Jeśli festyn, to w Schönebergu

W tym roku pogoda nie dopisała, przyszło tylko 200 tysięcy osób – mówi organizator miejskiego festynu LGBT, który od 23 lat odbywa się w Berlinie. Byłem, widziałem, polecam

 

Foto: Mariusz Kurc

 

Zgadnijcie, o jakie miejsce najczęściej pytają nas turyści geje czy turystki lesbijki, którzy przybywają do Berlina po raz pierwszy? – pyta Philip Ibrahim, dyrektor berlińskiego hotelu Mercure. Wahamy się. My, czyli trojka polskich dziennikarzy – Magda Dropek z queer.pl, Teresa Tuleja z „National Geographic Travel” oraz ja, reprezentujący „Replikę” – jesteśmy tu na zaproszenie Niemieckiej Centrali Turystyki, która, jak widać, dba o klientelę LGBT (dzięki!).

Może powiem „Schwules Museum”, muzeum historii LGBT działające w Berlinie od 30 lat? Albo popiszę się nazwą jakiegoś klubu gejowskiego? Berghain? Tom’s Bar? Hafen? Jednak postanawiam milczeć, Magda i Teresa też. W końcu Philip uśmiecha się i mówi: Oczywiście, że o Bramę Brandenburską! Turyści geje/turystki lesbijki to są przede wszystkim… turyści. Robią to samo, co inni. Dopiero w drugiej kolejności szukają jakichś miejsc związanych bezpośrednio z LGBT.

Różowa poduszka w hotelu

Philip jest dużym, pogodnym facetem. Na powitanie rzuca kilka polskich słów i dodaje, że jego dziewczyna jest Polką. Potem jeszcze dorzuci, że ma tatę Niemca, a mamę – Etiopkę. 5 lat temu wpadł na pomysł projektu „Pink Pillow”. To zestaw zasad przyjaznych klienteli LGBT, który łączy dziś ponad 60 berlińskich hoteli. Że goście są traktowani z szacunkiem i godnością niezależnie od rasy, pochodzenia, orientacji seksualnej, tożsamości płciowej, obywatelstwa, religii, niepełnosprawności czy wieku, że dany hotel aktywnie wspiera berlińską społeczność LGBT, że tworzy przyjazną atmosferę akceptacji w stosunku do własnego personelu oraz że oferuje informacje na temat berlińskiej „sceny” LGBT. Proste? Proste. Tablica z zasadami „Pink Pillow” musi wisieć w hotelu należącym do projektu w widocznym miejscu. W Mercure u Philipa oraz w Novotelu, w którym spaliśmy – sprawdziłem w hotelowym lobby, wisiały.

Philip dodaje od siebie dobrą radę: „Nie zakładać z góry”. Dwóch 40-letnich angielskich dżentelmenów w garniturach to niekoniecznie tylko wspólnicy prowadzący razem firmę, którym bez pytania należy dać pokój z osobnymi łóżkami. Może i prowadzą razem firmę, ale oprócz tego mogą być małżeństwem. A dwóch hiszpańskich studentów z flagami tęczowymi zatkniętymi w plecakach to niekoniecznie para gejów, którym bez pytania należy dać pokój z łożem małżeńskim. Bo może i są gejami, ale czy na pewno parą? Nie zakładać z góry, grzecznie zapytać, jakie łóżka/pokoje sobie życzą.

Pytam Philipa, jak to się stało, że on, heteryk, zaangażował się w działalność na rzecz LGBT. Śmiejąc się, odpowiada: Zawsze to pytanie musi paść, zawsze! A dlaczego nie? Ja po prostu jestem zainteresowany tym, by do mojego hotelu przyjeżdżało jak najwięcej gości. Mój zastępca w Pink Pillow też jest hetero i co rusz biorą nas za parę.

W październiku Philip przyjeżdża do Warszawy, opowiedzieć o „Pink Pillow” polskim menadżerom holeli.

Twój nauczyciel jest homo? Cool!

Brama Brandenburska, aleja Unter den Linden, budynek Reichstagu, słynna wieża telewizyjna na Alexanderplatz, futurystyczny Plac Poczdamski itd. – jako „zwykły” turysta (gej) to wszystko mam już zaliczone. Dlatego gdy pojawia się możliwość weekendu w Berlinie, początkowo myślę: może pojechać na Paradę Równości? Jeszcze na niej w Berlinie nie byłem. Jurek Szczęsny, doradca Klubu Parlamentarnego Zielonych ds. Polityki Antydyskryminacyjnej i Spraw Społecznych w Bundestagu i berlińczyk od lat, odradza mi ten pomysł: Parada w Berlinie jest super, ale wiesz, o co chodzi, wszystko jak w Warszawie, tylko 10 razy większe. Mniej jest tylko jednego – policji. Przyjedź lepiej tydzień wcześniej, wtedy jest bardzo fajny festyn miejski LGBT. Takiej imprezy w Polsce nie ma. I jeszcze długo nie będzie – myślę ze smutkiem, gdy jestem już po wizycie na StadtFest. Nie chcę być czarnowidzem, ale obawiam się, że mogę nie dożyć.

Miejski festyn LGBT w okolicach Nollendorfplatz (dzielnica: Schoneberg) to ok. 350 stoisk rozstawionych na kilku ulicach. W tym roku pogoda nie dopisała, przyszło więc tylko 200 tysięcy ludzi. Gdyby dopisała, byłoby 300 lub więcej – mowi Detlef Hilderbrand. On i Dieter Schneider to dwaj głowni organizatorzy całości. Obaj w wieku wczesnoemerytalnym. Uśmiechnięci, energiczni.

Stoiska są wszelakie. Organizacje LGBT, w tym m.in. te działające na rzecz niepełnosprawnych osob LGBT, firmy działające stricte na rynku LGBT, a także wielkie firmy, dla których LGBT jest istotnym segmentem rynku – a więc np. berlińskie linie lotnicze (reklamowane przez takich przystojniaków, że spędziłem przy ich stoisku z poł godziny) albo Deutsche Bank. Kilka stoisk wspólnot religijnych. Sporo stoisk knajpianych i fastfoodowych – interes się kręci. Dalej – w polskich warunkach to kompletna egzotyka: stoiska najważniejszych partii – a więc jadąc od lewej strony niemieckiej sceny politycznej: Die Linke, Zieloni, SPD, FDP oraz CDU. Do tego jeszcze stoisko amerykańskich Demokratów (można było sobie zrobić zdjęcie z tekturowym prezydentem Obamą na tle tęczy) oraz stoisko tęczowego Izraela. Jest klub fitness „Hard Candy”, który wypromowała Madonna, są stoiska butików z rożnymi gadżetami, w tym jeden poświęcony wyłącznie gadżetom tęczowym. Są wreszcie stoiska klubów. Oraz ciuchy – w tym ciuchy dla wielbicieli fetyszy – różnorakie akcesoria skórzane, ogromne kalosze, seksowne czerwone majtki z rozporkiem zarówno z przodu, jak i z tyłu, nie mówiąc już o milionach peruk, boa, szpilek, jockstrapów i czego tylko fetyszowa dusza zapragnie. Są też stoiska instytucji życia publicznego – służby zdrowia (profi laktyka HIV), policji. Oraz szkoły! „Twój nauczyciel jest homo? Cool!” – czytam hasło stoiska wyoutowanych nauczycieli.

No, i sami ludzie! Stajemy sobie z Magdą i Teresą i po prostu obserwujemy przesuwającą się przed oczami masę – starsi panowie za rączkę, obok drag queen rodem z jakiegoś Star Trek, za chwilę grupa nastolatków. Niepełnosprawni na wózkach z tęczowymi nitkami w kołach, skórzaki w średnim wieku w czarnych kamizelkach na gołych torsach. Miśki, hipsterzy, butch, femme. Dwie dwuipółmetrowe drag queens na mega koturnach. Przez chwilę patrzę w gorę prosto im w twarz – i konstatuję, że muszą mieć koło 70-tki. Puszczają do mnie oko, ja do nich też. Nikt nikomu nie wadzi, wszyscy się lubią. Widzę nieziemskiego przystojniaka w peruce afro. Ukradkiem próbuję cyknąć mu fotkę, zauważa to i wdzięcznie pozuje. Widzę też mnóstwo obejmujących się par hetero – prawie tyle samo, co gejowskich czy lesbijskich.

Gdzie są pijani?

Piwo leje się hektolitrami i… nikt nie jest pijany. Żadnych burd, żadnego choćby zataczania się. Detlef Hilderbrand chwali się, że według policji Stadtfest to jedna z najbezpieczniejszych imprez w Berlinie. Policji rzeczywiście nie widzę – nie licząc stoiska policji.

Pytam organizatorów o genezę imprezy. Okazuje się, że wszystko wzięło się właśnie z bezpieczeństwa, a raczej jego braku. Otóż, w Schonebergu, dzielnicy słynącej z otwartości, „dzielnicy gejowskiej” (według szacunków jakieś 20-30% mieszkańców to osoby LGBT) – te dwadzieścia kilka lat temu dochodziło do aktów przemocy motywowanych homofobią. Chuligani zasadzali się na osoby wychodzące z klubów czy knajp. Inicjatywa położenia kresu takim „praktykom” wyszła od samych właścicieli lokali. Stwierdzili, że wspólnota się wzmocni i zjednoczy przeciwko prześladowcom, jeśli się pozna. Np. przez wspólną zabawę, biesiadowanie. I to najzwyczajniej w świecie zadziałało. W Polsce, myślę, nie ma na to szans, bo nie ma jeszcze choćby zaczątka czegoś, co można by nazwać oazą otwartości, dzielnicą czy ulicą „gejowską”. A może się mylę? Może warszawski pl. Zbawiciela ze słynną tęczą jest takim zaczątkiem? Zobaczymy.

Wieczorem na domówce u znajomego pytam o niedawną debatę w niemieckim Bundestagu na temat małżeństw jednopłciowych (Polityka na gejowskiej imprezie? Owszem, nie widzę znudzonych min, gdy rzucam temat). Tłumaczą mi, że CDU (dość konserwatywni chrześcijańscy demokraci kierowani przez Angelę Merkel) nie ma już argumentów przeciw i tylko próbują przeciągnąć sprawę. A my na to: przecież Zieloni złożyli pierwszy projekt ustawy legalizujący małżeństwa jednopłciowe w 1990 r.! Ile czasu CDU potrzebuje do namysłu? 25 lat nie wystarczy? – mówi mi nowo poznany Uwe. Wszyscy przyznają, że jeszcze parę lat – i będą małżeństwa jednopłciowe w Niemczech.

Poznaję też przystojnego Marka, który zna kilka słów po polsku i z dumą powtarza bezbłędnie „chrząszcz!”. Dzielę się z nim spostrzeżeniem, które mam za każdym razem, gdy jestem w Berlinie: że mężczyźni tu są jacyś tacy ładniejsi niż u nas. Tak sądzisz? Szymon, Czarek, Jasiek – trzej moi ostatni faceci byli Polakami. OK – to rzeczywiście podnosi mnie na duchu. To już wiem, skąd ten „chrząszcz”. Mark przyznaje, że był wiele razy w Polsce. Polska nie jest dla niego dzikim wschodem. Mówi nawet, że słowo „Warszawa” brzmi zmysłowo – fajniej niż „Warschau”.

Mnie zaś Berlin kojarzy się z oddechem świeżego powietrza, z wolnością bycia sobą. I z budkami z kiełbaskami Curry Wurst – jedna z nich jest „nasza” – spójrzcie na fotkę.

Następnego dnia lecę jeszcze do Bruno’s – mojego ulubionego sklepu gejowskiego, w którym czuję się jak Alicja w krainie czarów – a potem z powrotem do Polski. Do następnego razu!

 

 

Tekst z nr 56/7-8 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Nie dla mnie kapcie i kanapa

Był jednym z głównych redaktorów miesięcznika „Inaczej” – najważniejszego pisma LGBT ukazującego się przez dwanaście lat od 1990 r., sam przepracował w redakcji dekadę. Od czterech lat jest menadżerem poznańskiego HaH, uznanego na targach EroTrendy za najlepszy lifestyle’owy klub w Polsce. Z Sergiuszem Wróblewskim rozmawia Przemysław Górecki

 

fot. arch. pryw.

 

W czerwcu minęło 25 lat od ukazania się pierwszego numeru „Inaczej”. Sam do redakcji dołączyłeś w 1992 r., ale czytelnikiem byłeś od początku?

Tak. Pamiętam, jak kupowałem pierwszy numer. W sex shopie, który mieścił się na trzecim piętrze Domu Książki na Gwarnej w Poznaniu, przy Okrąglaku. Z „pewną nieśmiałością” poprosiłem o czasopismo, o którego powstaniu dowiedziałem się z „Ekspressu Poznańskiego”. W krótkim artykule poinformowano, że w Poznaniu powołano do życia gejowski magazyn i podano listę miejsc, gdzie jest on dostępny.

Znałeś już wtedy „Filo”, które w obiegu nieco podziemnym ukazywało się od 1988 r.?

Nie, na „Filo” trafiłem po „Inaczej”. Interesowałem się czasopismami gejowskimi, byłem spragniony nawet bardziej romantycznych opowiadań niż zdjęć. Miałem wtedy 20 lat i za sobą pierwsze kontakty z innymi gejami, ale tylko listowne. Geje wtedy zamieszczali anonse w „zwykłych” pismach, tyle że one były zakamuflowane. Trzeba było umieć je czytać, umieć wykazać się spostrzegawczością i wyobraźnią.

Dziś byśmy powiedzieli: „gejdarem”.

Gdy ktoś pisał, że „szuka przyjaciela”, to można było przypuszczać, że coś jest na rzeczy. Wyszukiwałem takie ogłoszenia np. w „Widnokręgach” i poznałem w ten sposób, tylko na korespondencję, gejów z Polski, z Pakistanu, ze Związku Radzieckiego. W „Relaksie i Kolekcjonerze Polskim” (comiesięcznym dodatku do „Kuriera Polskiego”) było sporo ogłoszeń towarzyskich damsko-męskich, niekiedy wśród nich można było znaleźć nagle napisany wprost anons: „pan pozna pana w celach matrymonialnych”.

