„Kłopoty z seksem w PRL”, Praca zbiorowa

Wydawnictwa UW, 2012

 

Praca jest podzielona na cztery rozdziały poświęcone rożnym zagadnieniom związanym z seksem w PRL – „rodzeniu nie całkiem po ludzku”, „aborcji”, „chorobom” (przenoszonym droga płciową) i „odmiennościom”. Ta ostatnia część to ponad stustronicowe opracowanie Agaty Fiedotow o rodzącym się w latach 80. XX w. polskim ruchu gejowskim (tak, to był wtedy ruch praktycznie tylko gejowski). Fiedotow analizuje ukazujące się wtedy biuletyny gejowskie (m.in. „Etap”, „Filo”), przytacza listy pisane do redakcji, opisuje nieudane próby założenia formalnej organizacji (Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego), wspomina pierwszych działaczy – m.in. Andrzeja Selerowicza, Waldemara Zboralskiego, Ryszarda Kisiela, Sławka Starostę. Dla wszystkich zainteresowanych polskim ruchem LGBT – lektura obowiązkowa. (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 41/1-2 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Andrzej Selerowicz „Kryptonim „Hiacynt”

Queermedia 2015

 

 

Książka historyczna w obu znaczeniach słowa – bo pierwsza na ten temat oraz bo traktująca o autentycznych sprawach z przeszłości. Minie w tym roku 30 lat od akcji „Hiacynt”, w ramach której Milicja Obywatelska PRL-u wyłapała i przesłuchała kilkanaście tysięcy gejów. Założono im teczki, potencjalny instrument szantażu. Status teczek jest do dziś nieznany. Nawet nie wiadomo, czy jeszcze istnieją. Andrzej Selerowicz, jeden z pierwszych polskich działaczy gejowskich nie jest ofiarą akcji – w latach 1985-8, gdy miała miejsce, od dawna mieszkał już w Austrii. Dysponuje jednak relacjami kolegów gejów, wykonał też sporą pracę badawczą.

Ubrał wszystko w formę powieści – wątpliwą, bo fikcja miesza się z faktami a wśród postaci bez nazwisk można rozpoznać działaczy z tamtych czasów – m.in. Waldemara Zboralskiego, Ryszarda Kisiela, Sławka Starostę. Struktura książki jest dość chaotyczna, bohaterów zbyt wiele, dialogi często brzmią deklaratywnie, niemało dygresji. Zdarzają się też błędy: np. w 2005 r. nie było jeszcze kościelnej nagonki antygenderowej, a w maju 2006 r. Robert Biedroń nie był jedynym wyoutowanym publicznie gejem, po coming outach byli już m.in. Jacek Poniedziałek, Bartosz Żurawiecki, Krystian Legierski, Jakub Janiszewski.

Niemniej, należy się wielkie uznanie za wytrwałość i samo podjęcie tematu, którym historycy kompletnie się nie interesują. Poza tym, Selerowicz przelewa na papier unikalne doświadczenia z tworzenia się ruchu gej/les w Polsce. (Marta Konarzewska)

 

Tekst z nr 56/7-8 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Za granicą łatwiej być sobą

O warszawskim światku gejowskim lat 70., o konserwatywnych historykach i o ślubie w Toronto z Johnem Stanleyem, kanadyjskim historykiem, badaczem polskiego ruchu LGBT rozmawia Mariusz Kurc

 

foto: Grzegorz Banaszak

 

Jak to się stało, że ty, Kanadyjczyk, zostałeś historykiem polskiego ruchu LGBT?

Zacznę od tego, że mieszkam w Kanadzie od ponad 40 lat, moja mama była Kanadyjką, ale urodziłem się i dorastałem w USA – w Seattle w stanie Waszyngton. Obywatelstwo kanadyjskie mam od 1980 r.

Studiowałem historię, kurs dotyczący Europy Środkowej i Wschodniej zainteresował mnie na tyle, że postanowiłem pisać pracę doktorską o historii tego obszaru. Ale jak tu pisać o dwudziestu krajach? Dwa uniwersytety zaoferowały mi stypendia; Indiana ze specjalizacją Jugosławia i Toronto ze specjalizacją Polska. Wybrałem Toronto, bo tam stypendium było wyższe. I już zostałem.

Historia Polski mnie zafascynowała. Pierwszy raz przyjechałem do was w 1971 r. Nie byłem jeszcze świadomym gejem, miałem nawet dziewczynę. Nie mówiłem ani słowa po polsku – nawet „tak”, byliśmy po prostu turystami. Zatrzymaliśmy się w warszawskim hostelu przy Smolnej. Poznałem facetów… Nie wszyscy byli gejami, ja zresztą siedziałem w szafie. Utrzymaliśmy kontakt, a rok później przyjechałem do szkoły językowej, już bez dziewczyny. Wtedy nastąpiła moja gejowska seksualna inicjacja i emancypacja. W Polsce.

Serio? Potrzebowałeś Polski, by zaakceptować swój homoseksualizm? Kanada lat 70, nie była bardziej LGBT-friendly?

(śmiech) Była. W 1971 r. zaczął wychodzić u nas pierwszy gejowski magazyn „Body Politic”, porządny, profesjonalny i mocno wywrotowy, subwersywny. Ale w Polsce czułem się bardziej wolny, oderwany od korzeni i od całego bagażu mojego „ja”. Wiesz, za granicą łatwiej jest być sobą. Byłem inny już na „dzień dobry” – jako Amerykanin, homoseksualizm stał się „tylko” jeszcze jedną cechą różniącą mnie od reszty. Zrozumiałem, kim jestem, co czuję. W 1974 r. przyjechałem do Polski na dwa lata. Gejowską scenę w Warszawie poznałem lepiej niż w Toronto.

Jak ona wyglądała?

Przede wszystkim miała charakter prawie wyłącznie erotyczny. Seks i cała sfera kontaktów społecznych były rozdzielone. Faceci, z którymi uprawiałem seks, nie byli moimi przyjaciółmi ani kolegami. To był seks anonimowy. Praktycznie nie istniało coś takiego jak społeczność. Facetów na przyjaźń czy na związek poznawało się przez hermetyczne grupki towarzyskie.

Główną pikietę odkryłem przypadkowo. Idąc do domu – wynajmowałem pokój przy Boya-Żeleńskiego, tuż przy Placu Unii Lubelskiej – mijałem któregoś razu blaszak na Placu Trzech Krzyży i ktoś krzyknął za mną „pedał”. Nie wiedziałem, co to znaczy. Zapytałem kolegów hetero, przed którymi nie byłem jeszcze wyoutowany. Gdy mi wytłumaczyli, stwierdziłem: o, w takim razie muszę odwiedzić to miejsce!

Potem chodziłem do baru Alhambra przy al. Jerozolimskich i baru w hotelu Ambasador przy al. Ujazdowskich. To też były miejsca głownie na cruising, na podryw, a nie na wspólne spędzanie czasu. W Alhambrze wyrwałem pierwszego w życiu hustlera, męską prostytutkę. Nawet nie zdałem sobie z tego sprawy na początku, dopiero gdy przyszło do płacenia. Ale OK, był wart tych 100 zł.

W Ambasadorze poznałem pewnego Kanadyjczyka z Winnipeg, który miał dobre rozeznanie w gejowskiej Warszawie. Raz zapytał, czy mam ochotę na orgię. Orgię? Nigdy w życiu nie uczestniczyłem w orgii! „No, więc chodźmy”. Zorganizował ośmiu czy dziewięciu chętnych i poszliśmy na nocny autobus. Nadjechał pusty i mój kolega dał kierowcy łapówkę, żeby zawiózł nas wprost pod wskazany adres.

I była orgia?

Była, a jakże! Potem, od początku lat dziewięćdziesiątych przyjeżdżałem do Polski z moim facetem – Helmutem. Dzięki Kazikowi Jędrzejczakowi poznałem w Krakowie Jerzego Krzyszpienia, z który przyjaźnię się do dziś. A sam Kazik prowadził w Toronto polskie stowarzyszenie gejów i lesbijek – Polish Lesbian and Gay Association (PLGA), w który ja też działałem. Tam było ze dwieście osób.

Organizacja dwustu polskich gejów i lesbijek w Toronto?

Och, tak, jak nie więcej. Mnóstwo polskich gejów i lesbijek emigrowało do Kanady. Kazik długo walczył, by to stowarzyszenie stało się częścią Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Gdy w końcu dopiął swego, to… stracił zainteresowanie. Stowarzyszenie wkrótce przestało działać.

Wróćmy do twojego zainteresowania historią polskiego ruchu LGBT.

Doktorat na temat Księstwa Warszawskiego obroniłem w 1979 r. Mniej więcej wtedy wziąłem udział w dużej konferencji historyków homoseksualności w Toronto. Jej uczestnicy zaczęli mnie namawiać, bym napisał coś o homoseksualności w Polsce. Temat idealny dla mnie, ale jak się do tego zabrać? Od czego zacząć? Jaka w ogóle jest historia homoseksualności w Polsce? Przecież nie chodzi o zbiór faktów czy dat, tylko o ich powiązanie, o zbudowanie narracji. Znałem biograficzne teksty o ludziach, którzy podobno byli homoseksualni, ale na jakiej podstawie wyciągać ogólniejsze wnioski? Ogrom zadania obezwładnił mnie na całe lata. Pierwszy, krótki artykuł o homoseksualności w Polsce opublikowałem w „Body Politic” w 1984 r. Nosił tytuł „Poland. A Recollection”

Za pierwszy w polskiej prasie uznaje się tekst „Homoseksualizm a opinia” z 1974 r. autorstwa Tadeusza Gorgola („Życie Literackie”), następny to „Gorzki fi olet” z 1981 r. Barbary Pietkiewicz („Polityka”).

Potem stworzyłem hasło o homoseksualności w Polsce w encyklopedii LGBT, która wyszła w Kanadzie. Nieco dłuższy, ale wciąż szkicowy tekst, napisałem dopiero 10 lat temu. Od tamtego czasu pracuję nad książką o historii polskiej homoseksualności. Mamy masę pracy do wykonania. Mówię „my” jako my, historycy. Jesteśmy na początku drogi.

Powstały już pierwsze prace. Krzysztof Tomasik, z który „Replika” ściśle współpracuje, opublikował Homobiografie”, „Gejerel”.

Te pozycje są nie do przecenienia. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że Tomasik jest bardziej aktywistą i dziennikarzem niż historykiem. To typowe dla ruchu LGBT, że pierwsze prace historyczne wychodzą nie od historyków, tylko od aktywistów, dla których historia jest narzędziem do rozbudzania świadomości i do rozwoju społeczności.

Czytając o tym, jak kiedyś żyło się gejom, dowiaduję się więcej o samym sobie. Widzę siebie i swoją sytuację w kontekście. Lepiej wiem, kim jestem i skąd jestem.

Absolutnie tak. Nie deprecjonuję tego. Oprócz Tomasika mógłbym jeszcze wymienić Wojtka Szota, który jest bardzo zaangażowany i też funkcjonuje poza akademickim obiegiem.

Mamy też pracę „Homoseksualność staropolska” Piotra Oczki i Pawła Nastulczyka oraz kalendarium „LESteśmy w Polsce”, ktore powstało dzięki Porozumieniu Lesbijek. W historii seksualności, szczególnie kobiecej, lesbijskiej specjalizuje się Agnieszka Weseli.

I to też są inicjatywy aktywistyczne. Aktywiści przecierają szlaki, którymi podążą, miejmy nadzieję, historycy. Bo historia na uniwersytetach we wschodniej Europie i w Polsce jest zdominowana przez konserwatystów – nie wiem dlaczego, ale tak jest. Na Węgrzech czy na Słowenii – to samo. Jeśli historia LGBT gdzieś istnieje w akademickich kręgach, to raczej na socjologii czy literaturoznawstwie. Na historii – pustynia. Brakuje nam profesjonalnych historyków LGBT. Takich, którzy wykonają tę benedyktyńską robotę: dotrą do źródeł, posprawdzają fakty i ułożą z nich opowieść. Krzysztof Skwierczyński, świetny specjalista od średniowiecza na Uniwersytecie Warszawskim, podejmuje niekiedy problematykę LGBT.

Mogę dorzucić jeszcze Pawła Fijałkowskiego.

