Mikołaj Milcke „Chyba strzelę focha”

Dobra Literatura 2013

 

 

W finale „Geja w wielkim mieście”, debiutanckiej książki Mikołaja Milcke, bezimienny bohater odnajduje księcia z bajki, a raczej powraca do niego. Mowa o bajecznie bogatym Wiktorze. W sequelu „Chyba strzelę focha” ich miłości zaczynają zagrażać: Marta, apodyktyczna matka Wiktora oraz (później) przedłużająca się rozłąka. Jak sobie radzić ze związkiem na odległość? Ciemne chmury zbierają się też nad przyjaciółkami bohatera – Matyldą, Marią i Niną, które nie mają szczęścia w miłości. A to trafiają na prawicowego maczo, a to dla faceta dręczą się drakońską dietą . Główny bohater zaczyna się zastanawiać nad swym związkiem, w który żyje jak w złotej klatce, zależny finansowo od Wiktora. Tymczasem na horyzoncie pojawia się przystojny radiowiec…

Tytułowy gej z pierwszej części w drugiej odsłonie przygód nadal jest bardzo rezolutny i nadal, choć rzadziej, bywa irytująco naiwny. Ale i dojrzewa – tym razem do życiowej samodzielności. Milcke idzie sprawdzonym torem – „Chyba strzelę focha” czyta się tak samo łatwo, lekko i przyjemnie jak poprzednią część. Co jednak czasem zgrzyta, biorąc pod uwagę zdarzenia prawdziwie dramatyczne – nasz bohater zapisuje się w końcu na… terapię „leczenia” z homoseksualizmu. Ale nie bójcie się, w porę pójdzie po rozum do głowy. (Michał Paweł Urbaniak)

 

Tekst z nr 43/5-6 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Edmund White „Zapominanie Eleny”

Biuro Literackie 2013

 

 

Debiutancka powieść Edmunda White’a („Zuch”, „Hotel de Dream”). „Edmund White jest najgrubszym i najobrzydliwszym pisarzem Ameryki, a rywalizuje pod tym względem tylko z Haroldem Bloomem” – pisał jeden z recenzentów, ale książkę promowali m.in. Vladimir Nabokov i Susan Sontag. Czuć tu atmosferę lat siedemdziesiątych, powieść powstała w czasie wakacji, które White spędzał na wyspie Fire Island, w gejowskiej mekce, gdzie „młodzi spoceni, zataczający się mężczyźni znajdowali seks grupowy w zaroślach między osiedlami”. Narratorem „Zapominania Eleny” jest młody chłopak, który pewnego dnia budzi się w domu pełnym mężczyzn. Nikogo nie zna, sam, zdaje się, nie wie, kim jest. Stara się zrozumieć zasady i dostosować do rytuałów panujących w tej małej wspólnocie. A jest ich niemało i obejmują zachowania w łazience, w łóżku, ale też twórczość poetycką. Chłopak gra, udaje, nie rozumiejąc, co się dzieje, ale powoli jednak przystosowuje się do sytuacji. Powieść White’a to satyryczne nawiązanie do twórczości Kafki – absurdalne okoliczności wcale nie prowadzą jednak do cierpienia, poniżenia i śmierci. Ironia pozwala żyć. (Witold Politowicz)

 

Tekst z nr 43/5-6 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Dominik Florianowicz „Naznaczeni”

bearbook.pl 2013

 

