Józef Czapski – “Dziennik wojenny”

Wyd. Próby 2022

 

 

Józef Czapski zapisał się na wielu polach jako niezwykła postać: znakomity malarz i teoretyk malarstwa, pisarz, publicysta przez lata związany z paryską „Kulturą”. Przez niemal całe dorosłe życie prowadził dzienniki. Otrzymujemy na razie ich wyimek, ale dotyczący bardzo ważnego okresu – II wojny światowej. Dziennik rozpoczyna się tam, gdzie kończy się „Na nieludzkiej ziemi”, świadectwo Czapskiego z sowieckich obozów, z których cudem ocalał. Krótko potem dołączył do formującej się armii Andersa. Właśnie opisy życia armii sprawiają, że trudno mi tę książkę polecić szerszemu gronu czytelników, zwłaszcza że ma ona 650 stron. To był dziennik pisany dla siebie, stąd wiele notatek o jakichś wojskowych, generałach, decyzjach, sporach, zupełnie dziś nieciekawych.

Z drugiej strony dzienniki te są godne uwagi jako jedyne w zasadzie takie świadectwo wojenne czynione z perspektywy geja. Choć Czapski musiał szyfrować treści erotyczne, na wypadek gdyby dziennik wpadł w niepowołane ręce (szczególnie w ZSRR), więc pisze fragmenty po francusku lub aluzjami, a kochankowie występują pod inicjałami, można zrekonstruować jego rozterki wynikające z nieodwzajemnionego zakochania w X. oraz w niejakim Jerzym. Przy tym autor ani przez chwilę nie wątpi, że jego największą miłością pozostaje Ludwik Hering, z którym się rozstał w Warszawie w 1939 r., ruszając na front.

Niezależnie od tych trudnych relacji, które określa po francusku jako „drogocenne zranienia”, mamy uwagi o urodzie Arabów i Persów, a także opisy przygód w portowych uliczkach Bejrutu albo w zaułkach Egiptu: „w ciemnych odblaskach ulic dwie nawet pociągające, pudrowane figurki czulą mnie, pewno bym z nimi poszedł”. (Piotr Sobolczyk)

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Shelley Parker-Chan – “Ta, która stała się słońcem”

Wyd. FABRYKA SŁÓW 2022

 

 

Książka idealna dla wielbicieli historii Dalekiego Wschodu. Główna bohaterka, ledwie dziesięcioletnia dziewczynka, była świadkiem śmierci ojca i brata. Uciekając przed nadchodzącym głodem i swoim przeznaczeniem, jakim jest ścigająca ją na każdym kroku „Nicość”, przybrała imię swojego brata, Zhu Chongba, i wstąpiła do męskiego klasztoru. Śledzimy więc niezwykle barwną historię młodego mnicha, pod którego szatami kryje się ciało kobiety. Żądza bycia wyjątkową zmusza go/ją do wielu, często radykalnych, decyzji.

Są to czasy średniowiecza, okres mongolskiej okupacji Chin. Oprócz historii Zhu Chongba obserwujemy też losy innych postaci. Chyba najważniejszą jest Ouyang, mongolski generał eunuch o androgynicznej urodzie. Nieszczęśliwie zakochany w swoim przywódcy Esenie, decyduje się jednak na pomszczenie rodziny, uśmierconej przez ludzi, którym służy. Jego miłość do syna księcia Mongołów nie jest wypowiedziana wprost w przeciwieństwie do związku Zhu Chongby i Ma Xiuying, dwóch kobiet, których namiętną relację możemy śledzić od połowy książki i przeżywać równie intensywnie, jak one.

Książka pokazuje walkę z własnym przeznaczeniem, tożsamością, lękiem przed tym, co nadejdzie. Zarazem daje nadzieję na zmianę losu dzięki uporowi i niezłomnej wierze w siebie. Przedstawia dzieje Chin, ale zawiera także elementy fantasy. (Michalina Chudzińska) 

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Rene Karabasz – “Zanim dojrzeją granaty”

WYD. POZNAŃSKIE 2023

 

 