I Kamila Frejlicha. To już właściwie wszyscy – dość krótka ławka, ale z czasem ona się zapełni, zobaczysz. Mam nadzieję, że historia homoseksualności w Polsce stanie się częścią historii Polski.

Słyszałeś o awanturze, która wybuchła po tym, jak doktor Elżbieta Janicka powiedziała o możliwej homoseksualności Zośki i Rudego z „Kamieni na szaniec”?

Oburzenie, które nastąpiło, pokazuje, jak Polacy widzą samych siebie. Mianowicie: „wszyscy Polacy są heteroseksualni”. Dla homoseksualnych zwyczajnie nie ma miejsca. A już szczególnie dla homoseksualnych bohaterów. Przykro to stwierdzić, ale mit Polaka o jedynie słusznej heteroseksualnej orientacji jest podtrzymywany również przez wielu historyków.

Twoje zainteresowanie polskim ruchem LGBT nie jest w Kanadzie odbierane jako dziwne? Fanaberia? Oczywiście. „Pewnie jesteś Polakiem” – ciągle słyszę. A gdy mówię, że nie, to uznają, że kłamię. Na pewno nazywałem się „Stanisławski” i tylko zmieniłem na „Stanley”.

Dla LGBT Kanada jest dziś rajem. Od 2005 r. macie legalne małżeństwa jednopłciowe.

Stosunki homoseksualne zostały zalegalizowane w 1969 r., za rządów premiera Pierre’a Trudeau, którego w związku z tym natychmiast uznano za geja. Mimo że słynął z wielu romansów z kobietami.

M.in. z Barbrą Streisand.

Podobno. Zaraz potem zaczął wychodzić „Body Politic”, o którym już mówiłem, a ulicami Ottawy w 1971 r. przeszła pierwsza kanadyjska Parada Równości. W moim Toronto pierwsza Parada była kilka lat później. Początki były trudne: wyznaczono nam trasę wokół uniwersytetu, kilkaset osób paradowało w kółko. Dziś mamy ponad milion uczestników/ek.

Ty i Helmut jesteście małżeństwem?

Tak, wzięliśmy ślub 14 lutego 2012 r. w dwudziestą rocznicę naszego związku. Zaprosiliśmy trzystu naszych przyjaciół i znajomych na koncert w studio Glenna Goulda.

Żyjemy w niesamowitych czasach, ale walka mniejszości o równe traktowanie nie jest zakończona i być może nigdy nie będzie. Historia, niestety, nie jest prostą ścieżką ku lepszemu. Nie wierzę w coś takiego, jak ogólny postęp. Podobną, a może i większą akceptację dla męskiej homoseksualności już mieliśmy. Kiedy? Dwa tysiące lat temu. Co się potem stało? Popatrz na historię Żydów. Sycylia w IX wieku była uznawana za raj dla Żydów, tysiąc lat później przyszedł Holocaust. Musimy nieustannie pracować nad tym, by heteroseksualna większość uznała prawa mniejszości homoseksualnej za niezbywalne i w istocie – za naszą wspólną sprawę.

 

Tekst z nr 44/7-8 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Gayzety

W 1983 r. pojawił się pierwszy polski biuletyn skierowany do gejów. Z okazji 30-lecia polskiej prasy LGBT „Replika” przypomina swe poprzedniczki

 

 

Tekst: Krzysztof Tomasik

Na początku lat 80. nie było w Polsce zorganizowanego środowiska homoseksualnego, ale w dużych miastach pojawili się pierwsi chętni gotowi działać na rzecz mniejszości seksualnych. Ogromną rolę w ich aktywizacji odegrał Andrzej Selerowicz, od 1976 r. mieszkający w Wiedniu i związany z austriacką organizacją Homosexuelle Initiative (HOSI), którą stworzyła oddział do kontaktów z Europą Wschodnią – EEIP (Eastern Europe Information Pool). W 1983 r. Selerowicz przesłał do osób, z którymi korespondował, pierwszy numer biuletynu informacyjnego i w ten sposób rozpoczął historię prasy gejowskiej w Polsce.

Podziemny etap

Selerowicz najściślej współpracował z kierowaną przez Ryszarda Ziobrę grupą „Etap” z Wrocławia, więc od 1986 r. właśnie tak nazwano pismo przesyłane do Polski, a konkretnie Etapgazetka gejowska”. Drugi ośrodek mieścił się w Gdańsku, gdzie w listopadzie 1986 r. Ryszard Kisiel stworzył Filo Express”, a trzeci to stolica i środowisko skupione wokół Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, które w latach 1987–88 wydało dwa numery pisma Efebos”.

Kiedy dziś sięga się po prekursorskie tytuły, może zadziwiać ich zgrzebny charakter, były to po prostu kartki papieru zapisane na maszynie i odbijane na ksero. Tworzone i powielane własnym sumptem, rozdawane kilkudziesięciu znajomym średnio raz na kwartał, stanowiły „trzeci obieg”, poza władzą i opozycją. Mimo niewielkiego zasięgu, tworzyły ważną część ruchu gejowsko- lesbijskiego, będąc przy okazji zapisem ówczesnej świadomości i świadectwem potrzeby osób LGBT do posiadania własnej narracji.

Pierwsze pisma były czymś w rodzaju gejowskiej agencji informacyjnej, donosiły także o wydarzeniach związanych z sytuacją mniejszości seksualnych w Polsce i na świecie, o nowych książkach i filmach „z wątkami”, o walce z HIV/AIDS. Oczywiście były też znaczące różnice, Selerowicz reprezentował już zachodnią świadomość, więc zachęcał do zrzeszania się i działania, a nie poprzestania na szukaniu partnera seksualnego, w biuletynie z 1985 r. tłumaczył: homoseksualizm to nie tylko, jeśli dwóch facetów idzie do łózka, ale też aspekt społeczno- polityczny, jeśli wiąże się z dyskryminacją jednych przez drugich. Promował coming out i dążenie do tworzenia monogamicznych związków, w 1986 r. jako wzór stawiał parę mężczyzn: mieszkają razem, gotują, przyjmują gości, jeżdżą na urlopy, słowem są nierozłączni. Oczywiście, że miewają kryzysy rodzinne…

„Filo” miało podobną strategię emancypacyjną, ale nieco inaczej realizowaną. Tam także zachęcano do uprawiania bezpiecznego seksu i piętnowano homofobię w mediach, ale jednocześnie sporo było dowcipu i dystansu do siebie. Dość powiedzieć, że pierwszy numer został podpisany „Blanka Kuśka”, a sam tytuł złożono z liter imitujących penisy i pośladki. Zwieńczeniem takiego podejścia był numer specjalny wydany na Wielkanoc 1989 (z życzeniami: „Wesołego Ale Luja”), chwilowo przemianowany na: „Połorgan Połperiodyczny Pedałów Polskich”, w całości złożony z żartów i prześmiewczego opisu społeczności gej/les. Kpiono z warszawskiej konkurencji, „Efebosa” przemianowano” na „Efemerydę”, a angielski skrót Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego – WHM (Warsaw Homosexual Movement) rozwinięto jako: „Warszawski Handel Mięsem”. Nie obyło się bez dowcipow wewnątrzredakcyjnych: Zatrudniliśmy najlepsze dziennikarki, których zadaniem będzie prowadzić wywiady wcale nie szpiegowskiej, oto one: Oralna Felletio, Onania Felletio, Onania Fallussi i Oralna Fillussi.

Etap przejściowy

„Etap” przestał się ukazywać w 1987 r., a pod koniec 1989 r. do akcji wkroczył wydawany w Łodzi przez Witolda Jabłońskiego „Kabaret”. Pismo zawieszone było między dwoma epokami, PRL-em i III RP. Z jednej strony rozmiar A5, brak kolorów i odbijanie na ksero przypominało „Filo”, z drugiej „Kabaret” stawiał w dużej mierze na męskie akty i zachęcał do prenumeraty. Pierwszy numer miał 16 stron i wyznaczył, co znajdzie się w kolejnych, był więc tekst „Geniusz perwersji” o Cadinocie, wiersze homoerotyczne, m.in. Tadeusza Olszewskiego, fragment powieści „Teleny” Oscara Wilde’a i rozpoczęcie cyklu „Homoseksualizm w Polsce średniowiecznej”. Była też wkładka informacyjna, w drugim numerze donoszono tam o pierwszym związku partnerskim zawartym przez Polaka, Darka, z 25-letnim Duńczykiem w kopenhaskim ratuszu, a także ogłoszenia towarzyskie, które w tamtym czasie były niezwykle ważnym elementem gejowskich pism, jednym z niewielu sposobów, jakie mieli czytelnicy na poznanie innych homoseksualistów. W samych ogłoszeniach pewne motywy powtarzały się stale, przede wszystkim dość wysokie wymagania: 17/178 nie mający doświadczeń seksualnych szuka uczuciowego, wiernego przyjaciela – męskiego, inteligentnego, przystojnego i bogatego w wieku 18-28 lat. Niewinny. Po dłuższym okresie bezowocnych poszukiwań następowało zmęczenie materiału, stąd także takie ogłoszenia: Znudzony „wiernymi, stałymi przyjaciółmi na dobre i na złe” poszukuję chłopaka na jedną noc. Tylko tak!

Potrzeba poznawania podobnych sobie była wśród gejów i lesbijek tak wielka, że niektórzy próbowali się w tym wyspecjalizować i zarabiać na łączeniu par. Powstawały liczne kluby i biura matrymonialne działające korespondencyjnie, czasem o zaskakujących nazwach, np. w Inowrocławiu działał Gay Club „Husaria”, a w Szczecinie Biuro Usług Towarzyskich „Fair Play 62”. Na tej samej zasadzie od 1989 r. funkcjonował „Remick” z Wrocławia, który w pewnym momencie zapragnął wydawać czasopismo i tak powstał kwartalnik Remick. Magazyn Gejowski”, tworzony całkowicie anonimowo (w stopce redakcyjnej nie ma żadnego nazwiska). Chociaż postawiono na seks, ukazał się tylko jeden numer, w środku były akty, erotyczny komiks i takowe opowiadania, ale też list proszącego o radę Tomka, który, uciekając przed homoseksualizmem ożenił się, a dziś czuje, że sytuacja go przerosła i nie jest w porządku w stosunku do żony.

Etap euforii

„Kabaret” i „Remick” przestały się ukazywać w 1990 r., ale w kolejce czekały już następne tytuły. Koniec cenzury i możliwość zrzeszania się zaowocowały mnóstwem inicjatyw gejowskolesbijskich, a obok knajp prym wiodły właśnie pisma. Wreszcie można było wyjść z podziemia, zarejestrować tytuł i trafi ć do kiosku Ruchu. Wielość prób w rożnych miejscach Polski nawet dziś może robić wrażenie. W czerwcu 1990 r. zadebiutowało Inaczej. Pismo mniejszości seksualnych” z Poznania, wydawane przez Softpress (redaktor naczelny: Andrzej Bulski), w sierpniu ukazał się pierwszy numer Okay. Miesięcznik dla panów” (wydawca: Włodzimierz Antos, pierwszym redaktorem naczelnym był Tadeusz Olszewski, potem Jerzy Masłowski), a miesiąc później pojawiła się Gayzeta” z tajemniczym podtytułem „Nie? Tak!”. Tutaj wydawcą był Mirosław Ast, a redaktorem naczelnym Sławomir Ślubowski. Jakby tego było mało, sprofesjonalizowało się także „Filo”, które w nowej odsłonie z podtytułem „Miesięcznik Kochających Inaczej” też zadebiutowało w październiku. Wydawcą początkowo była Lambda Gdańsk, a redaktorem naczelnym – Artur Jeffmański. Tak duża liczba tytułów gej-les pokazuje wiarę pierwszych redaktorów w wolny rynek i wolność, którą nadeszła w 1989 r. Panowało przekonanie, że polscy geje ujawnią się wreszcie w swej masie i ruszą do kiosków. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana, od początku były problemy z dystrybucją, liczni kioskarze odmawiali sprzedawania pedalskiej prasy, koszty druku gwałtownie rosły i coraz trudniej było utrzymać miesięczny cykl wydawniczy, a wielu potencjalnych nabywców zwyczajnie wstydziło się kupować „Gayzetę” czy „Inaczej”. Szybko okazało się też, że pisma są zbyt… ambitne. Męskich aktów było niewiele, publikowano za to wiersze, fragmenty książek, informacje o rozwoju ruchu gejowskiego na Zachodzie i sytuacji związanej z HIV/AIDS.