Poznawanie się listownie to była cała „instytucja”, dziś, w dobie Internetu i iPhone’ów – nie do pomyślenia. Trzeba było kupić gazetę, znaleźć ogłoszenie, odpisać – albo do gazety, albo wprost do ogłoszeniodawcy, często na jakąś skrytkę pocztową, bo zazwyczaj nie podawano adresów. I jak odpisywałeś, to na cztery strony kancelaryjne, a nie żaden tam esemesik. A w odpowiedzi dostawałeś dwanaście stron, więc potem, by nie być gorszym, pisałeś choć na sześć. Mnóstwo gejów wciąż ślęczało i pisało (śmiech).

Ogłoszenia towarzyskie były siłą napędową wielu czasopism, a anonse gejowskie i lesbijskie dodatkowo przyciągały społeczność LGBT w czasach, w których nie było „naszych” pism. Gdy pojawiło się „Inaczej”, ogłoszeń nie mogło zabraknąć.

Inaczej” było pierwszym gejowsko-lesbijskim medium, które pojawiło się w kioskach, zostało oficjalnie zarejestrowane.

Redakcja narodziła się i przez cały czas działała w Poznaniu. Pomysłodawcą był Andrzej Bulski (pod pseudonimem Andrzej Bul), pracownik poznańskiego „Pałacu Kultury”. To on wpadł na pomysł, że przydałoby się coś w rodzaju przewodnika po lokalach wraz z ogłoszeniami towarzyskimi i być może jakimś artykułem czy opowiadaniem. Trzeba było wyłożyć pierwsze środki – zrobił to Zdzisław Zińczuk (pseudonim: Henryk Zieliński), kierownik tej sekcji „Pałacu Kultury”, w której pracował Andrzej. Zińczuk był heterykiem, którego przekonała perspektywa zrobienia dobrego biznesu na czasopiśmie gejowskim, na które wtedy, jak się okazało, rzeczywiście było zapotrzebowanie. Sekretarzem redakcji został Mariusz Piochacz (jako Marek Kiss), kaowiec w firmie budowlanej, odbywający wtedy zasadniczą służbę wojskową. Później – wieloletni partner życiowy Andrzeja Bulskiego. Działem wysyłki zajmował się Roman Murzynowski, jako pierwszy występujący pod własnym nazwiskiem. Skład personalny „Inaczej” był grupą kilku bliskich znajomych.

Niemal cała redakcja kryła się pod pseudonimami.

Znak tamtego czasu. Ćwierć wieku temu.

Kiedy w redakcji pojawił się Marcin Krzeszowiec, autor „Bólu istnienia” – jednej z pierwszych powieści gejowskich?

Krzeszowiec pochodził z Lublina, początkowo współpracował na odległość. Był adiunktem na wydziale rusycystyki UMCS, ale zakończył karierę naukową i zdecydował, że zacznie pracę w czasopiśmie. W 1994 r. wydaliśmy jego „Bol istnienia” – bo zaczęliśmy prowadzić też działalność wydawniczą. A Marcin do końca „Inaczej” specjalizował się w artykułach o naukowym zacięciu, w dociekaniach literackich, kto był gejem. Publikował sylwetki literatów, w których analizował każdą myśl czy wydarzenie. Na stałe do redakcji (i do Poznania) dotarł we wrześniu 1994 r., w październiku został zatrudniony – dokładnie w tym samym czasie, co ja.

Jakie były te początki w 1990 r.? Opowiadali ci założyciele?

Pierwszy numer o nakładzie 5 tysięcy sztuk, rozszedł się na pniu i trzeba było robić dodruk, chyba co najmniej drugie tyle. Mieliśmy dowód na to, że takie pismo jest potrzebne i można je wydawać regularnie. Sama redakcja wciąż się przenosiła: na początku znajdowała się na ostatnim piętrze bloku na osiedlu Rusa, potem na osiedlu Armii Krajowej w mieszkaniu matki Andrzeja Bulskiego, następnie na ulicy Poznańskiej i, ostatecznie, na Mylnej, gdzie do dzisiaj mieści się siedziba Agencji Wydawniczo-Reklamowej „Softpress”, założonej przez Bulskiego. To ta sama, która, tuż po tej inwestycji Zińczuka, zaczęła w 1990 r. wydawać „Inaczej”, a także nasze późniejsze pisma – „InterHom”, „On i On”. Do dziś publikuje erotyczne magazyny „Adam” i „Super Adam”.

Softpress działa nieprzerwanie 25 lat i jest chyba najdłużej istniejącą gejowską firmą w Polsce. Mieliście problemy z wydawaniem „Inaczej” na tle homofobicznym?

Andrzej Bulski zaniósł ten pierwszy numer do Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk, którego dni wtedy, wiosną 1990 r., były już policzone. Tak naprawdę ci cenzorzy bali się bardziej niż Bulski. Nie zmienili nawet przecinka.

Wszelkie problemy wokół „Inaczej” miały związek z dystrybucją (nie zawsze docieraliśmy wszędzie tam, gdzie chcieliśmy), nie homofobią, może poza jednym przypadkiem, kiedy nie przedłużono nam umowy w drukarni, gdy przeszła ona pod kierownictwo pani, która nie kryła katolickich wartości i przekonań.

Największym wyzwaniem było prawdziwe zatrzęsienie anonsów, które okazały się wręcz racją istnienia „Inaczej”! Ogłoszeń przychodziło po kilkaset sztuk co miesiąc i na każde z nich od kilkudziesięciu do kilkuset odpowiedzi – były to całe półki, trzeba było to wszystko posegregować i wysłać do ogłoszeniodawców. Wysyłałem, segregowałem. Wiele ludzkich emocji i związków przeszło przez moje ręce. A na interesujące mnie ogłoszenia sam odpowiadałem jako pierwszy, korzystając z prawa „pierwokupu” (śmiech). Ale zawsze już po ukazaniu się pisma, żeby było sprawiedliwie.

W pewnym momencie Softpress zaczął wydawać także książki, choćby wspomnianego Krzeszowca.

W tamtych czasach nie było żadnych wydawnictw zajmujących się publikowaniem książek LGBT. Mieliśmy nadzieję, że nasza seria stworzy biblioteczkę pozycji ważnych i potrzebnych. Wydaliśmy m.in. „Teleny’ego” Oscara Wilde’a, antologię polskiej prozy homoerotycznej, ale z czasem zrezygnowaliśmy, to jednak nie był opłacalny interes.

Wydaliście też „Putto” Mariana Pankowskiego.

Marian Pankowski prenumerował „Inaczej” – jego przyjaciel z Polski wysyłał mu egzemplarz do Brukseli, gdzie pisarz mieszkał. Ponoć słał „Tygodnik Powszechny”, „NIE” i… „Inaczej”. Ponieważ publikowaliśmy jego przekłady rożnych artykułów, odezwał się do nas z żalem, że żadne wydawnictwo nie chce wydać jego nowej powieści, która porusza problematykę pedofilii. Zastanawialiśmy się, czy powinniśmy wydać książkę o takiej problematyce, ale przekonało nas uczciwe potraktowanie tematu i samo nazwisko Pankowskiego. Po opublikowaniu „Putto” zrobiłem wywiad z autorem. Jeśli dwudziestoparolatek może zakochać się w siedemdziesięcioparolatku, to właśnie wtedy to się stało! Spędziłem z Pankowskim cały dzień w Warszawie, słuchałem jego niekończących się opowieści o znanym mu z autopsji świecie przedwojennej literackiej Polski. Ta znajomość zaowocowała wieloletnią korespondencją, którą mam do dzisiaj.

Do innych gigantów, których udało mi się poznać i przeprowadzić z nimi wywiady do „Inaczej”, zaliczam m.in. prof. Marię Janion, prof. Marię Szyszkowską, prof. Zofię Kuratowską, prof. Mikołaja Kozakiewicza czy marszałka seniora Aleksandra Małachowskiego. Podobno swego czasu moja rozmowa z Janion była „hitem” i krążyła w odbitkach wśród jej studentek.

Grono profesorskie. Czy te osoby stawały się już wtedy ambasadorami spraw gej/les?

Zawsze można było liczyć na Marię Szyszkowską – szacunku, empatii i miłości do drugiego człowieka, jakie z niej płynęły, nie można porównać z niczym. Mikołaj Kozakiewicz był z pewnością autorytetem i ambasadorem, to je den z tych seksuologów, którzy wypowiadali się na tematy gejowskie i pozytywnie. Podobnie Aleksander Małachowski, ze względu na program telewizyjny „Telewizja nocą” z Haliną Miroszową, w którym pojawiały się też tematy związane z homoseksualnością. Wywiadu udzielił też sam prezydent Kwaśniewski.

Z gwiazd – choćby Kora, Małgosia Ostrowska czy Maryla Rodowicz, która okazała się wspaniałym człowiekiem także prywatnie. Gdy w 2005 r. policja zatrzymała mnie podczas poznańskiego Marszu Równości, a telewizja to pokazała, Maryla zatelefonowała do mnie z pytaniem, czy nie potrzebuję np. pieniędzy na adwokata.

Od piętnastostronicowego zeszytu z ogłoszeniami i opowiadaniami „Inaczej” stało się w połowie lat 90. opiniotwórczym głosem środowiska gej/les.

Do miękkiej erotyki i anonsów stopniowo dokładaliśmy publicystykę, opowiadania, wywiady właśnie. Sama „Polityka” cytowała nas co najmniej raz w miesiącu! Później ewolucja pchnęła nas w czyszczenia pisma z erotyki i jeszcze więcej poważnych tematów. Moim marzeniem było, by „Inaczej” miało wpływ na zmiany społeczne w Polsce.

Wywiadu udzielił wam Lech Falandysz, Minister Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy.

Na początku lat 90. kancelaria przygotowywała tzw. Kartę Praw i Wolności (w ramach prac nad przyszłą konstytucją RP – przyp. red.). Napisałem wtedy list do Falandysza z prośbą o dodanie zapisu o zakazie dyskryminacji na tle orientacji seksualnej. Falandysz, o dziwo, odpisał, że rzeczywiście należałoby to zrobić. Nie zapomnę dnia, w którym siedziałem u znajomych przy włączonym radiu i opowiadałem im o tym. Mówili „Sergiusz, jesteś idealistą, świata nie zmienisz” – i właśnie wtedy radio nadało komunikat o wprowadzeniu tego zapisu. „A może jednak zmienisz?!” – patrzyli na mnie z niedowierzaniem.

Niestety, Karta nie przeszła przez Sejm.

Dlaczego w 2002 „Inaczej” upadło?

Od drugiej połowy lat 90. odnotowywaliśmy stopniowy i pogłębiający się spadek nakładu. Bo wycofaliśmy się z erotyki? Bo właśnie wtedy ruszyliśmy ze stricte erotycznym magazynem „Adam” i to był strzał w dziesiątkę? Może. Ale myślę raczej, że głównym „zabójcą” „Inaczej” był Internet, który właśnie wtedy się pojawił. Ogłoszenia towarzyskie tam się przeniosły, podobnie erotyka. Gdyby środowisko gejowskie miało silniejszą świadomość społeczno-polityczną, może moglibyśmy się utrzymać, jadąc „tylko” na poważnych sprawach… Nie wiem.

A lesbijki? Mówisz o środowisku gejowskim, ale w „Inaczej” był też dział „Widziane z Lesbos”.

Oczywiście. Od początku w ogłoszeniach zamieszczaliśmy też dużo anonsów lesbijskich, były opowiadania, wywiady. Ale nigdy tak dużo jak treści gejowskich. Lesbijki, tak to przynajmniej wynika z mojej perspektywy, nie garnęły się do pisania. Może czuły się zniechęcone, że muszą przebrnąć przez tych wszystkich nagich facetów na zdjęciach, żeby dotrzeć do paru stron o kobietach?

Jak się potoczyły losy członków redakcji po zamknięciu „Inaczej”?

Andrzej Bulski, jak pewnie wiesz, zmarł w 2007 r. Jego partner Marek Piochacz jest nadal właścicielem Softpressu i nadal pracuje z nim Marcin Krzeszowiec. Po krótkiej przygodzie z drukowaniem „InterHom” i nieco dłuższej z „On i On”, zawiesiliśmy wydawanie prasy, został jedynie „Adam”, dziś dwumiesięcznik. Ja rozstałem się z Softpressem cztery lata temu i od razu otrzymałem od Jakuba Wilczyńskiego propozycję zostania menadżerem artystycznym nowopowstałego klubu HaH, którego on był właścicielem. Wilczyński, człowiek miliona pomysłów, miał w Poznaniu kawiarnię Halo Cafe i klub Heros z darkroomami, ale brakowało mu dyskoteki z prawdziwego zdarzenia.

Dziś HaH świętuje czwarte urodziny.

To miejsce z dobrymi didżejami i muzyką, nastawione na imprezy. Jesteśmy „heterofriendly”. Klub funkcjonuje również we Wrocławiu, otwiera się w Trójmieście. W głosowaniu smsowym zostaliśmy wybrani najlepszym klubem 2014 w Poznaniu, a na targach Ero Trendy przyznano nam nagrodę dla najlepszego klubu lifestyle’owego w Polsce.

Wśród bywalców HaHu przeważają ludzie przed czterdziestką, a najbardziej widoczni są ci koło dwudziestki. Gdzie są dzisiaj twoi rówieśnicy, geje 40+?

Sam się zastanawiam. Być może szukają czegoś innego? Może mają partnerów i prowadzą życie pt. „kapcie i kanapa”, może nie czują się komfortowo wśród młodzieży? Sam, jak byłem młodszy, zadawałem sobie to pytanie: gdzie są ci starsi geje, którzy pojawili się w moim życiu, a potem poznikali. Działali, działali – i nagle zaczęli się oddalać i traciłem ich z oczu. Moi rówieśnicy często mają nastawienie w rodzaju „Ja już swoje zrobiłem, teraz niech działają młodsi”. Z całą pewnością ja nie mam takiego podejścia, czuję się młody i uważam, że mam jeszcze w życiu coś do zrobienia. Jest ze mnie typ społecznika i mam nadal siłę, by kołtunom, homofobom i ksenofobom jeszcze trochę krwi napsuć! (śmiech)

 

Tekst z nr 56/7-8 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Nie tylko dla brodaczy

O tym, jak Stanisław Chyla-Smyk, Paweł Kciuk Piotr Wojsznis rozkręcili największą gejowską imprezę w Warszawie

 

Foto: Agata Kubis

 

Tekst: Wojciech Kowalik

 

Kiedy wchodzę na październikową edycję COXY do klubu 1500m2, Piotrek, roześmiany gospodarz imprezy, już w progu częstuje mnie bananowym shotem, banan to logo imprezy. Z parkietu dobiegają mnie dźwięki podobne do tych, które słyszałem w berlińskich klubach.