W albańskiej wiosce położonej w Górach Przeklętych mieszka młoda kobieta, Bekia. Jej życie także wydaje się przeklęte – rządzą nim bowiem dwie siły: marzenie ojca o posiadaniu syna oraz Kanun, zwyczajowe prawo, którego przepisy bezwzględnie rozdzielają role społeczne i krwawo rozstrzygają honorowe spory. Właściwie od pierwszych chwil swego istnienia Bekia stara się być upragnionym synem. Docierają do niej głos ciężarnej matki modlącej się o narodziny chłopca i szepty mieszkańców wsi. Jako dziewczynka, a potem nastolatka wbrew własnym pragnieniom buduje chłopięcą tożsamość, aż w końcu, pewnej dramatycznej nocy, która poprzedzić miała jej zaaranżowany ślub, decyduje się zostać wirgineszą, tzn. złożyć przysięgę czystości i społecznie przyjąć rolę mężczyzny.

Powieść osadzona jest w XXI w., ale jej forma zdaje się archaiczna. Symboliczne obrazy, upoetyzowane zdania i wysoki rejestr emocjonalny, często przekraczający granice egzaltacji, przypominają lamentacje – bohaterowie opłakują śmierć lub niespełnioną wersję własnego życia. Karabasz podkreśla w wywiadach, że jej powieść to sprzeciw wobec patriarchalnego świata. Trudno tego sprzeciwu nie poprzeć, a jednak drażni, że negatywnego przykładu bułgarska pisarka szuka w odmiennej kulturowo Albanii i że patriarchat przybiera w jej powieści tak konwencjonalną formę – prawdziwy mężczyzna poluje, a ojciec odrzuca wrażliwego i delikatnego syna. W tym świecie wirginesza to kobieta tęskniąca za utraconą miłością. Zdaje się, że patriarchat jest bardziej złożony, a figura wirgineszy bardziej fascynująca. (Olga Masiuk)

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

A.L. Graziadei – “Icebreaker”

Wyd. YOU&YA 2022

 

 

Siedemnastoletni Mickey James, narrator „Icebreakera”, to syn i wnuk amerykańskich legend hokeja. Świat ma wobec niego sprecyzowane oczekiwania. Mickey jest zobowiązany do kontynuowania rodzinnej tradycji – tylko czy naprawdę chce wiązać z hokejem swoje życie? Poznajemy bohatera w przełomowym momencie: czeka go draft, czyli wybór do lig zawodowych. Powinien zostać wybrany w pierwszej kolejności, lecz musi na to zapracować. Konkuruje z Caulerem, współzawodnikiem ze szkolnej drużyny i zarazem kolejnym z faworytów draftu. Cauler może zniszczyć przyszłość Mickeya, zająć jego miejsce, odnieść spodziewany triumf; a jednak obok niechęci pojawia się pożądanie. Co okaże się ważniejsze, rodzące się uczucie czy kariera?

A.L. Graziadei kreśli przekonujący portret samotnego młodego człowieka, skazanego na określony los. Mickey urodził się z piętnem dziedzica rodzinnego sukcesu i od najmłodszych lat musiał się podporządkowywać cudzym planom. Dorastał w nietypowych warunkach, z dala od rodziców, z którymi łączy go mocno toksyczna więź. Teraz jest coraz bardziej zagubiony, nie radzi sobie z depresją. Ma świadomość tego, że sport musi mu wypełnić życie, pozostać zawsze na pierwszym miejscu (przy takich założeniach trudno budować związek, choćby z innym hokeistą). To trudniejsze do udźwignięcia niż biseksualność, niż homofobia w mocno zmaskulinizowanym środowisku. Te dwa zagadnienia znajdują się tu raczej na drugim planie. To przede wszystkim opowieść o walce o samego siebie. (Michał Paweł Urbaniak)

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Przemysław Górecki – “Różowy fleming”

WBPiCAK 2021

 

 

Tytuł sugeruje kamp. Różowy flaming to jeden z jego symboli – oraz aluzja do kultowego filmu Johna Watersa. Ale żaden z 25 długich i numerowanych wierszy nie jest kampowy, całość jest programowo postkampowa. Owszem, znajdziemy pojedyncze frazy, mogące służyć jako „definicje” kampu, np. „wszyscy tańczą fokstrota w metrum kankana”. Ale te momenty są otoczone kokonem melancholii i przeświadczenia, że kamp jest już niemożliwy. Tak jak niemożliwe są inne dyskursy, które Górecki dekonstruuje; powiem o czterech.