Książka Dominika Florianowicza jest wzorcowym przykładem pewnego rodzaju powieści gejowskiej, który, mam wrażenie, już trochę w Polsce poznaliśmy (czy również pokochaliśmy?). A mianowicie: ramiona zawsze są mocarne, klaty lśniące i szerokie, penisy wielkie i sztywne, a każdy seks – namiętny i… niezbyt realny. Dzieło pozostaje jednak dość wyważone w swojej cukierkowatości; fabule do beztroski daleko. Śledzimy losy czworga przyjaciół zamieszkałych w niewielkiej, anonimowej mieścinie. Michał i Tomek kiedyś byli razem, teraz łączy ich tylko przyjaźń, okazjonalny seks, a także brak akceptacji rodziców. Chłopcy przyjaźnią się z Izką, koleżanką z pracy Michała. Michał i Izka mają też kochanka, ale nie będę spojlerował, kto nim jest. Do tego Agnieszka, dotknięta chorobą nowotworową, pragnąca spędzić ostatnie chwile życia w ramionach Ryśka, żonatego i z dzieckiem. Florianowicz nie oszczędza swoich bohaterów, mnożąc dramaty i przeciwności losu. I tak na zaledwie 150 stronach udało się zmieścić śmiertelną chorobę, alkoholizm, zdradę, niespełnioną miłość, męża oprawcę, emocjonalne trójkąty i czworokąty oraz sponsoring. Oraz mnóstwo, mnóstwo obowiązkowo nieziemskiego seksu, przede wszystkim gejowskiego. To wszystko okraszone solidną refleksją egzystencjalną wskazującą na silne inspiracje twórczością Paolo Coelho. Serdecznie polecam „Naznaczonych” jako lekturę wywołującą skrajne emocje, choć nie wiem, czy zawsze zgodne z zamysłem autora. (Mateusz Sulwiński)

 

Tekst z nr 44/7-8 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Mikołaj Milcke „Gej w wielkim mieście”

Wyd. Dobra Literatura, Słupsk 2011

 

 

Debiut Mikołaja Milckego to nie jest „Seks w wielkim mieście” po polsku i „po gejowsku”, choć tytuł dobrze oddaje treść książki. To sprawnie napisana, bezpretensjonalna opowieść o dwudziestodwuletnim geju z prowincji, który przyjeżdża na studia dziennikarskie do Warszawy. Na początku jest niewyoutowany i trochę zakompleksiony. Wprowadza się na stancję do pewnej emerytki i rozpoczyna wielkomiejskie życie. Studia, zawiązywanie znajomości z koleżankami i kolegami z roku, poznawanie stolicy… Ale także dojrzewanie do stopniowego „wychodzenia z szafy”. W tej nowej dla niego, warszawskiej rzeczywistości, ważne miejsce zajmują przyjaciółka Nina i kumpel z rodzinnego miasteczka, Robert. Są też szkolne koleżanki – Maria i Matylda.

Nowe życie jest dla głównego bohatera znakomitą odskocznią od problemów rodzinnych – słabości matki, konfliktu z ojcem, problemów z narkotykami młodszego brata. W Warszawie chodzi on do kultowej „Utopii”, poznaje pierwszą miłość, biznesmena Wiktora, zakochuje się i przeżywa rozczarowania, odwiedza internetowe portale gejowskie, potem wyjeżdża do Krakowa, odczuwa stres oczekiwania na wynik testu na HIV, rozpoczyna pracę w prywatnej telewizji…

Całość okraszona przywoływanymi często tekstami znanych przebojów Anny Marii Jopek, Kasi Nosowskiej i Madonny.

Prosta historia, ale w sumie tak niewiele jest podobnych w polskiej literaturze. Takich książek potrzeba nam więcej! (Marcin Dąbrowski)

Tekst z nr 34/11-12 2011.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Dominik Florianowicz „Świat jest pełen homoseksualnych mężczyzn”

bearbook.pl, 2014

 

 

Druga, po „Naznaczonych”, powieść Dominika Florianowicza. Świat jest pełen homoseksualnych mężczyzn? W każdym razie w tej książce jest ich sporo: m.in. Janek, typ zdobywcy, który nie przepuści żadnej kobiecie, ale to tylko poza – tak naprawdę kocha Jarka i często z nim sypia, starzejący się schorowany Zbyszek spędzający noce w parku w oczekiwaniu na szybkie seksualne tete-a-tete, dorastający piękny Romek, który łatwo się zakochuje i często pada ofiarą przemocy motywowanej homofobią, Rysiek deklarujący nienawiść do „pedałów” czy Bogdan bez skrupułów wykorzystujący młodych, naiwnych chłopców.

