Tożsamość to też forma kreacji

Marta Konarzewska i Agata Kubis – nasze redakcyjne koleżanki w projekcie modowym Acephala

 

Fotografia: Sandra Gałka

 

Tekst: Redakcja

 

Czy ciało nieheteronormatywne może namieszać w restrykcyjnym i kreatorsko bezwzględnym świecie mody? Mamy nadzieję, że kiedyś tak. Na razie donosimy o drobnych przejawach emancypacji i dekonstrukcji. Na nieoczywisty genderowo eksperyment zdecydowała się młoda, lecz szybko rozwijająca się na modowym rynku marka Acephala. Twarzami jesienno-zimowej kolekcji „Don’t kiss me” twórcy Monika Kędziora (projektantka) i Bartek Korzeniowski (grafik, manager) uczynili parę lesbijską. Nie żadną wymyśloną, lecz realną, zaangażowaną, obecną w dyskursie publicznym. W roli (nie) modelek wystąpiły nasze redakcyjne koleżanki – Marta Konarzewska i Agata Kubis.

Modowe zdjęcia często wykorzystują kobiecokobiecy erotyzm. Sztuczne objęcia, lesbijkopodobne pozy przed męskim okiem aparatu – typowe w przemyśle fashion, znamy to. Nam oczywiście nie o to chodziło – mówi Monika Kędziora – tu chodzi o kobiety dla samych siebie, w ich rozkoszach, zabawach i kreacjach dla samych siebie. Poza spojrzeniem, szczególnie tym męskim, poza oceną, stereotypem.

Gdzie ty masz głowę, rebeliantko?

„A – cephala” znaczy „kobieta bez głowy”. „Gdzie ty masz głowę?” – można taką zapytać. Bawi się. Ekscentryczka. Odrzuca rygory systemowego myślenia. Jest performerką tożsamości, królową masek, renegatką własnej płci. Ideą marki jest igranie ze stereotypami kobiecości i eksperymentowanie z formami kreacji tożsamości – mówią Monika i Bartek. Ich kobieta to nie normatywna konsumentka przemysłu fashion, to ta, która zawsze podąża własną drogą, „zboczona” z głównego nurtu. Wariatka na strychu, jak powiedziałaby Maria Janion, histeryczka – powiedziałby kiedyś Freud.

„Kobieta jako mężczyzna jako dziecko”

„Don’t kiss me” to ironia na pasywną rolę kobiet w heteronormie. I każdą inną rolę. Inspiracją jest twórczość i sylwetka francuskiej artystki Claude Cahun, która wolnościowe „Nie całuj” umieściła na jednej ze swoich kreacji. Cahun to referencja w pełni queerowa – nie tylko artystycznie sprawdzała różne formy Ja, wcielając się w postaci męskie, dziecięce, sztuczne. Prywatnie też była queer, przyjęła męskie imię i żyła z kobietą, która funkcjonowała pod imieniem Marcel.

„Konarzewska/Kubis – chodziło mi o was”

Monika i Bartek: Marta Konarzewska i Agata Kubis są jakby współczesną reinkarnacją Claude Cahun w dwóch osobach. Ona była pisarką (jak Marta) i fotografką (jak Agata). Ponadto, Agata jest niemal bliźniaczo podobna do artystki, a Marta, tak jak ona, uwielbia eksperymenty z wizerunkiem, tożsamością, zakładaniem różnych masek. Nie wspominając o tym, że są parą – co też nawiązuje do związku Claude Cahun z jej partnerką Marcel Moore, który był uznawany za bardzo kontrowersyjny. W naszej kampanii Marta i Agata są równie ważne jak pokazywane ubrania. Wypełniają je swoją osobowością, zderzeniem osobowości, i historią.

***

Acephala to eksperymentalny projekt łączący konceptualizm w myśleniu o ubiorze z przywiązaniem do wysokiej klasy rzemiosła. Ubrania wyróżnia krój, detal oraz tkaniny tworzone na zamówienie i sprowadzane z nowatorskich zakładów tkackich z Włoch, Francji i Japonii. Kolekcja na wiosnę-lato 2016 miała premierę w Londynie, pokazywana będzie także w ramach inauguracji sklepu flagowego marki w Warszawie w grudniu. Więcej: http://acephalafashion.com/pl/  

 

Tekst z nr 58/11-12 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Marka H0M0

Z projektantem Rafałem Nobisem o jego kolekcji ubrań h0m0 skierowanej do gejów, rozmawia Bartosz Reszczak

 

 

W lutym br. twoja kolekcja miała premierę w warszawskim art cafe Mito. Skąd pomysł na markę dla gejów?

Zazwyczaj indywidualni projektanci mody i zunifikowane sklepy sieciowe tworzą z myślą albo o kobietach, albo o mężczyznach. Odnoszą się więc do płci, nie mówiąc zupełnie nic o seksualności. To potrzeba, której chcemy wyjść naprzeciw.

Tworzysz „trzecią płeć?

Nie. Kolekcja h0m0 stoi w kontrze wobec postępującej feminizacji w modzie męskiej. Coraz częściej na pokazach mody dla mężczyzn widzimy damskie kroje – nie podoba nam się to. Nasza kolekcja jest stricte męska, dla klasycznego mężczyzny, który lubi chodzić w koszulach, chce być modny, jest homoseksualny, ale nie dziewczęcy, nie przegięty. Modowa wędrówka w przypadku h0m0 nie ociera się o haute couture, lecz o zabawę – moda musi ją w sobie mieć. Nam chodzi o przyjemność! Skoro staramy się o równość, to każdy ma prawo nosić to, co chce, ma prawo wyboru – my wybieramy maskulinizację.

To projekt zaangażowany?

