciele i gdzie jesteśmy u siebie.

E: Są sytuacje, kiedy wiele zależy od nas samych. Jeżeli pozwolimy traktować siebie jak obywatela drugiej kategorii, to tak zostanie. Jasne, że niełatwo wieść otwarte życie, ale nie boimy się, nie wstydzimy, otwarcie jesteśmy razem, otwarcie wychowujemy Adzię, i każda z nas, na przykład w pracy, jest otwarcie lesbijką. Komuś to przeszkadza? Jego sprawa.

Ja zawodowo zajmuję się windykacją, a z wykształcenia jestem magistrem filologii polskiej.

M: A ja pracuję przy nowym projekcie związanym z motoryzacją. Zawsze mnie to pasjonowało. Dominuje płeć męska, ale potrafię się odnaleźć (śmiech). Pracujemy obie w tej samej, niemieckiej korporacji, ale w pracy nie mamy kontaktu, nasze biura są w dwóch rożnych częściach Poznania.

E: Każdego dnia staramy się Magdę uczyć nowych rzeczy, przygotowywać na dobre i złe aspekty życia. Póki co, uczymy ją, że gorącego się nie dotyka, a przy ruchliwej ulicy – tylko z mamusią za rękę (śmiech), ale ona widzi też wiele więcej: wzajemną troskę, szacunek, że się przytulamy, kochamy i że bardzo mocno kochamy ją. Czuje się z nami pewnie i bezpiecznie. Myślę, że to podstawa – wyposażyć ją w określony system wartości, nauczyć szacunku do siebie i innych, wypracować poczucie własnej wartości.

M: Nie na wszystko mamy i będziemy miały wpływ. Za jakiś czas jej wyjaśnimy, że miłość nie może być zła, że rodziny bywają rożne, że koledzy i koleżanki z przedszkola czy szkoły najczęściej mają mamę i tatę, a ona ma nas dwie i że tak czasem bywa. Żaden z tych modeli nie jest lepszy ani gorszy, a miarą prawdziwej rodziny są uczucia i wzajemny szacunek.

Dzieci dokuczają sobie z rożnych powodów, ważne, by przekuć takie doświadczenia w coś pozytywnego. Liczę na naszą kreatywność i na inteligencję Adzi.

Damy radę!

 

Tekst z nr 46/11-12 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tata, Papa i Max

Z Grzegorzem i Martinem Kujawami o ich synu Maksie i o homorodzicielstwie w Berlinie rozmawiają Maciej Kirschenbaum i Mariusz Kurc

 

arch. pryw.                                                                                      od lewej: Grzegorz, Max i Martin

 

Grzegorz, Martin i Max mieszkająładnej kamienicy w berlińskim Schonebergu. Max zupełnie nie krępuje się gości. Szybko biegnie po plastikowe miecze i zachęca nas do „walki”. Pokazuje też samochodziki, a Grzegorz śmieje się, że teraz, przy Maksie, zaczął się interesować markami aut, bo mały ciągle o nie dopytuje. Po chwili przychodzi Zosia, zaprzyjaźniona sąsiadka, Polka, która zaopiekuje się Maksem na czas wywiadu.

Max nie jest biologicznym synem żadnego z was. Został adoptowany?

Grzegorz: Obecnie w Niemczech adopcja dzieci przez pary jednopłciowe jest niemożliwa. Z dwoma zastrzeżeniami: od 2005 r. możliwa jest adopcja pasierba/icy – czyli dziecka partne ra/ki, a od 2013 r. możliwa jest tzw. adopcja sukcesywna, gdy najpierw dziecko adoptuje jeden partner/ka, a potem drugi/a.

My zaś jesteśmy dla Maksa rodziną zastępczą, tu już nie ma rozróżnienia – rodziną zastępczą może być tak samo para różnopłciowa, jak i jednopłciowa.

Max po urodzeniu przez kilka miesięcy był w szpitalu, a potem znalazł się w domu dziecka. Jego biologiczny ojciec jest nieznany, a mama cierpi na poważną chorobę, nie jest w stanie się nim zajmować.

Jest z nami, odkąd skończył roczek, czyli już prawie pięć lat. Był bardzo chory i opóźniony w rozwoju. Mówiąc brutalnie, nie było chętnych, by się nim zaopiekować. Miał problemy z sercem i z płucami, musiał przejść szereg operacji. Nie umiał nawet przełykać. Było z nim naprawdę krucho.

