Kiedyś chłopak, dziś osoba

O niebinarności płciowej, o interpłciowości i o byciu znów singlem z Wiktorem Dynarskim, nową osobą prezesującą Fundacji Trans-Fuzja, rozmawia Edyta Baker

 

foto: Krystian Lipiec

 

Od 1 lipca jesteś nowym prezesem Trans- Fuzji.

Nie, nie prezesem, tylko osobą prezesującą.

A to jest jakaś różnica?

Formalnie nie ma żadnej, natomiast dla mnie jest to różnica znacząca, od dawna chciałem dokonać coming outu jako osoba niebinarna płciowo, a nie ma nic lepszego niż zrobienie tego przez oficjalne stanowisko! (śmiech)

Na czym polega bycie osobą niebinarną i co to dla ciebie znaczy?

To pozostawanie pomiędzy kobiecością a męskością w tym, co nazwalibyśmy kontekstem kulturowym i społecznym. Często zapomina się, że osoby niebinarne dokonują również procesu korekty płci, czyli tranzycji, tak jak ja. Tranzycja nie jest dostępna tylko dla tych osób, które czują się stuprocentowo kobietami lub mężczyznami. Ponadto poczucie własnej płciowości ewoluuje, czyli z pozycji myślenia o sobie jak o mężczyźnie można przejść po jakimś czasie do pozycji myślenia o sobie poza kategorią męskości. I ja jestem tego właśnie przykładem.

Trans-Fuzją kierowały już osoby cispłciowe, osoba transpłciowa, ale niebinarnej jeszcze nie było. Czy fakt, że taka osoba przejmuje ster będzie miał jakiś wpływ na politykę organizacji?

Sam nie mogę o tym decydować, widzę natomiast w naszej fundacji coraz większe otwarcie i zrozumienie dla zjawisk wychodzących poza typowe dla naszej kultury i języka reprezentacje męskości i kobiecości. Mam nadzieję, że w związku z moim nowym stanowiskiem uda się nam otworzyć na potrzeby osób queer i osób interpłciowych oraz nietranzycjujących osób transpłciowych, czyli takich osób trans, które nie chcą lub nie mogą przejść procesu korekty płci. Jako nowej osobie prezesującej zależy mi przede wszystkim, by działania Trans-Fuzji trafiały do osób, których tożsamość, ekspresja czy inny status odróżniają je od cispłciowej społeczności bez względu na to, w jaki sposób decydują się definiować.

Co w takim razie zmieni się w Fundacji Trans-Fuzja pod twoim kierownictwem?

Trans-Fuzja ewoluuje z organizacji, która została stworzona przez grupę znajomych w celach samopomocowych, w profesjonalną organizację pozarządową. W związku z tym mamy dużo pracy nad zmianą naszych struktur i funkcjonowania wewnętrznego. Dla osób spoza organizacji oznacza to przede wszystkim poszerzenie naszej działalności związanej ze wsparciem osób transpłciowych i ich bliskich. Chcemy również oczywiście kontynuować działania na rzecz zmian w prawie, ale także promować aktywności osób trans w rożnych dziedzinach. Myślę tu np. o kulturze, sporcie, rekreacji.

Zapowiadają się nowe formy wsparcia osób transpłciowych?

Od dawna dążymy do stworzenia systemu pomocy doraźnej, a nawet interwencji kryzysowej. Wspólnie ze Stowarzyszeniem Lambda Warszawa realizujemy teraz projekt hostelu interwencyjnego dla osób LGBT, który wkrótce powstanie w Warszawie. To zupełnie nowe przedsięwzięcie, w którym zmaterializują się nasze zamierzenia, o których realizacji od dawna myśleliśmy.

Ponadto chcemy rozwijać sieć grup wsparcia w większych ośrodkach miejskich – na razie funkcjonują one w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Szczecinie oraz – to sukces ostatnich miesięcy – w Lublinie. Chcemy także stworzyć możliwości odbywania spotkań indywidualnych dla osób trans, które nie czują się na siłach lub z jakichś powodów nie mogą uczestniczyć w spotkaniach grup wsparcia, a mimo wszystko chcą porozmawiać z kimś, kto ma podobne doświadczenia. Mamy nadzieję, że spotkania indywidualne już wkrótce będziemy oferować nie tylko osobom trans, ale także interpłciowym oraz ich bliskim.

Już jakiś czas temu Fundacja Trans-Fuzja wpisała do statutu działalność na rzecz osób interpłciowych, czyli takich, które urodziły się zarówno z żeńskimi, jak i męskimi narządami płciowymi. Czy idą za tym jakieś konkretne działania?

Praca nad tematyką interpłciowości wzięła się z postulatu obecnego w projekcie ustawy o uzgodnieniu płci. Projekt ten proponuje zaprzestanie przymusowych operacji genitalnych na interpłciowych noworodkach, gdy operacje te nie są konieczne do ratowania życia. Chodzi o to, że obecnie, tuż po urodzeniu, lekarze arbitralnie przeprowadzają operację, rozstrzygając o płci genitalnej. Wprowadzenie zapisu uniemożliwiającego przeprowadzanie takich operacji wynikało z doświadczeń, jakie mamy ze współpracy z osobami interpłciowymi, które się do nas zgłaszały.

Temat ten jest jednakże kroplą w morzu potrzeb osób interpłciowych. Na całym świecie organizacje działające na rzecz osób trans mają tendencje do zawłaszczania tematyki interpłciowości i płciowej różnorodności, a my staramy się tego uniknąć. Trans-Fuzja nie może występować w imieniu osób inter bez ich obecności. Dlatego też naszym priorytetem na najbliższe lata będzie aktywizacja osób interpłciowych. Aktywizacja to jednak nie wszystko, bo chcemy też położyć nacisk na wewnętrzne szerzenie wiedzy o tej tematyce, tak aby nasz zespół psychologiczny i tworzona właśnie grupa prawna były przygotowane do udzielania pomocy również osobom interpłciowym. Jesteśmy bowiem świadomi, że aktywizacja nie jest obowiązkiem, a pomoc należy się każdemu. Podobnie zresztą sytuacja ma się z osobami queer i innymi osobami płciowo nienormatywnymi.

Wróćmy do działań rzeczniczych. Jakie są priorytety Trans-Fuzji?

Absolutnym priorytetem jest ustawa o uzgodnieniu płci, tj. wprowadzenie rozwiązań prawnych regulujących wszystkie aspekty tranzycji, który obecnie jest na etapie prac w nadzwyczajnej podkomisji sejmowej. Szczególnie ważne jest przywrócenie refundacji terapii hormonalnej i zabiegów adaptacyjnych związanych z korektą płci, które przed reformą systemu opieki zdrowotnej z 1999 r. były finansowane z budżetu państwa. Dodam, że przywrócenie refundacji było jedną z przyczyn założenia Fundacji Trans-Fuzja.

W trakcie prac nad ustawą o uzgodnieniu płci zdaliśmy sobie sprawę również z tego, jak ważna jest sprawa rodzin transpłciowych. Mam tu na myśli przede wszystkim wciąż obecne w Polsce wymuszanie rozwodu jako warunku uzgodnienia płci przez osoby, które są w związkach małżeńskich oraz brak rozwiązań prawnych, które uniemożliwiałyby tranzycjującym rodzicom odebranie praw rodzicielskich. Państwo polskie nie jest również przygotowane na rodzicielstwo osób transpłciowych, szczególnie tych, które już dokonały korekty. W Europie już obserwujemy transowy baby boom i to jest coś, co przyjdzie także do Polski. Nierozwiązany pozostaje nadal problem ujawniania transpłciowości w procesie adopcyjnym, do którego obecnie osoby chcące adoptować dzieci, są często zmuszane.

Te wszystkie plany pewnie da się wolniej lub szybciej realizować w obecnej sytuacji politycznej. Jednak wydaje się, że groźba zmiany w miarę korzystnego układu politycznego jest całkiem realna. Co wtedy?

Groźba zmiany układu politycznego jest całkiem realna, ale co masz na myśli, mówiąc, że obecny układ jest korzystny?

Mamy po raz pierwszy w historii wyoutowanych posłów: Annę Grodzką i Roberta Biedronia. Są w Sejmie ugrupowania i posłowie sprzyjający środowiskom LGBT. Są także posłowie w rożnych partiach, którzy nawet jeśli nie sprzyjają, to przynajmniej rozumieją potrzebę zmian prawnych.

Tak, to prawda, ale nasz główny postulat, czyli ustawa o uzgodnieniu płci wciąż nie jest, jak już wspomniałem, uchwalona. Ciągle nie ma też dobrego klimatu dla innych propozycji zmiany prawa, na których również skorzystałyby osoby transpłciowe. Mam tu na myśli chociażby proponowane zmiany w tak zwanej ustawie antydyskryminacyjnej i związki partnerskie, bo o równości małżeńskiej i adopcji dla par jednopłciowych trudno w ogóle obecnie myśleć. Nierozwiązane pozostają również kwestie mowy nienawiści i zbrodni z nienawiści motywowanej homo- i transfobią.

A czym zajmuje się nowa osoba prezesująca poza Trans-Fuzją?

 Czasem myślę, że powinienem trochę odpocząć od tematyki transpłciowości… Poza pracą w Trans-Fuzji jestem w trakcie pracy nad doktoratem, którego tematyka obraca się wokół doświadczeń przeżywania transmęskości w Polsce i na Słowacji. Na Słowacji zresztą spędziłem ostatnie dwa lata, gdzie przebywałem na stypendium, prowadząc badania do doktoratu. Do maja tego roku byłem współprzewodniczącym Transgender Europe, europejskiej sieci organizacji działających na rzecz osób transpłciowych. Współpracowałem także jako ekspert z Radą Europy i OBWE. I jak by tego było mało, prowadzę również bloga, który także poświęcony jest tematyce transpłciowości. Interesuje mnie też sprawa równości małżeńskiej w Polsce, dlatego przystąpiłem do Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza.

Czyli cały czas transpłciowość.

No, dobrze… Od niedawna jestem znów singlem i opiekuję się fantastycznym psem, który zmienił moje podejście do aktywności fizycznej. Szczególnie bliskie są mi spacery – od kiedy wróciłem do Warszawy, często spotykam się ze znajomymi, aby przemierzać miasto na piechotę i odkrywać jego historię. W duchu obiecuję sobie, że gdy skończę doktorat, wrócę do pasji, które musiałem odłożyć na później. Szczególnie tęsknię za medycyną i astronomią. Nic mnie nigdy bardziej nie fascynowało niż ludzkie ciało i gwiazdy.

Tekst z nr 51/9-10 2014.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Szorty i szpilki

O niebinarności płciowej, o żeńskich zaimkach, o tym, jak tańczył w rytm krzyków „zakaz pedałowania” oraz o tym, jak wyjaśnia mamie tajniki gejowskiego seksu – z aktywistą Grupy Stonewall ŁUKASZEM JUREWICZEM rozmawia Tomasz Piotrowski

 

Foto: Klaudia Ekert i Bart Kłopotowski

 

Na Instagramie trafiam na zdjęcie Łukasza (@capitalhim) z jego obłędnie długimi nogami. To jego coming out jako osoby niebinarnej. Myślę: „Przyszedł czas, by poznać człowieka, który w lipcu zeszłego roku podczas objazdu Grupy Stonewall w ramach Letniej Akademii Równości tańczył do homofobicznych krzyków w Świdnicy” (viral obiegł sieć). Spotykamy się w Lokum, poznańskim barze Grupy Stonewall.

Ci, którzy śledzą cię na Instagramie, nie byli chyba zaskoczeni, że wyoutowałeś się jako osoba niebinarna. Pełno masz zdjęć w strojach, które przekraczają granice męskości.

Ciągle zdarzało mi się słyszeć, zarówno od ludzi hetero, jak i nie hetero, pytania w stylu (Łukasz robi ironiczną pozę): „Czemu ty ubierasz sukienkę na Sylwestra?”, „Po co ty te szorty takie krótkie nosisz?”, „Chcesz zmienić płeć, a może cię kręcą takie stroje, masz takie fetysze seksualne?”. Zacząłem szukać niebinarnych coming outów i okazało się, że jest ich niewiele.

Globalnie to Sam Smith. W „Replice” w poprzednim numerze Loe Fjorsigviss, a kilka lat temu – Wiktor Dynarski, ówczesna osoba prezesująca Trans-Fuzji. Wrzuciłeś przegięte zdjęcie i napisałeś: Osoba niebinarna to taka, która nie identyfikuje się z żadną z płci – ani męską, ani kobiecą – lub identyfikuje się z obiema na raz. Nie uznaję granic między płciami. Nie rozumiem ich i uważam za kompletnie zbędne. Po tym gejowskim, to był twój drugi coming out.

Jeśli chodzi o moich krewnych, znajomych ze studiów czy szkoły średniej, wiedziałem, że to będzie dla nich szok pod tytułem: „I co ten gej sobie jeszcze teraz wymyślił?”. Spodziewałem się fali pytań, więc by odpowiadać na zimno, najpierw nie wchodziłem na Instagram przez jakiś czas. Gdy w końcu zajrzałem, zobaczyłem wiele pozytywnych opinii od ludzi, których znam, a reszta mniej więcej: „OK, wspieramy Cię, ale mam pytanie…”, a po co, a jak to, a z czym to. Cieszyłem się z każdego – wiedziałem, że poszerzam krąg ludzi, którzy chociaż przez chwilę rozważą myśl, że binarność płciowa nie jest oczywistością.

Najczęściej pewnie pytali o ubrania.

Identyfikując się z obiema płciami, potrzebuję i ekspresji męskiej, i ekspresji kobiecej albo mieszanej. Taka odpowiedź zazwyczaj wywoływała pytania typu: czy to mi daje przyjemność seksualną, czy mam potrzebę się z tym obnosić. Myślę, że to wynika z obawy, jak ta moja niebinarność wpłynie na nich – gdy zaproszą mnie na piwo z kumplami, to czy przypadkiem nie przyjdę w sukience? Ale jak pisałem też w poście, w mojej codzienności to nic nie zmienia, dbam o bezpieczeństwo i komfort ludzi wokół mnie. Tak więc na studia idę w golfie, do Lokum – w moich super krótkich szortach, a do HaH-u w sukience.

Nawet gdybyś miał ochotę, na to piwo nie poszedłbyś w sukience?

Gdybym miał ochotę, a dodatkowo miałoby to pozytywny wpływ na naszą społeczność, to uwierz mi – już widzę siebie, jak grzeję tam w sukience i na szpilkach! Inne częste pytanie: „Czy to znaczy, że chcesz być teraz kobietą?”. Wyjaśniam, że nie jestem osobą transpłciową, nie myślę o tranzycji, czuję się świetnie z moim męskim ciałem.

Twoja ekspresja kobieca wynika tylko z potrzeby lub ochoty na to, czy może jest też trochę podszyta feminizmem – chęcią pokazania światu, że facet też może założyć sukienkę i nie ma w tym nic złego?

Trafiłeś. Od dziecka czułem, że różnice w traktowaniu płci są idiotyczne. Kobiety i mężczyźni powinni móc bez problemów ubierać się, w co chcą, pracować, w jakich zawodach chcą itd. 30 lat temu było dziwne, że facet ma długie włosy, 60 lat temu dziwna była kobieta w krótkiej spódniczce, a 100 lat temu szok na świecie wywoływały kobiety w spodniach! Dziś dziwne jest to, że ja noszę krótkie szorty i top, ale za 40 lat każdy powie, że dziwne – to było to, że ludzie tego nie rozumieli!

Z kategorii trudne pytania do niebinarnej osoby: jak się do ciebie zwracać, jakie końcowki stosować? To wywołuje popłoch nie tylko w środowisku hetero, ale i LGBTIA.

Zaimki, końcówki to obszar dość indywidualny, trzeba zapytać. Ja „tańczyłem”, ale i „tańczyłam”, aczkolwiek są osoby, które preferują końcówki i zaimki odnoszące się do jednej płci. W angielskim osoby niebinarne często stosują „they”, „them” (jak Sam Smith). Jeszcze inni tworzą nowe końcówki i mówią np. „byłom”, „poszłom”… To nie przychodzi łatwo czy naturalnie, trzeba się nauczyć, ale można po prostu powiedzieć, że się postarasz mimo że masz z tym kłopot.

Pamiętasz, kiedy zacząłeś mówić o sobie w formie żeńskiej zamiennie z męską?

Chyba wtedy, jak zostałam aktywistką LGBTIA, jak zainteresowałem się feminizmem. I szczerze – na początku robiłem to tylko, by wkurwiać osoby o poglądach seksistowskich czy transfobicznych. W ten sposób najłatwiej ich cringe’ować! Wkurzało ich to, ale też dawało do myślenia.

Kogo tak cringe’owałeś?

Rodzinę! Ja mówię „byłam” – ktoś na to: „Chyba byłeś” – a ja: „Chyba ja lepiej wiem, co robiłam” (śmiech). W święta, w domu „wymsknęło” mi się przy stole i nagle powietrze zrobiło się ciężkie, a na twarzach dalszych krewnych wymalowały się zdziwione miny. (Łukasz udaje szok) „Czy on właśnie powiedział „byłam”? My wiemy, że to ten gej, że coś z nim jest nie tak, ale czy to już ten etap?”

(śmiech) Ale pewnie już wcześniej widać było twoją kobiecą ekspresję, tylko nie mówiłeś o tym „oficjalnie”.

Pewnie. Gdy na Instagramie wrzucałem fotkę w szortach, lajki się sypały, bo geje to generalnie lubią, ale gdy byłam w sukience, to więcej niż lajków było komentarzy w stylu, że „szkodzi to wizerunkowi naszej społeczności”. Sporadycznie zdarzyły się grubsze akcje.

Jak z fryzjerką z twojego ulubionego salonu?

O, widzę, że mnie obserwujesz. Jedna dziewczyna napisała do mnie hejterską wiadomość w odpowiedzi na zdjęcie z berlińskiej parady (zwykłe zdjęcie w krótkich szortach). Sprawdziłem jej profil i okazało się, że pracuje w sieci salonów fryzjerskich, do których regularnie chodzę.

Zakończyło się pomyślnie: salon wystosował przeprosiny z obietnicą wyciągnięcia konsekwencji.

Tak. A najczęściej żadnego finału nie ma, tylko są komentarze typu: „Fajna ta bluzka, ale trochę damska”.

W poście o niebinarności pisałeś też o tym, że zdarza ci się korzystać z damskich toalet.