To wynik pasji i obserwacji. Nie podoba mi się to, co jest na rynku, więc postanowiłem zrobić coś, co będzie odpowiadało mojej wizji. Ale marka h0m0 jest tylko częścią całego projektu.

Nazwa marki, pisana przez dwa zera, czytana jako „homo”…

…to wyłącznie wynik regulaminów portali takich, jak Facebook, które nie pozwalają na umieszczenie nazwy „homo”. Nie chcieliśmy zanadto oddalać się od pierwotnego pomysłu, stąd ta gra liter.

Twoje ubrania, co jest ich niewątpliwą zaletą, są pret-a-porter – można po prostu je założyć, pójść w nich do klubu, do pracy…

To właśnie ucieczka od feminizacji mody męskiej. Nie zależało nam na zaszokowaniu widza, raczej na jego identyfikacji – w tym przypadku na homoseksualności. Staraliśmy się stworzyć ubrania, w których można wyjść na miasto. Tu nie chodzi o nadinterpretowaną, nadmuchaną metaforami sztukę, a jeżeli już, to użytkową, o rzemiosło. Bawimy się też kolorami i dopasowujemy kroje do sylwetki, zarówno obcisłe, eleganckie, jak i luźne, wygodne.

Gdzie można kupić ubrania h0m0?

Na stronie internetowej www.h0m0.eu oraz na naszym profilu na Facebooku.

Planujesz medialną kampanię.

Pod hasłem „H0M0: znaczy człowiek”. Marka modowa jest tylko częścią całej kompozycji. Chcemy zwrócić uwagę mediów, bo wizja, jaką mamy, ma znacznie większy zakres…

Właśnie. Ma wymiar społeczny.

Tak. Chcemy stworzyć stowarzyszenie pod nazwą „H0M0: znaczy człowiek” i akcentować kwestie mniejszości seksualnych, stąd nazwa marki. Chcemy odnosić się do problemów homofobii, do spraw związków partnerskich. Jestem właścicielem początkującej firmy finansowej, wiem, jak wiele osób czy par homoseksualnych ma problemy z kredytem hipotecznym, zobowiązaniami finansowymi, mieszkaniowymi, sprawami związanymi z dziedziczeniem. Planujemy kontrowersyjne happeningi mające pokazać wagę tych spraw. Wypełnianie petycji w Internecie okazało się niewystarczające, chcemy pokazać człowieka, ludzi, którzy nie będą bali się walczyć o siebie i o swoje prawa. Będziemy to czynić bez agresji, ale nieustępliwie. Potrzebne są takie działania wzmacniające, jak happeningi, uderzenie do polityków, mediów, czy nawet sama nazwa marki – h0m0 – która jeszcze przed pierwszym pokazem stała się rozpoznawalna.

 

Tekst z nr 36/3-4 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Praca mnie kręci

Z biznesmenem Rafałem Nawrockim, współwłaścicielem portalu randkowego fellow.pl, szefem polskiego oddziału marketu odzieżowego ES Collection, rozmawia Marek Pietrzakowski

 

foto: Replika

 

W „tęczowym” biznesie jesteś od…

Od 1998 r. Wtedy założyłem portal gejowo.pl.

To była działalność zarobkowa?

Nie, hobbystyczna, robiona w czasie wolnym, po pracy. Ale z czasem zaczęła przynosić jakieś dochody z reklam, choć niewielkie.

Dziś to już nie jest dorabianie po godzinach – utrzymujesz się z tzw. różowych pieniędzy, prawda?

Od jakichś pięciu lat – tak.

Twoim następnym projektem po gejowie był portal randkowy fellow.pl, zgadza się?

W 2003 r., gdy zakładaliśmy fellow.pl, nie istniały jeszcze polskie portale randkowe. Za granicą GayRomeo ruszyło rok wcześniej. My w Polsce byliśmy na etapie ogłoszeń towarzyskich i czatów internetowych.

Fellow okazał się sukcesem, jest popularny do dziś.

Postawiliśmy na marketing szeptany. Mój współpracownik i programista Przemek Chojnacki bał się, że nie tędy droga, ale jednak się udało. Wygraliśmy chyba po prostu na tym, że w naszym kraju byliśmy pierwsi. Liczba użytkowników zakładających profile wzrastała lawinowo. Po roku mieliśmy ich już… nawet nie pamiętam – w każdym razie dziś to jest grubo ponad 100 tysięcy. Od samego początku zależało nam też, by fellow.pl był dla użytkowników darmowy. Wiedziałem, ze inaczej to nie przejdzie, bo w tamtych czasach każdy liczył złotówkę.

A więc dochody tylko z reklam.

Tylko. Najpierw nie było żadnych, potem coś drgnęło i ruszyło. Anonsowały się głownie kluby gejowskie, bary, dyskoteki, później sklepy internetowe, następnie wprowadziliśmy oferty płatne – np. mailinig do użytkowników. Mniej więcej w tym samym czasie powstał też portal randkowy gaylife, dziś już nieistniejący. Tam niektóre usługi dla użytkowników były płatne, a ponadto administrator zatwierdzał zdjęcia przed publikacją – czasami oznaczało to żmudne czekanie. U nas kontrola też jest, ale zdjęcia można wrzucić od razu. Jak są niezgodne z zasadami fellow (np. pornograficzne), to administrator je zdejmie, ale czekania nie ma. A wkrótce pojawi się wypasiona aplikacja geolokalizacyjna fellow, dodatkowe eventy.

Fellow hula, a ty kilka lat temu rzuciłeś się na nowe wody.