Niektórzy dopiero odkrywają swą homoseksualność, inni starają się ją zataić, zakładając maski przykładnych mężów i ojców, jeszcze inni dawno nauczyli się ją akceptować, choć nie bez problemów. Miłość miesza się ze śmiercią, radość z rozpaczą, akceptacja z nietolerancją, a nienawiść z próbą zrozumienia. Zakochiwania i odkochiwania są błyskawiczne, akcja gna, niektóre rozwiązania grzeszą ckliwością i patosem, a poszczególne wątki (jest ich chyba zbyt dużo) przedstawione są dość pobieżnie. (MPU)

 

Tekst z nr 48/3-4 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Edmund White „Hotel de Dream”

Biuro Literackie 2012

 

 

Edmunda White’a – jednego z ojców współczesnej literatury gejowskiej – mogliśmy znać do tej pory jedynie z autobiograficznego „Zucha”. Głównym bohaterem rozgrywającej się w końcu XIX wieku powieści „Hotel de Dream” jest amerykański pisarz Stephen Crane, który na łożu śmierci dyktuje swej partnerce ostatnie wielkie dzieło: „Malowanego chłopca”. To historia miłości podstarzałego bankiera i młodziutkiego gazeciarza będącego zarazem męską prostytutką. Przykładny szanowany ojciec rodziny i ciężko doświadczony przez los chłopiec spalają się w łączącym ich uczuciu, a wszystko zmierza do tragicznego finału. Jaki zaś będzie koniec samego Crane’a? Czy zdoła skończyć powieść przed śmiercią?

„Hotel de Dream” można odczytywać na wielu płaszczyznach. Z jednej strony to dość swobodna wariacja na temat ostatnich chwil życia autentycznego amerykańskiego twórcy (wśród postaci pojawiają się także Henry James, Joseph Conrad, wspomina się często Oscara Wilde’a) oraz sztuki pisania samej w sobie. Z drugiej strony powieść ta stanowi wnikliwe, wieloaspektowe i nierzadko zabawne przedstawienie homoseksualnego środowiska XIX wieku. Jednak przede wszystkim „Hotel de Dream” pozostaje poruszającą opowieścią o starzeniu się, umieraniu i poświęceniu dla miłości. Bez wątpienia White pokazuje swoją pisarską klasę. Fantastycznie, że już po wakacjach mamy otrzymać polskie tłumaczenie jego kolejnej książki. (MPU)  

 

Tekst z nr 37/5-6 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Narcyz polski

Z Jackiem Melchiorem, autorem powieści „XXL”, rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

 

Jak pan wspomina PRL?

Dobrze. Dorastałem w średnio zamożnej rodzinie, która nie czuła się z PRL-em ani cudownie, ani najgorzej. Nie mam żadnych martyrologicznych wspomnień. Nic nie rozumiałem. Z zachwytem witałem z ulicy Breżniewa, machając chorągiewką i szacha Iranu.

Czy dla pana, tak jak dla bohatera pana książki „XXL”, ważna była popkultura PRL-u?

Oczywiście. TVP Kultura powtarza obecnie rożne stare festiwale, programy rozrywkowe – widzę, jakie to było przaśne i tandetne, a mnie się wtedy wydawało Londynem czy Paryżem. Obserwując np. Zdzisławę Sośnicką, nie mogłem wiedzieć, że po latach stanie się ona pożywką kultury gejowskiej. Choć pewnie osoby nieco ode mnie starsze obierały ją już wtedy jako pedalską diwę.

Ale muszę wyraźnie zaznaczyć – napisałem „XXL” w pierwszej osobie, bo wydawało mi się, że taka narracja będzie najbardziej sugestywna. Nie chciałbym udowadniać, że nie jestem wielbłądem. To nie jest moja historia.

Skąd więc wziął się pomysł książki o „gejowskim Donżuanie”, urodzonym w latach 60. XX wieku i zaliczającym kolejne dekady naszej historii? Podziw budzi pana dogłębna znajomość subkultury pedalskiej PRL-u i gejowskiej III RP.