Zwłaszcza w sytuacjach, gdy do męskiej trzeba iść np. na drugą stronę budynku. Nie rozumiem podziału toalet według płci. W Lokum był podział bardzo krótko – sam zdjąłem tabliczki. Regularnie wchodzą do Lokum osoby, które nie wiedzą, że to bar LGBTIA – i moje szorty im to zaraz tłumaczą. Dopytują: „Czy to gejowski bar? Czy ja mogę tu zamówić?”. Robię minę i mówię: „Legitymację gejostwa poproszę!”. (śmiech)

Słusznie zgaduję, że duży wpływ na ciebie musiał mieć RuPaul?

O tak! Odkryłem go dość późno, bo gdy byłem w klasie maturalnej, 3 lata temu. Dragsy mnie jakoś wcześniej nie kręciły. Też żyłem w tej bańce, że niektórzy geje są zbyt przegięci. Sięgnąłem po „RuPaul’s Drag Race” dopiero, gdy Lady Gaga się w nim pojawiła. Obserwuję ją od zawsze, miałem więc „obowiązek” obejrzeć i to – i „Boże, dlaczego ja tego wcześniej nie widziałem?!”. Przecież to jest najlepszy program ever! To podkręciło moją potrzebę ekspresji i uświadomiło mi, że nie muszę się za nikim oglądać, nie ma czegoś takiego jak zbyt przegięty gej.

Oglądamy właśnie 12. sezon, rozumiem, że zaliczyłeś wszystkie wcześniejsze. Masz ulubione drag queens?

Trzy. „Używam” niebinarności dokładnie jak one – by pokazać, że można zamienić to w sztukę, jak Aquaria, że można zamienić to w kosmiczne przegięcie, jak Trixie Mattel oraz że można też się tym przykryć i skupić uwagę na tym, że masz szorty, a nie, że masz gorszy dzień, jak Katya, która przykrywa „kobiecością” to, jak bardzo jest popieprzona. My w Polsce w 2020 r. nie mamy jeszcze nawet związków partnerskich, ale przyszłość jest niebinarna. Ludzie zauważą wreszcie, że podział kulturowo-społeczny związany z płcią jest nieadekwatny do naszych czasów. To widać chociażby w popularnych filmach sci-fi np. w „Igrzyskach Śmierci”. W Kapitolu (utopijna stolica we wspomnianej sadze – przyp. red.) nie da się odróżnić płci osób – nie istnieje podział ubrań na męskie i kobiece. I tak będzie!

Mówisz to energicznym, pewnym siebie głosem. Do walki gejów, lesbijek i innych „literek” dołącza walka osób niebinarnych o swe miejsce.

A wiesz, że z definicji już nie jestem gejem? Bo gej to „mężczyzna zakochujący się w mężczyznach” – ja zakochuję się w mężczyznach, ale sam identyfikuję się nie jako mężczyzna, tylko jako osoba niebinarna, więc… już nie gej? (śmiech) Żartuję, ale myślę, że rzeczywiście w naszej społeczności wszystko kręci się wokół mężczyzn i wynika to, tak samo jak wśród ludzi hetero, z patriarchatu. Chciałbym reprezentować osoby niebinarne, mówić o nas. Na kolejnych Marszach Równości chciałbym iść z naszą flagą – od góry żółty, biały, fioletowy i czarny pas.

Jak zostałeś aktywistą?

Odkąd zacząłem się interesować polityką, czyli na początku gimnazjum, chciałem być aktywistą. Jeszcze na lekcjach WOS-u, gdy tylko wypływał temat LGBTIA, klasa zaczynała się na mnie gapić – czekali, aż zacznę moją „dramę”, moje „wykłady”. Mój pierwszy Marsz był we Wrocławiu w 2017 r. Wtedy też pierwszy raz byłem w klubie LGBTIA (HaH Wrocław). Ledwo wszedłem, odwróciłem się za jednym przystojnym chłopakiem i on też się odwrócił. Pomyślałem: „Boże, to jest to! Na to czekałem całe życie!”. To właśnie podczas tego Marszu zobaczyłem ludzi z Grupy Stonewall. Wyguglowałem ich, spodobali mi się, więc przyjechałem na studia do Poznania, by do nich dołączyć. Oczywiście wersja dla rodziców była inna: tu jest najlepsza uczelnia w Polsce, świetne warunki, super studenckie miasto itd. (śmiech). Dosłownie cztery dni po przeprowadzce zacząłem z nimi jeździć na Marsze i robić 1000 innych rzeczy. Wszędzie mnie było pełno. Kumulowałem w sobie tyle energii, że gdy w końcu wybuchłem, to jak bomba jądrowa! Na Marszu w Szczecinie podszedł do mnie dziennikarz z pytaniem, po co tu jestem. No, ja odpowiedź na to pytanie ćwiczyłem przez całe liceum! Poznałem Monikę Tichy, szefową Lambdy Szczecin, dziś moją przyjaciółkę, ale i mentorkę, mistrzynię Jedi! W czasie przygotowań do Poznań Pride Week byłem na każ- dym spotkaniu grupy roboczej, na każdy telefon w 10 minut pojawiałem się w biurze. Robiłem wszystko, co mi kazali – aż zauważyli, że mi zależy i w zeszłym roku zaproponowali udział w Letniej Akademii Równości. To w jej ramach powstał viral internetowy, gdzie tańczę na rynku w Świdnicy do okrzyków „zakaz pedałowania” tamtejszych homofobów. Żeby było śmieszniej, krzyczeli w rytm gejowskiego hymnu „Go West” Village People.

Na końcu jednego z przemówień mówiłeś: Pedały z kobietami, pedały z osobami z niepełnosprawnością, pedały w obronie klimatu i wreszcie pedały wraz z sędziami! Słowo „pedał jest OK w ustach aktywisty?

Byłoby nie OK, gdybym chciał tym słowem kogoś obrazić – ale mój cel jest inny: chciałbym, by ruch LGBTIA przejął to słowo i zdjął z niego obelżywy charakter. Tak jak niemiecki ruch przejął obraźliwe słowo Schwul, a angielski i amerykański – queer.

Studiujesz ratownictwo medyczne. Ostatnio współorganizowałeś prelekcję o „pacjencie nieheteronormatywnym”. Co personelowi opieki medycznej, zdawałoby się, zupełnie neutralnemu w stosunku do pacjenta, trzeba tłumaczyć?

Gdy przykładowo ktoś mówi do lekarza „jestem chora”, a w dokumentach ma wpisane imię Ryszard, lekarz może być zdezorientowany, bo, serio, nikt mu nie wspominał o tym, jak traktować pacjentów transpłciowych. Takie akty dyskryminacji się rzeczywiście zdarzają, a dla mnie to jest tym bardziej dziwne, że chodząc korytarzami Uniwersytetu Medycznego, czasem zastanawiam się, czy tam studiuje ktokolwiek inny niż geje? Konferencja nie odbyła się też z mojej inicjatywy – odezwało się do mnie koło studenckie. Jego prezes zapytał mnie: „Wiadomo, że ty jesteś TYM gejem („Th e gay of nasz uniwersytet”), więc może znasz kogoś, kto mógłby nam wytłumaczyć kim są ci geje i inni”. Powiedziałem: „Tak, znam, mówisz właśnie do tej osoby”. Po prelekcji dostałem propozycję od środowiska pielęgniarek i pielęgniarzy, od lekarzy. Projekt chyba będzie się rozwijał.

Słyszałem też, że dokonałeś apostazji. Tak, w wieku 19 lat „oficjalnie” opuściłem Kościół rzymskokatolicki, a mentalnie – to w wieku 13 lat. Nie wierzę w Boga i absolutnie nie utożsamiam się z poglądami katolickiej wspólnoty. Uważam chociażby, że kościół powinien być oddzielony od państwa – a nie jest. Moje przynależenie do tej wspólnoty… to tak, jakbym był homofobem, a należał do Stonewall – niedorzeczne!

Przeglądając twój Facebook, zauważyłem, że Twoja „internetowa historia” zaczyna się od przeprowadzki do Poznania. Co było wcześniej?

Wcześniej? (Łukaszowi wyraźnie zmienia się humor, bierze głęboki wdech) Wcześniej było dojrzewanie, coming outy przed bliskimi, prześladowanie mnie w gimnazjum… Dowiadywałem się, jak działa świat i dlaczego mnie nienawidzi. Ale i zwykła codzienność… zabawy wokół bloku, szkoła… nuda.

Wykasowałeś tamten czas z głowy tak, jak na Facebooku?

Nie… To jest część mnie i zawsze już tak będzie. Pamiętam, jak nie chciało mi się wstawać rano tam w Zgorzelcu czy Bogatyni i jak mówiłem sobie, że wstanę po to, by za 10 lat mieszkać w innym, fajnym miejscu, gdzie świat będzie lepszy. Dziś to się urzeczywistnia. Już nie mam wymówek na brak energii o poranku! W gimnazjum byłem dyskryminowany. Nie chodzi tylko o wyzywanie od pedałów, ale też np. o szydercze krzyczenie przez cały szkolny korytarz, że lubię zapinanie w dupę. Gdy miałem 10 lat, miałem dziewczynę, ale chyba już wtedy oglądałem się za chłopcami. Ostatnio znalazłem swoje opowiadanie z podstawówki. Piszę tam o dwóch przyjaciołach, chłopakach, którzy byli piłkarzami i mieli dziewczyny, ale te dziewczyny okazały się zołzami, więc je zostawili i przeprowadzili się razem do chatki w lesie i żyli tam po przyjacielsku długo i szczęśliwie. Przeczytałem to i mówię do mamy: „Czy ty widziałaś to opowiadanie? Czy ci nauczyciele widzieli to opowiadanie? Naprawdę kogokolwiek zdziwiło, że w wieku 15 lat przyszedłem do domu i powiedziałem, że jestem gejem?”

Czekaj, 15 lat?

Tak, miałem 15 lat, gdy powiedziałem mamie i to była pierwsza osoba, której powiedziałem wprost. Potem tata, siostra, inni bliscy. Dla mamy to nie był szok, ona chyba jako jedyna rzeczywiście wiedziała to „od zawsze”. W zeszłym roku na Marszu byłem z mamą, która niosła baner z napisem: Bądź sobą, ja zawsze będę z Tobą. Płakała przez całą drogę Marszu. Tato z kolei jest konserwatywny. Obwiniał się, pytał, czy mnie źle wychował. Bo wiesz, tata np. uczył mnie grać w piłkę nożną, a ja tego nienawidziłem. Uczył mnie obsługiwać wiertarkę, piłę, jak spawać… Myślał, że wychowa mnie na „męskiego mężczyznę”, że będę „normalny”, że znajdę sobie dziołchę i będziemy mieli dzieci. No, coś tam mu się udało, bo potrafi ę używać wiertarki, spawać. Z dziołchą mu nie wyszło, zdecydowanie wolę facetów. Przez 5 ostatnich lat trwała u mnie w domu wielka kampania antydyskryminacyjna. Ojcu ciągle robiłem wykłady. Moment przełomowy był, gdy zaakceptował mnie dziadek. Ale nie było łatwo. Któregoś razu tata wyznał mi, że po moim coming oucie myślał przez chwilę, że najlepiej by było, gdybym spakował się i wyjechał, nie musiałby wtedy myśleć o problemie.

Mocne.

Po latach „terapii konwersyjnej” na nim – gdy zmieniałem mu postawę z homofobicznej na niehomofobiczną – wie, że dziś bardzo by tego żałował. Że to był tylko jego strach. Ale ja nie mam mu tego za złe. Nikt się nie rodzi homofobem, to system wpoił homofobię mojemu tacie. A moja mama jest z tych mam, co akceptują homoseksualność syna raz-dwa i już po chwili szukają mu odpowiedniego chłopaka. W zeszłym roku na Marszu we Wrocławiu przeszedł koło nas chłopiec, który był… no tak samo kobiecy w ekspresji jak ja. Bardzo ładny, ale po prostu nie w moim typie. Ale moja mama natychmiast: Zobacz, zobacz! Takiego zięcia to bym chciała! Ja na to: Jezus, mamo, wiesz, że jestem pasywny, a coś zgaduję, że on też. A ona strzela mnie przez ramię: Ja cię nie wychowałam ani na pasywa, ani na aktywa! No i takie rozmowy mamy z mamą. Przerobiliśmy wszystko, akty, versy, power bottomy. Mama zna polskie dragsy, lajkuje Shady Lady na Instagramie i nieustannie uświadamia wszystkich w mojej miejscowości na temat LGBTIA. Urodzona aktywistka! Jak przeniosłem się do Poznania, to zadzwoniłem i mówię: „Mamo, potrzebuję 120 złotych”. „Na, co?”. „Na PrEP”. „A co to jest PrEP?”. „To lek, dzięki któremu nie zakażę się HIV”. W telefonie tylko „Aha” i długa cisza. „Tak, mamo, uprawiam seks”. A ona: „No wiem, dziecko, że uprawiasz seks, nie wyobrażam sobie, żeby tak nie było, dobrze, prześlemy ci pieniądze”.  

 

Tekst z nr 84/3-4 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Magia kobiet w brokacie

Z EMILIĄ LYON, fotografką naszego kalendarza „Afiszujemy się” (wersja błękitna), zawierającego wysmakowane erotyczne zdjęcia nieheteronormatywnych kobiet i osób niebinarnych, rozmawia Marta Konarzewska, jedna z modelek kalendarza

 

Foto: Rich Lyon

 

Pierwsze skojarzenie do tego kalendarza, jedno słowo?

Oniryzm. Stworzyłyśmy różnorodny, płynny świat, miedzy marzeniem a pięknym koszmarem. W odrealnionym wymiarze kobiety błyszczą brokatem, tańczą muskane kolorowym dymem. W fetyszowej uprzęży, codziennej bieliźnie, chłopięcych bokserkach, fantazyjnych łańcuchach, lateksowych sukienkach, jeansach, bluzach…

„Girls in tight dresses, who drag with moustaches”, pamiętasz?

(śmiech) „The L word” – pewnie, wychowałam się na tym i na brytyjskim „Sugar Rush”.

A czemu wybrałaś brokat jako motyw przewodni? Mam swoją teorię – że brokat nie kłamie.

Jedna z modelek, Hania Kociszewska, zaangażowała się w projekt od początku i zasugerowała, żeby obsypać was brokatem. Początkowo wydało mi się to zbyt banalne, ale im dłużej myślałam… A potem, z tobą, odkryłam brokat z zupełnie innej strony. Obejrzałam na YouTubie twój manifest, zaciekawiłam się tym zdaniem „brokat nie kłamie” i tym, jak łączysz go z dziewczyńskością, chaosem, nieokiełznaną siłą, czasem nawet tanatyczną. Jak na twarzy martwej Laury Palmer z „Twin Peaks”, albo na ikonicznych już łzach bohaterki serialu „Euforia”. Ja w brokacie przekornie przemycam radość, beztroskę letniego festiwalu i celebracji dziewczyńskości. Może epatowanie kolorem i błyskotką część osób odbierze jako „nie na miejscu” – w tym przerażająco dziwnym, pandemicznym, homofobicznym roku. W drobinkach brokatu i spojrzeniach dziewczyn widać jednak siłę, charyzmę, dumę. Łączą się w pocałunkach, muskają ciało swoje albo partnerki, z czułością i bez wstydu. Zakrywacie lub okrywacie – mówię „wy”, bo przecież sama też pozowałaś – dokładnie tyle, na ile macie ochotę. Wasze ciała są wasze własne, dzielicie się nimi na własnych zasadach. Bardzo mi zależało na tej podmiotowości. Ale chciałam też, żeby to było bardzo moje – gdzieś na pograniczu delikatności i queerowej erotyki.

To znaczy?

Queerowość może być kanonicznie kobieca, androgyniczna, szczupła, gruba, chłopięca. Może być les, bi, pan… Może być trans, niebinarna, aseksualna. Chciałam w tych ponurych, postapokaliptycznych czasach mieć plejadę różnorodnych bogiń, zadziornych i wewnętrznie pięknych. Żeby nie definiowała ich ilość czy płeć ich partnerów. Żeby były indywidualistkami, w pełni ukształtowanymi przez swoje doświadczenia i pasje. Takie kobiety osadziłam w swojej własnej baśni, mieniącej się kalejdoskopowo, ciut psychodelicznej, odrealnionej, ale przecież naszej, polskiej. Im dłużej kalendarz żył własnym życiem, jak balonik nabrzmiewający dziewczyńską energią, tym bardziej stawał się moim małym dzieckiem.

Zatem to twoja autorska artystyczna wypowiedź. Także o kobiecości, seksualności, fantazji, o twojej wersji queeru – kosztowna emocjonalnie?

Toczył się we mnie bardzo ciekawy proces – od lat noszę w sobie wewnętrzną bifobię – musiałam dojrzeć do tego, że płeć mojego partnera nie definiuje mnie ani mojej seksualności. Byłam w pięknych, głębokich związkach zarówno z kobietami jak i z mężczyznami. Obecnie jestem ze wspaniałym, wspierającym mężczyzną, który rozumie, że mimo że nasz związek jest tzw. hetero passing – ja jestem i zawsze będę osobą queerową. Moją perspektywę uważam po latach perypetii i bifobii ze strony zarówno lesbijek jak i środowiska hetero za dużą zaletę i wewnętrzne bogactwo. Nieistotna jest dla mnie płeć, zakochuję się w osobie. Tak po prostu. A niełatwo jest czuć się częścią queer społeczności, będąc z zewnątrz przykładną hetero kobietą.

Poprzez nasze ciała kontaktowałaś się z czymś w sobie?

Poczułam się częścią czegoś większego, nie spotykam wielu niehetero kobiet na co dzień, cudownie było spędzać z wami twórczo czas, chichotać, czuć siostrzańską intymność. Niektóre dziewczyny pozowały wcześniej w sesjach i przyznały, że zawsze czuły presję, by być kobiece, delikatne w normatywnym znaczeniu. Zwłaszcza, gdy fotografował mężczyzna. Tu kobiecość jest bardziej queerowa – chcę odzyskać dla nas makijaż, sukienki i piękną bieliznę. W ten sam sposób jak odzyskane zostało samo słowo „queer”.

Widziałam na razie tylko ten nasz – lesbijski. Ale naczelny „Repliki” Mariusz Kurc zestawił ze sobą dwa: ten i drugi – gejowski. Uderzyło go, że oba obrazują lustrzane odbicie heteronormy. Tam – zawsze rozebrane kobiety – pocztówki z nagości i ciało mężczyzn jedynie jako sugestia, może obietnica, a tu – na odwrót.

Wolałabym, żeby ten kalendarz nie był rozpatrywany w parze z tym męskim. Identyfikując się jako osoba biseksualna/queerowa, fotografowalam kobiety les, bi i queer. I nie ma dla mnie miejsca na…

Binaryzm?