  1. A więc kamp: „chcieliśmy tylko ładnie widzieć świat / i czuć ból, będziemy bronić kampu armią na porcelanowych konikach”. Ale kamp to „popołudniowe miasto jak obraz rezygnacji”.
  2. Związana z tym moc transformacji widzenia erudycyjnymi kodami. Patrzeć na śmietnik, kota i kloszarda – a widzieć „kotkę Rosalię od Baudelaire’a” oraz księdza Marka (ze Słowackiego).
  3. Dekonstrukcja filozofii. Ból istnienia zostaje opisany niewydolnym językiem „metafizyki klasycznej”. Podmiot potrafi łby piętrzyć filozoficzne abstrakcje, ale nie wierzy w nie.
  4. Odrzucenie pozycji ofiary. „Jestem ofiarą, muszę cierpieć / a ty / jesteś moim oprawcą / bo musisz”. Ale to gra i społeczna („ekscytuje mnie ta gra”), i erotyczna („Chcę cię / mój duży oprawco / jeszcze mocniej, bardziej, więcej”).

Postkampowa i homoerotyczna nie wprost, jest to przede wszystkim poezja człowieka o „twarzy nabrzmiałej książkami”. Pewnie nie dla każdego, nawet jeśli ów różowy flaming z książką na dziobie odkrył, że na nic mu ta cała erudycja. (Piotr Sobolczyk)

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Paweł Soszyński – “Teo”

Wyd. Krytyki Politycznej 2023

 

 

Paweł Soszyński – dziennikarz, krytyk teatralny, dramaturg – zmarł nagle we wrześniu 2021 r. Jego przyjaciele, Witold Mrozek i, znana także z łamów „Repliki”, Joanna Ostrowska postanowili zebrać i wydać teksty dramatyczne, które Paweł napisał w latach 2017-2020. Jest tych tekstów pięć. Tylko jeden z nich, „Duchologia polska”, doczekał się wystawienia za życia autora. Tom uzupełniają rozmowa z Soszyńskim, przeprowadzona na łamach pisma „Dialog”, i esej Mrozka, w którym nazywa on twórczość bohatera książki „teatrem wesołej melancholii”.

Soszyński całymi garściami czerpał z queerowej historii i mitologii. Tytułowy bohater sztuki „Teo” to nikt inny, jak Teofil Kosiński, skazany w czasie wojny za miłość do żołnierza Wermachtu (co zostało opisane w książce „Cholernie mocna miłość” Lutza van Dijka). Ale Soszyński daleki jest od martyrologii czy nawet historycznego realizmu. Celuje w kamp, ironię, w przełamywanie tragedii przegięciem i brawurą, także w swobodną, pozbawioną rygorów formę sceniczną. Rygory są przecież wyróżnikiem heteronormy. „Teo” ma podtytuł „Drag queen show”, a najbardziej zwarty dramaturgicznie tekst – monodram „matki gejów” z Wałbrzycha „Mary Poppers” – nawiązuje z kolei do szalonej „Patty Diphusy” Pedra Almodóvara.

Soszyński tworzy fantazyjne, tęczowe utopie, przestrzenie poza opresyjną homofobiczną rzeczywistością, która jednak nierzadko gwałci granice queerowej „strefy komfortu”. Są to dramaty gęste od znaczeń i skojarzeń, niekiedy rozwlekłe i niewdzięczne w czytaniu. Ale z pewnością odsłaniające ukryte przed heteryckim okiem światy „over the rainbow”. (Bartosz Żurawiecki)

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Jenn Shapland – “Moja autobiografia Carson McCullers”

Wyd. Czarne 2023

 

 

Pełen sprzeczności tytuł książki dokładnie zapowiada jej treść: mamy tu do czynienia z bardzo nietradycyjną lesbijską (auto)biografią na cztery ręce, pisaną przez współczesną amerykańską badaczkę w jednostronnym dialogu z nieżyjącą już klasyczką XX-wiecznej prozy amerykańskiej, Carson McCullers, znaną w Polsce głównie jako autorka powieści „Serce to samotny myśliwy”. Jenn Shapland z początku książki – młoda lesbijka u progu kariery i wyjścia z szafy – opisuje własną drogę odkrywania swojej tożsamości, ale w zetknięciu z kulisami lesbijskiego życia McCullers: lekturą prywatnej korespondencji pisarki z kobietami czy zapisów jej sesji terapeutycznych z psycholożką, w której ostatecznie McCullers się zakochała.