Trudno nie zauważyć, że wszystkie tytuły były skierowane przede wszystkim do facetów. Świetnie zdawano sobie z tego sprawę, w pierwszym numerze „Gayzety” zamieszczono wypowiedź 25-letniej Kaśki z Katowic: Wszystkie dotychczasowe pisma są wyłącznie dla chłopaków. Dziewczyna nie znajdzie dla siebie nic. A przecież nie jest nas tak mało. Myślę, że warto byłoby trochę miejsca poświęcić i dla nas. Tej prośbie stało się zadość, kobietom poświęcano „trochę” miejsca. W „Filo” dział lesbijski prowadziła Paulina Pilch, ale nawet jej funkcja miała w stopce męską formę („szef działu lesbijek”), a w „Inaczej” z czasem pojawił się cykl „Widziane z Lesbos”. Były też próby stworzenia pisma dla lesbijek, które podjęto w Toruniu, donosił o tym „Okay” w 1992 r.: Z dniem 5 lutego br. została utworzona Agencja Wydawnicza Rosapress, której celem będzie wydawanie miesięcznika tylko dla kobiet i dziewcząt zorientowanych homoseksualnie. Miesięcznik będzie się nazywał „SIGMA”. Nie ma pewności czy „Sigma” ujrzała światło dzienne, chociaż są tacy, którzy ponoć widzieli jeden numer. Biuletyn skierowany do lesbijek wydawała w latach 1994-95 Inicjatywa Gdańska, nosił tytuł „Fioletowy Puls” (dla gejów był „Różowy Puls”). W 1997 r. pojawiła się stworzona przez Olgę Stefaniuk „Furia Pierwsza”, łącząca kwestie homoseksualności z feminizmem. Robiona chałupniczo i dostępna jedynie korespondencyjnie, przetrwała do 2001 r.

Etap schyłkowy

„Gayzety” ukazały się tylko 3 numery, redakcja przekształciła się w pismo bardzo podobne, ale o innym tytule – O zmierzchu” i z innym redaktorem naczelnym – Andrzejem Wiśniewskim, które padło po dwóch numerach w 1991 r. Kłopoty szybko zaczął mieć także „Okay”, kolejne numery wychodziły w coraz większych odstępach, w sumie w latach 1990-93 ukazało się ich 14. Historię pisma definitywnie zakończyła na początku 1994 r. samobójcza śmierć Włodzimierza Antosa, wydawcy i ostatniego naczelnego. W siłę rósł za to Men”, najbardziej erotyczny ze wszystkich pism, a z czasem jako Nowy Men” już stricte pornograficzny, podobnie jak Adam”, Gejzer” i kolejne.

Wyraźny kryzys nadszedł na przełomie wieków, coraz większa dostępność internetu zmniejszyła liczbę ogłoszeń, trzeba było szukać nowych sposobów na finansowanie. „Filo” poszło w erotykę i przemianowało się bardziej jednoznacznie na Faceta”, a „Inaczej” wręcz przeciwnie – zrezygnowało z nagości. Zmiany nie na wiele się zdały. W maju 2001 r. po 15 latach przestał wychodzić „Facet”, a rok później, po 12 latach od pierwszego numeru – „Inaczej”. Oba te pisma, ze względu na swą (relatywną) długowieczność stały się instytucjami kultury gej/les w Polsce. Ich upadek wyznaczył kres pewnej epoki.

 

Tekst z nr 44/7-8 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Oczywiście równość!

O wychodzeniu z ukrycia, gejowskim aktywizmie w PRL-u i dominującej ideologii w języku z dr. Jerzym Krzyszpieniem rozmawia Radek Oliwa

 

 

Zeszłoroczny Międzynarodowy Dzień Wychodzenia z Ukrycia, 11 października, uczciłeś tak, jak zwykle?

Tak. Powiedziałem studentom, że jestem gejem. Wyjaśniłem, że w ruchu emancypacyjnym lesbijek, gejów, ludzi biseksualnych i transpłciowych chodzi o prawa człowieka, np. prawo do edukacji, i równe prawa obywatelskie. Wspomniałem o projekcie „It Gets Better”, mającym na celu zapobieganie samobójstwom tyranizowanych nastolatków LGBT. Później jeden ze studentów powiedział do mnie: „To, co pan zrobił, było wspaniałe”.

A kiedy wyszedłeś z ukrycia po raz pierwszy?

W latach 1975-1976 studiowałem w USA. Znalazłem tam publikacje o ruchu wyzwolenia gejów i lesbijek. Korespondowałem z aktywistą Michaelem. I tak rozwinąłem swoją pozytywną tożsamość gejowską.

Ujawniłeś się też przed kimś heteroseksualnym?

Tak, ujawniłem się przed przyjaciółką Amerykanką. Jej reakcja była wspaniale afirmująca. Podobnie zareagował jej małżonek. Latem, w trakcie mojej wielkiej podroży po USA, odbywanej w dużej mierze autostopem, odwiedziłem Michaela w Waszyngtonie. Byłem pierwszy raz w dyskotece gejowskiej. Zaproszono mnie na nabożeństwo Kościoła Społeczności Miejskiej (Metropolitan Community Church) akceptującego ludzi LGBT. Były to dla mnie kolejne pozytywne przeżycia.

Jaki wtedy był ten kraj w stosunku do gejów? Było to porównywalne do sytuacji w Polsce?

W większości stanów USA zachowanie homoseksualne było nadal formalnie przestępstwem. Lecz było to państwo prawa, bez cenzury. Temat poruszano więc otwarcie i możliwy był sprzeciw. Ruch wyzwolenia odnosił sukcesy: działacze byli przygotowani do aktywizmu politycznego, skutecznie odwoływali się do praw człowieka i obywatelskich. W Polsce zaś homoseksualność nie była karalna, lecz ludzie homoseksualni byli dyskryminowani, a działania na rzecz równości były niemożliwe.

Jak po powrocie poczułeś się w Polsce?

Miałem cichą nadzieję na spokojne życie, ale od początku miałem przykre doświadczenia. I tak, nie bez podstaw podejrzewam, że mój pierwszy kandydat na partnera był informatorem milicji. Gdy oddawałem paszport po powrocie zza granicy, zostałem przesłuchany. Choć miałem tylko dwóch czy trzech „znajomych”, powiedziano mi, że jestem znany w środowisku homoseksualnym, i zażądano nazwisk innych osób. Jako dumny gej nie wypierałem się, ale też nie podałem żadnego nazwiska. Przesłuchiwano mnie trzy godziny. Była to trauma. W następnym roku nie wydano mi już paszportu. Poczułem się w tym kraju i środowisku donosicieli jak w pułapce. Stopniowo rezygnowałem z marzeń, które miałem jako nowoczesny gej.

Całkiem się wycofałeś?

Z USA przywiozłem książkę „Society and the Healthy Homosexual” George’a Weinberga. Autor ten jako pierwszy posłużył się pojęciem homofobii. Przełożyłem tę książkę na polski i próbowałem ją opublikować. Ponieważ odpowiedź z wydawnictwa w Warszawie długo nie nadchodziła, udałem się tam osobiście. Redaktor powiedział krótko: „Recenzja jest dobra, ale wie pan…”. Zapewne chodziło o cenzurę. W 1981 r. próbowałem zamieścić w „Polityce” przekład słynnego eseju „Gay is good” Franklina Kameny- ’ego jako reakcję na zachowawczy Gorzki fiolet Barbary Pietkiewicz, lecz również bez skutku.

Znajdowałeś jakichś sojuszników?

Działania te podejmowałem zupełnie sam. W tym okresie nie poznałem nikogo, z kim dałoby się rozmawiać o emancypacji. Byłem przybyszem z kosmosu. Jednak po zmianach ustrojowych, gdy w 1990 r. zarejestrowano Stowarzyszenie Grup Lambda, założyłem grupę w Krakowie, a następnie zostałem sekretarzem SGL i specjalistą ds. HIV/AIDS. Organizowałem warsztaty seksu bezpieczniejszego, napisałem ulotki „Lesbijki i geje wychodzą z ukrycia” i „Żyj namiętnie, kochaj się bezpiecznie”. Ich wydanie w 1993 r. sfinansowała dzięki moim staraniom Światowa Organizacja Zdrowia.

Władze się nie wtrącały?

Nie przeszkadzały, ale były indolentne. Doradca ds. AIDS w Ministerstwie Zdrowia nie udzielił mi profesjonalnej pomocy, bo na problemie się nie znał. Nie rozumiał idei seksu bezpieczniejszego. Jego pozytywnym przeciwieństwem była Światowa Organizacja Zdrowia.

Jakie podejmowano działania na rzecz ludzi LGBT? Odniesiono jakieś sukcesy?

Wśród statutowych celów SGL było szerzenie tzw. tolerancji wobec homoseksualności, rozwijanie pozytywnej tożsamości i zapobieganie zakażeniom HIV. Lecz stowarzyszenie raczej nie formułowało konkretnych celów politycznych. Jego słabością było terytorialne rozproszenie w grupach, brak doświadczenia i czasem przerost lokalnych ambicji. Na przykład grupa z północnej Polski wydała przy pomocy szwedzkiej organizacji adresowaną do gejów ulotkę o prezerwatywie, lecz w tekście nie było ani słowa o HIV/AIDS. Czy chodziło o kontrolę urodzin? Wśród osiągnięć SGL było wprowadzenie tematu lesbijek i gejów do mediów, upowszechnianie idei seksu bezpieczniejszego i umieszczenie antydyskryminacyjnego zapisu w projekcie konstytucji z 1996 r., później usuniętego pod naciskiem czynników kościelnych.

Przestałeś działać w stowarzyszeniu – dlaczego?

Możliwości działania SGL były uwarunkowane ówczesnymi realiami. Moje miejsce zamieszkania utrudniało kontakt z ważnymi decydentami. Wydawałem krocie na telefon. Lecz to, co było możliwe, robiłem. Po okresie intensywnej działalności wypaliłem się i stopniowo się wycofałem. Wolałem prywatnie zamieszczać w prasie anonse o seksie bezpieczniejszym. Tłumaczyłem też książki. Najpierw ukazał się przekład wspomnianej pozycji Weinberga o niezbyt zgrabnym tytule „Ludzie zorientowani homoseksualnie w społeczeństwie”, a potem inne. Najlepiej zredagowano mój przekład przełomowej pracy Johna Boswella „Chrześcijaństwo, tolerancja społeczna i homoseksualność”. Wygłaszałem wykłady na studiach podyplomowych i konferencjach. W 1998 r. w Bydgoszczy na konferencji poświęconej HIV/AIDS poznałem Roberta Biedronia. Moje wykłady w Warszawie przypadły mu chyba do gustu. Po latach ofiarował mi egzemplarz swojego „Tęczowego elementarza” z dedykacją: „Dzięki Tobie jestem, kim jestem”. Jestem dumny z jego osiągnięć.

Miałeś kontakt z literaturą ruchu wyzwolenia LGBT, posiadasz wiedzę z tej dziedziny. Jak z niej korzystasz?

Czasem zabieram głos. Doceniam wysiłek osób zaangażowanych w emancypację LGBT. Jednak nadal da się zaobserwować pewne problemy w strategii działania. Jeśli mamy jakieś cele, należy je sformułować, opracować sposoby ich osiągania i określić procedurę ewaluacji. Od czasu do czasu zaskakuje mnie brak refleksji, na przykład nadużywanie słowa tolerancja. Czy chodzi o to, by nas tolerowano?

Co zamiast tolerancji?

Oczywiście równość! Należy nadawać jasne komunikaty. Tolerancja to minimum, które nijak się ma do praw człowieka i prawa. Utrwalanie poglądu, że ludzie LGBT są obywatelami drugiej kategorii, których trzeba tolerować, to sabotaż. W Krakowie przez kilka lat organizowano Marsz Tolerancji. Uczestnicząc w nim, czułem, że popieram wstecznictwo. W końcu delikatnie zareagowałem i przestano błagać o tolerancję.

