Związek skrojony na miarę

JACEK MULCZYK-SKARŻYŃSKI, słynny „Pan od francuskiego”, który zdobył popularność dzięki filmikom – uczy w nich, wcielając się w różne, męskie i damskie, postacie. ADAM CHOWAŃSKI, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich stylistów, znany m.in. z „Dzień dobry TVN” czy „Projekt Lady”. Pierwszy wspólny wywiad z nimi przeprowadził Tomasz Piotrowski

 

Foto: arch. pryw.

 

16 stycznia powiedzieliście na Instagramie, że od 4 lat jesteście razem. Czemu tak długo to ukrywaliście?

Jacek: Wcale tego nie ukrywaliśmy! Już wcześniej umieszczaliśmy wspólne zdjęcia na IG, tylko po prostu my nie prowadzimy życia…

Adam: Power couple!

J: Właśnie, power couple! Nie dzielimy się całym swoim życiem w mediach społecznościowych. Każdy z nas ma swoje osobne konto, które de facto jest zawodowe, a nie prywatne. Ja mówię o języku, Adam przybliża tematy związane z modą i normalizacją różnorodności. Rzadko wrzucamy wspólne zdjęcia. Przyznaj się, Tomek, że wcześniej nas nie obserwowałeś!

Obserwuję was już od jakiegoś czasu i nie tylko ja dowiedziałem się o waszym związku dopiero teraz. Jak sam, Adamie, pisałeś na IG, otrzymałeś wiele wiadomości od twoich obserwujących po tym coming oucie, bo ja nadal to uważam za coming out.

A: Ale to nie był coming out, bo nie ujawniałem przy tym naszej tożsamości seksualnej, którą uważałem za oczywistą. Pochwaliliśmy się czwartą rocznicą związku i tyle. W przypadku par hetero w podobnej sytuacji również nie chodzi o obwieszczenie światu ich orientacji, ale o powiadomienie o jakimś ważnym wydarzeniu z życia. J: W ogóle nasz związek jest bardzo… zwyczajny.

A: I nudny!

 J: Po prostu jesteśmy razem, kochamy się, mieszkamy ze sobą, mamy pieska… Taka zwykła rodzina: 2+1. Nic wielkiego.

A: Jak w serialach z Netflixa. Tam już nie roztrząsa się tego, jaką kto ma orientację, ale jakie spotykają go codzienne problemy: randki, praca, porażki i sukcesy.

Od czerwca zeszłego roku mieszkacie w Paryżu, gdzie Jacek założył własną szkołę języka francuskiego dla obcokrajowców. Czy nagonka na ludzi LGBT+ w Polsce miała wpływ na waszą wyprowadzkę? Pytam o to, bo ostatnio wiele osób LGBT+ decyduje się na wyjazd właśnie ze względu na homo- i transfobię rządzących.

A i J: No raczej.

A: W żadnym wypadku nie była to emigracja ekonomiczna, ponieważ w Polsce mieliśmy wygodną sytuację zarówno zawodową, jak i finansową, a tutaj zaczynamy poniekąd od zera.

Jak więc wspominacie to dorastanie w homofobicznej i transfobicznej Polsce?

A: Dorastanie młodych gejów w Polsce pod koniec lat 90. to był dramat. I chyba nadal niewiele się pod tym względem zmieniło. To był najgorszy okres mojego życia. Liceum? Koszmar! Śni mi się dalej po nocach. Mimo że starałem się nie wyróżniać, to i tak na korytarzach w szkole towarzyszyły mi kąśliwe komentarze: „To ten pedał, ta ciota”. Dwa razy zostałem dotkliwie pobity przez homofobów. To straszne, ale zarazem nic wyjątkowego – większość queerowych osób w Polsce przeżywa to każdego dnia.

J: Chyba że się dobrze ukrywają. Mnie akurat nikt nie pobił, ale też wytykano mnie palcami. Proces samoakceptacji był u mnie długi. Najpierw klasyczne wyparcie, potem próba ukrywania, aż w końcu zostałem wyoutowany przez brata. W sumie jestem mu teraz trochę wdzięczny, bo może bym zwlekał do dziś? Nigdy nie ma odpowiedniego momentu, by się zabrać do tej rozmowy. Rodzice, nawet jeśli przeczuwają, wolą zamykać oczy i wmawiać sobie, że ich dziecko jest „zgodne z oczekiwaniami społeczeństwa”. Dlatego moi rodzice bardzo to przeżyli. Szczególnie tata.

Wyoutowany przez brata? Jak to się stało?

J: To był chyba rok 2010. Byłem wtedy w długim związku, kończyłem studia i naprawdę zbierałem się, żeby powiedzieć rodzicom, bo jak długo można żyć w ukryciu? Mój starszy brat obserwował mnie na FB i w końcu jakoś połączył kropki.

A: I chciał ci tym zaszkodzić.

J: Powiedział wtedy, że nie chce, żeby jego brat był „pedziem”, a potem padło to zabójcze: „Powiem mamie!”. Tragiczne jest to, że ludzie patrzą tylko z własnej perspektywy. Mówią, że nie chcą, żeby ich brat był gejem, nie dlatego, że boją się o jego przyszłość w homofobicznym społeczeństwie, ale obawiają się o własną reputację – o to, co inni o nich pomyślą. Moja mama też tak zareagowała. Powiedziała: „No dobrze, ale nie mów o tym nikomu”. Ale dlaczego mam nikomu nie mówić?

A jak było u ciebie, Adamie?

A: Mój rodzinny coming out odbył się stosunkowo późno, miałem ok. 30 lat i żyłem już samodzielnie. Wychowywany byłem tylko przez mamę, więc może było mi łatwiej? Powiedziałem jej w Wigilię, tuż po kolacji.

J: Ale znalazłeś idealny moment.

A: Od zawsze był we mnie pierwiastek drama queen. Wszyscy znajomi właściwie już wiedzieli i tylko mama została „do odhaczenia”. Na szczęście zawsze miała liberalne poglądy, więc przyjęła to bez mrugnięcia okiem, w dodatku i tak się domyślała od wielu lat. Ale widzisz, mimo że wiedziałem, że będzie spoko, to i tak odwlekałem to w czasie.

J: Bo to nigdy nie jest łatwa rozmowa.

Jacku, wspomniałeś, że ojciec bardzo źle to przyjął. Chcesz powiedzieć o tym więcej?

J: Ciężko mu było to w ogóle zrozumieć. W przypływie emocji powiedział, że „wolałby mieć syna złodzieja niż geja”.

A: O ja pierdolę.

J: To było straszne, ale starałem się go jakoś zrozumieć. W tamtych czasach, gdy w filmach pojawiali się jacyś geje, to ich jedyną rolą było umieranie na AIDS albo przeżywanie problemów związanych z dyskryminacją. Żadnego pozytywnego przekazu.

A: Przez to bycie gejem było wtedy postrzegane jako przekleństwo. Ja na szczęście byłem w pełni uniezależniony od mamy, ale jak ma sobie z tym poradzić dziecko LGBT+, które mieszka z rodziną i towarzyszą mu jedynie negatywny przekaz oraz brak oznak akceptacji ze strony najbliższych? Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.

Jak dzisiaj wyglądają wasze relacje z rodzicami?

J: Tata po latach powiedział mi w rozmowie telefonicznej, że chce tylko mojego szczęścia. To zdanie jest dla mnie najpiękniejszym wspomnieniem sprzed jego śmierci. A nasze mamy nas znają, pytają się co u nas, pozdrawiają.

A: Moja mama uwielbia oglądać filmiki Jacka na IG i czasem, gdy rozmawiamy przez telefon, mówi: „A widziałam nowy filmik! Ale on zdolny!”. I najbardziej go lubi w rolach kobiet.

J: A tak! To kolejny motyw. Moja mama niedawno odkryła termin „niebinarność” i od razu do mnie: „Słuchaj, ty się tak na tych filmikach przebierasz, a ja słyszałam o niebinarności…”. (śmiech) Ja na to, że przecież kiedyś przebrałem się też za kota, i co z tego wynika? Nie czuję się osobą niebinarną.

A: Wychodzi brak edukacji seksualnej. Niby skąd ludzie mają znać te wszystkie zawiłości sfery płciowej?

J: Ale we Francji też można spotkać ludzi, którzy ciągle nie akceptują inności. Różnica jest tylko taka, że tutaj homofobia jest karalna, związki partnerskie są od 1999 r., a małżeństwa jednopłciowe od 2013 r. Zresztą debata publiczna na ten temat też była wtedy burzliwa. Marine Le Pen (przewodnicząca Rassemblement National, skrajnie prawicowej partii i kandydatka na prezydentkę Francji w tegorocznych wyborach – przyp. red.) walczyła wtedy o „tradycyjne rodzinne wartości”, a dzisiaj ma w swojej partii osoby homoseksualne, z którymi się wręcz obnosi.

A: No właśnie, wiele się zmieniło. We Francji już nawet prawicowcom nie wypada być homofobami i w Polsce pewnie kiedyś będzie tak samo. Jednak jesteśmy jeszcze jakieś 20 lat do tyłu, bo homoseksualność nadal spłyca się jedynie do seksu. Pamiętam, gdy wyznałem mojemu licealnemu koledze, że jestem gejem, odruchowo odsunął się ode mnie o metr, jakbym miał się na niego zaraz rzucić.

Adamie, ty jesteś stylistą, czy to nie wywoływało wobec ciebie homofobicznych komentarzy? W Polsce stereotypowo to wciąż chyba zawód, który, jeśli wykonuje facet, to „musi” być gejem?

A: Branża modowa jest bardzo queerowa. W spisie GUS-u figuruję jako „stylistka”, bo oficjalnie nie ma męskiej odmiany tego zawodu. (śmiech) Jestem sobą, nie powstrzymuję swojej ekspresji i nie muszę udawać bardziej „męskiego”. Przy produkcjach telewizyjnych wręcz traktowano to jako mój atut.

J: Chociaż był jeden program, gdzie kazali ci być „męskim”, pamiętasz?

A: A tak! Producentka jednego odcinka metamorfozy podeszła do mnie w trakcie nagrania i dała wytyczne: „Przepraszam, czy mógłbyś być mniej taki…”, i nie wiedziała, jak to określić, więc tylko wywijała nadgarstkami. Mega się wtedy wkurwiłem i tego dnia przybrałem pozę stylisty „twardziela”. Wyglądało to komicznie i już nigdy więcej mnie o to nie poprosiła. To był jeden epizod. Generalnie nikt nigdy w telewizji nie miał problemu z tym, jaki jestem. Większy problem mieli widzowie wyzywający mnie w komentarzach od „pedałów”.

Mówisz, że w twoim środowisku zawodowym praktycznie homofobii nie ma, ale w jednym z wywiadów powiedziałeś, że obecnie 75% twoich klientów to mężczyźni, i to w dużej części z branży IT. Nie nazwałbym tej branży tak otwartą.

A: To chyba też w dużej mierze stereotyp. Osoby, które do mnie trafiają, to ludzie bardzo otwarci. Jeżeli u kogoś pojawia się potrzeba pójścia do stylisty, to oznacza, że większość podstawowych potrzeb ma już zaspokojonych. Ci ludzie często podróżują, prowadzą światowy tryb życia i to nie jest dla nich problem, że ktoś jest gejem. Zresztą nikt mnie o to nie pyta! Z mężczyznami generalnie mi się łatwiej pracuje, dzięki temu, że sam jestem mężczyzną i wiem, czego oni chcą, mimo że zazwyczaj są to bardzo heteroseksualne potrzeby. Niektórzy walą wprost: „Adam, tak mnie ubierz, żeby laski na mnie leciały w klubie!”. To jest cytat. (śmiech)

A geje też do ciebie przychodzą?

A: No co ty, przecież geje potrafi ą się ubrać! (śmiech) Żartuję oczywiście, ale w sumie to nie wiem, bo nie pytam klientów o ich orientację seksualną, nie interesuje mnie to.

A jak to jest z tym mitycznym gejradarem? Przecież swój swojego pozna.

A: (śmiech) Ja właśnie mam problem z gejradarem. Według mnie lepszy mają homofoby, bo jakoś potrafią wytropić swoje ofiary! Gdy byliśmy na wakacjach we Włoszech, wydawało mi się, że większość mężczyzn jest homo! (śmiech) Oni tam po prostu dobrze wyglądają, są świetnie ubrani. Ale to oczywiście znowu jakieś kalki, stereotypy. Totalnie bez sensu, że tak w ogóle myślimy i mówimy. Rzeczywiście może się wydawać, że geje bardziej dbają o swój wygląd i wizerunek, ale podszyte to jest brakiem akceptacji społecznej. Pracuję teraz nad książką omawiającą m.in. negatywny wpływ wyidealizowanych wzorców na naszą pewność siebie i postrzeganie swojego ciała. Dotarłem do materiałów źródłowych, z których wynika, że przesadna troska gejów o swój wygląd, wszechobecny kult ciała wypływa z chęci dowartościowania się. Działa tutaj podświadomy skrót myślowy: nie jestem akceptowany przez większość, więc może jeśli będę atrakcyjny, to mam szansę zyskać upragnioną przychylność otoczenia. Dodatkowo wśród gejów występuje spory odsetek osób, które nie są zadowolone ze swego wyglądu. Bardziej surowo oceniają siebie jedynie kobiety hetero. Te dwie grupy są pod największym wpływem narzuconych kanonów piękna.

A Jacek od początku dobrze wyglądał, czy jemu, Adamie, wymieniłeś pół szafy?

J: Był przegląd szafy! Ale raczej na moją prośbę. Nie umiałem się ubrać. Kupowałem ciuchy, które mi się po prostu podobały.

A: Ciekawe miałeś te swoje stylizacje. (śmiech)

J: Jakoś ci się spodobałem!

A: Na pierwszą randkę niesamowicie się wystroił. Pamiętam dokładnie. Miał spinki do mankietów w kształcie autobusów, spodnie z taką kieszenią kangurką… No odwalił się! Ja specjalnie ubrałem się zwyczajnie, żeby nie poczuł się niekomfortowo, a tymczasem to on zaszalał.

No właśnie, nie opowiedzieliście jeszcze, jak się poznaliście.

J: A to piękna, romantyczna historia.

A: Wymyśliłem sobie, że nauczę się francuskiego.

