W kręgu

Der Kreis (Szwajcaria, 2014), reż. S. Haupt, wyk. B. Arens, A. Hitz. Dystr. Tongariro. Premiera w Polsce: 10.04.2015

 

fot. mat. pras.

 

Tytułowy Krąg to szwajcarska organizacja LGBT. Jedna z pierwszych na świecie – powstała w 1932 r., czyli na 50 lat przed początkami polskiego ruchu LGBT. Historię Kręgu poznajemy oczami dwóch jego członków – Ernsta Ostertaga i Robbiego Rappa, pary 85-letnich dziś gejów. Poznali się w 1956 r. na balu Kręgu w Zurychu (To były wówczas największe gejowskie imprezy na świecie – mówi jeden z nich). Ernst pracował wtedy jako nauczyciel literatury w szkole dla dziewcząt, członkostwo w Kręgu było dla niego ostrożnym i tylko częściowym, ale jednak – wyjściem z szafy. Robbi, pogodny fryzjer z zamiłowaniem do kampu i wspierającą mamą, występował na kręgowych balach jako drag queen. W opowieść o ich związku wpisana jest historia szwajcarskiej emancypacji LGBT, która w tamtych czasach dokonywała się przede wszystkim dzięki wydawanemu przez Krąg dwumiesięcznikowi. U szczytu popularności czasopismo to, dostępne wyłącznie wysyłkowo, miało ok. 2000prenumeratorow. Byłowydawanewtrzechjęzykach i… ściśle kontrolowane przez policję, która treść każdego numeru zatwierdzała przed drukiem. W Szwajcarii homoseksualizm był legalny, choć objęty ogromnym ostracyzmem. Starszy gej radzi Ernstowi, by, póki ten nie jest nauczycielem dyplomowanym, zachował ostrożność w outowaniu się komukolwiek ze względu na ryzyko utraty pracy. Ale było i tak lepiej niż w sąsiednich Niemczech. Zurych i bale Kręgu były haustem świeżego powietrza dla niemieckich gejów w czasach Hitlera, ale i po wojnie również. Lot Lufthansy z Frankfurtu do Zurychu w piątkowe popołudnie był ponoć do tego stopnia wypełniony gejami, że zyskał przydomek „ciepłego rejsu”. W 1957 r. środowiskiem gejowskim w Szwajcarii wstrząsnęła śmierć Roberta Oboussiera. Słynny kompozytor został zamordowany przez młodą męską prostytutkę. Gdy w czasie procesu homoseksualizm Oboussiera wyszedł na jaw, opinia publiczna była tak oburzona, że mordercę potraktowano jako ofiarę (!) i wypuszczono na wolność. Krąg popadł w tarapaty jako organizacja kryminogenna. Tymczasem Ernst przedstawiał Robbiego swym rodzicom… jako bliskiego przyjaciela.

Oryginalna jest forma filmu: to „zwykła” fabuła przeplatana wypowiedziami samych bohaterów dziś. Dziwne? Ale działa! Oglądamy parę zakochanych młodych facetów, w których wcielają się aktorzy, oraz ich pierwowzory 60 lat później – wciąż zakochanych staruszków. Film zdobył nagrodę Teddy dla najlepszego dokumentu LGBT na zeszłorocznym festiwalu w Berlinie. (Mariusz Kurc)

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Prowokacje są “okay”

O „Okay”, jednym z pierwszych polskich gejowskich czasopism, o gwiazdach śpiewających homoerotyczne piosenki i o „polskiej Conchicie” z Jerzym Andrzejem Masłowskim, dziennikarzem, pisarzem, happenerem, aktywistą LGBT i politykiem, rozmawia Wojciech Kowalik 

 

 

Redakcja „Repliki” to kilku zapaleńców, którzy za darmo starają się tworzyć coś na rzecz społeczności LGBT. W „Okay”, któremu szefowałeś, było tak samo?

Myślę, że było znacznie trudniej. Gazety robiło się wtedy w archaiczny sposób: nie było składu komputerowego ani Internetu, a telefony komórkowe znaliśmy z amerykańskich filmów. Autorzy przywozili teksty do redakcji, przepisywała je maszynistka, gazetę składał litera po literze zecer, a korekta polegała na tym, że czytało się złożony w drukarni tekst i trzeba było wychwycić błędy. To było praco- i czasochłonne. Dostawaliśmy, co prawda, symboliczne honoraria od wydawcy, ale bez nich też byśmy „Okay” robili.

Skąd pomysł na tworzenie pism gejowskich tuż po upadku komuny? Chcieliście mieć tak samo, jak w Niemczech czy w Stanach?

I to bardzo. Za komuny „branża” była zepchnięta do podziemia. Ktoś musiał pomoc gejom wyjść z szafy. Jak przyszedłem do „Okay”, była już ogólna koncepcja miesięcznika. Dostałem zadanie: wymyślaj, co ma być w środku. Na szczęście nie brałem udziału w pierwszych awanturach o tytuł, podobno były wielkie. Grupa była już jako tako uformowana i wydawca szukał kogoś, kto to poprowadzi.

Dlaczego ty?

Kiedyś w knajpie podszedł do mnie wydawca, Włodek Antos. Powiedział, że kojarzy mnie z innych mediów – byłem dziennikarzem w „Sztandarze Młodych”, pracowałem w Telewizji Polskiej. Powiedział, że podobają mu się moje teksty, wśród których, co warto zaznaczyć, były także reportaże o sytuacji gejów w Polsce, a które, o dziwo!, wydrukowała komunistyczna prasa. Zaproponował mi prowadzenie „Okay”.

Kto pisał do pierwszych numerów?

Do pierwszych dziesięciu, którym szefowałem, pisali dziennikarze, między innymi z radiowej Trojki, z tzw. prasy kolorowej, a także wykładowcy uniwersyteccy. Pisali też debiutanci.

Poezja, teksty literackie, biografie intymne, Warhol, Almodovar, Pasolini, Ginsberg, Czechowicz, publicystyka, reportaż, plotki, sytuacja gejów w innych krajach, recenzje filmowe, teatralne, baletowe… Ambitnie!

A nawet krzyżówki! Były też wywiady. Np. z Jerzym Urbanem, prof. Andrzejem Stapińskim – szefem Instytutu Wenerologii AM, Danutą Stankiewicz – piosenkarką, pierwszą w show-biznesie, która odważyła się udzielić nam wywiadu, Markiem Barbasiewiczem – aktorem, Józefiną Pellegrini – słynną wówczas wróżką, autorką horoskopów. Misz-masz, ale przyjemny.

Ale comingoutowych wywiadów nie było.

To jeszcze nie były czasy coming outów. Co najwyżej można się było domyślać, ale nic wprost. Mieliśmy też kącik kulinarny, porady kosmetyczne, horoskop. Oraz czterostronicową wkładkę dla dziewczyn, gdzie pisały m.in. aktywistki z warszawskiej Lambdy. Nie było właściwie żadnych zwrotów z kiosków. Każdego miesiąca schodził kilkudziesięciotysięczny nakład.

Wtedy powstały też inne pisma gejowskie – „Inaczej”, „Filo”. (patrz: „Replika”, nr 44). Jak sobie radziliście z konkurencją? Współpraca czy walka?

Znaliśmy się i lubiliśmy. W konkurencyjnej gazecie pracował mój kochanek, z którym byłem w krótkotrwałym związku. Ludzie byli głodni takiej prasy.

Ale pewnie wstydzili się kupować „takie” tytuły w kioskach?

Oczywiście! Mieliśmy specjalną panią zatrudnioną do prenumeraty – pakowała tego mnóstwo, odnosiła trzy-cztery stosy kopert codziennie na pocztę.

Mieliście oddźwięk od czytelników?

I to jaki! Gratulowali, pisali listy, radzili, co ma być w kolejnych numerach, jakie nowe rubryki założyć. Po tych sugestiach pojawił się „Chłopak Miesiąca”. Ludzie przysyłali swoje fotki z pozamazywanymi częściami ciała, twarzami, fiutami. Co prawda zdjęcia były raczej kiepskiej jakości, ale czytelnicy głosowali i co miesiąc wybierali swego ulubieńca.

Skąd braliście inne zdjęcia?

Mieliśmy umowy z trzema zachodnimi tytułami, które zezwalały na bezpłatne przedruki. Do dziś nie wierzę, że się zgodzili! Ten zecer, który składał „Okay” – drukowaliśmy w Wojskowych Zakładach Graficznych – patrzył na mnie spode łba. W jego oczach byłem Głównym Pedałem Polski, koordynatorem rozpasania i rozpusty wszelakiej.

Drukarnia nie robiła problemów?

Nie, Włodek Antos miał ojca generała. Niestety, któregoś razu nie zapłacił drukarni i po roku „Okay” skończył z gigantycznym długiem. Projekt się wywalił.

A jakie były pozaśrodowiskowe reakcje na czasopismo?

Czasem ostre, negatywne. Byłem wyzywany, dostawaliśmy listy od katolików w stylu „niech was Bóg pokarze”, „mam nadzieję, że zostaniecie wiecznie potępieni”, „żeby was zżarł HIV” itp. Jeden z listów zaczynał się od słów „Chamy i parmezany: oby was szlag trafił, was i wasze przyjaciółki lesbinki”. Sporo tego było. Pod redakcją pojawiali się skinheadzi, były jakieś przepychanki. Dręczyła nas nawet prokuratura.

Za co?

Opublikowaliśmy zdjęcie dwóch trzymających się za ręce mężczyzn. Jeden był rozebrany do połowy, a drugi był nagi i miał penisa w półwzwodzie. Zakwalifikowano to jako pornografię i ja, jako naczelny, poszedłem się tłumaczyć. Pani prokurator powiedziała wprost, że to pornografia i że grozi mi do pięciu lat. Była bardzo nieprzyjemna. Sprawa rozeszła się jednak po kościach. Po trzech miesiącach umorzono „śledztwo”. Poza mną i wydawcą nikt nie wiedział o problemach z prokuraturą, nie chcieliśmy wystraszyć współpracowników

Po odejściu z „Okay” pisałeś do „Mena”.

Pracę zaproponował mi naczelny – Sławek Starosta. Było to pierwsze polskie gejowskie czasopismo porno! Ale nie uciekaliśmy od polityki. Było tam też dużo satyry, psychozabawy, poradnictwo, kącik turystyczny. I masa pikantnych, dobrej jakości zdjęć. W „Menie” byłem zastępcą naczelnego przez kilkanaście miesięcy. Równolegle pracowałem w Telewizji Polskiej, gdzie rządziła silna prawica. Jako że się nie kryłem z orientacją, byłem pod ciągłym ostrzałem. Pewnego razu miałem rozmowę z szefem przy kawie. Powiedział: jeśli ja ciebie nie zwolnię, to mnie zwolnią. Odszedłem sam.

Pisałeś już wtedy wiersze?

Nie, to się zaczęło parę lat później. Najpierw zacząłem pisać teksty piosenek. Pierwsze utwory napisałem dla wówczas bardzo popularnych wykonawców: Andrzeja Dąbrowskiego, Elżbiety Adamiak, wspomnianej Danuty Stankiewicz. Wylansowałem kilka przebojów, szybko przyszły zamówienia od innych.

Motyw homoerotyczny w twoich wierszach jest wyraźnie widoczny.

Moje wiersze i teksty piosenek mówią o miłości, bliskości. Nie znam innej miłości czy bliskości niż ta z mężczyzną – piszę o niej właśnie. Jednak moje teksty są uniwersalne i może je śpiewać kobieta do mężczyzny, kobieta do kobiety, facet do faceta… Czyli człowiek do człowieka. Wielu wykonawców, dla których piszę, nawet nie przypuszcza, że niektóre kawałki pisałem dla mojego Wojtka, partnera od 18 lat.

Pisałeś piosenki dla prawdziwych gwiazd: Artur Barciś, Dorota Stalińska, Krystyna Prońko, Maria Seweryn, Olga Bończyk, Seweryn Krajewski, Stan Borys, Marian Opania, Danka Błażejczyk, Lora Szafran, Emilian Kamiński. Czy oni wiedzą, że jesteś gejem?

Z tych wymienionych powyżej: Krysia Prońko, Marysia Seweryn, Danka Błażejczyk – wiedzą. Inni tylko się domyślają.

Należysz do Zielonych 2004. Skąd pomysł, żeby zająć się polityką?

Wszystko, co robiłem, było kwestią polityczną. „Okay” – kwestia polityczna. Zakładałem pierwszą Lambdę w Warszawie na przełomie lat 80. i 90. – kwestia polityczna. Zieloni to był dla mnie naturalny wybór. Staram się pomagać koleżankom i kolegom z Zielonych, choćby w okresie przedwyborczym, a oni pomagają w happeningach politycznych, które od lat robi moja grupa artystyczna „Zawleczka”. Jej współzałożycielem jest mój partner. To moje oczko w głowie. Wydawaliśmy też gazetkę, którą nazwaliśmy „Moherowy Berecik”, mocno krytyczną wobec Ojca Dyrektora. Nalewaliśmy się z niego i z katolickiej mentalności. Gazetkę rozdawaliśmy „moherom” z okazji… np. religijnych procesji.

Ryzykowne.

Niekoniecznie. Można to robić, pod warunkiem że ma się szybkie nogi. Potem zrobiliśmy antyprawicową gazetkę „Chrześcijańska masakra Piłką”. To były czasy, gdy współrządził LPR (2006. rok), a jednym z liderów był antygejowski polityk Marian Piłka. Na okładce gazetki umieściliśmy collage, którego podstawą był plakat z filmu „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (aktor trzyma piłę unurzaną we krwi). Jednak w miejsce głowy aktora włożyliśmy głowę Mariana Piłki. Środek gazetki był wypełniony tekstami i rysunkami wyśmiewającymi polskich „prawiczków”, dulszczyznę, itp. O tej prowokacji pisały gazety, np. „Trybuna”.

Robiliście nie tylko gazetki.

Chodziliśmy bronić kultowego klubu Le Madame, który władze miasta za czasów prezydenta Kaczyńskiego wyrzuciły z lokalu. Wtedy też zaczęliśmy poznawać Zielonych, choć do partii przystąpiliśmy nieco później. Dla mnie wstąpienie do partii to jest podjęcie zobowiązań, z których najmniejszym jest wpłata 240 złotych rocznej składki. To przede wszystkim udzielanie się, wspomaganie, poświęcenie czasu, czasem żmudna robota. Nie chciałem być politykiem, mój partner też nie. Ale w końcu się zaangażowaliśmy. Dziś mam poczucie winy, że nie zawsze mogę poświęcić Zielonym tyle czasu, ile chciałoby moje serce, ale praca zawodowa, obowiązki domowe itp. zajmują dużo czasu w mym życiu. Ponadto wciąż robimy jakieś akcje politycznospołeczne, co nieraz bardzo komplikuje życie, np. sprawa Allegro, która wiązała się z długotrwałymi wizytami w kancelarii prawnej, sądzie.

Co to za sprawa?

Na Allegro były sprzedawane współcześnie wytworzone gadżety promujące ideologię nazistowską – kubki z Hitlerem, swastyki, płyty zespołów z tekstami ksenofobicznymi, homofobicznymi, rasistowskimi. Stowarzyszenie „Nigdy więcej”, Jurek Owsiak, Janina Ochojska i inni wzywali Allegro, by zlikwidować aukcje tymi przedmiotami, jednak Allegro nie reagowało. Sam napisałem dwa mejle w tej sprawie, ale i mnie olali. Więc zrobiliśmy prowokację i zniekształciliśmy logo Allegro: w miejsce liter LL wstawiliśmy SS, symbol nazistowskiej formacji wojskowej Waffen, i z takim billboardem jeździliśmy po Warszawie.

Wydrukowaliśmy też pocztówki z owym przerobionym logo, które rozdawaliśmy na ulicach Warszawy 21 marca – w Międzynarodowy Dzień Walki z Rasizmem. O akcji rozpisywały się gazety, m.in. „Wyborcza”. Allegro się oburzyło i postawiło nas przed sądem z paragrafu o naruszenie dóbr osobistych. Proces trwał trzy lata! W pierwszej instancji przegraliśmy, ale finalnie pomogła nam Helsińska Fundacja Praw Człowieka i w lutym tego roku wygraliśmy w apelacji. Dziwię się, że ani Piłka, ani Rydzyk ani inni politycy, których wyśmiewaliśmy nie ciągali nas po sądach.

Lubisz prowokować, przekraczać granice.

Uwielbiam przekraczać granice! Pamiętasz rzeczniczkę praw dziecka, ultraprawicową Ewę Sowińską, słynną z tego, że chciała badać, czy Teletubiś Tinky Winky jest gejem? Otóż, dowiedzieliśmy się, że przeraził ją penis w rzeźbie mężczyzny autorstwa Mitoraja przed Centrum Olimpijskim w Warszawie. Sugerowała, by go zasłonić. Zrobiliśmy wtedy niby-album pt. „Penis w przestrzeni publicznej”. Przez kilka dni biegaliśmy po Warszawie i fotografowaliśmy wszystkie fiuty na rzeźbach. W formie donosu wysłaliśmy to pani rzeczniczce, którą, o ile pamiętam, nazwaliśmy w gazetce „Mieczem krocza polskiego”. Gazetkę rozrzuciliśmy też w warszawskich klubach, knajpach, wysłaliśmy do rożnych redakcji. Wszędzie budziła powszechną radość.