Tak, na paralele i porównania z kalendarzami tworzonymi dla i przez gejów, czy tymi pełnymi rozebranych kobiet hetero, tworzonych przez heteroseksualnych mężczyzn dla nich samych. Dostałam cudowną możliwość tworzenia dla queer kobiet, z queer kobietami. Chciałam objąć je moim spojrzeniem, stworzyć coś, co z przyjemnością powiesiłabym na ścianie. Chciałam różnorodności, przewrotności, subwersji. Androginii, chłopięcego uroku, męskiej zaczepności. Chciałam miękkich cudownych ud, małych i dużych piersi, grubych i umięśnionych brzuchów. Nieśmiałości i zaczepności. Marzyły mi się pary całujące się z pasją jakby nie istniał świat, jakby nie było mnie w pokoju i takie, które wolą dawać sobie małe całusy w czółko. Chciałam uciec i wyeliminować wojerystyczny male gaze.

Uciec od „męskiego” (a raczej – patriarchalnego) spojrzenia z pozycji władzy?

O to mi właśnie chodzi, gdy mówię o podmiotowości. Chciałam wyrównać hierarchię władzy między fotografującym a fotografowaną.

Poza spojrzeniem władzy – co mówi ciało, odsłonięte, nagie?

Nagość może być fizyczna albo emocjonalna, czasem jest kombinacją tych dwóch czynników. W tym kalendarzu nagość była opcjonalna. Choć uwielbiam ją fotografować, to najpiękniejsze, co mogę sobie wyobrazić. Kształty, faktury, wypukłości i zagięcia, tony i kolory, nawet żyły pulsujące życiem, czy włosy jak cielesna łąka. Kto daje nam prawo decydować, który włos jest kwiatem, a który chwastem? Sama portretuję się nago – i moje własne akty też są w kalendarzu – ciało jest dla mnie narzędziem do pracy z duszą.

@emilialyonphoto. Obserwuję na Instagramie.

To trochę jak pamiętnik, robię to, gdy pomysł jest zbyt intymny, by tworzyć go z modelką czy klientką. To cudowne, choć trudne doświadczenie, bo jako estetka ambiwalentnie podchodzę do zmian w moim ciele, twarzy. Ale zdjęć, które robię sobie sama, specjalnie nie retuszuję w Photoshopie – myślę, że to potrzebny eksperyment, czasem jak katharsis. I trzyma mnie na ziemi – bo fotografując innych, czasem zapominam, że mam ciało, tak zamykam się w swoim umyśle. Dobrze przypomnieć sobie, jak to jest – być po drugiej stronie, bezbronną, pod tzw. ostrzałem.

Pod ostrzałem migawki – coś w tym jest.

Gdy to poczuję, mam więcej zrozumienia i empatii dla portretowanych kobiet, których komfort na i po sesji jest dla mnie priorytetem.

To się czuje. Podczas sesji często pytałaś, czy czuję się dobrze, czy to albo tamto jest dla mnie OK, czy mi nie zimno, czy chcę herbaty, czekolady, przerwy. To super ważne w świetle aktualnej debaty o przemocy w sztuce w świetle choćby „Gardzienic” (kilka artystek zarzuciło molestowanie i mobbing Włodzimierzowi Staniewskiemu, dyrektorowi i założycielowi Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice” – przyp. „Replika”). Pamiętam, przyszłam na sesję rozbita, z czarnym słońcem żałoby w sercu – na zdjęciu mam je we włosach. Bez żadnej siłowej ingerencji, użycia, coś wydostało się ze mnie – do ciebie i w obraz. Powstał zapis czegoś bardzo dla mnie ważnego: czasu po rozstaniu z kimś, kogo bardzo kocham, mojego płaczu i odbudowy. Dużo zaklętych emocji w pozostałych zdjęciach? Stoją za nimi historie, którym dałaś formę?

Słyszałam od dziewczyn, że bardzo się denerwowały, nie spały w nocy, bolał je brzuch. Ale wszystkie przyszły, każda po całym wachlarzu emocji jest szczęśliwa, że jest częścią projektu. Jestem im niezmiernie wdzięczna za otwarcie się na mnie i moją wizję, na bycie wyoutowaną w tym kraju, przy naszym homofobicznym rządzie. Kilka dziewczyn wspomniało, że publikacja kalendarza wzbudziła w ich rodzinach obawy i wątpliwości, dochodziło do ostrej wymiany zdań, do łez. Bo choć wszystkie są wyoutowane w teorii, często bliscy nie byli przygotowani na tak publiczny ich występ pod tęczową flagą.

Niekompletnie ubranych.

Padały te paskudne słowa o „afiszowaniu się” (ostatecznie kalendarz nazywa się właśnie tak: „Afiszujemy się” – przyp. „Replika”). Myślę, że wszystkie te rozmowy, które odbyłyśmy, były ważne i potrzebne. I tak – za każdym zdjęciem stoi historia, bo stoi za nią świadoma siebie kobieta z pasjami, obawami, byłymi i obecnymi partnerami/kami, planami na przyszłość etc. Starałam się oddać ich energię i osobowość.

Obawiasz się teraz? Oceny, krytyki?

Na początku troszkę obawiałam się, czy zdjęcia nie będą krytykowane za płytki, pozornie banalny przekaz. Ot, queer, ot brokat.

Brak naturalistycznej ciałopozytywności?

Świadomie od niej odeszłam. Kocham zdjęcia włosów na ciele, zwłaszcza tam, gdzie każe nam się je usuwać, zdjęcia rozstępów, fałd, dyskoloracji, wydzielin na majtkach. To jest ważne i potrzebne, ale mój queer to kolor, dym, połączenia barw – czasem niepokojące, czasem cukierkowe, czasem przesadzone, kampowe. To różnorodność i subwersja, odwrócenie na lewą stronę, to – podobnie jak feminizm – wybór. Chcę tworzyć na pograniczu skromności i fetyszu, nieśmiałości i epatowania seksualnością. Bardzo inspiruje się burleską i tym, jak gubimy się w tym, co według nas daje kobiecie władzę, a co kobietę władzy pozbawia.

To, co wybieram, na przykład wizerunek – daje mi ją?

Tak. Bycie panią swojego ciała i wizerunku w patriarchacie, pokazywanie ciała na swoich zasadach i bez wstydu to swego rodzaju akt rebelii. Jak powiedział RuPaul – „Rodzimy się nadzy, cała reszta to drag”.

A tak w życiu – boisz się, czego?

Boję się Polski, tego, że nie zatrzymamy się i po trochu będziemy jeszcze bardziej podzieleni. Mnie akurat jeszcze nie pobito za tęczową maseczkę, fl agę w oknie, udział w proteście. Ale komentarze wypisywane przez ludzi w mediach społecznościowych niczym nie różnią się od tego, co głosili naziści o Żydach. Moja mama powtarza, że przecież dobrych, mądrych, empatycznych ludzi jest więcej, ale mam wątpliwości. Boję się też pozycji Kościoła w teoretycznie świeckim kraju. Jestem zmęczona życiem w takim klimacie, w kraju, z którym się nie identyfikuję, chciałabym uciec z powrotem do Anglii. Ale ani covid, ani Brexit tego nie ułatwiają. No, i zbudowałam już w Warszawie swego rodzaju niszę, zaczęłam kupować rośliny w doniczkach. Chciałabym w poczuciu bezpieczeństwa i obywatelsko-kreatywnej wolności rozwijać się, tworzyć.

Długo mieszkałaś w Wielkiej Brytanii?

W Manchesterze studiowałam kulturę współczesną i queer cinema, spędziłam w tym otwartym i kolorowym mieście dziesięć lat. Myślę, że po wolności i wsparciu mojej tożsamości/ seksualności jaką dało mi UK jeszcze trudniej znieść to, co dzieje się tutaj. W Polsce kocham przede wszystkim naturę – lasy, jeziora, morze, potrawy i zapachy. Jestem w toksycznym związku z moim krajem, jest mi za niego wstyd, jestem nim sfrustrowana, to kraj przemocowy, pełen nierówności. Ale mieszkając w Manchesterze, tęskniłam w głębi duszy, nigdy nie zaprzeczałam, że jestem Polką. Mówiłam za to, że nigdy do Polski nie wrócę, zwłaszcza po tym jak kilkukrotnie potraktowano tu mojego ówczesnego czarnoskórego partnera. Mówiłam, że nie mam czasu czekać aż Polska się zmieni. A jednak tu jestem, choć niestety ta zmiana nie poszła w dobrym kierunku.

Fotografia – czym jest dla ciebie?

Tyle jest inspirujących pompatycznych cytatów: że fotografia to patrzenie sercem, opowiadanie historii, zatrzymanie chwili, polowanie na ten najprawdziwszy, decydujący moment. Moja definicja zmienia się dość często, aktualnie patrzę na fotografię jako kłamstwo i prawdę symultanicznie. Lubię pogranicze kiczu, kamp, epatowanie przesadą. Lubię łączenie dziewiczej niewinności z zepsuciem, fetyszem, bezwstydną zmysłowością i eksploracją własnego ciała. Sprawia mi przyjemność sztuczność i budowanie aranżowanych scenografii w moim domowym studio. Czasem dla odmiany zrobię zdjęcia bez retuszu, turpistyczne, gloryfikujące naturalizm. Ale nie chcę być uwięziona w żadnej z tych szkół.

Prócz burleski, co cię inspiruje?

Malarstwo, faktury i kolory farb, muzyka i słowa piosenek, filmy, natura. I kobiety – w swojej sile i cichej charyzmie, różnorodności, magii.

 

Tekst z nr 88/11-12 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

  

Bernardine Evaristo – “Dziewczyna, kobieta, inna”

Wyd. Poznańskie 2021

 

 

Uhonorowana nagrodą Bookera za rok 2019 powieść Evaristo dedykowana została między innymi wszystkim osobom LGBTQI w wielkiej ludzkiej rodzinie. I faktycznie, różnorodność tożsamości płciowych i seksualnych pojawiających się na kartach książki robi wrażenie. Niebinarność nie jest wcale najbardziej „awangardową” spośród nich. Angielska autorka (o nigeryjskich korzeniach) kreśli portrety dwunastu kobiet połączonych więziami niekiedy oczywistymi (np. matka-córka), w innych przypadkach na pierwszy rzut oka niewidocznymi. Dla większości bohaterek wspólnym doświadczeniem jest czarny kolor skóry i związane z nim upokorzenia, jakich doznają w Wlk. Brytanii i jakim starają się stawić czoła – każda na swój sposób, uzależniony przede wszystkim od okoliczności historyczno- kulturowych, w których przyszło im żyć. Nie ma jednak wątpliwości, że we wszystkich dwunastu przypadkach mamy do czynienia z kobietami silnymi. Takimi, które się nie poddają i nie wypełniają w pokorze ról, jakie próbuje im narzucić otoczenie. Zresztą, punktem wyjścia fabuły jest premiera spektaklu o wojowniczych Amazonkach, stworzonego przez Ammę, legendę lesbijskiej społeczności Londynu. Powieść to błyskotliwa, wartko napisana, a przy tym zabawna i niepozbawiona satyrycznego ostrza. Czyta się ją wybornie (wyrazy uznania dla tłumaczki, Agi Zano), pochłonąłem prawie 500 stron w jeden dzień. (Bartosz Żurawiecki)

 

Tekst z nr 90/3-4 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

 

Zawisnąć między płciami

O koszmarze dorastania, o wstręcie do seksu i o dysforii, o zgłębianiu niebinarności i transpłciowości oraz o odkrywaniu społeczności LGBT+ i dragu opowiada queerowy artysta SORRY ELVIS. Rozmowa Jakuba Wojtaszczyka

 

Foto: arch. pryw.

 

Czy Sorry Elvis przybył do nas z cyrku?

Na pewno ma w sobie dużo z klaunady. Do cyrku mógł przybyć z kosmosu, bo właśnie w kosmicznych i klauniarskich stylizacjach czuję się najbardziej sobą. Wtedy noszę potargane, krótkie włosy, pstrokate koszule, surrealistyczny makijaż. Czasami chciałbym być jak David Bowie. Utożsamiam się z jego Pierrotem.

Pierrot kojarzy się ze smutną postacią. Co cię smuci?

To, że na co dzień nie mogę wyglądać tak, jak chcę. Kiedy robię drag make-up, nie czuję, jakbym się malował, tylko wręcz przeciwnie, jakbym zmywał mój kamuflaż, a ten makijaż był moją prawdziwą twarzą. Sorry Elvis jest mną najbardziej jak się da. W dragu nie wchodzę w żadne role, robię to, kiedy go nie mam na sobie, kiedy muszę wyjść do świata.

Co jest takiego na zewnątrz, że napawa cię przerażeniem?

Czuję się zastraszony, na każdym kroku fatshamingowany i wytykany palcem za to, jak wyglądam. Mam wrażenie, że słyszę wyzwiska. Czasami wystarczy oceniający wzrok. Zdarzało mi się ze łzami w oczach zawrócić w połowie drogi, bo byłem przekonany, że wszyscy dookoła myślą o mnie złe rzeczy. Moja samoocena jest tak niska, że w zwykłym świecie nie czuję się mną. Odżywam dopiero po nałożeniu Sorry Elvisa, wśród mojej dragowej rodziny, w znajomych czterech ścianach.

Kto wchodzi w skład twojego queerowego domu?

Należą do niego Algebra, Cosmia, Henrishia, Kraksa, z którymi robimy drag, ale też spotykamy się bez niego, żeby po prostu spędzić ze sobą czas. To dzięki tym osobom odnalazłem się w Toruniu. Przez wspólną znajomą z pracy poznałem osobę, która wciela się w role – drag queen Shaysę. Pewnego razu wybrałem się na jej występ do toruńskiego klubu Koniec Świata. Kiedy pojawiłem się w klubie, wśród osób ze społeczności LGBT+ poczułem, jakbym przez całe życie jeździł pociągiem, wysiadał na złych przystankach i w końcu znalazł ten odpowiedni.

Kiedy zaczyna się twoja podroż?

Trzydzieści lat temu w małym miasteczku w lubuskim. Byłem socjalizowany, przez siebie i otoczenie, jako heteroseksualna cis dziewczyna. Wiesz, w szkole dwadzieścia lat temu, z brakiem internetu i jakichkolwiek wzorców, nie przyszło mi do głowy, że istnieją inne orientacje czy tożsamości płciowe. Zresztą pewnie, gdyby mi ktoś o nich wtedy powiedział, włożyłbym je między bajki. Mimo wszystko ciągnęło mnie do męskich ciuchów. Namawiałem rodziców na kupienie krawata. Pamiętam ulgę, którą czułem, kiedy ciotka mówiła do mnie Sylwek albo Sylwester. Jednak nie zadawałem pytań, bo nie znałem takiego języka.

Czy w dzieciństwie uważano cię za tomboya, chłopczycę?

Cały czas! W rodzinie mówiono na mnie też „dziewucha”. Z jednej strony było to raniące, bo nie rozumiałem, skąd ich potrzeba określania mnie w jakiś konkretny sposób, ale z drugiej, gdy słyszałem słowo „chłopczyca”, czułem się trochę lepiej, bo ktoś zobaczył we mnie tę „chłopacką” część. Najtrudniej było w szkole. Nie umiałem odnaleźć się wśród dziewczyn. Najbardziej ten problem wychodził na wuefie. W damskiej szatni płakałem ze strachu. Chodziłem przebierać się do toalety.

Jak reagowali rówieśnicy/czki?

Wyśmiewali/ły mnie. Codziennie byłem fatshamingowany, zdarzało się, że ktoś zepchnął mnie ze schodów albo zrzucił z krzesła. Prócz wiązanek na temat mojej wagi, dostawałem za całokształt, bo, jakby tego było mało, miałem problemy z alergią, moja twarz była cała czerwona, schodziła mi skóra. Sam sobie dowalałem, bo część mnie chciała być jak najbardziej szara, by wtopić się w tło, ale druga strona lubiła ekspresję. Potrafiłem chodzić w męskich ciuchach, potarganych włosach, byłem pierwszym i jedynym emo w szkole. Moja mama starała się ubrać mnie w sukienkę i zawiązać warkoczyki, ale robiłem jej na przekór, na przykład przed komunią, kiedy dziewczynki zapuszczają włosy, ja swoje kazałem ściąć do ramion. Chęć bycia prawdziwym mną cały czas się przebijała, ale moje przyzwyczajenie do tego, że jestem dziewczynką, skutkowało tym, że po prostu stwierdziłem: „No dobra, to nią będę. Tak musi być” i nie wnikałem głębiej. Jednak mimo wszystkich wyzwisk, shamingu, znalazłem w sobie na tyle siły, by to przetrwać.

Zgłaszałeś problem przemocy u nauczycieli/ ek, rodziców?

Nauczyciele siedzieli z zamkniętymi oczami. Jeśli ktoś mnie szturchnął, zwyzywał albo zepchnął ze schodów i to zgłosiłem, ich jedyną reakcją było: „Podajcie sobie ręce”. Później na korytarzu zostawałem podwójnie zwyzywany za podkablowanie. Byłem na tyle zastraszony, że przestałem interweniować u nauczycieli. A o rodzicach nie chciałbym rozmawiać.

Jak wyglądało odkrywanie twojej tożsamości na przestrzeni kolejnych lat?

Podejmowałem ryzyko na moją własną odpowiedzialność, bo uznałem, że jeżeli i tak będę gnojony, to wolę chociaż czuć się lepiej we własnej skórze. Dlatego ubierałem się jeszcze bardziej odmiennie od nich, nosiłem różne kolory włosów, makijaż. Jeżeli bym tego nie robił, czułbym się źle na wszystkich frontach. A wyglądając, jak chcę, mogłem choć trochę poprawić sobie humor.

 Do liceum poszedłem do tej samej miejscowości. To czas, kiedy zacząłem wchodzić w hetero związki z facetami. Wtedy moja prawdziwa tożsamość najbardziej się uwypuklała. Każdy romantyczny gest sprawiał, że miałem wrażenie, jakby coś mnie oblazło, a jedyne, czego chciałem, to się z tego otrzepać. Panikowałem przy każdej bliskości, a tematu seksu unikałem jak ognia.

Po liceum trafiłeś na studia do Wrocławia.

Tak, wiele się tam nie zmieniło. Cały czas traktowałem się jako osobę kobiecą, nosiłem nawet sukienki, klasycznie kobiecy make-up, ale problemy z niską samooceną znikły. Jednak cały koszmar powracał, kiedy ponownie próbowałem wejść w związek. Płakałem, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Do tego koleżanki krytykowały mnie, bo uważały za osobę wyniosłą i niewdzięczną; nie rozumiały, dlaczego chcę zerwać z „takim fajnym chłopakiem, który świetnie mnie traktuje i jest we mnie zakochany”. Sam nie potrafi łem sobie tego wytłumaczyć, a co dopiero im. Wiedziałem tylko, że najbardziej samotny czułem się, będąc właśnie w związkach. Po pewnym czasie, przez obrzydzenie seksem, zacząłem identyfikować się jako osoba aseksualna.