J: Ale najpierw był teatr! Nie wyprzedzaj! Jest rok 2016, Teatr Dramatyczny, spektakl o gejach w obozie koncentracyjnym („Bent” – przyp. red.), więc ostro. Czekałem na znajomych. Patrzę, a tu taki fajny, przystojny koleś, rzucam okiem, wpatruję się, ale on oczywiście nic nie widzi.

A: Czekałem na swojego ex. I rzeczywiście, zupełnie Jacka nie pamiętam stamtąd. Minęły 2 lata i stwierdziłem, że chcę uczyć się francuskiego.

J: A co się dzieje, kiedy w Google wpisujesz „lekcje francuskiego”?

A: Zawsze wtedy wyskoczy „Pan od francuskiego”! Zacząłem śledzić jego profil na IG.

J: A ja mówię: „O! To ten przystojniak z teatru!”. I zaczęliśmy się obserwować. Ja daję lajka jemu, on mi. Wiesz, jak to jest. Tak to trwało kilka miesięcy, a potem zaprosił mnie do znajomych na FB.

A: Jakiś czas później miałem prowadzić szkolenie dla mężczyzn, którego jednym z elementów była nauka wiązania krawatów. Potrzebowałem ich 40 sztuk, więc wrzuciłem ogłoszenie na FB.

J: A ja miałem dużo krawatów, więc zgłosiłem się, że mogę dać. Surowo, bez żadnych emotek ani podtekstów. W końcu Adam przyszedł do mnie je odebrać.

A: Na Starówce przed spotkaniem wypiłem ze dwa grzańce.

J: A ja zaproponowałem mu kieliszek wina. I powiedziałem: „Słuchaj, ja mam krawaty, ty jesteś stylistą, to pokaż mi, jak się je wiąże”. Adam wziął krawat do ręki, obwiązuje mnie nim…

A: Byłem tak podekscytowany, że totalnie zapomniałem, jak te krawaty się wiąże. (śmiech)

J: I tak stał tuż przede mną, patrzyłem w jego oczy, jego dłonie tuż obok – wiedziałem już, że to ten moment, że zaraz będziemy się całować, a tu…nic! Do niczego nie doszło! (śmiech) Dałem mu krawaty, a Adam, wychodząc, obiecał, że w rewanżu zaprosi mnie na grzańca.

A: I zaprosiłem.

J: Tak, ale kilka tygodni później. Co ja musiałem przeżywać w tym czasie! Wreszcie się spotkaliśmy na kolację. Karty na stół. Przy drugiej butelce wina szczerze powiedziałem mu, że gdybym nie był zainteresowany, tobym tutaj nie siedział. Adam wtedy sięga pod stół i mówi…

A: „Zupełnie przez przypadek mam przy sobie obrączki”.

J: Ze spinaczy zrobił na szybko dwa kółka. Jakoś po tygodniu zaczęliśmy mieszkać razem. I tyle. Trwa to do dziś.

Mam uwierzyć w tę historię?

(śmiech)

J: Czysta prawda! Co się tak dziwisz? Jednak trochę randkowaliśmy poprzez te lajki na IG, a na żywo kliknęło od razu, więc, nie tracąc czasu, od razu poszliśmy na całość!

A: Jak tego słucham, to rzeczywiście brzmi to trochę creepy.

J: U nas było prosto, nie było tego podręcznikowego czekania, zanim się odpisze, ściemniania, że nie zależy, rozmyślania. A: Jakby miało nie wyjść, toby nie wyszło. A wyszło.

J: (śmiech) Z cytatów Paulo Coelho.

W takim razie gratuluję. To muszę zapytać o pierwszy konflikt. Przecież wy się praktycznie nie znaliście i od raz znaleźliście się pod jednym dachem.

J: Bardzo rzadko się kłócimy. Jeśli już, to są to jakieś pierdoły typu bałagan w domu.

A: A, że ja niby nie sprzątam? No tak, może prawda.

J: O, wyszło! Proszę, wreszcie się przyznałeś! (śmiech)

Z waszego konta na IG wiem, że w tym roku planujecie zawrzeć związek partnerski.

A: Chcemy uregulować nasz związek prawnie i cieszyć się przywilejami, które mają sformalizowane pary.

J: A może kiedyś ślub? W końcu jesteśmy zaręczeni.

A: Zupełnie przez przypadek mam przy sobie obrączki… (śmiech)

A o adopcji też myślicie?

J: Tego zupełnie nie czujemy. Nie widzimy się w roli ojców.

A: Tak. I to chyba sekret naszego związku, że w ważnych sprawach mamy zwykle takie samo zdanie. Dzielimy bardzo podobne wartości, w każdym z dyskusyjnych tematów okazuje się, że uważamy podobnie.

J: Fajni goście z nas są, co tu gadać.

A: Może niech inni ocenią, a nie ty.

Zbliża się sezon Parad, więc jak mam okazję, to zapytam stylistę – co w tym roku założyć na Paradę? Jakaś golizna wchodzi w grę?

A: Pióra w dupę i do przodu! (śmiech) A tak na serio, okres Pride to w końcu czas dumy i pokazania światu, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, niż się wszystkim wydaje, jest przede wszystkim bardziej różnorodna. Dlatego nie widzę przeszkód, aby zaznaczyć swoją odrębność strojem odbiegającym od obowiązujących standardów i norm. Oczywiście jeśli ktoś ma na to ochotę i czuje taką potrzebę wyrazu. Jeżeli u kogoś widok faceta w ćwiekach i piórach bądź kobiety z nagimi sutkami wywołuje obrzydzenie lub źle się kojarzy, to trudno. Nie jesteśmy po to, aby spełniać czyjeś oczekiwania estetyczne. Zresztą normalizacja różnorodności jest bolesnym procesem. To ma boleć! Zabawne, że golizna w wydaniu hetero na karnawale w Rio nikomu nie przeszkadza, ale golizna LGBT+ podczas naszego święta jest dla niektórych zamachem na porządek świata.  

 

Tekst z nr 96/3-4 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bezinteresowny on air

Z KSAWERYM KONDRATEM,  transpłciowym chłopakiem, autorem popularnego profilu na IG, Spotify i TikToku, rozmawia Michalina Chudzińska

 

Foto: arch. pryw.

 

„Bezinteresowny On Air” – pod tą nazwą prowadzisz konto na Instagramie, nagrywasz podcast na Spotify i filmiki na TikToku. Przeważa na nich tematyka transpłciowości, o której opowiadasz z niesamowitą werwą i pozytywną energią.

Choć ciężko w to uwierzyć, sam jeszcze 3 lata temu prawie nic nie wiedziałem na ten temat. Pochodzę z bardzo małej miejscowości pod Białymstokiem i samo pojęcie „trans” nie było mi znane, kiedy jeszcze tam mieszkałem. Brakowało mi polskiego źródła wiedzy, które byłoby wystarczająco rzetelne, szukałem na stronach zagranicznych. Postanowiłem, że skoro i tak wykonałem jakąś robotę, to dlaczego się tym nie podzielić? Słyszałem wielokrotnie, że mam smykałkę do przekazywania wiedzy. Stąd pomysł, by zacząć mówić o transpłciowości głośno. Tik- Tok jest dobrym miejscem, by docierać do osób młodych, które zmagają się z podobnymi problemami, co ja kiedyś. Zaczęło się od podcastu, który zacząłem najpierw w formie pamiętnika bez świadomości, że to do kogokolwiek dotrze. To była dla mnie swego rodzaju terapia, bo na początku tranzycja była dla mnie bardzo trudna.

Dorastanie czy dojrzewanie to szczególny czas, kiedy odkrywa się swoją seksualność i tożsamość płciową. Jak to wyglądało u ciebie?

Odbywało się etapami. Na początku dojrzewania była we mnie pewna niezgodność. Zauważyłem, że mam pociąg do kobiet, i długo myślałem, że jestem homoseksualną kobietą. Nie było to jednak dla mnie wystarczające, ale zaakceptowałem to. Później, kiedy ciało zaczęło dojrzewać, inne dziewczynki cieszyły się z tego, a mi to strasznie przeszkadzało. Starałem się spłaszczać swój rosnący biust, garbiłem się. Nie byłem w stanie patrzeć na siebie w lustrze. Moje ciało zaczęło mi przeszkadzać. A jeszcze później, przy bardziej intymnych sytuacjach nie byłem w stanie pokazać się w całości przed bliską osobą. Nagość mi przeszkadzała.

W gimnazjum, mając te 15 lat, gdy nie znałem jeszcze pojęcia „trans”, rok ode mnie młodsza osoba po wakacjach wróciła do szkoły z prośbą, by zwracać się do niej męskimi zaimkami, a na FB zmieniła imię z damskiego na męskie. Nigdy się z czymś podobnym nie spotkałem. Zacząłem się nim interesować i poczułem, że też tak chcę, też chciałbym po wakacjach wrócić i oznajmić, że jestem Ksawery. Od tamtego momentu co wieczór zasypiałem z myślą, że chciałbym obudzić się jako chłopiec. Byłem wtedy jednak pewien, że to nierealne. Wówczas bardzo angażowałem się w kościół i myślałem, że to jakiś demon we mnie, więc chciałem go wyciszyć. Przecież nie mogłem sprzeciwić się woli bożej. Dopiero gdy spotykałem się z moją pierwszą dziewczyną, podałem w wątpliwość swoje przemyślenia dotyczące kościoła i „czystości”, bo nie czułem, że robię źle. Czułem się bardzo szczęśliwy w tym wszystkim.

Samo pojęcie „trans” poznałem na początku studiów, a studiowałem informatykę na Politechnice Warszawskiej. Miałem wówczas partnerkę, która pokazała mi wachlarz terminów, które, jak się potem okazało, odpowiadają moim odczuciom. To właśnie wtedy, w 2018 r., gdy miałem 20 lat, zacząłem dopiero akceptować siebie. I zrozumiałem: jestem heteroseksualnym transpłciowym mężczyzną.

Jak funkcjonowałeś jeszcze jako dziewczyna na studiach?

Ogólnie na roku było około siedmiu dziewczyn na sto osób. Czasami zdarzały się bardzo nieprzyjemne sytuacje. Raz miałem zajęcia, nie pamiętam dokładnie jakie, ale polegały na tym, żeby fizycznie złączyć jakiś obwód elektryczny. Byłem wtedy przed tranzycją, w parze z koleżanką. Wykładowca pół godziny przed zakończeniem zajęć powiedział do nas: „Panie już tego i tak nie zrobią, więc może panie sobie darują”. My w szoku, bo mamy jeszcze czas, a on zakłada z góry naszą porażkę, mimo że obok w ławce byli chłopcy, którzy byli w tym zadaniu sto lat za nami. Ale do nich takiego tekstu nie kierował. Gdy zmieniłem dane w dokumentach, studiowało mi się dużo lżej.

Jak na twoją transpłciowość zareagowała twoja rodzina i przyjaciele?

Powiedziałem im krótko przed rozpoczęciem terapii hormonalnej. Był to czerwiec 2019 r. Przy rozmowie ze swoimi lekarzami powiedziałem, że nie wezmę pierwszego zastrzyku, dopóki nie powiem rodzinie i znajomym. Najpierw coming out poczyniłem przed bliższymi znajomymi ze studiów. Stresowałem się, ale zareagowali bardzo pozytywnie, mówiąc, że było to po mnie widać od dawna i tylko czekali, aż przyjdę i im to powiem. Nawet kiedy należałem do akademickiej wspólnoty kościelnej, ludzie stamtąd mieli bardzo pozytywne reakcje. Nadal mam kontakt z tymi ludźmi, mimo że sam odszedłem od kościoła.

Rodzina dowiedziała się później, dosłownie kilka dni przed rozpoczęciem terapii. Obiecałem im, że te kwestie zostawię dla siebie, dla nas i nie będę o nich opowiadał. Jest to dość delikatny i emocjonalny temat, więc wolę o tym nie mówić. Na razie nie jestem na to gotowy. Oni też nie. Było ciężko, ale stanęli na wysokości zadania i zaakceptowali. Mogę powiedzieć, że stało się to stosunkowo szybko, bo w kilka miesięcy. Ostatecznie wspierają mnie w całym procesie tranzycji. Najtrudniej im było przestawić się na zaimki, ale to całkowicie zrozumiałe. Nauczyli się z czasem. Nie cała rodzina wie o mojej transpłciowości. Większość wie i akceptuje. Jestem dla nich wnukiem, bratem. Mieli też okazję poznać niedawno moją narzeczoną. Natomiast mam też babcię, ciotki i wujków, którzy do tej pory nie wiedzą, są przekonani, że studiuję za granicą. Mimo że działam w social mediach, nie wiedzą, że to ja, bo wyglądam przecież inaczej niż kiedyś. Możliwe jednak, że domyślają się pewnych rzeczy, bo jednak jak ktoś znika niemalże na 3 lata, to jest to zauważalne i pojawiają się pytania.

Natomiast ci, którzy wiedzą – kuzyni, siostry i bracia cioteczni – zaczęli do mnie pisać, że są na bieżąco z moim TikTokiem i że fajne rzeczy robię. Sprowokowało nas to do rozmów nie tylko á la small talk, ale też o sprawach łóżkowych.

A jak osoby z zewnątrz reagują na twoje filmiki? Masz kilkadziesiąt tysięcy obserwujących.

Mam ogólnie pozytywne grono odbiorców z różnych grup wiekowych. Dużo młodych ludzi pisze do mnie, że przez trzyminutowy filmik dowiedzieli się więcej niż przez 3 lata w szkole na WDŻ. To są trochę takie miniwykłady z edukacji seksualnej. Jest ogrom osób, które piszą, że są matkami, ojcami i dzięki moim filmom są w stanie lepiej zrozumieć swoje dzieci, i że nie jest to dla nich już wtedy temat nieznany. Czasami trafi się też hejter, który próbuje mi wmówić, że np. od testosteronu nie ma czegoś takiego jak przyrost łechtaczki. Usuwam takie komentarze – wśród moich odbiorców jest dużo osób trans, które mają różną wrażliwość i są na bardzo różnym etapie tranzycji. Nie chcę, by ktoś miał przez to jakieś problemy i wątpliwości. Staram się, by mój profil był bezpieczną i opartą na faktach przestrzenią.

Wspominałeś na TikToku, że jesteś po wszystkich operacjach. Jak wyglądała u ciebie tranzycja, jeśli mogę o to zapytać?