To nie jest autobiografia, lecz też w żadnym razie to nie jest fikcja. Bohater, Wojtek, mieści w sobie cechy rożnych ludzi, których albo znam, albo im się przyglądałem. Pochodzi z małego miasteczka, gdzie jako dziecko czuje się kompletnie wyobcowany. Znajduje ujście dla swych złych myśli w kinie, w literaturze, w okienku telewizora, w świecie, którego realnie nie ma.

I w seksie. Od wczesnych lat młodzieńczych prowadzi intensywne życie erotyczne.

Pilnowałem, żeby nie była to książka pornograficzna. Pierwotnie miała nosić tytuł: „Nie na miejscu”, ponieważ każda sytuacja, jaka została tam opisana, jest – wedle różnorako pojmowanych norm – „nie na miejscu”. Nie chodziło mi o erotyczny skandal. Poza jednym, nie ma opisów seksu, są tylko pieprzne sytuacje, a to co innego. Najważniejsze jest wyobcowanie bohatera i jego wiara w talent, którego de facto nie ma.

To wyobcowanie jest tak wielkie, że on właściwie nie nawiązuje z nikim bliższych relacji.

Przyświecała mi idea powieści łotrzykowskiej. Obserwujemy bohatera od narodzin do śmierci. Idzie jak Tom Jones, mija kolejne osoby – ojca, matkę, znajomych – czerpie z tych spotkań doświadczenia, które przetwarza na swój sposób.

Ale w powieściach łotrzykowskich bohater jest w ruchu. U pana natomiast tkwi w warszawskim mieszkaniu jak w schronie. Zamiast ruchu mamy… ruchanie (śmiech obu rozmówców). Czytając książkę, jednak szuka się uzasadnienia, dlaczego bohater jest aż takim mizantropem.

Z mizantropią trochę jak z gejostwem. Ona po prostu jest wrodzona. Od dziecka Wojtek musiał ścigać się z ambicjami – własnymi, matki, otoczenia. Nie był w stanie poczuć, zrozumieć miłości. Matka przecież bardzo go kocha, tylko głupio. Znamy mnóstwo biografii, w których matka skrzywiła kręgosłup synowi.

To wręcz schemat: dominująca matka i syn gej.

Ale tu mamy jego przełamanie, bo syn wreszcie się od tej matki oddala – już jej nie chce, nie lubi, nienawidzi.

Czy jednak nie można tłumaczyć alienacji bohatera jego wewnętrzną homofobią? Lękiem przed coming outem? On w ogóle nie dąży do zademonstrowania światu swej seksualności, tożsamości.

Bo Wojtek nie jest w stanie zintegrować się z czymkolwiek. Gdy w III RP pojawia się państwo policyjne PiS-u, zaczyna się bać i przez moment odczuwa więź ze środowiskiem gejowskim. Łączy go jednak tylko strach. Ale, gdy PIS przegrywa wybory, natychmiast się z tego wycofuje. Nie bierze flagi tęczowej i nie biegnie na paradę. Bo już się nie boi. Jest zapatrzonym w siebie narcyzem. Ucieka w seks, w pisanie kolejnych okropnych, grafomańskich książek. Zresztą, czy polityka jest ciekawsza od Vivien Leigh w „Pożegnalnym walcu”? Nie jest.

Można mieć i jedno, i drugie. Ale w bohaterze wiedzę brak chęci zmiany czegokolwiek – w sobie, w otoczeniu, w Polsce. To mi się jednak wydaje charakterystyczne dla wielu tutejszych homoseksualistów. Pragną wyłącznie świętego spokoju. Nie uczestniczążyciu publicznym, wygodniej im, gdy są niewidzialni. W tym kontekście Pana bohater jest wręcz typowy dla pewnego „gatunku” gejów polskich. Tych tzw. gejów przedemancypacyjnych.

 Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z młodym człowiekiem z jednego z miast wojewódzkich w Polsce. Nikt o nim nie wie, nic po nim „nie widać”. Prowadzi podwójne życie, przyjeżdżając do Warszawy co weekend. Mimo że w jego mieście jest klub gejowski. Ale tam się wszyscy znają. Nie o to chodzi, że on nie ma w kim wybierać. On po prostu nie chce być widziany. Tak więc myślę, że ten podział na gejów przedemancypacyjnych i emancypacyjnych się jednak chwieje. Bo okazuje się, że młodzi mają te same problemy, co pokolenie wstecz. Mimo internetu, wyjazdów zagranicę i zmiany cywilizacyjnej, którą próbowałem w „XXL” przedstawić. Z pozoru teraz nam znacznie łatwiej żyć życiem gejowskim – loguje się pan na czacie: „słuchajcie, mam 15 lat, nie wiem, co w co wchodzi, co z tym zrobić, powiedzcie mi, pomóżcie mi”. Rodzice śpią za ścianą, młody człowiek ślęczy nad laptopem. Ale gdy ten laptop wyłączy, jest tak samo samotny, jak mój bohater 40 lat temu.

Jak więc pan odnosi się do zmiany nie tylko obyczajowej, ale też społeczno-politycznej w Polsce? Do organizacji LGBT, do parad gejowskich, do walki o związki partnerskie, do całej tej polityki „widzialności”?

Jestem nawet za najbardziej ekstremalnymi formami wyrażania siebie, ponieważ wydaje mi się, że w pewnym momencie będzie jak z łajbą podczas sztormu. Fale opadną, ekstrema zanikną, natomiast pozostanie istota rzeczy. Coś, co zmieni w społeczeństwie postrzeganie tych tzw. innych – nieważne, czarnych, zielonych, czerwonych czy gejowskich.

Ale co jest tą istotą rzeczy?

Niezwracanie uwagi. Nie tzw. tolerancja, która mnie wkurza już od samego słowa począwszy, bo ja sobie nie życzę być tolerowanym. Nie, chodzi o inność, która na nikim nie będzie robić wrażenia. By ludziom wreszcie przestało się wydawać, że wszyscy ci, którzy postępują inaczej niż oni, postępują źle.

Z drugiej strony, oglądałem programy z młodzieżówkami PIS-u i, niestety, oni są tacy sami, jak ich rodzice. Chyba w każdym pokoleniu będą mohery, nie chodzi o to, by je wyeliminować, tylko żeby żyć obok siebie i się nawzajem nie ośmieszać.

Może drogą jest uwolnienie tego ściśniętego, polskiego libido, o którym pan również pisze? Może i pana książka, przez swą otwartość, pomoże w tym dziele?

Nie, nie wierzę w wyzwoleńczą moc literatury. Ale w „XXL” ważna jest dyskusja z polskością. Stan wojenny zastaje bohatera podczas seksualnej inicjacji. A w wieczór śmierci papieża spotyka chłopaka, który liże mu stopy i każe mu wyłączyć telewizor, tłumacząc to tym, że Jan Paweł II potępił paradę gejowską w Rzymie. Chciałem więc też sparodiować ekstremalną postawę gejów.

Myśli pan, że ona jest ekstremalna? To przecież normalna reakcja wobec homofobii Kościoła katolickiego, wobec przeciwnika ideowego, politycznego, który w dodatku dysponuje dużo większą władzą niż mniejszości seksualne. Ekstremalne to się wydaje tylko w Polsce, gdzie papież i Kościół są świętymi krowami.

Wie pan co, wszystko sprowadza się do tego: są głupi księża i mądrzy, fascynujący księża jak Tischner. Są głupie pedały i mądre pedały.

To uwięzienie w polskości jest dla mnie ciekawe i znaczące. Bohater odbywa tylko dwie, trzy podróże zagraniczne, w czasie których staje się nagle impotentem.

Ha, to oczywiście metafora. Wojtek jednak jest Polakiem, choć wcale nie ma na to ochoty, i tylko tu może w pełni istnieć. Cierpi też na powszechną chorobę intelektualistów, w których wpisany jest pewien niedowład, choć wymądrzają się, jak my teraz (śmiech).