W ogóle dziś tego po nim nie widać.

G: Obserwowanie jego rozwoju jest jak obserwowanie cudu. On zaczął chodzić i mówić, gdy miał trzy lata. A teraz dokazuje, sami widzicie.

I to w dwóch językach.

G: Ja rozmawiam z nim po polsku, a Martin po niemiecku, Max jest dwujęzyczny.

Martin: Czasem mu się śmiesznie miesza i w niemieckie zdania wstawia polskie słowa, albo odwrotnie. Np. „Was hast du gemowit?”, czyli „Co mówiłeś?” albo „Zrobiłem to doch!”, czyli „Przecież to zrobiłem!”

Martin, świetnie mówisz po polsku.

M: Dziękuję. Już nie tak dobrze, jak kiedyś. Skończyłem polonistykę. A Grzegorz germanistykę, więc problemu z dogadaniem się nigdy nie mieliśmy.

A Max jak się do was zwraca?

M: Standardowe pytanie. Ten „problem” sam się rozwiązał: do mnie mówi „papa”, a do Grzegorza – „tata”. Słysząc „tatuś” zaczął też sam mówić do mnie „papuś”.

No to jak to jest być tatą i papą? G: Jak to ująć? Najprościej: to jest najlepsze i najważniejsze, co mi się przytrafiło w życiu. (Martin uśmiecha się i potakuje)

Obaj zawsze chcieliście mieć dziecko?

G: Tak, chociaż jak się jest gejem, to nie jest takie oczywiste. Homoseksualizm kojarzy się jakby automatycznie z bezdzietnością.

Dla rodziców gejostwo syna czy lesbianizm corki jest jak wyrok: wnuków nie będzie.

G: I sam też tak myślałem: jestem gejem, a więc ojcem nie będę, choćbym nie wiem, jak chciał. Zajęło mi trochę czasu, by zrozumieć, że tak nie musi być. U Martina zresztą było podobnie, chociaż on miał łatwiej, bo dorastał w Niemczech…

M: Moi rodzice wychowali poza własnymi wiele dzieciaków jako rodzina zastępcza o charakterze pogotowia rodzinnego. Ale też musiałem dojrzeć do tego, by zrozumieć, że jako homoseksualista nie będę gorszym ojcem.

G: Udzielamy tego wywiadu nie tylko po to, by osobom heteroseksualnym pokazać, że para homo może wychowywać dziecko, ale też, by geje, szczególnie ci, którzy chcą wychowywać dzieci, ale uważają, że „nie ma takiej opcji”, zobaczyli, że jednak jest. Aż chciałbym zawołać do polskich gejów i lesbijek, którzy widzą się w roli rodziców: przyjeżdżajcie tu likwidować domy dziecka!

Jak się poznaliście?

G: W Poczdamie na wieczorze kolęd, jeszcze za czasów studenckich.

M: Byliśmy w dwóch śpiewających grupach. Rywalizowaliśmy, która grupa zna więcej kolęd. Ale nie zaiskrzyło od razu. Po prostu tam się poznaliśmy i nic więcej.

Czyli to nie była romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia.

M: Nie. Ale później znów się spotkaliśmy. Tym razem w Polsce – i już poszło. Po miesiącu chodzenia Grzesiek podjął wielką decyzję. Aż się jej wtedy trochę przestraszyłem.

G: Postanowiłem przeprowadzić się z Polski do Berlina, do Martina.

M: Po jednym miesiącu!

Bardzo romantyczne, ale i ryzykowne.

G: Zwłaszcza że ja raczej nie byłem wtedy wyoutowany, a Martin cały proces akceptacji miał już za sobą.

Rożny stopień wyoutowania – jeden z typowych problemów par jednopłciowych.

G: Właśnie. Martin już się przed nikim nie ukrywał, a ja dopiero musiałem powiedzieć rodzicom… Nie czułem się jeszcze tak swobodnie z moją orientacją jak on.

M: Ale jakoś się udało. Po trzech latach, w 2005 r. zawarliśmy związek partnerski.

To będziecie świętować 10-lecie w przyszłym roku!

M: Tak jest.