„Trzeba czytać jak osoba queerowa, jak ktoś, kto wie, jak to jest siedzieć w szafie, i wypatruje odbić własnego doświadczenia w nawet najbardziej nieprawdopodobnych miejscach” – tłumaczy swoją metodę Shapland. Rezultat tego eksperymentu jest nie tyle biografią bardzo interesującej pisarki – nie sposób dowiedzieć się z książki zbyt wiele ani o twórczości McCullers (warto wspomnieć, że pełny zbiór jej nowel właśnie się ukazał w polskim przekładzie), ani o niej samej – ile próbą autoanalizy autorki w ramach własnego wyobrażenia o cudzej biografii. Ta metoda może na dłuższą metę budzić znużenie, jednak wielką zaletą „Mojej autobiografii…” pozostaje to, że stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. (Małgorzata Tarnowska)

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Oscar Wilde – „Teleny”

Wyd. Interwers 2011

 

Jest to najbardziej niezwykła powieść o namiętności, która mówiąc o rzeczach w swym wyzwoleniu przerastających najdziksze oczekiwania, i której autora obyczaj [w domyśle – upodobania] dodaje narracji dodatkowej pikanterii – pisał w 1893 r. wydawca „Teleny’ego”, Leonard Smithers. Autorstwo powieści przypisywane jest Oscarowi Wilde’owi, co, wraz z sugestią, że istotna część opisanych wydarzeń ma charakter autobiograficzny, znacząco przysłużyło się popularyzacji dzieła. Młody arystokrata, Kamil Des Grieux, podczas koncertu dobroczynnego poznaje węgierskiego pianistę Rene Teleny’ego. Rozpoczyna się płomienny, destruktywny romans. Tym trudniejszy, że pozostający w opozycji do tradycji, obowiązującej moralności, czy wręcz prawa. Narracja prowadzi przez ciąg scen hetero- i homoerotycznych, często bardzo odważnych, składających się na seksualną edukację niedoświadczonego Kamila. Akcja rozgrywa się w Paryżu. Niestety, tłumaczenie w najnowszym wydaniu pozostało niezmienione i jest stanowczo zbyt delikatne. Mamy w nim jednak pominięty przez Smithersa wstęp i krótki słownik przybliżający literacki kontekst książki w przekładzie Andrzeja Selerowicza. „Teleny”, obok „Grzechów miast nizin”, jest najlepszym reprezentanem literatury homoerotycznej wiktoriańskiej Anglii. Pomijając już wszystkie inne dobre powody, choćby dla tego jednego warto poświęcić mu parę godzin. (MM)

 

Tekst z nr 34/11-12 2011.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Zwykłe trudne pytania

Z PAULĄ SZEWCZYK, autorką zbioru reportaży o osobach transpłciowych „Ciała obce. Opowieści o transpłciowości”, rozmawia Kinga Sabak

 

Foto: Dawid Żuchowicz

 

Niewiedza bliskich, nauczycieli, a nierzadko nawet też lekarzy. To mur, od którego odbijali się twoi bohaterowie, motyw, który co rusz pojawia się w twojej książce. Byłam wręcz wkurwiona.

Z jednej strony to dobrze, z drugiej nie chciałabym, żeby wkurwienie było tym dominującym uczuciem.

Rodzicom tak trudno zaakceptować, że myśleli, że mieli syna, a jednak mają córkę. A przecież brak akceptacji i pomocy z ich strony może przyczynić się do depresji czy wręcz samobójstwa ich dziecka.

Wydaje mi się, że rodzice nie są świadomi, że dziecko może wybrać śmierć, ale wiesz co? 46-letnia Kinga, mama transpłciowej Patrycji z mojej książki, powiedziała: „Dzisiaj wstydzę się tego, co robiłam, popełniałam błędy, bo nie miałam wiedzy”. Byłoby inaczej, gdyby w szkole uczono o transpłciowości. Kinga w końcu zaczęła się edukować na własną rękę. Teraz działa w organizacjach LGBT, jest aktywistką.

Tak, opowieść Kingi jest o przemianie.