Zgłębiłeś temat?

Nie, było to dla mnie za ciężkie psychicznie. Po przeprowadzce do Wrocławia bardzo szybko chciałem zamknąć poprzedni etap mojego życia, odciąć się od rodzinnego miasta. Ostatnie, na co miałem ochotę, to rozgrzebywanie traum z przeszłości. Uznałem, że nie mam obowiązku zgadzać się na żadną bliskość, jeśli nie mam na nią ochoty. Aseksualność stała się ścianą, która miała mnie chronić, ale tak naprawdę blokowała mnie przed dokopaniem się do głębszego sensu.

Czy był jakiś element twojej tożsamości, który pozostał niezmienny przez te wszystkie lata?

Niezmiennie eksperymentuję z wyglądem. Całe życie ubierałem się jak klaun. Gdyby ktoś świadomy na mnie wtedy spojrzał, stwierdziłby, że robię drag, chociaż sam wtedy nie znałem tego terminu. Przez moją głowę przeszła cała paleta barw, miałem wszystkie możliwe długości włosów, lubiłem łączyć pstrokate wzorki z jeszcze bardziej pstrokatymi wzorkami. Przechodziłem etap malowania jednego oka jednym kolorem, drugiego innym. Bardziej nie mogłem zwracać na siebie uwagi, ale po prostu przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie się na mnie gapią. Tak samo, jak przyzwyczaiłem się do tego, że na pewno jestem hetero. Dzięki makijażowi czułem się bardziej widoczny jako ja, nie jako osoba, która chowa się pod nim. Podobnie, jak teraz z drag make-upem.

Powiedziałeś, że aseksualność byłścianą, która odgradzała się od przeszłości, ale też sprawiała, że nie analizowałeś siebie. Kiedy ta ściana zaczęła pękać?

Tak naprawdę doszedłem do siebie dwa lata temu, po przeprowadzce do Torunia. Wyobrażasz sobie? Tyle czasu zmarnowałem!

Każdy ma indywidualną drogę do przejścia.

Tak, pewnie masz rację. Pamiętam pierwszy wrocławski Marsz Równości w 2009 roku, na który popatrzyłem, wzruszyłem ramionami i sobie poszedłem. Tak byłem przesiąknięty tymi heteroseksualnymi toksynami, że ledwie zwróciłem uwagę na tęczę. Miałem zupełnie inne pojęcie o świecie. Mnie ten pochód nie dotyczył. Ale z drugiej strony, jeszcze tego samego dnia byłem ze znajomymi w lumpeksie, gdzie zobaczyłem kilka osób, najprawdopodobniej z Marszu Równości, bo byli kolorowo ubrani. Zachwycił mnie sposób, w jaki się poruszali, jak się zachowywali. Kiedy chłopak z tej grupki przymierzał wielkie różowe futro, pomyślałem: „Bądźcie moimi przyjaciółmi”. Chciałem być taki jak on. Po tym wydarzeniu mój styl ubierania się trochę uległ zmianie – przestałem nosić „kobiece” ciuchy i zacząłem łączyć ze sobą bardziej niepasujące do siebie elementy. Zdarzyło mi się nawet pójść w różowym sweterku na koncert metalowy. Wiele lat później wielokrotnie zastanawiałem się, co byłoby, gdybym wtedy poszedł w tym Marszu Równości? Czy odkryłbym siebie wcześniej?

Jak wspomniałeś, odkrywasz siebie w Toruniu. Jak do niego trafiłeś?

Miałem dosyć Wrocławia. Stał się dla mnie za dużym i za głośnym miastem. Popadłem tam w rutynę praca-dom i podświadomie zaczynałem czuć, że potrzebuję zmiany w życiu, zmiany miejsca. Przeprowadziłem się w poszukiwaniu siebie, ale też ze względów praktycznych – uznałem, że mniejsze miasto będzie tańsze do życia.

Spotkałeś tutaj osoby ze społeczności LGBT+…

Tak, wtedy po dragowym show w Końcu Świata, zaprzyjaźniliśmy się z Shaysą, która na swoje kolejne występy zaczęła szykować się u mnie. Podobał mi się ten rozgardiasz, walające się wszędzie ciuchy, kosmetyki, peruki… Z czasem zacząłem przymierzać włosy, kombinować z make-upem, poszukiwać nowego stylu. Niewiele później odbył się toruński Marsz Równości. Był to tym razem marsz, na który bardzo chciałem iść i jednocześnie mój pierwszy raz, kiedy świadomie wziąłem w takiej imprezie udział. Wszyscy byli uśmiechnięci, chcieli się dobrze bawić, niektórzy ludzie machali z okien, to wszystko sprawiło, że ze wzruszenia miałem łzy w oczach. W trakcie przemarszu wyrósł mi przed oczami baner z hasłem o niebinarności. Nie wiedziałem, co to znaczy, więc w domu zacząłem googlować. Tego wieczoru ściana, którą przez te lata dookoła siebie zbudowałem, runęła.

Co znalazłeś w internecie?

Przeczytałem, że osoby niebinarne mogą mieć potrzebę utożsamiania się z płcią męską, żeńską, mogą być pomiędzy jedną i drugą i być w stosunku do nich elastyczne, ale mogą też nie czuć się żadną z nich. To ostatnie wyjaśnienie uderzyło mnie najbardziej. Oczywiście łatwo czyta się regułki, ale w praktyce jest to o wiele bardziej skomplikowany proces. Dlatego do niedawna rozważałem możliwość pełnej tranzycji. Po prostu dysforia często nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Jednak im głębiej o tym wszystkim myślę, tym bardziej rozumiem, że najbardziej chciałbym zawisnąć pomiędzy kobiecością a męskością. Nie potrafi ę być żadną z tych płci.

Czyli z wiedzy o niebinarności „rodzi sięwiedza o transpłciowości?

Tak, najpierw zacząłem utożsamiać się z niebinarną stroną, a następnie zgłębiałem temat transpłciowości. Przypomniałem sobie te wszystkie sytuacje z dzieciństwa i czasów dojrzewania, o których wspominałem. Moja przeszłość była totalnie dysforyczna. Dlatego też przyjąłem męskie zaimki, przestałem używać mojego deadname’u (imienia nadanego osobie, która okazała się transpłciowa lub niebinarna, po jej narodzinach, a którego ta osoba przestała używać – przyp. J.W.) i o to samo poprosiłem przyjaciół. Zacząłem zauważać moją irytację, kiedy ktoś w sklepie mówi do mnie per pani, ale z drugiej strony wyglądam jak wyglądam, więc jak ta osoba miałaby się do mnie zwracać? Używanie w stosunku do mnie poprawnych końcówek daje mi ogromne poczucie wolności, czuję się jeszcze bardziej sobą, stąd też ta myśl o tranzycji. Podobnie, gdy widzę osobę po mastektomii, która pokazuje blizny, utożsamiam się z nią i rozumiem szczęście wynikające z posiadania płaskiej klatki piersiowej. Dlatego, prędzej czy później, zdecyduję się na taką operację.

Czy drag jest pomocny w uporządkowaniu tożsamości?

Na początku na pewno był. Podczas moich pierwszych poczynań w dragowym makijażu bazowałem na „kobiecym” make-upie, nosiłem długie włosy. Do toruńskiego klubu Kosmos włożyłem sukienkę i buty na obcasie. Zrozumiałem wtedy, że te rzeczy nie są dla mnie. Dlatego z czasem przeszedłem na wspomniane kosmiczno-klauniarskie looki. Lubię czerpać inspiracje z nieprzypadkowych miejsc. Kiedyś zrobiłem stylizację na doniczkę w kształcie mojej twarzy, z komputerowo doklejonymi liśćmi. Przeglądam też abstrakcyjne obrazy i zastanawiam się, którą paletę kolorystyczną chciałbym mieć na twarzy.

Wspominałeś, że inspirujesz się Davidem Bowie. Czy twoje dragowe imię też ma związek z muzyką?

Wręcz przeciwnie! Imię powstało przypadkowo, wtedy, kiedy uznałem, że jestem usatysfakcjonowany z dragowego make- -upu. Akurat czytałem książkę „Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga. Postanowiłem, że wylosuję z niej dwa przypadkowe słowa. (śmiech)

Strzał w dziesiątkę! W takim razie, co dzisiaj daje ci Sorry Elvis?

Sprawia, że mam siłę i motywację do tego, aby zacząć nad sobą pracować. Trafiłem na terapię, aby przepracować moje traumy z dzieciństwa. Chcę walczyć o moje zdrowie psychiczne, ale też fizyczne, dlatego postanowiłem zrzucić zbędne kilogramy. Dzięki dragowi coraz lepiej na siebie patrzę. Sorry Elvis sprawia mi tyle radości, że odważyłem się wystąpić w dwóch edycjach onilne’owego show.

Mówisz o słynnym „Młynie” Babki i Vrony, dragowych person z Poznania?

Zgadza się. Jeszcze do niedawna prędzej popłakałbym się i uciekł niż stworzył teledyski. Sama świadomość, że zostanę nagrany, a ludzie będą mnie oglądać, byłaby paraliżująca. Do tej pory robiłem sobie tylko zdjęcia, nad którymi miałem pełną kontrolę. Jednak okazało się, że strach ma wielkie oczy. Jeden z performansów stworzyłem do piosenki „Close to Me” zespołu Th e Cure. Noszę zieloną perukę i klauni makijaż, gram na zabawkowych cymbałkach. Występ opowiada o postaci, która nie może usnąć. Jednak, kiedy sen wreszcie się pojawia, wciąga ją coraz bardziej i bardziej, a granice rzeczywistości się zacierają.

Jak granice twojej tożsamości?

Tak, w tej bezpłciowej formie kryje się moje prawdziwe ja, Sorry Elvis – queerowy artysta.

 

Jakub Wojtaszczyk – pisarz, dziennikarz portalu www.kulturaupodstaw.pl, współprowadzący podcast o serialach i pop-kulturze „Nie spać, słuchać”.  

 

Tekst z nr 92/7-8 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bez kompromisów

Z drag queen CIOTKĄ OFKĄ, czyli z DAWIDEM SURMĄ, rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: arch. pryw.

 

Twoje pierwsze zetknięcie się z dragiem?

Miałem 19 lat, a więc to było 5 lat temu. Mój przyjaciel, Brytyjczyk, który interesuje się dragiem, zaproponował, byśmy zobaczyli razem „RuPaul’s Drag Race”.

Wtedy obejrzałeś ten program po raz pierwszy?

Tak. I nie miałem nic wspólnego ze środowiskiem dragowym czy okołoqueerowym.

Ale wiedziałeś, że w ogóle drag queens istnieją?

Jasne, chociaż to było jakby obok mnie. Niemniej obejrzenie kilku odcinków „All Stars 2” z Katyą i z Alaską, dwiema moimi ulubionymi dragsami do dziś, sprawiło, że ziarno pasji zostało zasiane. Niebawem zauroczyłem się też Trixie Matel, ale szczególnie Jinx Monsoon, ja też jestem przede wszystkim teatralną i komediową „stroną” dragu. Więc ziarno zaczęło kiełkować i 2 lata po tym pierwszym seansie „RPDR” rozkwitło, gdy zdałem sobie sprawę, że nie chcę tylko oglądać innych, chcę sam być drag queen.

A gdy miałeś te 19 lat, to akurat kończyłeś szkołę średnią i…

Moim pierwszym wyborem studiów była Akademia Teatralna. Przeszedłem egzaminy i na ostatnim etapie rekrutacji zrezygnowałem. Jakoś się wystraszyłem, a rodzice namawiali mnie, bym studiował coś bardziej praktycznego. Koniec końców poszedłem za głosem rozsądku, a nie serca i wylądowałem na orientalistyce. W sumie to też był trochę głos serca, bo orient to moja druga pasja po aktorstwie. A poza tym mój ówczesny chłopak studiował arabistykę, ja poszedłem na filologię turecką, więc tak trochę jakbyśmy się dopełniali. Niemniej finalnie nie wyszło, bo 2 lata temu, po 6 latach związku się rozstaliśmy.

Ty tymczasem od początku w swój drag wplatasz motywy orientalne.

Tak jest. Najbardziej fascynują mnie Indie i Turcja. W obu tych krajach podejście do płciowości jest bardzo różne i dalekie od naszego, europejskiego. W Imperium Osmańskim homoseksualność już w połowie XIX w. nie była karana, w odróżnieniu od wielu krajów Europy. W Turcji lat 70. i 80. XX w. nastąpił taki rozkwit kultury drag, że niektóre drag queens były tak popularne, że prowadziły programy telewizyjne. Nawet dziś, przy konserwatywnych rządach Erdoğana drag turecki, w Stambule, ma się lepiej niż polski. W Indiach radosna cielesność i płciowość była na porządku dziennym w kulturze, sztuce, a nawet w architekturze – dopiero XIX-wieczny brytyjski kolonializm zaczął to zmieniać.

Brytyjczycy eksportowali homofobię do swoich kolonii. Indie zniosły pozostałą po nich karalność homoseksualizmu dopiero w 2018 r. A co do płciowości, czytałem o hidźrach, osobach, które w kulturze Indii stanowią jakby trzecią płeć.

Otóż to. Na fali studiów i ogólnego zainteresowania orientem 3 lata temu, czyli rok przed pandemią, zostałem pilotem wycieczek, dzięki którym miałem kasę, by wykupić sobie lekcje burleski, lekcje tańca na szpilkach. Uczyłem się też oczywiście malować, a także szyć, bo chciałem sam próbować projektować stroje.

Momencik. Najpierw chciałbym zapytać, w jakich krajach byłeś pilotem wycieczek.

Indie, Sri Lanka, Malediwy, Izrael, Jordania, Gruzja, Azerbejdżan, Tajlandia, Tanzania, RPA.

O, wow.

To był 2019 r. – mój rok szczęścia.

W marcu 2020 r. przyszła pandemia.

I moje pilotowanie się skończyło. Na to miejsce wskoczył drag

Do którego podszedłeś bardzo profesjonalnie.

Stwierdziłem, że albo idę va banque, albo wcale. Wiesz, ja od zawsze czułem, że mam ten element „femme”, to jest część mnie, której teraz, od 2 lat, pozwalam się ujawnić i odsłonić. Wcześniej tej części nie potrafiłem uzewnętrznić w bezpieczny sposób.

Miałeś tak, że gdy byłeś nastolatkiem, to zwracano ci uwagę, że masz „zbyt kobiece” ruchy czy gesty? Nie zliczę, ile razy. I pilnowałeś, by mieć koniecznie „męskie” ruchy?

Pilnowałem. A w pewnym momencie odpuściłem i przestałem pilnować. Oczywiście tej kobiecej części mnie wcześniej się wstydziłem, a nawet trochę się jej bałem – ona znajdowała ujście w różnych teatralnych występach, do których lgnąłem. A teraz jestem z tej mojej kobiecości dumny.

Parę razy w życiu miałem okazję wystąpić jako drag queen. Pamiętam, że najważniejszy był dla mnie moment zakładania peruki – wtedy nagle stawałem się w mojej wyobraźni innym człowiekiem – piękną, seksowną kobietą.

Gdy zakładasz dragowy strój, to w pewnym momencie następuje przejście jak przez portal do tego drugiego „ja”, co rzeczywiście jest fascynujące. Ale akurat ze strojami sobie nie poradziłem, to znaczy: nie nauczyłem się szyć. Jestem na to chyba zbyt niecierpliwy. Na szczęście mam przyjaciółkę krawcową. Pierwsze dwie kreacje zaprojektowaliśmy razem, a ona je uszyła.

Kiedy zadebiutowała Ciotka Ofka?

4 lipca 2020 r. w warszawskim Beauty Bistro podczas wieczoru początkujących drag queens. To był bardzo udany występ. Miałem performance inspirowany burleską, ściągałem gorset, by zostać w samym body. A następnie lip sync do utworu słoweńskiego komika Klemena Slakonji pod tytułem „Ruf mich, Angela”.

„Zadzwoń do mnie, Angela”? Skąd wytrzasnąłeś taką piosenkę?

Czasem włączam randomowe kawałki na Spotify. To jest wspaniały, rytmiczny utwór komediowy z potencjałem teatralnym – pasował mi jak ulał.

Co wtedy, gdy debiutowałeś, wiedziałeś o polskim świecie dragu?

Niewiele. Drag king Max Reagan Thatcher wprowadzał mnie w ten świat, to on pokazał mi profile ludzi, które absolutnie muszę obserwować.

Jak wymyśliłeś styl Ciotki?

To było proste: od zawsze uwielbiałem kicz, intensywne, pstrokate kolory. A do tego oczywiście motywy orientalne.

A skąd wziąłeś swoje imię – Ciotka Ofka?

„Ciotka” to mój hołd dla wszystkich wspaniałych kobiet w moim życiu – dla mamy, dla babć, dla cioć „prawdziwych” i dla cioć „przyszywanych”, bo przecież koleżanki mamy to też były ciocie dla mnie. Natomiast Ofka to zdrobnienie od Eufemia, czyli od tradycyjnego imienia księżniczek śląskich – z moich okolic, bo pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, spod Bielska-Białej. A wisienka na torcie: jeden z moich ulubionych autorów Andrzej Sapkowski w swojej trylogii husyckiej stworzył postać Eufemii, o której pisze właśnie „Ofka”.

Więc jaka jest Ciotka Ofka?

To jest taka ciotka, która na weselu już o 16 siedzi nawalona w kącie, a jak do niej podejdziesz, to z chęcią ci powróży. Ubrana jest ekstrawagancko, w jakieś pióra i gryzące się kolory, a jednocześnie jest przeintelektualizowana. Poza tym zwyczajnie ciepła. Napije się herbatki z bimbrem i opowie ci historyjki z dupy wzięte. Jedna z moich ciotek, wraz z babcią, za dzieciaka uwielbiała spędzać czas ze mną i moją siostrą, po prostu przebierając się za różne postacie. Wyciągały kufer różnych ubrań, przebieraliśmy się wszyscy i odgrywaliśmy różne role, jednocześnie robiąc zdjęcia polaroidem, uwieczniając wszystkie nasze „historie aktorskie”, które dzisiaj możemy wspominać przy herbacie.

Podczas występów Ciotka lipsyncuje i daje performanse burleskowe. Stand-up też?

Głównie na Instagramie mam dużo rzeczy mówionych i pisanych, ale na żywo też już zaczynam i oczywiście przemycam informacje o Azji czy Afryce. Na niedawnym evencie burleskowo-dragowym z Harpy Queen – na Sabacie, zajęłam się konferansjerką. Jednocześnie planujemy kolejne edycje Sabatu: następna odbędzie się w połowie września w Warszawie.