I przyjąłeś nazwisko Grzegorza – Kujawa.

M: Z tego, co wiem, zwykle Polacy zawierający związek partnerski z Niemcami przyjmują niemieckie nazwiska, bo tak jest wygodniej, mieszkają w Niemczech. Albo nie zmieniają nazwisk w ogóle. Ja chętnie moje zmieniłem, bo nazywałem się Hintz, czyli prawie jak Kowalski po polsku. Teraz mam nazwisko dość nietypowe. Wiesz, że ludzie częściej biorą je za… japońskie? (śmiech)

G: Po cywilnym był jeszcze kościelny – kilka miesięcy później, bo musieliśmy zaoszczędzić na wesele.

Kościelny?

M: Tak, nasz kościół, czyli Kościół ewangelicki, udziela błogosławieństwa parom jednopłciowym. Formalnie to nie jest ślub, tylko błogosławieństwo, ale praktycznie niczym się nie rożni, bo ceremonia ta sama. To było ważne wydarzenie, przyjechali rodzice Grzegorza, moi rodzice…

Jesteście mocno religijni.

G: Nie wiem. Wierzę, że powołani jesteśmy do wolności i że o nią należy w życiu walczyć. A żyje się dla drugiego. Ja w wieku 18 lat odszedłem od katolicyzmu i zostałem protestantem, a Martin jest nim od zawsze. Nawet jego tata był pastorem.

Dlaczego odszedłeś od katolicyzmu?

G: O, to temat na osobną rozmowę. Po co zanudzać czytelników?

A upraszczając? Chodziło o stosunek Kościoła katolickiego do osób LGBT?

G: Nie tylko. Jak by to powiedzieć najkrócej? W kościele ewangelickim bardziej liczy się człowiek, jego wolna wola, poszukiwanie, jego silne i słabe cechy, to mi bardziej odpowiadało. Pewnie można to też znaleźć w innych kościołach, ale dla mnie było łatwiej w tym. Jak np. już samo bycie otwartym gejem, nawet u polskich ewangelików – jest łatwiejsze.

M: Pracujemy na uniwersytecie w Poczdamie, na teologii żydowskiej. Wielu liberalnych Żydów i protestantów otwiera się na osoby homoseksualne, jeszcze nie ma pełnej równości, ale widać postęp. Nie czujemy się odrzuceni. A swoją drogą, gros kościołów, przez swoją postawę, odpowiada w dużej mierze za proces ateizacji, z którym mamy od jakiegoś czasu do czynienia.

Wracając do Maxa… Rozumiem, że proces zostawania rodziną zastępczą znałeś, Martin, dzięki doświadczeniom twoich rodziców.

M: Obaj od dawna chcieliśmy mieć dziecko, ale najpierw mieliśmy, jak to ująłeś, rożny stopień wyoutowania, to zajęło kilka lat. Potem dojrzewanie do myśli, że jako para jesteśmy w stanie stworzyć stabilny dom dla dziecka – i wreszcie zgłoszenie się do ośrodka. Tu już całą procedurę znałem dzięki rodzicom, następuje wielomiesięczny proces sprawdzania pary. Przeszliśmy testy.

Czy dla instytucji, które was testowały, miał znaczenie fakt, że jesteście parą jednopłciową?

G: Dla instytucji nie. One podkreślały, nawet pracownicy niemieckiego Caritasu, że najważniejsza dla dziecka jest kochająca je osoba. Ale biologiczny rodzic czy rodzice dziecka mogą postawić veto. Mama Maksa nie miała problemu z tym, że jesteśmy gejami. Ma prawo do odwiedzin Maksa raz na dwa tygodnie. Jak tylko dobrze się czuje, widujemy się. Maks wie, że ma mamę i że ona go kocha.

Nie boicie się, że może odebrać Maksa?

M: Jeśli wyzdrowieje, będzie mogła starać się ponownie o prawo do opieki nad synem. Zwykle po dwóch latach w rodzinie zastępczej jest to niemożliwe. Sąd podejmuje decyzję, biorąc pod uwagę dobro dziecka. Według badań tylko 5% dzieci z rodzin zastępczych wraca do pierwotnych rodzin. A w przypadku Maksa tej rodziny pierwotnej praktycznie nie było. Nasz dom jest jego pierwszym domem.