Naśmiewa się pan także z dzisiejszych mediów, w których niemal wszyscy są ignorantami i kretynami. Jedynie Wojtek zna się na rzeczy – przeczytał jakieś książki, obejrzał filmy. To akurat wynika z moich doświadczeń pracy w rożnych redakcjach. Media w Polsce to od lat równia pochyła. Tkwią tam ludzie niekompetentni, pozbyto się fachowców. „Mira Zimińska, Cafe Ziemiańska, Halina Kunicka, wojna punicka”– konstatuje mój bohater – to dla nich jeden diabeł.

Czy spotkał się pan z zarzutami, że kreuje pan w „XXL” niepozytywny wizerunek geja? Że dzisiaj potrzeba gejów, którzy są tzw. normalni, mili, żyją w monogamicznych związkach?

Chciałem pokazać wszystko w krzywym zwierciadle, przez pryzmat umysłu mojego dziwnego bohatera. Myśli pan, że „pozytywny”, biegnący ochoczo na paradę gej byłby bohaterem ciekawszym?

Nie, wcale tak nie myślę. Ale to jest zarzut, który i ja swego czasu słyszałem. Jednak odwołuje się pan do stereotypu: homoseksualizm równa się rozwiązłość. W „XXL” mamy rozwiązłość wręcz monstrualną. Prawdę mówiąc, zazdroszczę bohaterowi tej ilości łatwego seksu.

Przecież ta książka to prowokacja! Starałem się pęd do seksu pokazać z wielu stron. Kiedy np. bohater wchodzi do gejowskiego pubu, widzi wiele osób, które trzymają się za ręce, patrzą sobie w oczy, nie chodzi im więc o jednorazowy podryw. Wtedy nawet pyta samego siebie, czy nie należy w tej mniejszości do mniejszości maniaków seksualnych. Chciałem, żeby moja powieść była śmieszna, ale jak u Gogola. „Z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!”. Tak śmieszna, że aż smutna. I z pewnością nie tylko dla gejów.

Powieść „XXL” Jacka Melchiora ukazała się nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik.

 

Tekst z nr 38/7-8 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Håkan Lindquist „Mój brat i jego brat”

Wydawnictwo AdPublik Warszawa 2012

 

 

Współczesny skejt na okładce jest fajny, ale średnio pasuje do treści książki – jej akcja rozgrywa się głownie w końcu lat 60. Jonas urodził się kilkanaście miesięcy po śmierci swego brata Paula, który w wieku 15 lat zginął przejechany przez pociąg; żyje jednak wciąż w rodzinnych wspomnieniach. Jonas, który właśnie osiągnął wiek brata, chce dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Analizuje albumy fotografii, czyta listy pisane do brata. Jak detektyw kojarzy rożne fakty z życia Paula, wypytuje o niego rodziców i inne bliskie mu osoby. Odkrywa, że Paul był zakochany w pewnym chłopaku z Czechosłowacji. Wraz z Jonasem przeżywamy świeżość i intensywność pierwszej miłości, doświadczenie seksualnej inicjacji. I jednocześnie przełykamy gorzką pigułkę: nie dowiemy się, co mogło być dalej. Jonas nigdy nie pozna Paula naprawdę.

Krótka, napisana z prostą elegancją powieść szwedzkiego debiutanta Hakana Lindquista łączy rożne gatunki: jest po trosze romansem, a po trosze kryminałem z zagadką i dramatem psychologicznym. Historię Paula, w której stopniowo odsłaniają się elementy łamigłówki, śledzi się w napięciu i ze ściśniętym gardłem. W jej tle przetacza się wielka historia – inwazja Związku Radzieckiego na Czechosłowację, pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Oniryczność przeplata się z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością.

„Mój brat i jego brat” odniósł zasłużony sukces w Szwecji, doczekał się kilkunastu tłumaczeń. Mam nadzieję, że dzięki fali popularności literatury skandynawskiej w Polsce po tę książkę sięgnie więcej czytelników/czek. Warto.