Bo jak już wysyłam gejów na randkę, to powinni jeszcze się na nią dobrze ubrać, prawda? (śmiech) Otworzyłem sklep internetowy z akcesoriami erotycznymi i męską bielizną. Potem poszerzyłem asortyment o fi my i gazety. „Replikę” otrzymują wszyscy klienci, którzy dokonają zamówienia powyżej określonej kwoty… Później przyszedł czas na market odzieżowy allechlopak.pl, w którym początkowo sprzedawaliśmy tylko jeden rodzaj bielizny, następnie kilka rodzajów i marek aż w końcu zostaliśmy niejako „zmuszeni”, by otworzyć sklep stacjonarny w Warszawie. Zmuszeni – bo taki był wymóg licencyjny hiszpańskiej marki ES. Dziś tych sklepów mamy już trzy – doszedł jeden w Sopocie oraz niedawno otwarty w Łodzi. Aktualnie planujemy otwarcie sklepu z akcesoriami erotycznymi i ubraniami, ale bardziej fetyszowymi, skórzanymi. Na otwarcie chcielibyśmy zaprosić gwiazdorów z wytworni Bel Ami (potentat na rynku męskich filmów bezkostiumowych – przyp. red.).

Gejom najwyraźniej spodobały się seksowne, kolorowe slipy, bokserki i kąpielówki marki Addicted, które oni reklamują, a wy w tych sklepach sprzedajecie. Zastanawiam się, jak się udało trafić w gusta tej klienteli.

Też się nad tym zastanawiam. Że kolorowe, to geje? To chyba byłoby zbyt proste. Jakoś tak się zrobiło, że za marką Addicted idzie gejowska fama. Właściwie nie wiem do końca dlaczego. ES Collection to jest rodzinna, hiszpańska firma. Głównym szefem jest facet „naszej” orientacji. Ale to słabe wyjaśnienie. Bardziej chodzi o jakość i markę, geje lubią się „lansować”, nie ukrywajmy tego.

Te majtki są tak uszyte, że wybrzuszenie w strategicznym miejscu wydaje się większe, niż zawartość – może o to chodzi?

(śmiech) Możliwe, powtarzam, nie wiem. ES Collection to zresztą nie są tylko majtki, ale również polówki, dżinsy, dresy, jockstrapy. Gdy szykowałem się do otwarcia pierwszego sklepu ES w 2013 r., to spytałem Roberta Biedronia, co sądzi o szansach na utrzymanie się sklepu z „gejowską” bielizną. Był sceptyczny. Podejrzewał, że ludzie nie będą chcieli płacić po 100 zł „za gacie”. Jednak się udało.

Geje to jest główny target marki Addicted?

Tak oceniam. O ile ES to globalna marka nastawiona na każdego klienta, o tyle Addicted zdecydowanie ukierunkowana jest na klienta gejowskiego, co widać po przykładzie reklam chociażby ze wspomnianymi modelami z Bel Ami. Choć oprócz gejów przychodzą też do naszych sklepów dziewczyny, chcąc kupić coś fajnego dla chłopaka czy męża.

Jesteś pracoholikiem? Pytam, bo trudno było umówić się z tobą na wywiad na żywo, proponowałeś Skype o 1 w nocy. Cud, że jednak się spotkaliśmy.

Tak, jestem pracoholikiem, przyznaję. Życie osobiste na tym cierpi. To znaczy – nie cierpi, bo go nie ma po prostu. Teraz postanowiłem zwolnić, więc panowie, droga wolna (śmiech). Nie, nie żartuję – tak naprawdę to właśnie się ktoś pojawił i dlatego zwalniam tempo. Więcej nie mówię, by nie zapeszyć. A wracając do pracy – gdybym to robił wyłącznie dla pieniędzy, to już bym chyba trochę zluzował, ale mnie to po prostu kręci. Najbardziej, gdy wpadnę na jakiś pomysł, który wychodzi. Zaczyna się urzeczywistniać i „chwyta”. Jest tak, jak sobie zaplanowałem. A z drugiej strony jako zodiakalna Waga nudzę się dość szybko, więc muszę sobie ciągle wymyślać nowe wyzwania. Znajomi ciągle mówią, że wszystko na raz sobie zwalam na łeb, ale lubię ten ciągły ruch. Zaliczam też porażki, ale gdy tylko się zorientuję, z czego wynikały, to zaraz chcę próbować jeszcze raz, tylko nie robiąc tych, znanych już i przećwiczonych, błędów. Bo tylko ten kto nic nie robi się nie myli.

Pamiętasz jakąś porażkę?

Firma Go Hot! nam nie wypaliła. To było biuro podroży skierowane do gejów. Prowadziliśmy je wspólnie z Przemkiem, tym od fellow, i jeszcze z dwoma innymi facetami, heterykami. Nauczyłem się np. że wysyłanie paczki gejów na kilka dni na Paradę Równości na Wyspy Kanaryjskie do hotelu z DJem i animacjami kulturalnymi wieczorem w hotelu – jest bez sensu. Właściwie to wiedziałem już wcześniej, że to nie wypali, ale uległem kolegom spoza naszej orientacji, którzy nie mieli pojęcia o tym jak wyglądają gejowskie wakacje. Bo jak już jedziesz na Paradę, to chcesz iść w miasto, a nie tkwić w hotelu. Hotel jest na taki wypad mniej ważny – byle był w samym centrum wydarzeń i już. Nie musi być super wypasiony.

Gdybyś był hetero, to myślisz, że mógłbyś siedzieć w gejowskim biznesie?

Niby tak, bo dlaczego nie? Ale… To nie chodzi o samą orientację, tylko raczej o znajomości, umiejętność dostosowania się do panujących trendów i bycia pierwszym. Ja cały czas obserwuję, co się dzieje. Będąc na imprezie czysto towarzysko, rozrywkowo, to główka mi pracuje cały czas – patrzę, co się nosi, co się mówi, wynajduję nowe trendy.

Czyli w klubie jesteś też trochę w pracy.

Tak, ale to jest miła praca. Słucham opinii ludzi.