Pamiętacie pierwszy dzień, gdy Max się u was pojawił?

G: Przed tym dniem zajmowaliśmy się nim stale przez dwa tygodnie w domu dziecka. Pamiętam dobrze pierwszy raz, gdy nam go pokazano, Max był w ciężkim stanie. Leżał na brzuszku z krzywą główką, wyglądał jak zmęczona żaba – i uśmiechał się do nas. Wtedy już wiedziałem: chłopie, wierzę w ciebie, ty dasz radę i my też.

Baliście się, czy będziecie w stanie zaopiekować się tak małym, chorym dzieckiem?

M: Oczywiście. Opiekunki w domu dziecka też się lękały, bo same miały problemy z karmieniem go. Straszyły nas kalectwem, mówiły, ze powinniśmy się dobrze zastanowić. Nie miały nic przeciwko gejom, ale jakoś były sceptyczne wobec wizji, że dwóch facetów miałoby dać radę.

Znacie inne pary jednopłciowe z dziećmi?

G: Tu, w naszej dzielnicy, Schonebergu, 25% wszystkich rodzin zastępczych to rodziny jednopłciowe, więc trudno się na nie nie natknąć (śmiech). Tyle tylko, że my prowadzimy dość kameralne życie towarzyskie. Odkąd mamy Maksa, to… (do Martina) Pamiętasz, kiedy wyszliśmy gdzieś sami? Rzadko wychodzimy.

M: W ogóle nie wychodzimy, chyba że z Maksem (śmiech). Albo pojedynczo. Z innymi rodzicami rozmawiamy na placu zabaw.

Max chodzi do przedszkola?

M: Tak.

Czy był jakiś problem z tym, że ma dwóch tatusiów?

G: No co ty! W Polsce pewnie mógłby być, ale w Berlinie nie ma mowy. Nie chcę idealizować Berlina, ale życie takiej rodziny, jak nasza jest tu naprawdę łatwiejsze. Nie budzimy nawet zdziwienia, nie mówiąc o negatywnych reakcjach.

Wśród przeciwników adopcji dzieci przez pary jednopłciowe są takie głosy: „Ja nie miałbym nic przeciw, ale pomyśl, przez co takie dziecko musiałoby przejść, w szkole nie miałoby życia”. Jonas Gardell, szwedzki komik i pisarz, który wychowuje z mężem syna, świetnie sparodiował podobne argumenty: „Nauczyliśmy nasze dzieci, by traktowałźle twoje dzieci, dlatego nie wolno ci mieć dzieci, aby nie byłźle traktowane przez nasze dzieci”.

M: Gdy pojawia się temat wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe, wielu ludzi jakby traci rozum. Powtarzają na przykład, że dziecko powinno mieć mamę i tatę. No, dobrze, a co, jeżeli jednak nie ma? Byłem niedawno w domu dziecka w Szczecinie – to jest dramat – biedne, niekochane maluchy dorastające w warunkach pozostawiających wiele do życzenia.

G: Tymczasem niektórzy zachowują się tak, jakby legalizacja adopcji przez pary gejowskie i lesbijskie oznaczała, że dzieci będą odbierane parom heteroseksualnym. Dopiero jak im uzmysłowisz stan domów dziecka, zaczynają główkować.

Ale też powiem wam, że poglądy wyrażane na temat teoretycznej sytuacji to jedno, a praktyczne zachowanie – to drugie. Regularnie jeździmy w odwiedziny do mojej rodziny do Polski. W pociągu trudno ukryć, że jesteśmy obaj ojcami Maksa – nawet gdybyśmy chcieli to ukrywać. Po prostu widać, jak Max nas obu traktuje – jak ojców właśnie, widać tę bliskość. Ze strony innych pasażerów nie spotkało nas nigdy nic złego. Raz jechaliśmy w przedziale z kilkoma zakonnicami – bardzo miło się z nimi rozmawiało i jasne było, że jesteśmy rodzicami Maksa. Gdy ludzie widzą konkretną sytuację, są mniej skłonni, by myśleć schematami.

Tu, w Berlinie, też nie spotkaliście się nigdy z dyskryminacją?