Ona najpierw mówiła rzeczy w stylu: „W ogóle mi nie była potrzebna córka”, „Byliśmy normalną rodziną…”. Sądziłam, że później poprosi, żeby nie uwzględniać w tekście tych słów, ale nazwała je swoją „księgą wstydu”. Wierzyła, że jeśli te fragmenty zostaną, to może inni rodzice jakoś się w tym odnajdą. Wie, że przeszła przemianę, odrobiła lekcję i z nową wiedzą idzie dalej.

A ty z jaką wiedzą o transpłciowości startowałaś do napisania „Ciał obcych”?

Wydaje mi się, że ze sporą. W książce są też opinie psychiatrów, seksuologów, endokrynologów – takich, którzy rzeczywiście zgłębili temat. Dużo z nimi rozmawiałam i dużo się nauczyłam. A samo „startowanie”? W 2016 r. przeprowadziłam pierwszy wywiad z osobą transpłciową – z pisarką Kingą Kosińską, autorką książki „Brudny róż” (ukazał się w „Newsweeku” – przyp. red.). Wcześniej nic o transpłciowości nie wiedziałam. Nie zapomnę nigdy tej rozmowy. Pamiętam, jak pomyślałam, że jak to jest w ogóle możliwe, że jest taka osoba, która całe życie zmaga się z tym, żeby uzyskać akceptację, żeby dobrze się czuć, żeby żyć; osoba, która była w szpitalach i podejmowała próby samobójcze, i dlaczego wszyscy o tym nie gadają? Dlaczego nie trąbią o tym wszędzie? To mi się wydawało niemożliwe – dlaczego nie pomagamy, żeby jakoś tym osobom było łatwiej? Od tego się zaczęło. Po drodze poznałam ludzi z Fundacji Trans-Fuzja, chodziłam na konferencje, poznałam Annę Grodzką, zrobiłam z nią wywiad. Jedna, druga rozmowa. Ze 4 lata temu pojawiła mi się w głowie myśl o książce. Gdy uznałam, że jest dobry czas, poszłam do Julii Katy z Trans-Fuzji, by zapytać, co sądzi, że ja, cis kobieta, napisałabym taką książkę.

Dała ci „błogosławieństwo”, ale Julia też jest cis kobietą.

Ale jest osobą zaufaną, która pracuje w Trans-Fuzji od lat, zna społeczność i znała też moje teksty. Z czasem przekonałam sama siebie, choć, tak jak przy twoim pytaniu, czuję czasem, jakbym pisząc książkę, zrobiła coś złego, z czego ciągle muszę się tłumaczyć.

Ale sama miałaś wątpliwości.

Fakt, zastanawiałam się, czy mi wypada, czy nie wyjdzie mi to jakoś płasko, koślawo. Ale jak po 5 godzinach wywiadu słyszę, że super się gadało, bezpiecznie, to jest najlepszy rodzaj zapewnienia, że mogę kontynuować. Czasami ktoś przyznawał, że bał się, że będę zadawać jakieś straszne pytania, np. o seks czy narządy płciowe. A przecież jakby ktoś chciał, to sam by mi opowiedział. To było swoją drogą zabawne, bo na szkoleniu w Trans-Fuzji uczono mnie, czego nie należy mówić, jakich słów nie używać. Wiedziałam na przykład, że nie mogę używać określenia „mastektomia” na rekonstrukcję klatki piersiowej. Jestem na wywiadzie i co słyszę od rozmówcy…?

„Mastektomia”?

Właśnie, tylko że oni mogą tak mówić, ja nie powinnam. Tak uczyłam się od Emilii Wiśniewskiej czy właśnie wspomnianej Julii Katy, że to ważne na poziomie języka, by rozróżnić zabieg, któremu zmuszone są poddać się kobiety mające raka piersi, od operacji wykonywanej przez transpłciowe czy niebinarne osoby. Oba są zabiegami ratującymi zdrowie i życie, ale ten drugi to kwestia dobrowolnego jednak rekonstruowania klatki piersiowej – warto to rozgraniczyć. Mówiono mi też, że nie powinnam pytać o seks, bo wiadomo, cisów nie pytasz o takie rzeczy. Po czym jadę do Marty i Marcela (młoda para., oboje są transpłciowi i są bohaterami „Ciał obcych” – przyp. red.), rozmawiam z nimi i nagle Marta: „Chcesz zobaczyć naszą szufladę z zabawkami erotycznymi?”. I pokazuje mi pejczyk, kajdanki, kulki analne, wszystko po kolei, a ja tylko w głowie: nie pytaj o seks, nie pytaj o seks. (śmiech)

A Marcel się zawstydzał.