Polski rynek „różowych pieniędzy” jest bardzo trudny, zgodzisz się? Po pierwsze wciąż wiele osób jest niewyoutowanych i wstydzi się, po drugie bardzo krucho jest ze środowiskową solidarnością. Nie ma poczucia, że inicjatywy LGBT, również te biznesowe, warto wspierać. Do tego czynnik czysto finansowy.

Coś się jednak rusza. Polscy geje chyba podpatrują, jak społeczności gejowskie funkcjonują na Zachodzie, szczególnie w Berlinie. I podpatrują też, co geje na Zachodzie noszą… Aspiracje rosną. Dziś mamy aplikacje gejowskie na komórkę, granice zacierają się, mamy dyskoteki na poziomie europejskim z tancerzami, striptizerami, mamy najnowsze marki ciuchów i mamy też w końcu ładnych facetów w Polsce (śmiech) – nie odstajemy od Zachodu.

Czujesz się dzieckiem szczęścia, rodzynkiem, któremu na tym rynku się udało?

Pamiętaj to, od czego zaczęliśmy – ja w tym biznesie siedzę od 17 lat, a utrzymuję się z niego dopiero od jakichś pięciu. Trzeba mieć determinację i ciężko pracować, samo szczęście na niewiele się zda. Do tego świetni, wypracowani, stali współpracownicy.

 

Tekst z nr 59 / 1-2 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Z TĘCZĄ NAM DO TWARZY

Z KATARZYNĄ WIŚNIEWSKĄ i ANNĄ JEZIAK, twórczyniami ubrań UniPride, rozmawia EWA TOMASZEWICZ

 

UniPride: od lewej Katarzyna Wiśniewska i Anna Leziak. Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw

 

 Skąd się wzięła marka UniPride?

Katarzyna: Marka to trochę za duże słowo, póki co, to bardziej projekt. UniPride powstało w ubiegłym roku. Szukałyśmy ciuchów dla siebie na Paradę i chciałyśmy mieć coś, co będzie tęczowe, a jednocześnie niekiczowate, dobrej jakości i będziemy chciały to założyć więcej niż raz. I stwierdziłyśmy, że najlepsza opcja, to zrobić coś samodzielnie. Po tym, jak pojawiłyśmy się w tych koszulkach na Paradzie, kilka osób spytało, gdzie takie można dostać. Pomyślałyśmy więc, że może to jest dobry pomysł, żeby je robić na większą skalę. Tak zaczęłyśmy.

Na czym dokładnie polega wasza praca? Szyjecie, projektujecie?

K: Koszulki zamawiamy w szwalni. Mamy oczywiście swoje fasony. Potem Ania komputerowo przygotowuje wzory. Częściowo wymyślamy je my, częściowo nasi przyjaciele czy klienci, którzy zamawiają u nas taki czy inny pomysł. A później haftuje maszyna do szycia.

Jaki wzór najczęściej wykonujecie?

K: Najczęściej ludzie proszą o napisy. Najbardziej popularna jest po prostu tęczowa miłość. To ukochany symbol wszystkich.

A jednorożce? Bo to jest wasz swoisty znak firmowy, w końcu nazwa „Unipride” pochodzi od „unicorn pride”, prawda?

Anna: Jednorożec jest na drugim miejscu, jeśli chodzi o popularność.

K: A nazwa to nie tylko jednorożce i duma, ale też zjednoczenie miłości, naszej społeczności… Bo nie zawsze jesteśmy tacy solidarni, a powinniśmy się trzymać razem. Więc to jest trochę taka grupa jednorożca.

Czyli hand-made nie tylko tęczowy, ale też i zaangażowany?

K: Zdecydowanie. Od razu wiedziałyśmy też, że zyski będą szły również na organizacje LGBT. Na pierwszy ogień poszła Miłość Nie Wyklucza, w której działamy.

Pewnie pamiętacie, że przed Paradą mieliśmy wysyp tęczowych fantów od rożnych znanych marek. Wtedy pojawiły się głosy, że to jednak trochę żerowanie na naszej społeczności. Zgadzacie się z tym?

K: Ja się cieszę, że w ogóle jesteśmy zauważani jako konsumenci. Z drugiej strony często tak jest, że produkty dla nas są dostępne tylko w internecie, stacjonarnie już nie. Miałam taką sytuację z tęczowymi trampkami – obsługa w sklepie nie bardzo wiedziała, o co mi chodzi, gdy o nie zapytałam. To było średnio przyjemne. Tak jakby się nas wstydzili.

A: Uważam, że takie wypuszczanie tęczowych kolekcji jest sztuczne. Nadal nie ma zbyt wielkiego wyboru takich rzeczy, szczególnie w tanich sklepach, więc jak któryś coś takiego robi we właściwej chwili, to ma pewny zysk. Także jeżeli takie sklepy chcą wypuszczać jakieś serie, to za tym powinno iść konkretne wsparcie naszej społeczności. A nie: chcemy na was zarobić, ale generalnie mamy was gdzieś.

No, ale to też jest szansa dla takich małych biznesów jak wasz.

K: I tak, i nie. Jeśli chcesz robić rzeczy etyczne, dobrej jakości, i nie w milionie sztuk, to nie jest łatwo. Wielokrotnie miałyśmy chwile zwątpienia, jak szukałyśmy podwykonawców w Polsce. To jest koszmar, znaleźć firmę, która chce coś przygotować i szanuje małego przedsiębiorcę.

A: Teraz już rozumiemy, dlaczego wszyscy robią wszystko w Chinach.

K: To jeden z naszych sukcesów, że mimo wszystko tego nie robimy. I mam nadzieję, że to się utrzyma i że nie zwątpimy w polskich przedsiębiorców.

I jak wam idzie z takim podejściem?