Nasza najnowsza akcja, dosłownie sprzed paru tygodni, nosi tytuł „Polska Conchita”. Zaprojektowaliśmy plakat, na którym jest dziewczyna z brodą, a obok niej napis: „Chcecie czy nie – jesteśmy wśród was!” Plakat pojawił się na billboardach w kilku miastach, m.in. w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku. Rozkleiliśmy plakaty na tydzień przed Paradą Równości, też pisała o tym „Gazeta Wyborcza”. Kilka z nich zniszczono (śmiech).

Masz jeszcze jakieś plany działalności prowokacyjnej na rzecz LGBT?

Właśnie napisałem musical pt. „Zakochany Tel Aviv”, który m.in. pokazuje, że miłość homo i hetero to taka sama miłość. Jest tam też krytyka ortodoksji religijnej i tzw. tradycji (zarówno żydowskiej, jak też katolickiej). A poza tym świetne piosenki, super choreografia i reżyseria. Teraz szukamy sceny, co nie jest łatwe, bo – wbrew temu, co by się wydawało – w teatrach panuje homofobia, a dyrektorzy uzależnieni od miejskich pieniędzy unikają kontrowersyjnych projektów i wolą wystawiać bezpieczne ramoty napisane 50 lat temu, które zwykle nie mają nic wspólnego z otaczającą nas rzeczywistością.

Plany na przyszłość?

Kończę przygotowywać trzeci tomik wierszy, do którego, tak jak w dwóch poprzednich, dołączona będzie płyta z moimi najnowszymi piosenkami zaśpiewanymi przez fajnych wykonawców. Właśnie zaczęły się nagrania.

A marzenia?

Napisałem i wystawiłem w swoim życiu pięć sztuk teatralnych i marzę, by mieć własną scenę, na której wystawiałbym rzadziej swoje, a częściej cudze teksty o tematyce „branżowej”, komedie, farsy, dramaty, musicale. Nie byłby to jednak teatr eksperymentalny i elitarny, a popularny, do którego chodziliby także heterycy. Mam pomysły repertuarowe i organizacyjne, brak tylko odpowiednich funduszy. Ale wciąż szukam.

 

Tekst z nr 50/7-8 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Zdrowi od 40 lat

Z doktorem Jackiem Drescherem, wybitnym amerykańskim psychiatrą, czołowym krytykiem terapii mających na celu zmianę orientacji z homo na heteroseksualną, rozmawia Radek Korzycki

 

mat. pras.

 

Panie Doktorze, minęło właśnie 40 lat odkąd Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne skreśliło homoseksualizm z listy zaburzeń. Jak przez ten czas zmieniło się nastawienie amerykańskich psychiatrów wobec tego tematu?

Zacznijmy od tego, że w 1952 r., kiedy powstała DSM-I – pierwsza klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, homoseksualizm został uznany za dewiację. Przypisano mu ten sam kod, co na przykład zoofilii. Przy kolejnej klasyfikacji, tzw. DSM-II, to się nieznacznie zmieniło – homoseksualizm jako „zaburzenie” dostał odrębny kod. Kampania na rzecz zdjęcia go z listy chorób zaczęła się od protestów organizacji gejowskich podczas konwencji ATP w San Francisco w 1973 r. Towarzystwo zarządziło głosowanie. 58% członków opowiedziało się za usunięciem homoseksualizmu z listy. Przeciwnicy tego kroku uważali, że nie da się demokratyczną większością decydować o naukowych sprawach, a wspomniane referendum porównali do głosowania, czy Pluton jest czy nie jest planetą. Rzecznikiem całej akcji usunięcia homoseksualizmu z listy zaburzeń był wpływowy psychiatra Robert Spitzer.

Ale i on z czasem podjął próbę nawracania gejów i lesbijek na heteroseksualizm, prawda?

Dokładnie było to tak: w 2001 r. Spitzer ogłosił wyniki swoich badań, które miały dowieść, że w 30-40 proc. terapia konwersyjna działa i że jego pacjenci są zadowoleni z jej efektów i znakomicie odnajdują się w heteroseksualnym życiu. Jego deklaracja wywołała gniew środowisk LGBT, które poczuły się zdradzone. Ale 11 lat później, czyli w zeszłym roku, Spitzer w wywiadzie dla „The American Prospect” wycofał się z tamtego stanowiska i przeprosił za całe zamieszanie.

Czyli wśród uznanych naukowców w USA nie ma już nikogo, kto by chciał leczyć z homoseksualizmu?

Dziś nie. Ale przez jakiś czas – mierzony w latach – amerykańscy psychiatrzy dojrzewali do konkluzji, że homoseksualistów nie ma z czego leczyć. Kilka lat po usunięciu homoseksualizmu z klasyfikacji zaburzeń wśród członków ATP przeprowadzono ankietę, która pokazała, że 73% psychiatrów uznaje homoseksualistów za mniej szczęśliwych od heteroseksualistów. W 1980 r. opublikowane zostało trzecie wydanie klasyfikacji – DSM-III, w którym zamiast zaburzenia orientacji seksualnej pojawił się homoseksualizm ego-dystoniczny, czyli problem orientacji niezgodnej z ego. Osoba, która była niezadowolona ze swojej orientacji seksualnej mogła podjąć próbę zmiany. Dotyczyło to także rozczarowanych heteroseksualistów. Siedem lat później, przy kolejnym wznowieniu DSM, tę kategorię porzucono i oficjalnie zaprzestano konwersji. W ostatnim, tegorocznym DSM-5 według ATP nie da się naukowo wytłumaczyć, skąd się bierze homo- czy heteroseksualizm.

A jak to było kiedyś z terapią konwersyjną, czyli mającą na celu zmianę orientacji na heteroseksualną? Zaczęło się od samego Freuda…

Nie do końca. Sigmund Freud podjął się terapii 18-letniej dziewczyny, której rodzice obawiali się, że może być lesbijką. Tak powstało w 1920 r. studium „Psychogeneza przypadku homoseksualizmu u kobiety”. Wiedeński naukowiec uznał, że homoseksualizm nie jest chorobą, co najwyżej pewnego rodzaju dziecinnością i nie można podejmować prób jego „leczenia”. A zmiana orientacji seksualnej jest możliwa tylko w bardzo specyficznych i rzadkich okolicznościach. Freud uważał też, że osoby o nieheteroseksualnej orientacji chcą się poddać terapii z jego zdaniem zbyt błahych powodów, takich jak strach przed homofobią. Dla niego jako psychoanalityka w tej sytuacji nie było podstaw do rozpoczęcia terapii. A że miał poczucie humoru, to ciętą ripostą zazwyczaj odpowiadał rodzicom wysyłającym z tego powodu swoje dzieci do niego na terapię.

Czy próbowano wykorzystać dziedzictwo ojca psychoanalizy do „nawracania” gejów i lesbijek?

W jakimś sensie myśl Freuda próbował uzupełnić urodzony na Węgrzech amerykański psychoanalityk Sandor Rado. Uważał on, że homoseksualizm jest po prostu fobią przed płcią przeciwną wynikającą z szeregu zakazów, jakie rodzice stosowali we wczesnym okresie wychowania dziecka. Tym samym w powszechnej percepcji homoseksualista nie był już zwyczajnie niedojrzały, jak uważał Freud, lecz cechowała go patologia. Tę myśl z kolei sprofanował Irving Bieber, który całkiem wprost nazwał homoseksualizm chorobą. I tak w latach 60. w USA modne stały się terapie konwersyjne. Książka Biebera „Psychoanalityczne studium męskiego homoseksualizmu” stała się znana. Dziś uchodzi za szkodliwy paszkwil. Pseudonaukowcy, którzy dziś się na nią powołują, powinni być traktowani tak samo, jak ci, którzy odrzucają ewolucję albo zaprzeczają, że globalne ocieplenie zagraża Ziemi.

Jeden z najbardziej znanych polskich seksuologów, prof. Zbigniew Lew-Starowicz, przyznał niedawno, że we wczesnym okresie jego kariery, w latach 60., „leczyło sięgejów prądem. Jak wyglądają współczesne techniki terapii konwersyjnej w Stanach Zjednoczonych?

No cóż. U nas w upiornych latach 60. też stosowano elektrowstrząsy. Albo pokazywano zdjęcia z pornografią i podawano jednocześnie medykamenty wywołujące uczucie wstrętu. Wspomniany Irving Bieber przyznawał się do 27-proc. poziomu „wyleczeń” w prowadzonej przez siebie psychoterapii, ale te dane są mocno abstrakcyjne, bo połowa jego pacjentów to byli biseksualiści.

Ale jeszcze bardziej uderzający jest raport Josepha Nicolosi, który wraz z Elizabeth Moberly proponuje, jako metodę konwersji, zmuszanie chłopców do zajęć i czynności tradycyjnie, lecz powierzchownie kojarzonych z męskością. A więc uprawianie sportu drużynowego, unikanie wystaw, opery, filharmonii, nieromantycznych relacji z kobietami, np. przyjaźni, uczenie się od heteroseksualnych kolegów technik chodzenia i siadania bez zakładania nogi na nogę, flirtowanie z kobietami pod nadzorem terapeutów, trenowanie heteroseksualnych stosunków płciowych, a w końcu znalezienie sobie żony i spłodzenie z nią dzieci.

Taki absurd może skończyć się tragedią!

A jak się do tego mają rożne organizacje religijne, które też próbują „leczyćgejów i lesbijki. Są takie i w Polsce.

Prawie 40 lat temu na Florydzie powstało stowarzyszenie Exodus International. Miało ponad sto placówek na całym świecie, prowadzonych przez „byłych gejów”. Pięć miesięcy temu się nagle zamknęli i przeprosili za swoją działalność. Uznali oficjalnie, że nie da się zmienić orientacji seksualnej człowieka. Podobnych przykładów są setki, ale nie, to w ogóle nie jest ciekawe.

Dlaczego?

Trudno mi już zarejestrować, co robi każdy hochsztapler albo nawiedzony kaznodzieja. Jeżeli dzwoni ktoś z radia lub telewizji i zaprasza mnie do dyskusji o homoseksualizmie i czarnoksięskich praktykach leczenia gejów, w której udział mają także wziąć osoby o poglądach niemieszczących się w żadnej debacie, to odmawiam. Z takimi ludźmi nie ma o czym rozmawiać.

A u nas bywa odwrotnie. Jako protagonista w podobnej audycji występuje często ktoś o pozytywnym nastawieniu do „terapii”, a socjolog czy lekarz broniący praw osób LGBT jest zepchnięty do defensywy.

To strasznie współczuję! Możemy mieć tylko nadzieję, że to się zmieni wcześniej czy później, a raczej – wcześniej. Ale ta dysproporcja w mediach to wierzchołek góry lodowej w całej tej niegodziwości, którą prowokuje terapia konwersyjna.

Co pan ma jeszcze na myśli?

Na tę pseudoterapię trafiają młodzi ludzie z bardzo konserwatywnych, głęboko religijnych środowisk. Mają wielkie poczucie winy, które ci hochsztaplerzy tylko pogłębiają. Według nich to zawsze pacjent jest odpowiedzialny za siebie – wrabia się go w poczucie, że od niego zależy, jaką będzie mieć orientację seksualną i że jeżeli terapia nie wyjdzie, to jest to jego problem. To tak, jakby chirurg przed operacją powiedział: teraz otwieram pana brzuch, ale nie daję żadnej gwarancji, bo rezultat operacji zależy od pana. W ten sposób, czyli przez pogłębianie poczucia winy, doprowadza się wielu młodych ludzi do samobójstwa. To jest największa tragedia, a jednocześnie bezprecedensowy w 2013 r. skandal. PAHO, czyli Panamerykańska Organizacja Zdrowia, w zeszłym roku uznała oficjalnie, że terapie konwersyjne, zwane też „reparatywnymi” są poważnym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi. Krzywdę też wyrządzają zbory religijne, które bywa, że wykluczają osoby homoseksualne. Dla wierzącego to jest potworny dramat. I wreszcie wielkim cynizmem wykazują się ci nawracający, czy to kaznodzieje czy podający się za lekarzy, bo zarabiają na tym ogromne pieniądze. Przecież te wszystkie terapie, od obozów wychowawczych, przez sesje terapeutyczne aż po potężny biznes wydawniczy to żyła czystego złota. Myślę, że potrzeba nam jakichś uregulowań prawnych.

No właśnie. Władze niektórych stanów USA właśnie się za to zabrały.

Ale bardzo ostrożnie. Całkiem niedawno Kalifornia i New Jersey zakazały przeprowadzania terapii konwersyjnej wobec osób niepełnoletnich. Przeciwnicy zakazów od razu zaskarżyli te decyzje w federalnych sądach, ale jak na razie przegrywają. Kolejne pozwy zostały oddalone. Nad przepisami zakazującymi „terapii” pracują legislatury Pensylwanii, Massachusetts, Nowego Jorku, Ohio i stołecznego Waszyngtonu. Potrzeba tu wspólnego działania Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, psychologów, ale także polityków oraz ludzi, których skrzywdziła taka terapia.

Pan dorastał w tych upiornych latach 60., ale ustrzegł się terapii. Jako nastoletni gej nie myślał pan nigdy o „wyleczeniu się?

Na szczęście nie. Wyoutowałem się, gdy miałem 21 lat – w 1972 r. Rok później ATP uznało, że jednak nie jestem chory. Ale, jak już jesteśmy przy moich własnych doświadczeniach – dopiero od 1991 r. ATP zaczęła oficjalnie stosować politykę niedyskryminowania homoseksualnych psychiatrów. Gdy w 1979 r. aplikowałem na staż w jednym ze szpitali, uznany psychiatra, który przeprowadzał rozmowę kwalifikacyjną, zapytał mnie o „życie intymne”, a gdy powiedziałem mu, że jestem gejem, powiedział: „Ach, tak, w takim razie jak długo trwał pański najdłuższy związek?”. Nie dostałem się na ten staż.

 

***

Jack Drescher urodził się w 1951 r. w Nowym Jorku. Pisze o sobie, że jest „dzieckiem polskich Żydów”. Od 33 lat pracuje jako psychiatra kliniczny (ostatnio na Wydziale Medycznym New York University) oraz psychoterapeuta. Jest członkiem Amerykańskiej Akademii Psychoanalizy Psychodynamicznej i szefem Grupy Postępu Psychiatrii. Od lat jest jednym z czołowych krytyków tzw. terapii konwersyjnej, mającej na celu zmianę orientacji z homo- na heteroseksualną.

 

Tekst z nr 46/11-12 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Małżeństwo niejedno ma imię

O tym, jak zmienia się definicja małżeństwa, o małżeństwach w starożytnym Rzymie, we współczesnej Hiszpanii i Izraelu oraz o jego własnym planowanym małżeństwie i o tym, jak to jest być jawnie homoseksualnym wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego opowiada dr hab. Jakub Urbanik, który zajmuje się prawem rzymskim, papirusami oraz historią i teraźniejszością małżeństwa, w wywiadzie Mariusza Kurca

 

foto: Krystian Lipiec

 

Barack Obama pisze w autobiografii, że jego rodzice – biała kobieta i czarny mężczyzna – wzięli ślub w 1960 r. na Hawajach, i podkreśla, że Hawaje były wtedy jednym z nielicznych stanów USA z legalnymi małżeństwami osób o rożnym kolorze skory. W większości stanów nie mogliby wziąć ślubu. Tymczasem definicja małżeństwa jako po prostu związku kobiety i mężczyzny dla wielu wydaje się „odwieczna”. W Polsce przed wojną kobieta i mężczyzna pragnący wziąć ślub musieli spełnić dodatkowy warunek: wyznawać tę samą religię.

W zasadzie można było zawrzeć małżeństwo wyłącznie wedle zasad jednego uznanego wyznania. To właśnie dlatego jeszcze przed czasami II RP Piłsudski dokonał apostazji, przechodząc do Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Marszałek przestał być katolikiem, by w 1899 r. poślubić Marię Koplewską, która była rozwódką. Kościół katolicki nie uznaje rozwodów, a ewangelicki tak. Po śmierci marszałka biskup Sapieha groził nawet, że nie pochowa go na Wawelu.

Jesteś specjalistą w zakresie prawa rzymskiego i prawa małżeńskiego. W starożytnym Rzymie wyznanie nie miało znaczenia dla małżeństwa, bo małżeństwo było instytucją świecką, prawda?