Nagle przerzuciłaś się na żeńskie końcówki. Bo teraz mówisz jako Ciotka, tak? A jako Dawid masz męskie końcówki.

Tak, choć właściwie definiuję się jako osoba niebinarna, a dokładnie genderfluid. Czasem używam męskich zaimków przy Dawidzie, a żeńskich przy Ciotce, a czasem na przemian.

Po debiucie propozycje następnych występów po prostu zaczęły nadchodzić?

Niektóre tak, a innym trzeba było pomóc. Wysyłałem więc i czasem nadal to robię swoją ofertę występu do klubów, załączam portfolio. Zadomowiłam się w Pogłosie i w innych lokalach. Teraz występuję mniej więcej raz na tydzień i coraz częściej pojawiają mi się bookingi spoza Warszawy.

Na jeden występ składa się…

Zwykle trzy wyjścia na scenę, każde po kilka minut.

Dawid, dziś te głosy na szczęście już rzadziej słychać, ale wciąż część osób z naszej społeczności uważa, że dragsy, czyli „przebierańcy”, robią nam, społeczności LGBT, „złą opinię”.

Mam to gdzieś. To nie jest konstruktywna, merytoryczna krytyka, więc jednym uchem ją wpuszczam, drugim wypuszczam. Drag jest nieodłączną częścią kultury LGBT i powinniśmy być z tego dumni. Ja zresztą traktuję moje występy jako nie tylko wypowiedź artystyczną, ale też aktywistyczną. Homofoby chcą nas zgnoić, zawstydzić i uciszyć, wpędzić z powrotem do szaf, a ja mówię: „Nie! Ja tu jestem, istnieję i nie ukrywam się”. I taka jest moja ekspresja – czasem bardziej męska, czasem bardziej kobieca.

Jaki miałeś okres dojrzewania, odkrywania swojej seksualności?

Stosunkowo łatwy. Stosunkowo – jak na Polskę. Mamie wyoutowałem się, będąc w trzeciej klasie gimnazjum, 3 lata młodszej siostrze niedługo przed mamą.

Skoro ty miałeś 14 lat, to siostra 11. Wiedziała, co to znaczy „gej”?

Wiedziała i nie zrobiło to na niej specjalnego wrażenia, że ma brata geja. Powiedziała „OK” i tyle. Mamie, leżąc na kanapie pewnego wieczoru, powiedziałem mniej więcej: „Wiesz, mamo, sytuacja u mnie wygląda tak, że mnie dziewczyny w ogóle nie kręcą, za to chłopaki – tak”. Mama przyjęła to spokojnie, ale widziałem, że potem jeszcze jakiś czas trawiła to po cichu. Tacie powiedziałem dopiero rok później i urządził mi piekło. Wolę o tym nie mówić ze szczegółami – negatywne wspomnienia. Ale w końcu przeprocesował to i jeszcze w czasach liceum zdarzało się, że mój chłopak bez problemu do mnie przychodził na noc. Więc absolutnie coming outu przed tatą ani przed nikim innym nie żałuję – mam teraz święty spokój, cała rodzina wie, w ogóle wszyscy wiedzą. O tym, że jestem drag queen, również. Żaden wujek czy kuzyn nie zapyta, kiedy przyprowadzę do domu dziewczynę. (śmiech)

Wspominałeś o chłopaku i o sześcioletnim związku.

To był wówczas złoty strzał – chłopak z mojego liceum, 2 lata starszy. Cała szkoła o nas też wiedziała. On mnie zabrał na swoją studniówkę, ja zabrałem jego na moją. Zero problemu. Na wszystkich oficjalnych zdjęciach jesteśmy razem. Samego poloneza nie tańczyliśmy w parze, natomiast znaleźliśmy sposób, by się w niego obaj zaangażować. Jego ówczesna przyjaciółka z klasy – lesbijka – chcąc również iść ze swoją dziewczyną, tańczyła ze mną poloneza w drugiej parze, a on tańczył z jej dziewczyną w pierwszej. Tym samym dwie pary gej/les otwierały poloneza jego studniówki. Zdaję sobie sprawę, że standardowo osobie LGBT w naszym kraju raczej jest trudniej, więc chyba miałem szczęście.

Albo „zrobiłeś” sobie to szczęście swoją otwartością. Jak ktoś się czai i wstydzi, to trochę jakby zaprasza ludzi do ataku, bo pokazuje słabość. A jak ktoś pokazuje zdecydowanie i pewność siebie, to ludzie czują respekt.

Coś w tym jest. W sumie mam bardzo małe doświadczenie bycia w szafie. Ukrywałem się tylko przez krótki czas i to było nie do wytrzymania. W obecnej pracy już na rozmowie rekrutacyjnej powiedziałem nie tylko, że jestem gejem, ale też że występuję jako drag queen.

Gdzie teraz pracujesz?

W biurze nieruchomości, pomagam w sprzedaży oraz kupnie nieruchomości. Mam świetnych współpracowników, zero dyskryminacji, wielkie wsparcie, a wręcz i zainteresowanie moim dragiem – naprawdę dobrze trafiłem.

Znow: może to nie tak, że dobrze trafiłeś, tylko swoją otwartością sprawiłeś, że to miejsce jest dla ciebie tak przyjazne.

Z sercem na dłoniach! A ja się wręcz obnoszę. (śmiech)

Zdajesz sobie sprawę, że z taką postawą stanowisz mniejszość w naszej mniejszości LGBT, prawda?

Zdaję. Jako drag queen lipsyncująca w języku arabskim czy hindi jestem w jeszcze mniejszej niszy. (śmiech)

Gdy PiS doszedł do władzy w 2015 r., miałeś 17 lat. Pamiętasz rządy PO? Praktycznie nie. Dziś śledzę wydarzenia polityczne, wtedy to mnie nie obchodziło.

Jak przyjmowałeś nagonkę na nas, która została rozpętana szczególnie w 2019 r. i w 2020 r.?

Był element przerażenia, przyznaję. Na przykładzie Turcji obserwuję, jak kraj może się cofać w rozwoju i rzucać z powrotem w łapy religii. U nas jest to samo, choć tak naprawdę to jeszcze bardziej dodaje mi energii, by pokazywać, że ja też tu jestem i też tu jestem u siebie. Tak jak pokazują to queery w Turcji, bez kompromisów.

 

Tekst z nr 98/7-8 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wiwisekcja samej siebie

Z LU OLSZEWSKIM, aktywistką na rzecz osób niebinarnych, asystentką posłanki Lewicy Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

 

Foto: Anna Huzarska

 

Czego brakuje społeczeństwu polskiemu w sprawie postrzegania osób niebinarnych?

Wiedzy na temat niebinarności. Ale żeby mówić o jej zdobywaniu, Polacy i Polki musieliby wiedzieć, że osoby niebinarne w ogóle istnieją. Mimo że społeczeństwo jest zaznajomione ze skrótem LGBT, z reguły odnosi się tylko do dwóch pierwszych literek. Niebinarność jako podzbiór transpłciowości nie jest widoczna. Rozpoznanie osób poza binarnym spektrum będzie wymagało też zrozumienia, że podział na mężczyznę i kobietę jest bardzo wąski, a tym samym skonfrontowania się z własnym postrzeganiem płci. To rodzi kolejne problemy, bo część osób nie będzie w stanie sobie wyobrazić, że istnieje coś poza binarnym podziałem płci. Przecież społeczeństwo, kultura, zdobycze cywilizacyjne są oparte na binarności.

Czy w społeczności LGBTQ+ zrozumienie niebinarności jest prostsze?

Tak, bo wiedza na temat transpłciowości i niebinarności jest większa. Tożsamość płciową dzielimy na cis i trans, a trans dodatkowo na binarną i niebinarną. Najszersza definicja mówi o tym, że osoby trans nie identyfikują się z płcią przypisaną im przy urodzeniu. Osoby niebinarne też się z nią nie identyfikują, tak samo jak z płcią „przeciwną”. Zdarzają się jednak osoby LGB, które nie uważają, że transpłciowość jest valid, uprawomocniona.

Jeżeli społeczeństwo miałoby świadomość, że niebinarność istnieje, czy możemy wyobrazić sobie lepszy świat, w którym osobom poza spektrum byłoby najlepiej?

Jasne, że możemy. Już w rdzennych kulturach amerykańskich mamy osoby two-spirit. Inne tożsamości płciowe występują też w Indiach i Oceanii. W dużej mierze to kultura białego człowieka ustaliła binarny podział na kobietę i mężczyznę. Wmówiono nam, że jest naturalny. Nie jest. Do lepszego świata niewiele trzeba. Tym bardziej obalenie binarnego podziału sprawi, że cis kobietom i mężczyznom będzie lżej w życiu. Nie istnieją twory idealne stuprocentowych mężczyzn i kobiet. Tak mocne performowanie narzuconych zachowań jest szkodliwe, bo te cechy nie są nasze. Są wyobrażone.

Dlaczego tak kurczowo się trzymamy tego podziału?

Dlatego że taka jest nasza kultura. Binarność wdrukowywana jest nam od dziecka. Począwszy od koloru różowego dla dziewczynek, niebieskiego dla chłopców czy podziału na toalety męskie i damskie. Oderwanie się od tego będzie wymagało dużo pracy. Podobnie mają ateiści w Polsce. Binarne postrzeganie płci to tak samo silny konstrukt jak konstrukt Boga. By pozbyć się tych kulturowych naleciałości, potrzeba wysiłku. Ten może odstraszać. Osoby boją się też tego, co mogą znaleźć, gdy zaczną pracować na własnej tożsamości. Jeśli poddasz w wątpliwość coś tak podstawowego w naszej kulturze jak podział płciowy, wyruszasz w podróż do dziewiczego kraju. Nie wiesz, co w nim znajdziesz.

Jak wygląda twoja podroż?

Zrozumiałam, że jestem osobą niebinarną stosunkowo późno, bo miałam 38 lat. Wtedy nagle całe moje życie nabrało sensu. Zaczęłam rozumieć, dlaczego przez ten czas czułam się wyobcowana, nie na miejscu. Dlaczego, wchodząc w interakcje, miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Około osiemnastki zadałam sobie pytanie: „Czy nie jestem przypadkiem trans dziewczyną?”. Postanowiłam, że z pełną otwartością przyjmę każdą odpowiedź. Chciałam wiedzieć, o co chodzi. W mojej głowie pojawiło się stwierdzenie: „Nie, nie jesteś trans”. Wtedy jednak nie znałam terminu niebinarności. Dlatego założyłam, że skoro nie jestem trans dziewczyną, muszę być cis facetem. Całe następne 20 lat starałam się tak żyć. Tyle tylko, że próbowałam performować swoją męskość tak, by nie krzywdzić innych osób, żeby nie być, de facto, toksycznym mężczyzną.

Było to trudne?

Stosunkowo proste było nieodgrywanie maskulinistycznych, toksycznych konstruktów. Okazało się to zajebiście benefitujące, bo miałam lepsze kontakty z kobietami, czułam się lepiej sama ze sobą. Żyłam w lewackiej banieczce. Jednak nawet jak starałam się performować nietoksyczną męskość, nie do końca mi to wychodziło, bo nie jestem facetem. Nadal czułam wewnętrzną niezgodę.

W felietonie w niebinarnym zinie „Poczytałosie” napisałaś, że początkowo swoją niezgodę nazywałaś filozoficznym weltschmertzem.

W wieku 38 lat zrozumiałam, że to dysforia płciowa. Nie spowodowało to jej wyeliminowania, ale na pewno pomogło ją zmniejszyć. Dysforia pochodząca od ciała jest u mnie trochę mniejsza niż – uogólniając – u osób transpłciowych binarnych. Zaczęłam jednak tranzycję społeczną – zmieniłam imię na neutralne płciowo, przestałam kupować męskie ciuchy i bieliznę. Oczywiście mogę sobie pomarzyć, że nasze społeczeństwo zaakceptuje moją tranzycję. Na szczęście mam ją przeprowadzoną w moim najbliższym otoczeniu, wśród rodziny, osób przyjacielskich i tych, z którymi pracuję. Nie traktują mnie jak faceta, a to wielki plus.

Aby osoba w pełni siebie zrozumiała, pewnie musi gruntownie się sobie przyglądać. Co dla ciebie było największym odkryciem?

Przez kawał mojego życia byłam nieszczęśliwa. Oczywiście bywały okresy, w których czułam się szczęśliwsza niż zazwyczaj, ale nigdy nie zaznałam niczym nieobarczonej radości jak osoby cis płciowe. W którymś momencie dokonałam wiwisekcji samej siebie. Po kolei brałam na warsztat wszystkie moje zachowania, postawy, emocje. Jeżeli dochodziłam do wniosku, że pochodzą one ode mnie, afirmowałam je. Jeżeli z konstruktu płciowego – pracowałam, aby je usunąć lub zmarginalizować. W procesie terapii poszukiwałam też wewnętrznego dziecka, by się nim zaopiekować. Nie mogłam go znaleźć. Patrzyłam w siebie i nie widziałam nic. Było to przerażające, bo myślałam, że je zabiłam. Momentem przełomowym okazało się, gdy zrozumiałam, że przez cały czas szukałam wewnętrznego chłopca. Zaczęłam rozglądać się za wewnętrzną dziewczynką. Wtedy się znalazłam. Było to kilka lat temu. Po procesie poszukiwania już wiem, że nie jest to ani chłopiec, ani dziewczynka, tylko po prostu dziecko.

Które cechy są twoje, a które odebrałaś jako konstrukt kulturowy?

Na przykład w domu nie zajmuję małymi naprawami. Jeśli psuje się kran lub odpada tynk, dzwonię po fachowca. Robię to mimo że mam wszystkie skille, bo mój tatuś jest emerytowanym murarzem i w wakacje często z nim pracowałam. Z drugiej strony bardzo lubię rąbać drewno i jeżeli mam okazję to zrobić, chwytam za siekierę. Są to zachowania kulturowe i leżą dość płytko w moim ja, dlatego łatwiej mi sobie z nimi poradzić. Ale są też takie, które siedzą głębiej, na przykład zaprzestałam performować męskich ról w łóżku. Nie uprawiam seksu PIV (penis-in-vagina, penis w waginie – przyp. red.). Porzucenie tego konstruktu, który mówił, że to jedyny słuszny sposób na seks, dało mi bardzo dużą satysfakcję.

Z jakimi osobami się spotykasz? Płeć ma dla ciebie znaczenie?

Jest to trochę tricky pytanie. Mogłabym powiedzieć, że odkąd zdałam sobie sprawę, że nie jestem cis-mono-hetero-normatywna, spotykam się z samymi kobietami. Ale nie byłaby to do końca prawda, bo teraz moim chłopakiem jest osoba niebinarna. Nigdy nie spotykałam się z osobami z penisami. Nie dlatego, że nie są dla mnie pociągające, tylko przez to, co jest do penisa „przyczepione”.

Co masz na myśli, mówiąc, że twoim chłopakiem jest osoba niebinarna?

Oboje wymykamy się podziałom na K i M, ale w naszej relacji ja jestem dziewczyną, a ono moim chłopakiem. I że odnosi się to do relacji między nami, a nie do naszych płci.

Czy mogłabyś opisać te role/miejsce w związku?

Wolałabym nie wchodzić w szczegóły mojej relacji.

  1. A co do tego, co jest „przyczepione” do penisa – mówisz o toksycznej męskości?

Nawet nie chodzi o nią. Tylko bardziej o moje doświadczenia z cis facetami, które społecznie nie są dobre. W XXI wieku w Polsce to po prostu nie jest na tyle fajna grupa, abym z jej przedstawicielami mogła wejść w romantyczne relacje. Mam wielu przyjaciół mężczyzn, którzy wymykają się toksycznej klasyfikacji. Jednak nie sądzę, by oni byli zainteresowani mną. Z drugiej strony trudno byłoby mi się spotykać z gejami, bo oni lecą na facetów, a ja nie jestem jednym z nich. Ta kwestia zostałaby rozwiązana wtedy, gdybym spotkała niebinarną osobę z penisem, z którą mogłabym nawiązać bliższą relację. To jeszcze przede mną.

Żyjesz w bezpiecznej „lewackiej” bańce. Gdzie szukasz osób partnerskich, aby zachować to bezpieczeństwo?

Dokładnie tak samo, jak osoby cis-hetero- normatywne. Swoją dziewczynę poznałam na Tinderze. Z kolei chłopaka na wieczorku poliamorycznym. Oczywiście transfobia jest realna. Dlatego wybieram imprezy, jak na przykład te queerowe po Marszu Równości, które pozwolą to ryzyko wyeliminować.

Jesteś aktywistką na rzecz widzialności osób niebinarnych. Skąd czerpiesz siły?

Ze swojej potrzeby bycia szczęśliwą. To uczucie przychodzi i odchodzi. Pamiętam, kiedy opadł kurz po pierwszej euforii, gdy zdałam sobie sprawę, że jestem niebinarna, przeżyłam wtedy czarną noc. Zdałam sobie sprawę, że nie ma dla mnie miejsca w naszym społeczeństwie. Będę miała tyle przestrzeni, ile mnie samej uda się wydrzeć. Stwierdziłam, że nie mam na to siły. Zwróciłam się z tym problemem do zaprzyjaźnionej osoby. Powiedziałam jej: „Przez prawie 40 lat udawałam faceta, to poudaję go jeszcze kolejne 40 i tyle”. Odpowiedziała: „To jest twoje życie, możesz z nim robić, co chcesz. Jeśli chcesz performować męskie role, to po prostu to zrób. Jeśli jakikolwiek stopień tranzycji jest dla ciebie za ciężki, to go nie rób”. Dało mi to do myślenia.

Co zrozumiałaś?

To ja decyduję, co, jak i kiedy zrobię. Ale też to, że jestem bardzo uprzywilejowana – przede wszystkim jestem dorosła, więc nikt nie może mi mówić, jak mam żyć; mam ustatkowaną sytuację zawodową, wspierające grono przyjaciół i rodzinę. Dotarło do mnie, że kiedy się rozpycham w społeczeństwie, tym samym robię przestrzeń dla innych osób niebinarnych w mniej uprzywilejowanej sytuacji ode mnie. Poczułam się za nie odpowiedzialna.

Dotarłaś do siebie stosunkowo poźno, bo przed czterdziestką. Czy był taki moment, że chciałaś nadrobić te „stracone” lata?