K: Daje nam to masę satysfakcji. Największy problem to czas, bo na co dzień obie pracujemy w korporacjach. Mamy mnóstwo pomysłów, które chciałybyśmy zrealizować, ale musiałybyśmy albo nie spać albo zrezygnować z pracy, co jest w tym momencie niemożliwie. Teraz mamy zrobione zdjęcia nowej kolekcji, ale nie mamy czasu dokonać ich selekcji, żeby wypuścić je na świat.

Czyli satysfakcja z tego jest ogromna, zysk, jak się domyślam, już niekoniecznie. Myślicie, że w Polsce jest coś takiego jak kultura wspierania swoich?

A: Niby rynek nie jest nasycony, ale nie sądzę, byśmy mimo to wybierali swoich.

K: Też nie sądzę, by tak było. Natomiast jeśli chodzi o naszych klientów, to nas bardzo wspierają! To w ogóle jest super, że teraz można mieć kontakt z klientami przez internet i dostawać masę pozytywnych wiadomości. Na przykład, że ktoś kogoś poznał i teraz zamawia dwie pary skarpetek, ponieważ chcą mieć takie same.

Wspomniałyście, że obie jesteście też działaczkami LGBT. Kasia jest w grupie osób, które pozwały Kaję Godek za nazwanie osób nieheteronormatywnych zboczonymi. Myślisz, że przeprosi?

K: To będzie trudne postępowanie, ale myślę, że trzeba prowadzić takie sprawy. Chociażby po to, by publicznie dyskutować na ten temat, by ludzie zastanawiali się, co i jak mówią. Że ich słowa mogą ranić, doprowadzać do krzywdy, do tego, że ktoś targnie się na swoje życie, będzie próbował się „leczyć”. To nigdy nie są tylko słowa, a te wypowiadane publicznie są jeszcze ważniejsze, bo więcej ludzi ich słucha. Nawet jeśli tą sprawą nie naprawimy świata tu i teraz, to mam nadzieję, że będzie przynajmniej jedna osoba na świecie, której to coś poprawi w życiu. Ważne jest też, by zwrócić uwagę, że jeżeli mamy jakieś zdanie, to nie znaczy, że możemy krzywdzić tym zdaniem innych.

Trzymam mocno kciuki za wygraną.

K: Byłoby świetnie. Istotne jest też to, że będziemy w sądzie. Nadal wierzę w sprawiedliwość, mimo tego, co się dzieje w Polsce. Wierzę, że sędziowie są naprawdę wykształconymi ludźmi i mają poczucie sprawiedliwości.

Wspólnie działacie, wspólnie prowadzicie UniPride. A jak to się stało, że jesteście razem?

K: Rzeczywiście ostatnio tylko jak jesteśmy w pracy, to jesteśmy oddzielnie

Jak w dowcipach o lesbijkach. To ile jesteście razem?

K: Rok, 7 miesięcy i 12 dni. (śmiech) Poznałyśmy się przez internet, przez bardzo popularną aplikację.

A: Totalnym przypadkiem, bo mieszkałyśmy w dwóch różnych miastach. Akurat byłam w Warszawie i zasięg złapał Kasię.

K: Tak, zostałam złapana na zasięg. Pisałyśmy ze sobą jakiś czas.

A: Miesiąc albo dwa.

K: To były raczej dwa tygodnie. Potem spotkałyśmy się parę razy i gdzieś po pół roku zamieszkałyśmy razem. Czyli nie było jak w standardowym lesbijskim żarcie. Nie aż tak szybko. Po prosto mieszkałyśmy w dwóch różnych miastach i spotykanie się było na dłuższą metę dość męczące.

A: Szczególnie jak się ma psa.

K: Więc znalazłyśmy mieszkanie i się wprowadziłyśmy. I adoptowałyśmy drugiego psa. A wkrótce odbieramy wspólne mieszkanie, w końcu.

A: Twoje, twoje.

K: No, tak moje, bo ty masz w Łodzi. Wychodzimy z założenia, że przy obecnym stanie prawnym współwłasność jest niebezpieczna, bo gdyby którejś z nas coś się stało, to nie wiadomo, jak by się potoczyły losy wspólnego majątku, co by zrobiła rodzina.

A to nie kwestia tego, jakie się ma relacje z rodziną?

A: Mogą być dobre, a później się okaże, że… Ludzie są różni. Dlatego ważne jest, by każda miała też swoje, na wszelki wypadek.

Czyli czeka was przeprowadzka. Skąd wy bierzecie na to wszystko, nie powiem czas, bo można nie spać, ale energię?

A: Kokaina! (śmiech)

K: W przypadku UniPride satysfakcja jest na tyle duża, że jest łatwiej. Gdy wiemy, że ktoś będzie się cieszył/a, że dostanie przesyłkę. Gdy dostajemy pozytywne wiadomości. Jak ktoś pisze, że bardzo dziękuje, że dostał prezent dla chłopaka w terminie.

A: Zawsze bierzemy pod uwagę, dlaczego ktoś może coś w danej chwili zamawiać. Na przykład, że na pewno ta osoba chciałaby, aby coś doszło przed walentynkami.

K: Albo jak ktoś pisze do nas na Instagramie, że ma rocznicę, a później widzę zamówienie z tym nazwiskiem, to się domyślam, o co chodzi. Staramy się słuchać klientów, reagować. To daje naprawdę dużo energii.

A: Na dodatek bardzo dużo się nauczyłyśmy.

Myślicie, że to kiedyś będzie więcej niż projekt?