M: Nie. Chociaż nie mam wątpliwości, że to się może zdarzyć. To jest nasze dodatkowe zadanie jako rodziców – wyposażyć Maksa w zdolność do tego, by stawić czoła ewentualnej dyskryminacji. Powiedziałem „dodatkowe” w takim sensie, że pary hetero nie muszą się tym martwić, ale z drugiej strony przecież powodów do dyskryminacji w szkole może być tysiąc. Nie łudźmy się, dziecko może być wyśmiane przez rówieśników nie tylko dlatego, że ma dwóch tatusiów. Berlin jest dobrym miejscem dla rodziny jednopłciowej, ale nie perfekcyjnym. Nie poślemy Maksa do jakiejkolwiek szkoły, tylko do takiej, o której będziemy wiedzieli, że jest otwarta.

G: Schoneberg to świetna dzielnica. Być może gdybyśmy mieszkali w innej, mielibyśmy jakieś negatywne doświadczenia. W Berlinie możesz zapomnieć, że jesteś gejem – na takiej zasadzie, jak w Polsce ludzie hetero zapominają, że mają orientację seksualną. To jest tak normalne, że przestajesz o tym myśleć.

Niedawno byłem z Maksem w perfumerii, kupowałem sobie perfumy. Miła pani ekspedientka zagadnęła na koniec Maksa – dała mu próbkę damskich perfum i powiedziała: „A tu masz próbkę dla mamusi”. Na to powiedziałem, że Max ma też drugiego tatusia. Pani bez mrugnięcia okiem, nie przestając się uśmiechać, powiedziała: „A to poczekaj, dam ci też próbkę dla drugiego tatusia” – i wręczyła mu próbkę męskich perfum.

(do pokoju wchodzi Zosia z Maksem)

Zosia: Jeszcze ten wywiad trwa? Dajcie już spokój. I rzuca do nas: Czy oni mają aż tyle do powiedzenia?

Zosia, to teraz może ty nam o nich opowiesz?

Z: Chodzą do pracy, odbierają Maksa z przedszkola, a potem z nim siedzą. Co niedziela cała trojka idzie grzecznie do kościoła. Są tak zwyczajni, że aż nudni – co tu opowiadać? (śmiech). Lepiej wy opowiedzcie, co tam w Polsce się dzieje.

 

Tekst z nr 48/3-4 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jaka ulga być sobą!

Dzięki Beacie i Kamili polskie tęczowe rodziny zyskały twarz i głos

 

Kamila, Beata i Julian                                  arch. pryw

 

Okładka „Newsweeka” z 9-15 lipca (nr 28/2012) odbiła się szerokim echem. Widniały na niej dwie młode kobiety z małym chłopcem, cała trojka w czułym uścisku. W tekście Anny Szulc opowiedziały o tym, jak to jest być w Polsce tęczową rodziną. Wystąpiły jako Justyna i Iwona, a redakcja zastrzegła, że „imiona niektórych bohaterek artykułu zostały zmienione”. Spotykam się z dziewczynami dwa miesiące po publikacji. Obie promienieją. Ten pionierski, bo pierwszy coming out tęczowej rodziny w naszym kraju, okazał się pozytywnym doświadczeniem.

Pod nazwiskiem

Dlatego podjęłyśmy męską decyzję – mówią, puszczając oko przy słowie „męska”– i w „Replice” występujemy po raz pierwszy pod własnymi imionami i nazwiskami: Beata Lipska i Kamila Mańkowska. Jak się żyje po coming oucie? Kamila: Normalnie. A właściwie lżej, bo nie trzeba niczego udawać, jaka to ulga być sobą! Nie stało się nic strasznego – ba! Dostały wiele dowodów sympatii i akceptacji. Mieszkają w jednej z podwarszawskich miejscowości, po „Newsweeku” były rozpoznawane na ulicy. Proszą, bym koniecznie napisała, że usłyszały wiele miłych słow. Beata: Ale najbardziej zaskoczyła mnie jedna z naszych sąsiadek. Starsza pani, po której nie wiedziałam, jakiej reakcji mogę się spodziewać. Tymczasem zareagowała bardzo ciepło, była dumna z naszej odwagi, dopingowała nam, kiedy pojawiałyśmy się w mediach. Całkowicie zaprzeczyła stereotypowi starszej, tradycyjnie myślącej osoby, zamkniętej na różnorodność.