 

Tekst z nr 38/7-8 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jodi Picoult „Tam, gdzie ty”

Prószyński i s-ka 2012

 

 

Książki Jodi Picoult sprzedają się w milionach egzemplarzy i najnowsza – „Tam, gdzie ty” również ma szansę na sukces komercyjny. Zoe i Max Baxter rozstają się po kolejnej nieudanej próbie zostania rodzicami (zapłodnienie metodą in vitro). Max próbuje odnaleźć ukojenie w Kościele, a Zoe, ku swemu zaskoczeniu, znajduje miłość i zrozumienie u boku kobiety. Vanessa jest pedagożką w tej samej szkole, w której Zoe pracuje jako muzykoterapeutka. Dla Zoe homoseksualny związek to nowość, natomiast Vanessa jest lesbijką z bagażem doświadczeń i z chęcią zbudowania trwałej relacji. Zoe stopniowo otwiera się na bliskość z drugą kobietą, zarówno tą codzienną, jak i tą najintymniejszą. Mamy więc ślub i wspólne mieszkanie. Jednak niespełnienie z przeszłości kładzie się cieniem na ich nowym życiu. Czy pojawi się dziecko? Jaką cenę płaci się za walkę o prawo do szczęścia? Książkę czyta się jednym tchem. Można się wzruszyć, można uśmiechnąć, ale też czasem zirytować patetycznymi „mądrościami”, które autorka wkłada w usta bohaterek/ów. Mamy tu Amerykę czytającą lesbijski magazyn „Curve”, oglądającą telewizyjny kanał Logo, ale też Amerykę konserwatywnych polityków i Kościoła, dla którego homoseksualizm to wybór i zboczenie. Główne tematy powieści Picoult – związki jednopłciowe, in vitro – są obecne także w Polsce. Lektura „Tam, gdzie ty” pozwala spojrzeć na nie z trochę innej perspektywy. (AM)

 

Tekst z nr 39/9-10 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Marcin Szczygielski „Poczet królowych polskich”

Instytut Wydawniczy Latarnik i Oficyna Wydawnicza AS Warszawa 2011

 

Marcin Szczygielski, niezwykle płodny autor, po sukcesie Berka, Bierek, kilku książek dla młodzieży i sztuk teatralnych, proponuje najambitniejszą swą powieść. Na Poczet królowych polskich składa się kilka dość skomplikowanych, ale wciągających historii ułożonych w spójną całość. Akcja jednej z nich rozgrywa się współcześnie, innej – przed wybuchem drugiej wojny światowej, a jeszcze innej – na początku lat 90. XX wieku.

Śledzimy losy kobiet, które nieoczekiwanie łączą się ze sobą.

Oto trzydziestoparoletnia Magda Król, warszawianka, ambitna pracowniczka wydawniczej korporacji, i jej przyjaciel od dzieciństwa, Adrian – gej, właściciel galerii z antykami, który próbuje ułożyć sobie życie ze znacznie młodszym od siebie Piotrkiem. Magda dowiaduje się o śmierci swej matki, warszawskiej przewodniczki, z którą nie utrzymywała kontaktu. Porządkując rzeczy po mamie, znajduje w jej mieszkaniu znaczną sumę pieniędzy… Razem z Magdą zagłębiamy się w zawiłą historię jej rodziny: Siedzę przez długą chwilę całkowicie oniemiała. Moja babka była Żydówką, dziadek hitlerowcem, matka komunistką, a ojciec (…) radzieckim szpiegiem. Przecież to jakaś monstrualna bzdura! Takie rzeczy nie są możliwe! A jednak.

Wtapiamy się również w atmosferę żydowskiej Warszawy lat trzydziestych, odwiedzamy dyskotekę w Swietłogorsku czasów pierestrojki… A w przedwojennym Wilnie trafiamy na bardzo intrygujący wątek trans i pieczołowicie odtworzony gejowski (pół)światek. Wszystko opisane niezwykle sugestywnie i realistycznie, z drobiazgowo odtworzonym klimatem czasów. A nad tym wszystkim unosi się duch divy polskiego kina przedwojennego, Iny Benity. (MD)

 

Tekst z nr 34/11-12 2011.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.