Chciałem nawet o tym nagrać odcinek. (śmiech) Moja jedynka, tj. mastektomia, czyli rekonstrukcja klatki piersiowej, była jedyna w swoim rodzaju. Robiłem operację w prywatnej klinice we Wrocławiu. Był październik 2019 r. Miałem mieć operację o 8 rano, więc od poprzedniego wieczora byłem na czczo.  Z rana byłem już gotowy, z gołą klatką piersiową, podjarany, chirurdzy gotowi do akcji i okazuje się, że nagle zabrakło prądu. Nie można było przecież zacząć operacji bez prądu, więc musieliśmy czekać. Mija godzina za godziną, a zazwyczaj w takich klinikach jest tak, że przychodzisz, kładziesz się, operują cię, śpisz cały dzień i następnego dnia z samego rana jest wypis. A ja oczywiście miałem dodatkowe atrakcje. Ostatecznie prąd wrócił, ale czekałem na niego cały dzień i operowali mnie ok. godz. 21. Trwało to niecałe 2 godziny, całą noc potem spałem.

Rano obudziłem się, miałem badanie i okazało się, że klatka piersiowa tak mi spuchła, jakby mi piersi odrosły. Okazało się, że nagromadziła się krew i trzeba było mnie znowu operować. Później chirurg zalecił, żebym został kontrolnie na kilka dni we Wrocławiu. Poza tym miałem chyba wszystkie możliwe komplikacje. Poza krwiakiem nie przyjął mi się lewy sutek. Zamiast niego mam po prostu bliznę. Przez następne miesiące cały czas miałem opuchliznę, ciągle zbierały się płyny w klatce i miałem ograniczone ruchy w rękach. To było bardzo frustrujące. Przez następne 2 miesiące musiałem chodzić do chirurgów na miejscu w Warszawie, gdzie mieszkałem. Pół roku dochodziłem do siebie. To była trudna droga, ale tak już mam, że życie lubi się ze mną podroczyć. Mimo wszystko bardzo dużo zawdzięczam chirurgom i pielęgniarkom z wrocławskiej kliniki, którzy sprawili, że mogłem odetchnąć pełną, płaską piersią.

Dwójkę, czyli histerektomię (chirurgiczne usunięcie macicy – przypis red.), robiłem w tej samej klinice. W przeciwieństwie do jedynki obyło się bez komplikacji. Mamy dwa rodzaje histerektomii: albo usuwa się całość, macicę, jajniki i szyjkę macicy, albo zostawia się tylko szyjkę. Ja ją zostawiłem, ale i tak usunięto mi ją przy trójce. A między jedynką i dwójką miałem zmianę danych osobowych.

To ten absurdalny proces, gdy trzeba pozwać do sądu własnych rodziców o błędne oznaczenie płci w akcie urodzenia.

Dokładnie. Pozew złożyłem w listopadzie 2019 r. w Białymstoku, który, jak wiesz, nie uchodzi za tolerancyjny. Składałem tam, ponieważ rodzice są tam zameldowani. Już wtedy pogodzili się z całą sytuacją, relacje nam się poprawiły i wspierali mnie. W sądzie zeznali, że bez problemu się zgadzają. Niestety, to i tak nie wystarczyło, bo miałem w swojej sprawie przydzieloną prokuratorkę, która zażądała, bym udowodnił jej, że jestem mężczyzną. Na rozprawie pytano mnie o szczegóły życia intymnego, np. kiedy i z kim straciłem dziewictwo. Przy rodzicach. To było strasznie krępujące.

Jest jeszcze „trójka”, czyli rekonstrukcja penisa, której wielu mężczyzn trans w ogóle nie robi. A można ją zrobić na dwa sposoby: metoidioplastykę lub falloplastykę. Wiem z twojego TikToka, że zdecydowałeś się na tę pierwszą. Wytłumaczysz różnicę?

Przede wszystkim różnica polega na tym, że w przypadku falloplastyki uwzględnia się przeszczep płatu skóry z innej części ciała pacjenta, a w przypadku metoidioplastyki cała rekonstrukcja penisa bazuje na przeroście łechtaczki, czyli nie przeszczepia się ani skóry, ani naczyń krwionośnych i nerwów. W przypadku meto – ten neopenis jest w stanie osiągnąć od 3 do ok. 7 centymetrów, więc jest mały i nie ma możliwości penetracji. Jest za to możliwość bezpośredniej stymulacji, ponieważ wokół przerośniętej łechtaczki nie ma żadnego obcego ciała i jest znacznie większa wrażliwość. Natomiast w falloplastyce łechtaczka jest schowana w cylindrze stworzonym ze skóry, więc bezpośrednia stymulacja jest utrudniona.

Falloplastyka dzieli się na cztery główne podgrupy i w zależności od tego, którą podgrupę pacjent wybiera, neofallus cechuje się zupełnie innymi własnościami. Jest grupa RFFF (Radial Forearm Free Flap), czyli pobiera się płat skóry z ręki; ALT (Anterolateral Thigh Flap), czyli z okolicy przednio-bocznej uda; MLD (Musculocutaneous Latissimus Dorsi), czyli płat skóry z pleców. Jest też pobranie płatu rurowatego z podbrzusza. W zależności od tego, z której części ciała pobierze się płat, przeszczepia się również naczynia krwionośne oraz nerw.

W przypadku falloplastyki pojawia się też większa liczba powikłań niż w przypad ku metoidioplastyki. Na przykład mogą wystąpić trudno gojące się rany i bardzo duże blizny po nich. Może też dojść do martwicy członka, jeżeli zostanie popełniony jakiś błąd w operacji. Trochę powikłań w obu metodach wiąże się z przedłużeniem cewki moczowej, bo to jest bardzo delikatny obszar, który ciężko się goi. Czasami pojawia się np. przetoka, która polega na tym, że w miejscu, w którym łączymy starą cewkę moczową z nową, dochodzi do przerwy i cieknie tam mocz przy załatwianiu się. Zdarza się też odrzut implantów jąder z ciała w obu sposobach. Oczywiście nie każdego spotykają wszystkie te powikłania, ale warto wiedzieć, że one istnieją. Zresztą nie sposób wymienić wszystkich w skrócie.

Poza tym w metoidioplastyce mamy możliwość osiągnięcia naturalnej erekcji w momencie podniecenia. Natomiast w falloplastyce zawsze jest mechaniczna i żeby ją osiągnąć, potrzebna jest erective device, czyli proteza erekcyjna. Wtedy erekcja wywołana jest bez względu na stan podniecenia.

Ty zdecydowałeś się jednak na metoidioplastykę.

Początkowo planowałem falloplastykę. Myślałem, że duży penis pomoże mi w postrzeganiu siebie jako mężczyzny, w poczuciu własnej wartości. Jednak zdałem sobie sprawę, że nie jest mi on potrzebny, a fajnie byłoby mieć jakąś satysfakcję erotyczną podczas współżycia z drugą osobą. Meto była mi w stanie to zagwarantować. Jest tańsza i z mniejszym ryzykiem powikłań. To chyba były moje główne powody. Poza tym moja narzeczona też miała wpływ na tę decyzję. Pomogła mi zdefiniować moją męskość bez względu na to, co mam w spodniach, i za to jestem jej ogromnie wdzięczny.

Poznaliście się w trakcie twojej tranzycji?

Tak. Przez portal Queer.pl. Miałem już dane męskie i byłem półtora roku na testosteronie – zaczęliśmy się spotykać na początku 2021 r., więc wyglądałem troszkę inaczej niż teraz, ale miałem w profilu wprost napisane, że jestem trans.

Wiele osób trans nie chce wspominać czasu sprzed tranzycji, a imię sprzed tranzycji to deadname – martwe imię. Ty natomiast w wywiadzie dla „Dużego Formatu” powiedziałeś: „Pokazuję ludziom, jak wyglądałem, kiedy miałem twarz kobiety. Jako Baśka byłem naprawdę ładny”.

To nie jest mój prawdziwy deadname, a określenie, z którego korzystam, kiedy mówię o sobie z przeszłości. Muszę jakoś określać tę osobę, bo jednak wiele tej osobie z przeszłości zawdzięczam.

Co skłoniło cię do przyjęcia imienia akurat Ksawery?

Powiem ci, że wybór imienia w wieku 20 lat nie jest prosty. Miałem kilka wersji wcześniej, jednak kiedy moja mama mnie zaakceptowała, poszedłem do niej i zapytałem: „Jak ty byś mnie nazwała, gdybym od początku urodził się jako chłopiec?”. Stwierdziłem, że zapytanie matki będzie jak najbardziej naturalną drogą, bo przecież to rodzice nazywają swoje dzieci. Mama odpowiedziała, że bardzo jej się podoba imię Ksawery, i stwierdziła, że będzie mi pasowało. Spodobało mi się i tak zostało.

Jeszcze tak na koniec – bardzo podoba mi się twoje zdjęcie w sukience, które zamieściłeś na Instagramie, i opis, w którym stwierdziłeś, że przestałeś wypierać z siebie swoją kobiecą część i zacząłeś uważać ją za czynnik wspomagający twoją męskość. Opowiesz coś więcej o tym?

Tak, powiem ci, że to jest efekt moich dłuższych przemyśleń. Doszedłem w pewnym momencie do wniosku, że jestem niesamowicie szczęśliwym facetem właśnie przez to, że miałem okazję bardzo długo żyć w ciele kobiety i mierzyć się z takimi zjawiskami jak seksizm, uprzedmiotowienie itp. To wszystko, czego mogłem doświadczyć na własnej skórze, spowodowało, że jestem lepszym mężczyzną – lepiej rozumiem kobiety. Zacząłem też w sobie pielęgnować te pierwiastki kobiece, które wcześniej wypierałem. Nie chcę, by mi zanikły w toku całej mojej tranzycji, bo im bardziej moja męskość nabiera pewności, tym moje cechy kobiece mogą bardziej zanikać – a tego nie chcę. Teraz, w momencie akceptacji, jakbym mógł cofnąć czas, to za nic nie zrezygnowałbym z tego wszystkiego, co musiałem przejść. Nigdy. To wszystko spowodowało, że jestem tym, kim jestem. Za nic bym tego nie wymienił. Nawet na 20-centymetrowego penisa. (śmiech)

 

Tekst z nr 96/3-4 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Moda, ekologia i LGBT+

Z ARETĄ SZPURĄ, influencerką i aktywistką klimatyczną, rozmawia Małgorzata Tarnowska

 

 

Areta Szpura – influencerka i aktywistka klimatyczna, autorka książek o klimacie „Jak uratować świat?” (2021) i „Instrukcja obsługi przyszłości” (2022). Współzałożycielka marki modowej Local Heroes, której ubrania nosiły światowej sławy gwiazdy (np. Rihanna). W 2017 r. odeszła z marki, by działać na rzecz Ziemi. Obecnie możemy ją oglądać gościnnie u boku Kasi Zillmann (wyoutowanej olimpijki, bohaterki okładkowego wywiadu „Repliki” nr 93/2021) w ostatnim, czwartym sezonie serialu „Kontrola”.

Jak trafi łaś do „Kontroli”?

Nie wiem, na jakim świecie żyłam, (śmiech) ale nie słyszałam o „Kontroli”, zanim odezwała się do mnie Natasza Parzymies (twórczyni serialu – przyp. red.). Napisała do mnie koło października na Instagramie, że robi polską wersję „Th e L Word” i że podobała jej się tamtejsza idea guest appearances. A że jestem niespełnioną aktorką (śmiech) – jako mała dziewczynka chodziłam na castingi do seriali – stwierdziłam, że nie dość, że to superprojekt, to jeszcze spełnienie marzeń, oczywiście się zgodziłam.

Jak wspominasz pracę na planie?

Scenę ze mną kręcono nocą koło mojego domu, więc jechałam na plan na rowerze, słuchając Hannah Montany, i czułam się przewspaniale. Wszyscy w ekipie byli młodzi i kumaci. Z automatu było mleko owsiane przy kawie, a departament kostiumów chodził po lumpach. Dużo rzeczy, o które na większości planów się walczy, tam było oczywistych. Czuć było w powietrzu, że tworzy się coś, co zmieni historię.

Jak ci się pracowało z Kasią Zillmann i pozostałą ekipą aktorską?

Poznałyśmy się z Kasią na planie i od razu się skumałyśmy. Do tej pory się śmiejemy, że nasze role to „koleżanka nr 1” i „koleżanka nr 2” (Kasia i Areta pojawiają się w jednym z odcinków jako znajome Majki, jednej z głównych bohaterek – przyp. red.). Byłam zajarana i bawiło mnie, że mogę mówić, że jestem aktorką. Potem często na siebie z Kasią wpadałyśmy, ostatnio nocowała u mnie z dziewczyną, czekając na pociąg. Okazało się też, że Ewelina Pankowska (odtwórczyni roli Majki – przyp. red.) mieszka blok obok mnie!

Jak występ w „Kontroli” wpisuje się w twoją działalność influencerską?

Dwa lata temu – nawet ciężko powiedzieć, czy zrobiłam coming out, bo nie czuję się w ten sposób, ale zaczęłam brać udział w różnych akcjach LGBT+, np. „Głosuję na miłość” organizowaną w 2019 r. przez Kampanię Przeciw Homofobii. W 2020 r. pojawiłyśmy się z moją dziewczyną Agą na okładce „Women’s Health” jako pierwsza homoseksualna para – dwa lata przed „Vouge’iem” (który w czerwcu br. wyszedł z dwiema okładkami – przedstawiającymi pocałunek pary dziewczyn oraz pary chłopaków – przyp. red.)! Nie jestem wielką czytelniczką „Women’s Health”, ale mega się jarałam, że taki magazyn miał odwagę to zrobić. Że będziemy w kioskach, na stacjach benzynowych. Była radość, ale też strach, czy nie będą robili akcji palenia magazynu.

Obawy były słuszne?

Nie było akcji sprejowania okładek jak w przypadku „Vogue’a”. Ale też my na naszej się nie całowałyśmy, nie było plakatów z okładką. Po prostu byłyśmy ze sobą i byłyśmy podpisane jako para. Cieszyłam się, że przełamujemy stereotypy – po prostu dwie dziewczyny w sukienkach, jak w parku.

Skąd się wziął ten pomysł?

Poczułam, że jest potrzeba, by jak najwięcej osób było widocznych. Wcześniej nie ukrywałam swojej relacji na IG, ale też nie chciałam, żeby ludzie obserwowali mnie tylko dlatego. To nie był mój główny nurt aktywistyczny: robiłam różne własne rzeczy, a to, że jestem w nieheteronormatywnym związku, to był dodatek. Cieszę się, że to się rozwinęło w takiej kolejności – bo mam nadzieję, że pokazało tę złożoność wielu obserwującym mnie osobom.