Muzyka

Muzyka to bardzo ważny element imprezy. To efekt wielogodzinnych dyskusji – mówi Paweł. Organizatorzy starają się przemycić zarówno taneczny house, jak i bardziej rytmiczne techno. W rezultacie goście mają do dyspozycji dwa parkiety, na których królują polscy i zagraniczni DJ-e. To od początku miał być wyróżnik tej imprezy. Muzyka miała tworzyć klimat. Ponadto dzięki naszym DJ-om, poznaliśmy i wprowadziliśmy wiele gatunków muzycznych – dodaje Stanisław. Grają najlepsi DJ-e z Polski i ze świata, m.in. z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, Australii i Nowej Zelandii. Wśród nich Massimilliano Pagliara, Ed Davenport czy duet Discodromo, którzy regularnie występują w najsłynniejszym berlińskim klubie – Berghain. We wrześniu ukazała się płyta „COXY vol. 1”, na którą trafi ły najciekawsze utwory zagrane podczas pierwszego sezonu imprezy. Stanisław przyznaje, że to fajna pamiątka oraz zwieńczenie ciężkiej pracy, a także podziękowanie dla wszystkich, którzy pomagali w rozkręceniu COXY.

Wchodzę do środka i to, co na „dobry wieczór” rzuca mi się w oczy, to setki (tak, setki!) tańczących facetów. Duży parkiet pełny. Mały zapełni się pewnie za moment. Przy barze tłum, a obsługa uwija się jak w ukropie. Goście COXY to w większości atrakcyjni faceci: bezpretensjonalni, nienadęci i uśmiechnięci. To oni są drugim znakiem rozpoznawczym COXY. Średnia wieku – trzydzieści kilka lat. Ale impreza ma wiernych fanów w każdym wieku. No dobrze, czas kupić drinka. Witam się ze znajomymi i uważnie przyglądam wszystkim gościom. Być może zbyt uważnie, ale niech tam! W końcu widoki na COXY są bardzo przyjemne, wierzcie mi.

Goście

Weekend, w którym odbywa się COXY to szczególny moment dla gejowskich portali randkowych – kipią wtedy od brodatych przystojniaków. Brodacze? To trochę „pułapka”, w którą wpadliśmy – przyznaje Piotr. Dlatego jako organizatorzy pracują nad tym, by obalić mit, że to impreza wyłącznie dla facetów z brodami. My jesteśmy brodaczami. Ty też jesteś. I w ogóle lubimy brodaczy i kumplujemy się z wieloma. Na pierwszą edycję przyszło mnóstwo naszych znajomych, stąd mogło powstać takie wrażenie. Ale to się zmienia – tłumaczy mi Paweł. Zmienia się między innymi za sprawą kobiet, które co miesiąc chętniej przychodzą na COXY. Bardzo się z tego cieszymy. Dziewczyny są szalone i dodają wigoru na parkiecie – dodaje Paweł. A faceci hetero? Też są. Przychodzą sami lub z dziewczynami. Są bardzo mile widziani – śmieje się Piotr. COXY jest dla każdego – podkreśla. Dlatego przychodzą mężczyźni w sukienkach, skórach czy harnesach, drag queens, lesbijki, pary, grupy, Polacy, obcokrajowcy. Chcemy, by COXY było przestrzenią otwartą na wszelką różnorodność. Ktoś, kto dusi się w pewnych konwencjach, może u nas, przynajmniej raz na miesiąc, zaszaleć i być całkowicie sobą – wtóruje mu Staszek. Pewne jest jedno – z miesiąca na miesiąc imprezę odwiedza coraz więcej gości, a stołeczne kluby pękają w szwach. Wiedza o COXY szybko rozniosła się po Polsce i świecie, dlatego wśród gości można spotkać mieszkańców Poznania, Krakowa, Trójmiasta, Berlina, Londynu, Madrytu czy Tel Awiwu.

Ale początki nie były łatwe. Kiedy w listopadzie 2013 r. przyszedłem na pierwsze COXY do Centralnego Domu Qultury, około północy byłem zaledwie jednym z kilkunastu gości. Pamiętam, że organizatorzy mieli nietęgie miny. Ale do czasu! Bo w zaledwie kilka kolejnych kwadransów pojawiło się mnóstwo wygłodniałych imprezowiczów. Tłum! Według niektórych bywalców, pierwsza edycja była najlepsza.

Historia

Pomysł na imprezę pojawił się dwa lata temu. Byliśmy rozczarowani innymi imprezami. Płaciliśmy za wstęp i nie dostawaliśmy praktycznie nic w zamian. Muzyka leciała z płyty. Właściciela nigdy nie widzieliśmy, a każdy weekend do złudzenia przypominał poprzedni. Chcieliśmy zrobić coś innego – wspomina Paweł. Wszyscy trzej, prywatnie przyjaciele, w maju 2013 r. pojechali na wspólne wakacje do Lizbony. Tam odkryli CONGĘ, czyli największą imprezę w Portugalii. Wróciliśmy do Warszawy i stwierdziliśmy, że działamy – opowiada Piotr. A nazwa? Pomysłów mieliśmy mnóstwo, ale zamysł jeden: nazwa musiała być krótka, chwytliwa i możliwa do wypowiedzenia przez obcokrajowców. Musiała mieć w sobie trochę geja, trochę dziewczyny, trochę „przegiętuski”, trochę seksu – dodaje Stanisław. Chyba udało się wszystko połączyć.

Problemy przyszły później – właściciele warszawskich klubów niechętnie patrzyli na trzech nowicjuszy w tej branży. Ale w końcu udało się przekonać właścicielki Centralnego Domu Qultury. Dopięliśmy tuzin organizacyjnych drobiazgów i… pozostało nam czekać na gości. 29 listopada 2013 r. o godzinie 22:00 stanęliśmy na bramce, żeby witać naszych gości. Przez pierwszą godzinę nikt się nie pojawił. Później przyszło kilka osób, a do samej północy może ze 30 osób. Traciliśmy wiarę i dobry humor, kiedy nagle nastąpił ten magiczny moment. Zaczęły podjeżdżać taksówki, jedna za drugą! – wspomina Staszek. Pierwsze COXY było jak wielka domówka, dlatego jest tak miło wspominane – dodaje Piotr. Ale to w trakcie drugiej edycji klub 1500 m2 przeżył prawdziwy szturm. Potem COXY gościło w takich miejscach jak Basen, Nowa Jerozolima oraz Iskra. I to nie wszystko: w wakacje chłopcy zorganizowali nowy cykl, czyli BLOK PARTY, mniejsze imprezy na patio jednego ze wspomnianych klubów.

Późną nocą zaczyna się zapełniać jeszcze jedno pomieszczenie – darkroom. Niektórzy zaglądają tu tylko na chwilę, inni na dłużej.

Seks, związki i rozstania

COXY to muzyka, zabawa, gorące ciała, erotyka i seks – wyjaśnia Paweł. I dodaje, że darkroom jak najbardziej wpisuje się w założenia imprezy. Chcemy ułatwiać poznawanie i tworzenie nowych znajomości. Na chwilkę bądź na całe życie – dodaje. Następnego dnia po imprezie dostajemy masę wiadomości od znajomych. Na temat facetów, pocałunków, wspólnych tańców, randek czy seksu w trakcie i po imprezie – mówi Piotr. Pierwszy sezon COXY połączył wiele osób w pary. Część z nich trwa po dziś dzień, część zdążyła się już rozpaść.

Oni na COXY są zawsze: trzech brodatych przystojniaków, którzy z niewymuszonym uśmiechem witają każdego gościa. I – co najważniejsze – mimo że pracują całą noc, z takim samym uśmiechem gości żegnają. Przy wyjściu dostaję wiec od nich buziaka (razy trzy) i wracam do domu, witając się z porankiem.

Stanisław, Paweł i Piotr

Sprawcy całego zamieszania. Paweł, lat 32, mówi o sobie, że jest wiecznie w podroży, albo służbowej albo wakacyjnej. Umysł ścisły, choć bardzo romantyczny. Stanisław, lat 31, z kolei zawsze jest w pracy. Gdyby mógł, rozciągnąłby dobę o kolejne 24 godziny, a telefon komórkowy przylutowałby do dłoni. Widziany tu i owdzie na skuterze, na którym przemierza swoją ukochaną, od urodzenia, Warszawę. Piotr, lat 31, to człowiek znad morza, który zacumował w stolicy blisko 5 lat temu. Kocha muzykę! Być może dlatego, że tata grał na basie w zespole – uwaga – The Gejzers. Dzięki COXY dokonał coming outu. Ta impreza jest tak ważna dla mnie, a chłopcy są mi tak bliscy, że musiałem opowiedzieć o wszystkim w domu – podsumowuje. Paweł i Stanisław wyjście z szafy mają już dawno za sobą. W trojkę mogą opowiadać o COXY godzinami. Dlatego nasze matki po pytaniach o pogodę i o pracę, od razu pytają, kiedy będzie kolejne COXY.

 

Tekst z nr 52/11-12 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jest party i seks – jest praca

Partyworkerzy Lambdy Warszawa Marta Turska Albert Ciastek opowiadają Wojciechowi Kowalikowi o swej pracy w ramach projektu „Bezpieczniejsze związki”

 

foto i opracowanie graficzne: Adam Gut

 

Nauczą, jak prawidłowo założyć prezerwatywę, doradzą, jak bezpiecznie imprezować, podpowiedzą, co zrobić, jeśli mamy za sobą ryzykowny seks. Wielu z was zapewne miało już kontakt z partyworker(k)ami w warszawskich klubach LGBT.

Z jakim problemem w czasie dyżurów stykacie się najczęściej? Marta:

Z tym, jak właściwie założyć prezerwatywę! Na naszym stoisku mamy pokazowe dildo, gadżety i inne materiały, a także zapas gumek do ćwiczenia – i okazuje się, że albo ktoś otwiera opakowanie zębami, albo traktuje prezerwatywę paznokciami, albo zostawia powietrze w pojemniczku – nie wolno tak robić! Uczymy więc – tych młodszych i tych starszych.

Kilka razy w tygodniu w kilkunastu warszawskich klubach przychodzicie, rozkładacie stolik, na nim prezerwatywy dla wszystkich chętnych, ulotki informacyjne. Taka forma dotarcia do ludzi działa?

Albert: Jeśli chcemy coś zmienić w środowisku, trzeba iść tam, gdzie są ludzie – a są w klubach. Trzeba tam się z nimi spotkać, zdjąć stygmatyzację rozmowy o HIV. Ja sam nie lubię siedzieć cały czas za tym stołem, staram się chodzić po klubie i rozmawiać z ludźmi. Nie od razu o wirusie, ale pytam, jak mija wieczór, czy wszystko w porządku, nawiązuję kontakty. Ludzie idą się tam bawić, więc nie jesteśmy nachalni i nie atakujemy kogoś od razu HIV i rzeżączką!

M: Najważniejsze jest znalezienie złotego środka: z jednej strony czuję, że mam pewną misję, chcę jak najwięcej dać z siebie, powiedzieć, ale z drugiej strony muszę pamiętać, po co do klubu przychodzą goście – i muszę to uszanować.

A goście wstydzą się do was podchodzić?

M: Zdarza się, ale ten wstyd mija z upływem wieczoru i ilością wypitych drinków.

Kiedy ten wstyd mija, to o co pytają?

A: Czasem są to zupełnie podstawowe pytania, rozwiewamy wątpliwości typu: czy można zakazić się HIV przez pocałunek czy dotyk? Wyjaśniamy, że nie i przestrzegamy przed możliwymi zachowaniami, przez które można się zakazić. Wręczamy prezerwatywę, lubrykant, ulotkę. Najczęściej młodzi ludzie przychodzą z takimi pytaniami – nie wiedzą wiele o profilaktyce, o samym wirusie.

M: Nadal krążą mity wokół HIV, o których myśleliśmy, że już nie istnieją. A czasem zdarza się, że ktoś nie znalazł nikogo do pogadania na wieczór i podchodzi do nas i opowiada historię swojego życia. Oczywiście słuchamy! A czasem ktoś mówi, że jest zakażony HIV, że była to chwila uniesienia, był pijany, albo naćpany – jeden moment zapomnienia. To niełatwe rozmowy.

Jeśli ktoś przyjdzie z poważnym problemem – na przykład ma za sobą ryzykowny kontakt seksualny?

M: Pytamy jakiego rodzaju był to kontakt – żeby ustalić czy na pewno był ryzykowny, czyli – seks na przykład bez prezerwatywy. Każdy taki kontakt – nieważne czy analny czy oralny – może nieść ryzyko zakażenia. Namawiamy do zrobienia testu. Mówimy, gdzie taki test można w Warszawie zrobić – najczęściej wysyłamy na Chmielną 4. Żeby pomóc takiej osobie w opanowaniu stresu, uspokajamy, że test jest całkowicie anonimowy, opowiadamy, jak wygląda cała procedura, że są tam specjalni doradcy, którzy będą chcieli porozmawiać przed testem i na których pomoc można liczyć, jeśli wynik okaże się pozytywny.

Poza tym, że odpowiadacie na pytania związane ze zdrowiem, seksem, namawiacie też do bezpiecznego imprezowania.

M: Mamy materiały, opowiadamy, jak się zmienia nasza świadomość pod wpływem substancji psychoaktywnych, jak one działają na przykład w połączeniu z alkoholem – możemy stracić wtedy nad sobą kontrolę, puszczają hamulce i robimy rzeczy, których nigdy na trzeźwo byśmy nie zrobili. Podejmujemy ryzykowne kontakty seksualne, możemy paść ofiarą gwałtu. W klubach rozdajemy drinktesty na GHB, potocznie tabletkę gwałtu, i ketaminę, pokazujemy, jak się tego używa. Powtarzam, że wystarczy sekunda, żeby ktoś czegoś dolał do drinka, a kiedy jest się po trzecim piwie to w ogóle nie zwróci się na to uwagi. Dlatego tak ważne jest, żeby nigdy swojego drinka nie zostawiać.