Nie, pogodziłam się z tym, że już ich nie odzyskam. Kiedyś w niewielkim procencie, ale jednak, udawało mi się żyć w zgodzie ze sobą. Teraz jest to na nieporównywalnie większą skalę. Gdy osoba przechodzi proces tranzycji, tak naprawdę ponownie wchodzi w okres dojrzewania. Dlatego tak ważne jest, żeby wydarzyła się ona przed lub podczas „prawdziwego” dojrzewania. W polskich realiach to rzadkie. Dlatego czasami czuję się jak trzynastolatka (śmiech). Upraszczając jednak mentalnie jestem mniej więcej w tym momencie, w którym osoby są, jak mają 25 lat. Jestem już dorosła i dojrzała, ale ciągle brakuje mi queerowego doświadczenia życia. Zauważyłam tę różnicę doświadczeń w bliskiej relacji z osobą mniej więcej w moim wieku. Tyle tylko, że minęło ponad 20 lat odkąd ona wiedziała, że nie jest heteronormatywna. Ja wiem od pięciu. Mam za sobą dojrzewanie jako facet. Muszę rozmontować to doświadczenie i dorosnąć drugi raz, już w pełni jako osoba niebinarna.

Na początku powiedziałaś o braku wiedzy o osobach niebinarnych w społeczeństwie. Ty edukujesz. Jak wygląda twoja praca?

Działam na kilku polach. Jestem asystentką posłanki Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. Nie tylko pracuję w biurze, ale też wspieram ją w pracy na rzecz osób LGBTQ+. W tym aspekcie moje rozpychanie się polega na wpływaniu na politykę, aby pokazać, że osoby niebinarne istnieją. Nawet przez sam fakt, że w Lewicy takie pracują. Widoczność jest kluczowa, ponieważ na razie jesteśmy na zbyt wczesnym etapie, by wysuwać postulaty polityczne. Gdy jednak się to wydarzy, mogę być osobą ekspercką, służącą swoją wiedzą w projektowaniu działań na rzecz osób niebinarnych.

Pracujesz też we wrocławskiej Kulturze Równości, prawda?

Tak, w niej działam szerzej, bo na polu wsparcia osób transpłciowych. Obecnie rozpoczynamy projekt, który będzie kursem przygotowawczym do sądowego uzgodnienia płci. Prowadzę również rozmowy z osobami queerowymi i sojusznikami w ramach serii „Równe Rozmowy”. Pracuję przy organizacji Marszu Równości. Czasami też przynoszę, wynoszę i zamiatam. Trzecia gałąź to mój instaaktywizm. Opowiadam, jak w moim wypadku wygląda niebinarność.

Czy twoja praca mogłaby zostać kiedyś ukończona?

Musiałoby to oznaczać, że osoby niebinarne mogą już „normalnie” żyć. Mogą przyjść do rodzica, psychologa, opiekuna i powiedzieć: „Nie jestem płcią, która została przypisana mi przy urodzeniu”. Wtedy dostają wsparcie i narzędzia do tego, by móc odkryć siebie, uzgodnić swoje dokumenty i ciało ze swoją tożsamością. Moja praca byłaby ukończona wtedy, gdy jasne byłoby dla społeczeństwa, że są kobiety, mężczyźni i osoby niebinarne. Choć jeszcze lepiej byłoby, gdybyśmy przestali przypisywać płeć przy urodzeniu i zostawilibyśmy ten wybór konkretnej osobie. Jednocześnie akceptowalibyśmy osoby agenderowe. Nie sądzę, by któryś z tych elementów ziścił się podczas mojego życia. Dlatego praca, którą wykonuję, dla mnie nigdy się nie skończy.

 

Tekst z nr 98/7-8 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jestem dumne, że byłom w więzieniu

Z ALI KOPACZ, niebinarną osobą aktywistyczną, rozmawia Monika „Pacyfka” Tichy

 

Foto: Michał Sosna, @no_pic_no_chat

 

Jak to się stało, że trafi łoś do więzienia (Ali używa naprzemiennie końcówek męskich oraz neutratywów „-om” – przyp. red.)?

Czternastego sierpnia 2021 r. miał miejsce antypolicyjny protest pod Muzeum Narodowym w Krakowie w związku ze śmiercią przed komisariatem w Lubinie 34-letniego Bartosza, geja, jak wiemy z mediów. Był toprotest spontaniczny. Policja wzięła mnie za organizatora głównie dlatego, że najwięcej mówiłom. Trzy osoby, w tym ja, zostały przez policję spisane i to było wszystko.

O tym, że toczy się przeciwko mnie jakieś postępowanie, dowiedziałom się tego wieczora, kiedy policja wtargnęła do mojego mieszkania, czyli ponad rok później – 23 listopada 2022 r. Powiedzieli, że mam zabierać swoje leki, dowód osobisty i idziemy na komendę. Przeszukali mi pokój – nielegalnie, bo nie przedstawili nakazu. Zaglądali mi do szafek, pod kołdrę, w końcu, gdy otworzyli jedną z dolnych szuflad, a ja zażartowałem sobie, że są tam wibratory i nie pamiętam, kiedy je myłem, to przestali. Zostałem skuty w kajdanki, przewieźli mnie na komendę, z komendy na dołek, czy jak to tam się nazywa. No, dołek! A następnie do więzienia na Montelupich.

I w którym momencie powiedzieli ci, o co w ogóle chodzi?

Na komendzie. Powiedziano mi, że mam do odbycia wyrok 15 dni pozbawienia wolności. Było to strasznie denerwujące, stresujące, bo gdyby mi ktokolwiek powiedział na początku, w domu, to wiedziałobym chociaż, że mam sobie wziąć bieliznę na zmianę, szczoteczkę do zębów. A mam aparat ortodontyczny i muszę mieć specjalną szczoteczkę. Największą furorę robiła moja bluza z napisem „Pomagam w aborcjach”, budziła mnóstwo komentarzy. Jeden policjant wzywał komendanta, po czym stwierdził, że przez to będzie się musiał napić na koniec zmiany. Dopiero tam dowiedziałom się, że w ogóle toczyło się postępowanie i że miałom inną karę – prace społeczne – która z uwagi na brak stawiennictwa została zamieniona na pozbawienie wolności. Ale ten wyrok nigdy nie został mi doręczony – sam nie mam dostępu do skrzynki na listy, właściciel mieszkania nigdy nie przekazał nam kluczyka. Awiza staram się wyciągać, wkładając rękę przez tę klapkę. Przez to części pism najwidoczniej nie odebrałom.

To był wyrok nakazowy bez rozprawy?

Tak, i to jest skandal, bo wyroki nakazowe wydaje się w momencie, kiedy jest stuprocentowa pewność, że ta osoba jest sprawcą. Tutaj tak nie było, nikt nigdy nie przyznał się do zorganizowania tamtego protestu. Wydaje mi się, że jest to w jakiś sposób precedens, ponieważ wyrok, który zapadł w mojej sprawie, uznał ten protest za nielegalny. Nawet podczas Strajku Kobiet, gdy prawie każde zgromadzenie było spontaniczne, wymiar sprawiedliwości generalnie uznawał je za legalne, opierając się na artykule 57 Konstytucji. W moim przypadku postąpili inaczej, nie zapewniając mi nawet możliwości obrony. Może ma to związek z tematyką protestu, która była jawnie antypolicyjna, motywowana brutalnymi zachowaniami, których dopuścili się funkcjonariusze prawa w tamtym czasie. Ja nie przyniosłom żadnego transparentu, nagłośnienia ani zniczy, wypowiadało się poza mną wiele osób. Mam wrażenie, że spisali nas, a potem rzucili monetą, kogo oskarżyć.

Więc jesteś tam i dowiadujesz się, że spędzisz tam trochę czasu. Co czujesz?

Tak naprawdę beznadziejny był tylko ten pierwszy dzień. Po pierwsze, totalnie wyrwano mnie z mojej rutyny i planów, co dla każdego jest trudne, ale dla mnie podwójnie stresujące z uwagi na to, że jestem na spektrum autyzmu. Korzystając z leków nasennych, które dostałem (miałem bowiem przy sobie leki na ADHD, które biorę na stałe), głównie spałem, dużo płakałem, tęskniłem za bliskimi mi osobami, martwiłem się, jak zareagują, czy poradzą sobie z tą sytuacją. A byłem całkowicie odcięty od kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie martwiłem się o siebie, wychodząc z założenia, że sobie po prostu dam radę. Do rodziców z reguły odzywam się raz na parę dni, więc też się obawiałom, że będą przerażeni, kiedy nie usłyszą, jak się odzywam. Na komendzie powiedziano mi zresztą, że będąc w więzieniu, dostanę możliwość wykonania telefonu. Nie pozwolili mi wprawdzie spisać numerów z mojego telefonu, ale powiedzieli, że będę mogło zrobić to później. A później poinformowano mnie, że trzeba było zrobić to wcześniej, na komendzie. Z więzienia rzeczywiście można było dzwonić, ale tylko w poniedziałki (a ja tam trafi łom w czwartek), po zapłaceniu za kartę telefoniczną, a rozmowa mogła trwać maksymalnie 10 minut, tylko do jednej osoby. Cały ten proces był niezwykle stresujący i oznaczało to, że moja rodzina nie będzie miała ze mną żadnego kontaktu przez najbliższe 3 dni.

Dla mnie tak naprawdę sam pobyt w więzieniu nie był trudny. Wiadomo, dłużył mi się czas, bo nic tam się nie dzieje. Następnego dnia po osadzeniu miałem wizytę adwokata, który przekazał mi, jak moi bliscy się trzymają i kto tam najintensywniej stara się mnie wyciągnąć. Wiedza, że poza murami więzienia dzieją się rzeczy, była dla mnie bardzo ważna. Poczucie, że mam społeczność za sobą, że na zewnątrz są osoby, które o mnie walczą, było dla mnie superistotne i superbudujące. Korzystając z leków, spałem do oporu, bo wtedy czas szybciej leci, a to na pewno było w jakiś sposób pomocne.

Robiąc protesty czy przychodząc na nie, liczę się z tym, że mogę ponieść jakieś konsekwencje prawne. Działając, mogę narazić się tym u władzy i doświadczyć represji. Bo to, co się stało, to nie konsekwencje, tylko forma represji. System prawny czy policja nie zostały skonstruowane z myślą o zwykłych ludziach, tylko z założeniem ochrony tego, kto aktualnie będzie siedział na szczycie tej piramidy. To, co mi się przydarzyło, nie jest pomyłką, ale celowym działaniem, by uciszyć osoby walczące z aktualnym porządkiem. W moim aresztowaniu nigdy nie chodziło o wymierzenie sprawiedliwości, bo gdyby im na tym zależało, to ofiary przemocy policyjnej byłyby otaczane opieką, a nie uciszane. Z więzienia wyniosłem świadomość, że jestem w stanie poradzić sobie w każdej sytuacji i potrafi ę dogadać się z absolutnie każdym człowiekiem pod warunkiem, że ma otwartą głowę. Wiem, że chciano w ten sposób wywołać efekt mrożący, ale zadziałało to dokładnie na odwrót. Najbardziej przerażające jest to, czego nie doświadczyłem i czego jeszcze nie znam. A teraz, skoro najgorsze, co mogą mi zrobić, to wsadzenie do więzienia, gdzie nie było tak źle, to wiem, że nie muszę się bać.

To przeżycie przyniosło mi więcej dobra niż zła. Doświadczyłem na własnej skórze, jak fajna jest w ogóle społeczność queerowa. Ludzie sami zrobili zbiórkę na adwokata, psychoterapię i psychiatrę. W parę dni uzbierało się ponad 11 tysięcy. To jest absolutnie fantastyczne i daje mi poczucie, że hasło, które krzyczymy na protestach: „Nigdy, przenigdy nie będziesz szła sama”, jest realną rzeczą, która się dzieje, także jako element mojego życia. I nieważne, co mi zrobią, nie odbiorą mi tej solidarności między nami, tej bliskości. I chcę to też dawać innym, żeby każda osoba queerowa kogoś miała, żeby nikt nigdy nie szedł sam. Jestem dumne z tego, że byłom w więzieniu. Bo to znaczy, że tym, którzy rządzą w tym kraju, zalazłem za skórę na tyle, że stwierdzili, że chcą coś z tym zrobić. To jest fantastyczne i motywuje mnie do dalszej pracy aktywistycznej. Pobyt w więzieniu świetnie zweryfikował, które osoby w moim życiu są warte zatrzymania, a które znajomości są tylko na pokaz. Nie żałuję tego protestu i gdybym miało przyjść na niego jeszcze raz, mając świadomość, jakie będą konsekwencje, to i tak bym przyszło, totalnie. Wiem, że ja w tamtym momencie, o rok młodsze niż teraz, zrobiłem wszystko najlepiej jak umiałem.

Byłoś w celi żeńskiej?

Tak. Cela była dziewięcioosobowa, z bardzo dużą rotacją. Poznałem inną osobę transpłciową, wciąż jestem w stałym kontakcie z jego narzeczoną, wspólnie szukamy sposobu na wyciągnięcie go stamtąd. To pokazało mi, że queery są wszędzie.

Nie doświadczyłem na celi żadnej przemocy, żadnego misgenderingu. Wchodziła nowa osoba, przedstawiając się, mówiłem, że jestem Ali, używam męskich form i nie było żadnego problemu. Nie robiono z tego jakiejś wielkiej sensacji. A najbardziej obawiałem się, że spotkam się z homofobią czy transfobią ze strony ludzi, z którymi mam siedzieć w zamkniętym pomieszczeniu.

Największym koszmarem była służba więzienna. Cały czas odmawiała mi szacunku i używania moich form rodzajowych, co było strasznie chujowe. Przeziębiłem się bardzo mocno, miałem duszący kaszel, nie mogłem oddychać. Mam przewlekłe problemy z płucami i oskrzelami, domagałem się lekarza, żeby mnie ktoś zbadał, osłuchał, czy nie mam zapalenia płuc. Jedyną reakcją było powiedzenie, że mam zapytać pielęgniarkę, a ona mówiła, że mam pójść do kogoś innego i tyle, a w końcu zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Dostawałem tylko paracetamol. To budziło ogromną frustrację i bezsilność.

No i po tygodniu cię wypuścili.

Tak. Udało mi się wyjść, na szczęście dużo szybciej, bo w połowie wyroku. Dzięki interwencji mojego adwokata zamieniono mi z powrotem więzienie na prace społeczne. Zostało złożone zażalenie i na ten moment czekamy na odpowiedź. Jeśli będzie pozytywna, to dalej będzie normalny proces i mogłoby dojść do sprawiedliwego wyroku, czyli uniewinnienia. Aczkolwiek najbardziej prawdopodobny ciąg dalszy jest taki, że po prostu odrobię te prace społeczne i sprawa skończona. Ciężko mi się o tym mówi, bo wszyscy reagują jakimś takim smutkiem czy wkurwieniem i to rozumiem, ale ja jestem z tym pogodzone i w dalszym ciągu uważam, że to nic takiego strasznego. Znaczy, jest mi przykro i czuję, że zostałem potraktowany bardzo niesprawiedliwie, ale nie ma sensu zajmowanie sobie przestrzeni w głowie jakąś złością czy żalem, z którymi nie jestem w stanie nic zrobić, bo wówczas tylko utyka się w tej sytuacji. Ja chcę po prostu iść dalej i robić więcej fajnych aktywistycznych rzeczy.

To, że wyrok był nakazowy, a nie powinien, może tu pomoc?

Ten wyrok w tej formie nie powinien w ogóle zapaść, co podkreślają osoby z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy więzieniem czy sądem władze próbują wywołać efekt mrożący. Tak było w przypadku zniszczenia przez Margot homofobicznych furgonetek fundacji Pro – Prawo do Życia czy teraz, w przypadku Justyny Wydrzyńskiej. Tym bardziej czuję dumę, że mogę stać obok nich i mieć podobne doświadczenie. Osoby ze Stop Bzdurom, które zniszczyły furgonetkę, swoją akcją zmotywowały mnie do aktywizmu. Justyna też jest wielką inspiracją, więc nie zamierzam się wycofywać. To dopiero początek.

Informacje o twoim uwięzieniu łączyły je z pikietą w sprawie poszanowania tożsamości osób transpłciowych przed twoją uczelnią – Uniwersytetem Pedagogicznym im. KEN w Krakowie. Jaka jest teraz sytuacja na uczelni? Protest coś dał?

Nie, przeciwnie, jest nawet gorzej. Przez jakiś czas uniwersytet umożliwiał osobom trans zmianę danych w systemie na podstawie zaświadczenia od psychologa czy psychiatry o diagnozie dysforii płciowej. Ale od tego roku akademickiego osobom rozpoczynającym studia mówi się, że zmiana jest możliwa wyłącznie po okazaniu wyroku sądu. Twierdzą, że inaczej to jest nielegalne, co implikuje, że UJ i inne uczelnie łamią prawo regularnie i nikt nie reaguje, ale nie ma co szukać w tym logiki. Nawet zasłaniano się moją osobą: „zobaczcie, symbol walki o osoby transpłciowe i niebinarne studiuje na naszej uczelni i nie ma przeszkód, nie ma transfobii, więc o co wam chodzi”. Mało tego, w swoim oświadczeniu o tym, jak bardzo dbają o osoby transpłciowe, nazywali mnie „studentką”.

A przecież to właśnie ta uczelnia powinna najlepiej ze wszystkich rozumieć temat!

Tak, no ale cóż. W grudniu ja i inne osoby trans z uczelni z dnia na dzień zamiast używanych danych w systemie zobaczyliśmy z powrotem swój deadname. Nikt nas nie uprzedził, że zmiana zostanie wycofana. Przez to musimy się outować ponownie, gdyż większość wykładowców zna mnie tylko z używanego imienia i obawiałom się przez jakiś czas, że zostanę w trakcie zajęć zapytane, dlaczego moje imię się zmieniło. Ja to jeszcze pal sześć, bo passinguję na kobietę, ale są studenci, którzy są od kilku lat na hormonach i nagle wyświetla się im żeńskie imię w Teamsach, i muszą się tłumaczyć, dlaczego mają zarost i niski głos. Wiele osób się zastanawia, czy nie zmienić uczelni. Jest to kłopotliwe, ale to nic w porównaniu ze studiowaniem w miejscu, gdzie według profesorów nie zasługujesz na szacunek. Nawet jeśli trzeba przerwać studia i rozpocząć na nowo, są osoby, które wolą to niż funkcjonowanie pod deadname’em. UP jest jednym z nielicznych, które nie piszą, że brakuje im na prąd, więc myślę, że to z czegoś wynika – z podlizywania się partii rządzącej. Usuwano i zwalniano też profesorów mających poglądy trochę bardziej na lewo. I też protestowaliśmy. Osobę, która odpowiadała za BON i inicjatywy równościowe, również zwolniono z dnia na dzień.

Czym jest BON?

Biuro ds. Osób z Niepełnosprawnościami. Pod to niestety podpadamy jako osoby transpłciowe, według uczelni.

Mogę spytać o niebinarność?