Tak, oni są ciekawą parą i to była fajna rozmowa. Oboje otwarci i we wszystkim bardzo optymistyczni. Marta miała więcej energii i cierpliwości, ale oboje pokazali mi inną perspektywę: „Tranzycja bez spinki”. Będzie kasa, to będzie zabieg, nie będzie, to poczekają. W pracy ją misgenderują? Trudno, niebawem będzie miała świetny passing (zgodność między własnym poczuciem tożsamości płciowej a odbiorem płci przez otoczenie – przyp. red.) i nie będą. Marta powiedziała mi też, że tranzycja to pewien proces, który musi/chce przejść, ale nie chce ciągle o nim rozmawiać i się na nim fiksować. Woli gadać i słyszeć również „zwykłe” pytania: „Jak na studiach?”, „Co w pracy?”, jakie zadaje się wszystkim innym osobom, a nie tylko o korektę. Na początku też popełniłam błąd i zadałam Marcie głupie pytanie, czy utrzymuje kontakt z innymi osobami trans we Wrocławiu. Ona na to, że nie, bo po co? Wytłumaczyła mi, że nie zamierza się przyjaźnić z kimś tylko dlatego, że oboje są osobami transpłciowymi. Miałam wyobrażenie o potrzebie wspólnoty doświadczeń, a przecież fakt, że moi bohaterowie są transpłciowi, nie stanowi o całym ich życiu. W kolejnych rozmowach transpłciowość czasami schodziła na drugi plan. To dobrze, bo przecież chciałam pokazać ludzi. Fakt, cechuje ich transpłciowość, ale każdy jest inny, każdego coś innego boli, a niektórych może nic nie boli.

Mało kogo nic nie boli.

No tak, ale mam na myśli samą tranzycję. Bo oczywiście, każdy ma coś swojego, ale to nie jest tak, że wszystkie osoby transpłciowe cierpią, bo muszą przejść terapię hormonalną albo operację. To jest element ich rzeczywistości, ale oprócz tego są jak wszyscy – mają swoje marzenia, cele, ambicje. Każdy chce być tak samo lubiany, akceptowany, ładny, mieć fajne ubrania, jechać na urlop. A nie, że tylko ta korekta.

Czasem było to czuć. Na przykład u Kamila, 19-letniego transpłciowego chłopaka, i jego mamy Gabrieli Wełniak, właścicielki firmy Iguanatrend, szyjącej bindery. Albo właśnie u Marty i Marcela. Ale w większości to jednak trudne opowieści. Na przykład ta o 17-letnim Kornelu z Kamienia Pomorskiego, któremu wciąż przybywało ran po cięciach, do którego babcia mówiła „dziwadło”, a w szpitalu psychiatrycznym nawet „specjaliści” szydzili z jego „wymysłu” bycia chłopakiem. Opowiesz o Kornelu?

Kilka razy się widzieliśmy. Najpierw trzy razy rozmawialiśmy przez telefon, nie chciał rozmów z kamerką, bo był niezadowolony ze swojego passingu. Kiedy się poznaliśmy, jeszcze nie przyjmował nawet hormonów, trafi łam na niego w internecie, miał zbiórkę na diagnozę i lekarzy. W końcu po kilku rozmowach pojechałam do niego do Szczecina i spędziliśmy razem cały dzień. Było super, poszliśmy do galerii, na bubble tea, dużo się śmialiśmy. Na początku się krępował, ale szybko zobaczył, że nie trzeba się bać „tej pani” z Warszawy. Potem za to ja się o niego bałam, bo wiedziałam, że nasze spotkanie nie jest normalnym dniem, że będzie musiał wrócić do domu, gdzie było ciężko, do szkoły, gdzie go nie akceptują. Raz było tak, że umówiliśmy się na rozmowę, a on nie odbierał, nie pisał. Miesiąc później się odezwał i powiedział, że miał gorszy czas, że miał nawrót depresji. A ja już nawet pisałam do jego znajomych. To było trudne, bo jak się do kogoś zbliżasz, to później się martwisz. Bardzo się bałam, żeby mu się nic nie stało, i nie raz mu chciałam powiedzieć: „Wszystko będzie dobrze”, ale wiesz, to strasznie głupio brzmi.