Przywiązujesz dużą wagę do języka.

W języku zakotwiczona jest dominująca ideologia. Działaniom emancypacyjnym towarzyszą więc nieraz zmagania na płaszczyźnie języka. Na przykład, podobnie jak rzeczownikową etykietę Negro (Murzyn) wyparł w USA przymiotnik black (czarny), który wskazuje tylko na jedną z cech człowieka, tak medyczną etykietę homosexual zastąpiono określeniem gay powiązanym z pozytywną tożsamością.

Wiem, że irytuje cię określenie „środowisko LGBT”.

Choć jest środowisko lekarskie, często mówi się o środowisku przestępczym. Nam jednak chodzi o społeczność (community) z jej solidarnością. Jeśli zaś idzie o kategorie w skrótowcu LGBT, mówię, że są to lesbijki, geje, ludzie biseksualni i transpłciowi. Wolę to niż wyraz „osoby”, który sugeruje zjawiska odosobnione. Ponadto unikam terminu o proweniencji medycznej „homoseksualizm”.

Czy twoje sugestie padają na podatny grunt?

Refleksjami nad językiem dzielę się od lat 90. i odniosłem pewne sukcesy. Forma homoseksualność (i heteroseksualność) przyjmuje się w dyskursie emancypacyjnym, tak jak wcześniej forma seksualność wyparła seksualizm. Należałoby też konsekwentnie mówić o związkach jednopłciowych (i różnopłciowych), tak jak po angielsku mówi się same-sex relationship (i different-sex relationship). Chodzi o osoby tej samej (czy przeciwnej) płci, które jednak w urzędzie stanu cywilnego nie deklarują swojej orientacji seksualnej. Określenie „związek homoseksualny” kojarzy się zaś z pseudomedycyną. Ponadto, jeśli mamy uczyć się rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, problematyczne jest nadużywanie anglicyzmu coming out i – gdy mowa o wychodzeniu z ukrycia – posługiwanie się słowem „szafa”, kontrowersyjnym przekładem polisemicznego słowa closet. W polskiej szafie, również wnękowej, zwykle ukrywa się coś, a nie siebie.

Wśród gejów w Polsce czułeś się obco. Czy jest tak nadal?

To odczucie słabnie wraz ze zmianami zachodzącymi w świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia. Ma ono większe możliwości kontaktów ze światem i poznawania emancypacyjnych idei. Jest też bardziej otwarte na wychodzenie z ukrycia.

Jak określiłbyś wagę wychodzenia z ukrycia?

Trzeba to robić umiejętnie, by sobie nie zaszkodzić, ale jest to działanie niezbędne. Gdy otoczenie widzi w nas prawdziwych ludzi, zwiększa się liczba naszych sojuszników, a zmniejsza liczba tych, którzy nam szkodzą. Pozostawanie w kryjówce jest powodem do ubolewania. Wychodzenie z ukrycia służy dobru, jest więc działaniem etycznie pożądanym.

***

Dr Jerzy Krzyszpień (ur. 1952) – anglista, wykładowca akademicki i tłumacz. Stopień doktora uzyskał na podstawie dysertacji z dziedziny językoznawstwa historycznego. Na Uniwersytecie Jagiellońskim wykłada przedmioty językoznawcze. Przełożył na polski kilka książek poświęconych problematyce gejowskiej i lesbijskiej (m.in. słynne dzieło Johna Boswella Chrześcijaństwo, tolerancja społeczna i homoseksualność: Geje i lesbijki w Europie Zachodniej od początku ery chrześcijańskiej do XIV wieku, Krakow: Nomos, 2006). Na Queer Studies w Kampanii Przeciw Homofobii prowadzi zajęcia „Homoseksualność a religia”. Interesuje się między innymi zagadnieniem związku między językiem i władzą.

 

Tekst z nr 35/1-2 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Gejerel

Krzysztof Tomasik „Gejerel. Mniejszości seksualne w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej”, Krytyka Polityczna 2012

 

Jerzy Nasierowski, aktor i pisarz. W latach 60. jego proces o kradzieże był w PRL-u jednym z najsłynniejszych z tych, w których homoseksualizm pojawił się na wokandzie; Foto z pryw. arch. J. Nasierowskiego

 

PRL, w którym przyszło mi spędzić dwadzieścia lat życia, zapamiętałem jako kraj wielkiego braku i nieustającej opresji. Jako dorastającemu gejowi brakowało mi modnych ciuchów, miłych dla nosa kosmetyków i kolorowych gazetek z fajnymi facetami. W liceum czułem nieustający nacisk ze strony zastraszonych nauczycielek. PRL właśnie dogorywał, ale na ustnej maturze wylosowałem jeszcze pytanie o „moralność człowieka socjalistycznego”. Do głowy mi wówczas nie przychodziło, że może istnieć coś takiego, jak pub dla gejów, czy kino porno. Pierwszy wyjazd do rodziny w Hamburgu był przebudzeniem i olśnieniem.

Homoseksualizm jest gdzie indziej

Krzysztof Tomasik w „Gejerelu”, pierwszym książkowym opracowaniu na temat gejów, lesbijek i osób transseksualnych w PRL-u, świetnie scharakteryzował tę niemal oczyszczającą moc zachodnich podroży.

W tamtych czasach, podobnie jak większość gejów, ja także uważałem, że „Homoseksualizm jest gdzie indziej”, jak głosi tytuł jednego z rozdziałów. Nie widziałem osób homoseksualnych w moim małym prowincjonalnym miasteczku ani nawet w dużym uniwersyteckim mieście. Wydawało mi się, że pedały to przegięte ciotki w stylu Bogdana Łazuki w filmie „Motylem jestem, czyli romans 40 latka” lub słynnego pana Czesia z „Kabareciku” Olgi Lipińskiej (obie kreacje przywołuje Tomasik). Słowo „gej” wówczas nie istniało. Mówiło się głownie „pederasta” lub „pedał”. Moją reakcją na PRL-owską rzeczywistość była ucieczka w prywatność i marzenia o emigracji.

To nie był kraj czarno-biał

„Gejerel” Tomasika pozwolił mi spojrzeć na tamten czas z innej strony. Uświadomił, że Polska Ludowa to nie był kraj czarno-biały. Nie mieszkali w nim jedynie czyści jak łza opozycjoniści i brudni jak błoto komuniści. Pomiędzy tymi biegunami istniała cała paleta rozmaitych szarości.

Tworzyli ją ludzie, którzy czasami wbrew rzeczywistości, ale zawsze w zgodzie z własnymi pragnieniami, realizowali swój model homoegzystencji. Bywali w knajpach, które uchodziły za „pedalskie”, chodzili na pikiety, spotykali się na zamkniętych spotkaniach, podrywali chłopaków na dworcu. Rozdział „Homoseksualiści przed sądem”, choć przerażający z powodu rozmaitych zbrodni, stanowi jednocześnie niezwykły opis takiego „alternatywnego” świata, istniejącego gdzieś obok oficjalnej propagandy.

Na szczęście Krzysztof Tomasik w „Gejerelu” nie idealizuje PRL-u. Nie sprowadza go jedynie do smaku oranżady w proszku, wczasów w Juracie i zapachu wody kolońskiej „Brutal”. Poruszające są opisy traktowania „pedałów” przez milicję, stosunku lekarzy do osób transseksualnych, czy pierwszych oficjalnych reakcji na pojawienie się AIDS w Polsce.

Wielki brat i ciepły brat

Tomasik przypomina, że PRL to kraj o niemalże „oficjalnej” homofobii – kraj, w którym przeprowadzono akcję „Hiacynt”, a homoseksualizm często traktowany był w sądach jako element obciążający oskarżonego. Przez kilkadziesiąt lat Polski Ludowej homofobia wyzierała nie tylko z wypowiedzi partyjnych dygnitarzy i propagandowej nowomowy, ale też z recenzji filmowych, reportaży prasowych i wszelkiej maści dzieł literackich. Tomasik wnikliwie je analizuje. Na szczęście pod koniec komuny zdarzyły się takie wyjątki jak sztuka teatralna „Ciepły brat” Ryszarda Marka Grońskiego (miesięcznik „Dialog”, marzec 1985), czy słynny tekst „Jesteśmy inni” Krzysztofa T. Darskiego opublikowany w „Polityce” w 1985 roku.

Książka pozostawia jednak niedosyt. W tym obrazie mniejszości seksualnych w PRL-u brakuje przede wszystkim… samych zainteresowanych. Można jeszcze porozmawiać z tymi, którzy wówczas żyli. Większość nadal pewnie ukrywa homoseksualną orientację, ale nie wszyscy. Jedni mieli dacze i robili zakupy za „żółtymi firankami”, inni walczyli o kawałek szynki i marzyli o mieszkaniu w bloku. Jedni chodzili na pikiety, inni nie. Każda z tych osób nadal nosi swój prywatny kawałek „Gejerelu” w głowie – ich historie czekają na odkrycie.

 

Tekst z nr 37/5-6 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Narcyz polski

Z Jackiem Melchiorem, autorem powieści „XXL”, rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

 

Jak pan wspomina PRL?

Dobrze. Dorastałem w średnio zamożnej rodzinie, która nie czuła się z PRL-em ani cudownie, ani najgorzej. Nie mam żadnych martyrologicznych wspomnień. Nic nie rozumiałem. Z zachwytem witałem z ulicy Breżniewa, machając chorągiewką i szacha Iranu.

Czy dla pana, tak jak dla bohatera pana książki „XXL”, ważna była popkultura PRL-u?

Oczywiście. TVP Kultura powtarza obecnie rożne stare festiwale, programy rozrywkowe – widzę, jakie to było przaśne i tandetne, a mnie się wtedy wydawało Londynem czy Paryżem. Obserwując np. Zdzisławę Sośnicką, nie mogłem wiedzieć, że po latach stanie się ona pożywką kultury gejowskiej. Choć pewnie osoby nieco ode mnie starsze obierały ją już wtedy jako pedalską diwę.

Ale muszę wyraźnie zaznaczyć – napisałem „XXL” w pierwszej osobie, bo wydawało mi się, że taka narracja będzie najbardziej sugestywna. Nie chciałbym udowadniać, że nie jestem wielbłądem. To nie jest moja historia.

Skąd więc wziął się pomysł książki o „gejowskim Donżuanie”, urodzonym w latach 60. XX wieku i zaliczającym kolejne dekady naszej historii? Podziw budzi pana dogłębna znajomość subkultury pedalskiej PRL-u i gejowskiej III RP.

To nie jest autobiografia, lecz też w żadnym razie to nie jest fikcja. Bohater, Wojtek, mieści w sobie cechy rożnych ludzi, których albo znam, albo im się przyglądałem. Pochodzi z małego miasteczka, gdzie jako dziecko czuje się kompletnie wyobcowany. Znajduje ujście dla swych złych myśli w kinie, w literaturze, w okienku telewizora, w świecie, którego realnie nie ma.

I w seksie. Od wczesnych lat młodzieńczych prowadzi intensywne życie erotyczne.

Pilnowałem, żeby nie była to książka pornograficzna. Pierwotnie miała nosić tytuł: „Nie na miejscu”, ponieważ każda sytuacja, jaka została tam opisana, jest – wedle różnorako pojmowanych norm – „nie na miejscu”. Nie chodziło mi o erotyczny skandal. Poza jednym, nie ma opisów seksu, są tylko pieprzne sytuacje, a to co innego. Najważniejsze jest wyobcowanie bohatera i jego wiara w talent, którego de facto nie ma.

To wyobcowanie jest tak wielkie, że on właściwie nie nawiązuje z nikim bliższych relacji.

Przyświecała mi idea powieści łotrzykowskiej. Obserwujemy bohatera od narodzin do śmierci. Idzie jak Tom Jones, mija kolejne osoby – ojca, matkę, znajomych – czerpie z tych spotkań doświadczenia, które przetwarza na swój sposób.

Ale w powieściach łotrzykowskich bohater jest w ruchu. U pana natomiast tkwi w warszawskim mieszkaniu jak w schronie. Zamiast ruchu mamy… ruchanie (śmiech obu rozmówców). Czytając książkę, jednak szuka się uzasadnienia, dlaczego bohater jest aż takim mizantropem.