Kiedyś bardzo chcieliśmy kupić alko- i narkogogle, założyć ludziom i kazać im zakładać prezerwatywę na dildo, żeby zobaczyli jakie to trudne po alkoholu czy narkotykach. Niestety, nie mieliśmy na to funduszy.

A nietypowe, trudne sytuacje w waszej pracy?

A: Miałem problem z agresywnym, pijanym klientem baru – krzyczał na nas, zabierał materiały, używał wulgarnych słów. Zaczęło się od upominania, a skończyło na wezwaniu policji. Bywało, że ktoś zaczynał płakać, wpadać w histerię…

M: Ktoś zaczyna opowiadać prywatne, intymne przeżycia – i czasem nie wytrzymuje, pojawiają się łzy.

A: Raz znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji, bo podszedł do mnie mężczyzna, który powiedział, że jest zakażony HIV i przychodzi do seks klubu specjalnie zarażać innych. A ja w takiej sytuacji niewiele mogę przecież zrobić! Mogę tylko rozmawiać i przekonywać.

Po takich sytuacjach musicie jakoś odreagować?

M: Regularnie poddajemy się superwizji, w czasie których opowiadamy o najtrudniejszych przeżyciach w naszej pracy.

Wspominacie jeszcze jakieś sytuacje z waszej pracy w klubach?

A: Ja miałem kilka takich sytuacji, z racji tego że jestem mężczyzną i spędzam wieczór w klubie gejowskim… Podrywali cię, Albert, tak?

A: Zdarzało się (uśmiech). Ktoś podchodził, jego ręka lądowała najpierw na moim ramieniu, później na moich plecach, po czym troszeczkę niżej i niżej (uśmiech). W takich sytuacjach wyznaczam granicę: mówię, że jestem przecież w pracy, możemy porozmawiać, ale proszę, aby mnie nie dotykano.

M: Dlatego zawsze jesteśmy we dwójkę, wspieramy się wzajemnie. Czasem zdarza się, że ochroniarz czy barman nie zauważy, że dzieje się coś złego. My cały czas mamy siebie na oku – nawet jak jedno krąży wśród klientów baru, a drugie siedzi przy naszym stoliku.

Które z warszawskich klubów odwiedzaliście?

M: Sporo tego było! Fantom, Toro, Lodi Dodi, sauna Heaven, sauna Galla, Ramona, Blok Bar, Code Red… Projekt zakładał współpracę z właścicielami i barmanami. Dla barmanów były specjalne szkolenia podstaw profilaktyki HIV/AIDS oraz STI (czyli chorób przenoszonych drogą płciową – przyp. red.), zasady pracy partyworkerów. Zawieraliśmy umowę, że oni nas do siebie wpuszczają, zapewniają miejsce, a my dzielimy się wiedzą. Oczywiście z poszanowaniem zasad panujących w klubie. Na przykład są takie miejsca czy imprezy, na które dziewczyny wejść nie mogą – wtedy dyżurowali tam tylko mężczyźni.

A: Zostawiamy materiały, ulotki, czasem jest to wielkie pudło prezerwatyw. Im częściej przychodzimy, tym bardziej przyzwyczajamy do siebie właścicieli i klientów. Kiedy nas przez jakiś czas w którymś klubie nie było, właściciele już dopytywali, kiedy znów przyjdziemy.

A skąd w ogóle pomysł, żeby zaangażować się w takie działania?

A: Prawda jest taka, że oprócz tego, że jestem partyworkerem, to również jestem partygoerem (śmiech). Sam często chodzę do różnych barów czy klubów, więc znam dobrze środowisko. Wiem, jak ważna jest profilaktyka czy dostępność materiałów. Grupę LGBT+ traktuję jak rodzinę, jest ona dla mnie bardzo ważna – mam potrzebę działania na rzecz środowiska. Więc takie działanie – bezpośrednie dotarcie do ludzi, by móc być tam z materiałami – jest dla mnie kluczowe. W taki oto sposób ruszyłem w miasto (śmiech).

M: Kiedy byłam jeszcze na studiach – studiowałam psychologię, robiłam specjalizację z seksuologii – widziałam statystyki dotyczące chorób przenoszonych drogą płciową wśród grupy MSM, mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami. Nie wyglądały dobrze. Później, kiedy znalazłam się w Lambdzie i okazało się, że są dyżury partyworkerskie, nie zastanawiałam się długo – postanowiłam pomóc i zaangażować się. Teraz myślę, że jeśli rozdam sto prezerwatyw i dwie z nich zostaną użyte – uważam to za mój sukces. A najlepiej rozdawać tam, gdzie seks się uprawia – czyli w klubach. A rodzajów gumek mamy cały arsenał! Smakowe do seksu oralnego: jagodowe, czekoladowe, świecące w ciemnościach, powiększane dla tych z większymi rozmiarami, dopasowane dla tych z trochę mniejszymi – do tego saszetki z lubrykantami i specjalne chusteczki do higieny. Nic, tylko podchodzić do naszego stolika i brać tyle, ile się potrzebuje!

A: A ja pomyślałem jak ważne jest takie działanie – bezpośrednie dotarcie do ludzi. Rozmowa z nimi. Postanowiłem spróbować swoich sił – i tak ruszyłem w miasto.

Projekt trwa od dwóch lat, wy pracujecie od ponad roku.

M: Zaangażowanych jest pięć osób, mamy po kilka dyżurów w miesiącu. Właśnie kończą się pieniądze, szukamy dofinansowania, prawdopodobnie z zagranicy. Projekty takie jak nasz są potrzebne. Słyszeliśmy od wielu Polaków, którzy byli w gejowskich klubach za granicą: „Jak dobrze, że partyworking wreszcie jest w naszych klubach, bo w Londynie to działa od dwudziestu lat!”

Różowo w Hong Kongu

O jego audycji radiowej LGBT, o klubach gejowskich, o coming outach przed siostrami, o spotkaniu z Rickym Martinem i o imprezach Pink Dot z Brianem Leungiem, aktywistą LGBT z Hong Kongu, rozmawia Mariusz Kurc

Brian Leung i jego organizacja Big Love Alliance organizują Pink Dot, wielki festyn miejski w Hong Kongu promujący różnorodność (na zdjęciu edycja zeszłoroczna)

 

Jak wygląda zwykłe życie LGBT w Hong Kongu? Są kluby, do których można pójść i czuć się swobodnie?

Jak najbardziej. Są też gejowskie sauny. Ale nie ma takiej różnorodności, jak w Europie czy w USA. Tam są gejowskie kluby dla młodzieży i dla starszych, dla ludzi z klasy średniej, dla biznesmenów, dla skórzaków czy dla miśków i tak dalej. U nas one wszystkie wyglądają dość podobnie. Jest też duża rotacja; jedne powstają, inne się zamykają. Wiesz, Hong Kong jest mały, 7 milionów ludzi stłoczonych na małym skrawku lądu, ceny za wynajęcie lokalu – niebotyczne. Trudno utrzymać się na rynku.

Do 1997 r. Hong Kong był kolonią brytyjską, teraz jest częścią Chin. Mam rację, przypuszczając, że gdzie indziej w Chinach atmosfera jest bardziej konserwatywna?

Tak. Hong Kong wciąż jest dużo bardziej „zachodni” niż reszta Chin. Bardziej angielski i bardziej liberalny. Mieszkańcy Hong Kongu czują się bardziej po prostu mieszkańcami Hong Kongu niż Chin. Przez pierwsze kilka lat po przejściu pod chińskie rządy praktycznie nie czuło się różnicy, teraz jakby zaczynają się za nas „brać”. Wyraźniejsze są próby ograniczenia wolności słowa. Jednocześnie pojawili się politycy nawołujący do niepodległości – rząd w Pekinie nie patrzy na nich przyjaźnie.

W Polsce młody gej z dużego miasta, który chce poczuć większą akceptację czy wolność, jedzie do Berlina, Londynu, Barcelony czy Madrytu. A w Hong Kongu?

Leci na Tajwan. To tylko godzina samolotem. W Tajpej są większe niż u nas Parady Równości a dyskusja na temat związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych jest na politycznej wokandzie. Albo do Tajlandii. Albo, jak uzbiera pieniądze, jak ja lata temu – do San Francisco.

I jak wrażenia?

Niezapomniane. Początek lat 90., byłem młodzieńcem jeszcze niewyoutowanym, trochę wystraszonym własnym homoseksualizmem, ale chciałem bardzo jechać do „naszych”. Wtedy pójście nawet do klubu gejowskiego w Hong Kongu było dla mnie poważnym przekroczeniem – tym bardziej, że często zdarzały się naloty policji.

Naloty?

Tak. Wiesz, że homoseksualizm był u nas nielegalny do 1991 r., prawda?

Wiem.

Nie ścigano ludzi ani nie skazywano, więc przepis de facto nie był stosowany, ale… Naloty na kluby były. Praktycznie tydzień w tydzień. Przyjeżdżała policja, zapalano światła, kontrolowano ludziom dokumenty. Nie działo się nic strasznego, to było takie „miękkie” prześladowanie. Przerwa w zabawie trwała z godzinę, atmosfera siadała, ci niewyoutowani byli najbardziej zestresowani, a wszyscy – wkurzeni, upokorzeni.

Samą legalizację w 1991 r. pamiętasz?

Jak przez mgłę. Nie śledziłem wszystkiego na temat LGBT, jak później. Czytałem artykuły w gazetach… W każdym razie żadnego wielkiego świętowania nie było.

A w San Francisco naloty, owszem, też bywały, tylko 30 lat wcześniej.

Gdy ja tam pojechałem, poczułem zew wolności. Spotkałem wiele osób, wielu „naszych” (śmiech). Miałem też przelotny romans z pewnym nauczycielem, zachowałem bardzo miłe wspomnienia. Jedno zdarzenie szczególnie utkwiło mi w pamięci. Wyszliśmy na ulicę i on wziął mnie za rękę. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic. W biały dzień. Uśmiechał się, a ja byłem w szoku. Możesz jeździć, gdzie chcesz, ale zawsze ze sobą zabierasz samego siebie – i swoje lęki, uprzedzenia, zahamowania. W tamtym momencie musiałem się z nimi skonfrontować, na początku czułem się bardzo nieswojo. On mnie wyzwolił.

Miałem zadać to sakramentalne pytanie o twoją drogę do samoakceptacji, ale już sam opowiadasz.

Pierwsze wyzwolenie przyszło wraz z pasją do muzyki. Eurythmics, Erasure, Pet Shop Boys, Depeche Mode, the Smiths – lata 80. Przy czym nie chodziło o samą muzykę. David Bowie czy Annie Lennox nieśli ze sobą całe przesłanie, by nie wpasowywać się w wąskie schematy płciowe. Zachłysnąłem się tym – i tak zostałem DJ-em. Skończyłem studia i w 1987 r. wygrałem radiowy konkurs na DJ-a.

W 1987 r. byłeś po studiach? Brian, wyglądasz nieprawdopodobnie młodo.

Mam 52 lata. Coming out w muzycznym czy medialnym środowisku jest łatwiejszy. Ujawniłem się przed przyjaciółmi, współpracownikami. Potem przyszedł czas na moje trzy siostry, to była raczej ich inicjatywa. Jedna z nich zadzwoniła któregoś dnia: „Braciszku, ja już to i tak wiem, więc nie ma sensu milczeć, jesteś gejem, nie ma problemu”. Tyle. A z rodzicami nie rozmawiałem do dziś, choć z pewnością wiedzą, w końcu prowadzę od lat radiowy program LGBT w radiu. Funkcjonujemy z rodzicami na zasadzie: „Wiemy, ale nie pytamy o to” – a ja sam też nic nie mówię. Jak obserwuję młodych ludzi, to widzę, że u nich jest zupełnie inaczej, dużo większa otwartość.

Opowiesz o tym programie w radiu?

Moje wyjście z szafy zbiegło się mniej więcej w czasie z powstaniem internetu. Ponieważ chciałem już wtedy czegoś więcej, niż tylko grać muzykę, to wymyśliłem własną internetową audycję LGBT. Był rok 2000, gdy zacząłem. To była pierwsza taka audycja w Hong Kongu, dziś jest ich co najmniej kilka w sieci. Połączenie było nie najlepsze, jeszcze nie było sieci szerokopasmowej, ale nie zrażałem się – nadawałem z mojej strony internetowej codziennie.

Codziennie?!

Codziennie dwie godziny przez trzy lata. Jestem prawdziwym pasjonatem, wiem. To dzięki tej audycji dostałem w 2006 r. propozycję z publicznego radia RTHK (Radio Television Hong Kong). To był specyficzny czas – publiczne radio było krytykowane za zbyt komercyjne podejście, a jednocześnie „Tajemnica Brokeback Mountain” święciła właśnie triumfy, dostała oscarowe nominacje. Kwestia gejowska stała się gorącym tematem. To była dla mnie szansa, mogłem dotrzeć do dużo większej publiczności. Prowadzę tę audycję już 10 lat. Nazywa się „We are family”. Dwie godziny wieczorem, co sobota. Wszyscy się szykują na imprezy, na „Saturday Night Fever” – a ja do pracy.

Jakie tematy poruszasz?