Kilka dni po ukazaniu się „Newsweeka”, 13 lipca br., dziewczyny wystąpiły w programie TVP2 „Pytanie na śniadanie”. Były spokojne i naturalne, wypadły świetnie. Prowadzący gratulowali im odwagi. Kamila mówiła: Chcemy nadać twarz wszystkim tęczowym rodzinom w Polsce, ponieważ jest to wciąż temat tabu, a my żyjemy, istniejemy i mamy dzieci. Zapytana o to, czy społeczeństwo dojrzało już do tego, by zaakceptować tęczowe rodziny, odpowiedziała: Społeczeństwo bardziej dojrzało niż politycy i nasze prawo. Wtórowała jej Beata, z zawodu nauczycielka, która wyjawiła, że pierwsze reakcje jej kolegów z pracy i uczniów napawają ją optymizmem. Teraz, gdy po wakacjach Beata wróciła do szkoły, potwierdza to, co mówiła w lipcu: Spotkałam się w pracy z dużą życzliwością i zrozumieniem.

Julian

Kamila była w związku heteroseksualnym, bo wpojono mi wzorce heteronormy i chciałam być taka, jak wszyscy. Potem tata Juliana odszedł, a Kamila zaakceptowała swą prawdziwą naturę. I poznała Beatę. Julian jest najwspanialszym prezentem, jaki mogłam dostać od życia – podkreśla. Czy czterolatek zauważył coming out swojej mamy i Beaty, którą nazywa Tocią? Kamila mówi, że nawet nie poczuł zamieszania. Nie ma wątpliwości, że będzie dobrze przygotowany na ewentualne pytania o dwie mamy. Nie będzie się bał o tym opowiadać: Dzieci mogą się śmiać ze swoich rówieśników z rożnych powodów, z tego że ktoś nosi okulary albo ze śmiesznego nazwiska. To, że nasz syn wychowuje się w rodzinie homoseksualnej, nie jest większym powodem do docinków niż tysiące innych. Dzieci lubią sobie dokuczać, ale wszelkie złośliwości wynikają z niewiedzy. Nie trzeba się tym przejmować, tylko tłumaczyć. Nasz syn wyrośnie na bardziej tolerancyjnego i tyle.

Dziewczyny mają świadomość, że do pełnej równości w naszym kraju jeszcze długa droga, ale dostrzegają małe kroczki. Niedawno na Facebooku powstała grupa „Tęczowi rodzice”. Pod Sejmem są organizowane manifestacje w sprawie związków partnerskich – Beata i Kamila były na kilku z nich. Kamila: Byłoby fantastycznie mieć pewność, że gdyby coś mi się stało, to jesteśmy zabezpieczone i nasz syn zostanie z Beatą, która będzie miała do niego prawa. W świetle obecnie obowiązujących przepisów Beata jest dla Juliana obcą osobą. To zupełnie bezsensowne, przecież Julek ma we mnie drugą, kochającą go rodzicielkę.

Przed i po 

Beata: Priorytetem naszej rodziny jest miłość i nic nie może tego zniszczyć. Jestem osobą wierzącą, kieruję siężyciu prawdą i uważam Kamilę oraz Julka za wielki dar od Boga. Jeżeli masz gdzieś z tyłu głowy opor przed ujawnieniem, strach i głos który mówi, że lepiej będzie, jak nie powiesz o sobie nikomu, to bardzo osłabia. Ale jeśli wiesz, że masz wsparcie i oddanie swojej rodziny, to tylko to się liczy. Kamila dodaje: Im więcej osób wyjdzie z szafy i pokaże, że jesteśmy zwyczajnymi ludźmi, a jedyne „homoseksualne lobby”, jakie istnieje to to, które walczy o nasze prawa, a nie „werbuje” kogokolwiek, tym większa szansa na stopniową akceptację i normalne życie w Polsce. My same dzielimy naszą historię na przed coming outem i po nim. Zainspirowały też kilku znajomych, by się ujawnili. Również uczniów, jest im teraz łatwiej odnaleźć się w szkolnej społeczności – mówi Beata – Nie można siedzieć bezczynnie i czekać, aż nastawienie społeczne i prawo „samo” się zmieni. I nie można oglądać się na innych, tylko samemu coś robić. Naszym największym wrogiem jest strach.

 

Tekst z nr 39/9-10 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.