W starożytności, tak rzymskiej, jak i greckiej, nie było rozdziału państwa od religii, religia była nieodłącznym elementem życia obywatelskiego i publicznego, ale owszem, małżeństwo prawnie było całkowicie prywatne, co więcej – i co zaskakujące – jego zawarcie było aktem nieformalnym. Rzymianie opierali małżeństwo wyłącznie na woli dwojga osób rożnej płci. Nie musi mu zatem towarzyszyć żadna ceremonia, w tym religijna. Ma ono jednak z punktu widzenia państwa to znaczenie, że z niego rodzą się nowi obywatele, a zatem, co do zasady, jest zarezerwowane wyłącznie dla obywateli i obywatelek Rzymu. Wszyscy pozostali byli z małżeństwa wykluczeni.

Niewolnicy nie mogli zawierać małżeństw?

Nie żartuj, oczywiście, że nie. Niewolnik to rzecz. Mogą oczywiście, za zgodą właścicieli, łączyć się w związki o charakterze quasi-małżeńskim, ale prawnie i tak nikt by ich nie respektował. Co innego obywatele i obywatelki. Ich związek pociąga za sobą prawa i obowiązki. Cudzołóstwo na przykład surowo karano, ale popełnić je można było tylko z osobą równą stanem, czyli z obywatelką. Lub obywatelem – tu rozróżnienia nie było. Mężczyzna może mieć relacje seksualne z niewolnikami, niewolnicami, aktorami, aktorkami, prostytutkami płci męskiej i żeńskiej, cudzoziemkami i cudzoziemcami, wreszcie z wyzwoleńcami – uważano wręcz, że wyzwoleńcy mieli obowiązek dogadzać cieleśnie panom, którzy ich wyzwolili! Ale cudzołóstwo z obywatelem czy obywatelką – brońcie, bogowie, to naruszałoby rzymską pudicitia – trudno to przetłumaczyć: skromność, cnotę obywatelską.

A małżeństwo jako związek osób tej samej płci nie przychodziło im do głowy?

Autorzy starożytni przekazują wieści o ślubach cesarza Nerona z niewolnikami, czy Heliogabala z woźnicą rydwanów. Ale trudno traktować te małżeństwa – jeśli w ogóle miały miejsce – jako męsko-męskie, bo obaj cesarze przybierali ponoć rolę kobiecą. Celem małżeństwa jest prokreacja. Małżeństwa jednopłciowe rzeczywiście nie przychodziły Rzymianom do głowy, podobnie jak i pomysł, by zawierać małżeństwo z miłości. Cesarz Hadrian kochał Antinousa, ale ani myślał brać z nim ślub. A żony nie postrzegał jako tej, która ma być obiektem miłości czy rozkoszy erotycznej. Przyzwoita Rzymianka nie powinna mieć erotycznej przyjemności. A kobiecy orgazm, przy którym, zdaniem Lukrecjusza, przez skurcze nasienie może zostać wyrzucone z ciała kobiety – jest u żony w ogóle niewskazany! Miłość jako kulturowy topos – powód zawarcia małżeństwa – pojawia się dopiero po zmianach społecznych XVIII w. To jest ścieżynka! Zanim madame Bovary u Flauberta się nie otruje z powodu nieszczęśliwej miłości pozamałżeńskiej, ludzie powszechnie będą myśleć, że miłość jest tylko korzystnym dodatkiem do małżeństwa, w żadnym wypadku jego warunkiem. W Rzymie celem małżeństwa było też podtrzymanie i konsolidacja potęgi warstwy rządzącej: małżeństwa (i rozwody) pieczętują, i budują polityczne i rodzinne alianse. Na marginesie dodam, że prokreacja – dziś powszechnie, choć niesłusznie, kojarzona jako cel małżeństwa katolickiego – wcale w pierwszych gminach chrześcijańskich nim nie była. Paweł z Tarsu w Liście do Koryntian pisał, że małżeństwo ma służyć do kanalizacji potrzeb seksualnych. O rozmnażaniu nie pisał, bo chrześcijanie byli wtedy przekonani o rychłej paruzji: Pan zaraz wróci i nastąpi koniec świata – w tej sytuacji dzieci wszak nie trzeba.

A prawa kobiet w Rzymie?

„Prawa kobiet” w starożytności? To jest termin i problem praktycznie od XIX w., więc powinieneś to jakoś inaczej nazwać. O równości płci oczywiście nie możemy mówić. Prawa wyborcze dla kobiet – zapomnij. Ale też nikt nie wpadł na to, by w ogóle o nie walczyć. W każdym razie rzymskim kobietom było lepiej niż greckim. Rzymianie, którzy wracali z Aten, dziwili się, że tam w ogóle nie widać kobiet – oczywiście tych z warstwy wyższej – na ulicach, że nie biorą udziału w ucztach. Bo siedziały w domach, ukrywane przed obcymi, a jak wychodziły, to najczęściej szczelnie zakutane. W typowo patriarchalnych społeczeństwach kobieta potrzebowała mężczyzny: sama nie ma majątku, a nawet jeśli ma, to nie może nim dysponować. Ale w Rzymie przynajmniej od II wieku p.n.e. panowała praktycznie równość między mężczyznami i kobietami, jeśli chodzi o prawa majątkowe. Kobieta mogła być właściwie niezależna finansowo. Standardem była też całkowita rozdzielność majątkowa małżonków. Słynny historyk prawa rzymskiego Fritz Schulz stwierdził, że jednym z najwybitniejszych osiągnięć prawa rzymskiego, dowodem na jego „ludzkość”, było ukonstytuowanie małżeństwa jako związku opartego na równości dwojga partnerów, na ich wolnej woli oraz na możliwości rozwiązania owego związku w każdym momencie.

Przypomina mi się film „Rozważna i romantyczna” – pod względem praw majątkowych sytuacja kobiet w starożytnym Rzymie była lepsza niż w XIX wiecznej Anglii. Skąd ten regres? Nadeszło chrześcijaństwo.

Nie winiłbym tylko chrześcijaństwa. Nastąpił rozpad imperium, nad którego przyczynami nie chcę się tu rozwodzić. Dość powiedzieć, że Rzym był nękany przez barbarzyńców z północy, Germanów i innych, w tych tradycyjnie wojennych społecznościach pozycja kobiet była gorsza. Ale we wschodniej części imperium prawna równość przetrwała dłużej.

Małżeństwo jako instytucja świecka zniknęło, przypisano je do religii. Jak to się stało, że wróciło?

Rewolucja francuska, mój drogi. A „przyklepał” sprawę Napoleon swym kodeksem z 1804 r. To on jest ojcem współczesnego małżeństwa cywilnego.

Raptem 200 lat temu.

Tak jak i pomysł na oddzielenie państwa od religii. Jako ciekawostkę podam, że małżeństwa cywilne zostały też wraz z Kodeksem Napoleona wprowadzone w Księstwie Warszawskim i zostały mocno oprotestowane przez polskich biskupów. W czasach Królestwa Polskiego powrócono do wyznaniowej formy małżeństwa.

Jeszcze chciałbym zapytać o zdolność do małżeństwa w zależności od wieku.

W Rzymie uznawano, że zdolny do małżeństwa jest ten, kto jest dojrzały do płodzenia. Przyjął się pogląd, że u chłopców to lat 14, u dziewczynek 12. Ta granica zresztą do 1917 r. obowiązywała w Kościele katolickim, potem ją podniesiono do 16 i 14.

Jak postrzegasz zmianę, która ma miejsce w naszych czasach – kolejne kraje uznają małżeństwo za instytucjęślepą na płeć.

To jest sygnał od społeczeństwa i od państwa do osób homoseksualnych, który mówi: obejmujemy was tą ważną społecznie instytucją, bo uznajemy, że jesteście częścią naszej wspólnoty. Stanowicie taką samą „tkankę społeczną” jak my.

Wiązałbyś to z regresem chrześcijaństwa w świecie zachodnim?

Znów: nie tylko. Małżeństwa jednopłciowe to pomysł realizowany w XXI w. – pierwsza, przypomnę, była Holandia w 2001 r. – ale zwiastuny zmian widać było już kilkadziesiąt lat wcześniej – rewolucja obyczajowa lat 60., która przyniosła również emancypację osób LGBT. W kodeksie kanonicznym z 1983 r., czyli Jana Pawła II, pojawia się wprost małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Wcześniejszy Kodeks Benedykta XV z roku 1917 r., takiej definicji nie zawiera. Już w 1983 r. Watykan wiedział, co się „święci”.

Znów religia. Ale ona nie jest nie do przeskoczenia, trzeba tylko dobrej woli. W Izraelu, który jest krajem z systemem prawnym daleko bardziej związanym z religią, zwłaszcza w prawie rodzinnym, niż Polska, mimo wszystko znaleziono sposób, by tamtejszym gejom i lesbijkom powiedzieć: należycie do naszej wspólnoty.

Izrael nie ma w ogóle ślubów cywilnych, tylko religijne, ale uznaje cywilne śluby swych obywateli zawarte za granicą. Bez rozróżnienia, czy są zawierane przez pary rożnej, czy tej samej płci.

Trochę jest to karkołomne prawniczo, ale działa! Iście „diabelski” wynalazek. Najpierw był wyrok Sądu Najwyższego z lat 60. dekretujący uznawanie zawartych za granicą świeckich małżeństw. A w 2006 r. izraelskie pary gejowskie będące w związkach małżeńskich zawartych za granicą powołały się na ten wyrok – i też wygrały sprawę przed Sądem Najwyższym (Ben Ari i inni). W Izraelu udało się pogodzić ogień z wodą – religia nie doznała „uszczerbku”, a geje i lesbijki zostali włączeni do wspólnoty.

Polscy geje i lesbijki nie należą do wspólnoty.

Nie należymy, ale głośno zgłaszamy do niej akces i on jest już słyszalny. Trzeba drążyć tę skałę. Pukać do tych drzwi. W końcu się otworzą.

Ty i twój facet, Hiszpan, jesteście małżeństwem?

Jeszcze nie, ale planujemy ślub. Niedawno zgłosiłem się do urzędu stanu cywilnego o wydanie tego osławionego zaświadczenia o stanie wolnym – tego, w którym należy wpisać imię przyszłego małżonka/małżonki.

Tego, którego niektóre urzędy nie wydają, jeśli zauważą, że wpisane imię należy do osoby tej samej płci, co osoba wnioskująca.

Tak. Znana jest sprawa Tomka Szypuły, który przegrał przed polskimi sądami.

Tomek wyczerpał już możliwość dochodzenia sprawiedliwości przed polskimi sądami. Planuje złożyć skargę do Strasburga.

Zdaje się, że właśnie podążam jego drogą. Zaświadczenia mi nie wydano, choć życzliwie zasugerowano, że czasem wystarczy metryka urodzenia. Odpowiedziałem uprzejmie, że nie chcę obchodzić polskiego prawa i poprosiłem o uzasadnienie odmowy na piśmie. Dostałem je, kierownik USC powołuje się na sławetny artykuł 18 Konstytucji RP, na artykuł 1 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, prawo o aktach stanu cywilnego. Moi przyjaciele pomogli napisać odwołanie do Sądu Rejonowego. Zobaczymy, co się wydarzy. Jesteśmy z Jose tą kropelką, która drąży skałę – to też nasz obowiązek jako prawników.

Skałę, czyli polski system prawny.

Nie tylko. Również po prostu polskie społeczeństwo. Ono się zmienia i w końcu wymusi zmianę systemu prawnego.

To działa też w drugą stronę. Zmiana systemu prawnego wymusiłaby zmiany w społeczeństwie.

Racja. To jest to wielkie pytanie: czy polski ustawodawca chce edukować społeczeństwo. Póki co – nie bardzo. A jak już te małżeństwa jednopłciowe wchodzą do systemu, to ludzie je szybko akceptują i sprawa spada z politycznej agendy.

Wprowadzasz tematykę małżeństw homoseksualnych na zajęciach ze studentami?

To raczej nie temat moich zajęć (śmiech). Ale czasem przykład ten służy pokazaniu ogólnych zasad prawa. Na przykład konstytucja hiszpańska postanawia, że „mężczyzna i kobieta mają prawo do zawarcia małżeństwa przy poszanowaniu pełnej równości prawnej”. Przez lata rozumiano ten artykuł tak, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Ale gdy prawie 10 lat temu Hiszpanie przeczytali go dosłownie, to okazało się, że tam nie napisano, że małżeństwo musi składać się z mężczyzny i kobiety. Dlatego konstytucji wcale nie trzeba było zmieniać, by wprowadzić małżeństwa osób jednej płci. Da się zresztą – o czym mówiła prof. Ewa Łętowska w wywiadzie, który z nią przeprowadziłeś na tych łamach – intepretować artykuł 18 naszej Konstytucji, jako niezakazujący małżeństw jednopłciowych, a tym bardziej związków partnerskich. Pytam też studentów, po co zawierać małżeństwo i obserwuję zmiany w odpowiedziach na przestrzeni lat. Coraz rzadziej słyszę, że z miłości, a coraz częściej, że np. po to, by moc się odwiedzać w szpitalu. To niewątpliwy wpływ debaty o związkach partnerskich.

Jesteś wyoutowany przed studentami?

Nie ogłaszam na zajęciach, że jestem gejem – jeśli już o tym mówię, to po prostu wychodzi naturalnie w rozmowach ze studentami, przypuszczalnie tak samo, jak u wykładowców hetero. Zdaję sobie sprawę, że pewnie wielu wykładowców homoseksualnych ukrywa się przed studentami, ale to nie dla mnie. Z mojego doświadczenia wynika, że sensowniej jest się nie ukrywać. Funkcjonuję trochę, nolens volens, jako normalizator homoseksualności i przyjmuję tę rolę – wciąż spotykam ludzi, dla których jestem pierwszym jawnym gejem, z którym rozmawiają w życiu. Wzięliśmy z Jose udział w kampanii „Miłość nie wyklucza”, bo trzeba pokazywać, że pary takie jak my mają potrzebę bycia w legalnym związku. Mam też szczęście: obracam się w środowisku, w którym nie wypada być jawnym homofobem. Poza tym dostaję od studentów naprawdę pozytywny feedback. To napawa nadzieją: widzę, że oni przyjmują mój homoseksualizm jako coś naturalnego, nie rozwodzimy się nad tym. Za czasów moich studiów to byłoby nie do pomyślenia.

 

Tekst z nr 51/9-10 2014.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Maczo inaczej

O związkach homoseksualnych w starożytnej Grecji i o tym, jak oduczyć się homofobii z Jakubem Szamałkiem, archeologiem, autorem kryminałów „Kiedy Atena odwraca wzrok” i „Morze Niegościnne”, rozmawia Mariusz Kurc

 

foto: Grzegorz Banaszak

 

Bardzo dla mnie denerwującym wątkiem pobocznym tej historii były związki homoseksualne między młodymi chłopcami i panami w dość podeszłym wieku. Nie przepadam za taką tematyką, mimo iż nic nie mam do takich ludzi, ale wiadomo: wolałabym, żeby działo to się nie na moich oczach. To post czytelniczki pod jedną z recenzji twojej powieści „Kiedy Atena odwraca wzrok”.

Klasyka polskiej homofobii, dwa zdania i sama esencja. Zależało mi, by homoseksualne pożądanie było obecne w książce bez ogródek i przemilczeń, tak jak to było w starożytnej Grecji. Cieszę się więc, że to zostało zauważone.

Napisałeś kryminał rozgrywający się w Atenach początku V w. p.n.e. Detektyw Leochares tropi szpiegów ze Sparty, a w tle – pieczołowicie opisane życie obyczajowe. Można było wówczas nie zauważać związków homoseksualnych, jak chciałaby czytelniczka?

Prawdopodobnie jej mąż miałby jawne romanse z facetami, zwłaszcza jeśli pochodziłby z wyższych kręgów, więc jednak zetknęłaby się z homoseksualizmem. Ale przede wszystkim jej opinie nikogo by wówczas nie interesowały. Siedziałaby w domu, stanowiąc praktycznie własność męża. Sytuacja kobiet była nie do pozazdroszczenia – i zresztą nadal nie jest.

Leochares wścieka się, gdy jego żona Lamia wychodzi z domu bez zezwolenia. Sam spędza całe dnie poza domem, głownie z młodziutkim pięknym Demoklesem, niewolnikiem, który chce Leocharesowi wejść do łózka. Detektyw odrzuca zaloty, ale nie dlatego, że jest hetero.

Nie ma ochoty na seks z Demoklesem i tyle. Nie jesteśmy pewni, czy starożytni Grecy rozróżniali „homo” i „hetero”, było w każdym razie oczywiste, że mężczyzna może pożądać i kobiet, i mężczyzn. To nie znaczy, że Grecy nie mieli seksualnych tabu, każda kultura je ma, ale seks dojrzałego mężczyzny z facetem młodym, a zatem o niższej pozycji społecznej, był akceptowalny.

Ten młody musiał być pasywny, tak?