Poruszamy, bo mam współpracowników i współpracowniczki, najprzeróżniejsze sprawy związane z LGBT. Ostatnio gościliśmy w studio pierwszy w Hong Kongu gejowski chór, gadaliśmy, zaśpiewali też „Seasons of Love” z musicalu „Rent”. Pierwsze kilka lat było dość trudne w porównaniu z ostatnimi – dziś łatwiej znaleźć rozmówców, którzy nie boją się coming outu. Rok 2012 r. można chyba uznać za przełomowy. Wyoutowała się wtedy dwójka popularnych piosenkarzy Anthony Wong i Denise Ho. Anthony ujawnił się w dość spektakularny sposób – podczas koncertu w największej hali w Hong Kongu. A Denise zrobiła coming out na Paradzie. Wbrew obawom wielu, te ujawnienia nie spowodowały spadku ich popularności, nawet chyba przeciwnie. Kilka miesięcy później coming out zrobił jeszcze Raymond Chan, pierwszy jawnie homoseksualny polityk, członek Rady Legislacyjnej Hong Kongu. Ponoć jeden z dzienników groził, że go wyoutuje – więc ich ubiegł. Spotkał się z homofobicznymi komentarzami, ale dużo częściej był chwalony za odwagę. Na tej wznoszącej fali powstała w 2013 r. nasza organizacja Big Love Alliance. I Anthony, i Denise, i Ray są jej członkami. Naszym celem jest wprowadzenie ustawy zabraniającej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną, a w dalszej perspektywie – legalizacja związków partnerskich lub małżeństw jednopłciowych. Od legalizacji homoseksualizmu w 1991 r. do dziś w samym prawie niewiele się zmieniło. Praktycznie tylko jedna ważna sprawa: zrównanie wieku, od którego uprawianie seksu jest legalne. Przepisy były dyskryminacyjne: 16 lat dla seksu hetero, a aż 21 – dla seksu homo. 18-letni gej, Billy Leung (zbieżność nazwisk przypadkowa – przyp. MK), zaskarżył te przepisy i po długiej sądowej batalii wygrał w 2006 r.

Osiemnastolatek? Brawa dla niego!

Dziś dobiega 30-tki – przekażę mu, też działa w Big Love Alliance.

Przed BLA były w Hong Kongu inne organizacje LGBT?

Były i nadal są, ale BLA jest największa i, dzięki tym osobistościom, najbardziej znana. Praca w BLA to teraz moje główne zajęcie, poza audycją.

Jakie masz przewidywania co do ustawy antydyskryminacyjnej, związków partnerskich czy małżeństw jednopłciowych?

Jesteśmy trochę na terenie nieznanym – w naszym regionie jeszcze żaden kraj nie wprowadził małżeństw jednopłciowych. Może Tajwan będzie pierwszy? Zobaczymy. Około 50% mieszkańców Hong Kongu popiera zakaz dyskryminacji ze względu na orientację seksualną, wśród młodych osób – nawet 90%, więc perspektywy są niezłe, choć nasz rząd nie bardzo jest chętny do współpracy (we wrześniu mamy wybory). Na razie staramy się wzbudzić dyskusję społeczną na ten temat. Na drodze stoją nam m.in. przywódcy religijni, którzy często, niestety, pielęgnują stereotypy.

Religijni? Myślałem, że w Chinach religia nie odgrywa aż takiej roli.

W Chinach może nie, ale w Hong Kongu – tak. Zresztą mamy dość silną grupę chrześcijan w Hong Kongu – prawie milion osób. Część z nich prezentuje argumenty wynikające z uprzedzeń. Pewnie je znasz.

Znam, znam.

Ale widzę progres. Od kilku lat organizujemy Parady Równości oraz, z mojej inicjatywy, Pink Dot.

Pink Dot? Co to jest?

Nie wiesz? To pomysł z Singapuru, który udało mi się zaimportować. Singapur jest bez porównania bardziej konserwatywny niż Hong Kong. O Paradzie Równości z postulatami politycznymi nie może być tam mowy, więc działacze wymyślili Pink Dot. To wielki festyn miejski pod hasłami różnorodności i poszanowania odmienności – o LGBT wprost się nie mówi – podczas którego wszyscy przychodzą ubrani na różowo. W Singapurze Pink Dot istnieje od 2009 r., u nas – od 2014 r. Właśnie jestem w trakcie organizowania tegorocznej edycji. Pink Dot jest też w Japonii oraz, uwaga!, w amerykańskim stanie Mormonów, czyli Utah. W zeszłym roku przyszło 15 tys. ludzi, to więcej niż na naszych Paradach, w tym wiele osób hetero. Można dostać darmowe snacki i napoje, wieczorem jest darmowy występ gwiazdy. Muzyka nas łączy!

Twoja pasja.

Pamiętam wielki koncert w 2000 r. po Marszu Milenijnym w Waszyngtonie, miałem wtedy amerykańskiego chłopaka. Pet Shop Boys, k.d. lang, Chaka Khan., George Michael, Melissa Etheridge… Ach! Trzy razy byłem na Madonnie. Pierwszy raz w Tokio – na słynnej „Blonde Ambition Tour” w 1990 r. a ostatnio w tym roku. Grała u nas na „Rebel Heart Tour”.

Miałeś jakichś znanych muzycznych gości w swej audycji?

Oczywiście! Zrobiłem kiedyś wywiad z Boyem Georgem, który był cudowny, bezpośredni i miły. Ponieważ krążyły plotki, że kocha się w Jonie Mossie, perkusiście Culture Club, zapytałem go delikatnie, czy widział się ostatnio z Jonem. „Ani go ostatnio nie widziałem, ani z nim nie spałem” – odpalił. Gościłem też Stephena Gately, nieżyjącego już niestety, członka Boyzone. Był już po coming oucie, ale nie wiedziałem, czy mogę swobodnie porozmawiać o homoseksualności, więc najpierw sam się przed nim wyoutowałem i gdy właśnie miałem zapytać, zadzwoniła jego komórka. Powiedział: „O, przepraszam, mój chłopak dzwoni”. To już wiedziałem, że nie będzie problemu. Natomiast z Rickym Martinem zrobiłem wywiad na kilka lat przed jego coming outem. Było już wtedy wiele spekulacji na temat jego homoseksualności. Zapytałem go wprost, czy jest gejem.

Serio? Co odpowiedział?

Wymijająco, dyplomatycznie, ale pozytywnie: „Ujmę to tak: z tego, co słyszę, to żadnych złych rzeczy się o mnie nie mówi”. Wraz z moim kolegą dziennikarzem, Chińczykiem, dostaliśmy pół godziny na wywiad u Ricky’ego w hotelu. Kolega też jest gejem, miał akurat na sobie naprawdę fajne sandały od Gucciego. Gdy weszliśmy do pokoju, Ricky ledwo spojrzał na nas i od razu: „Och! Gdzie kupiłeś te sandały? Są boskie!” Gejdary w głowach nam obu piknęły.

 

Tekst z nr 63 / 9-10 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wzajemnie się wyczuwamy

O występach w klubach gejowskich i na gali Kampanii Przeciw Homofobii, o kultowej „Meluzynie”, o fanach LGBT, o teatrze i o nowej płycie z Małgorzatą Ostrowską rozmawia Przemysław Górecki

 

foto: Agata Kubis

 

We wrześniu ubiegłego roku Małgorzata Ostrowska została sojuszniczką osób LGBT w ramach akcji Kampanii Przeciw Homofobii „Ramię w ramię po równość”. Powiedziała wtedy: „Moim zdaniem należy popierać miłość. Należy dostrzec to, co jest prawdą i odważyć się to uznać. Trwałość związku nie zależy od orientacji, tylko zależy od tego, czy ci właściwi ludzie się spotkają, czy też nie”.

Zaraz po dołączeniu do akcji zagrała pani pro publico bono koncert na urodzinowej gali Kampanii Przeciw Homofobii. Jak do tego doszło?

To było konsekwencją mojego udziału w tej akcji. Moje poparcie dla sprawy zgłosiłam sama w sposób dość spontaniczny – był to odruch w moim pojęciu absolutnie naturalny. A potem, w ramach rozmów, wynikła sprawa występu.

Koncert spotkał się z fantastycznym odbiorem. Jak go pani wspomina?

Na początku trochę się obawiałam, bo wydawało się, że nie będzie nastroju – sala była biała, co jest masakrą dla jakiegokolwiek widowiska estradowego, bo nie grają żadne światła. Poza tym sam występ był bardzo skromnym przedsięwzięciem, co też budziło pewne obawy. Ale, z drugiej strony, mam pewne doświadczenia z „normalnego” grania w klubach gejowskich, gdzie odbiór zawsze jest fantastyczny. I tak też było tym razem.

Jak gra się dla gejów i lesbijek?

Bardzo lubię grać w tych klubach, choć często są to trudne warunki – ciężko nagłośnić, oświetlić, sceny są za małe, zaplecza brakuje. Szczerze przyznam jednak, że jeśli chodzi o granie w takich okolicznościach, w których liczę na emocje, klub gejowski jest totalnie trafionym adresem. Jest tam niezwykle emocjonalne przyjęcie, a o to mi chodzi, bo sama do muzyki podchodzę bardzo emocjonalnie. Wolę zdecydowanie sytuację w której nawet występ nie jest doskonały, ale fantastyczny odbiór.

Na czym polega różnica między tą a „zwyczajną” publicznością?

Myślę, że nie na samej orientacji seksualnej, tylko na emocjonalności właśnie. To w znakomitej większości ludzie niezwykle emocjonalni, a w przypadku, kiedy czują się bezpiecznie, czyli są w swoim towarzystwie, to się otwierają i to jest piękne. Każdy artysta o tym marzy. Istnieje coś takiego jak szczerość wypowiedzi i to jest niezwykle istotna sprawa. Być może wzajemnie się „wyczuwamy” i nie staramy się udawać kogoś innego. No i są to po prostu miejsca bezpieczne dla gejów i lesbijek.

Z najbardziej entuzjastycznym przyjęciem podczas całego koncertu spotkała się chyba „Meluzyna”, która znalazła się kiedyś także w naszym redakcyjnym rankingu polskich przebojów tęczowych. Co jest w tej piosence, że wywołuje taki aplauz w publiczności LGBT?

Myślę, że to kwestia tekstu. Nie ja go napisałam i znając autora, nie został on napisany dla takiego oddźwięku. Ale myślę, że to ta inność, sytuacja nieco bajkowa i dotycząca innego rodzaju miłości – nie zawsze spełnionej, opowiedzianej w taki dziecięcy sposób. To historia miłości dwóch nietypowych i nie pasujących do siebie istot (Meluzyna kocha się w Pustoraku – przyp. red.), także miłości nieuznawanej przez poprawny świat. Miłości podwodnej. Może właśnie o to chodzi? Nie przypisując sobie zbyt, mam też nadzieję, że niebagatelną sprawą był taki a nie inny sposób wykonania. A poza tym nie lubię analizować, to należy do dziennikarzy.

Z jakimi reakcjami spotkał się pani występ w mediach?

Przede wszystkim zaczęłabym od tego, że skrót LGBT nie dla wszystkich jest czytelny. Dlatego, gdy zapowiedziałam występ na swoich stronach internetowych, chyba nikt tego nie analizował – do momentu, w którym pojawiło się to moje zdjęcie z tabliczką. Mnie zresztą najbardziej na tym zdjęciu zależało, bo to jest najmocniejszy sprzeciw wobec nietolerancji. Niezmiernie się cieszę, że moich dwóch gitarzystów wzięło w tym udział i nieco przekornie wybraliśmy tabliczki do pozowania ja wybrałam tę w rodzaju męskim, oni w rodzaju żeńskim. Poza tym, jednym z gitarzystów jest mój syn (patrz: następna strona – przyp. red.), co do którego nie miałam żadnych wątpliwości, że da się namówić na taki koncert pomimo, że jest zdecydowanie heteroseksualny. Był wychowywany w pełnej tolerancji i to procentuje, bo jest człowiekiem otwartym.

Czy sam występ w jakiś sposób podzielił pani fanów i fanki?

Były rozmaite reakcje. Czy to byli fani? Przynajmniej tak się deklarowali. Niektórzy byli „totalnie zaskoczeni”, toczyłam nawet z nimi dość burzliwe dyskusje na mojej oficjalnej stronie na Facebooku, oczywiście, jak to w takich sytuacjach, nierozstrzygnięte, bo tego nie da się rozstrzygać. Myślę, że paru fanów się może nawet odwróciło ode mnie – nie wiem, nie sprawdzam tego. Ale na pewno było to szokiem dla paru takich niezwykle prawicowo i konserwatywnie myślących ludzi. A z pewnością nie dostałam negatywnego komentarza od żadnej kobiety. Potyczki słowne toczyłam wyłącznie z mężczyznami i myślę, że byli to ci stuprocentowi samce, którzy odbierali mnie jako stuprocentową samicę. A przecież ja oprócz tego, że jestem samicą, jestem też człowiekiem – i tego chyba nie uwzględnili.

Najostrzejszą i najbardziej niespodziewaną reakcją było chyba wycofanie się sponsora pani koncertu w Londynie?

Tak, to był przedziwny wypadek. Każdy ma prawo do swojego spojrzenia, choć w przypadku organizacji normalnego koncertu wydaje mi się to śmieszne. Co innego, gdybym chciała deklarować swój pogląd ze sceny, manifestować coś przy użyciu transparentów. Tu zadziałało proste myślenie, że ze względu na mój światopogląd, ten sponsor nie zapłaci za mój występ.

Musiał to być dla pani szok.

Wielki, ponieważ pierwszy raz w życiu się z czymś takim spotkałam. Tym bardziej, że ja przecież nie manifestuję światopoglądu podczas koncertów! Mało tego, generalnie unikam deklaracji, przede wszystkim politycznych. Nigdy nie kryłam swojego poglądu na mniejszości seksualne, ale też nie narzucałam się z nim.

Powiedziała pani, przystępując do akcji KPH, że ma mnóstwo fanów wśród gejów. Od kiedy ma pani tę świadomość?

Od dawna. Rzeczywiście jest coś takiego w moim wizerunku i we mnie, co nie budzi obaw przed „zdemaskowaniem się”. Od początku miałam świadomość, że w moim fanklubie byli geje, natomiast co do lesbijek – nie do końca mam takie przekonanie. Zdecydowanie bardziej przyciągam homoseksualnych mężczyzn. Jeden z pierwszych szefów fanklubu i od początku jeden z moich najwierniejszych fanów był gejem, więc takie sygnały dostawałam przez cały czas. Widziałam to już w latach osiemdziesiątych, choć może wtedy nie było jeszcze tylu deklaracji. To byli w końcu młodzi, emocjonalnie i osobowościowo niewykształceni jeszcze ludzie, natomiast w tej chwili są już zdeklarowanymi gejami. Część z nich wyjechała do Londynu po to, by moc tam funkcjonować normalnie. Bardzo mi przykro, że tu jest trudniej funkcjonować niż w Londynie…

Ciekawią mnie te lesbijki, a raczej ich brak. Zawsze była pani w wizerunku ostra, wyzwolona, konkretna i wyrazista. I miała te wygolone boki na głowie – stereotypowy atrybut wyglądu lesbijek.