Z mizantropią trochę jak z gejostwem. Ona po prostu jest wrodzona. Od dziecka Wojtek musiał ścigać się z ambicjami – własnymi, matki, otoczenia. Nie był w stanie poczuć, zrozumieć miłości. Matka przecież bardzo go kocha, tylko głupio. Znamy mnóstwo biografii, w których matka skrzywiła kręgosłup synowi.

To wręcz schemat: dominująca matka i syn gej.

Ale tu mamy jego przełamanie, bo syn wreszcie się od tej matki oddala – już jej nie chce, nie lubi, nienawidzi.

Czy jednak nie można tłumaczyć alienacji bohatera jego wewnętrzną homofobią? Lękiem przed coming outem? On w ogóle nie dąży do zademonstrowania światu swej seksualności, tożsamości.

Bo Wojtek nie jest w stanie zintegrować się z czymkolwiek. Gdy w III RP pojawia się państwo policyjne PiS-u, zaczyna się bać i przez moment odczuwa więź ze środowiskiem gejowskim. Łączy go jednak tylko strach. Ale, gdy PIS przegrywa wybory, natychmiast się z tego wycofuje. Nie bierze flagi tęczowej i nie biegnie na paradę. Bo już się nie boi. Jest zapatrzonym w siebie narcyzem. Ucieka w seks, w pisanie kolejnych okropnych, grafomańskich książek. Zresztą, czy polityka jest ciekawsza od Vivien Leigh w „Pożegnalnym walcu”? Nie jest.

Można mieć i jedno, i drugie. Ale w bohaterze wiedzę brak chęci zmiany czegokolwiek – w sobie, w otoczeniu, w Polsce. To mi się jednak wydaje charakterystyczne dla wielu tutejszych homoseksualistów. Pragną wyłącznie świętego spokoju. Nie uczestniczążyciu publicznym, wygodniej im, gdy są niewidzialni. W tym kontekście Pana bohater jest wręcz typowy dla pewnego „gatunku” gejów polskich. Tych tzw. gejów przedemancypacyjnych.

 Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z młodym człowiekiem z jednego z miast wojewódzkich w Polsce. Nikt o nim nie wie, nic po nim „nie widać”. Prowadzi podwójne życie, przyjeżdżając do Warszawy co weekend. Mimo że w jego mieście jest klub gejowski. Ale tam się wszyscy znają. Nie o to chodzi, że on nie ma w kim wybierać. On po prostu nie chce być widziany. Tak więc myślę, że ten podział na gejów przedemancypacyjnych i emancypacyjnych się jednak chwieje. Bo okazuje się, że młodzi mają te same problemy, co pokolenie wstecz. Mimo internetu, wyjazdów zagranicę i zmiany cywilizacyjnej, którą próbowałem w „XXL” przedstawić. Z pozoru teraz nam znacznie łatwiej żyć życiem gejowskim – loguje się pan na czacie: „słuchajcie, mam 15 lat, nie wiem, co w co wchodzi, co z tym zrobić, powiedzcie mi, pomóżcie mi”. Rodzice śpią za ścianą, młody człowiek ślęczy nad laptopem. Ale gdy ten laptop wyłączy, jest tak samo samotny, jak mój bohater 40 lat temu.

Jak więc pan odnosi się do zmiany nie tylko obyczajowej, ale też społeczno-politycznej w Polsce? Do organizacji LGBT, do parad gejowskich, do walki o związki partnerskie, do całej tej polityki „widzialności”?

Jestem nawet za najbardziej ekstremalnymi formami wyrażania siebie, ponieważ wydaje mi się, że w pewnym momencie będzie jak z łajbą podczas sztormu. Fale opadną, ekstrema zanikną, natomiast pozostanie istota rzeczy. Coś, co zmieni w społeczeństwie postrzeganie tych tzw. innych – nieważne, czarnych, zielonych, czerwonych czy gejowskich.

Ale co jest tą istotą rzeczy?

Niezwracanie uwagi. Nie tzw. tolerancja, która mnie wkurza już od samego słowa począwszy, bo ja sobie nie życzę być tolerowanym. Nie, chodzi o inność, która na nikim nie będzie robić wrażenia. By ludziom wreszcie przestało się wydawać, że wszyscy ci, którzy postępują inaczej niż oni, postępują źle.

Z drugiej strony, oglądałem programy z młodzieżówkami PIS-u i, niestety, oni są tacy sami, jak ich rodzice. Chyba w każdym pokoleniu będą mohery, nie chodzi o to, by je wyeliminować, tylko żeby żyć obok siebie i się nawzajem nie ośmieszać.

Może drogą jest uwolnienie tego ściśniętego, polskiego libido, o którym pan również pisze? Może i pana książka, przez swą otwartość, pomoże w tym dziele?

Nie, nie wierzę w wyzwoleńczą moc literatury. Ale w „XXL” ważna jest dyskusja z polskością. Stan wojenny zastaje bohatera podczas seksualnej inicjacji. A w wieczór śmierci papieża spotyka chłopaka, który liże mu stopy i każe mu wyłączyć telewizor, tłumacząc to tym, że Jan Paweł II potępił paradę gejowską w Rzymie. Chciałem więc też sparodiować ekstremalną postawę gejów.

Myśli pan, że ona jest ekstremalna? To przecież normalna reakcja wobec homofobii Kościoła katolickiego, wobec przeciwnika ideowego, politycznego, który w dodatku dysponuje dużo większą władzą niż mniejszości seksualne. Ekstremalne to się wydaje tylko w Polsce, gdzie papież i Kościół są świętymi krowami.

Wie pan co, wszystko sprowadza się do tego: są głupi księża i mądrzy, fascynujący księża jak Tischner. Są głupie pedały i mądre pedały.

To uwięzienie w polskości jest dla mnie ciekawe i znaczące. Bohater odbywa tylko dwie, trzy podróże zagraniczne, w czasie których staje się nagle impotentem.

Ha, to oczywiście metafora. Wojtek jednak jest Polakiem, choć wcale nie ma na to ochoty, i tylko tu może w pełni istnieć. Cierpi też na powszechną chorobę intelektualistów, w których wpisany jest pewien niedowład, choć wymądrzają się, jak my teraz (śmiech).

Naśmiewa się pan także z dzisiejszych mediów, w których niemal wszyscy są ignorantami i kretynami. Jedynie Wojtek zna się na rzeczy – przeczytał jakieś książki, obejrzał filmy. To akurat wynika z moich doświadczeń pracy w rożnych redakcjach. Media w Polsce to od lat równia pochyła. Tkwią tam ludzie niekompetentni, pozbyto się fachowców. „Mira Zimińska, Cafe Ziemiańska, Halina Kunicka, wojna punicka”– konstatuje mój bohater – to dla nich jeden diabeł.

Czy spotkał się pan z zarzutami, że kreuje pan w „XXL” niepozytywny wizerunek geja? Że dzisiaj potrzeba gejów, którzy są tzw. normalni, mili, żyją w monogamicznych związkach?

Chciałem pokazać wszystko w krzywym zwierciadle, przez pryzmat umysłu mojego dziwnego bohatera. Myśli pan, że „pozytywny”, biegnący ochoczo na paradę gej byłby bohaterem ciekawszym?

Nie, wcale tak nie myślę. Ale to jest zarzut, który i ja swego czasu słyszałem. Jednak odwołuje się pan do stereotypu: homoseksualizm równa się rozwiązłość. W „XXL” mamy rozwiązłość wręcz monstrualną. Prawdę mówiąc, zazdroszczę bohaterowi tej ilości łatwego seksu.

Przecież ta książka to prowokacja! Starałem się pęd do seksu pokazać z wielu stron. Kiedy np. bohater wchodzi do gejowskiego pubu, widzi wiele osób, które trzymają się za ręce, patrzą sobie w oczy, nie chodzi im więc o jednorazowy podryw. Wtedy nawet pyta samego siebie, czy nie należy w tej mniejszości do mniejszości maniaków seksualnych. Chciałem, żeby moja powieść była śmieszna, ale jak u Gogola. „Z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!”. Tak śmieszna, że aż smutna. I z pewnością nie tylko dla gejów.

Powieść „XXL” Jacka Melchiora ukazała się nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik.

 

Tekst z nr 38/7-8 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Od Villas dostałam z liścia

Z ZOFIĄ CZERWIŃSKĄ o jej przyjaźniach z gejami, o rolach teatralnych i filmowych, o kultowej postaci Balcerkowej z serialu „Alternatywy 4”, o pięknych mężczyznach i „rozlazłych ciotach” oraz o divach, rozmawiają MARIUSZ KURC i KRZYSZTOF TOMASIK

 

foto: Agata Kubis

 

Dołączyła pani do akcji „Ramię w ramię po równość Kampanii Przeciw Homofobii jako sojuszniczka osób LGBT. Długo trzeba było panią namawiać?

Nie, siedziba KPH jest zaraz koło mnie i tak się zgadaliśmy po sąsiedzku właściwie. Zero wątpliwości.

W nagranym specjalnie filmiku opowiedziała pani o zapamiętanej z dzieciństwa parze gejów – Marianie i Andrzeju.

Miałam ze 12 lat, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tym „objawem ludzkim”, jakim jest homoseksualizm – i od tamtego czasu jestem sojuszniczką. Czyli od bardzo dawna. Andrzej był lekarzem, kolegą mojego ojca, też lekarza, a Marian był hydraulikiem, miał zakład. Gdy przyszli do nas w odwiedziny, tata wyjaśnił mi, że są parą, kochają się. Raz na zawsze zrozumiałam, o co chodzi z homoseksualizmem. Strasznie ważne jest to, co wynosimy z domu. Potem w gimnazjum stanęłam w obronie jednego chłopaka.

Proszę opowiedzieć.

To musiał być sam początek lat 50., bo maturę zrobiłam w 1952 r. – a z polskiego nawet dwie matury, bo napisałam prace na dwa tematy, dla siebie i dla kolegi, który potem za mnie napisał matematykę. Ale wracając, chłopcy w klasie wyśmiewali się z jednego kolegi, że on jest taka „dziewczynka”. Czy był gejem, nie wiem, i może on sam też nie wiedział wtedy na pewno, jaką ma orientację. Żyje do dziś, jest profesorem – i gejem nie jest. Chociaż nie, zaraz… Jest ożeniony i dzieciaty, ale to, jak wiadomo, niczego nie wyklucza, prawda? W każdym razie powodem prześladowań była ta jego „dziewczyńskość”. A ponieważ ja miałam zawsze temperament przywódczyni, przewodziłam klasie i mnie słuchali, to zebrałam wszystkich i powiedziałam, że Wacek po prostu jest delikatnym człowiekiem i trzeba mu dać spokój. Przekabaciłam na swoją stronę dziewczyny do tego stopnia, że gdy tylko któryś z chłopców Wackowi dokuczał, to dziewczyny się na niego po prostu rzucały. Ten, który prześladował, sam był lany!

A potem często miała pani do czynienia z gejami?

Jak poszłam na studia, to przekonałam się, że geje do mnie lgną i zresztą ja do nich też. Całe życie przyjaźnię się z bardzo wieloma gejami. Do dziś. Ja w jakiś sposób ich przyciągam. Jak poznam pięć nowych osób i wśród nich będzie jeden gej, to za chwilę się okaże, że to właśnie z nim się najbardziej zaprzyjaźnię.

Ma pani koncepcję, dlaczego tak się dzieje?

Nie czarujmy się, homoseksualiści często spotykają się z hejtem, więc bardzo dobrze potrafi ą wyczuć człowieka, który akurat jest im życzliwy. Łapią mnie tym swoim radarem. Moje podejście do sprawy to jest monolit, nie zmienia się. Jestem za wszelkimi prawami, jedynie przy adopcji dzieci mam… nawet nie zastrzeżenie, tylko niepewność. Chciałabym poznać dorosłego człowieka, który był wychowywany przez parę gejów albo lesbijek – i pogadać z nim, wysłuchać jego historii. Nabrać pewnej wiedzy, której nie mam. Obawiam się, że taki ktoś mógł przejść przez piekło szkolnych prześladowań, ale jak mówię, dopiero muszę sobie wyrobić opinię.