Teraz zajmujesz się działaniem na rzecz klimatu, wcześniej byłaś silnie związana z modą.

Moje zajawki często stawały się moją drogą zawodową. Początkowo była to moda, w której przeszłam przez wszystkie możliwe etapy – od bycia asystentką stylistki, przez pracę w magazynach, po założenie własnej marki Local Heroes i bycie szefową – i była to superprzygoda. Ale w pewnym momencie zaczęłam czuć zgrzyt. Akurat byłam w Kalifornii. W księgarni na dziale moda zobaczyłam książkę Elizabeth C. Cline Overdressed: The Shockingly High Cost of Cheap Fashion [Prze- -brani. Szokująco wysokie koszty taniej mody]. Do dzisiaj pamiętam okładkę. Zaczęłam ją czytać i pomyślałam: „O, fuck. Nigdy nie zadawałam sobie tych pytań”.

Jakich?

Kto produkuje rzeczy, które są w sieciówkach, i dlaczego są takie tanie. Jaki to ma wpływ na środowisko. Byłam coraz bardziej wstrząśnięta. Kupiłam książkę, poszłam na plażę ją przeczytać, i zaczęłam temat googlować, oglądać dokumenty. Wróciłam do kraju przerażona, że jest cała strona uwielbianej przeze mnie mody, z której nie zdawałam sobie sprawy i która nie jest taka fajna. Było mi coraz gorzej prowadzić firmę. Czułam, że poświęcam czas i energię na projektowanie rzeczy, których nikt nie potrzebuje. Pamiętam moment, w którym miałam przed sobą białe kartki i musiałam wymyślić pięć bluzek i pięć bluz, i zrobić na siłę… Proces odchodzenia z mody i z firmy trwał w sumie dwa lata. Miałam też wspólniczkę. Jak się rozstać, kto przejmuje markę, kto z nią będzie? Teraz marka nadal żyje i ma się dobrze. Każda z nas poszła w swoim kierunku.

Kiedy odkryłaś, że podobają ci się dziewczyny?

W tym sensie również otworzył mi oczy pobyt w Stanach, ale wiadomo, że patrząc z perspektywy, sugestii, że mogą mi się podobać dziewczyny, było dużo więcej. W Warszawie miałam imprezowe przygody, ale kiedy zaczynało być bardziej poważnie – miałam jedną taką historię – totalnie się wystraszyłam, no bo jak ja powiem mamie?

Zdradzisz więcej?

To była koleżanka z podstawówki, która była zupełnie wkręcona w dziewczyny. Miałyśmy romans i to było dla mnie super, ale w pewnym momencie ona bardzo szła do przodu, a ja się przeraziłam. Mam mieć dziewczynę? Totalnie ją zghostowałam i do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. Dzisiaj nawet czasami nasze drogi się przetną. Milion razy ją za to przepraszałam, ale to pokazuje moją ówczesną niedorosłość i totalne zagubienie. W ogóle nie wiedziałam, z kim o tym pogadać, jak się do tego zabrać… Spanikowałam.

Coś się zmieniło w Stanach?

Nikt tam mnie nie znał, jest tam większe przyzwolenie dla osób LGBT+. Wyszukiwałam na Tinderze chłopaków i dziewczyny i zaczęłam się spotykać z ludźmi nawet nie w celach randkowych, ale po prostu, by poznać nowe osoby w dużym mieście. Okazywało się, że z dziewczynami łatwiej mi się gada i dogaduje. Wtedy miałam przebłysk, że może to się jakoś da połączyć – zaczęłam poznawać dziewczyny, które dłużej spotykały się z dziewczynami, i przymierzać się do tego, że tak to może wyglądać. Wcześniej bycie z dziewczyną kojarzyło mi się ze stereotypowymi lesbijkami, z którymi kompletnie się nie utożsamiałam.

Masz na myśli np. nasze dziwne fryzury? (śmiech)

Na przykład. (śmiech) Dopiero w USA zobaczyłam szerszy wachlarz możliwości. Że nie muszę się ubierać tak albo siak, tylko mogę być sobą i być z dziewczynami.

Co było później, po powrocie do Polski?

Zostawiłam sobie te same ustawienia na Tinderze. (śmiech) A miałam ustawione już tylko dziewczyny. Przeglądałam sobie tego Tindera, byłam na jednej czy dwóch randkach. Aż wreszcie spotkałam na Tinderze Agę, z którą wcześniej się kojarzyłyśmy przez jej siostrę bliźniaczkę. Napisałam do niej dla beki, czy idziemy na randkę, bo nas zmatchowało…

…i od tego czasu jesteście razem.

Osiem lat później nadal to chodzi. Na początku miałyśmy odwagę kontaktować się ze sobą tylko podczas imprez, ale w końcu odważyłyśmy się pójść na trzeźwą randkę i spojrzeć sobie w oczy. Nie mogłyśmy przestać się spotykać, było raz lepiej, raz gorzej, i tak ciągnie się do dzisiaj.

Jak wspominasz swój coming out przed rodzicami?

Coming out zrobiłam przed rodzicami dopiero po roku, odkąd się poznałyśmy z Agą. Postanowiłam przestać mówić, że znowu jadę nocą do koleżanki, bo czułam, że ta wymówka przestaje być przekonująca. (śmiech) Moi znajomi wiedzieli od początku, przyjaciółki dopingowały mnie i malowały przed randkami. Ale rodzicom długo bałam się powiedzieć, nie dlatego, że jestem z dziewczyną – bo czułam, że to przyjmą raczej OK – tylko dlatego, że nigdy nie gadałam z nimi o uczuciach i związkach. Zresztą nie było wcześniej nikogo na tyle poważnego, żebym chciała go im przedstawić. A tutaj czułam, że chciałabym móc wziąć Agę do domu i nie nazywać jej koleżanką, tylko dziewczyną. Pamiętam, że napisałam listę tego, co im chcę powiedzieć, żeby ze stresu nie zapomnieć słów. (śmiech) Poczułam ogromną ulgę, kiedy to zrobiłam. I spotkałam się z superprzyjęciem. Okazało się, że najbardziej problematyczne było to w mojej głowie.

Były łzy?

Z mojej strony na pewno. Rodzice powiedzieli, że czuli to wcześniej. Ale to ludzie, którzy raczej nie będą pytać, tylko zaczekają, aż sama powiem.

Jak zareagowała dalsza rodzina?

Największy stres był z babciami. Z coming outem przed nimi czekałam dłużej. Obie mieszkają w mniejszych miastach, więc mała była szansa, by się poznały z Agą. Dopiero kilka lat później, pod wpływem kolejnych pytań, czy mam chłopaka, chciałam im móc opowiedzieć, że jestem na wakacjach z dziewczyną, a nie ze współlokatorką. Nie spotkałam się z hejtem, ale z niezrozumieniem. Nie wiedziały, jak się do tego ustosunkować. Kilka lat temu, kiedy była brutalna nagonka na osoby LGBT+, bały się, żeby nikt nie zrobił mi krzywdy. Teraz traktują Agę jako jedną ze swoich wnuczek.

Miałaś jakiś coming out w szkole?

Nie myślałam o tym w kontekście siebie, ale pamiętam, że jarałam się lesbijką z YouTube’a, która robiła filmiki ze swoimi dziewczynami i opowiadała o swoim życiu. To były początki tej platformy i było tam bardzo mało kontentu, a filmy tej dziewczyny miały ze sto wyświetleń. Nigdy nie jarałam się też chłopakami jako nastolatka – nie miałam plakatów Backstreet Boys czy Aarona Cartera. Zawsze to były bliźniaczki Olsen, Hilary Duff i Lindsay Lohan. (śmiech) Poza tym pamiętam serial „Skins” i lesbijską parę w jednym z sezonów – mój ulubiony wątek, który oglądałam z wypiekami na twarzy. Wtedy już miałam crusha na Naomi, ale nikomu o tym nie mówiłam. W branży modowej też miałam w otoczeniu bardziej dziewczyny niż kolegów. Nie za dużo randkowałam, byłam skupiona na pracy, a jeśli coś się wydarzało, to przy okazji. Inaczej niż większość moich koleżanek, które miały jednego chłopaka za drugim.

W szkole wyoutowanie się wiązałoby się z odrzuceniem?

Myślę, że nie – chodzi bardziej o to, że nie było otwartości i ciężko było znaleźć kogoś, kto byłby po tej samej stronie mocy.

Z tej szkoły uciekłaś do świata mody, a ze świata mody do aktywizmu klimatycznego. Zawsze szukasz własnego miejsca?

Totalnie tak jest. Teraz znowu jestem na kolejnym etapie i szukam głębiej. Miałam tak przez całe życie – począwszy od tego, że mam nietypowe imię. (śmiech) Nigdy nie mogłam znaleźć kubka ze swoim imieniem… Musiałam go sobie zrobić. (śmiech) Nie mogłam się dopasować do żadnej grupy. To były małe rzeczy, ale kształtują w dziecku poczucie nie-do-końca- przynależności. Miałam nietypowe dzieciństwo i nietypowy dom – mówiąc ogólnie, moi rodzice nie mieli „normalnych” zawodów i dużo podróżowaliśmy po świecie. Zawsze wracałam z jakimiś warkoczykami na głowie, byłam turbokolorowo ubrana. Odstawałam od grupy, ale nie dopasowywałam się na siłę, tylko szłam za tym, co czuję. Jestem za to wdzięczna wszechświatowi, bo to daje megamoc. Najtrudniejszą decyzją było odejście od mojej firmy i jakkolwiek to było ciężkie, dało mi poczucie, że cokolwiek wymyślę, to zrobię.

Jak widzisz relację między trzema sferami, które są dla ciebie ważne: modą, ekologią i LGBT+?

Na pewno problemem jest pinkwashing, który ma wiele wspólnego z greenwashingiem – marki nagle robią coś z tęczą lub zielonym znaczkiem i oczekują owacji na stojąco. Nie wiem, co o tym myśleć – jeśli do wyboru mają robić to lub nie, to oczywiście lepiej, by robiły. Ale byłabym ostrożna i tak samo jak w przypadku środowiska, zapytałabym, co tak naprawdę dana marka zrobiła na rzecz równości, również wewnątrz firmy. I nie chodzi tu o „tęczowy dzień”, kiedy wszyscy pracownicy muszą przyjść do pracy ubrani na kolorowo, nawet gdy nie mają na to ochoty.

Jak uniknąć pułapek pinkwashingu?

Trzeba sprawdzać firmy z tęczowym logo – co za tym idzie: czy tylko fajne rzeczy, zniżka lub tęczowy produkt, z którego dochód częściowo zostanie przekazany na coś? W drugim przypadku dana firma po prostu mogłaby przekazać zysk na fundację, a nie zrzucać odpowiedzialności na konsumeta – że jeżeli kupi produkt, którego nie potrzebuje, to zysk pójdzie na fundację. Z drugiej strony jeśli tęczowe rzeczy są w czerwcu na wystawach, to pojawia się pytanie: czy będą tam nadal w lipcu? Jak zrobić, żeby tęcza trwała 12 miesięcy? Cieszę się, że jest Parada, ale chciałabym, żeby nie był to jedyny dzień w roku, kiedy możemy przejść ulicami w takich ubraniach, w jakich czujemy się dobrze, i nie bać się wpierdolu.  

 

Tekst z nr 98/7-8 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Długie włosy, małe radości

Z ALIS SUMMERS, transpłciową TikTokerką, rozmawia Michalina Chudzińska

 

Foto: arch. pryw.

 

Twoje konto na TikToku osiągnęło już ponad 150 tysięcy obserwujących. Na filmikach jesteś bardzo ciepłą osobą, która rozpowszechnia m.in. pozytywne myślenie na temat ciała i tożsamości płciowej oraz normalizuje temat transpłciowości. Tak jest np. w filmie, w którym opowiadasz o tym, jak pozbyłaś się zarostu z twarzy. Skąd pomysł, żeby nagrywać filmy?

To wyszło przez przypadek. Dwa lata temu coś sobie nagrałam, nic szczególnego, krótki filmik do aktualnego trendu, którego już nawet nie pamiętam. Widziałam jednak, że wyświetlenia zaczęły rosnąć, więc dla zabawy zaczęłam więcej nagrywać. Nie miałam pojęcia, że popularność mi tak urośnie… Nie miałam na to kompletnie pomysłu i wyszło tak spontanicznie. Nagrałam i zostałam. (śmiech) Nie wiedziałam, że z tego może wyjść coś dobrego.

I stworzyłaś bezpieczną przestrzeń dla siebie i innych.

Wydaje mi się, że tak. Dużo moich odbiorców to kobiety, które często zmagają się z różnymi problemami – czy to nadmiernym owłosieniem, czy np. niemożliwością zajścia w ciążę – więc dla nich oglądanie mnie pewnie też jest szukaniem jakiejś takiej przystani, poczucia, że ta osoba nie jest sama w tym wszystkim. Czasem nawet pomagam online jako pośredniczka Emiele Emieńczyk sprowadzać innym trans kobietom neofollin (hormony w formie iniekcji domięśniowej – przyp. red.) z zagranicy, bo nie ma go w Polsce.

Od samego początku nie ukrywasz też, że jesteś transpłciowa. Już w swoim pierwszym filmie to powiedziałaś.

Tak, nie ukrywam tego zarówno na Tik- Toku, jak i w innych social mediach. Miałam jednak taki moment, że zniknęłam w lutym 2021 r. i wróciłam po 3 miesiącach. Postanowiłam wtedy popracować nad sobą, trochę się zmieniłam, schudłam, zmieniłam swój image i potem sobie myślę: dobra, wracamy z nowym kontentem! Ludzie mi pisali, że fajnie, że schudłam, że mnie nie poznają. Jak zawsze, pojawiły się też hejty. Na szczęście nie dotyka mnie to aż tak, bo już wielokrotnie zdarzyły się incydenty w moim życiu, niefajne, ale nabrałam do nich dystansu.

Chciałabyś opowiedzieć o nich coś więcej?