Może właśnie byłam aż za mocna? A dla gejów dostatecznie wyrazista? Nie mam pojęcia. Ale nie był to tylko mój wizerunek sceniczny, ja się tak nosiłam na co dzień. Gdy szłam do sklepu po bułki i mleko, to też nie miałam zwykłego, poprawnego makijażu, tylko asymetryczny. Pamiętam taką sytuację z czasów kręcenia „Podroży Pana Kleksa” na Krymie, kiedy to siedzieliśmy w zamkniętym i odizolowanym hotelu wysoko w górach i nudziliśmy się, bo dni filmowe toczyły się ślamazarnie, gdy zrobiło mi się w końcu „ciasno” bez mojego normalnego wizerunku. Ubrałam się i wymalowałam normalnie, tak, jak na scenę i ulicę, w krotką skórzaną spódnicę, skórzany stanik, i zeszłam z tego hotelu do miasta. Był to dla ludzi szok. Odwagi wystarczyło mi tylko na chwilę, musiałam uciekać z powrotem do hotelu. To była próba prowokacji, bo chyba tamten świat był dla mnie nieakceptowalny. Jestem dość przekorną osobą i od czasu do czasu się we mnie budzi ta przekora.

Jakim przeżyciem zawodowym były dla pani „Podróże Pana Kleksa”?

To była jedna wielka przygoda. Wcześniej nie występowałam w filmach i nadal twierdzę, że jeśli chodzi o aktorstwo, niczego ciekawego tam nie pokazałam. Dziś jestem człowiekiem dojrzałym i mającym świadomość pewnych błędów i podeszłabym pewnie do sprawy aktorstwa inaczej, ale wówczas byłam do tego zupełnie nieprzygotowana. To był też taki czas w moim życiu, że działo się bardzo dużo, a wszystko było nowe i fascynujące. Nie miałam czasu na zastanawianie się nad rożnymi sprawami. Praca aktora jest dla mnie kompletnie niezrozumiała – szokiem było to, że nie ma zespołowości, nie ma do kogo grać: sceny kręcone są „w powietrze”. Do dzisiaj nie poznałam na przykład Pana Kleksa, czyli Piotra Fronczewskiego! W czasie nagrywania filmu w ogóle się nie spotkaliśmy.

W następnej dekadzie wystąpiła pani w musicalu „Pocałunek kobiety-pająka” opartym na powieści Manuela Puiga, na podstawie której powstał oscarowy film (pierwszy w historii kina Oscar za rolę geja – dla Williama Hurta). Jak do tego doszło?

Z tymi musicalami zawsze mam duży problem. Ja ich po prostu nie lubię, nie znam, nie do końca się orientuję w tej dziedzinie.

Ale przecież grała pani wcześniej w „Jesus Christ Superstar”?

Tak, i jeszcze wcześniej w Teatrze Polskim w Poznaniu w „Łyżki i księżyc”. Z reguły trzeba mnie długo przekonywać. I zawsze jest tak, że są jakieś argumenty, które do mnie trafiają. W przypadku spektaklu „Łyżki i księżyc” – były nimi muzyka i praca w teatrze Grzegorza Strożniaka. To była realizacja jego pasji, a że wtedy Lombard był na etapie wielkiej przyjaźni, to skoro Grzegorz to robił – my jako przyjaciele braliśmy w tym udział. Jeśli chodzi o „Jesus Christ Superstar”, który jest sztandarowym musicalem, przekonał mnie zespół TSA i Marek Piekarczyk, który zawsze marzył, żeby zaśpiewać rolę tytułową. I zrobił to zupełnie nieprawdopodobnie, to na pewno jedna z jego życiowych rol. W przypadku „Pocałunku kobiety pająka” decydującą rolę miało libretto – tekst, który dotyczył nietypowej sytuacji.

Znała pani wcześniej tę książkę lub film, opowiadający o rewolucjoniście i homoseksualiście odbywających wspólnie karę w argentyńskim więzieniu?

Nie znałam. I jestem bardzo zadowolona, że dałam się namówić. Muzycznie było to niezwykłe doświadczenie, bo śpiewałam w rejestrach, których nie wykorzystuję codziennie na estradzie w muzyce, którą wykonuję. Tam, w mojej demonicznej roli, były na miejscu. Teatralnie to również było wielkie przeżycie – byłam noszona na rękach, miałam piękne stroje, totalne metamorfozy, peruki, w których byłam nie do poznania. Sztuka była trudna w odbiorze, choć spotkała się z bardzo dobrymi reakcjami. Na pewno nie było żadnego skandalu, bo były to trochę inne czasy. Myślę, że dzisiaj ten musical inaczej zostałby odebrany.

To chyba smutny wniosek?

Niekoniecznie. Rozmawiałam swego czasu z moimi przyjaciółmi gejami, że marzyłoby mi się, by nie było tych wszystkich demonstracji, parad miłości, prowokacyjnych części manifestowania swojej orientacji seksualnej – chciałabym po prostu, by była ona czymś normalnym i zwyczajnym. Ale prawdą jest, na co mi zwrócili uwagę, że gdyby nie było tego wszystkiego oraz związanych z tym skandali, to w ogóle byśmy nie rozmawiali o tych sprawach. I odbiór „Pocałunku kobiety pająka” jest tego doskonałym obrazem. Myślę, że jesteśmy teraz w takim przejściowym okresie, który prawdopodobnie będzie bardzo długo trwał i może kiedyś przejdzie w następny etap, w którym to wszystko będzie normalnością.

Czy ta zmiana jest kwestią pokoleniową?

Myślę, że kwestią dobrych kilku pokoleń.

Skoro mowa o przyszłości – jakie ma pani teraz plany muzyczne?

Przede mną dużo imprez w trochę rożnych wcieleniach, bo klubowych, z projektami „Symphonica” i „Tribute To Marek Jackowski”, trochę działań solowych i sezon grania z kapelą. Nagraliśmy już część materiału na nową płytę. To utwory zdecydowanie bardziej rockowe, czasem uderzające odrobinę w poprockowe rzeczy, czyli lata osiemdziesiąte, ale z nowszym spojrzeniem, bo zajmuje się nimi nowy producent – Kuba Mańkowski. To wszechstronny człowiek odpowiedzialny za którąś z płyt Eweliny Lisowskiej, jednocześnie pracujący z Behemothem i grający w zespole Sylwii Grzeszczak. Nie wiem nigdy do końca, czego ludzie oczekują, dlatego tym razem postawiłam na rozwiązanie: kapela i moje serce.

„Replika” poleca: Małgorzata Ostrowska – zestaw obowiązkowy: „Droga Pani z TV”, „Taniec pingwina na szkle”, „Szklana pogoda”, Adriatyk, ocean gorący”, „Aku-Hara, kraj ze snu”, „Stan gotowości”, „Plaża fok”, „Czeski film”, „Mam dość”, „Anatomia – ja płynę, płynę”, „Gołębi puch”, „Meluzyna”, „Welcome Home”, „Słona mamona”, „Mister of America”, „Lawa”, „Głupi świat”, „Słowa jak węże do ucha”, „Szpilki”.

 

Tekst z nr 59 / 1-2 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Celebryci, skandale i królowa

O jego słynnych warszawskich klubach gejowskich „Koźla Pub” i „Utopia”, o początkach Lambdy Warszawa 25 lat temu i o rozkręcaniu imprez dziś w Londynie, z Grzegorzem Okrentem, legendą stołecznej społeczności LGBT, rozmawia Wojciech Kowalik

 

Fot. arch. pryw.

 

Powinienem ci chyba na wstępie podziękować. Niejako dzięki tobie poznałem faceta, z którym spędziłem trzynaście lat życia, a który teraz jest moim najlepszym przyjacielem.

Poznaliście się w Utopii?

Wcześniej! Na „Kozłach”!

Masz już tyle lat, żeby pamiętać „Kozły”?!

„Kozły” czyli „Koźla Pub” to był pierwszy klub gejowski, do którego w życiu poszedłem. Dla wielu obecnych trzydziestoparo- i czterdziestolatków – kultowy. Jaka była geneza jego powstania?

Kiedy działałem w Lambdzie Warszawa, a było to 25 lat temu, to moja ówczesna przyjaciółka Zofia Kuratowska (wicemarszałkini Senatu, lekarka, autorka pierwszej polskiej książki o AIDS, sojuszniczka osób LGBT i żyjących z HIV/AIDS – przyp. red.) zasugerowała, że może warto otworzyć klub, w którym mogłyby się w przyjaznej atmosferze spotykać osoby LGBT. Pomyślałem, że to dobry pomysł.

Według dzisiejszych standardów clubbingu, podobny klub nie miałby szans się utrzymać. Zlokalizowany w piwnicy na Nowym Mieście, miniaturowej wielkości. Zawsze pełen ludzi, więc ciasny jak diabli, do tego szary od dymu papierosowego. Pamiętam jeszcze telewizorek z Fashion TV. Tętniło życie na Kozłach! Chciałeś spotkać znajomych – spotkałeś. Chciałeś poznać chłopaka – poznałeś. Obsługę do dzisiaj rozpoznaje się jako „barmanów z Kozłów”.

Miałem sporo szczęścia. Akurat wtedy – to musiała być chyba jakoś połowa lat 90., ale dokładnie już nie pamiętam – kilka lokali gej/les się zamknęło, więc ludzie byli spragnieni nowego miejsca. My też włożyliśmy w ten klubik dużo serca. „Kozły” przetrwały jakieś sześć lat. Gdy okazało się, że jest problem własnościowy z kamienicą, w której działaliśmy, trzeba było się zwijać.

Wtedy narodził się w głowie pomysł „Utopii”?

Już kiedy prowadziłem „Kozły”, myślałem o otwarciu drugiego miejsca. Tak pojawił się Klub „Underground” na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Nie był stricte LGBT. Padł lata później ofiarą budowy innego undergroundu, czyli drugiej linii metra. Bywałem w klubach na Ibizie, słuchałem muzyki i marzyłem o podobnym lokalu w Warszawie. W końcu znalazłem miejsce w centrum, przy Jasnej 1 – i tak 6 października 2001 r. ruszyła „Utopia”.

Klub totalnie inny od „Kozłów”. Nowoczesny, lansiarski, w różowych tonacjach, szklane stoliki, kryształy Swarovskiego. Po mieście krążyły o legendy o tym, jaka znana postać była wczoraj w Utopii, kto poznał kogo, kto się z kim całował, a kto coś więcej.

Jedni „Utopię” kochali, inni nienawidzili. Tego typu miejsce musi wywoływać emocje. Między innymi dlatego, że byliśmy pierwsi, którzy zdecydowali się na tak ostrą selekcję przy drzwiach.

To był dla wielu istotny problem. Daniel, selekcjoner, stawał się idolem tych, których wpuścił i postrachem tych, których odprawił. Dlaczego tak bezlitośnie selekcjonowaliście klientów? Dlaczego w ogóle selekcjonowaliście? Tym bardziej, że kryteria „fajności” były znane tylko wam.

„Utopia” nie miała biletów. Występujący tam artyści byli na światowym poziomie: byli u nas David Guetta, Bob Sinclair, Roger Sanchez. W „Utopii” śpiewały Helena Vondrackova, Sonique i Barbara Tucker. Chodziło o to, żeby ci ludzie, którzy tam przychodzą, tworzyli specyficzny klimat. Zaryzykowałem z wprowadzeniem selekcji, mimo sprzeciwów. Dzisiaj by się to nie sprawdziło, ale wtedy zadziałało – to był doskonały zabieg PR-owski: zakazany owoc lepiej smakuje.

Co sobotę przed wejściem do klubu kłębił się tłum spragniony tego owocu.

Ci, którzy mieli problem z wejściem, mogli przyjść do mnie w zwykły dzień, pogadać, trzeba było się trochę postarać.

Robert Biedroń mówił, że „Utopia” była miejscem gdzie „celebryci oswajali się z pedalstwem”. To był też sposób na wykreowanie wizerunku lokalu?

Zadziałał efekt kuli śnieżnej i trochę owczy pęd, a przy tym geje, niby tacy wyrzuceni poza nawias i poza normę, działali jak magnes. Utopia była pomyślana jako gejowski klub, a stała się miejscem, w którym każdy heteryk, jak tylko chciał być „na czasie”, to musiał być. Zaczęło się od spokojnego otwarcia, ale już po tygodniu Utopia zaczęła nabierać rozpędu. Byli zapraszani dobrzy DJ-e, o których Warszawa wcześniej nie słyszała, wszyscy chcieli ich zobaczyć i posłuchać. To było coś nowego!

A ci celebryci, którzy przewinęli się przez „Utopię”?

Całe mnóstwo! Przed rozmową z tobą przejrzałem zdjęcia z imprez. Oj, wielu obecnych topowych stylistów zdziwiłoby się tym, jak wyglądali tych 12-13 lat temu w Utopii! Wielu celebrytów przychodziło ze znajomymi gejami. W pewnym momencie klub okazał się za mały, więc rozbudowaliśmy go – tak powstał VIP-room.

Kolejne miejsce pożądania…

W VIP-roomie mogli sobie pozwolić na wiele, a ja pilnowałem, by nikt nie robił zdjęć. Nie wyciekły stamtąd nigdy żadne informacje.

A działy się tam „skandale”?

Oczywiście, że tak! Nierzadko z udziałem dzisiejszych gwiazd! Tam bywał Kuba Wojewódzki, Monika Olejnik, Ryszard Kalisz, Kazimierz Marcinkiewicz z Isabel. A także Michael Stipe z REM czy Gus Van Sant, autor „Obywatela Milka”.

A na ciebie mówiono „królowa”, wiesz?

Podobno. Mam do tego duży dystans. No, idealnie to ja się wtedy nie prowadziłem (śmiech).

To z tobą też może były „skandale”?

Ależ oczywiście! I też nic nie wyciekło. Cicho sza! „Utopia” przestała istnieć w 2009 r., gdy podniesiono koszmarnie wysoko czynsz. Leżałem wtedy chory w szpitalu i przyznaję, płakałem.

Jakiś czas później podąłeś próbę reaktywacji „Utopii” przy Kredytowej.