W grudniu mija 60 lat od pani debiutu na scenie. To była rola Maryny w „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Iwo Galla w Teatrze w Bielsku-Białej. Pamięta pani Marka Szyszkowskiego, który grał Widmo?

 No tak, Marek, pewnie! Niestety, kilka lat później popełnił samobójstwo. On był gejem?

Słyszeliśmy tylko plotki. Ponoć mówiło się też o nim, że był najpiękniejszym chłopakiem w Krakowie.

A to owszem, potwierdzam. Wyjątkowej piękności był. A przy tym nie grał tą urodą, był jakby ponad to. Razem studiowaliśmy i razem z Krakowa do Bielska potem pojechaliśmy. Był bardzo skryty, zamknięty, niezbyt towarzyski, no i okazało się, że jest chory, ma dwubiegunowość. Ale to się ujawniło dopiero później, kiedy krótko przed śmiercią wrócił do Krakowa.

We wspomnianym „Weselu” Radczynię grała Zofia Śląska, przedwojenna amantka filmowa.

Wówczas wciąż jeszcze bardzo piękna, ale budziła wściekłość naszego zespołu. W takim Bielsku-Białej, w samym mieście, przedstawienie grało się trzydzieści razy, bo tylko na tyle starczało publiczności, potem ruszało się w objazd. A ona po każdym spektaklu nieprawdopodobnie długo się rozcharakteryzowywała. Bardzo delikatnie i powoli dotykała skóry, żeby zachować gładką twarz. My już wszyscy ubrani czekaliśmy w autokarze, żeby wracać do domu, a ona wciąż jeszcze siedziała przed lustrem z wacikiem. Mówiłam: „Zosiu, przecież możesz pojechać w tej charakteryzacji”, ale nie docierało.

To było pod koniec lat 50. Generalnie jak by pani określiła stosunek do homoseksualizmu w tamtych czasach?

Proszę panów, stosunek do homoseksualizmu był w tamtych czasach taki, że w ogóle nie było żadnego stosunku, bo nie było gejów. Nikt się nie ujawniał! Poza małą grupą osób takich jak ja i jeszcze parę co światlejszych, to nie było tematu. Nie było można sobie porozmawiać tak, jak my teraz. Była szara, brzydka komuna nieuznająca „czegoś takiego”. Bywały plotki, ale raczej z rzadka – bo one obciążały również plotkującego. Skoro plotkuje na ten temat, to musi sam być zainteresowany – rozumiecie? W PRL-u to nawet o plotki nie mógł się człowiek doprosić!

Jednocześnie ci homoseksualiści, których spotykała pani na swej drodze, mieli rożne strategie „przetrwania”. Jedni starali się ukryć zupełnie, często się żenili, ale zdarzali się tacy, którzy w jakimś kręgu ujawniali się, mieli partnerów. Po Bielsku-Białej grała pani w gdańskim Teatrze Wybrzeże, gdzie był Edmund Fetting. On się chyba tak bardzo nie ukrywał?

Tak bardzo nie, ale też tego nie eksponował. Dopiero później, w Warszawie, to było bardziej jawne. W Gdańsku jego homoseksualizm nie stanowił problemu, bo nie był, że tak powiem, widoczny na scenie, a Fetting grał nawet Hamleta. Żadnych manieryzmów. No, i akceptował go dyrektor Hübner, to było ważne.

Z Fettingiem grała pani w „Pierwszym dniu wolności” (1960), a rok wcześniej w tym samym Teatrze Wybrzeże wystawiono legendarny „Smak miodu” (1959), jedną z pierwszych sztuk pokazujących pozytywną postać homoseksualisty. Widziała pani ten spektakl?

Oczywiście, „Smak miodu” był wystawiony dla Kępińskiej i Kowalskiego, ówczesnego małżeństwa. O geju, który opiekuje się samotną, ciężarną przyjaciółką. Teatr Wybrzeże był wówczas szczytem awangardy, Zygmunt Hübner jako człowiek niezwykłej mądrości potrafi ł też przyciągnąć widzów. Grało się jeden spektakl o 19.00, a drugi o 22.00, tak publiczność waliła. Największą popularnością cieszył się właśnie „Smak miodu” oraz „Pierwszy dzień wolności” i „Kapelusz pełen deszczu”, w których grał Cybulski, już po sukcesie „Popiołu i diamentu”. Jeździliśmy po festiwalach teatralnych w całej Polsce, zdobywaliśmy nagrody, dostaliśmy nawet zaproszenie z Teatru Narodów w Paryżu.

Po Gdańsku był Olsztyn przez jeden sezon, następnie występowała pani na estradzie, w tym w Sali Kongresowej, gdzie w 1964 r. odbył się uroczysty jubileusz 55-lecia pracy scenicznej Karola Hanusza, przedwojennego piosenkarza i aktora. Hanusz nazywany był czasem królem pedałów”, w 1965 r. został zamordowany przez przygodnie poznanego chłopaka

Nie przygodnie… To był jego stały kochaś, młodziutki. Zadusił go torbą foliową. Nawet poznałam tego typka, kiedy byłam w ich domu. Hanusz był mistrzem składanek muzycznych, w których przechodzi się z jednej piosenki w drugą. Wtedy był już starszym panem, ale sprawnym, tylko z lekkim brzuszkiem. Najwięcej występował na swoim jubileuszu, tańczył i śpiewał, był spiritus movens całego wydarzenia. Spirytus, bo wypić też lubił. To był typ, powiedzmy sobie szczerze, „rozlazłej cioty”. Wiecie, o czym mówię? Te wszystkie znane gesty, krzykliwość, przeginanie się. Typ, według którego grało się homoseksualistów w kinie PRL-u i później nawet też – bo panowało przekonanie, że wszyscy właśnie tak się zachowują.

Coś jak Bohdan Łazuka w „Motylem jestem”, tak?

Łazuka w „Motylem jestem” to był jeszcze wyższy stopień, to już nie była rozlazła ciota, tylko jakaś, nie wiem, ropucha!

Łazuka był jednym z aktorów warszawskiego Teatru Syrena, do którego trafiła pani w 1979 r. Tam wystawiano rewie, był też balet, mnóstwo tancerzy, a wśród nich pewnie wielu gejów.

Tak, ale był też Zdzisław Topolski, który żadnej babie nie przepuścił, więc to jednak także z tancerzami różnie bywa. Syrena to był w ogóle inny świat – tam rzeczywiście akceptacja dla homo była dużo większa, to było całkowicie normalne. W środowisku aktorskim jawnych uprzedzeń wobec gejów się raczej nie pokazywało – albo była akceptacja, albo milczenie. Liczyło się, jakim kto był artystą. Dalej, jakim człowiekiem. Jeśli był dobrym artystą i dobrym człowiekiem, to mógł być sobie i gejem. A jak był słabym artystą, okropnym człowiekiem – no to wtedy się dokładało: „I jeszcze ciota!” Na zwieńczenie. Jak ktoś jest podły człowiek, to mu gejostwo nie pomoże, i będzie podły. Ale wielu gejów przez to, co przeszli w związku ze swoją orientacją, ma jakąś taką, powiedziałabym, większą życzliwość dla ludzi, więcej człowieczeństwa. Choć padalce też się zdarzają. A z drugiej strony są ludzie, którzy nie potrafi ą opanować jakiejś nagłej rezerwy, jakiegoś chłodu, gdy tylko dowiedzą się, że ktoś jest gejem i mają z nim do czynienia. Nieraz to obserwowałam. Gdy pytałam, to mówili: „Ach, wiesz, bo ja to nie wiem, jak z nimi rozmawiać”. Jak to jak, k…? Normalnie!

Przez kilka lat głównym choreografem Syreny był tancerz Witold Gruca.

Kochał go cały zespół. Przyjaźniłam się z nim i jego partnerem, Lilkiem, bywałam u nich w domu. Co to były za spotkania! Z wódeczką, i Witek świetnie gotował…

Wie pani, że Lilek wcześniej miał żonę?

Oczywiście! Ale wiem też, że kontakt z byłą żoną nie został zerwany. Witek zadbał o to, żeby oni wciąż się widywali.

Mówimy cały czas o gejach. A lesbijki?

Nie znałam. Widocznie ukrywały się jeszcze bardziej, nie wiem.

Jeśli rozmawiamy o okresie występów w Syrenie, to musimy zapytać o współpracę z Violettą Villas, wielką gejowską ikoną.

Raz dostałam z liścia od tej ikony.

Zamieniamy się w słuch.

To było podczas tournée w Stanach, 1986 rok. Polecieliśmy małą ekipą – oprócz mnie i Villas jeszcze tylko Czesio Majewski i cztery inne aktorki-tancerki. Koleżanka Villas opiła się czegoś już w samolocie i na miejscu zaraz stwierdziła, że nie może wystąpić, bo ma chrypkę. Rzeczywiście miała. Organizator spanikował, ale zaproponowaliśmy, że bez głównej gwiazdy też damy radę zrobić koncert. Wyszłam do ludzi, wytłumaczyłam, że Violetta Villas jest chora, każdy może dostać zwrot za bilet, ale my mamy gotowy show zastępczy. Nikt nie wyszedł. Występ bardzo się podobał i następnego dnia w polonijnej prasie dostaliśmy świetne recenzje. Villas się tak wściekła, że natychmiast zmieniła zdanie: będzie występować mimo choroby! Tylko, że ma być „preambuła”, wymyśliła, że zapowiadając ją, mam zbudować odpowiednie napięcie. Mianowicie powiedzieć, że gwiazda jest niestety niedysponowana, ale aby nie zawieść państwa oczekiwań – tu miał mi się łamać głos – jednak zaśpiewa. Specjalnie dla cudownej polonijnej publiczności – tu już miałam łkać. Na to, pośród burzy braw, wychodziła Villas. I tak robiliśmy. Łkałam, ona wychodziła, publiczność wiwatowała. Jeden wieczór, drugi, trzeci, czwarty… Zaczęło mi się nudzić i przy piątym czy szóstym razie już się tak nie przykładałam do tego budowania napięcia. Schodzę ze sceny, mijam ją za kulisami, a ona do mnie nagle, że zbyt sztucznie łkałam i że to jest skandal – i normalnie mi przylała! Dostałam w mordę. Gdyby to było gdzieś w Polsce, to zawinęłabym ogon i tyle by mnie widziała, ale w środku Stanów? Po jakimś czasie przeprosiła, ale fakt miał miejsce.

Jak się domyślacie, nie mam o niej dobrego zdania, choć nieboszczka. Jak podpisywała umowę z Syreną, to chciała zastrzec, że nie może grać w niedzielę. Bo taka religijna! Rozumiecie to? Nie grać w niedzielę! (śmiech). Śpiewała pięknie, ludzie ją uwielbiali, pomimo dziwactw. Zawsze się spóźniała na występ, na przykład 40 minut, a widownia grzecznie czekała. Mój przyjaciel Jacek Mureno robi rewelacyjne parodie Villas.

Rozmawialiśmy o teatrze i już nie starczyło czasu na fi lm. Grała pani u Wajdy, Munka, Polańskiego, w filmografii ma pani tak kultowe tytuły jak „Rejs”, „Miś, „Czterdziestolatek”, „Lekarstwo na miłość… Wystarczy powiedzieć: Balcerkowa z „Alternatyw 4” i już wszyscy wiedzą, o kogo chodzi.

Powiem wam na koniec, naprawdę bez kokieterii – u mnie trochę szwankuje poczucie własnej wartości, ja naprawdę nie rozumiem, że mnie ludzie tak pamiętają. Jestem z tego powodu szczęśliwa, ale zarazem zdziwiona. Balcerkowa najbardziej popularna jest wśród młodych. Pytają, jak to jest zagrać w kultowym filmie. A bo ja wiem? Przecież jak się gra, to się nie wie, że będzie kultowy. Teraz często słyszę, że poznać mnie to zaszczyt. Takie określenia, zawsze mi się wydawało, do mnie nie pasują, a tu proszę, na starość… Bo ja nie jestem „starsza pani”, ja jestem naprawdę stara kobieta, 84 lata. Ale się nie czuję staro, tylko wiem, że jestem stara. A jak coś zarobię – bo cały czas pracuję, teraz trafi łam do obsady serialu „Pierwsza miłość” – to sobie odkładam z myślą, że to „na starość” będzie (śmiech). Ona mnie dotyczy, ale idzie za mną, a ja się bardzo rzadko oglądam za siebie.