Od dziecka czułem, że coś mi nie gra, nie rozumiałem tego konceptu płci, ale to może wynikać też z neuroróżnorodności. Osoby z ADHD czy z autyzmem często mają z tym problem. Potem miałem okres zinternalizowanej transfobii, którą wyniosłem z rodzinnego domu, ale też po prostu z kultury, w jakiej żyjemy. Gdy wszedłem w społeczność queerową, myślałem, że jestem binarnym trans mężczyzną, ale ten pomysł też mi nie do końca siadał, choć odpowiadało mi to bardziej niż bycie kobietą.

Potem się dowiedziałem, że istnieje coś takiego jak niebinarność. Uświadomiłem sobie, że to jest dokładnie to, co mnie określa. Zastanawiam się, czybym się wyoutował i zaczął funkcjonować dokładnie tak, jak potrzebuję, gdybym nie poznał innych osób niebinarnych. Dlatego jest tak ważne, żeby podkreślać naszą obecność w świecie. Bo są osoby nastoletnie, którym coś w płci przypisanej przy urodzeniu nie pasuje, mają dyskomfort, mają dysforię. I może przeczytają to i pomyślą: „W końcu znalazł*m określenie na to, co czuję. Nic ze mną nie jest nie tak, nie jestem nienormaln*. Inni ludzie też tak mają i nie jest to nic złego”. Dla mnie to jest superistotne – żeby być takim dorosłym i taką osobą, której ja potrzebowałem, kiedy miałem naście lat i szukałem swojej tożsamości.

W jakim wieku udało ci się ją znaleźć?

Na przełomie gimnazjum i liceum. Ale wyparłem to na parę lat, bo to jest trudne – być osobą queerową w Polsce. Jest to wyzwanie, ciągłe ryzykowanie doświadczaniem transfobii i przemocy – czy w internecie, czy też na żywo. Starałem się funkcjonować jako dziewczyna, ubierając się bardzo kobieco, ciągle w sukienkach, spódnicach. Dopiero na studiach w Krakowie poczułem, że jestem w innym środowisku i że w końcu mogę poczuć się bezpiecznie sam ze sobą. Poznaję zupełnie nowych ludzi i mam też większy wybór osób, z którymi chcę być blisko, czego nie miałem, wychowując się w małym mieście na Lubelszczyźnie. Zacząłem próbować z różnymi zaimkami i tak minęło już dobre 3 lata, od kiedy używam neutratywów. W międzyczasie dołożyłem formy męskie, z którymi czuję się coraz bardziej komfortowo. I powoli czuję, że zaczynam funkcjonować tak, jak się czuję dobrze i otaczając się ludźmi, którzy są dla mnie dobrzy.

Czy był ktoś w twoim bezpośrednim otoczeniu, kto by cię wsparł, komu mogłoś się zwierzyć?

Miałem osoby z klasy w gimnazjum, paczkę przyjaciół. Byliśmy potem w tym samym liceum. Do tej pory jesteśmy w kontakcie. Większość tych osób wtedy identyfikowała się jako cis i hetero. Teraz się okazuje, że praktycznie wszyscy byliśmy tak naprawdę queerami w szafach i może dlatego złapaliśmy wspólny język. Pamiętam, jak z przyjaciółką obiecaliśmy sobie, że jeśli nam nie „przejdzie”, to po osiemnastce idziemy do seksuologów. Okazało się, że jestem osobą niebinarną, a w konsekwencji osobą superszczęśliwą, otoczoną naprawdę niesamowitymi ludźmi. Ona również się wyoutowała i – z tego, co wiem – wiedzie szczęśliwe życie. Wspierali mnie także znajomi z innych miast i ówczesny partner, który „wyleczył” mnie z transfobii. Bo prawda jest taka, że byłem strasznym transfobem i jeszcze w okresie gimnazjalnym padały z mojej strony bardzo nieprzyjemne teksty. A następnie zakochałem się i osoba, którą pokochałem, okazała się osobą transpłciową. Zacząłem się edukować i uświadomiłem sobie, że to nie jest złe. Przeszedłem strasznie długą drogę od bycia totalnym transfobem do bycia osobą otwarcie queerową i strasznie jestem z siebie dumny.

A jak twoja rodzina? Wiedzą o tobie? Jak zareagowali?

O tym nie chcę mówić, bo mam z nimi kontakt i wiem, że nie czują się z tym komfortowo.

Jak się zaczął twój aktywizm?

Jako początek swojego aktywizmu traktuję moment, gdy zacząłem kupować bindery. A pierwsza taka sytuacja miała miejsce na początku liceum. Wtedy jeszcze nie mieliśmy polskiej firmy produkującej bindery – trzeba było sprowadzać je zza granicy. To były całe akcje, żeby znaleźć jakiegoś przyjaznego dorosłego, kto pomoże i zrobi ten przelew. Tą osobą stała się mama mojego przyjaciela, której do teraz jestem strasznie za to wdzięczny. Jeśli kogoś z nas nie było stać, to robiliśmy zrzutki między znajomymi, każdy dawał po 5-10 zł, rezygnując z drugiego śniadania w szkole.

Oczywiście nie jest tak, że są tylko dobre strony. Jest dużo rzeczy, nad którymi jako społeczność musimy popracować i które budzą we mnie duże zmęczenie czy frustracje. Jedną z trudnych oraz szerokich tematów jest kultura calloutu. Nadużywanie mechanizmu calloutu w naszym środowisku sprawia, że czuję się, jakbym chodził po polu minowym. Żebym nie został źle zrozumiany – uważam, że to narzędzie jest niesamowicie cenne i potrzebne. Często to jedyna forma obrony, po jaką może sięgnąć ofiara przemocy. Callout zakłada odcięcie osoby od społeczności, piętnuje kogoś, ponieważ stanowi ona zagrożenie i nie wykazuje chęci poprawy. Problem według mnie leży w tym, że to jedyne narzędzie, jakie zostało nam przedstawione, i takie, po które sięgamy jako pierwsze. Miejsce, gdzie to narzędzie jest szczególnie obecne i, według mnie, nadużywane, to bardziej mainstreamowe środowisko aktywistyczne na Instagramie. Często nawet nie pojawia się myśl, by rozpocząć proces naprawczy, mediację, niekoniecznie tylko pomiędzy sprawcą a ofiarą, ale też pomiędzy sprawcą a społecznością. Brakuje w tym wszystkim wrażliwości oraz pamiętania o tym, że ludzie popełniają błędy i krzywdzą siebie nawzajem, często nieumyślnie lub z powodu traum, jakich doświadczyli. Jasne, zdarzają się sytuacje, gdy callout jest używany w konflikcie interpersonalnym, ale wtedy to narzędzie całkowicie traci swoją siłę czy sens. Walka o prawa queeru na szerszą skalę nie będzie możliwa, jeśli nie nauczymy się alternatywnych sposobów przezwyciężania niezgody. W tym momencie staram się skupić tylko na pomocy wzajemnej i jakiejś takiej realnej bliskości z ludźmi, bo ona jest najważniejsza.

Jakie masz plany na przyszłość? Myślisz, że pobyt w więzieniu może ci zaszkodzić w wykonywaniu pracy?

Jestem na psychologii, studia skończę, będę mieć umiejętności i jeśli nie będę pracować w zawodzie, to znajdę pracę gdzie indziej. Umiejętności zdobyte na studiach wykorzystam w aktywizmie i do działania na rzecz społeczności. Konflikty w grupach, wypalenie, traumy, wsparcie w kryzysie, osoby z myślami samobójczymi. Tu jest dużo rzeczy do zaopiekowania.

Mam też nadzieję, że nauczę się balansu pracy i życia, bo potrzeb jest strasznie dużo i codziennie ktoś zwraca się o pomoc. Bywa to niezwykle trudne, bo mam przed sobą żywego człowieka, którego problemy totalnie rozumiem, ponieważ przechodziłem to samo parę lat temu. I jak mam mu powiedzieć: „Słuchaj, nie, teraz jestem na urlopie, nie mam siły tego robić”?

Jakie masz marzenia? Takie dotyczące ciebie, a nie ogólnej szczęśliwości całego świata.

Chciałobym mieć możliwość zmiany oznaczenia płci w dokumencie na „X”, żeby nic nie sugerowało płci przypisanej mi przy urodzeniu. Chcę prowadzić życie z ludźmi, którzy są dla mnie dobrzy, którzy są wsparciem, którzy nie zabierają więcej, niż dają. Chcę być szczęśliwy, czuć spełnienie z powodu tego, co robię, móc robić to dalej, mieć na to siłę – i też być może mieć zewnętrzne finansowanie dla mojej działalności, żeby chociaż nie musieć do tego dokładać ze swoich pieniędzy, tak jak się to dzieje teraz.

Większość aktywistów w Polsce idzie codziennie do biura czy fabryki, żeby zarobić na żarcie i rachunki, i dopiero potem może pracować kolejne ileś godzin dla dobra wspólnego.

Chciałbym, żeby do społecznej świadomości dotarło, że aktywizm to jest praca. Że to nie jest jakieś moje hobby czy coś, co robię po godzinach dla przyjemności, to jest praca, tylko o tyle niezwykła, że jest nieodpłatna. Powinna być płatna i każda osoba działająca powinna otrzymywać za to odpowiednie wynagrodzenie. Robienie aktywizmu, np. organizowanie protestów, jest strasznie wykańczające. Zapierdalam na protesty dotyczące praw kobiet i aborcji od wielu lat i sporo się zmieniło w społecznej świadomości, ale przepisy wręcz się pogorszyły. Ciężko utrzymać motywację, jeśli masz wrażenie, że to, co robisz, tak naprawdę chuja daje. Mam poczucie, że ja się nie wypalam dzięki temu, że poza tą żmudną i wymagającą czasu pracą np. kupuję bindery – i jeden kupiony binder jest zmianą postrzegania siebie i zmianą całego życia jakiejś konkretnej osoby. Daje to natychmiastową satysfakcję i poczucie, że to, co robię, ma sens.   

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Syndrom oszusta

Z ANOUK HERMAN, osobą autorską książki „Nigdy nie będziesz szło samo” o osobach niebinarnych, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

 

Foto: Joanna Nowicka

 

 Kiedy czytałem „Nigdy nie będziesz szło samo”, miałem wrażenie, że osoby bohaterskie dryfują po mrocznych wodach, które są Polską, i szukają swoich ludzi. Kiedy na nich trafiają, ich życie choć na chwilę staje się pełniejsze. Zgodzisz się z tym?

To bardzo trafna uwaga. Wychodzą ze swojego mieszkania, by skonfrontować swoje nowo odkrywane tożsamości z tym, co jest na zewnątrz. To próba „dogadania” ze światem tego, co prywatne.

Jedna z osób, Riko, odkrywa swoją niebinarność. Przychodzi to do niej jak grom z jasnego nieba.

Riko po prostu przeczytało o niebinarności i uznało, że do niego pasuje. Jest przykładem osoby, która poszukując tożsamości, wpada na konkretne pomocowe źródła. Dzięki nim ma szansę na porównanie własnych odczuć z odczuciami większości. Może stwierdzić: „Kurde, mam inaczej!”. Dla mnie odkrywanie tożsamości Riko było procesem, w którym ktoś ma już mentorów, osoby, które wcześniej wydeptały ścieżkę. W taki sposób jemu mogłoby być dużo łatwiej. Zależało mi, aby pokazać, że dziś osoba zastanawiająca się nad tożsamością ma szansę bycia w społeczności, wsiąknięcia w nią, że jest ona tuż za rogiem.

Na pewno pamiętasz odkrywanie własnej tożsamości.

Przemiana, którą przechodziłom, znacząco różniła się od tej, którą przechodzi Riko. Bardzo długo zastanawiałom się, co może być ze mną nie tak. Nie miałom źródeł, dzięki którym olśniłoby mnie: „Ej, to, co odczuwam, jest podobne do tego i tego!”. Zrozumienie przyszło po latach, wraz z odpowiednimi słowami, nazewnictwem. W dzisiejszych czasach dużo łatwiej o treści, które dają szansę, by ułożenie tożsamościowych puzzli nie było żmudnym procesem, jak w moim przypadku.

Co było w nim najtrudniejsze?

Nazywanie i szukanie słów, by powiedzieć, kim jestem. Chciałom opisać swoje wrażenie niedopasowania, odkryć, że nie jestem jedyne i że paradoksalnie to bycie poza spektrum binarnym ma jakąś nazwę. Zdecydowanie poczucie braku intersubiektywności było najcięższe. Bardzo długo zastanawiałom się, czy jestem binarną osobą transpłciową w stronę męską. Natomiast czułom się pogodzone z socjalizacją w stronę kobiecą oraz z tym, że mam cechy stereotypowo przypisane do obu płci. Gdy natrafi łom na określenie „niebinarność”, zrozumiałom, że się w nim mieszczę.

Czy osobom z twojego najbliższego otoczenia łatwo przyszło „przestawienie się”?

Bardziej starały się śledzić, co mówię, i dostosowywać się do moich językowych poszukiwań. Nie były to osoby, które same gdzieś szukały informacji na temat niebinarności, tylko bazowały na mojej wiedzy. Były przy tym bardzo życzliwe i robiły to, o co je prosiłom, np. używały odpowiednich zaimków, imienia. Byłom dla nich przewodnikiem.

A rodzice?

Nie jestem przed ojcem wyoutowane. Z kolei mama bardzo szybko zaakceptowała moją niebinarność. Powiedziałobym nawet, że przeczuwała, iż z jej dzieckiem jest „coś nie tak”, (śmiech) że nie mieści się w dotychczas znanych jej kategoriach. Zresztą moją queerowość wyczuwała wcześniej, wiedziała, że nie jestem hetero.

Gdzie szukałoś reprezentacji?

Pierwszym źródłem były anglojęzyczne fanfiki, w których ktoś opisał postać mającą niebinarne cechy albo wprowadził nazwę „niebinarność”. Pamiętam, że w pierwszym momencie nie zrozumiałom tego pojęcia. Wydało mi się abstrakcyjne. Później już byłom na nie wyczulone. Zaczęłom googlować, jednak w tamtych czasach – które przecież były zaledwie kilka lat temu – nic sensownego się nie wyświetlało. Na szczęście to się zmieniło.

W „Nigdy nie będziesz szło samo” pojawiają się imiona Melody i Riko. Twoje też nie należy do pospolitych. Jak wygląda proces nadawania nowego imienia?

Imienia Anouk używam od dłuższego czasu, ale teraz jest już moim prawdziwym, z dokumentów. Wybrałom je, zanim wiedziałom, że jestem osobą niebinarną. Po prostu do mnie pasowało. Teraz pasuje jeszcze bardziej, bo nie kończy się na literę „A”, czyli nie sugeruje płci przypisanej przy urodzeniu. Po raz pierwszy „Anouk” pojawiło się dla mnie w filmie „Czekolada”, który w dzieciństwie oglądałom z mamą. Spodobało mi się. Mama szybko zaczęła się do mnie tak zwracać. Następnie otoczenie.

A skąd Riko i Melody?

Dzisiaj mamy dużo grup FB czy nitek na Reddicie, gdzie ludzie o nienormatywnych tożsamościach mogą poszukiwać wsparcia przy wybieraniu imienia. Ukonstytuowały się też pewne imiona, po które często sięgamy ze względu na to, że nie tylko są neutralne płciowo, ale też są do zaakceptowania przez polskie urzędy. Wybierając „Riko”, korzystałom z listy stworzonej przez ludzi pomagających osobom transpłciowym i niebinarnym w tranzycji społecznej w Polsce. Tak większość z nich wybiera swoje imię. Ta lista to „oczywista ścieżka”, która jest kompromisem, na który osoby odkrywające swoją tożsamość muszą pójść z życiem. Wiele polskich osób o queerowej tożsamości poszukuje też nieoczywistych imion anglojęzycznych, które w określonych przypadkach mogą zostać uznane podczas urzędowej procedury zmiany danych, zwłaszcza wówczas, gdy nie doszło jeszcze do sądowego uznania korekty płci metrykalnej. Tak było z Melody.

Jednej z osób bohaterskich towarzyszy syndrom oszusta, że nieutożsamianie się z płcią przypisaną przy urodzeniu to „chwilowe zaburzenie percepcji”. Skąd te myśli?

Syndrom oszusta towarzyszył również mnie! Wynika on z tego, że żyjemy w kraju, w którym poszukiwanie własnej tożsamości, czy w ogóle zastanawianie się nad nią, jest czymś, na co w społeczeństwie nie ma przyzwolenia. Tym bardziej że w ciągu tych poszukiwań wielokrotnie zmienia się „labelki”, np. z transpłciowości na niebinarność i z powrotem. Jak raz sobie coś „wymyślisz”, masz przy tym pozostać. Jeśli się wycofasz, ludzie od razu powiedzą, że totalnie odpływasz. Boimy się również przed samymi sobą przyznać, iż odczuwamy coś inaczej od innych. Nie pozostanie to przecież bez konsekwencji, dlatego decyzja musi być przemyślana. Na pewno ktoś będzie chciał nas skrzywdzić. Niech to przynajmniej będzie tego warte. Riko z mojej książki kwestionuje swoją tożsamość. Wynika to ze strachu, że jak wszystkim o sobie powie, a później mu się odmieni, będzie postrzegane jako osoba, która kręci, jest niezdecydowana. Nie daje sobie prawa do eksploracji, bo boi się, że sprawi innym problem.

Z badań Kampanii Przeciw Homofobii i Lambdy Warszawa z 2021 r. wynika, że tylko 15% ojców i 20% matek akceptuje swoje dzieci trans. W „Nigdy nie będziesz szło samo” rodzice są często nieobecni, albo fizycznie, bo dzieci uciekły z homoi transfobicznych rodzin, albo są zapracowani lub niezainteresowani. Opowiesz coś o tym?

Życie nastolatków często toczy się głównie w internecie, gdzie jest dynamiczniej, tymczasem rodzice tkwią w świecie uwikłanym w dom i w pracę, w którym nie do końca jest miejsce i czas na to, aby śledzić to, co robią ich dzieci. To zła sytuacja, ale powszechna. Żyjemy w systemie często wymagającym od nas pracy ponad siły, odbierającym nam czas wolny, czas dla rodziny. Chciałom pokazać, że nie zawsze jest tak, że rodzice się nie interesują, ale po prostu nie mają zasobów, by to robić. Z drugiej strony są, wspomniane przez ciebie, dzieci, które uciekły z niesprzyjających im rodzin. Te w książce zainspirowane zostały prawdziwym życiem. Przeraża mnie to, że osoby nieheteronormatywne nie mogą odnaleźć nie tyle wsparcia, ile dostać szansy zwyczajnej koegzystencji. Muszą uciekać lub zostają wyrzucone.

Czy nadzieją jest wybrana rodzina?