Jakie jeszcze emocje towarzyszyły ci podczas pracy nad książką?

Na początku ciekawość, zastanawiałam się, co usłyszę, co mi ktoś powie. Z drugiej strony czasami czułam się skrępowana, że wypytuję o tak trudne rzeczy. Ale zawsze pytałam, czy mogę, czy to jest w porządku dla danej osoby. Towarzyszyła mi też oczywiście złość, że ten system zawodzi, że operacje nie są finansowane. Raz też się rozpłakałam. Jedna z osób bardzo płakała, jak opowiadała mi swoją historię, mnie też wtedy poleciały łzy. Przeprosiłam.

Przeprosiłaś, że się rozpłakałaś?

Ktoś ci mówi coś przykrego o sobie, a ty płaczesz? To może mieć taki wydźwięk, że „ojej, jaki biedny, jak ci współczuję, to straszne”. Później już bardzo starałam się nie płakać w czasie rozmowy, ewentualnie później. Wiesz, ktoś ma ważne rzeczy do powiedzenia, a ja bym płakała? To nie moje uczucia są wtedy ważne.

Jak w ogóle szukałaś osób do książki?

Pisałam do osób z internetu, często do tych, którzy organizowali zbiórki na dane elementy tranzycji. Jak napisałam do Patryka (transpłciowy 17-latek z Krakowa – przyp. red.), to już był po zbiórce, po operacji, więc opowiedział mi, co przeszedł. Niektórzy odzywali się od razu, mieli potrzebę „wyrzucenia” z siebie swoich doświadczeń, niektórzy wahali się, bo nie byli pewni, czy to naprawdę dziennikarka z Warszawy, czy jakaś grupka typów, chcących trans chłopaka zwabić do parku. A byli i tacy, którzy początkowo się zgadzali, ale potem „znikali”. Nie mam im tego za złe, świadczy to raczej o ich kiepskiej kondycji czy gorszych momentach, w które mogli wpaść nieoczekiwanie. Często też pytałam, o czym dana osoba nie chce rozmawiać. To było ciekawe, bo gdy ktoś mówił, że nie chce rozmawiać np. o swojej mamie, to na kolejnym spotkaniu rozmawialiśmy właśnie o mamie, bo okazywało się, że ta potrzeba rozmowy jest tak duża.

Bohaterami twojej książki są głównie bardzo młode osoby. Dlaczego?

Nie wiem, czy osobą bardzo młodą jest 25-letni Tim Valter, pochodzący z Białorusi, czy 35-letni CJ Chris z Łodzi. Ewa Hołuszko, znana działaczka Solidarności, ma 72 lata, a Ada Strzelec – 66. Bardzo młodych, między 17. a 25. rokiem życia, jest sporo, bo chciałam poznać perspektywę młodych. Wniosek był pesymistyczny, nie jest dobrze.

Ada Strzelec jest autorką pierwszej autobiografii osoby transpłciowej w Polsce – książka „Byłam mężczyzną” wyszła w 1992 r.

Podczas rozmowy z Ewą Hołuszko padło nazwisko Ady Strzelec. Obie kobiety rozmawiały kilka razy przez telefon, ale nigdy nie poznały się osobiście. Zaproponowałam, byśmy zrobiły to razem. I faktycznie Ada po rozmowie z Ewą zaprosiła nas do siebie. Tak powstał tekst o Adzie. Po tej nieszczęśliwej osobie, którą kiedyś była, nie ma ani śladu. „Jest normalnie” – mówiła – „tak, jak właśnie chciałam”.

Rozmawiając ze swoimi osobami bohaterskimi, poradziłaś sobie z odpowiednimi zaimkami?

Dwa razy się pomyliłam. Za pierwszym razem czułam ogromne zażenowanie, bo wiem, jak dużo tę osobę kosztowało, jak dużo wysiłku włożyła w to, żeby mieć właściwy passing. Opowiadała mi o swoich lękach, a ja się pomyliłam. Przez chwilę bałam się, że to będzie koniec rozmowy, bo wiem, jakie to trudne, miałam do siebie żal. Przez chwilę obie milczałyśmy, przepraszałam. Wzięłam parę głębokich wdechów i zaczęłam mówić dalej, potem na szczęście mi wybaczyła. Drugi raz się pomyliłam, gdy byłam u osoby, która całkiem nie dbała o swój passing, więc też miała luźniejsze podejście. No ale znowu – było mi głupio.