 

Tekst z nr 70/11-12 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Lulla widziała już wszystko

Z drag queen LULLĄ, czyli ANDRZEJEM SZWANEM, o tym, jak się żyło gejom w PRL-u, o magii kreacji „z niczego”, o paradach, o miłości i o Grindrze, rozmawia REMIGIUSZ RYZIŃSKI

 

foto: Marcin Niewirowicz, niema.foto

 

Lulla ma 79 lat. Mieszka w Warszawie, w niewielkim mieszkaniu, którego dużą część stanowi garderoba na kreacje. Przeżył powstanie warszawskie, komunizm oraz Solidarność. W międzyczasie stworzył postać, którą nazywa Lullą – Lulla opowiada o zaginionym świecie gejów, jak nikt.

 

Wiem, że jesteś wielkim fanem berlińskiej Gay Pride, czyli tamtejszej Parady Równości. Byłeś także w tym roku. Jak wrażenia?

Do Berlina jeżdżę od dziewięciu lat. Jadąc na pierwszą paradę, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Doznałem szoku. Berlin jest miastem, w którym kipi życie kulturalne, towarzyskie i turystyczne. Parada gejowska, która jest naszym świętem, ma tam takie rozmiary, że praktycznie cały Berlin w tej paradzie bierze udział. Ludzie w dniu tego święta wylegają tłumnie na ulice i bawią się jak na wielkim, rodzinnym pikniku. Nie ma podziałów. Spotykasz młodych, starszych, kalekich, uśmiechniętych, dzieci, całe rodziny, spacerujących turystów, którzy się zatrzymują, są życzliwi, przyjaźni. Miasto cieszy się, że parada się tam odbywa. Dopóki będę mógł i dopóki pozwoli mi zdrowie, to każdą berlińską paradę będę chciał w życiu zaliczyć.

A na paradach w Polsce też bywasz?

Bywam. Pamiętam dobrze EuroPride w Warszawie w 2010 r. Miała swój specyficzny charakter, ale porównując z Berlinem, to jakbyśmy znaleźli się w jakimś prowincjonalnym miasteczku i przyglądali się wszystkiemu z bocznej ulicy. Niby się wszyscy radowali, szli uśmiechnięci, a jednak to wszystko jest inne. Otoczone kordonem policji, tak jakby za chwilę miało wybuchnąć jakieś zamieszanie. W tym roku parada warszawska ruszyła inną trasą niż dotychczas – między innymi szliśmy Nowogrodzką, obok siedziby prezesa Kaczyńskiego. Zdumiony byłem barykadami policji przed tym centrum „nuklearnym”, jakimś centrum wszechświata – niedobrze, niedobrze jest… Ale Parada osiągnęła swój cel. Cieszę się, że bierze w niej udział coraz więcej ludzi. Chciałbym, żeby nasze parady miały formę barwnej, tęczowej zabawy, żebyśmy mogli cieszyć się tym, że nie stanowimy marginesu społeczności, ale jesteśmy w nią wtopieni, że tworzymy całość, którą cieszyć możemy się wspólnie. Taką mam nadzieję.

Czy kiedyś w ogóle było to do pomyślenia: parady, małżeństwa, adopcje, całkowita emancypacja?

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że dożyję czasu, kiedy takie parady się odbywają. Pierwsza parada warszawska to było coś takiego, na co czekałem tak, jakbym spodziewał się co najmniej przyjazdu koronowanej głowy. Myślałem, że całe miasto wybuchnie z radości i spontanicznie przywita ludzi o innej orientacji, którzy mają prawo żyć w tym kraju i których nie powinno się brać poza nawias, czy wytykać palcem. To, że mogłem uczestniczyć w paradzie, było dla mnie czymś takim, jakby mnie ktoś posadził na wulkan albo jakbym poleciał w kosmos. To był marsz, który miał pokazać, że jesteśmy, że istniejemy, że nie jesteśmy zwyrodnialcami. I to, jak patrzono na nas, gejów, lesbijki, nas „innych”, jak w nas rzucano jajkami, kamieniami, było dla mnie przerażające. Pomyślałem: gdzie ja żyję?! Skąd taka reakcja społeczeństwa, którego częścią ja też jestem? Cieszę się, że z każdym rokiem ta warszawska parada dojrzewa, staje się bardziej radosna. I może doczekam jeszcze, że będę mógł ją porównać do parady berlińskiej.

Jakie byłżycie gejów w PRL-u?

Życie młodego chłopaka, geja, w PRL-u wyglądało różnie, ale na pewno było ciekawe. Musieliśmy się z tym kryć, nie mieliśmy możliwości otwartych spotkań, nie było żadnych klubów, możliwości porozumiewania się, własnych mediów. Nie było oczywiście internetu. Nawiązywało się kontakty w bardzo różny sposób, na przykład przez kontakt wzrokowy. Jechałem tramwajem i w pewnym momencie poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Nie wiedziałem, o co chodzi. Wysiadłem, a on za mną. Na wysokości Alhambry, która wtedy była centralnym punktem spotkań gejów, znów nasz wzrok się przeciął i trafi liśmy do środka tej kawiarni. To było moje pierwsze spotkanie z mężczyzną, innym gejem. Wypiliśmy kawę, porozmawialiśmy i rozeszliśmy się. Nigdy już później go nie spotkałem. Dla siedemnastoletniego chłopaka to był wstrząs. Myślałem, że to się rozwinie, że nauczę się siebie. Ja wtedy nic nie wiedziałem, byłem zupełnie surowy. Czułem jednak, że wkraczam w ten świat i już się z niego nie wycofam. Że w swoim życiu będę już zawsze spoglądał na mężczyzn w sposób specjalny. Podobało mi się to.

Czego oczekiwałeś?

Że ktoś stanie się dla mnie idolem, że weźmie mnie jako młodego chłopaka pod swoje opiekuńcze skrzydła. W domu rodzinnym z mamą bywało różnie, natomiast ojciec bardzo mi sprzyjał i miałem z nim cudowny kontakt. To pewnie też świadczy o tym, że jakoś ukształtował się mój genetyczny materiał, że czułem się w ramionach ojca, który mnie przytulał, bezpiecznie.

Czy oprócz Alhambry były inne kluby tego typu? Jak wyglądało nocne życie gejów w PRL-u?

Kluby to za duże słowo, nie było tzw. podziemnego życia. Wymienić jednak należy miejsca, które upodobali sobie geje „na szlaku”, czyli: Nowy Świat, Plac Trzech Krzyży, Krakowskie Przedmieście. Był więc na Placu słynny Lajkonik i „grzybek”. Idąc dalej, była Melodia, nocny klub, chociaż tak naprawdę zwyczajna restauracja z barem czynnym do 3 nad ranem. Potem na Nowym Świecie mieliśmy Amatorską. I na Foksal, ulicy kipiącej życiem, była Kameralna. A tak naprawdę trzy Kameralne: Dzienna, która była otwarta od 11 przed południem, Nocna, otwierana dopiero o 22, z dancingiem i występami artystycznymi i Dorożkarska. Szedłeś ulicą Kopernika, chciałeś się napić wódki pod zakąskę, wchodziłeś do baru, za którym stał pan Jan czy pan Rysio. Tam kwitło towarzyskie życie gejowskie. Można było spotkać ciekawych ludzi, aktorów. Poznałem tam Czesława Wołłejko, Andrzeja Łapickiego, Wieńczysława Glińskiego, którzy w przerwie spektaklu wpadali na wódkę i mimo, że nie tworzyli gejowskiej społeczności, to jednocześnie potrafi li w barze zagadać geja, porozmawiać z nim, wypić a potem lecieć na resztę sztuki, w której grali.

A w Nocnej Kameralnej?

Za barem stał pan Józef, który doskonale się orientował. Urzędowały tam też panienki tak zwanej „lekkiej konduity”, które wypatrywały sobie towarzystwa. Nie wiedząc przy tym, czy ona spotka heteryka i pójdzie z nim do łóżka, czy spotka geja i pójdzie z nim na parkiet. W każdym razie wrzało. Bardzo dobrze się tam czułem. Mój kolega z Teatru Syrena dorabiał sobie tam śpiewając: „A ja mam słońce w kapeluszu”. A potem, jak skończył, to szliśmy bawić się dalej.

 

foto: Marcin Niewirowicz, niema.foto

 

Niedaleko, na Chmielnej była sauna Diana.

No! Bardzo ciekawa sauna, z prawdziwego zdarzenia. Była też druga, elegancka, na Krakowskim Przedmieściu, ale Diana miała szczególny charakter. Wchodziło się tam tajemniczo, od Rutkowskiego, w oficynę, przez klatkę schodową. W Dianie był prawdziwy piec, w którym palono drewnem. Polewało się wodą, tłukło rozgrzane ciało witkami. Czasami ktoś śmielszy proponował, żeby tą witką go na tej ławce troszkę pobiczować. W ten sposób się nawiązywało kontakt, który mógł się przerodzić w spotkanie prywatne. Z obsługi był pan Tadzio i pan Józio. Obydwaj doskonale zdawali sobie sprawę, kto przychodzi do Diany i po co. Wystarczyło spojrzeć na pana Tadzia, żeby wyskoczył po flaszeczkę i dla relaksu można było sobie walnąć setę. Pan Józio był bardziej z rezerwą. W czasie remontu Diany trafiłem do łaźni Pod Messalką. Poszedłem tam z kolegą z pracy. Doznałem oszołomienia. W porównaniu z Dianą, Messalka była luksusowa. Oprócz sauny suchej i mokrej, był basen, dwa kamienne stoły do masażu, panowie łazienni masowali, każdy dostawał piękne, białe prześcieradło, żeby się nim owinąć. Czułem się zupełnie jak w rzymskich termach, za przeproszeniem. Pan Tadzio, który trafi ł tu z Diany i oczywiście już zupełnie się we wszystkim orientował, wiedział, kto i o której godzinie ma przyjść. Oczekiwał, że hrabia Rostworowski się zjawi o 13, a inni przyjdą między 15 a 17. Była tak zwana sala ogólna, gdzie się rozbierano, owijano się ręcznikiem, albo szło nago na dół, gdzie można było zażywać rozkoszy. Było kilka kabin, a w środku leżanka, krzesełko, stolik i można się było zrelaksować. Pan Tadzio zamykał kabinę i można było się z kimś przytulić, pocałować, zaproponować drinka. A jeżeli ktoś miał warunki, można było zaproponować pójście do domu.

Warunki lokalowe były problemem?

To był najważniejszy problem tamtego czasu. Żaden z nas, moich rówieśników, a skończyłem 3 wieku już parę lat temu, nie mógł zabrać nikogo do domu. Ja mieszkałem w 37 metrach z matką, ojcem i babcią. O tym, żeby kogokolwiek przyprowadzić do domu i z nim odbyć jakiś seks, czy nawet wypić drinka przed północą, nie było mowy. W związku z tym, takie sauny były punktem odniesienia do obecnych klubów.

Na tym polegał czar grzybków, czyli specyficznych publicznych toalet?

Uważam, że dzisiejszy Grindr to jest trochę taki grzybek, tylko że grzybek jednak fałszywy. Miałem Grindr. Trudno, żebym ja miał ileś tam ofert, bo to by było nawet śmieszne, ja nigdy bym tego nie oczekiwał, ale zdarzało się, że były. Z tych wszystkich „randek”, to muszę powiedzieć, że rzetelnych spotkań, takich, które rzeczywiści miały sens, trzy były sympatyczne. Dlatego, że to wszystko jest na zasadzie bajkopisarstwa, niby już jesteś zajęty moją postacią lub odwrotnie, po czym jak ma się to wszystko sfinalizować, to albo mnie wyłączasz, albo ja ciebie wyłączam. Kończymy temat, wszystko się urywa i idziemy dalej, szukamy dalej. Natomiast grzybki były zupełnie inną rzeczą. Na grzybki się szło, i rany boskie, nie wiedziałeś, kto koło ciebie stanie, kto się zatrzyma, spojrzy, zawiesi wzrok, oceni. I jeżeli już, to czy poczeka na zewnątrz. Albo bezpośrednio cię złapie, że tak powiem, za narząd i powie: „Idziemy w krzaki”. I to był ten rajc, to był ten smaczek.