K: Na pewno byłoby fajnie móc się w pełni poświęcić, ale z drugiej strony mam świadomość, że obecna sytuacja ma swoje plusy. Myślę, że takie robienie czegoś dla ludzi, nie dla zysków, jest fajniejsze. To jest dodatek, urozmaicenie dnia, a nie, że wstajemy, robimy zdjęcia, odpisujemy na wiadomości, siadamy do maszyny i tak dalej. Wiemy, co się dzieje z praktycznie każdą rzeczą, którą robimy. Dostajemy zdjęcia, pozdrowienia z wakacji w bluzie, w skarpetkach, w koszulkach. I to jest mega fajne i wyjątkowe, że ta bluza trafiła do tej dziewczyny, a ta koszulka do tego chłopaka i wow, wiemy, gdzie ona jest, znamy jej historię.

A: Na razie idziemy w kierunku takiej małej produkcji, troszkę limitowanej. Mamy ograniczone ilości rzeczy z danym wzorem, jeśli coś się skończyło, to tego po prostu nie będzie. Myślę, że to też jest fajne, że wzory są unikalne i tylko parę-parędziesiąt osób w Polsce je ma.

K: I jak pójdą na Paradę, to nie będą szli w tych samych ubraniach co tysiąc innych osób.

 

www.unpride.pl

 

Tekst z nr 78 / 3-4 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bye, bye, Piotruś Pan

Z PIOTREM CZAYKOWSKIM, czołowym polskim modelem, rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Urszula Dębska

 

A więc robisz coming out.

Nie.

Nie?

Ubranie tego wywiadu w kontekst coming outu byłoby sensacyjne. Kojarzy mi się z sytuacją, gdy ktoś ukrywa, że jest gejem, po czym to ujawnia. Ja od lat tego nie ukrywam – OK, nie mówiłem o tym wcześniej publicznie, ale jest różnica między ukrywaniem a niemówieniem. Ja czuję się wyoutowany, choć – i to jest kluczowa sprawa – kilka miesięcy temu zdałem sobie sprawę, że jednak jakiś problem z moją homoseksualnością był. Samego mnie to zaskoczyło, bo miałem się za geja, który w pełni się akceptuje, i za człowieka w ogóle otwartego. Zjeździłem kawał świata, jestem wykształcony, dobrze wychowany i tak dalej – a jednak, a jednak! Pewien mężczyzna spowodował, że tę opinię o sobie zweryf kowałem.

Ale jaki miałeś problem? Z mówieniem wprost, że jesteś gejem?

Mówić o tym umiałem, ale tamta sytuacja uświadomiła mi, że moja otwartość na poziomie słów nie ma odzwierciedlenia w czynach. W relacjach z mężczyznami, których miałem w życiu kilku, nie byłem tak otwarty, jak o sobie myślałem.

Co się stało?

Zakochałem się i pierwszy raz w życiu naturalne stało się dla mnie wzięcie go za rękę. Na ulicy. W Warszawie. Zrobiłem to i… szok. Poczułem się, jakbym zrobił coś strasznego. Kompletny paraliż, cała naturalność wyparowała w sekundę. Zacząłem się nerwowo rozglądać. Czy ktoś na mnie patrzy? A jeśli patrzy, to z jaką miną? Czy może zaraz dostanę po mordzie? Odruchowo opuszczałem głowę, gdy tylko mój wzrok skrzyżował się z czyimś wzrokiem. Czułem się zawstydzony. Miałem gonitwę myśli: o co chodzi, skąd te emocje się wzięły? O tym przede wszystkim chciałbym opowiedzieć Czytelnikom „Repliki”. Nie o coming oucie, bo to, że jestem gejem, oni prawdopodobnie wiedzą – tylko o tym strachu i wstydzie przy zdarzeniu, nad którym ludzie hetero nawet się nie zastanawiają.

 Nie chcę zabrzmieć, jakbym się wywyższał, ale jeśli ja – gej akceptowany przez rodzinę i przyjaciół – mam problem z czymś tak trywialnym, jak wzięcie ukochanego za rękę, to co mają powiedzieć ci, którzy nie mieli szczęścia urodzić się w inteligenckiej, liberalnej rodzinie w Warszawie?

Miałeś stosunkowo łatwo.

Byłem uprzywilejowany w stosunku do absolutnej większości osób LGBT w naszym kraju. Tamta sytuacja uświadomiła mi jeszcze coś. Przecież ludzie, szczególnie młodzi, większość życia spędzają nie w domu, tylko poza nim – na uczelniach i w pracy, w knajpach, w klubach, na imprezach czy po prostu na ulicy. Więc jeśli tylko w domu, gdzie nikt nie widzi, możesz okazać bliskość swojej ukochanej osobie, to jak straszne jest to ograniczenie? Przez zdecydowaną większość czasu nie możesz! I nie ma siły, to musi wpływać na nasze związki.

Ale wiesz, że sami sobie tych ograniczeń nie narzucamy. Jesteśmy do nich tresowani.

Dam ci przykład niezwiązany z homofobią i LGBT. Babcia, która karmi małego wnuka niejadka i mówi: „No, jeszcze jedną łyżeczkę – za zdrowie mamy. Za mamusię musisz!”, bezwiednie wytwarza w tym dziecku poczucie winy i jakieś dziwne powiązanie między jego jedzeniem a zdrowiem członków rodziny – absurd. Z homofobią, wydaje mi się, jest podobnie – od małego słyszymy jakieś takie niby nic nieznaczące drobnostki, że chłopiec powinien być taki, a dziewczynka siaka, że gej to taki nie do końca facet.

Że miłość między mężczyznami jest śmieszna, a seks męsko-męski – wręcz obrzydliwy.

To sprawia, że niemal każdy z nas ma zaniżone poczucie własnej wartości. Potrzeba naprawdę silnej jednostki, by ono się ostało na normalnym poziomie, bo wszyscy wokół bezrefleksyjnie powtarzają frazesy, które ludzi LGBT umniejszają i poniżają ich. Idąc dalej, zaniżone poczucie własnej wartości w oczywisty sposób skutkuje tym, że człowiek siebie nie akceptuje, więc jeśli już wchodzi w jakiś związek, to przeważnie z poczuciem, że nie zasłużył na miłość, że nie jest wystarczająco dobry. Ma to swoje konsekwencje w jakości tych związków i ich trwałości.