Wiesz co, to są głównie rzeczy w stylu: jestem na imprezie z przyjaciółką, poznajemy fajnych ludzi, po czym podchodzi do nas jakaś osoba, która mnie kojarzy, a niekoniecznie lubi, i misgenderuje mnie przy innych lub mówi mi: „Ej, bo kolega mi mówił, że ty jesteś facetem”, czy coś podobnego. To jest bardzo przykre. Ja jestem wtedy prywatnie, bawię się, a on mnie hejtuje. Jakim prawem? Wiadomo, że za plecami mnie obgadują często. Ale powiem ci, że w sumie, nie licząc takich mniejszych incydentów, to nie mam żadnych takich „nagminnych” hejtów w prawdziwym życiu.

Zauważyłam, że czasami pod twoimi filmami zdarzają się też negatywne, niemiłe komentarze, np. „Nie łam się, chłopie!” lub „Jak na trans, to jesteś ładna”.

To prawda, ale przestałam się nimi przejmować. Ostatnio zaczęłam odpowiadać tym ludziom w podobnym tonie, co oni piszą do mnie, bo mój chłopak powiedział, żebym się nie pierdzieliła, i ci powiem – jest to skuteczne. A z niektórymi to się nie da inaczej. Nie chce mi się cały czas ich blokować, a tym bardziej tłumaczyć, bo to nie ma sensu. To mnie nie kłuje, a irytuje bardziej, kiedy widzę to po raz 30. i pisze ta sama osoba. Raz takiej jednej osobie miałam czelność napisać coś niemiłego i tyle. Przestała hejtować.

A czym się zajmujesz tak na co dzień? Poza robieniem filmów.

Pracowałam do niedawna jako kelnerka i barmanka, takie dwa w jednym. Zrezygnowałam jednak, podobnie z moimi studiami – robiłam zaocznie florystykę. Miałam pewien kryzys depresyjny. Byłam tak przemęczona, że momentami po prostu nie wstawałam z łóżka, spałam jak zabita i troszkę to wszystko u mnie zaniedbałam. Teraz jest lepiej. Ciężko mi więc powiedzieć, czym konkretnie się teraz zajmuję, czy gdzieś chodzę, bo aktualnie mam przejściowy okres w życiu. Trochę udzielam się jako redaktorka Twierdzy RPG Maker, no i wiesz… tak sobie powoli działam. Niedawno po raz kolejny się przeprowadziłam. Zmieniłam już miasto dwa razy – najpierw z Gdańska na Gdynię i potem znowu na Gdańsk. Teraz na początku listopada wyjechałam na stałe za granicę – do Norwegii.

To wielka zmiana w życiu! Dlaczego właśnie Norwegia?

Mam zapewnioną tu dobrą pracę, system opieki zdrowotnej dla osób trans jest znacznie lepszy niż w Polsce, choć też nie są to cuda. Mam te same prawa co inne obywatelki jako rezydentka i co najważniejsze, mam tu chłopaka, który wyjechał miesiąc wcześniej z Polski. Nowe życie – stoję przed wyborem usunięcia się z social mediów i życia anonimowego, ale jednocześnie bycia sobą. Nikomu nigdy więcej nie będę musiała się tłumaczyć z niczego. Całe życie chciałam być sobą i tu mogę, a przynajmniej myślę, że mogę być w pełni sobą.

Trzymam kciuki! Może cofnijmy się teraz w czasie. Alis, kiedy się zorientowałaś, że jesteś kobietą? Jak to było?

Tak naprawdę od małego dzieciaczka to czułam, tylko nie wiedziałam, że to jest właśnie to. Jeszcze kilka lat temu wiedza na temat transpłciowości była dużo mniejsza niż dziś. Dopiero lekarz mnie uświadomił w 2017 r., poszłam do seksuologa i upewniłam się, że to jest to. Wcześniej czułam to, ale nieświadomie. Więc tak naprawdę, kiedy zaczynałam samą tranzycję w 2019 r., to całą swoją wiedzę czerpałam z internetu, z YouTube’a. Na TikToku nie było o tym mowy. Naprawdę nie wiedziałam kiedyś, że ja też „taka” jestem.

Wiedza o transpłciowości zaczęła się tak naprawdę w Polsce zwiększać, kiedy w 2008 r. powstała Fundacja Trans-Fuzja, pierwsza organizacja działająca na rzecz osób trans, i później, gdy w 2011 r. Anna Grodzka weszła do Sejmu. Jak funkcjonowałaś jako chłopiec?

Tragicznie. (śmiech) Całe dzieciństwo budowałam swoją tożsamość na wzór innych. Próbowałam bardzo się dostosować, wchłonąć te zachowania męskie, np. siadać czy ubierać się jak oni. Jednak myślałam inaczej, czułam się inaczej, więc tak naprawdę nie wychodziło mi to. Pamiętam, jak zapuszczałam włosy – nigdy nie lubiłam ich ścinać, zawsze uwielbiałam je długie. Ciuchy… Pamiętam, że nigdy nie czułam przyjemności z zakupów, gdy musiałam kupować męskie ubrania. Zawsze jak widziałam, co dziewczyny kupują, a ja musiałam być w dziale dla chłopców, to dostawałam dysforii, bo chciałam to co one. Zachowywać się jak one! Nie miałam świadomości, że to jest dysforia, nie znałam takiego pojęcia. Po prostu byłam nieszczęśliwa w tym, jak musiałam funkcjonować. Włosy to może nie jest coś wielkiego, ale na pewno mając długie włosy plus wiele innych drobnych rzeczy, mogłabym osiągnąć takie małe doznania – małą radość. Ktoś, kto mnie nie znał, mógł sobie pomyśleć, że jestem nieheteronormatywnym chłopcem. Jednak podobały mi się także dziewczyny, czego nigdy nie ukrywałam.

W okresie dojrzewania pojawia się popęd seksualny. Jak kształtowała się u ciebie ta świadomość tego, kto ci się podoba erotycznie i romantycznie?

Zawsze kierowałam romantyczne uczucia w stronę kobiet, nawet jak byłam młodsza i funkcjonowałam jako chłopiec. Średnio to wychodziło. Romantycznie w stronę chłopaków też nie było. Z dziewczyną pocałować się chciałam, ale z chłopakiem? Fuj. (śmiech) Ale później, chyba jakoś w gimnazjum, dopiero ogarnęłam, że chłopcy też mi się podobają, i zorientowałam się, że nie chodzi mi o płeć, ale o samego człowieka. Poza tym nie lubię szufladkowania. W ogóle nie lubię wkładać się w sztywne ramy społeczeństwa. Mam swoje preferencje, których konkretnie nie określam. Jeśli już bym miała, to najbliżej mi do panseksualizmu, ale ja po prostu lubię niektórych ludzi za to, jacy są, i to jest to, co mi się podoba – po prostu jaki jest dany człowiek.

Mówiłaś, że zaczęłaś tranzycję 3 lata temu, w 2019 r. Jak wyglądał twój coming out przed rodziną, znajomymi?

Wiesz co, pamiętam, że bardzo to ukrywałam. Chciałam zacząć tranzycję w 2017 r., ale bliska mi wtedy osoba partnerska powiedziała, że jeśli to zrobię, zostawi mnie. Powiedziałam babci przez telefon, ale nie odpowiedziała nic i temat się urwał. Więc przerwałam i wróciłam do tematu terapii w 2019 r. Moja psycholożka wtedy powiedziała, żebym napisała list do mamy, jednak ostatecznie powiedziałam mamie przez telefon. Po kilku dniach mama przyjechała do mnie do Gdańska i porozmawiałyśmy o tym. Zareagowała stosunkowo dobrze, więc później poszło to dalej… do babci, do cioci i tak powoli z czasem coraz więcej osób mnie poznało na nowo. To był dla nich ogromny szok, ale w końcu zaakceptowali. Nie miałam sytuacji, że ktoś z nich mnie ignorował czy dyskryminował. A z tatą nie miałam kontaktu jeszcze przed tranzycją, więc w ogóle nie zaliczam go do rodziny, tak samo dalszej rodziny, z którą nie mam kontaktu.

W 2020 r. babcia zobaczyła mnie pierwszy raz jako kobietę i… przytuliła mnie. Po prostu. Później pytała o różne rzeczy, nie znając tematu, i wykazała się większą kulturą osobistą niż większość ludzi, których znam, bo nie pytała o sprawy intymne. Akceptuje mnie w pełni. Kocham ją.

A jeśli chodzi o znajomych, to mam kilku sprzed tranzycji i w sumie z tymi, z którymi miałam kontakt wcześniej, to mam kontakt dalej. Znali mnie na tyle, że nie zdziwił ich mój coming out w 2019 r.

Czy chciałabyś porozmawiać o tranzycji medycznej? Jak ona u ciebie wyglądała? Kiedy ją zaczęłaś?

Zaczęłam przyjmować hormony we wrześniu 2019 r., w wieku 21 lat. W sumie dopiero co minęły 3 lata. Początek był ciężki. Cieszę się, że mam te geny na tyle dobre, że moje ciało w miarę szybko dostosowało się do hormonów. Nie płaczę już codziennie, jak to było na początku, bo zmagałam się jeszcze z wieloma kompleksami. To było straszne, ale mój organizm się przyzwyczaił. Teraz mam większy dystans do tego wszystkiego, np. kiedyś nie lubiłam swojego nosa i chciałam robić operację, a teraz już go zaakceptowałam, podobnie jak i wiele innych cech. Teraz nawet jak ktoś mówi mi coś negatywnego, to jestem na tyle świadomą osobą, że mnie to już nie rusza. Kiedyś usłyszałam, że mam widoczne jabłko Adama, a tak naprawdę w ogóle nie mam i nie przejęłam się tym, bo moje cis koleżanki też mają i to o niczym nie świadczy. Ja się czuję ponad tym całym hejtem, bo mam już taką samoświadomość i wiedzę na temat ciała, że to po mnie spływa.

Jeśli chodzi o operacje, to dwie operacje robiłam. Jest to jednak temat, którego wolę na razie nie poruszać w social mediach. Mówię, że miałam dwie, ale nie powiem jakie. To jest temat, który chciałabym w przyszłości bardzo ładnie i dokładnie opowiedzieć, poświęcić mu trochę uwagi, przygotować się na to. Nie mówię o tym nawet zdawkowo, bo ten temat dużo mnie kosztował. Jedna operacja była niestety nieudana i ciężko to przeżyłam. Ale mam nadzieję, że nadejdzie kiedyś moment, że opowiem o tym.

Tak czy owak, planuję kolejne. Chciałabym zrobić operację dołu, bo mi na tym bardzo zależy. Straszna dysforia mi doskwiera z tego powodu. Zdarza się, że płaczę sobie nocami. To jest uciążliwe – ciągłe podklejanie, odklejanie, droga bielizna, nie mogę czasami włożyć tego, co bym chciała. Chyba że się podkleję bardzo mocno. To nie jest funkcjonowanie normalne. Nawet ze znalezieniem partnera… Nie każdy to zaakceptuje. Mój chłopak na przykład jest z tym totalnie na luzie, zaakceptował to i kocha. No więc ta operacja to jest coś, co bardzo, bardzo bym chciała zrealizować.

A tranzycja prawna? W Polsce jest to, jak wiadomo, absurdalny i trudny proces pozywania rodziców.

Trochę się to u mnie ciągnęło. Mój ojciec musiał się zjawić na rozprawie albo chociaż przyjąć list. A jako że nie mamy kontaktu, to strasznie się to dłużyło, bo on nie chciał żadnych listów podpisywać ani przyjeżdżać. Dopiero chyba za czwartym razem dla świętego spokoju przyjął dokumenty. Miałam fajnego sędziego, który powiedział, że mimo że mój tata się nie pojawił, to akceptuje przyjęcie dokumentów, więc fajnie, że końcowo się udało.

Dla mojej mamy było to trudne, ale jeździła ze mną, była przy mnie. Gdy sąd ją o coś pytał, odpowiadała rzeczowo i szczerze. Nie było czegoś takiego, że mi mówiła coś w stylu, że mi się „odmieni”. Wspierała mnie. No i fakt faktem – to trochę trwało, bo u mnie ta tranzycja prawna trwała 1,5 roku. Nowy dowód dostałam 7 grudnia 2021 r. Bardzo chcę ułożyć sobie życie za granicą, więc zależało mi, żeby te dane były, by tam mieć trochę łatwiej. A poza tym chciałam mieć na imię Alicja, ale jakoś tak to Alis bardziej do mnie pasowało, więc tak już zostało. Wszyscy tak zaczęli do mnie mówić, a mi się podoba. To imię kojarzy mi się tak słonecznie, ciepło. Myślę, że w środku generalnie też staram się być ciepłą osobą i lubię taką dobrą energię wokół siebie. Miło mi się to kojarzy.

To stąd twój nick na TikToku? Alis Summers?

Dokładnie tak.

A opowiesz coś o swoim chłopaku? A jak się poznaliście?

Na imprezie u znajomych. Wyszło bardzo spontanicznie. I bardzo mi się podobało, bo nie lubię poznawać ludzi przez internet, jeśli chodzi o głębsze związki.

Od początku wiedział, że jesteś trans?

Nie. Dowiedział się od swoich znajomych, co mi nie przeszkadza. Kiedy już się znaliśmy kilka dni, to on powiedział raz swoim znajomym, że mu się podobam, a oni mu powiedzieli, że „Słuchaj, ona jest trans!”, a on mówi „No i chuj”. (śmiech) Jestem z niego bardzo dumna. Nie wypiera się mojej tożsamości przed znajomymi, którzy na samym początku trochę krzywo patrzyli na nasz związek, ale on się nie przejął i teraz z czasem to zaakceptowali. Myślę, że mam dużo szczęścia, bo nie zawsze spotyka się przypadkiem taką kochaną osobę, która się ciebie nie wstydzi. Myślę, że trafi łam w totka, mimo że jesteśmy ze sobą dopiero trzeci miesiąc.

Czyli to sam początek. Życzę wam dużo szczęścia. I ostatnie pytanie, jak u RuPaula: Alis, co byś powiedziała sobie samej 10 lat młodszej?

To jest trudne pytanie! Powiedziałabym coś w stylu, że jesteś piękna, bądź pewna siebie i idź do przodu, na nikogo nie patrz. Uwierz w siebie! Myślę, że to jest bardzo ważne, bo jak ktoś w siebie nie wierzy, to odbija się to na samoocenie, samopoczuciu itd. A jak ktoś w siebie wierzy, to brnie z podniesioną głową przez życie. Więc to bym powiedziała: uwierz w siebie!