Tak. Żeby było jasne, kto komu się podporządkowuje. W pismach Platona można znaleźć opinię, że opieka i namiętność dojrzałego mężczyzny ma zbawienny wpływ na młodzieńca – buduje jego charakter, kształtuje postawy, uczy życia. Z drugiej strony, znajdujemy też u starożytnych autorów informacje, że niektóre rodzaje stosunków homoseksualnych były penalizowane (np. pomiędzy wolnymi a niewolnikami). Cytowano też prawo, wedle którego mężczyźnie powyżej czterdziestki, który bez pozwolenia wszedł na teren gimnazjonu (instytucji pokroju szkoły), groziła kara śmierci. Być może to prawo miało utrudnić starszym mężczyznom kontakt z potencjalnymi kochankami. Zdaje się jednak, że był to stary zapis, którego w V w. już nie respektowano. Platon ustami Arystofanesa przytaczał też historię, według której kiedyś wszyscy żyli w bliźniaczych parach, męskomęskich, męsko-damskich i damsko-damskich; gdy bogowie się rozzłościli, podzielili je i od tej pory każdy szuka drugiej połówki – niekoniecznie przeciwnej płci.

Znanym przykładem namiętności dojrzałego mężczyzny do młodego jest rzymski cesarz Hadrian i jego kochanek Antinous, który utonął w Nilu w wieku 19 lat.

Tak, Rzym przejął wiele z kultury Grecji. Wizerunek Antinousa posiada chyba każde szanujące się muzeum starożytności.

A gdyby to starszy mężczyzna chciał być pasywny?

Byłoby to źle widziane. Dojrzały facet nie mógł bez uszczerbku na reputacji wchodzić w „niższą” rolę. Na ścianach wypisywano „ten a ten to lubi brać w pupę”. Chociaż w sumie do końca nie wiemy, czy to były donosy. Może przechwałki? (śmiech) W każdym razie homofobia, jaką my dziś jesteśmy, chcąc nie chcąc, nasiąknięci, nie istniała. Istniała fobia na pasywność, kojarzona zapewne z tym, co kobiece. Grecy też byli maczo, tylko trochę inaczej.

A jednopłciowe związki rówieśników? Przychodzi mi do głowy Aleksander Macedoński i jego ukochany Hefajstion.

Zdarzały się, ale rzadko, nie były łatwo akceptowane. Tabu było również prostytuowanie się obywateli. Zachował się opis sprawy sądowej, w której mówca Ajschines oskarżył politycznego rywala, Timarchosa, o kupczenie ciałem w młodości. Timarchos dawał się zapraszać mężczyznom na wystawne kolacje, za które nie płacił, a gdy przegrywał w kości, też zawsze miał „sponsora”. Uznano go za winnego i pozbawiono obywatelstwa. W innej sprawie sądzono dwóch facetów zakochanych w tym samym młodzieńcu. Walczyli o niego, wyrywali go sobie podstępem, porywali itp.

Wolny młodzieniec też mógł mieć problem z odrzuceniem zalotów starszego obywatela. Zdarzali się płonący namiętnością natręci, którzy wypisywali na murach wiersze miłosne i czatowali pod domem ukochanego.

Nie natrafiłem natomiast na opis romantycznej, dozgonnej miłości. Pasja – owszem. Ale nawet gdy Penelopa wiernie czeka i kocha, to jej Odyseusz nie tęskni specjalnie i ma swoje przygody. Aleksander i Hefajstion bez wątpienia darzyli się wielką miłością, ale swoją drogą mieli kochanków i kochanki. Koncepcja monogamicznej miłości do grobowej deski przyszła później.

Podejrzewam, że seksualność kobiet była dużo bardziej stabuizowana. U ciebie jest namiętność lesbijska w drugiej części przygód Leocharesa, czyli w „Morzu Niegościnnym”.

Seksualność kobiet była dużo rzadziej opisywana, na temat lesbijek źródeł jest bardzo mało. Oczywiście Safona, wiadomo. Samo ciało kobiece również miało inną „pozycję”.

Kanonem piękna było ciało męskie.

W IV wieku p.n.e. jedno z miast zamówiło w Atenach rzeźbę Afrodyty. Gdy ją wykonano w wersji nagiej, władze miasta odmówiły przyjęcia. Stwierdzili, że nie, takiej Afrodyty to nie chcą. Co oczywiście nie oznaczało, że ciało kobiece nie było pożądane.

Ideał stanowiło ciało męskie nie jako ładniejsze, tylko „właściwe”. Kobieta była „gorszym” obrazem człowieka, znów to greckie maczismo.

Grecy mieli specyficzny stosunek do nagości. Leochares wyśmiewa Scytów, gdy ci trenują zapasy w spodenkach, a nie nago.

W warsztatach również pracowali nago. Ale wśród ludów starożytnych stanowili jednak wyjątek, Egipcjan bez majtek raczej nie uświadczysz.

Czy romanse z młodzieńcami były dla dorosłego faceta społecznym nakazem? Wypadało je mieć? Będąc gejem, zapewne miałbym żonę, bo tak należało, a do tego co rusz zakochiwałbym się w chłopakach. A ty, heteryk, też byś z nimi romansował?

Jako nastolatek może bym polował na dojrzałego faceta w przekonaniu, że, idąc za Platonem, pomógłby mi zostać prawym obywatelem? Ale jako dorosły mężczyzna hetero nie musiałbym sypiać z chłopakami, gdybym nie chciał. To była dostępna opcja, zdaje się, że zwłaszcza w kręgach arystokratycznych, ale nic na siłę. Mogłeś całe życie uganiać się za chłopakami lub nie – w żaden sposób cię to nie szufladkowało, nie piętnowało.

Dla młodego faceta sama „dostępność” dziewczyn była ograniczona. Mężczyźni żenili się z reguły koło trzydziestki z kobietami dwa razy młodszymi. Seks przed ślubem z czyjąś córką lub żoną mógł być niebezpieczny. Niejeden facet szedł więc pewnie do łózka z drugim niejako z „braku laku”. Nasuwają się skojarzenia ze światem islamskim, również silnie podzielonym według płci.

Spójrzmy też z punktu widzenia kobiet: ich swoboda seksualna nie istniała. Demostenes mawiał: dziwki mamy dla przyjemności, kochanki, by dbały o nas, a żony, by rodziły nam prawowite dzieci.

Koledzy śmieją się z Leocharesa, że na imprezie nie zauważył, jak dolewano truciznę do wina, bo pewnie przyglądał się tyłkowi służącego chłopca. Dziś, gdyby coś takiego zasugerować heterykowi, byłaby awantura, a Leocharesowi nawet nie chciało się zaprzeczać.

Moj znajomy hetero był niedawno w jednym klubie podrywany przez geja. Ten gej po prostu podszedł i z uśmiechem zaproponował mu drinka, nic więcej. Znajomy natychmiast się nastroszył, atmosfera siadła. Niby dlaczego? To przecież nawet komplement, bo znaczy, że przystojny. Ale nie, nadął się jak balon. Starożytni Grecy by takiego zachowania nie zrozumieli.

W dzisiejszej Grecji też chyba niewiele zostało z takich postaw. Grupa prawników greckich protestowała przeciwko filmowi „Aleksander”, w którym pokazano biseksualizm wielkiego wodza, mieszkańcy wyspy Lesbos próbowali zabronić używania przymiotnika „lesbijski” w odniesieniu do homoseksualizmu kobiet, utrzymując, że należy się tylko im. O związkach partnerskich w Grecji też nie słychać.

Cóż, klasyczna Grecja, w której dzieje się akcja moich kryminałów, to okres od wojen perskich do podbojów Aleksandra, prawie 2 500 lat temu. Wiele się zmieniło.

Dlaczego wybrałeś ten okres?

Kocham starożytność, a zwykle przedstawia się ją w nudny sposób. Aseksualni panowie w wykrochmalonych prześcieradłach prawią o filozofii, albo, z drugiej strony, mamy przedchrześcijański raj bez grzechu. Nie było ani tak, ani tak.

Starogreckie podejście do homoseksualizmu wydaje się tematem znanym, wręcz banalnym – i traktuje się je chyba z przymrużeniem oka.

Przez wieki historycy z niesamowitą „gracją” zamiatali temat pod dywan. Badania zaczęły się dopiero w latach 70. XX wieku! Pierwszą, kanoniczną pracą jest „Grecka homoseksualność’ Kennetha Dovera z roku 1978. A przecież antyk przywróciliśmy do łask już w renesansie, ponad 500 lat temu.

Istnieje mnóstwo eksponatów, które pokazują gejowską pornografię w starożytnej Grecji, i to nie tylko, że po prostu facet z facetem, tylko trójkąty, wielokąty, penetracje wszelakie – wiele z nich nie było pokazywanych, tkwiły w muzealnych magazynach jako obrazoburcze.

A skąd pomysł, by w tamtych czasach osadzić kryminalną, a nie obyczajową, fabułę?

Podoba mi się typ chandlerowskiego bohatera, który nie idzie pofilozofować na agorę, tylko do burdelu albo do portu porozmawiać z mętami, bo jest w trakcie tropienia groźnego przestępcy. Chciałem pokazać zwykłych ludzi, a nie „ojców europejskiej cywilizacji”. Moi bohaterowie nie mówią okropnym stylizowanym językiem, który alienuje czytelnika. Nie prawią kazań, mocno przeklinają i kłócą się.

Ale Sokrates się pojawia i filozofuje.

I tylko wkurza tym kumpli! A propos Sokratesa mam anegdotkę z wątkiem gejowskim. On był mistrzem samokontroli, wartości bardzo przez Greków cenionej. Mówiono, że może chodzić na bosaka po śniegu albo na imprezie, gdzie jest pełno frykasów, jeść tylko chleb i pić wodę. Podawano też inny przykład. Otóż, jak Alcybiades, który był bardzo przystojny, wszedł Sokratesowi do łózka i razem spędzili całą noc, to… do niczego nie doszło. Nie chcieć seksu z Alcybiadesem? To dopiero dowód samokontroli!

W twoich książkach widać perspektywę genderową. To wpływ studiów w Cambridge i Oxfordzie?

Moja żona, Marysia Pawłowska, wykłada gender studies, więc na co dzień mam do czynienia ze specjalistką. A jeśli chodzi o studia, to zajęcia z genderu były w normalnym programie. Otworzyły mi oczy. Na przykład analizowaliśmy greckie przysłowia. Na początku myślałem: „Boże, jakie to ma znaczenie!”, potem zrozumiałem, że ma. Weźmy polskie: „Baba z wozu, koniom lżej” albo „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” – co nam mówią o stosunku do kobiet? W Cambridge w pierwszym tygodniu nauki było spotkanie z przedstawicielami organizacji studenckich. Przyszedł prezes klubu piłkarskiego, prezes klubu kajakarskiego i prezes organizacji LGBT. Opowiadali o sobie, zapraszali na spotkania zapoznawcze. Uderzyło mnie, że organizacja LGBT na uniwersytecie funkcjonuje najnormalniej w świecie.

Mówiłeś wcześniej, że jesteśmy nasiąknięci homofobią. Jak się jej oduczyłeś?

Gdy w 2006 r., oglądając „Tajemnicę Brokeback Mountain”, zobaczyłem po raz pierwszy w życiu facetów całujących się, przytulających, uprawiających seks, byłem w szoku. Pochodzę z domu, w którym tolerancja dla homoseksualizmu była normą, a jednak gapiłem się na kinowy ekran zszokowany. Nie rozumiałem własnej reakcji. Dlaczego całujący się faceci robią na mnie tak piorunujące wrażenie? Trzeba to przemyśleć: dlatego, że widzę ich pierwszy raz? Ale dlaczego wcześniej nie widziałem? Dlaczego geje nie całują się w moim otoczeniu ani w innych filmach, ani choćby na ulicach? Bo gdyby to robili, to mogliby mieć nieprzyjemności? Dlaczego? Zaczęła mi się głowa otwierać.

 

Jakub Szamałek (ur. 1986) – pisarz, absolwent Oxfordu i Cambridge, doktor archeologii śródziemnomorskiej, stypendysta Fundacji Billa i Melindy Gatesów. Fascynat starożytności. Za debiutancką książkę „Kiedy Atena odwraca wzrok”, kryminał o detektywie Leocharesie, otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru Czytelników za rok 2011. W 2013 r. ukazała się kontynuacja przygód Leocharesa – „Morze Niegościnne”, której akcja toczy się na terenach obecnej Ukrainy.

Jakub przygotowuje trzecią część przygód Leocharesa, która ma rozgrywać się na południowych krańcach półwyspu apenińskiego. Pisze również scenariusz dalszych przygód „Wiedźmina” (gra komputerowa) w studiu CD Projekt RED.

 

Tekst z nr 45/9-10 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Oczywiście równość!

O wychodzeniu z ukrycia, gejowskim aktywizmie w PRL-u i dominującej ideologii w języku z dr. Jerzym Krzyszpieniem rozmawia Radek Oliwa

 

 

Zeszłoroczny Międzynarodowy Dzień Wychodzenia z Ukrycia, 11 października, uczciłeś tak, jak zwykle?

Tak. Powiedziałem studentom, że jestem gejem. Wyjaśniłem, że w ruchu emancypacyjnym lesbijek, gejów, ludzi biseksualnych i transpłciowych chodzi o prawa człowieka, np. prawo do edukacji, i równe prawa obywatelskie. Wspomniałem o projekcie „It Gets Better”, mającym na celu zapobieganie samobójstwom tyranizowanych nastolatków LGBT. Później jeden ze studentów powiedział do mnie: „To, co pan zrobił, było wspaniałe”.

A kiedy wyszedłeś z ukrycia po raz pierwszy?

W latach 1975-1976 studiowałem w USA. Znalazłem tam publikacje o ruchu wyzwolenia gejów i lesbijek. Korespondowałem z aktywistą Michaelem. I tak rozwinąłem swoją pozytywną tożsamość gejowską.

Ujawniłeś się też przed kimś heteroseksualnym?

Tak, ujawniłem się przed przyjaciółką Amerykanką. Jej reakcja była wspaniale afirmująca. Podobnie zareagował jej małżonek. Latem, w trakcie mojej wielkiej podroży po USA, odbywanej w dużej mierze autostopem, odwiedziłem Michaela w Waszyngtonie. Byłem pierwszy raz w dyskotece gejowskiej. Zaproszono mnie na nabożeństwo Kościoła Społeczności Miejskiej (Metropolitan Community Church) akceptującego ludzi LGBT. Były to dla mnie kolejne pozytywne przeżycia.

Jaki wtedy był ten kraj w stosunku do gejów? Było to porównywalne do sytuacji w Polsce?

W większości stanów USA zachowanie homoseksualne było nadal formalnie przestępstwem. Lecz było to państwo prawa, bez cenzury. Temat poruszano więc otwarcie i możliwy był sprzeciw. Ruch wyzwolenia odnosił sukcesy: działacze byli przygotowani do aktywizmu politycznego, skutecznie odwoływali się do praw człowieka i obywatelskich. W Polsce zaś homoseksualność nie była karalna, lecz ludzie homoseksualni byli dyskryminowani, a działania na rzecz równości były niemożliwe.

Jak po powrocie poczułeś się w Polsce?

Miałem cichą nadzieję na spokojne życie, ale od początku miałem przykre doświadczenia. I tak, nie bez podstaw podejrzewam, że mój pierwszy kandydat na partnera był informatorem milicji. Gdy oddawałem paszport po powrocie zza granicy, zostałem przesłuchany. Choć miałem tylko dwóch czy trzech „znajomych”, powiedziano mi, że jestem znany w środowisku homoseksualnym, i zażądano nazwisk innych osób. Jako dumny gej nie wypierałem się, ale też nie podałem żadnego nazwiska. Przesłuchiwano mnie trzy godziny. Była to trauma. W następnym roku nie wydano mi już paszportu. Poczułem się w tym kraju i środowisku donosicieli jak w pułapce. Stopniowo rezygnowałem z marzeń, które miałem jako nowoczesny gej.

Całkiem się wycofałeś?

Z USA przywiozłem książkę „Society and the Healthy Homosexual” George’a Weinberga. Autor ten jako pierwszy posłużył się pojęciem homofobii. Przełożyłem tę książkę na polski i próbowałem ją opublikować. Ponieważ odpowiedź z wydawnictwa w Warszawie długo nie nadchodziła, udałem się tam osobiście. Redaktor powiedział krótko: „Recenzja jest dobra, ale wie pan…”. Zapewne chodziło o cenzurę. W 1981 r. próbowałem zamieścić w „Polityce” przekład słynnego eseju „Gay is good” Franklina Kameny- ’ego jako reakcję na zachowawczy Gorzki fiolet Barbary Pietkiewicz, lecz również bez skutku.

Znajdowałeś jakichś sojuszników?

Działania te podejmowałem zupełnie sam. W tym okresie nie poznałem nikogo, z kim dałoby się rozmawiać o emancypacji. Byłem przybyszem z kosmosu. Jednak po zmianach ustrojowych, gdy w 1990 r. zarejestrowano Stowarzyszenie Grup Lambda, założyłem grupę w Krakowie, a następnie zostałem sekretarzem SGL i specjalistą ds. HIV/AIDS. Organizowałem warsztaty seksu bezpieczniejszego, napisałem ulotki „Lesbijki i geje wychodzą z ukrycia” i „Żyj namiętnie, kochaj się bezpiecznie”. Ich wydanie w 1993 r. sfinansowała dzięki moim staraniom Światowa Organizacja Zdrowia.