Jesteśmy uczeni tego, że nie możemy być sobąświat zaakceptuje nas tylko wtedy, jeśli część siebie będziemy ukrywać. Stajemy się mistrzami oszukiwania i w związku z tym sami stajemy się podejrzliwi, tropimy oszukaństwa innych. Gdy babcia – pozostając już przy babci – pyta dorastającego wnuka geja, czy poznał jakąś fajną dziewczynę, to on niemal odruchowo odpowie: „Babciu, jeszcze nie, jeszcze mam czas”, zamiast: „Babciu, zapytaj lepiej, czy poznałem jakiegoś fajnego chłopaka”.

Otóż to.

Piotrek, ale dlaczego nie opowiedziałeś o tym w książce? We wrześniu wyszedł wywiad-rzeka z tobą zatytułowany „Backstage. Kulisy męskiego modelingu”.

Bo ta książka jest o czymś innym – o mojej drodze w świecie modelingu.

Bardzo zdawkowo, ale pojawia się w niej miłość. Mówisz o swoich dwóch zakochaniach i tak to formułujesz, że nie znamy płci, mówisz o „osobie”. Wiesz, że przez to można się domyślić, że chodziło o mężczyzn?

Wiem. Nie chciałem jednak mówić wprost, bo to otworzyłoby nowy wątek, którego nie mógłbym opisać jednym zdaniem, a powtarzam – książka miała być o mojej karierze w świecie mody. Zresztą ona powstała dużo wcześniej, gdy jeszcze nie miałem tych przemyśleń, co obecnie.

Dla mnie to lepiej, bo dzięki temu mówisz o tym w „Replice”.

I jestem gotowy rozwinąć ten temat.

Ten obecny facet, jak już wspomnieliśmy, nie był pierwszy. Dlaczego więc teraz nastąpił ten wstrząs?

(długa cisza) Dojrzałem. Po prostu dojrzałem. Do niedawna żyłem w bardzo specyficznych warunkach – na kontraktach w różnych miejscach na świecie. Modeling to ciężka praca, ale jednak oderwana od życia codziennego zwykłego człowieka, przez co łatwiej jest dłużej utrzymać młodzieńczą beztroskę. Kiedyś nie miałem pojęcia, skąd wzięły się Parady Równości, o co w nich chodzi. Wydawało mi się, że to prostu parady. Mieszkając w Dubaju, spotykałem się z pewnym Libańczykiem. To był jedyny okres, w którym faktycznie spotkałem się z ograniczeniami ze względu na swoją orientację. Emiraty są miejscem, gdzie za relacje homoseksualne idziesz do pierdla. Do tego mój ówczesny partner był niewyoutowany, co doprowadzało do karykaturalnych „koleżeńskich” spotkań w jego domu rodzinnym. Finalnie wylecieliśmy do Stanów, a tam wszystko się rozeszło.

 W 2017 r., w wieku 32 lat wróciłem na stałe do Polski. Po prawie 10 latach życia na walizkach powrót był dla mnie bardzo trudny, ale dziś widzę, że to była dobra decyzja i tak naprawdę dopiero te 4 lata temu rozpoczęło się moje „dorosłe” życie. Wszystko wskoczyło na właściwy tor i nabrało odpowiedniego tempa.

A wracając do miłości.

Przed Giulio – bo tak ma na imię mój chłopak – miałem bardzo dla mnie ważną, krótką relację z innym mężczyzną. Ta relacja była specyficzna i różniła się od poprzednich, choćby tym, że tamten mężczyzna miał w sobie komplet cech, które wcześniej mnie zdecydowanie odrzucały od facetów. To nie był ani związek, ani (wtedy jeszcze) przyjaźń. Była między nami intymność, było również napięcie seksualne, ale nigdy nie zostało rozładowane. Trwało to kilka miesięcy.

To tylko ustalmy: to nie był Michał Piróg, z którym wziąłeś udział w programie „Azja Express”?

Nie. To, co mnie do tej pory interesowało w facetach, to poczucie humoru, które świadczy o inteligencji, sarkazm, który pokazuje bystrość umysłu, oraz pewien rodzaj wiedzy, która bierze się z doświadczenia. I to się nie zmieniło. Modeling ma w sobie jedną stałą – wszystko się w nim zmienia z minuty na minutę i ciężko jest cokolwiek w życiu zaplanować. Ten rodzaj braku stabilności powodował, że najbardziej sexy u innych kolesi wydawało mi się ich solidne uformowanie w życiu. Ta relacja, o której wspomniałem wyżej, ostatnia przed Giulio, uświadomiła mi coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Po powrocie do Polski, po udanej rewolucji w życiu zawodowym, stałem się kimś, kogo wcześniej szukałem, bo wydawało mi się to niezbędne do bycia pełnym i szczęśliwym – facetem o solidnym fundamencie życiowym.

Stałeś się bohaterem swojej własnej historii. I dlatego przy następnym związku – z Giulio – mogłeś już wykonać ten gest złapania za rękę i mogłeś też poddać analizie strach i wstyd, które wtedy poczułeś.

Pewnie tak.

Piotrek, to teraz chciałbym przejść do twojego okresu dorastania, czyli 20 lat temu.

20 lat temu… Musisz tak brutalnie? (śmiech) (śmiech)

Jak sobie radziłeś z homofobią w szkole, gdy odkryłeś, że jesteś gejem?

Nie było tematu. W okresie dojrzewania nie rządziła mną chuć, więc długo nie pojawiał się moment, w którym mógłbym zweryfikować swoją seksualność.