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wygadany

Z PATRYKIEM CHILEWICZEM, twórcą Vogule Poland, o uzależnieniach i depresji, o szkolnym piekle i o dramatycznym coming oucie przed rodzicami, a także o Justynie Steczkowskiej, Jerzym Połomskim i córce prezydenta Dudy rozmawia Jakub Wojtaszczyk

 

Foto: arch. pryw.

 

Stworzył – i prowadzi wraz ze swoim partnerem Adamem Miączewskim („Madam”) – Vogule Poland, niezależne, często satyryczne medium o show-biznesie i popkulturze. O sobie mówi: „twórca internetowy, dziennikarz, pisarz, felietonista, youtuber, błazen” – ale w naszej rozmowie nie błaznuje ani trochę, wręcz przeciwnie.

Czy często w swoim życiu zakładałeś maski, zmieniałeś wizerunek?

Zwłaszcza w przeszłości zakładałem maski, co czasami pomagało mi przetrwać, innym razem wyjść z twarzą z trudnej sytuacji, a czasami po prostu było wygodne. Wtedy traktowałem te zmiany jako coś naturalnego. Dopiero stosunkowo niedawno, po diagnozie autyzmu, zauważyłem, że strasznie się męczyłem, bo zakładanie masek wiąże się z kłamaniem. Wszyscy to robimy, jesteśmy tylko ludźmi. Jednak ja mam problem z kontynuowaniem kłamstwa. Jest to dla mnie wręcz spalające fizycznie. Po pewnym czasie maski spadały.

Okłamywałeś sam siebie, że nie jesteś gejem? 0

Bardziej to wypierałem. Wychowałem się w latach 90., kiedy nie mówiło się o LGBTQ+. W mediach nie było reprezentacji, internet dopiero raczkował. „Pedałów” znało się tylko z podwórka. Słyszało się odzywki: „nie jestem pedałem, bo z tobą nie spałem”. Bycie gejem łączyło się z czymś negatywnym. Co prawda nie wstydziłem się, że czuję pociąg do kolegów ze szkoły, ale wszystko rozgrywało się w mojej głowie. Wtedy, w wieku 13–15 lat, kiedy odkrywałem swoją seksualność, po prostu nie miałem nikogo, z kim mógłbym szczerze porozmawiać. Czułem się zagubiony. Dlatego podświadomie zacząłem wypierać, że jestem gejem. Dopiero w liceum sprawa orientacji wróciła jak bumerang, bo zakochałem się w rówieśniku. W klasie poznałem też Agatę, moją pierwszą przyjaciółkę, przed którą niczego nie musiałem ukrywać.

Mówisz w wywiadach, że szkoła to było piekło.

Odstawałem od innych. Nie szedłem drogą stereotypowego chłopaka, któremu w głowie piłka, papierosy i gwizdanie za dziewczynami. Nie byłem ponad to, po prostu takie aktywności mnie nie interesowały. Ciągnęło mnie w stronę koleżanek. Nie byłem napastliwy w stosunku do nich, jak większość chłopaków, więc otaczały mnie wianuszkiem. Nie podobało się to kolegom. Już w podstawówce wołali za mną: „dziwoląg”, „homo niewiadomo”. Od gimnazjum byłem zastraszany i bity. Zgłaszanie sprawy u dyrekcji czy nauczycieli kończyło się wzruszeniem ramion. Kazali nam się „przestać bić”. Mówili: „Nie interesuje mnie, kto zaczął. Pogódźcie się”. Nikogo nie interesowało też, że codziennie czeka na mnie dwóch lamusów, którzy chcą się nade mną poznęcać. Szkoła nie chciała pomóc. Tym bardziej z rozbawieniem kilka lat temu odkryłem, że na stronie tej placówki widnieję jako jej „superabsolwent”. (śmiech) Co więcej, jeden z moich ówczesnych oprawców wyoutował się jako gej!

Kiedy na vlogu wspominałeś swoje lata szkolne, zauważyłeś, że w Polsce zgłaszanie problemów łączone jest z tchórzostwem.

Dzieje się tak nie tylko w dzieciństwie, kiedy jesteś „kapusiem”, gdy naskarżysz na kolegów z klasy, ale też w dorosłym życiu. Jak miałem dwadzieścia parę lat, zostałem z koleżanką zaatakowany przez taksówkarza, który do pomocy wezwał swoich współpracowników – tylko dlatego, że nie podobało mu się, jak wyglądamy. Mimo że korporacja przeprosiła, na Facebooku, gdzie zamieściłem post, wylał się na mnie hejt. Pisano, że „znowu robię z siebie ofiarę”, że „mam przestać się nad sobą użalać”. Wiele z tych osób na pierwszy rzut oka było tolerancyjnych, wyzwolonych, niehetero. Ich zachowanie po części wynikało ze zinternalizowanej homofobii, czyli nienawiści jednych osób LGBTQ+ do innych osób LGBTQ+ za ich „obnoszenie się”. Nieraz spotykałem się z takim zachowaniem. Kiedy notorycznie słyszysz, że jesteś „zjebany”, bardzo łatwo w to uwierzyć. Walczyłem z tym myśleniem. Dopiero kilka lat temu, tuż przed wyprowadzką z Polski, zacząłem więcej czasu spędzać za granicą. Tam poznałem niehetero emigrantów z naszego kraju. Byli zupełnie inni. Bardziej wyluzowani, akceptujący. Mówili, że wyprowadzka ich zmieniła. Nie chcę bronić oprawców, ale czasami, będąc w systemie pełnym pogardy, zaczynasz bezwiednie w nim uczestniczyć i stajesz się katem.

Ale czy wychowanie w Polsce jest wystarczającym wytłumaczeniem gróźb śmierci, które otrzymywałeś w liceum i przez które się ciąłeś?

Po części tak, bo żyjąc w świecie, który cię nienawidzi, zaczynasz też nienawidzić innych, aby choć trochę poczuć się lepiej. Natomiast osoby gnębione zaczynają myśleć, że może faktycznie na to wszystko zasłużyły. Z perspektywy widzę, że moje samookaleczanie się nie było spowodowane chęcią zakończenia życia, tylko krzykiem o pomoc. Chciałem zwrócić uwagę na to, że jestem samotny, że mam niską samoocenę, że w domu nie mam poczucia bezpieczeństwa. Z drugiej strony jednak, jak to nastolatek, miałem potrzebę popisywania się. Pamiętam, jak na jednej przerwie w liceum koleżanka poprosiła mnie, abym założył bluzę i zasłonił szramy na rękach, bo zwracam uwagę innych. Nie zrobiłem tego. Poczułem dumę. Pomyślałem: „Patrzcie, co sobie robię!”.

Wspomniałeś o domu. Kiedy powiedziałeś: „Mamo, tato, jestem gejem”?

W pierwszej klasie liceum. Wtedy po raz pierwszy zauroczyłem się w chłopaku. Zaczęliśmy się spotykać. Moi rodzice jeszcze byli wtedy małżeństwem. Mój ojciec był przemocowcem. Nie chciałem z nim wchodzić w żadne dyskusje. Natomiast z mamą od zawsze miałem bardzo dobry kontakt. Postanowiłem, że wszystko wyznam jej w liście. Był pełen miłości i prośby o akceptację. Zostawiłem zaadresowaną do matki kopertę w jej rzeczach. Po czasie przyszedł do mnie ojciec. Było w jego zachowaniu coś dziwnego. Patrzył na mnie z pogardą, jak na gówno. Zaczął mnie wyzywać od „pedałków”. Wtedy zrozumiałem, że wrócił wcześniej z pracy i dorwał się do listu. Co dziwne, nie wszczął awantury, nie pobił mnie, tylko drwił. Było to chyba bardziej bolesne, niż gdyby dał mi po mordzie. Tymczasem sytuacja zaczęła eskalować. Ojciec zaczął grozić mi szlabanami, wyzywać moich znajomych, że to przez nich zostałem „homosiem”. Czułem, że jeszcze chwila i skończy się to dla mnie źle. Użyje siły. Nie pamiętam dlaczego, ale ojciec na chwilę gdzieś wyszedł. Może do sklepu? Wtedy w pośpiechu spakowałem się w dwie torby i uciekłem do babci, mamy mojej mamy. Powiedziałem jej, że nie jestem już w stanie mieszkać z ojcem. Nie musiałem nic więcej dodawać. Przyjęła mnie.

Ucieczka wymagała odwagi?

Tak, ale wtedy nie myślałem o tym w ten sposób. Kierowała mną adrenalina. Czułem zagrożenie. Wcześniej ojciec wielokrotnie mnie bił. Wiedziałem, że i tym razem jego śmieszkowanie i pogarda przerodzą się w przemoc. Nie czułem się superbohaterem, tylko uciekinierem z walącego się budynku.

Ojciec cię nie szukał?

Moja babcia zadzwoniła do swojej córki i powiedziała, że z nią zostaję. Mama musiała powiedzieć ojcu. To sprzeniewierzenie spowodowało, że przestałem dla niego istnieć. Przekreślił mnie jako swoje dziecko. Od tego czasu już nigdy się do mnie nie odezwał. Zerwaliśmy kontakt.

A mama?

Chwilę mi zajęło, aby zrozumieć, że trwała w przemocowym związku, z którego wydostanie się było wielkim wyczynem. Na szczęście jej się udało. Rozwiodła się z mężem. W pełni mnie zaakceptowała. Wiesz, ona też musiała wielu rzeczy się nauczyć. Nie stało się to z dnia na dzień, przecież była z innego pokolenia, jej też nikt specjalnie nie uczył akceptacji czy tego, jak ma się zachowywać, zwracać. W Polsce nikt systemowo nie przekazuje wiedzy, jak rodzice mają się zachować po coming oucie dziecka. Na szczęście wykonała sporo pracy. Niedługo wraz z babcią przylatują do mnie i do mojego narzeczonego Adama do Barcelony. Mamy bardzo dobrą relację.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że w Polsce oddycha się strachem. Szukałeś osób, z którymi byłoby ci raźniej, swojej wybranej rodziny?

Znalazłem taką grupę ludzi. Ale z jednej dysfunkcji świadomie wszedłem w drugą. Było to towarzystwo pełne narkotyków i alkoholu. Mówiliśmy, że jesteśmy rodziną i zawsze będziemy się trzymać razem, tyle tylko, że byliśmy na trzydniowej imprezie bez chwili snu. Wtedy dawało mi to poczucie bezpieczeństwa i stabilności. A tego mi najbardziej brakowało. Nie mam żalu do moich ówczesnych znajomych, bo piliśmy i ćpaliśmy świadomie; byliśmy młodzi, nieukształtowani, poturbowani przez życie. Napędzaliśmy w sobie smutek. Miejsce, w którym byliśmy, nazywam pogodną rezygnacją. Poddaliśmy się, akceptując, że jesteśmy skazani na porażkę.

Do czego te używki były ci potrzebne?

Przede wszystkim spełniały funkcję towarzyską. Choć dziś preferuję siedzenie w domu i oglądanie seriali, przez długi czas czułem wewnętrzny przymus otaczania się wieloma znajomymi. Dzięki alkoholowi stawałem się rozmowny i wszędobylski. Używki niszczyły samotność. Nawet wtedy, kiedy zostawałem w domu, potrafiłem wypić trzy butelki wina albo pół litra wódki i gadać z ludźmi na fejsie. Czas przelatywał mi przez palce, a ja mogłem zapomnieć o przeszłości, o hejcie, o Polsce. Zdarzały się okresy, w których wielokrotnie urywał mi się fi lm. Nie przeszkadzało mi to, bo nie szanowałem ani siebie, ani swojego życia. Równocześnie chodziłem do pracy, randkowałem, chodziłem na wystawy czy do teatru. Nie leżałem zapijaczony przed komputerem. Byłem wysoko funkcjonującym alkoholikiem.

Kiedy powiedziałeś „basta!”?

To zasługa Adama, który postawił mi ultimatum: „Albo alkohol, albo ja”. Wybrałem związek, który trwa już 8 lat. Poszedłem na terapię grupową w warszawskim ośrodku uzależnień. Spotykaliśmy się dwa–trzy razy w tygodniu na 2 godziny. Gadaliśmy z terapeutką i między sobą. Byłem wtedy bardzo kolorowy i wyrazisty. Dlatego bałem się pierwszych spotkań. Co będzie, gdy trafi ę na homofobów?! Szybko zrobiłem coming out. Chciałem mieć go za sobą. Nikt nie był specjalnie poruszony. Spotkania dały mi dużą lekcję pokory. Poznałem wiele osób, które były spoza mojej bańki, m.in. dresika z szemranej dzielnicy, policjanta na emeryturze, młodą matkę z dwójką dzieci. Połączył nas ten sam problem.

Chodziłeś też na spotkania indywidualne, prawda?

Tak, a to przez zdiagnozowaną depresję. Złożyło się na nią wiele rzeczy, nie tylko alkoholizm, którym tłumiłem emocje, ale też pogarda społeczeństwa i pojebana relacja w domu. Wiesz, wychowałem się przepełniony romantycznymi ideałami, więc przez wiele lat jedynym znanym mi motywem życia było umartwianie się na wzór Wertera. Nie pomagało też bycie w spektrum autyzmu, przez co jeszcze bardziej zamknąłem się w sobie. Wewnątrz również przeżywałem emocje innych. Współodczuwałem. Jak słuchałem smutnej piosenki, zaczynałem myśleć o uczuciach podmiotu lirycznego w utworze. (śmiech) To może zabawne, ale przed diagnozą byłem pewien, że zwariowałem! Gdy w testach wyszedł autyzm, odetchnąłem.

Nie tylko diagnozy zmieniły twoje życie. W 2012 r. założyłeś fanpage „Vogule Poland”.

Początkowo była to odskocznia od pracy w agencji social media. Nie było to zajęcie angażujące ani zajmujące czasowo. Bawił mnie show-biznes, więc uznałem, że będę wrzucał śmieszne obrazki. Vogule Poland nie było nastawione komercyjnie, bo w tamtym czasie nikt nie myślał, że na fejsie można zarabiać. Nie nastawiałem się też na widoczność, bo początkowo fanpage był anonimowy.

Po 10 latach stałeś się jednym z głównych komentatorów celebryctwa znad Wisły.