Władze się nie wtrącały?

Nie przeszkadzały, ale były indolentne. Doradca ds. AIDS w Ministerstwie Zdrowia nie udzielił mi profesjonalnej pomocy, bo na problemie się nie znał. Nie rozumiał idei seksu bezpieczniejszego. Jego pozytywnym przeciwieństwem była Światowa Organizacja Zdrowia.

Jakie podejmowano działania na rzecz ludzi LGBT? Odniesiono jakieś sukcesy?

Wśród statutowych celów SGL było szerzenie tzw. tolerancji wobec homoseksualności, rozwijanie pozytywnej tożsamości i zapobieganie zakażeniom HIV. Lecz stowarzyszenie raczej nie formułowało konkretnych celów politycznych. Jego słabością było terytorialne rozproszenie w grupach, brak doświadczenia i czasem przerost lokalnych ambicji. Na przykład grupa z północnej Polski wydała przy pomocy szwedzkiej organizacji adresowaną do gejów ulotkę o prezerwatywie, lecz w tekście nie było ani słowa o HIV/AIDS. Czy chodziło o kontrolę urodzin? Wśród osiągnięć SGL było wprowadzenie tematu lesbijek i gejów do mediów, upowszechnianie idei seksu bezpieczniejszego i umieszczenie antydyskryminacyjnego zapisu w projekcie konstytucji z 1996 r., później usuniętego pod naciskiem czynników kościelnych.

Przestałeś działać w stowarzyszeniu – dlaczego?

Możliwości działania SGL były uwarunkowane ówczesnymi realiami. Moje miejsce zamieszkania utrudniało kontakt z ważnymi decydentami. Wydawałem krocie na telefon. Lecz to, co było możliwe, robiłem. Po okresie intensywnej działalności wypaliłem się i stopniowo się wycofałem. Wolałem prywatnie zamieszczać w prasie anonse o seksie bezpieczniejszym. Tłumaczyłem też książki. Najpierw ukazał się przekład wspomnianej pozycji Weinberga o niezbyt zgrabnym tytule „Ludzie zorientowani homoseksualnie w społeczeństwie”, a potem inne. Najlepiej zredagowano mój przekład przełomowej pracy Johna Boswella „Chrześcijaństwo, tolerancja społeczna i homoseksualność”. Wygłaszałem wykłady na studiach podyplomowych i konferencjach. W 1998 r. w Bydgoszczy na konferencji poświęconej HIV/AIDS poznałem Roberta Biedronia. Moje wykłady w Warszawie przypadły mu chyba do gustu. Po latach ofiarował mi egzemplarz swojego „Tęczowego elementarza” z dedykacją: „Dzięki Tobie jestem, kim jestem”. Jestem dumny z jego osiągnięć.

Miałeś kontakt z literaturą ruchu wyzwolenia LGBT, posiadasz wiedzę z tej dziedziny. Jak z niej korzystasz?

Czasem zabieram głos. Doceniam wysiłek osób zaangażowanych w emancypację LGBT. Jednak nadal da się zaobserwować pewne problemy w strategii działania. Jeśli mamy jakieś cele, należy je sformułować, opracować sposoby ich osiągania i określić procedurę ewaluacji. Od czasu do czasu zaskakuje mnie brak refleksji, na przykład nadużywanie słowa tolerancja. Czy chodzi o to, by nas tolerowano?

Co zamiast tolerancji?

Oczywiście równość! Należy nadawać jasne komunikaty. Tolerancja to minimum, które nijak się ma do praw człowieka i prawa. Utrwalanie poglądu, że ludzie LGBT są obywatelami drugiej kategorii, których trzeba tolerować, to sabotaż. W Krakowie przez kilka lat organizowano Marsz Tolerancji. Uczestnicząc w nim, czułem, że popieram wstecznictwo. W końcu delikatnie zareagowałem i przestano błagać o tolerancję.

Przywiązujesz dużą wagę do języka.

W języku zakotwiczona jest dominująca ideologia. Działaniom emancypacyjnym towarzyszą więc nieraz zmagania na płaszczyźnie języka. Na przykład, podobnie jak rzeczownikową etykietę Negro (Murzyn) wyparł w USA przymiotnik black (czarny), który wskazuje tylko na jedną z cech człowieka, tak medyczną etykietę homosexual zastąpiono określeniem gay powiązanym z pozytywną tożsamością.

Wiem, że irytuje cię określenie „środowisko LGBT”.

Choć jest środowisko lekarskie, często mówi się o środowisku przestępczym. Nam jednak chodzi o społeczność (community) z jej solidarnością. Jeśli zaś idzie o kategorie w skrótowcu LGBT, mówię, że są to lesbijki, geje, ludzie biseksualni i transpłciowi. Wolę to niż wyraz „osoby”, który sugeruje zjawiska odosobnione. Ponadto unikam terminu o proweniencji medycznej „homoseksualizm”.

Czy twoje sugestie padają na podatny grunt?

Refleksjami nad językiem dzielę się od lat 90. i odniosłem pewne sukcesy. Forma homoseksualność (i heteroseksualność) przyjmuje się w dyskursie emancypacyjnym, tak jak wcześniej forma seksualność wyparła seksualizm. Należałoby też konsekwentnie mówić o związkach jednopłciowych (i różnopłciowych), tak jak po angielsku mówi się same-sex relationship (i different-sex relationship). Chodzi o osoby tej samej (czy przeciwnej) płci, które jednak w urzędzie stanu cywilnego nie deklarują swojej orientacji seksualnej. Określenie „związek homoseksualny” kojarzy się zaś z pseudomedycyną. Ponadto, jeśli mamy uczyć się rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, problematyczne jest nadużywanie anglicyzmu coming out i – gdy mowa o wychodzeniu z ukrycia – posługiwanie się słowem „szafa”, kontrowersyjnym przekładem polisemicznego słowa closet. W polskiej szafie, również wnękowej, zwykle ukrywa się coś, a nie siebie.

Wśród gejów w Polsce czułeś się obco. Czy jest tak nadal?

To odczucie słabnie wraz ze zmianami zachodzącymi w świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia. Ma ono większe możliwości kontaktów ze światem i poznawania emancypacyjnych idei. Jest też bardziej otwarte na wychodzenie z ukrycia.

Jak określiłbyś wagę wychodzenia z ukrycia?

Trzeba to robić umiejętnie, by sobie nie zaszkodzić, ale jest to działanie niezbędne. Gdy otoczenie widzi w nas prawdziwych ludzi, zwiększa się liczba naszych sojuszników, a zmniejsza liczba tych, którzy nam szkodzą. Pozostawanie w kryjówce jest powodem do ubolewania. Wychodzenie z ukrycia służy dobru, jest więc działaniem etycznie pożądanym.

***

Dr Jerzy Krzyszpień (ur. 1952) – anglista, wykładowca akademicki i tłumacz. Stopień doktora uzyskał na podstawie dysertacji z dziedziny językoznawstwa historycznego. Na Uniwersytecie Jagiellońskim wykłada przedmioty językoznawcze. Przełożył na polski kilka książek poświęconych problematyce gejowskiej i lesbijskiej (m.in. słynne dzieło Johna Boswella Chrześcijaństwo, tolerancja społeczna i homoseksualność: Geje i lesbijki w Europie Zachodniej od początku ery chrześcijańskiej do XIV wieku, Krakow: Nomos, 2006). Na Queer Studies w Kampanii Przeciw Homofobii prowadzi zajęcia „Homoseksualność a religia”. Interesuje się między innymi zagadnieniem związku między językiem i władzą.

 

Tekst z nr 35/1-2 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Roztwory bromu pożywna dyeta

Gdy homoseksualizm usuwano z polskiego kodeksu karnego naukowcy proponowali różnorakie metody leczenia tej „niemocy płciowej”

 

 

W tym roku mija 80. rocznica usunięcia z polskiego kodeksu karnego przestępstwa „nierządu przeciw naturze, co częściej jest określane jako dekryminalizacja homoseksualizmu, nie do końca precyzyjnie, bo homoseksualna prostytucja w przeciwieństwie do heteroseksualnej nadal była ścigana. Wydarzenie miało swą doniosłość (kraje takie jak Niemcy czy Wielka Brytania zalegalizowały homoseksualizm dopiero dobrych kilka dekad później), jednak bynajmniej nie było inspirowane tolerancyjnym podejściem wobec osób homoseksualnych. Ówcześni lekarze i prawnicy uważali po prostu, że zamiast zamykać homoseksualistów w więzieniach, należy ich leczyć. Argumentowano, że wystraszeni ewentualnymi karami delikwenci nie będą chcieli zgłaszać się na kurację. Prawnik Stefan Glaser przedstawiał przed Komisją Kodyfikacyjną zalecenia dotyczące „przestępstw przeciw moralności”: karalność nastręcza sposobność do wymuszenia, z drugiej zaś strony jest nieraz przeszkodą w wyleczeniu tych chorobliwych objawów.

Dziś pogląd, że leczenie homoseksualnej orientacji to barbarzyństwo, jest na szczęście coraz powszechniejszy, ale 80 lat temu był ewenementem. Dyskusja wśród naukowców toczyła się nie wokół pytania „czy leczyć?”, ale „jak leczyć?”. Pod uwagę brano tylko gejów, nazywanych wtedy „urningami”; lesbijek nie zauważano.

Oto kilka metod leczenia urningow, które znalazłem analizując ok. 2 tysiące tekstów nt. homoseksualizmu opublikowanych w języku polskim przed II wojną światową.

Życie rodzinne i przechadzki

W 1890 r. ukazała się książka „Niemoc płciowa u mężczyzn i kobiet” amerykańskiego neurologa Williama A. Hammonda. Autor opisał m.in. przypadek 28-letniego pacjenta, który z powodu niedającego się powstrzymać pociągu do pederastyi często się jej oddawał, poczem zawsze uczuwał żal. Hammond zalecił mu pędzenie spokojnego życia rodzinnego i zajęcie się takiemi sprawami, które by go całkiem oderwały od namiętności, zimne obmywania co dzień rano, pożywną dyetę, przechadzki piesze i jazdę konną. Dodatkowo zastosował kauteryzację (przytknięcie rozgrzanego „żegadła” do chorego miejsca; niestety nie wiadomo, do którego miejsca przykładano je homoseksualistom) oraz zapisał bromek sodu (3 razy dziennie po 1 gramie). Efekt? Zjawiło się co prawda lekkie zatrucie bromem, lecz wraz z niem znikał i nienaturalny pociąg do mężczyzn. W dalszym leczeniu przepisał roztwór siarczanu strychniny (ówcześnie używany również jako doping sportowy) i kwasu podfosforawego (3 razy dziennie po 10 kropli). Mieszanka ta przez kilkanaście następnych lat była jedną z najczęściej stosowanych w zwalczaniu „niemocy płciowej” , o czym świadczą popularne wówczas poradniki walki z impotencją. Zastosowanie jej do leczenia homoseksualizmu było oryginalnym pomysłem Hammonda, który prawdopodobnie uważał, że „opaczne poczucie płciowe” bierze się z impotencji wobec kobiet lub nadmiernego popędu seksualnego (roztworów bromu dodawano czasem żołnierzom do posiłków, by obniżyć ich popęd seksualny). Mikstura Hammonda na szczęście nie była niebezpieczna, jeśli stosowano ją w umiarkowanych dawkach. Dziś bromek sodu używany jest najczęściej w weterynarii.

Hipnoza

Lwowski neurolog, Mieczysław Świtalski w 1899 r. zaproponował na łamach „Przeglądu Lekarskiego” leczenie homoseksualizmu hipnozą. Relacjonował: Pacjent Grzegorz C. od 4 do 8 lutego jest poddawany hipnozie, w czasie której trwa poddawanie [hipnotyzowanie] przeciw samogwałtowi, uczuciu do L., przeciw przewrotnemu poczuciu płciowemu. 9 lutego pacjent oznajmia, że nie czuje żadnego pociągu do mężczyzn. Od 10 do 13 lutego lekarze dodają do zdiagnozowanych chorób, na które będą leczyć Grzegorza C. „używanie napojów wyskokowych”. 7 marca Grzegorz C. wobec tego, że (….) nie zdradza żadnych zboczeń w sferze popędu płciowego i zachowywał się zupełnie prawidłowo w towarzystwie mężczyzn, opuścił klinikę (…), jako uleczony. Konkluzja: Jakkolwiek nie można poddawania uważać za pewny środek przeciwko zboczeniom w sferze płciowej we wszystkich zgoła przypadkach, gdzie one istnieją, nie ulega jednak wątpliwości, że w wielu razach można niem osiągnąć dodatni rezultat.

Świtalski nie był pierwszy. Hipnozę w celu leczenia homoseksualizmu zastosował na początku lat 90. XIX w. niemiecki fizyk i psychiatra Albert von Schrenck-Notzing. Jej umiarkowanym zwolennikiem (odnotował tylko jeden przypadek „wyleczenia”) był August Forel, naukowiec, którego możemy nazwać Wisłocką pierwszej połowy XX wieku: Przy tem zboczeniu, wrodzonem, posługuję się z etycznych względów tylko do złagodzenia popędu, uspokojenia itd. Próbę skierowania popędu na inną płeć, jak również małżeństwo uważam za niedopuszczalne (…). Dlatego o „wyleczeniu” nie ma mowy. Było to wtedy stanowisko odosobnione.

Często homoseksualistów uznawano za niepoczytalnych i kierowano na leczenie, tak jak pana Z., który prześladował swój obiekt marzeń. Cytuję za Leonem Wachholzem (tekst „O przewrotnym popędzie płciowym” z „Przeglądu lekarskiego”, 1892 r.): Raz wieczorem po odprowadzeniu pana Y. do domu, miał Z. spotkać w pobliżu mieszkania pana Y. człowieka, który tajemniczo wpatrywał się w okna mieszkania. Zaskoczony i nagabnięty przez Z. zranił go sztyletem. Potem okazało się, że przypadek ten był zmyślonym, a Z. sam się lekko zranił. Listy z groźbami pochodziły również od niego, a cała machinacyja ta miała na celu zdobycie miłości i wdzięczności pana Y. za wrzekome poświęcenie się. Wyjaśnienie tego stosunku nastąpiło z chwilą, gdy Z. nie mogąc mimo prawie dwuletnich zabiegów stanąć u kresu swych marzeń, zapadł znacznie na zdrowiu; wtedy to odważył się na wyjawienie swej żądzy panu Y. Z. oddany został do zakładu leczniczego.

Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że na przełomie XIX i XX w. lekarze częściej niż panaceum na homoseksualizm, zajmowali się sposobami na wytępienie „onanii”. I tak redakcja „Przewodnika Zdrowia” polecała m.in. stosowanie słabych prądów galwanicznych połączonych z herbatą rumiankowa. Proponowano również „sugestywne leczenie we śnie hypnotycznym”, na koniec zaś „zabiegi operacyjne lub mechaniczne” , zaprezentowano nawet „kaftan nie pozwalający opuszczać rąk do podbrzusza”. Niekiedy te same metody zalecano przy homoseksualizmie.

Psychoanaliza

Kolejną propozycją była psychoanaliza. Jednak sam jej ojciec założyciel, Zygmunt Freud, nie miał sprecyzowanego zdania. Wiedeński naukowiec uważał homoseksualizm czasem za efekt narcyzmu, czasem za efekt nerwicy, a kiedy indziej – za coś najbardziej naturalnego (w końcu człowiek jest z natury biseksualny, a dopiero w procesie sublimacji i dojrzewania popęd heteroseksualny wygrywa z popędem homoseksualnym). Jako pierwszy homoseksualizmem w kontekście psychoanalizy zajął się w 1908 r. Isidor Sadger, który uważał, że można w ten sposób dokonać zwrotu na heteroseksualizm.

Freud w „Trzech rozprawach z teorii seksualności” zwrócił uwagę na to, że niektórzy „inwertowani” (inne, dziś już niestosowane określenie na gejów) buntują się przeciw swojej inwersji i odczuwają ją jako chorobliwy przymus. W przypisie dodał: Tego rodzaju odczuwanie jest warunkiem sprzyjającym dla pomyślnego leczenia sugestią lub psychoanalizą.

Przeszczep jąder

Absolutną rewolucją były doświadczenia Eugena Steinacha, który postanowił leczyć homoseksualizm chirurgicznie. W 1918 r. ten austriacki fizjolog ogłosił, że dokonał usunięcia jąder u pacjenta-homoseksualisty i wszczepił na ich miejsce jądra „heteroseksualne”. W rezultacie już w 12 dni wystąpiły erekcye i pacjent oświadczył, że odczuwa popęd heteroseksualny (Antoni Mikulski, „Homoseksualizm ze stanowiska medycyny i prawa”, 1920 r.). Innym lekarzom „wystarczała” sama kastracja (bez wszczepiania jąder „heteroseksualnych”), która przyczyniałaby się do zmniejszenia liczby „urningów”, gdyby – w co wierzyli – homoseksualizm był dziedziczny. Eugenicy również proponowali kastrację homoseksualistów. Nie powoływali się jednak bezpośrednio na – notabene szybko zdyskredytowane – badania Steinacha. W toczących się od początku lat 20. dyskusjach nad polską ustawą eugeniczną pojawiał się postulat sterylizacji homoseksualistów. Propozycja ustawy odrzucona została dzięki sprzeciwowi Kościoła katolickiego i obawie przed zbytnim upodobnieniem się do hitlerowskich Niemiec, w których wprowadzono w latach 30. podobne rozwiązania.