W książce znalazł się też głos Pauliny, siostry Kai, 17-letniej osoby niebinarnej.

Najpierw rozmawiałam z mamą Kai, ale ostatecznie to opowieść Pauliny weszła do książki. Nie chodziło o to, że ona ma jakikolwiek problem z niebinarnością, tylko o to, że ona zawsze przez to była jako dziecko swoich rodziców na drugim miejscu. Dobrym przykładem był opis urodzin Pauliny: Kai właśnie tego dnia postanowił się wyoutować. O ile wcześniej wiedziałam, jak to działa w relacji rodzic-dziecko, o tyle ta historia pokazała mi, że są jeszcze inne perspektywy. Dziecko transpłciowe przechodzi cierpienia, rodzic musi jakoś się z tym ułożyć, a są jeszcze inne osoby „z boku”.

Mamy 2023 rok. Ustawy o uzgodnieniu płci oczywiście nadal nie ma, za to transfobii w debacie publicznej jest coraz więcej. Ohydne „dowcipy” Kaczyńskiego to tylko jeden z wielu przykładów.

Początkowo o tym miała być ta książka, chciałam zrozumieć, dlaczego wielu politykom i innym ludziom transpłciowość tak strasznie przeszkadza, że są w stanie mówić w sposób bardzo dyskryminujący, niesprawiedliwy. Zupełnie tego nie rozumiem. Zwróciłam się do kilku z prośbą o rozmowę – np. do wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika – ale napotkałam mur milczenia. Z jednym tylko politykiem udało mi się porozmawiać, ale jego wypowiedzi ostatecznie nie weszły do książki, więc nie ma sensu o tym wspominać. W każdym razie mówił mi, że każdego trzeba darzyć szacunkiem, podczas gdy publicznie wypowiada się w sposób wręcz odwrotny.

A więc nie ma nadziei na zmianę?

Jest. Skoro w innych krajach sytuacja jest lepsza, to u nas też taka może być. Znam pewną polską mamę, która mieszka w Paryżu, jej syn wyoutował się jako osoba trans w wieku 13 lat. Przejawy dyskryminacji, transfobii spotykają się z natychmiastową reakcją np. nauczycieli w szkole.

***

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora.  

 

Tekst z nr 104/7-8 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bethan Roberts – “My Policeman”

Wyd. Wielka Litera 2022

 

 

Marion i Patrick kochają jednego człowieka. W pamiętniku Patrick pisze o nim „mój policjant”. Podda się tej miłości, zdając sobie sprawę z możliwych konsekwencji (w konserwatywnej Anglii lat 50. homoseksualizm karany jest więzieniem). Z kolei dla Marion Tom jest wymarzonym mężem. I ona opowie swoją historię, tyle że prawie pół wieku później – adresatem tej opowieści stanie się Patrick, stary i schorowany, pozostający pod jej opieką. Poznamy dziewczynę tak samo zakochaną i podobnie stłamszoną przez ówczesne normy społeczne. Długo nie była świadoma tego, kim naprawdę jest dla Toma Patrick i dlaczego w jej małżeństwie brakuje prawdziwej bliskości. Tom, bodaj najbardziej z nich zagubiony, lawirujący między uczuciami a powinnościami, nie dostaje prawa głosu. Kolejna historia małżeńskiego trójkąta z motywem LGBT? Owszem – jednak Bethan Roberts przedstawia ją w nietuzinkowy sposób. Dramat bohaterów poznajemy stopniowo. Mniej się tu liczy fabuła (pojawiają się spore luki, które czytelnik musi wypełnić samodzielnie), a bardziej psychologia postaci, złożona i głęboka. Tom, Marion i Patrick po wielu latach znów wejdą w sieć nieoczywistych relacji, będą musieli się skonfrontować z kolejnymi niełatwymi wyborami. Każde z nich będzie zarazem katem i ofiarą. (Michał Paweł Urbaniak)

 

Tekst z nr 104/7-8 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.