Jeszcze przed Vogule Poland sam bardzo chciałem być ważny i rozpoznawalny. Musiałem siedzieć w pierwszym rzędzie na pokazie mody, być zapraszany na imprezy, obdarowywany giftami. Było mi to potrzebne do przekonywania samego siebie, że jestem coś wart. Na szczęście przestałem odczuwać tę potrzebę. Parcie na szkło zaczęło mnie śmieszyć. Wtedy Vogule Poland stworzyło się ideowo jako pewnego rodzaju szpilka mająca z humorem przebijać nadęte balony celebryctwa.

Obserwujesz, jak wygląda sytuacja LGBTQ+ w naszym kraju. Myślisz, że gwiazdy mogłyby głośniej popierać tęczową społeczność? Chociażby Beata Kozidrak, wielka gejowska diwa…

Wiem, że gwiazdy często kierują się po prostu możliwością zarobku. Długo mi to przeszkadzało, ale coraz częściej z dystansem patrzę na takie sytuacje jak ta z Justyną Steczkowską, która robiąc sobie zdjęcie z Black Eyed Peas, miała rzekomo zasłonić ręką jedną z tęczowych opasek. Podobnie brak zaangażowania Kozidrak, choć go nie usprawiedliwiam, gdzieś tam cynicznie rozumiem. Pamiętajmy, że mamy bardzo mały rynek showbiznesowy. W Polsce pod względem komercyjnym liczą się trzy stacje telewizyjne, rynek prasy umiera, a internet rządzi się swoimi prawami. Celebryci nie mogą wybrzydzać! Przecież brak angażu równa się brak wynagrodzenia. Nie chcę ich już oceniać.

Mimo to zachowanie gwiazd może mieć duże znaczenie. Publiczne coming outy, jak Andrzeja Piasecznego, niosą przecież reprezentację.

Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że późny coming out Piaska to żenada, bo powinien to zrobić wcześniej. Dzisiaj jednak wiem, że to nie jest moja decyzja, kiedy (i czy) ktoś zdecyduje się wyjść z szafy.  To sprawa tej osoby; to ona musi poczuć się komfortowo i bezpiecznie, by powiedzieć o sobie światu. Z drugiej strony, gdy ktoś jest skrycie niehetero i robi krzywdę innym osobom ze społeczności LGBTQ+, publiczny outing jest uprawomocniony! Być może jest to odpowiedź przemocą na przemoc, ale wcześniejsza walka i tak była nierówna.

Bardzo często jednak outowanie, a dokładnie bycie osobą LGBTQ+, traktowane jest jako coś negatywnego, tak jak ostatnio było z Jerzym Połomskim, którego po śmierci wyoutował „Super Express”.

Jest mi wszystko jedno, co ludzie będą mówić po mojej śmierci. Niektórzy jednak myślą o spuściźnie, dobrym imieniu. Ale czy bycie gejem to coś złego? Dlaczego traktujemy pośmiertne outowanie jako kryminalny sekrecik? Gdybyśmy głośno nie mówili, kto był niehetero, okazałoby się, że osoby ze społeczności dopiero niedawno pojawiły się w życiu publicznym. Przecież mamy listy, pamiętniki, wspomnienia… Powinniśmy udawać, że opisane w nich rzeczy się nie wydarzyły, tylko dlatego, że ktoś publicznie nie mógł kiedyś o sobie powiedzieć? Absurd!

Sam jesteś osobą rozpoznawalną. Czym dla ciebie jest popularność?

Nigdy nie była dla mnie celem samym w sobie. Najważniejsze było przekazywanie wartości i idei, które za sobą niosłem. Walczyłem o tolerancję, akceptację, zachęcałem do głosowania, szanowania innych, niezależnie od tego, kim byli. Od 16. roku życia regularnie chodziłem na uliczne demonstracje, więc ten aktywizm mam we krwi. Vogule Poland dało mi rozpoznawalność, ludzie zaczepiali mnie na ulicy, ale przeprowadzając się do Barcelony, uciekłem przed tą popularnością. Co prawda cały czas coś komentuję, piszę dziennik, no i współprowadzę Vogule Poland, ale wynika to z wewnętrznej potrzeby tworzenia. Nie ma nic wspólnego z chęcią rozgłosu. W Warszawie miałem większą możliwość pokazywania się. W Barcelonie jestem po prostu kolejną osobą, nawet nie najbardziej kolorową. Mogę wyjść do sklepu w piżamie i wiem, że moje foto nie wyląduje na czyimś stories. Jeżeli ktoś chce zrobić sobie ze mną zdjęcie, jest to turysta z Polski. Popularność jest miła, łechce ego, daje poczucie ważności. Dlaczego jednak ktoś miałby traktować mnie jak bożka? To męczące. Do Hiszpanii wyprowadziliśmy się na fali homofobicznej nagonki rozkręconej przez Andrzeja Dudę i PiS, co nie zmieniło moich poglądów czy marzeń o nowym społeczno-politycznym ładzie w Polsce. Natomiast przestałem czuć przymus mówienia innym, co powinni robić, a czego nie. Nie chcę za wszelką cenę edukować innych.

A propos prezydenta: mówiłeś jakiś czas temu, że kontaktowała się z wami jego córka Kinga Duda.

Z rodziną prezydenta mieliśmy przejścia! W książce Vogule Poland „Kuriozum” opisujemy sytuację, w której odezwała się do nas córka Dudy Kinga. Była wtedy oficjalną doradczynią tatusia i chciała się z nami spotkać, porozmawiać o sytuacji osób niehetero w Polsce. Sytuacji, do której poniekąd doprowadził jej ojciec i jego zaplecze polityczne. Odpisałem jej wtedy stanowczo i jestem dumny z tej odpowiedzi, więc pozwól, że zacytuję: „W politycznej bańce twojego ojca modne są wszystkie piątki, więc mamy piątkę dla Kingi Dudy. Jeden. Twój ojciec jest jednym z powodów, dlaczego niebawem uciekamy ze swojej ojczyzny. Dwa. Przez twojego ojca i jego politycznych zwierzchników ludzie codziennie są bici, zastraszani i popełniają samobójstwa. Trzy. Twój ojciec nie uznaje nas za ludzi i za w pełni wartościowe osoby. Cztery. Twoja matka wielokrotnie, gdy miała możliwość zabrania głosu, znacząco milczała. Pięć. Twój ojciec, mając wykształcenie prawnicze, łamie i nagina prawo, robiąc z siebie niezbyt poważną osobę i ośmieszając pełniony urząd. Takich piątek moglibyśmy stworzyć dużo, ale naprawdę nam się nie chce. Miałaś wielokrotnie szansę przeciwstawienia się temu zbydlęceniu, jakie dzieje się w polityce. Nie zrobiłaś tego i musisz codziennie z tym żyć. Żyć z myślą, że przez działania twojego ojca Polska stacza się, ludzie uciekają z ojczyzny, wstydzą się za nią, umierają. I to chyba największa kara, jaka mogłaby cię spotkać. Tak że nie licz na spotkanie, no, chyba że będziemy akurat pod pałacem prezydenckim krzyczeli do twojego ojca, walcząc o swoją godność”. Jak pewnie się domyślasz – nie dostaliśmy odpowiedzi.

Patryk, czujesz, choćby przez swoją własną obecność w mediach, wagę reprezentacji LGBTQ+?

Dostawałem setki wiadomości, że moje „ekscentryczne” zachowanie szkodzi innym osobom LGBTQ+ w Polsce. Ale ja nie jestem ambasadorem wszystkich gejów w kraju! Mój wygląd i to, co robię, nie odzwierciedla całej społeczności. Takie uogólnienie odbiera osobom niehetero prawo do bycia ludźmi. Przecież mogą być złodziejami, prezydentami, krawcowymi, pilotkami, a nie tylko „wygadanym influencerem”. Orientacja seksualna nie jest naszą główną cechą charakterystyczną!

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Britney, Meryl, ministranci i ja

O odkrywaniu swojej homoseksualności, o coming oucie z udziałem prywatnego detektywa, o pierwszej miłości i początkach kariery w internecie rozmawiamy z 24-letnim MATEUSZEM GLENEM, znanym na TikToku jako TA JEDNA CIOTKA. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

 

Foto: Alicja Bokina | @alicjabokina

 

W zabawnych, krótkich filmikach wcielasz się w postać starszej ciotki. Parodiujesz znane chyba wszystkim stereotypy „ciotek”, które obgadują sąsiadów w kościele, narzekają na pogodę czy nowinki techniczne i radzą wszystkim, jak żyć. Kiedy pojawił się pomysł na ciotkę?

Pierwszy filmik powstał w Boże Ciało zeszłego roku. Pod moim blokiem w Gdyni szła procesja i jakoś mnie tak skusiło, żeby założyć perukę i nakręcić krótki filmik o tym, jak to dość zamożna pani wybiera się na to wydarzenie tylko po to, by się tam pokazać. Klasyka. Kilka peruk miałem już z innych wcieleń, chociażby z Halloween czy imprez przebieranych. To dla mnie zawsze wielkie święta, na które przebieram się „na poważnie”, byłem już np. Britney Spears czy Meryl Streep z „Diabeł ubiera się u Prady”. Nagrany filmik wrzuciłem na Instagram stories i ludzie zaczęli od razu pisać: „Wrzuć to na TikToka!”. Broniłem się, że nie, gdzie ja tam jakieś Tik- Toki, za stary jestem, jednak dałem się przekonać. Założyłem aplikację, mijały tygodnie, zaczęło przybywać obserwatorów i komentarzy typu „Jezu, moja matka/ ciocia/babcia dokładnie tak się zachowuje!”. To mnie nakręciło i zacząłem nagrywać regularnie, a ciotka zaczęła się profesjonalizować – lepsze światło, cięcia w filmikach, częstsze golenie brody no i odwiedziny u babci, żeby pożyczyła mi więcej bluzek i kiecek. I tu BUM – ponad 230 tysięcy obserwujących!

No właśnie, jak reagują najbliżsi? Strzelam, że twoja babcia może być inspiracją dla wielu filmików.

Babcia razem z mamą i siostrą są moimi największymi fankami! Gdy do babci przyjeżdża ciocia i zaczynają gadać, a ja akurat jestem u niej, to od razu wybucham śmiechem, bo widzę najnowszy filmik. I babcia wtedy od razu: „Co? Już to pewnie zaraz nagrasz!”, a jak nie wyślę jej jakiegoś filmiku do obejrzenia, to od razu się obraża. (śmiech)

Twoje filmiki oglądają też popularne w Polsce osoby.

Tak! Obserwują mnie m.in. Magda Gessler, Tomek Ciachorowski czy Kasia Zielińska, moje filmiki polubił ostatnio Michał Szpak czy Radek Pestka. Miałem przyjemność nagrywać już z Adą Fijał, Karoliną Stylizacje, Adamem Strycharczukiem czy nawet Majką Jeżowską! Ogląda mnie coraz więcej osób, co zachęciło mnie do tego, żeby zorganizować taki mały „zlot fanów” w jednym z gdyńskich klubów, czyli Prywatkę u Ciotki. Ludzie przyjechali nawet z Warszawy czy Poznania, by pogadać, przytulić się i oczywiście potańczyć.

Na dawno już zapomnianym portalu społecznościowym MaxModels.pl znalazłem twój profil, a tam opis: „Jestem ambitnym, sympatycznym, przebojowym chłopakiem, który jeśli wyznaczy sobie jakiś cel, to do niego dąży”. Aktualne?

Gdzie ty to znalazłeś?! (śmiech) Ambitny – tak. Sympatyczny – zdecydowanie! Przebojowy chłopak – teraz to już w połowie ciotka! A z tymi celami to było różnie. Miałem marzenia, ale nie zawsze udało się je osiągnąć.

Na przykład?

Byłem w liceum plastycznym, a jednak nie zdecydowałem się iść artystyczną ścieżką. Przez jakiś czas malowałem pejzaże, co zresztą można zobaczyć na moim Instagramie, ale od kiedy wkręciłem się w ciotkę, mam na to znacznie mniej czasu. Na studia wybrałem dziennikarstwo w Warszawie. Mnóstwo ludzi pchało mnie w tym kierunku, mówiąc, że będę drugim Prokopem czy Ibiszem. Szybko dostałem się do Polsat News, jeździłem z mikrofonem, ale jednak… nie dawało mi to satysfakcji. Byłem trochę zagubiony, zrezygnowałem i w sumie… nie znalazłem nic innego, zacząłem pracę. Głównie w gastronomiach. Życie toczyło się dalej, no i nagle… jestem tutaj. Mam ciotkę i teraz ona jest moją pracą.

Dzisiaj celem jest rozwój ciotki?

Tak jest. Chciałbym robić ciotkę tak długo, jak będzie mi to dawać radość, ale być może za rok wszyscy już o niej zapomną? Nigdy nie wiadomo. Ciotce pomagają pory roku, rok liturgiczny, różne święta, ale wkrótce minie ten roczny cykl. Co dalej? Chociaż czuję, że są już moi fani, którzy czekają na kolejną serię Wszystkich Świętych czy Bożego Narodzenia. Kontentu i spraw do skomentowania nie brakuje, żyjemy w końcu w kraju, gdzie absurdów jest dosyć. Bardzo mnie cieszy, że pojawiają się coraz poważniejsze rzeczy, o których bardzo chcę mówić, a nie pozostawać tylko przy żartach i żarcikach. Do współpracy zapraszają mnie dziś już takie fundacje jak Młode Głowy z inicjatywy Martyny Wojciechowskiej czy SexEd Anji Rubik. Nagraliśmy również edukujący filmik o osobach niewidomych z VIPteam. To jest dla mnie bardzo ważne.

Wiem, że te pierwsze filmiki powstawały, gdy pracowałeś jako kelner w popularnej trójmiejskiej pierogarni. Dziś dalej tam pracujesz?

Nawet tam, gdy pytałem gości, co podać, po głosie rozpoznawali ciotkę! (śmiech) Musiałem jednak z tej pracy zrezygnować. Dużo ludzi nie ma pojęcia, jak wiele jest przygotowań i pracy nad filmikami. Ja sam nie zdawałem sobie z tego sprawy, a kiedy zaczęły się pierwsze poważne współprace marketingowe z firmami, te wszystkie umowy, nagrywania, faktury, papiery… Potrzebowałem więcej czasu. W pierogarni zawsze byłem na sto procent i co tu kryć, byłem ulubieńcem gości. W pewnym momencie zauważyłem, że przytłacza mnie ilość obowiązków. Od stycznia rzuciłem się na głęboką wodę i postanowiłem zawodowo być „chłopem przebranym za babę”. (śmiech)

Wcześniej grałeś w „Dlaczego ja?”, byłeś wśród finalistów castingu do „Twoja twarz brzmi znajomo”, uwielbiasz oglądać „RuPaul’s Drag Race”, chciałeś być w „Top Model”. Czy ta ciotka nie jest kwintesencją całości?