Terapia reparatywna

Seksuolog Zbigniew Lew Starowicz przyznał niedawno („Wprost”, nr 7/2012), że w przeszłości „leczył” homoseksualistów elektrowstrząsami. Idea, by gejów „nawrócić” na heteroseksualizm, nie odeszła niestety całkowicie do lamusa. Zamiast roztworów bromu czy przeszczepu jąder, stosuje się wciąż „terapię reparatywną” opartą na interpretacji psychoanalizy podobnej do tej sprzed wojny. Nieżyjący biskup Józef Życiński o lubelskim ośrodku „Odwaga”, który proponuje pomoc duchową i terapeutyczną osobom o skłonnościach homoseksualnych mówił: Osoby o odmiennej orientacji seksualnej to niestety nie jest problem teoretyczny. Takich osób przybywa. Niektórzy głoszą, że trzeba je tylko zaakceptować. Tymczasem z praktyki wynika, że terapia prowadzona tą metodą, którą stosuje się w lubelskim ośrodku, w 30 proc. prowadzi do pozytywnych następstw. Biskup przywoływał przykłady małżeństw, w których jego interesowali bardziej chłopcy niż żona i dodał. Po terapii stają się typowymi małżeństwami. Wypowiedź pochodzi z 2007.

 

Nad ludźmi niepodobna robić eksperymentów takich, jak nad szczurami. Ale w homoseksualistach mamy objekt badań, który sama natura dla nas preparuje.

Joachim Waga, Zagadnienie wiecznej młodości w świetle badań Prof. E. Steinacha, Warszawa, bdw [1924], s. 15.)

Tekst z nr 36/3-4 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bolesław Wstydliwy i Leszek Czarny

W drugiej części „Pocztu tęczowych królów i książąt polskich” dr Paweł Fijałkowski pisze o dwóch książętach, którzy nie współżyli z małżonkami. Historycy przypisywali i nadal przypisują im impotencję, ignorując inną możliwość, czyli homoseksualność – BOLESŁAW i LESZEK mogli współżyć ze sobą

 

Bolesław Wstydliwy, Leszek Czarny
Litografie Henryka Aschenbrennera według rysunków Aleksandra Lessera zamieszczone w albumie Juliana Bartoszewicza „Królowie polscy”,
Warszawa 1860 (Biblioteka Narodowa, Biblioteka Cyfrowa Polona; domena publiczna)

 

Bolesław V Wstydliwy, prawnuk Bolesława III Krzywoustego, książę krakowski i sandomierski, należał do władców dobrze wspominanych przez potomnych. Według łacińskiego „Rocznika Traski”, spisanego ok. 1340 r. na podstawie wcześniejszych źródeł, „był człowiekiem obyczajnym, wstydliwym, umiarkowanym i łaskawym, nikomu złem za zło nie odpowiadał; wolności Kościoła obrońca, rycerzy prawdziwy miłośnik, ponieważ sobie nic nie pozostawił, lecz wszystko rycerzom szczodrze oddał; mnichów wszelakich był dobroczyńcą” (cytat w przekładzie Pawła Żmudzkiego, „Studium podzielonego królestwa. Książę Leszek Czarny”, Warszawa 2000).

Bolesław nie całkiem Wstydliwy

Czytając tę i inne, równie pochlebne kronikarskie wzmianki o Bolesławie V, za każdym razem zastanawiam się, na czym polegała wychwalana przez dziejopisów książęca wstydliwość, jaką cząstkę jego natury opisali za pomocą łacińskiego słowa „pudicus”, oznaczającego zarówno osobę wstydliwą, jak i skromną lub przestrzegającą ogólnie przyjętych zasad. A może należałoby zadać pytanie: co ukryli przed potomnością, posługując się tym wieloznacznym określeniem? Jan Długosz, pisząc w „Rocznikach czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego” („Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae”) o śmierci księcia w 1279 r., tak wyjaśniał genezę jego przydomka: „Chroniąc swe ciało od wszelkich pokus, zachował przez wszystkie lata trwania swego małżeństwa ze swą żoną Kingą czystość i z powodu tej niezwykle cennej cnoty otrzymał przydomek Bolesław Wstydliwy […]. Po trzydziestu siedmiu latach rządów umiera dziewiczo czysty wśród oznak głębokiej pobożności […]” (przekład Julii Mrukówny). Dodajmy, że Kinga, czyli Kunegunda, córka króla węgierskiego Beli IV, była formalnie żoną księcia przez 40 lat. Ich ślub odbył się w 1239 r., gdy Bolesław liczył sobie 12 lat, natomiast Kinga była 5-letnią dziewczynką. Taki wiek nowożeńców może nas dziś szokować, lecz w tamtych czasach nie robił na nikim wrażenia. Było to typowe małżeństwo dynastyczne, którego skonsumowanie następowało z reguły po osiągnięciu przez małżonków dojrzałości płciowej. Z reguły, lecz nie w przypadku Bolesława i Kingi, ponieważ – jak już wiemy od Długosza – pobożny książę zrezygnował ze współżycia płciowego ze swą żoną. Abstynencja seksualna budziła szacunek do Bolesława, natomiast jego sposób rządzenia wywoływał krytykę. Z „Roczników…” dowiadujemy się, że książę sprawował władzę w sposób chwiejny i skorumpowany, a jednocześnie unikał relacji erotycznych z kobietami, przy czym to drugie miało znaczący wpływ na pozytywną ocenę jego charakteru: „Był zaś książę Bolesław człowiekiem łagodnym, lecz zmiennym przy rozstrzyganiu spraw, nie wolnym od przekupstwa. Nieskazitelnie czysty stronił od miłostek i stosunków z kobietami. Z powodu tej szczególnej cechy charakteru wszyscy zgodnie nadali mu przydomek Wstydliwego. Był człowiekiem dobrym i prostym, dalekim od wszelkiej obłudy”. Analizując powyższy fragment, można odnieść wrażenie, że Jan Długosz przeczy w nim sam sobie. Stwierdza, że książę był człowiekiem „nie wolnym od przekupstwa”, a jednocześnie „dalekim od wszelkiej obłudy”. Może również jego „nieskazitelna czystość” i unikanie kobiet miały swoją drugą stronę? Wiemy, że Bolesław źle sprawował ciążące na nim obowiązki najwyższego sędziego i ponadto zaniedbywał swój dwór. Prowadził bardzo ruchliwy tryb życia, spędzając znaczną jego część na polowaniach. „Do tego dołączało się, że jako nadmierny i nieokiełznany miłośnik i zwolennik psów, a także jako myśliwy, polujący bez umiaru i względu na porę roku, wyrządzał raz po raz dotkliwe szkody tak duchownym, jak i świeckim” – czytamy w „Rocznikach…”. Książę ewidentnie wolał towarzystwo psów i mężczyzn od towarzystwa kobiet, a rycerze byli mu dużo bliżsi niż dwórki. Należał do władców chętnie i często wyruszających na wojenne wyprawy. Przed wojną z Jadźwingami w 1264 r. – jak relacjonuje Długosz – Bolesław, „zamierzając wkroczyć w ich granice, sprawia szyki, przestrzegając nader starannie wszystkiego, czego wymaga sztuka wojowania, a zwoławszy rycerzy na zebranie, zagrzewa ich do walki”. Nie ma wątpliwości, że wieloznaczna „wstydliwość” księcia Bolesława ograniczała się do jego stosunków z kobietami. W relacjach ze swym wojskiem był niestrudzonym, stanowczym i wymagającym dowódcą. Pod wieloma względami przypominał rzymskiego cesarza Konstansa, żyjącego w I połowie IV w., a więc w czasie, gdy chrześcijaństwo stawało się religią panującą Imperium. Wiemy, że Konstans jeszcze w dzieciństwie został zaręczony z Olimpiadą, ale nigdy jej nie poślubił, co zostało wyjaśnione przez duchowieństwo w ten sposób, że władca ślubował życie w czystości cielesnej. Podobnie jak Bolesław Wstydliwy znaczną część czasu spędził daleko od dworu, na polowaniach i wyprawach wojennych. Jednakże odnośnie do Konstansa kronikarze napisali wprost, że uwodził najurodziwszych ze swych najemnych żołnierzy z Germanii. W przypadku Bolesława możemy jedynie snuć domysły. Zapewne nigdy nie dowiemy się, czy Bolesław Wstydliwy był impotentem, czy homoseksualistą jak Konstans. W każdym razie wraz z małżonką znalazł sposób zamaskowania problemu, dzięki któremu uniknięto skandalu. Były nim śluby czystości, złożone najpierw przez Bolesława, a później także przez Kingę. Wprawdzie jak zauważa Karolina Maciaszek w świeżo opublikowanej książce „Bolesław Wstydliwy. Książę krakowski i sandomierski 1226–1279. Długie panowanie w trudnych czasach” (Kraków 2021), stwarzały one poważny problem dynastyczny, pozbawiały bowiem książęcą parę potomstwa, toteż musiały wywoływać krytykę, niemniej otworzyły księżnej drogę do świętości: jej beatyfikacja jednak nastąpiła dopiero w 1690 r., a kanonizacja w 1999 r. Jan Długosz, idąc w ślad za autorami żywotów przyszłej świętej, przypisuje inicjatywę ślubów Kindze: „Podają zaś, że […] od pierwszego dnia zaślubin najpierw przez jeden rok, po jego upływie przez dwa, następnie przez trzy, a po ich upływie za sprawą i namową Kingi [Bolesław] dobrowolnie ślubował Panu niebieskiemu czystość i dochował jej na zawsze”. Śluby te były ze strony Bolesława formalnym podporządkowaniem się surowym zasadom kultury średniowiecznego świata. Wiele wskazuje na to, że podobnie jak większość osób niemogących pogodzić swej seksualności z zasadami obowiązującymi w chrześcijaństwie, żył w poczuciu grzechu i winy. Tak jak wielu innych starał się je odkupić, angażując się w sprawy Kościoła o wiele bardziej od większości sobie współczesnych. Był uległy wobec jego dostojników, wydał wiele przywilejów dla różnych instytucji kościelnych, ufundował lub hojnie obdarował liczne klasztory. Pomimo tych zasług Bolesław Wstydliwy, w odróżnieniu od swej małżonki, nie dostąpił zaszczytu uznania go za świętego lub choćby błogosławionego. Stało się tak zapewne dlatego, że zbyt wiele niejasności i dwuznaczności kryje się w odnoszących się do niego kronikarskich zapiskach, zbyt wiele sugestii można wyczytać pomiędzy ich wierszami. Wiemy, że współżycie małżeńskie Kingi i Bolesława cechowały nieporozumienia, po których książę wybiegał z pałacu zagniewany i długi czas przebywał z dala od małżonki. Historycy, idąc w ślad za Długoszem, interpretują te sytuacje w ten sposób, że Bolesław usiłował nakłonić Kingę do współżycia małżeńskiego, by zapewnić swemu państwu dziedzica. Nie można jednak wykluczyć, że było zupełnie odwrotnie, że sfrustrowany książę opuszczał małżonkę, ponieważ próbowała zachęcić go do seksu, a on nie chciał lub nie mógł spełnić jej oczekiwań. Warto w tym kontekście przypomnieć stawiany Kindze zarzut, że nawiązała romans ze swym spowiednikiem, franciszkaninem Boguchwałem. Sprawa została potraktowana bardzo poważnie przez władze zakonu franciszkanów, które nałożyły na niefortunnego spowiednika pokutę za rozpustę. Jeszcze wiele lat po śmierci Kingi zastanawiano się, czy była wierną małżonką, później jednak uznano, że padła ofiarą plotki. Natomiast jeśli chodzi o Bolesława, to w żadnym z zachowanych źródeł nie znajdujemy poważnego oskarżenia pod jego adresem, z wyjątkiem zarzucanego mu fatalnego stylu sprawowaniu władzy. Nie powinno to nas dziwić. Święci i święte byli czymś w rodzaju moralnego kapitału każdej dynastii i każdego państwa. Toteż ze względu na kult Kingi, rodzący się tuż po jej śmierci, z pamięcią o Wstydliwym małżonku należało obchodzić się ostrożnie, maskując wątpliwości szacunkiem dla jego postawy.

Leszek, książę o „niezwykłych zaletach”

W 1265 r. książę Bolesław adoptował i uczynił swym następcą księcia sieradzkiego Leszka Czarnego, syna swego stryjecznego brata, Kazimierza I Kujawskiego. Nie wiemy, z jakich dokładnie powodów dokonał takiego wyboru. Jan Długosz wspomina ogólnikowo w swych „Rocznikach…”, że Leszek „wydawał się jemu i jego doradcom księciem o niezwykłych zaletach”. Ich zażyłość narodziła się około 1260 r., gdy niespełna 20-letni Leszek wyruszył u boku 34-letniego Bolesława na wojnę czesko-węgierską. Pięć lat później pojął za żonę Gryfinę, córkę księcia ruskiego Rościsława, która okazała się kobietą stanowczą, traktującą związek zupełnie inaczej niż poślubiona przez Bolesława Kinga. Gdy w ciągu kilku lat książę Leszek nie skonsumował małżeństwa, Gryfi na wywołała w 1271 r. wielki skandal. Wspomniany już kronikarz Traska umieścił w swym dziele informację, że „publicznie zdjąwszy czepek powiedziała, że jest dziewicą nietkniętą i jak powiadali nie mogła tego zmienić z powodu jego impotencji”. Jan Długosz, mający dostęp do wielu kronik, opisał to wydarzenie znacznie obszerniej: „Zwoławszy zgromadzenie panów, rycerstwa i pań sieradzkich opowiedziała, że choć prawie sześć lat mieszka wspólnie ze swoim mężem Leszkiem Czarnym, jednakże do tego dnia pozostała panną nietkniętą przez swego męża, zarzucając mu niemoc i oziębłość w obecności także księcia Leszka, który milczeniem potwierdzał oskarżenie”. Następnie osiadła w krakowskim klasztorze franciszkanów i „zamierzała starać się o rozwiązanie małżeństwa”. Do unieważnienia związku jednak nie doszło, a w 1275 r. Bolesław Wstydliwy, chcąc oczyścić Leszka Czarnego z hańbiących go zarzutów Gryfiny, udał się do Sieradza i pogodził ich ze sobą. W „Rocznikach…” Długosza znajdujemy górnolotny zapis, że książę Bolesław „wprowadza między obojgiem od nowa miłość małżeńską, której odtąd obydwoje szczerze aż do śmierci przestrzegali i dochowali”. Co więcej, małżonkowie poddali się kuracji, którą w sieradzkim lub krakowskim klasztorze dominikanów przeprowadził w 1278 r. pochodzący z Niemiec brat Mikołaj. Według „Rocznika Traski”: „Pan zaś Leszek, książę Sieradza, ze swoją żoną Gryfiną za pozwoleniem owych kaznodziejów [tj. dominikanów] tego roku zaczął jeść węże, jaszczurki i żaby, dlatego stał się obrzydliwy dla całego ludu, choć były mu bardzo pomocne”. Ściśle rzecz ujmując, kuracja polegała na jedzeniu wysuszonych i sproszkowanych gadów oraz płazów, a w jej skuteczność możemy wątpić. Małżeństwo Leszka i Gryfiny, trwające do śmierci księcia w 1288 r., pozostało bezdzietne. Historycy zgodnie uważają Leszka Czarnego za impotenta, nie zadając sobie pytania, czy jego niemoc płciowa nie ograniczała się do kobiet i nie była przejawem homoseksualności. Formułując to przypuszczenie, wchodzimy być może na trop okoliczności, która sprawiała, że książę Bolesław widział w Leszku bratnią duszę i znajdował z nim wspólny język, a być może nawiązał relacje erotyczne. Oczywiście, taki stan rzeczy musiał pozostać tajemnicą, zamaskowaną pomówieniami, które hańbiły, lecz nie były groźne. Impotencję postrzegano jako upokarzającą dolegliwość, natomiast sodomię (przypomnijmy: tak określano wówczas zachowania homoseksualne, a szczególnie stosunki analne) traktowano jako grzech równie ciężki jak herezja. Co więcej, oskarżenia o herezję i sodomię bardzo często łączono ze sobą. Toteż nic dziwnego, że książę Leszek Czarny postanowił milczeć na zwołanym przez małżonkę zgromadzeniu. Zapewne z tych samych przyczyn kronikarze Traska i Długosz woleli nie wnikać w istotę seksualnych problemów Leszka Czarnego, pozostawiając potomnym szerokie pole do możliwych interpretacji. Ci zaś woleli i nadal wolą widzieć w księciu godnego współczucia heteryka, który cieszyłby się małżeńskim szczęściem z Gryfiną, gdyby nie był impotentem, niż zaryzykować hipotezę, że był uwikłanym w nieszczęśliwe małżeństwo gejem. Źle pojmowany szacunek dla naszych dziejów i tradycji sprawia, że ta druga możliwość jest dla wielu ludzi wciąż trudna do zaakceptowania. XIX-wieczna pisarka Dionizja Poniatowska, autorka książki „Odłamek z dziejów Lechii. Bolesław Wstydliwy i Leszek Czarny” (Paryż 1875), ukazała książąt jako ludzi całkiem odmiennych charakterów, w zupełnie różny sposób sprawujących władzę i przeciwstawnie ocenianych przez współczesnych. O pierwszym z nich napisała: „Pan miłosierny i cichy; temi słowy chwalą go zarówno kroniki polskie i ruskie. Płakali go swoi i obcy […]. Sprężystością umysłu i znakomitszą do rządzenia zdolnością nieobdarzony Bolesław, sumiennością ludom swym służy, zaborczych i niesprawiedliwych wojen nie wszczynając, użycza im, o ile w jego mocy, dobrodziejstwa pokoju”. Z kolei drugi z nich „Leszek, czynny i w bojach szczęśliwy, nie miał jednak serca narodu. Raził w nim obyczaj niemiecki, o którym strój jego nawet zapomnieć nigdy nie dawał […]. Od dawna już osoba jego wstręt wzbudzała. Jeszcze kiedy był księciem sieradzkim, wiedziano, iż pragnąc potomstwa z rady jakiegoś zabobonnego dominikanina Niemca jadał węże, jaszczurki i żaby. Potomstwa się nie doczekał, a brzydził się nim lud cały”. Jedno nie ulega wątpliwości: obaj książęta w zupełnie inny sposób radzili sobie ze swymi życiowymi problemami. U podstaw łączącej ich więzi leżą więc zapewne wzajemne przyciąganie się przeciwieństw oraz być może także erotyczna wspólnota dusz i ciał, starannie skrywana przed światem.