Pamiętam taka sytuację, gdy byłem z rodzicami na wakacjach, wpadł mi w ręce magazyn „Twój Styl”. Przeczytałem w nim wywiady z matkami gejów, w których opowiadały, jak dowiedziały się o orientacji seksualnej swoich synów. Przy jednej historii poczułem się dziwnie, wyjątkowo ją poczułem, ale zlekceważyłem to, bo była wtedy w moim życiu dziewczyna. Gosia, bo tak miała na imię, była moją pierwszą miłością. Miałem wtedy 16 lat. To była dość długa i bardzo skomplikowana relacja, pełna przeróżnych emocji. Czytałem jej „Nieznośną lekkość bytu” Milana Kundery, bardzo dużo rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki – do tej pory, gdy słyszę pewne kawałki, pamiętam tamten czas, jakby to było wczoraj. Dziś ta relacja bardziej przypomina mi romans wyjęty z literatury okresu romantyzmu niż nastoletnią miłość. Na pewno było to w moim życiu coś ważnego. Dopiero 2 lata później, gdy miałem 18 lat, poznałem chłopaka, z którym był pierwszy seks, i zorientowałem się, że to jest to.

Wtedy powiedziałeś sobie: „Aha! Jestem gejem”?

(długa cisza) Nie miałem jednego granicznego momentu, nigdy też nie miałem poczucia, bym wypierał homoseksualność. Jednak gdy pojawił się ten pierwszy chłopak, to pamiętam, że przez pewien czas było mi z tym niewygodnie. To było jedyne parę miesięcy w moim życiu, gdy okłamywałem ludzi wokół siebie i bardzo źle się z tym czułem. Szybko przyszedł moment, w którym stwierdziłem, że dłużej już tak nie mogę, i powiedziałem rodzicom. Potrzeba było kilku rozmów, ale zaakceptowali. Więc widzisz – generalnie brak konfrontacji ze światem, który jest inny niż mój i jest homofobiczny, sprawił, że żyłem przez długi czas w pewnego rodzaju uśpieniu, i dlatego do pewnych rzeczy doszedłem dopiero w tym roku.

To „uśpienie”, myślę, było spotęgowane podróżowaniem. Homofobia danego miejsca nigdy nie zdążyła cię przytłoczyć.

Tak, nigdzie nie zdążyła mi się przyczepić kula do nogi. Życie w modelingu – o którym nie marzyłem, którego nawet nie wybrałem, ale w którym żyłem – jest w pewnym sensie upośledzające. Masz w nim mało decyzyjności, ktoś inny dba o twój kalendarz, mówi ci, gdzie i kiedy masz się stawić, to jest jakby przedłużeniem szkoły. Po trzydziestce odkryłem, że załatwienie czegoś w urzędzie stanowi dla mnie problem. Bycie Piotrusiem Panem, co dla wielu jest OK, dla mnie stało się uciążliwe. Musiałem stanąć na własnych nogach.

Wśród projektantów mody jest ogromna nadreprezentacja gejów: Christian Dior, Yves Saint Laurent, Halston, Tom Ford, Jean Pail Gaultier, Karl Lagergfeld, Alexander McQueen, Giorgio Armani, z którym pracowałeś Właściwie trudno mi znaleźć w głowie jakiegoś projektanta hetero.

Jest Brunello Cucinelli, Etro… Ale powiedziałbym, że z 80% projektantów to geje.

A wśród modeli?

70% to hetero, a 30% to geje.

Czyli też nadreprezentacja, choć już mniejsza. Czy to powoduje, że atmosfera wśród modeli jest mniej homofobiczna?

W ogóle nie ma homofobii. W każdym razie ja jej nie doświadczyłem od żadnego modela. Może stąd też wynika to moje uśpienie…?

Za to w polskim świecie mody wyoutowanych projektantów mody nie ma.

Nawet o tym nie myślałem, ale rzeczywiście.

Przypomina mi się jeden taki, z którego gejoza aż biła, ale i tak nie mówił o tym wprost.

O, widzisz – „gejoza z niego biła” – to jest to samobiczowanie, o którym mówiliśmy wcześniej, sami to sobie robimy.

Zgoda, przepraszam. Twoja książka obejmuje karierę modellingową. Kończy się niemal na dniu dzisiejszym, gdy modelem już właściwie nie jesteś, ale masz własną agencję i wiele innych projektów.

To nie tak miało być. Wyjazd z Dubaju do USA – z tym Libańczykiem, o którym mówiłem – okazał się klapą. Zarówno na niwie osobistej, jak i zawodowej. Przez długi czas postrzegałem to jako porażkę, ale dziś widzę w tym same plusy. Kolej zdarzeń po powrocie do Europy doprowadziła do poznania ludzi, w różnych miejscach kontynentu, z którymi obecnie pracuję i robimy spektakularne projekty na skalę światową. Gdybym wtedy został w USA, nic z tego, co teraz robię, by nie powstało.

A powiesz coś o Giulio?

Jest pół Cypryjczykiem i pół Włochem. Poznaliśmy się na Instagramie 3 lata temu, ale na żywo dopiero w tym roku. Kliknęło od razu. Wszechświat zaczął działać na moją korzyść.

Śledzisz sytuację polityczną w Polsce?

Tak.

Homofobia obecnie jest naprawdę ostra.

Ona taka była już wcześniej. Problem polega na tym, że kiedy mieliśmy możliwości edukować ludzi na szeroką skalę, to tego nie zrobiliśmy i dziś mamy idealne warunki do manipulacji tymi, którzy tej podstawowej wiedzy nie posiadają.

Powiedziałeś wcześniej, że jak byłeś młodszy, to nie miałeś pojęcia, po co są Parady Równości. Byłeś już na jakiejś?

Byłem. I pójdę na następne.

 

Tekst z nr 94/11-12 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.