Od dzieciaka uwielbiałem być na scenie. Grałem w spektaklach szkolnych, byłem przewodniczącym samorządu szkolnego, radnym w Młodzieżowej Radzie Miasta Częstochowa, ministrantem i faktycznie próbowałem sił w „Top Model” i „TTBZ”. To od zawsze mnie kręciło, uwielbiałem być w świetle reflektorów i chyba masz rację – ciotka łączy w sobie to wszystko. Rzeczywiście jestem też fanem RuPaula i jeszcze jakiś czas temu myślałem, że drag nie jest dla mnie. Po pierwszym sezonach kojarzyło mi się to z idealnym odzwierciedleniem wizerunku kobiety, ale wraz z rozwojem show zobaczyłem, że każdy może mieć na to swój pomysł i w dragu mieści się bardzo wiele. Moim sposobem jest ciotka, chociaż, jeśli oglądałeś moje filmiki, to wiesz już pewnie, że próbuję sięgać po inne postacie – Violetta Villas, Elżbieta Jaworowicz czy Księżna Diana. Cały czas próbuję, uczę się, wychodzę z domu i nagrywam z innymi twórcami, Gdy parę lat temu byłem w Warszawie na dragowych występach, pomyślałem: „Kurde, ja też mam kostium Britney Spears! Też chciałbym wskoczyć teraz na scenę jako ona!”. I parę razy wystąpiłem jako stewardessa Britney, by wykonać lipsync do „Toxic” w jednym z gdyńskich klubów.

W ciotkowych filmikach trudno jednak doszukać się tematyki stricte LGBT+.

Masz rację. Do tej pory nie znalazłem pomysłu, jak ugryźć ten temat z perspektywy ciotki. Wiesz, ona jest dość konserwatywna, a ja na pewno nie chcę powielać stereotypów. Miałem jednak to szczęście, że fundacja SexEd zaprosiła mnie do nagrania filmiku, jak powinny wyglądać inkluzywne życzenia na Boże Narodzenie, tam już więc nieco ten temat poruszyłem. Jak jednak mówiłem, ciotce pomaga kalendarz, zaczyna się Miesiąc Dumy, może ciotka pójdzie na Paradę Równości?

To, że tych tematów dotychczas nie było, nieco mnie zaskoczyło, bo nie ukrywasz swojej orientacji. Twoją bardzo szczerą historię można przeczytać w książce „Cała siła, jaką czerpię na życie”, zbiorze pamiętników osób LGBT+ wydanym w 2022 r.

Gdy zobaczyłem plakat o poszukiwaniu tych pamiętników, była pandemia, gastronomia zamknięta, usiadłem więc na tyłku i zacząłem pisać. Czy było to jakoś wyjątkowo szczere?

Było! Nie bałeś się szczegółowo opisać rozwoju swojej seksualności, którą zacząłeś zauważać w wieku 8 lat.

Mój ojciec był wojskowym w jednostce w Helu. Gdy przeszedł na emeryturę, przeprowadziliśmy się do dziadków do Częstochowy. Tam przychodził do mnie kolega, też ośmiolatek, zaczął mi pokazywać gry i filmy porno w internecie. Zaczęliśmy tamtych ludzi naśladować, przyjmowaliśmy ich role, odgrywaliśmy scenki. Dotykaliśmy się, porównywaliśmy ciała, ale nigdy nie doszło do pocałunków czy intymnego zbliżenia. Wujek Google nie wymyślił wtedy jeszcze trybu „incognito”, więc starannie po wszystkim usuwaliśmy historię. (śmiech) Potem zacząłem sam oglądać te filmiki i jakoś automatycznie zacząłem wpisywać hasła typu „goły chłopak”, „seks chłopaków” itd. Chłopcy bardziej mi się podobali. Tak odkryłem masturbację, do dziś pamiętam pierwszy orgazm, a jakiś czas później pierwszy orgazm z wytryskiem, którego najzwyczajniej w świecie się wystraszyłem. (śmiech) Jednocześnie dziadkowie wkręcili mnie w kościół, pamiętaj, że mieszkałem w „świętym mieście”. Uwielbiałem te wszystkie litanie, różańce, drogi krzyżowe, roraty. Jednak ta wkrętka spowodowała też, że po każdej takiej masturbacji odczuwałem wielki wstyd i modliłem się do Boga, żeby mi przebaczył.

A jednocześnie z „przygodami” w gronie ministrantów wiążą się twoje kolejne odkrycia seksualne.

Gdy wyszła książka „Cała siła…”, dałem jej zajawkę na Instagramie, napisałem m.in. o tym, że to właśnie w niej możecie przeczytać o tym, jak masturbowałem się z moimi kolegami z liturgicznej służby ołtarza. Po tym poście napisała do mnie jedna osoba, radząc, bym to usunął, że jednak zdobywam popularność, że nie wypada. Zastanowiłem się – no błagam, tak było. Mam jaja, by się do tego przyznać, jestem świadomy, co się działo i miałem wtedy takie potrzeby. Nikt mnie nie uczył potrzeb i panowania nad seksualnością. Byliśmy niczego nieświadomymi dziećmi, czy jako ministrant czy nie, tu sprawy kościelne nie mają znaczenia. Byliśmy młodymi chłopakami, którzy odkrywali swoją seksualność. Nie mam poczucia winy, nie zrobiłem nic złego, więc dlaczego miałbym to ukrywać? Co roku jeździłem na ogólnopolskie „zjazdy ministrantów” do Twardogóry. Mieszkaliśmy w jednej szkole, spaliśmy w śpiworach na podłodze. Mieliśmy może z 11-12 lat i z jednym z kolegów z mojej parafii poszliśmy w nocy do toalety, a tam wspólnie się masturbowaliśmy. Czemu? Nie wiem. Mieliśmy taką potrzebę, a ja już wtedy wiedziałem, że chciałbym to powtórzyć. Kilka lat później, gdy byliśmy już w liceum, spotkałem się z nim kilka razy. Okazało się, że jest z dziewczyną z mojej klasy. Wpadł raz do mnie na wino i pizzę, upiliśmy się i wylądowaliśmy razem w łóżku.

Czyli na początku byli sami ministranci?

Nie, wiesz, dla mnie LSO była po prostu stowarzyszeniem chłopców, tak jak dla innych drużyna sportowa. Inne piękne doznania pomógł mi odkryć inny kolega ze szkoły. Pojechaliśmy na klasową wycieczkę w góry. Miałem z nim wspólny pokój i już pierwszej nocy zaczęliśmy rozmawiać o dziewczynach, o piersiach, o nauczycielce od angielskiego. Temat zszedł na nasze penisy, na pytania typu, czy masz już włoski, czy miałeś orgazm. Szybko od mówienia przeszliśmy do oglądania i masturbacji. Bardzo chciałem spróbować seksu oralnego i on się zgodził. Strasznie mi się spodobało. Spotykaliśmy się kolejnych kilka lat na wspólne zabawy, a pewnego razu doszło też do seksu analnego. Pierwszy raz był bardzo bolesny, ale potem on podkradł żel intymny od rodziców i było już znacznie lepiej. Nie zawsze miałem wolną chatę, więc wychodziliśmy do pobliskiego lasu, bawiliśmy się w bunkrze, w jakimś opuszczonym pustostanie. Nikt z nas nie przyznał, że jest gejem czy bi, nie chcieliśmy się ze sobą całować, cały czas mówiliśmy, że to tylko dla zabawy, a lecimy na laski. No i oczywiście próbowałem z dziewczynami, marzyłem o tym, żeby było tak romantycznie jak w filmach. Całowałem się z dziewczynami przy wszystkich wokół, żeby każdy widział, że nie jestem taki „gejowaty”. Upiłem się też z jedną z koleżanek i wylądowaliśmy w łóżku. Cóż, jeszcze bardziej mnie to przekonało, że wolę mężczyzn. Nigdy nie wszedłem z żadną dziewczyną w związek, nie zakochałem się. Było jak z żelkami. Widzisz w sklepie, nakręcasz się, kupujesz, smakujesz – no i niby dobre, ale jednak liczyłeś na inny smak.

Z chłopakami było inaczej? Pamiętasz swoją pierwszą miłość?

Miałem naście lat. Skończyłem podstawówkę, poszedłem do gimnazjum, gdzie poznałem nowego kolegę. Spotykaliśmy się, chodziliśmy na rowery, gadaliśmy o wszystkim, był dla mnie jak brat. Czasem włączaliśmy porno i masturbowaliśmy się razem. Na początku siadaliśmy obok siebie, między nas stawialiśmy poduszkę, żeby nie było widać, ale ja i tak kątem oka zerkałem. (śmiech) Potem doszedł dotyk, porównywanie penisów, wzajemna masturbacja. Był dla mnie przyjacielem, później wszedł w związek z dziewczyną. Bardzo im kibicowałem, ale zacząłem też być zazdrosny, na moje szczęście ta dziewczyna później wyjechała, rozstali się, a ja byłem dla niego wsparciem. Minęło kilka miesięcy, zaczął kręcić z kolejną dziewczyną, a ja byłem jeszcze bardziej zazdrosny. Wręcz chciałem mu poderwać tę nową laskę, by on z nią nie był. Toksyczne to było. W dniu jego urodzin upiliśmy się, usiadłem mu na kolanach, to było dla nas totalnie normalne, bo między nami zawsze była bliskość, oglądając film, przytulaliśmy się, kładliśmy się na siebie – ale potem zaczęliśmy się całować, no i doszło do seksu. Na drugi dzień on nie chciał do tego wracać. Po kilku miesiącach zdałem sobie sprawę, że się w nim zakochałem, to była miłość, to nie był zwykły seks. Ale nasze drogi się rozeszły, poszliśmy do innych szkół ponadgimnazjalnych, zrobił się z niego nieco inny typ. A ja mimo, że mogłem kręcić z innymi, to dalej walczyłem o niego jak lew, i to zdesperowany. Chore akcje. Nie odpisywał mi kilka godzin, to szedłem pod jego dom, siadałem pod furtką i czekałem, aż przyjdzie. Nie wiem, co się wtedy we mnie działo.

Masz z nim jakiś kontakt?

Nie.

Jak wyglądał twój coming out przed mamą?

Gruba historia! Idealna na odcinek w „Dlaczego ja?”. To było pod koniec roku szkolnego w drugiej klasie gimnazjum, pojechaliśmy z klasą na warsztaty do innej szkoły. W mojej grupie był chłopak, który od razu wpadł mi w oko i chyba ja jemu również. Cały czas na siebie zerkaliśmy. Po warsztatach podszedłem do niego, zapytałem o namiary na Facebooku. Zaczęliśmy do siebie pisać, kochał Lady Gagę, serial „Glee”, rysował. Mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów. Wtedy już myślałem o sobie jako o osobie biseksualnej, on też, na FB nazywaliśmy się w rozmowach „mężami”. Wakacje trwały, sielanka – a on nagle przerwał kontakt, pisząc, że musi zniknąć z FB, bo mama coś podejrzewa i nie może ze mną rozmawiać. Przez tydzień żadnego kontaktu, nic. Nagle słyszę dzwonek do furtki, patrzę przez okno, stoi jakaś kobieta i pyta, czy jest mama w domu. Myślałem, że to jakaś jej koleżanka. Mama wróciła po 30 minutach cała czerwona na twarzy, zdenerwowana. Serce już mi waliło. Okazało się, że była to mama tego chłopaka, która przyszła razem z prywatnym detektywem. On go prześwietlił od góry do dołu, wszystkie konwersacje. Ta kobieta przyszła z plikiem screenów i powiedziała mamie, że jestem gejem. Totalny obłęd. Ten detektyw chodził za nami, chyba miał nasze zdjęcia z kawiarni, ze spacerów. Moja mama była cholernie wkurwiona. Ale nie przez to, czego się dowiedziała, tylko w jaki sposób, że od obcej osoby. Mimo to powiedziała, że jest jej obojętne, czy przyprowadzę do domu dziewczynę, czy chłopaka. Kilka lat później ten chłopak przeprosił mnie za całą tą akcję, chociaż oczywiście to nie była jego wina. Kilka miesięcy temu na FB nagle zobaczyłem gdzieś tę jego matkę, od razu mnie ciarki przeszły.

W książce wspominasz też o próbie samobójczej, która miała związek z przynależnością do Kościoła.

To było jakoś w gimnazjum. Nie chciałem być z kobietami, nie chciałem całego życia spędzić z kimś, kto mi seksualnie zupełnie nie odpowiada. Stwierdziłem więc, że skoro będąc z chłopakiem przez całe życie, trafię do piekła, to jaki to ma sens? Wizja ciągłego grzechu za życia. Wziąłem cążki i chciałem pod prysznicem coś sobie nimi zrobić. Nie udało się, bo to było strasznie tępe. Na szczęście.

Twoja mama wiedziała?

Nie. Dowiedziała się dopiero z książki. Byłem totalnym optymistą, tryskałem energią i mama nie miała o niczym pojęcia. Płakała, gdy o tym przeczytała.

A co z ojcem?

Ojciec wojskowy, mama opiekunka dziecięca. Różnica charakterów ogromna. Miał inne poglądy, podejście do życia, był rasistą, uwielbiał żarty o pedałach. Nie mam z nim kontaktu od kilku lat i jest mi z tym cholernie dobrze. Mama na szczęście też się już od niego uwolniła.

Z tego, co wiem, dziś nie jesteś singlem.

Nie widziałem jakoś tego związku, byłem strasznie pogubiony, ale Dawid rozkochał mnie w sobie na zabój! Mam wrażenie, że wszystko jest po coś, że przez te prawie 25 lat życia wyboistych wędrówek w końcu trafiłem na idealną osobę. To pierwszy facet, z którym zamieszkałem, 1,5 roku jesteśmy razem.

Chyba wspiera ciotkę?

Oj bardzo! Ogląda filmy pierwszy, komentuje, doradza. Nie poznałem jeszcze jego mamy osobiście, ale wiem, że ona też ogląda moje filmiki i zaczęła mi wypominać, że nie wysyłam ich jej na bieżąco! Tworzymy więc już prawdziwą, niewielką, ale kochającą się i wspierającą rodzinkę.

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.