Dr Paweł Fijałkowski (ur. 1963) – historyk i archeolog, pracownik naukowy Żydowskiego Instytutu Historycznego. Opublikował m.in. szereg książek historycznych o tematyce homoseksualnej: „Seksualność, psyche, kultura. Homoerotyzm w świecie starożytnym” (2007), „Homoseksualizm. Wykluczenie – transgresja – akceptacja” (2009), „Homoseksualność daleka i bliska” (2014), „Androgynia, dionizyjskość, homoerotyzm. Niezwykłe wątki europejskiej tożsamości” (2016).

Tekst z nr 97 / 5-6 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Książę i jego sekretarz

Tekst: Marek Teler

Chociaż staropolskie prawo karało śmiercią za homoseksualizm, nazywany wtedy sodomią, w XVIII wieku książę JANUSZ ALEKSANDER SANGUSZKO i jego sekretarz KAZIMIERZ CHYLIŃSKI przez kilkanaście lat żyli niemal otwarcie w gejowskim związku

 

Rysunek: Marcel Olczyński

 

W XVI i XVII wieku geje nazywani byli w Polsce „mężolubnikami”, „samcołożnikami” lub „niewieściuchami”, a męskie stosunki homoseksualne „paziolubstwem”, „tureckim niewstydem” czy „wschodnim narowem”, przypisywano im bowiem pochodzenie od wrogiej kultury muzułmańskiej. Krakowski prawnik Bartłomiej Groicki w polskiej wersji kodeksu cesarza Karola V z 1532 r. pisał z kolei: „Gdzieby ktoś takowy znalezion był, żeby albo z bydlęciem, albo chłop z chłopem przeciw przyrodzeniu sprawę miał, takowi mają na gardle być skarani, a według obyczaju ogniem mają być spaleni, bez wszelakiego zmiłowania i łaski, ponieważ to haniebny i sromotny grzech jest i ma być srodze karan”. Homoseksualizm stawiano więc na równi z zoofilią i nie wahano się wydawać najwyższych wyroków. Pragnienie miłości i bliskości było jednak dla niektórych silniejsze niż strach przed karą. W 1561 r. spalono na stosie Wojciecha z Poznania, który przebrany za kobietę poślubił w podkrakowskim Kazimierzu Sebastiana Słodownika, a następnie popełnił bigamię, zawierając związek małżeński z Wawrzyńcem Włoszkiem. Nie wiadomo, czy Wojciech był osobą transpłciową, czy też chciał w ten sposób nagiąć prawo, by poślubić ukochanych mężczyzn. Z kolei w latach 1624–1640 kilka homoseksualnych związków opisał w „Liber generationis plebeanorum” Walerian Nekanda Trepka, znany tropiciel skandali wśród polskiej szlachty. Pisał on m.in. że burgrabia zamku krakowskiego Jan Rogoziński miał romans ze szlachcicem Janem Andrekasem, dla którego uczynił nawet zapis w swoim testamencie. Jednym z najgłośniejszych staropolskich romansów był jednak związek księcia Janusza Aleksandra Sanguszki z jego sekretarzem Kazimierzem Chylińskim. Choć historia ta wydarzyła się w XVIII wieku, z wieloma jej aspektami mogą się utożsamiać także współczesne osoby LGBTQ: zaborczy ojciec pragnący uczynić z syna „prawdziwego mężczyznę”, bardziej wyrozumiała matka (w tym wypadku macocha), przymus małżeństwa, a przede wszystkim pragnienie bycia sobą mimo przeciwności losu.

Małżeństwo z przymusu

Janusz Aleksander Sanguszko herbu Pogoń Litewska urodził się 5 maja 1712 r. w Lubartowie jako najstarszy syn marszałka wielkiego litewskiego Pawła Karola Sanguszki i Marianny z Lubomirskich. Po śmierci matki w styczniu 1729 r. Janusz Aleksander stał się spadkobiercą ordynacji ostrogskiej i licznych dóbr należących wcześniej do rodu Lubomirskich. W 1735 r. ojciec Janusza ożenił się z Barbarą z Duninów, z którą doczekał się jeszcze trzech synów, lecz to właśnie w swoim pierworodnym pokładał największe nadzieje. Chociaż od najmłodszych lat Janusz Aleksander nie wykazywał zainteresowania polityką, ojciec na siłę pchał go do czynnego udziału w życiu publicznym. W latach 1730–1732 młody książę odbył podróż po krajach Rzeszy Niemieckiej, w czasie której uczestniczył m.in. w przeglądzie wojska pod Mühlbergiem, brał też udział w sejmach z 1732 i 1736 r. W listopadzie 1735 r. został miecznikiem litewskim, a w sierpniu 1736 r. otrzymał Order Orła Białego, chociaż bardziej zawdzięczał te zaszczyty pochodzeniu i pozycji ojca niż zaangażowaniu. Dla jego ojca oczywistym było, że musi znaleźć synowi szlachetnie urodzoną żonę. Zdawał się on nie dostrzegać pociągu Janusza w kierunku mężczyzn lub liczył, że zdoła zdusić w nim „turecki niewstyd”. 8 sierpnia 1731 r. ożenił syna z piętnastoletnią Konstancją Kolumbą Denhoffówną. Ślub odbył się jedynie w obecności rodziny, być może w obawie, by nie doszło do jakiegoś skandalu z udziałem młodego księcia. Janusz Aleksander był bowiem nie tylko homoseksualistą, ale i alkoholikiem. Łukasz Gołębiowski zanotował w 1830 r. anegdotę, że książę „tak tęgą miał głowę, że gdy spił się, przejechał tylko w karecie staj kilka, wracał i pił znowu”. Przez kilka tygodni Sanguszko próbował wywiązywać się z obowiązków męża, lecz nie był w stanie żyć pod jednym dachem z niekochaną żoną. „Żonę miał piękną panią i wspaniałą, Denhoffównę z domu, wielkiej także fortuny dziedziczkę. Lecz jakimś wstrętem wkrótce po ożenieniu do niej i do wszystkich kobiet powziętym nie mieszkał z nią” – pisał w swoich „Pamiętnikach” Jędrzej Kitowicz. Opuszczona przez męża Konstancja znalazła się na zamku w Baranowie, gdzie przez lata wiodła życie słomianej wdowy. Zrozpaczony ojciec przekonywał syna do pogodzenia się z żoną – bez skutku. Janusz Aleksander już w 1740 r. próbował unieważnić małżeństwo z Konstancją, interwencja zaborczego ojca pokrzyżowała mu plany. W międzyczasie Janusz Aleksander zaczął otwarcie pokazywać się z kolejnymi kochankami, którzy najczęściej wykorzystywali jego naiwność i stopniowo pozbawiali go majątku. Jędrzej Kitowicz donosił w „Pamiętnikach”: „Obmiotem pasji jego był jaki hoży młodzieniec, na którego wysypywał niemal wszystkie skarby swoje: ten władał sercem jego, odzierał księcia z pieniędzy, z klejnotów i z tego wszystkiego, co mu się podobało; nic nie powściągało faworyta od takowych grabieży tylko jedna bojaźń powrotu szczęścia na niebezpiecznych fundamentach stojącego. Choć jednak wypadł z łask faworyt, odchodził ze wszystkim nabytkiem. Przeto każdy, który wpadł w to szczęście, uwijał się rączego z łaskami książęcymi, póki pole przepiórcze służyło. Wielu z tych faworytów wyszło na słusznych obywateli i majętnych panów”. W końcu pojawił się mężczyzna, w którym Sanguszko naprawdę się zakochał – pochodzący z ziemi sandomierskiej praktyk sądowy, Kazimierz Chyliński, przedstawiciel średniej szlachty.

Ważniejszy niż książę

Janusz Aleksander poznał Kazimierza między 1737 a 1740 r. W listopadzie 1740 r. zobligował go do wydania 36 tysięcy złotych na zakup karabelki powlekanej złotem. Był to jeden z pierwszych prezentów, jakimi obdarował kochanka. Początkowo Chyliński był plenipotentem prawnym księcia i jego żony Konstancji (małżonków nadal łączyły interesy) w Trybunale Koronnym oraz sądach ziemskich i grodzkich. Nie było to zbyt prestiżowe stanowisko, jednak z czasem pozycja Chylińskiego na dworze wzrosła, a Janusz Aleksander powierzył mu nawet pieczę nad majątkiem i rolę pośrednika niespłaconych długów. W międzyczasie Chyliński otrzymał również urząd stolnika łomżyńskiego. W końcu Chyliński zaczął niemal jawnie występować w roli partnera życiowego Sanguszki, niejednokrotnie przekraczając kompetencje. Doszło nawet do tego, że urzędnicy Sanguszki bardziej liczyli się z rozkazami książęcego kochanka niż „Jaśnie Oświeconego Księcia Jegomości Miecznika Pana”. Kazimierz zwykł zresztą mawiać, że: „kto mnie, tak Księciu służy i kto moich rozkazów słucha, nigdy honoru, ani zapłaty ode mnie nie weźmie, kiedy nie zechcę”. To właśnie Chyliński jako ekonom generalny otrzymywał raporty finansowe od administratorów należących do Sanguszków majętności, a także doniesienia o okolicznych konfliktach i zatargach. Składano też do niego prośby, aby wstawił się u księcia Sanguszki w sprawie poddanych cierpiących z powodu klęski nieurodzaju. Chyliński często uprawiał jednak samowolkę i wbrew woli księcia odmawiał podpisania rozmaitych asygnacji i obligacji. Powszechnie było wiadomo, że bez podpisu Chylińskiego żadna sprawa nie może zostać rozwiązana, co sprytny ekonom wykorzystywał. Jak pisał Jarosław Pietrzak w artykule o relacji Chylińskiego z Sanguszką: „Cokolwiek serca i afektu Pańskiego mieć dla siebie upraszam z 2014 r.”. Chyliński poza tym, że trzymał zarząd nad korespondencją, dokumentami sądowymi i finansowymi, dodatkowo był depozytariuszem nowin obejmujących sprawy prywatne magnatów. Znał więc nie tylko sekrety kochanka, ale też sprawy jego sąsiadów Lubomirskich. Janusz Aleksander bezgranicznie ufał Chylińskiemu i stracił kontrolę nad majątkiem. Kiedy zebrał się sejmik dla dokonania wyboru sędziego sandomierskiego i pisarza stężyckiego na wakujące urzędy, Chyliński przekupywał posłów złotem, pierścionkami, końmi i zbożem, aby bieg wydarzeń był pomyślny dla jego ukochanego. Wysoka pozycja Chylińskiego u jednych budziła wstręt, a u innych… zazdrość. Niektórzy przedstawiciele średniej szlachty pisali w listach do książęcego sekretarza, że chcieliby wysłać synów na służbę księciu Sanguszce. Być może nie wiedzieli o łączącym obydwu panów romansie albo byli gotowi zapewnić synom godną przyszłość nawet wbrew chrześcijańskiej moralności. W zamian za spełnianie próśb Chyliński otrzymywał prezenty, zaproszenia na bale i zabawy. Sam starał się z kolei ugrać na związku z Sanguszką jak najwięcej dla siebie i swojej rodziny. Za pieniądze księcia zakupił drogie szaty wykonane z sukna francuskiego i adamaszku, pomógł również w sprawach majątkowych swojemu rodzeństwu Zofii i Stanisławowi, a kuzynowi Sewerynowi Chylińskiemu załatwił urząd gubernatora twierdzy dubieńskiej.

Kara za chciwość

Związek Sanguszki i Chylińskiego najprawdopodobniej nigdy nie miał monogamicznego charakteru, lecz książę z trudem znosił romanse ukochanego sekretarza. Kochankiem Kazimierza był choćby podczaszy nowogródzki Jan Wincenty Siedlecki, który w jednym z listów pisał mu o swoim sercu, które jest szczerze i prawdziwie „Ciebie kochające”, a kończył go słowami: „Bądź jednostajnie łaskaw, proszę kochaj kochającego Ciebie serdecznie, a bądź zdrów na przywitanie Pana”. Sekretarz musiał więc być nie tylko człowiekiem obdarzonym niezwykłym sprytem i tupetem, ale przede wszystkim niesamowitym urokiem osobistym, który pozwalał mu podbijać kolejne magnackie serca. Sanguszko w trakcie związku z Chylińskim był z kolei związany m.in. z niejakim Urbankowskim i Karolem Szydłowskim. Z czasem związek Chylińskiego i Sanguszki uległ pogorszeniu, a sekretarz zaczął coraz bardziej pasożytować na swoim dobrodzieju. Ośmielał się nawet publicznie robić mu awantury. Według jednej z zachowanych relacji powiedział w obecności świadków, spoglądając na portrety przodków Sanguszki, książąt Ostrogskich: „Gdyby ten Książę Ostrogski malowany z martwych powstał, pewnie by Księciu Miecznikowi sto rózeg w pięty, a sto rózeg w tyłek dać rozkazał”. W czasie gwałtownych kłótni Chyliński groził Januszowi Aleksandrowi, że naśle na niego Kozaków lub poważnie go okaleczy. Raz zakupił nawet trujące zioła od znachorki, lecz ostatecznie powstrzymał się przed ich wykorzystaniem. Książę zdawał się być zaślepiony miłością, nigdy nie podjął kroków, by powstrzymać coraz większe ambicje Kazimierza. Ponadto – co by złego o nim nie mówić – Chyliński umiał dbać o interesy rodu Sanguszków. Zachłanność Chylińskiego i jego rosnący wpływ na Sanguszkę budziły jednak oburzenie ojca księcia. „Zważaj mój kochany synu, jak cię te koligacje z Fortuny ujmują, kiedy pachołków sobie w dworze czynisz w Stepaniu, trzeci w Konstantynowie, czwarty przy boku, z którymi przyjdą w pewne czasy do Fortuny owi Panowie będą, a ty mój Kochany synu ich chłopem i pachołkiem” – przestrzegał syna. We wrześniu 1747 r. zrodził się w głowie ojca plan, by pozbyć się kłopotliwego „zięcia”, wrabiając go w malwersacje i przekręty finansowe. Nie mógł postawić Chylińskiego przed sądem za homoseksualizm, ponieważ musiał chronić dobre imię własnego rodu. W pogrążeniu Chylińskiego pomogli mu dwaj inni kochankowie syna, Urbankowski i Szydłowski. W przeciwieństwie do książęcego sekretarza trzymali oni swe relacje z Januszem Aleksandrem w sekrecie, liczyli jednak, że po wyeliminowaniu przeciwnika to na nich spadną wszystkie zaszczyty. Ostatecznie w kwietniu 1748 r. Chyliński został aresztowany i osadzony w domu poprawczym w Gdańsku, gdzie miał wykonywać najcięższe prace dla „uszlachetnienia charakteru”. Strażnicy więzienni, wiedząc, że mają do czynienia z homoseksualistą, torturowali go i bili do tego stopnia, że po kilku miesiącach katorgi Chyliński nie mógł się już samodzielnie poruszać. Z kolei Januszowi Aleksandrowi ojciec zafundował areszt domowy w twierdzy w Dubnie, aby utrudnić mu jakąkolwiek interwencję w sprawie partnera. Chylińskiemu próbowali bez rezultatu pomóc jego krewni i wpływowi znajomi. Skuteczna była za to macocha Janusza Aleksandra, Barbara Sanguszkowa. 26 maja 1752 r. Chyliński napisał do niej przejmujący list, w którym czytamy: „Już niedziel jest trzydzieści pięć jak nie wstaję z łóżka dla mego strasznego kalectwa, z którego jako uważam, że muszę umierać, jeżeli mnie Bóg nie uratuje”. Księżna była gorliwą katoliczką, lecz kierowała się w życiu przede wszystkim wiarą w Boże miłosierdzie i nie pozostawała obojętna na ludzką krzywdę. Kazimierz Chyliński nie tylko odzyskał wolność, ale też został zarządcą i sługą Sanguszkowej przy budowie pałacu w Zasławiu. Nie wrócił już jednak do partnera. Nowym głównym ulubieńcem Sanguszki stał się Karol Szydłowski, obdarowany przez księcia w grudniu 1753 r. miastem Koźmin i siedemnastoma wsiami. W późniejszych latach Szydłowski był też podobno kochankiem innego wpływowego homoseksualnego magnata, księcia Marcina Jerzego Lubomirskiego. Po śmierci ojca (zmarłego w kwietniu 1750 r.) Janusz Aleksander Sanguszko zrzekł się udziału w spadku po nim na rzecz swojej macochy i przyrodniego rodzeństwa. Chociaż w 1751 r. złożył pozew o unieważnienie małżeństwa do konsystorza duchownego w Łucku, mężem Konstancji Sanguszkowej pozostał formalnie do końca życia. Zmarł bezpotomnie 14 września 1775 r. w Dubnie i został pochowany w tamtejszym kościele bernardynów.