To była porażka. Odgrzewany obiad nigdy tak dobrze nie smakuje. Usilnie mnie namawiano na otwarcie drugiej „Utopii”, nie czułem tego, ale dałem się przekonać. I niestety, tamten klimat już zniknął. Czasami człowiek popełnia błędy w życiu – druga „Utopia” była takim błędem.

To pogadajmy o twoim aktywizmie LGBT. Bo zanim „Utopia”, zanim „Koźla”, to byłeś przecież przewodniczącym Lambdy Warszawa, pierwszej legalnej organizacji LGBT w Polsce. W tym roku minęło, jak wspomniałeś, 25 lat od powstania Lambdy.

Tak, jak ja pamiętam początki Lambdy, to pamiętam głównie trzy osoby: Sławka Starostę, Ryszarda Ziobrę z Wrocławia i moją skromną osobę. Kumplowaliśmy się, ale każdy z nas miał inną wizję działania. Sławek Starosta i ja, to było połączenie wody z ogniem!

Jakie to były wizje? Co mieliście konkretnie robić?

O to szły największe spory. Ja twierdziłem, że trzeba wytłumaczyć społeczeństwu, kim są geje i lesbijki. Bo jeśli czegoś społeczeństwo nie zna, wówczas to zwalcza. Chciałem też zastosować wzór skandynawski: tam stowarzyszenia zajmowały się działalnością gospodarczą i pieniądze z tej działalności przeznaczały na propagowanie pozytywnych wzorców środowiska LGBT. Wiesz, nawet samo zarejestrowanie stowarzyszenia nie było łatwe. Formalności trwały miesiącami, to był sam początek nowej Polski, było sporo osób, głownie z obozu solidarnościowego, które nam wtedy pomogły. Wniosek złożono w październiku 1989 r. sąd zarejestrował organizację w lutym 1990 r.

Sławek Starosta opowiadał mi, że bardzo wspierał was prof. Mikołaj Kozakiewicz, marszałek Sejmu.

Zebraliśmy 15 osób potrzebnych do założenia stowarzyszenia – takich, którzy nie bali się podać swoich danych. To był sukces jak na tamte czasy! I sąd nie miał wyjścia. Nie pamiętam, czy od razu zostałem przewodniczącym, czy może najpierw był Ryszard Ziobro. W każdym razie przewodniczyłem może z rok, tam się wtedy wszystko szybko działo, ciągła kotłowanina była. Musieliśmy się wszystkiego uczyć, ja również. Weź pod uwagę, że Lambda była chyba pierwszą legalną organizacją gej/les w Europie Środkowo-Wschodniej. Zaczęliśmy być zapraszani na międzynarodowe konferencje, by przedstawić sytuację polskiej społeczności gej/les. A ludzie często sami nie wiedzieli, w jakim kierunku to ma pójść, za co się wziąć. Niektórzy wręcz traktowali stowarzyszenie jako miejsce, gdzie można poznać kogoś do seksu! Namawialiśmy też ludzi w Polsce, by zakładali swoje Lambdy – i powstały w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku. Pamiętam też, że mocno współpracowaliśmy z Monarem, z nieżyjącym już dziś Markiem Kotańskim, który zajmował się narkomanami. Niektórzy mówili, że ta współpraca to zły pomysł, bo przylepia nam nieodpowiednią łatkę. Ale w tamtych czasach nie mieliśmy wielu przyjaciół – każdy sprzymierzeniec był na wagę złota. Może skorzystam z okazji i podziękuję wszystkim ludziom, którzy tworzyli wtedy Lambdę, zapiszesz to w wywiadzie? A nowemu pokoleniu działaczy życzę wytrwałości!

Później, w pierwszej połowie lat 90. zostałeś naczelnym homoerotycznego magazynu „Men”.

To były tylko biznesowe układy, to nie był mój żywioł. Dlatego ten etap nie trwał długo. Choć ze Sławkiem Starostą życie związało mnie na dłużej. Często się ścieraliśmy, ale jakoś tak pozytywnie. W sumie to ja nie chciałem robić „Mena” jako periodyku czysto pornograficznego, za to Sławek – tak.

Od dziewięciu miesięcy mieszkasz w Londynie. Skąd decyzja o wyprowadzce?

Zmęczyłem się wszystkim, co było wokół mnie. Zawsze lubiłem wyzwania, więc stwierdziłem, że muszę iść dalej, zacząć coś nowego. Londyn to jeszcze zagadka, ale już widzę, że to tylko nieco większa Warszawa.

Rozkręcasz imprezy w Londynie, tak? Ciągnie wilka do lasu.

To jest zupełnie inny rynek: żeby otworzyć tu knajpę, trzeba ten rynek poznać. Poznaję go, robiąc imprezy w klubach. Na pierwszych z nich było dużo Polaków, ale na ostatnią w 99 procentach przyszli Brytyjczycy. Byłem z tego zadowolony, bo ich na dobrą zabawę namówić nie jest tak łatwo, jak Polaków. A mi się to udało.

Będzie knajpa Grzegorza Okrenta w Londynie?

Chciałbym otworzyć tu bar butikowy o nazwie „Utopia Londyn”.

Trzecia „Utopia”?

Czas pokaże, czy moje chęci przyniosą skutek. I czy zdrowie pozwoli. Ale jestem optymistą, mimo że muszę tu wszystko budować od zera. Ale wiesz co? Spotkałem tu sporo Polaków, którzy wychowali się na warszawskiej „Utopii”. Chcę im za wszystko podziękować i ich pozdrowić.

 

Tekst z nr 57 / 9-10 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Pan HaH

JAKUB WILCZYŃSKI – szef jedynej w Polsce sieci klubów LGBT opowiada o interesach, o homofobii, o tym, jak sam pierwszy raz poszedł do klubu gejowskiego w wieku… 14 lat, a także o tym, jak łączy biznes z działalnością na rzecz naszej społeczności. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

 

Foto: Anna Kamińska

 

Jesteś właścicielem jedynej sieci klubów LGBT+ w Polsce, HaH – w Poznaniu, Wrocławiu, Sopocie i Katowicach. Masz także 7 innych biznesów, a pewnie i tak nie wszystkimi się pochwaliłeś. Urodziłeś się od razu za biurkiem dyrektora własnej firmy?

(śmiech) To prawda, że do własnego biznesu kręciło mnie od zawsze, ale byłem kiedyś pracownikiem! Przez chwilę byłem nawet sprzedawcą butów, pracowałem też w ubezpieczeniach. Ale w wieku 18 lat wraz ze swoim ekschłopakiem otworzyliśmy w Poznaniu sex shop, to było w 2003 r.

Sex shop w wieku 18 lat? Rozumiem, że nie branżowy?

Był dla wszystkich. Było to dość odważne w tamtych czasach i w tym wieku, ale była na to duża nisza w Poznaniu. Potem miałem też sklepy wysyłkowe, jednak wtedy wszedł mocniej Internet, my się na to nie załapaliśmy, więc już nie dogoniliśmy rynku. Potem, w 2005 r., otworzyłem swój pierwszy klub, powiedzmy, że LGBT+, chociaż wtedy mówiło się Klub Ludzi Tolerancyjnych – Hallo! Cafe. Kojarzysz, jak to działało?

Nie bardzo, w 2005 r. miałem 9 lat.

(śmiech) W lokalu na każdym stoliku stał telefon. Goście siadali przy stolikach pojedynczo i każdy mógł zadzwonić do baru zamówić piwo, ale i zadzwonić do kogoś siedzącego przy innym stoliku i tak kogoś zaczepić. Takie randki przed czasami Grindra.

Wow! Dlaczego już tego nie ma?

(śmiech) No, czasy się już zmieniły! Ten klub naprawdę dobrze sobie radził. A największą popularność zyskał dzięki mojemu festiwalowi z 2009 r. Ninio Knows How dedykowanego słoniowi-gejowi w Poznaniu. Nie wiem, czy pamiętasz – to była głośna akcja w Polsce, ale i na świecie, gdy poznańskie zoo wybudowało nową słoniarnię i sprowadziło tam 10-letniego słonia – Ninio. Okazało się, że jest on homoseksualny, a jeden z PiS-owskich radnych skomentował: „Nie po to wydawaliśmy 37 mln zł na największą w Europie słoniarnię, aby mieszkał w niej słoń-gej”. Generalnie chcieli Ninio oddać. Dla mnie to był jakiś absurd. Stanęliśmy w jego obronie, dostaliśmy zaproszenie do kilku telewizji i powstał potem 2-tygodniowy festiwal, który odbywał się w Hallo! Cafe. Były występy drag queens, była muzyka, wystawa fotografii, wieczór poetycki. Zebrane fundusze zostały przekazane na utrzymanie słonia.

Dlaczego zdecydowałeś się na biznes skierowany do osób LGBT+? Patrząc z punktu widzenia przedsiębiorcy, więcej klientów jest heteroseksualnych, tak?

To prawda, ale sam jestem przecież gejem, więc chciałem robić coś dla własnego środowiska. Poznań zasługiwał na fajne miejsce dla naszej społeczności. Była tutaj świetna dyskoteka Voliera, ale uważałem, że Poznań jest na tyle otwartym miastem, że tych klubów może i powinno być dużo więcej. Dlatego nigdy nie bałem się otwierać lokali skierowanych do osób LGBT+. Prowadząc już Hallo! Cafe usłyszałem, że zwolnił się w Poznaniu duży lokal, więc pomyślałem – zaryzykujmy! To była duża inwestycja, wymagała totalnego remontu właściwie od zera. Przywracanie miejsca do stanu użyteczności trwało niemal rok. I tak, razem z Piotrem Halickim, 2 lipca 2011 r. otworzyliśmy HAH Art & Music Club, który na początku miał się nazywać Heaven and Hell, ale zostaliśmy przy skrócie HaH.

Pamiętasz dzień otwarcia?

Pewnie że tak. Nie był wcale za dobry. W pierwszy weekend przyszło trochę ludzi, w następny już trochę więcej i dopiero pełno zrobiło się w czwartym tygodniu. Wtedy do wejścia ustawiła się kolejka. Zaczynaliśmy od 1200 metrów kwadratowych, w tej chwili HaH w Poznaniu ma już 4 tysiące. Wtedy to były dwie sale – sala górna Heaven, sala dolna Hell i bar po środku – Purgatory (Czyściec). Każda z sal miała inną muzykę, inny klimat. To było ważne, ludzie poznawali inne gatunki, do Polski docierało techno z Berlina, deep house czy muzyka ambientowa. I zaskoczyło!

Jak rozumiem, wtedy to był twój jedyny biznes. Stałeś na barze?

Nie na barze, ale na zmywaku. Przez pierwsze tygodnie brakowało nam rąk do pracy – zakłada się jakąś liczbę ludzi, ale jak nagle do klubu przyjdzie dwa razy więcej osób, liczy się każda para rąk, a na początku jednak trzeba oszczędzać. Przez pierwszy rok funkcjonowania HaH Poznań pracowaliśmy non stop. Mówię my, bo mam na myśli siebie i Piotra Halickiego – współzałożyciela, ale i mojego partnera, z którym jesteśmy od 12 lat razem. Piotr stał na barze, ja chodziłem po sali i zbierałem szkło.

Na czym polega sukces HaH-u? To jedyna sieć tego typu klubów w Polsce.

Cały czas inwestujemy, ściągamy najlepszych DJ-ów, organizujemy koncerty, robimy remonty, kupujemy nowy sprzęt. Nie stoimy w miejscu. Ja jestem bardzo kreatywną osobą, mam cały czas nowe wizje. Robimy kolejne szkolenia dla pracowników, podpisujemy nowe kontrakty, zapraszamy gwiazdy. Chcemy nie tylko utrzymać poziom, ale i dać coś więcej niż sam klub. Do tego też trzeba włożyć serce. Ja praktycznie te wszystkie miejsca stworzyłem sam. Na pewno umiem zaplanować przestrzeń i dekoracyjnie super mi się to udaje. Bardzo to zresztą lubię, urządziłem też w życiu kilka mieszkań. Jak było trzeba, to i złapałem szpachlę, tynkowałem. W każdym z HaH-ów w Polsce gdzieś tam swoją rękę przyłożyłem.

Za tobą na ścianie widzę jakieś gigantyczne grafiki. (Jakub i Tomek rozmawiają na Zoomie – przyp. „Replika”). Czyżby to harmonogram pracy wszystkich klubów?

A tak, bo jesteśmy teraz w tymczasowym biurze, sorry za bałagan. To akurat wielka praca moich menadżerów. Mam w sumie siedem klubów, więc ciężko jest to wszystko zgrać. Ostatnio co poniedziałek ściągałem do Poznania wszystkich menadżerów, żebyśmy to zrobili. I tak przez 2 miesiące powstał już cały kalendarz na kolejny rok.

Jak ty nad tym wszystkim panujesz?

Mam menadżerów, część z nich to bardzo młodzi ludzie, bo u mnie nie ma problemu – zatrudniam wszystkich: starszych, młodszych, czarnoskórych, transpłciowych. Jeśli ktoś ma chęci i jest ambitny – proszę bardzo. Mój najmłodszy menadżer ma 23 lata i sobie całkiem dobrze radzi. Uczestniczę dalej w życiu lokali, żeby jednak porozmawiać, nauczyć ich czegoś. Wydaje mi się, że trochę już o tym wiem, więc mam nadzieję, że to im się przyda na przyszłość i kiedyś ktoś to dalej za mnie pociągnie.

I jeszcze mama ci pomaga, tak?

Tak, moja mama to ta ruda pani, która wszystkich w Poznaniu przepuszcza przez główne wejście. Mama pracuje ze mną od początku, gdy była pierwsza przerwa w związku z wirusem, codziennie mi się skarżyła, że chciałaby już wrócić. Ma już tam pełno kolegów, pełno koleżanek, ma super relacje z klientami, dostaje nawet jakieś prezenty od nich.

Przekupują ją!

(śmiech) Nie no, do mamy mam pełne zaufanie. Sam jej to zaproponowałem, zawsze była pozytywną osobą, więc sądziłem, że to wejście jest dla niej. Od razu się zgodziła. Parę lat temu też pracował ze mną mój brat. Teraz niestety wyprowadził się do Stanów, ale mam nadzieję, że kiedyś wróci.