A miłość? Jesteś teraz singlem.

Tak. Singlem jestem zdecydowanym. Miłości było kilka, ale taki prawdziwych, to chyba były dwie w moim całym życiu.

Chciałbyś się jeszcze zakochać?

Odpowiedzieć muszę szczerze, że tak. Gdybym trafi ł na kogoś przyzwoitego, uczciwego, potrafi łbym to jeszcze odwzajemnić i obdarzyć go miłością i uczuciem.

Jesteś znany jako Lulla. Jak powstaje twój drag?

Ja bym tego nie nazwał konkretnie dragiem. To nie jest to samo, co Kim Lee, Charlotte czy Papina. Ja siebie nie widzę w występach, w rewiach. Mnie rajcuje to, że ja mogę przeobrazić się, że ja mogę spojrzeć na faceta ubranego w fajną kreację, upodabniającego się do jakiejś postaci. Mieć możliwości fajnego przebrania się, mieć jakiś fajny kostium, wymyśleć go dla siebie lub skopiować, wyszukać, znaleźć, kupić, mieć pomysł. A nie było kiedyś tak łatwo jak dziś. Teraz ci, którzy chcą się przebrać, mają ogromne możliwości, rozległy wachlarz, żeby to wszystko kupić, zebrać w jakąś fajną całość, zrobić z tego ciekawy kostium, kreację, która będzie niepowtarzalna, na której ludzie zatrzymają wzrok. Teraz to ma inny wymiar. Wtedy cieszyło człowieka, że się spotkamy. Że na stole będzie kawałek białej kiełbasy, kawałek śledzia, szklanka wódki, coś do popicia. Będzie muzyka, zatańczymy, zaśpiewamy. Nie wiem, przebierzemy się, potem rozbierzemy się. Nawet teraz z perspektywy 45 lat, to tamto wydaje mi się bardziej wesołe niż to, co się dzieje w tej chwili.

Mocno żyjesz tamtym światem, ale jednocześnie dziś wciąż jesteś aktywny.

Chce mi się to robić, bo w jakiś sposób w tym się odradzam. Wydaje mi się, że jak skomponowałem sobie kreację, otwieram szafę, coś widzimy, coś się dzieje, coś złotego, coś czarnego, koronkowego. Myślę sobie: „Rany boskie, w tym jeszcze nie byłem!” I towarzystwo się jakoś poruszy, powiedzą: Lulla jest na nowo, coś znowuż wykombinowała, coś nowego stworzyła. To mnie nakręca. Zdaję sobie sprawę, że jestem w grupie ludzi, którzy robią tego typu show, najstarszy. Ale ciągle mi się jeszcze chce i jako Lulla czuje się o 40 lat młodszy, jakbym wszedł w nową skórę. Myślę, jakie wezmę buty, co włożę na głowę, jaki zrobię makijaż. Czuję, że wstępuję w nową skórę, jak wąż, który zrzuca z siebie, i na nowo zaczyna pełzać, na nowo zaczyna żyć. I to mnie może trzyma przy życiu tak długo. Mimo, że potem muszę z tego wszystkiego wyjść, zmyć z siebie i wrócić do normalnej Lulli. Do postaci, która stąpa po ziemi, która musi jutro włączyć pralkę, iść po pomidory, zakwasić ogórki, zaprosić gości do domu, zrobić śledzika, podać wódkę. To jest chyba ta radość, jakbym odkrył góry, wskoczył do wulkanu, który zaraz wybuchnie, może ja też wylecę w powietrze, razem z tą lawą rozleję się.

Masz artystyczną duszę.

Grałem w „Dulskiej”. Pomysł powstał w 1986 r. w głowie Maćka, który już nie żyje. Mieszkanie, w którym to się działo, miało piece kaflowe, co ułatwiało scenografię, bo przecież Hanka ma w piecu napalić, ma przynieść drwa. I Dulska krzyczy: „Jak palisz stary tłumoku, do krów, nie do pańskich pieców”. I tamten spektakl został zarejestrowany na taśmie VHS. Powtórka była w listopadzie 2012 r., profesjonalnie z reżyserem, z obsadą. Próby trwały pełne dwa miesiące. Na premierze było 74 osoby w prywatnym mieszkaniu na Powiślu. Płyta z tego powstała i jest do dziś. Marzeniem moim było dostać się do szkoły teatralnej na Miodową. Tak się złożyło, że to się nie udało. Musiałem iść do pracy, żeby pomóc rodzicom. Ale gdzieś ta nuta artystyczna została, żeby się gdzieś pokazać, zagrać, coś zrobić.

Nie zostałeś więc aktorem tylko ekonomistą, tak?

Tak. Pracowałem w kilku przedsiębiorstwach, a następnie zaproponowano mi wyjazd do Libii w 1977 r., gdzie mieszkałem dwa lata. Tam byłem specjalistą do spraw zatrudnienia i płac. Kilka lat później był Irak, na tej samej funkcji.

Libia i Irak? Było tam jakieś życie gejowskie?

Z Libijczykami czy Irakijczykami – zero. Zresztą, byliśmy tam w wielkich polskich grupach i z mieszkańcami mieliśmy rzadko styczność, to były budowy na wiejskich terenach – budynki, autostrady. Okazje zdarzały się na libijskim czy irackim suku, wśród sprzedawców, ale bałem się zrobić pierwszy krok, bo doniesienie o takiej sprawie do dyrekcji kontraktu groziło wydaleniem do kraju. Ale z naszymi budowlańcami, Polakami, jak najbardziej miałem romanse. Gdy wróciłem z Iraku, to skończył się PRL. Pracowałem potem 19 lat w prywatnej kancelarii na stanowisku sekretarza. Obecnie jestem już na zasłużonej emeryturze.

A teraz powstaje też o tobie film.

No właśnie! Reżyserką jest Bogna Kowalczyk. Materiał cały czas powstaje. Cała ekipa była nawet z nami w Berlinie. Będą kręcone dalsze sceny. Teraz mają pomysł, żebym ja w Ciechocinku pojawił się w tak zwanym Bristolu, czyli lokalu dansingowym, gdzie się odbywają fajfokloki, i nawiązał kontakty z tamtejszymi gośćmi.

Czyli warszawska Maria Antonina na wywczasach w prowincji.

Dokładnie tak! Maria Antonina, która ma tam jeszcze poderwać kogoś i z tym kimś, nie wiem, porozmawiać czy zatańczyć, czy pokazać się w numerze.

Książka, film, wywiady – robisz karierę!

Słowo kariera jest za dużym słowem, natomiast mówią niektórzy, że mam straszne parcie na szkło. Z czym ja się nie zgadzam. Uważam, że chyba za odważnie podjąłem decyzję, żeby w tym wszystkim uczestniczyć, a jednocześnie może warto, żeby taki ślad pozostał, może to się komuś kiedyś przyda, może ktoś kiedyś sięgnie, komuś da jakiś wizerunek czasów, w których żyłem. Bo ten czas był różny, był bardzo smutny, bardzo ciężki, a jednocześnie w tym smutku potrafi ł przynieść jakąś radość, jakiś promyk nadziei, i tej wesołości, której ja teraz nie widzę u młodych ludzi. Co z tego, że oni są dobrze ostrzyżeni, że mają na sobie najka, że mają na sobie adidasa, kiedy to się wszystko kupy nie trzyma. Ci ludzie idą ze sobą i tępo patrzą w telefon. Nie potrafią ze sobą rozmawiać, uśmiechać się do siebie, zaczepić w jakimś słownym, ciekawym temacie.

Jak to robisz, że jest w tobie tyle optymizmu, życia, siły?

Chyba dlatego, że otaczam się również ludźmi, którzy nie są tylko z mojego pokolenia, bo ich jest zresztą coraz mniej wokół mnie. Otoczyłem się gronem młodych i ciekawych ludzi, z którymi mam o czym rozmawiać. To we mnie sprężynuje. Ja się cieszę, jak mogę się z nimi spotkać i cieszę się, jak oni przychodzą do mnie, chcą ze mną napić się, posłuchać muzyki, pojechać na paradę. Chcą ze mną się przebrać, czerpać z mojej garderoby. To mnie trzyma. Żeby im to przekazać.

Co więc jest w życiu najważniejsze, Lulla?

Trudne pytanie, ale w odniesieniu do mojej osoby chyba to, że rzetelne spotkanie z tym, co cię w życiu w ogóle spotkało, gorszego, lepszego, cudownego i zatrzymanie z tych trzech, pięciu, sześciu doznań, które cię albo w dupę kopnęły, albo ci pomogły przetrwać, wyciągnąć wniosek, że jednak trzeba znaleźć drogę do prawdziwych przyjaciół. Trzeba na nich polegać, trzeba wierzyć, że ci ludzie, którym zaufałeś, nigdy się od ciebie nie odwrócą, że podadzą ci rękę w bardzo dobrej i w bardzo złej chwili. I jeżeli nie będziesz czuł, że masz oparcie w takich ludziach, to chyba życie wtedy jest bez sensu. A poza tym kieruję się w życiu słowami Młynarskiego: „Czasem wiosenne listki, a czasem mądre słowa noblistki, to moi profesorowie”. Polecam!  

 

 

Remigiusz Ryziński – wykładowca akademicki, filozof, zajmuje się gender i queer. Dotarł do Lulli podczas prac nad swym książkowym reportażem, wydanym w tym roku pod tytułem „Foucault w Warszawie”. Lulla była jednym z gejów należących do towarzystwa wokół wielkiego filozofa Michela Foucault, gdy przebywał on w stolicy w latach 1958-59. Choć samego mistrza w sumie nie poznała, została jednym z bohaterów książki.  

 

Tekst z nr 70/11-12 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tomasz Jędrowski – “Płynąc w ciemnościach”

Wyd. Osnova, 2020

 

 

Gdyby na podstawie tej powieści powstał dobry film, mógłby okazać się czymś w rodzaju polskiej „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Jest to opowiedziana z rozmachem i czułością historia miłości dwóch mężczyzn rozgrywająca się w czasach PRL-u. Większość akcji toczy się w 1980 r. Studenci Ludwik i Janusz poznają się na letnim obozie – wykopkach buraków. Obaj niewyoutowani, więc początki nie są łatwe, ale łączy ich czytana właśnie gejowska powieść „Mój Giovanni” Jamesa Baldwina. Czuć, że love is in the air. Drugą część wakacji spędzają pod namiotem w leśnej głuszy nad malowniczym jeziorem. Pływanie nago, namiętny seks, porozumienie dusz i ciał, jest bosko. Dla niektórych czytelników być może aż nazbyt romantycznie. Potem wraca codzienność i sprawy się komplikują. Jawne bycie ze sobą, wspólne mieszkanie – to nie był model znany wielu gejom w 1980 r. Tym bardziej, że Ludwik i Janusz mają różne podejście do otaczającej ich komunistycznej szarzyzny – Ludwik chce się z niej wyrwać, by szukać szczęścia za granicą, Janusz uważa, że można to szczęście znaleźć na miejscu, wpasowując się w coś, „czego przecież i tak nie zmienisz”; jest raczej konformistą, zarówno w sprawach politycznych, jak i seksualnych.

„Płynąc w ciemnościach” to powieść, jakich właściwie się dziś już chyba nie pisze – oldskulowa, bez postmodernistycznych „sztuczek”, bez ironicznego dystansu, na poważnie i z wielkimi uczuciami. Z kwiecistym stylem. Można to obśmiać, ale też można łyknąć, dać się wciągnąć. Ja wybaczyłem co bardziej sentymentalne fragmenty czy parę kiksów w tłumaczeniu i „kupiłem” miłość Ludwika i Janusza.

Właśnie – tłumaczenie? Gdy autor jest Polakiem? Tomasz Jędrowski to syn polskich emigrantów. Mieszkał w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, teraz mieszka we Francji. Książka ukazała się najpierw tam i odniosła sukces. Autor dziękuje m.in. swemu mężowi, dodając: „Kocham cię”. Dobrze się to czyta w dobie „stref wolnych od LGBT” z jednej strony i chemseksowych grupówek z drugiej. (Mariusz Kurc)  

 

Tekst z nr 84/3-4 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.