Tekst z nr 91 / 5-6 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Przywracanie pamięci

Z Pawłem Fijałkowskim, archeologiem i historykiem, autorem książki „Androgynia, dionizyjskość, homoerotyzm. Niezwykłe wątki europejskiej tożsamości” rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

Foto: Marcin Niewirowicz, niema.foto

 

W wywiadzie, którego udzieliłeś „Replice” siedem lat temu, skarżyłeś się, że zajmowanie się historią homoseksualności budzi w Polsce reakcje paniczne i skazuje cię na ostracyzm w niektórych środowiskach historyków. Coś się zmieniło od tamtego czasu?

Nie wiem. Pewnie niewiele, ale za bardzo mnie to nie interesuje. Bo, owszem, obracam się zawodowo wśród historyków w Żydowskim Instytucie Historycznym, gdzie pracuję i gdzie zajmuję się historią Żydów. Ale jeśli chodzi o kwestie homoerotyzmu, to pozostaję raczej w kręgu jungowskim, gdzie trafiają ludzie różnych specjalności: etnolodzy, psychologowie, psychiatrzy, kulturoznawcy… Wrosłem w ten krąg i czuję się tam dobrze. Tutaj dozwolona jest daleko idąca interpretacja dzieła sztuki czy tekstu historycznego, nie ma z tym problemu. Tekst traktuje się przede wszystkim jako zapis świadomości piszącego.

W jednej ze swoich książek przyznajesz jednak, że Jung postrzegał homoseksualizm jako zaburzenie.

Cóż, każdy człowiek, nawet największy, jest dzieckiem swojej epoki. Jung podobnie. Nie był wolny od pewnych przywar swoich czasów, osądów, które dziś uważamy za błędne. Czytając teksty Junga, czasami odnosi się wrażenie, że był, na przykład, koszmarnym mizoginem. Włos się na głowie jeży. Mnie to aż odpycha. Ale tak myśleli ludzie w jego epoce i on wiele z tego myślenia przejął. Nie to jest jednak w jego twórczości najważniejsze, lecz dorobek teoretyczny. Wizja rozwoju człowieka, jednostki, cywilizacji… Owszem, niektórzy badacze postrzegają myśl jungowską jako bardzo konserwatywną. I prawdą jest, że w Polsce wiele osób z tego kręgu jest straszliwie konserwatywnych. Nie znajduję z nimi wspólnego języka, wręcz krew się we mnie burzy, gdy ich słucham. Ale, generalnie, moje doświadczenia z jungistami są bardzo pozytywne. Trafiłem do nich dzięki memu wydawcy i obecnie przyjacielowi, Zenonowi Waldemarowi Dudkowi.

Opublikowałeś niedawno w jego wydawnictwie, Eneteia, czwartą już książkę o dziejach nienormatywnych seksualności.

Na początku tego stulecia napisałem wiele tekstów historycznych poświęconych homoerotyzmowi i próbowałem je gdzieś opublikować, co okazało się bardzo trudne. Otrzymywałem z reguły odpowiedzi negatywne i to wypełnione „argumentami” typu: „nie będziemy promować homoseksualizmu”. Dopiero Waldek Dudek zaryzykował. Moje teksty zaczęły się ukazywać w piśmie wydawnictwa Eneteia, „Albo albo”. Na początku ostrożnie. Jeden, dwa w roku…

Aż w 2007 r. ukazała się twoja pierwsza książka „Seksualność, psyche, kultura”.

Ciekawy paradoks. Wówczas wydawca nie odważył się na umieszczenie w tytule słowa „homoseksualizm”, chociaż ja tego chciałem. Pojawił się tylko w podtytule „homoerotyzm” – „Homoerotyzm w świecie starożytnym”. Miałem wrażenie, że na początku Waldek troszkę się bał. Choćby głupich plotek. Bo wydawanie książek o tematyce homo naznacza. A przynajmniej, naznaczało. W przypadku najnowszego zbioru esejów wydawca sam chciał, by „homoseksualizm” widniał na pierwszym miejscu, gdyż najwyraźniej za jego pomocą można już promować książkę. Ale tym razem to ja zaoponowałem.

Książka nazywa się „Androgynia, dionizyjskość, homoerotyzm. Niezwykłe wątki europejskiej tożsamości”. Kwestie homo spadły na trzecie miejsce. Czułeś potrzebę, by poszerzyć krąg dociekań na temat seksualności?

Tak. Przede wszystkim, wolę jednak słowo „homoerotyzm”, bo ono – w przeciwieństwie do „homoseksualizmu” – oznacza kulturowy, a nie biologiczny wymiar zjawiska. Androgynia i dionizyjskość silnie się zaś z nim wiążą. Dionizos jest bardzo różnie przedstawiany w mitach. W wielu to postać androginiczna, w innych biseksualna. Łączy więc świat androginiczny i świat homoerotyczny. Splata to wszystko w sobie.

We wstępie piszesz, że książka traktuje w dużej mierze o pamięci. O napięciach między pamięcią zbiorową a jednostkową, pamięcią oficjalną a tą zapisaną w prywatnych świadectwach. Wplatasz też w opowieść własną pamięć. Więcej tu niż w innych twoich książkach osobistych wątków, wspomnień.

Tak, jest trochę autobiograficznych historii. Opisów tego, co mi się przytrafiło, szczególnych przeżyć związanych z kupnem jakiejś rzeźby, z kontaktem z jakimś dawnym przedmiotem. Także z podróżami.

Swobodna jest też forma tej książki. Poruszasz się po różnych epokach. Zaczynasz od starożytności, która jest twoją główną pasją. Potem przemieszczasz się przez kolejne wieki aż do współczesności, ale też co chwila wracasz w głębszą przeszłość.

Starałem się ułożyć te opowieści w logiczny ciąg, po trosze chronologiczny. Wychodzę od mitologii starożytnej Grecji, mitów Narcyza, Dionizosa. Potem wchodzę w starożytność grecko-rzymską: Owidiusz, Dakowie, Sarmaci. Następnie jest wiek XVII, czyli opowieść o kochankach z Sieradza, dalej – wiek XVIII, XIX… W każdej z tych opowieści pojawiają się jednak wątki z różnych epok. To nie jest praca naukowa, to raczej zbiór szkiców, w których można sobie pozwolić na pewną dowolność.

Mnie zainteresował zwłaszcza twój esej o lesbijskim uczuciu, zatytułowany „O namiętnej Oli i pięknej Zosi”, wysnuty z zapisków uczennicy seminarium nauczycielskiego, pochodzących z końca lat 20. XX wieku. Historii lesbijskich jest niewiele w twoich książkach. Czy to wynika z tego, że odkryć je jeszcze trudniej niż historie miłości między mężczyznami?

Jest ich dużo mniej, bo, co tu dużo mówić, pisali przede wszystkim mężczyźni. Poza tym, nie zawsze czuję się na siłach, by jakąś historię opisać. Wymyka się ona mojemu poznaniu. Ale staram się, by w każdej książce był przynajmniej jeden rozdział ukazujący miłość lesbijską. Nie chcę jednak przekroczyć granicy, którą raz mi się zdarzyło przekroczyć. Mianowicie, w TOK FM miała być w audycji „Lepiej późno niż wcale” rozmowa o miłości lesbijskiej. Zostały zaproszone jakieś panie i ja, po czym przyszedłem tylko ja. I z prowadzącym, Krystianem Legierskim, we dwóch mówiliśmy o miłości lesbijskiej. Staraliśmy się to zrobić jak najlepiej, ale miałem świadomość, że to nie tak powinno wyglądać.

Dochodzisz w książce do czasów tuż powojennych, ale, generalnie, XX wiek rzadko gości w twoich pracach. Nie chciałbyś się nim wnikliwiej zająć?

Nie. A po co? Jest przecież Krzysztof Tomasik. Celowo nie wchodzę w wiek XX, choćby dlatego, że jestem archeologiem i historykiem specjalizującym się w historii dawniejszej. Poza tym, nie chciałbym badać lat 80. i 90. XX wieku, gdyż je pamiętam. Boję się więc, że mam wizję uczestnika zdarzeń, a nie badacza, trudno byłoby mi oderwać się od osobistych wspomnień. Niech to zrobi ktoś, kto tych ludzi nie znał, nie pamięta, jak było, bo czasami lepiej nie wiedzieć tego w szczegółach. (śmiech)

Nie chciałbyś jednak zapisać własnej historii, żeby dać pożywkę innym badaczom?

Mógłbym, ale tam nie ma nic ciekawego. Zwłaszcza w porównaniu z niektórymi już opublikowanymi relacjami, wspomnieniami, w których dużo się dzieje. Ja raczej prowadziłem żywot mola książkowego, który nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, jak się odnaleźć w rzeczywistości lat 80. i jak znaleźć w tej rzeczywistości ludzi sobie podobnych.

Wiele osób z pokoleń wychowanych w PRL-u nie chce opowiadać o swoich homoseksualnych doświadczeniach. Wiążą się one dla nich ze wstydem, z poniżeniem, z poczuciem winy. Ci ludzie umierają, a wraz z nimi umierają ich historie.

To byli często poważni intelektualiści, ludzie znani z mediów, którzy poniewierali się po publicznych toaletach, żeby złapać faceta. Tak było i nie ukrywajmy tego. Też mi się to zdarzało, bo nie było innej możliwości. Rozumiem, że oni albo czasami ich żony i dzieci mogą sobie nie życzyć rozgłosu. Szkoda jednak, że nie chcą mówić. Sam namawiałem do tego dwie osoby, które miały nieprzyjemne doświadczenia związane z akcją Hiacynt. Stanowczo jednak odmówiły. Na pewno jednak w IPN są jakieś dokumenty, które ktoś kiedyś wygrzebie. Myślę, że, na przykład, działalność Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, w którego powstaniu uczestniczyłem w latach 80., jest świetnie udokumentowana przez ubecję. Działaliśmy przecież za zgodą władzy, która godziła się na różne rzeczy, ale starała się je mieć pod kontrolą.

W Polsce długo obowiązywała niepisana zasada, że wszyscy wiedzą, ale nikt nie mówi. Przez to nie było u nas represji na taką skalę, jak np. w Niemczech, zarazem jednak nie ma też zbyt wielu świadectw nienormatywnej seksualności.

Pewne rzeczy są często zapisane gdzieś między wierszami, nie wprost. Można to próbować rekonstruować, co zresztą budzi sprzeciwy rasowych historyków. Teraz czytam np. wspomnienia księcia Adama Czartoryskiego, który pisze o jednym z przyjaciół cara Aleksandra I, księciu Aleksandrze Golicynie, że był epikurejczykiem i lubił przyjemności w różnych wariantach. Książę Adam wyraża się tu nader oględnie, ale z innych źródeł wiadomo, że carski przyjaciel był po prostu biseksualny. Część pamiętników wydana została w wersjach ocenzurowanych. Trzeba więc iść do archiwum i przeczytać pominięty fragment. Wspomnienia Niemcewicza, o których piszę w „Androgynii…”, zostały pierwotnie opublikowane w wersji skróconej, bo niektóre opisy wydały się jego potomkom niecenzuralne. Cały tekst ujrzał światło dzienne dopiero w 1957 r. To jest żmudna praca przywracania niechcianej pamięci. Sam pamiętam, jak w lat 70. jako nastolatek przeczytałem w prasie list napisany przez weterana Wojska Polskiego, który razem z Armią Czerwoną wyzwalał Polskę. Wspominał w nim swego towarzysza broni, Rosjanina, z którym spał pod jednym kocem, jadł z jednej menażki. Razem przeszli szlak bojowy i byli niezwykle zaprzyjaźnieni. Ten człowiek pisał do redakcji z prośbą o pomoc w odnalezieniu swego kompana. Jaki charakter miała naprawdę ta więź? Przecież on tego w liście do redakcji nie mógł napisać.

W swoich książkach budujesz na bazie historii tożsamość osób LGBTQ. Pokazujesz, że mamy długie dzieje. Afirmujesz je. Tymczasem, dyskurs wielu tęczowych organizacji kręci się głównie wokół homofobii, a więc negatywnej strony zjawiska.

Taka jest potrzeba czasu. Natomiast dla mnie zawsze było oczywiste, że jeśli pewne elementy przeszłości wycinamy, usuwamy, cenzurujemy, to zubażamy sami siebie. Wszystko jest ważne i wywiera na siebie wpływ.

Ponieważ pracujesz w Żydowskim Instytucie Historycznym, chciałbym także zapytać o Izrael, bardzo obecnie progresywny w kwestiach LGBTQ. Jak to widzisz, choćby w kontekście historii judaizmu, rozwoju myśli żydowskiej?

Judaizm nie jest religią scentralizowaną, lecz kultywowaną przez wspólnoty, gminy, z których każda zachowuje niezależność. W Polsce środowisko żydowskie mamy niewielkie, więc tej różnorodności może tak nie widać, ale np. pani rabin Tanya Segal przewodniczy w Krakowie wspólnocie reformowanej.

Polityka Izraela budzi jednak sprzeciw także ze strony organizacji LGBTQ. Zarzucają one władzom „pinkwashing”, wykorzystywanie mniejszości seksualnych do tego, by odwrócić uwagę od okupacji Palestyny.

Pytam się więc: „A jak się przedstawia sytuacja osób LGBT na terytoriach palestyńskich czy w krajach arabskich?” Możemy zarzucić Izraelowi wiele rzeczy, ale nie możemy stawiać zarzutu, że dobrze traktuje jakąś grupę ludzi. Izrael umożliwia parom homo adopcję dzieci, ciekawe więc, kiedyż to jakieś państwo arabskie zrobi coś podobnego. Proszę bardzo, czekamy. I wtedy będziemy mogli podyskutować na równym poziomie. Tu nie chodzi zresztą o przerzucanie się oskarżeniami, bo to do niczego nie prowadzi. Ewidentnie relacje palestyńsko-izraelskie powinny się zmienić, gdyż są fatalne. To jest tragedia. Ale czy w związku z tym Izrael ma odebrać prawa, jakie nadał swoim obywatelom LGBT?

Napisałeś w roku 2009, w książce „Homoseksualizm. Wykluczenie – transgresja – akceptacja”, że żyjemy w czasach transgresji, kiedy to zmieniają się struktury społeczne, przemianie ulega kultura i jej paradygmaty. Czy podtrzymałbyś dzisiaj tę myśl?

Tak, kultura się zmienia, świat się zmienia, my się zmieniamy. I bardzo dobrze. Musi się zmieniać, by nie umrzeć, nie stać się skamieliną. Polska kultura też się zmienia, wbrew temu, co niektórzy rodacy sądzą i czego pragną. Powrót do przeszłości nie jest możliwy, choć podrygi trupa mogą być dla nas bolesne i pewnie potrwają ze dwie parlamentarne kadencje. Dominuje teraz formacja, która już się przeżyła kulturowo, ale próbuje się jeszcze bronić politycznie. To są zombie. I, jak to zombie, będą gryźć.

Książki Pawła Fijałkowskiego:

„Seksualność, psyche, kultura. Homoerotyzm w świecie starożytnym” (2007)

„Homoseksualizm – wykluczenie, transgresja, akceptacja” (2009)

„Homoseksualność daleka i bliska – słowa, mity, symbole” (2014)

„Androgynia, dionizyjskość, homoerotyzm – niezwykłe watki europejskiej tożsamości” (2016)

Tekst z nr 65 / 1-2 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.