To zdradź, co jest na tych grafikach – co planujesz na przyszły rok?

Przede wszystkim w przyszłym roku mamy urodziny – 10 lat istnienia HaH-ów. Główne obchody znaczną się w połowie czerwca, połączymy to pewnie z poznańskim Pride Week. Nie mogę jeszcze wszystkiego zdradzić… I obyśmy się już wirusa pozbyli do tego czasu!

No dawaj, uchyl rąbka tajemnicy.

Po pierwsze chcę, żeby w Polsce było sześć HaH-ów, tyle, ile kolorów tęczy, a każdy z nich będzie odpowiadał za jeden kolor, czyli jedną z grup mniejszościowych LGBT+. Jak? Przy każdym z HaH-ów powstanie stowarzyszenie, takimi osobami.

Wielkie plany! Serio?

Co więcej w Poznaniu planujemy założyć hostel interwencyjny dla ludzi, których wyrzucono z domu przez homofobię. Te sześć HaH- -ów połączy się w jedną dużą fundację. Pracujemy nad tą koncepcją tak, by w przyszłym roku wszystko zaczęło działać. Planujemy też szereg koncertów, dużych wydarzeń, bieg równościowy. Skrót HaH dziś nie oznacza już tylko tego „piekła i nieba”, ale też „Human and Human”, „Homo and Homo”, „Homo and Hetero”… W przyszłym roku z okazji 10-lecia klubu planuję dużą kampanię reklamową w tym zakresie. Powstanie w związku z tym też cała kolekcja odzieżowa z tymi hasłami zaprojektowana przez kilka znanych osób.

Sześć HaH-ów? To w jakich miastach mają pojawić się kolejne?

Poznań ma się całkiem dobrze. Wrocław jest w nowej lokalizacji, Katowice będą zmieniały lokalizację już niebawem. Jesteśmy też w trakcie szukania nowej lokalizacji dla Sopotu. Nowe kluby mają powstać w Krakowie i Warszawie. W Krakowie byliśmy już w trakcie podpisywania umów, ale wszystko przez COVID zostało przerwane. W Warszawie z kolei mamy sprawę w sądzie. Trudna sytuacja – firma, od której wynajęliśmy pomieszczenie, chyba na samym końcu dopiero zrozumiała, do jakiej klienteli będzie skierowany nasz lokal. Zarząd firmy zmienił się na mocno upolityczniony i… walczymy. Sprawa jest w sądzie. Homofobia, jak widzisz, dotyczy też biznesu.

To jedyna taka sytuacja?

Wiesz co, często się to zdarza. Ludzie bywają zaskoczeni w trakcie rozmowy, bo ja w kategorii wyglądu nie mieszczę się raczej w stereotypie geja.

Wyglądasz bardziej jak jakiś mafioso.

(śmiech) No, bez przesady! W każdym razie to czasem pomaga w rozmowach, ale na samym początku ludzie na mieście mówili, że ja specjalnie mówię, że jestem gejem, żeby zwabić ludzi do HaH-u. Że to taki chwyt marketingowy, a tak naprawdę jestem heteroseksualny. A homofobia się zdarza, oczywiście. My zawsze w trakcie rozmów mówimy otwarcie, że chodzi o klub LGBT, pokazujemy wizualizacje z innych klubów. Zabezpieczamy się, by nikt nam nagle potem nie powiedział, że jednak nie. Ale częściej spotykamy się z ludźmi, którzy nie mają nic przeciwko.

Jak reagujesz na te negatywne przypadki?

Wkurzam się, oczywiście. Ale nauczyłem się jednej rzeczy – lepiej nie dusić tego, tylko odpuścić. Często dzięki temu los jakoś prowadzi do jeszcze fajniejszych lokalizacji i propozycji.

HaH przez lata naturalnie kojarzył się jako klub LGBT+, ale gdy byłem w Poznaniu kilka miesięcy temu, widziałem w HaH- -u sporo par heteroseksualnych w przeróżnym wieku.

HaH w tej chwili już nie jest „typowym” miejscem LGBT+. Jest klubem dla ludzi z otwartymi umysłami. Przychodzą wszyscy, czują się komfortowo, bezpiecznie i nikt ich nie zaczepia. Z tego też powodu przychodzi do nas wielu obcokrajowców, studentów na wymianie o różnych orientacjach. Nie sądzę, żeby generalnie stało się tak, że pary heteroseksualne będą w większości. Masz jednak rację, że coraz więcej takich osób do nas przychodzi. Pytanie, czy poza bezpieczeństwem mają też inny powód, żeby zaglądać do HAH-u? Dużo osób szuka teraz różnych wrażeń. Gdy jakiś czas temu mieliśmy imprezę z firmą Tinder, dostaliśmy mnóstwo rodzajów opasek reprezentujących konkretne potrzeby danej osoby i ja byłem przez chwilę w szoku, że one wszystkie znalazły dla siebie w moim klubie miejsce. Ludzie są dziś otwarci, zwłaszcza młodzi. Czasem mam wrażenie, że większość młodych jest dziś biseksualna i chyba nastąpiła kolejna zmiana pokoleniowa. To chyba dobrze.

Poza HaH-ami masz też inne biznesy – restauracja Pierożek i Kompocik, klub Twoja Stara, Club Havanna, sklep Anty-virus.

Niektóre lokale to osobne byty, ale oczywiście istnieją one dzięki HaH-om i wspierają je. Anty-virus, chociażby, to sklep stacjonarny i internetowy sprzedający materiały związane z epidemią COVID: żele antybakteryjne, maseczki itd. Cały zysk z tego sklepu jest przekazywany na utrzymanie lokali i pensje pracowników, gdy kluby są zamknięte. Pie rożek i Kompocik sąsiadują z kolei z Lokum Stonewall. Gdy były protesty po aresztowaniu Margot, to Pierożek rozdawał dla uczestników lemoniady, oranżady czy nawet pierogi. No i też wywiesiliśmy tęczowe flagi. Havana Club, z kolei, jest przeciwko rasizmowi. Są to rzeczy czasem mocno propagandowe, ale trzeba pokazać ludziom, że homofobia czy rasizm nie są akceptowane, to już nie te czasy.

Słyszałem, że kultowe już Lokum też jest trochę dzięki tobie?

To jest miejscówka Grupy Stonewall, to oni tam rządzą. Prawda, że wcześniej tam był jeden z moich lokali gastronomicznych, ale słabo szło. Któregoś dnia Arek Kluk zaproponował, byśmy poprowadzili to wspólnie. Super mi się ten pomysł spodobał z tego względu, że dochód idzie też na rzecz Grupy Stonewall właśnie. Dzięki temu oni mogą organizować naprawdę fajne, duże rzeczy. No i dobra, tutaj też zdradzę – chciałbym, żeby w każdym mieście w Polsce, gdzie jest HaH, powstały puby dokładnie na tej samej zasadzie, co Lokum. Mogą w nich pracować aktywiści, osoby w trudnej sytuacji życiowo-zawodowej ze względu na orientację seksualną czy tożsamość płciową. Oczywiście dostaną swoją pensję, ale ogólny dochód powinien iść dla lokalnego stowarzyszenia LGBT+. Najpewniej Wrocław będzie pierwszym takim punktem na mapie. To też super, że dzielimy zabawę z działalnością społeczną – pijemy piwo, rozmawiamy, tańczymy – a jednak wspieramy tym finansowo aktywistów, którzy robią masę dobrych rzeczy dla naszej społeczności.

Biznesmen, który czynnie angażuje się w życie społeczności LGBT – należysz do rzadkiego gatunku w naszym kraju.

Dość mocno współpracowałem już z dziewczynami, które organizowały Marsze Równości w Poznaniu, jeszcze zanim pojawiła się Grupa Stonewall. Pamiętam szczególnie te pamiętne wydarzenia z 2005 r., gdy policja zatrzymała ponad 60 osób, wyciągając je brutalnie z Marszu Równości. Na potrzeby Marszu dziewczyny poprosiły m.in. o udostępnienie toalety w Hallo! Cafe. I wyobraź sobie, że korzystali z niej chociażby właśnie ci policjanci, którzy ciągali naszych po ulicy. Ja wtedy przygotowywałem drugą część Marszu właśnie w lokalu i nie wiedziałem, że coś się dzieje, przecież od razu bym ich wyrzucił za drzwi. Mam w sobie coś, co… no nie wiem… mówi mi, że trzeba być dobrym, że trzeba ludziom pomagać i walczyć o swoje. Nie wiem skąd to się we mnie wzięło. Tak trzeba i już.

A ty kiedy pierwszy raz byłeś w klubie gejowskim?

Oj, nie wiem, czy mogę to powiedzieć.

Dlaczego nie?

Bo to był klub gejowsko-fetyszowy Scorpio w Poznaniu, a ja miałem wtedy… 14 lat! Ale już poważnie wyglądałem, miałem już nawet zarost. Jak poszedłem do szkoły średniej, wszedłem do klasy, to wszyscy wstali i powiedzieli mi: „Dzień dobry!”, bo myśleli, że to nauczyciel wchodzi! (śmiech) Nie miałem więc nigdy problemów z zakupieniem papierosów czy alkoholu, nikt mnie nigdy o dowód nie prosił. I dlatego też mogłem wtedy już do klubów chodzić.

Jakie to było uczucie? Młode osoby LGBT+ często wchodzą pierwszy raz do „swojego” klubu i czują wolność, mają przestrzeń, w której mogą być wreszcie sobą. Jak było u ciebie?

Dokładnie tak samo.

A co cię tam sprowadziło?

W wieku 14 lat sam wiedziałem, że chcę tam iść, że ciągnie mnie do facetów. Jak poszedłem raz, to potem już byłem co tydzień. Ale jeździłem też oczywiście do innych klubów, raz na jakiś czas pojechało się na wieś na dyskotekę… Od młodzieńczych lat żyłem gdzieś między klubami i tak to jakoś przeniosłem na swoje życie.

Czyli jako 14-15-latek byłeś świadomym gejem?

Tak. Zawsze wiedziałem, że podobają mi się mężczyźni i to ci „bardzo męscy” mężczyźni. Oczywiście niech nikt się nie obraża – uwielbiam wszystkich ludzi, a im ktoś bardziej jest kolorowy, to uważam, że lepiej. Jako 15-latek miałem już chłopaka, część osób o tym wiedziała, inne nie. To były takie czasy, że bycie osobą o innej orientacji nie było łatwe. Mój ojciec nigdy do końca mnie nie zaakceptował. Wiem więc, jak może wyglądać trudne życie młodej osoby LGBT+.

Kiedy powiedziałeś rodzicom?

A od razu. Jak miałem 15 lat. Matka to przeżyła bardzo mocno, ojciec, jak mówiłem, też. Przez długi czas się do mnie nie odzywali. Z mamą potem wszystko wróciło do normy, a z ojcem do dziś jest utrudniony kontakt. Rodzice są dziś po rozwodzie.

Twoja orientacja też na to wpłynęła?

Nie była główna przyczyną, ale pewnie po części też.

A brat?

No wiesz, jakby ci to powiedzieć… (śmiech) Zajrzyj na jego profil na Facebooku, to zobaczysz.

Też jest gejem?

Tak! Brat jest młodszy o cztery lata, dowiedziałem się o nim u mnie w lokalu. Był barmanem w HaH-u i gdzieś tam od osób trzecich się dowiedziałem. Trochę mnie to zatkało! Mamy świetny kontakt, do Stanów wyjechał właśnie po to, żeby zamieszkać ze swoim chłopakiem. Dla rodziców to był kolejny wielki szok, mama jednak dziś codziennie z nim rozmawia, mają świetny kontakt. Moja młodsza o 15 lat siostra też jest już wprowadzana powoli w ten biznes, poznaje moje życie. Ale jest hetero, ma chłopaka. (śmiech)

A ty na Facebooku masz w profilu ustawione: „w związku małżeńskim”.

Po 12 latach to już chyba można powiedzieć, że jesteśmy małżeństwem. Piotr ma swoją firmę, ale oczywiście pomagamy sobie, zresztą ostatnio już załatwiliśmy wszystkie formalności i stworzyliśmy spółki, więc to jest już nasza wspólna firma.

Poznałeś go… pewnie też w klubie?

Oczywiście, w jednym z moich klubów, w Herosie, na imprezie skierowanej do społeczności bears w 2008 r., prawie na cztery lata przed otwarciem HaH-u. Siedziałem ze znajomymi, on przyszedł ze swoim kolegą. Jakoś doszło do tego, że się poznaliśmy… zaczęliśmy randkować… no i tak minęło właśnie 12 lat.

Myślałeś kiedyś, żeby rzucić ten biznes?

(śmiech) Chyba każdy właściwe ma takie myśli od czasu do czasu. To nie jest łatwy kawałek chleba. Szczególnie patrząc na to, co teraz dzieje się w Polsce… Prowadzisz biznes przez ostatnie lata i on stale się rozwija, i nagle jest zmiana rządu i zastanawiasz się, co dalej się stanie. Masakra. Podzieliłem działalność gospodarczą na spółki też z obawy przed PiS-em.

To co? Pozostaje chyba tylko zaprosić wszystkich na przyszłoroczne imprezy z HaH-em?

Mam nadzieję, że COVID nie popsuje tych planów. W tym roku strasznie rozbiło to chyba każdego przedsiębiorcę. Generalnie kluby nie powinny być otwarte, a wiadomo, że większość w Polsce jakoś funkcjonowała. To jest dziwna sprawa – TVP robi wielkie koncerty, nie mając żadnych dystansów i obostrzeń, a ty jako niewolnik państwowy masz zamykać klub, bo tak się komuś zachciało. Dziwne czasy przyszły. Samo odblokowanie lockdownu było też jakąś straszną gonitwą. Miałem mnóstwo planów, zaproszonych gwiazd, inwestycji chociażby w Krakowie i wszystko legło w gruzach. Ale idziemy do przodu! Największą radością z prowadzenia tego biznesu jest to, że daję ludziom przestrzeń, w której mogą czuć się wolni, w której mogą być sobą. To, że ten biznes tak się rozrósł, otworzyło mi nowe możliwości – chociażby planowanie stworzenia tych stowarzyszeń, o których mówiłem. Pewnie można by na tym po prostu więcej zarabiać, ale nie tylko na zarabianiu mi zależy.