Zdecydowanie tak!

Masz akceptującą mamę, która używa twojego nowego imienia i poprawnych zaimków. Jak odnalazła się w twojej wybranej rodzinie?

Bardzo dobrze! Mama i moje osoby przyjacielskie trzymają się razem.

Twoje osoby bohaterskie mają mniej szczęścia. Ale nie tylko dom je rozczarowuje, również szkoła. Jaka ona jest dla młodego pokolenia?

Skończyłom liceum w 2017 r. Wtedy nie było to miejsce, które wspierałoby moje poszukiwania tożsamościowe. Co prawda dochodzą do mnie głosy, że dziś bywa inaczej, ale z drugiej wiele osób mówi, iż szkoła nadal zmusza je do używania danych z dokumentów czy zaimków zgodnych z płcią przypisaną przy urodzeniu. W ramach szkoły nie ma też instytucji, do której można się udać i porozmawiać o swoich tożsamościowych wątpliwościach. Nie ma też regulacji, które zmuszałyby nauczycieli do używania poprawnego imienia czy zaimków. Szkoła to ostoja konserwatywnych wartości i przemocowego kształcenia.

Czy w 2017 r. dopiero poszukiwałoś tożsamości?

Tak, dopiero się ona kształtowała. Byłom na etapie testów, np. używania wybranego imienia. Na szczęście osoby z klasy były akceptujące i miałom wiele queerowych przyjaciółek i przyjaciół. Część z nich przyjmowała imię bez słowa. Inne były ciekawe. Nawet jeżeli ich pytania można byłoby uznać za niedelikatne, nie wyczułom złych intencji. Mam wrażenie, że to nie tak, że nastolatkowie zawsze chcą krzywdzić osoby, które jakoś odstają. W przypadku nauczycieli często odbijałom się od muru ograniczeń. Wynikało to z tego, że wiele osób LGBTQ+ z mojej szkoły było dla naszych nauczycieli pierwszymi tak otwarcie mówiącymi o sobie.

Wśród osób piszących często wspomina się o trudnościach w używaniu w tekstach neuratywów.

Dla mnie nie jest to trudne, wynika to z ekspozycji na taki język. Im częściej go widzisz i czytasz teksty napisane w taki sposób, tym szybciej wchodzi ci on do głowy.

Jedna z osób z twojej książki mówi, że milczenie nie jest rozwiązaniem. Literatura young adult daje głos?

Literatura dla młodych dorosłych to pierwszy bastion, który zajmuje się popularyzacją języka neutralnego. Jak również pomaga w odkrywaniu własnej niebinarnej tożsamości, bo wiele osób czyta tego typu książki i mówi o tym czytaniu w social mediach. To całkiem naturalne, by zacząć od literatury młodzieżowej, dotyczy ona bowiem osób, które są w trakcie poszukiwań. Gdybym 10 lat temu miało takie książki, byłoby mi łatwiej jako osobie nastoletniej. Szybciej zrozumiałobym, że wszystko jest ze mną okej.

„Nigdy nie będziesz szło samo” Anouk Herman ukazało się nakładem Wydawnictwa W.A.B. w 2023 r.

***

Anouk Herman – debiutowało książką poetycką „right into pod tramwaj”. Interesuje się ekofeminizmem oraz zagadnieniami dziewczyńskości i femcelstwa. Codziennie dokarmia lokalne stado wygłodniałych gołębi – kocha wszystkie zwierzątka, choć najmocniej myszy i koty.

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Happy start

Z ALIN SZEWCZYK, aktorską osobą niebinarną, która zagrała główną rolę transpłciowego Tośka w netfliksowym filmie „Fanfik”, rozmawia Małgorzata Tarnowska

 

Foto: Maciej Nowak

 

Świetnie zagrałeś główną rolę transpłciowego Tośka w „Fanfiku”, nie mając większego doświadczenia z aktorstwem. W internecie możemy znaleźć informacje, że jesteś m.in. modelem i udzielasz się artystycznie. A jak wyglądało twoje życie przed „Fanfikiem”?

Kiedy w 2021 r. dowiedziałem się o castingu do „Fanfika”, miałem 21 lat. Byłem zmęczonym pracownikiem działu supportu w korporacji. Przez całe wakacje siedziałem, klikałem w komputer i tylko się wkurzałem. W wolnych chwilach grałem dj sety. Poza tym rysowałem – i dalej rysuję – komiksy. Kilka miesięcy przed castingiem do „Fanfika” wydałem komiks z Girls* to the Front (queerowo-lesbijski kolektyw wydający zin pod tym samym tytułem – przyp. red.). Zajmowałem się więc rozwijaniem swoich zajawek i pasji w przerwach od pracy. Chyba byłem strasznie… po prostu zgnuśniałym i niezadowolonym człowiekiem, który tylko siedzi i się wkurza. Dowiedziałem się o castingu i stwierdziłem, że dobra, jest casting na osobę transpłciową, czegoś takiego jeszcze nie było. Pomyślałem, że spróbuję i podejdę do tego trochę tak, żeby się sprawdzić, a trochę dla zabawy. A ostatecznie wyszło fajnie. (śmiech)

„Fanfik” to pierwszy pełnometrażowy fi lm w Polsce, w którym w główną rolę transpłciowego bohatera wciela się aktorska osoba niebinarna. Czy sposób organizacji castingu był dostosowany do queerowego charakteru filmu?

Na początku trzeba było wysłać coś w rodzaju swojej pocztówki wideo, tzw. self tape. Ponieważ na casting każdy przychodził na konkretną godzinę, nie widziałem innych ludzi ani też nie widziałem zgłoszeń – okazało się, że było ich naprawdę dużo. Spodziewałem się, że to będzie takie: „No, chcieliśmy być tacy inkluzywni i kłirów zaprosić, ale generalnie nie wiemy, o co chodzi”. A okazało się, że jest na odwrót, to znaczy wszyscy podeszli do tego z pełną świadomością. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek np. pomylił moje zaimki, mimo że wtedy wyglądałem o wiele bardziej dziewczęco – miałem z tyłu długie włosy. Był tam Anu Czerwiński (transpłciowy aktywista, aktor – przyp. red.), który również czuwał, by było inkluzywnie. Był pierwszym kontaktem dla osób queer, bo ciężko jest gadać z cisami o swoich doświadczeniach, kiedy wiesz, że oni tych doświadczeń prawdopodobnie nie rozumieją. Na castingach obecna była też Marta Karwowska, reżyserka filmu. Ona też podchodziła do wszystkiego z dużą czułością. W ogóle ma dobre podejście do ludzi, zwłaszcza do tych wrażliwych. A zgłosiło się bardzo dużo wrażliwych i delikatnych duszyczek.

Co poczułeś, kiedy się dowiedziałeś, że oto dostałeś główną rolę w filmie Netfl ixa?

Powiedziałem wtedy: „Czy ja się boję? To nie jest takie uczucie, jakbym miał pisać maturę, tylko takie, jakbym miał skoczyć na bungee”, i dalej się tego trzymam. Trochę do mnie nie docierało i pewnie dalej trochę nie dociera, co to wszystko znaczy dla mojego życia i dla mnie. To było po prostu ekscytujące. Podszedłem do tego zadaniowo i byłem podjarany. Stwierdziłem: „W takim razie OK, dobra. Sprawdziłem się w castingowej, próbnej wersji, to teraz odpalamy na pełnej. I będzie trzeba to zrobić po prostu od początku do końca”. To było trochę straszne, ale w ekscytujący sposób. No i prawie od razu zaczęliśmy przygotowania do roli, które trwały pół roku.

Na czym one polegały?

Zaatakowaliśmy temat z różnych stron. Po pierwsze, zorganizowano mi terapię, na którą nie miałem możliwości pójść wcześniej, bo po prostu nie było wtedy hajsu na takie rzeczy. Na tej terapii mogłem sobie powoli poukładać swoje sprawy, tak żeby podchodzić do roli z czystą głową i większym zrozumieniem, co się wokół mnie dzieje. Supersprawa. Po drugie, praktycznie od razu zaczęliśmy pracować z ciałem. Miałem sporo spotkań z choreografką Kayą Kołodziejczyk. Robiliśmy szybki kurs tego, w jaki sposób używać ciała i wyrażać nim emocje, jak się otworzyć. Pracowaliśmy też z Joanną Halszką Sokołowską (z zespołu Der Mother) nad emisją głosu, nad oddechem, żebym nie chodził cały czas zapowietrzony i z głosem utkwionym w gardle. Przez większość życia byłem smutnym dzieciakiem i to wszystko we mnie siedziało, zagnieździło się w ciele. I my to po prostu trochę przewietrzyliśmy. Spotkania miały na celu pracę nad głosem i oddechem, a okazało się, że zrobiły tyle samo dobrej roboty, jeśli nie więcej, co terapia. To było zaglądanie do środeczka. Nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło i myślę, że gdyby nie te przygotowania, zupełnie inaczej podszedłbym do wszystkiego, co się wydarzyło później.

A jak ci się pracowało z resztą obsady?

Większość obsady to zawodowi aktorzy i myślę, że widać było różnicę w sposobie pracy między mną a nimi. Widziałem, że mają bardziej wyrobiony warsztat i większą swobodę w operowaniu swoimi możliwościami. Fajnie było na nich patrzeć, bo dużo się uczyłem, obserwując i naśladując. Z Jankiem Cięciarą, grającym Leona (z którym Tośka łączy uczucie – przyp. red.), mieliśmy osobne zajęcia, podczas których uczyliśmy się budować naszą ekranową relację. Podobnie z Dobromirem Dymeckim, który gra tatę Tośka. Sporo się od nich nauczyłem. Przede wszystkim otwartego wyrażania emocji, których sam bym się wyrazić nie odważył.

W „Fanfiku” tych emocji jest dużo i są zróżnicowane.

Jest oczywiście miłość Tośka i Leona, która ma wzloty i upadki i rozwija się na słodki, szczeniacki sposób. Są też przyjaźnie w paczce przyjaciół Tośka, które zostały pokazane w filmie, zwłaszcza w końcówce, tak, jak chciałbym, żeby ludzie się wspierali – żeby się na siebie otwierali, a nie tylko dystansowali się do siebie. Jest też relacja ojcowsko-synowska, która jest dla mnie megarozczulająca. Gdzieś tam, na drugim planie jest transpłciowość, ale myślę, że gdyby to miał być fi lm o tym, to byłby zupełnie inaczej opowiedziany. Cieszę się, że jest taki, jaki jest. Chciałbym, żeby myślenie o transpłciowości w ogóle nie ograniczało się tylko i wyłącznie do tego, że mamy – no bo mamy – ogromną walkę do stoczenia, i do stresu mniejszościowego, który na nas ciąży. Sam doświadczyłem w życiu trochę luzu, gender euforii i miłych chwil. Myślę, że ciężko jest je łapać w obecnym klimacie, a trochę mi tego potrzeba – i sądzę, że innym ludziom też. Dla mnie „Fanfik” jest o rozkminianiu, w jaki sposób żyć w zgodzie ze sobą i jednocześnie nie robić innym ludziom krzywdy. Podoba mi się, że Tosiek nie jest idealną, smutną, martyrologiczną postacią. W książce (powieści Natalii Osińskiej pod tym samym tytułem, która była pierwowzorem filmu – przyp. red.) to też tak nie wygląda – tam Tosiek jest w ogóle wild. Podoba mi się takie inne podejście do tematu.

Kiedy poznajemy Tośka, wszyscy znają go jako Tosię.

Zauważyłem, że w rozmowach wokół tego filmu komentującym zdarza się oddzielać od siebie Tosię i Tośka, traktuje się ich jako dwie osobne postacie. Jestem trochę rozdarty, ponieważ w pewnym stopniu się z tym zgadzam, a w pewnym nie. Z jednej strony jako osoba niebinarna i trans męska z doświadczenia wiem, że przed coming outem głowa pracuje zupełnie inaczej i ma się zupełnie inne problemy niż po jego zrobieniu.. Tosiek, co mnie bardzo cieszy, już po swoim coming oucie, po tym jak zaczyna funkcjonować jako chłopak, ożywa. W pewnym stopniu się z tym utożsamiam. A z drugiej strony on zawsze był Tośkiem, tylko po prostu był nim w swoim girl mode, czyli jeszcze funkcjonował w ramach płci przypisanej przy urodzeniu, a nie tej, z którą się utożsamiał.

To też wyzwanie dla wspomnianej przez ciebie relacji ojcowsko-synowskiej. Film dobrze pokazuje, że emocje rodziców są ważne, ale nie powinny być problemem queerowych dzieci – w tym sensie, że one mają swoje własne zmartwienia i to nie na nich spoczywa odpowiedzialność za uczucia otoczenia.

To jest ciekawie pokazane, bo Tosiek po prostu jakby stwierdza: „Jestem chłopakiem i wy sobie z tym radźcie. Ja mam to gdzieś”. Ciekawe też, że każdy w filmie troszkę inaczej reaguje na tę całą zmianę. Niektórzy zupełnie przechodzą nad tym do porządku dziennego, ktoś tam komentuje nową fryzurę Tośka, że „wpadł pod kosiarkę”. I to jest też fajne – pokazanie, że zaakceptowanie tej zmiany to jest tak naprawdę problem ludzi dookoła. A Tosiek zajmuje się swoimi zmartwieniami – złamanym sercem i innymi rzeczami, które ma na głowie. Bo po prostu jest człowiekiem.

Złamane serce to ważny motyw, bo oprócz tego, że „Fanfik” dotyka tematu transpłciowości, jest też historią nieheteronormatywnego romansu między Tośkiem i Leonem. Ale nie będzie spojlerem, jeśli zdradzimy, że jest to historia miłosna z happy endem. Podoba ci się takie zakończenie?

Ten happy end jest dla mnie bardziej jak happy start. Tam się dopiero zaczyna to życie. Zawsze trochę mi tego brakowało – żeby queerowe historie nie były opowiadane tylko i wyłącznie do momentu coming outu. Zwłaszcza że w ogóle niespecjalnie podoba mi się idea coming outu. Dla mnie to jest zbędna instytucja, ale niestety funkcjonuje dlatego, że żyjemy w takim, a nie innym społeczeństwie.

A jakie historie osobiście uważasz za dobre?

Ostatnio mega się wkręciłem w komiks, który powstawał w latach 80. Rysowany przez Alison Bechdel, nazywa się „Dykes to watch out for” – ty pewnie kojarzysz. (śmiech)

Seria pasków komiksowych o życiu lesbijek, publikowana przez 25 lat w różnych mediach, autorki kultowego komiksu „Fun home”. Szkoda, że nie wyszła po polsku.

Jest tam dużo motywów, których chciałbym widzieć więcej – po prostu takie zwykłe życie. To jest coś, czego mi strasznie brakuje, czego jestem głodny w kontekście queerowych historii. Takie rzeczy bardziej pozytywne po prostu mnie jarają. No bo, kurczę, mamy na tyle smutne życia, że dobrze jest sobie jakoś to skontrować. Ale warto szukać tego balansu pomiędzy jednym i drugim, bo „Fanfik” też nie jest po to, żeby mówić ludziom, że sytuacja osób trans jest łatwa, bo wiadomo, że nie jest.

Równolegle do „Fanfika” powstał fi lm dokumentalny „Jesteśmy idealni”, którego premiera odbędzie się 7 czerwca na Netfliksie i który pokazuje mniej optymistyczną stronę świata osób trans.

Ten dokument zaczął powstawać w trakcie castingu do roli Tośka – w związku z tym, że na ten casting zgłosiło się wiele osób transpłciowych. Bohaterowie filmu mają ze sobą tyle wspólnego, że są to osoby transpłciowe, w tym niebinarne, oznaczone jako kobiety przy urodzeniu, oraz że wszystkie wzięły udział w castingu do „Fanfika”. Od tego punktu wychodzimy, ale nie skupiamy się tylko na nim, ponieważ reżyser Marek Kozakiewicz razem z Anu Czerwińskim zrobili superrobotę, podążając za naszymi życiami i wchodząc w nie od bardziej prywatnych, wrażliwych i mięciutkich stron. Jest tam dużo o wzlotach, ale też trochę o upadkach. Chodzili za nami z kamerą i rejestrowali nasze życie, więc po prostu nie dało się tego uniknąć. Uwielbiam ten fi lm. On również buduje most pomiędzy nami a ludźmi, którzy chcieliby lepiej zrozumieć transpłciowość, ale nie potrafi ą sobie jej wyobrazić lub ponazywać.

W „Fanfiku” pojawia się też okazja do zastanowienia, czy transfobia idzie w parze z patriarchatem. Mamy postać nauczycielki, która odnosi się z pogardą zarówno do młodych kobiet, jak i osób trans.

Tak, tak. Po hejcie wśród uczniów też widać, jak bardzo to się zazębia. Jeżeli, nawet nieświadomie, przywiązuje się tak dużą wagę do tego, jakie zgodnie ze społecznymi ramami „powinny” być kobiety, a jacy „powinni” być mężczyźni, to mimo wszystko wpada się w potencjalnie groźne i toksyczne schematy myślenia.

Film od 17 maja jest dostępny na Netfliksie. Jak z perspektywy osoby trans męskiej i niebinarnej oceniasz swoje doświadczenie z „Fanfikiem”? Czy granie Tośka pozwoliło ci spojrzeć inaczej na własną transpłciowość lub lepiej ją zrozumieć?

Granie Tośka utwierdziło mnie w przekonaniu, że przywiązanie do konceptu płci jest bez sensu. Miałem okazję wcielić się zarówno w bardzo „kobiecą”, jak i „męską” wersję Tośka, ale też samego siebie. Pomimo mojej niebinarności ja też wychodzę z miejsca, w którym myślałem, że jestem trans facetem i dążyłem do uzgodnienia płci. Podczas pracy nad filmem, po długim czasie wróciłem do eksplorowania tego uczucia. Musiałem fizycznie dać z siebie jak najwięcej binarnie męskich oraz żeńskich elementów. Samo performowanie płci nie było dla mnie zaskakujące, bo każdy swoją płciowość jakoś performuje, ale ta droga powrotna do różnych etapów mojej własnej rozkminki nad tożsamością – już tak. Były momenty, że zatęskniłem za byciem „po prostu chłopakiem”, były momenty, gdy przypominało mi się, jak niekomfortowe i niezgodne ze mną jest dla mnie funkcjonowanie jako kobieta. Zrobiłem sobie speedrun płciowości i pod koniec ponownie wylądowałem poza binarnym podziałem, bo on dalej nie ma dla mnie sensu. Dzięki temu osobistemu podsumowaniu czuję się pewniej z samym sobą i nie ruszają mnie już opinie innych na ten temat. Bo ja wiem, kim jestem.  

 

Tekst z nr 103/5-6 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.