Czasem tęcza, czasem deszcz

Tekst: Przemysław Górecki

Współpraca: Mariusz Kurc  

Co mówili i robili w sprawach LGBT prezydenci USA? A obecni kandydaci?

 

Dwojga głównych kandydatów tak jaskrawo różniących się poglądami nie było już dawno w wyborach prezydenckich w USA. Demokratka Hillary Clinton i Republikanin Donald Trump mają zresztą nie tylko różne opinie w kluczowych dla państwa kwestiach, ale też zupełnie różne osobowości oraz – po raz pierwszy w historii kraju – różne płcie. Czy po 44 mężczyznach Amerykanie i Amerykanki wybiorą kobietę?

Ogień i woda

W kwestiach LGBT podział między Trumpem a Clinton też wydaje się jasny. Donald Trump jest przeciwny równości małżeńskiej. Jeśli zostanie wybrany, rozważy wyznaczenie takich sędziów Sądu Najwyższego, którzy skłonni byliby obalić wyrok z zeszłego roku legalizujący małżeństwa jednopłciowe na całym terytorium kraju. Trump opowiada się za tradycyjnym małżeństwem (sam jest po dwóch rozwodach). Partia Republikańska, która w lipcu nominowała go do prezydenckiego wyścigu, przyjęła program, o którym Dan Savage, znany działacz LGBT, twórca kampanii „It Gets Better”, nazwał najbardziej homofobicznym programem Republikanów w ich historii. Oprócz „nie” dla równości małżeńskiej, Republikanie sprzeciwiają się postulowanemu przez Demokratów zakazowi tzw. terapii naprawczych (mających na celu zmianę orientacji z homo na hetero) dla nieletnich oraz popierają „prawo toaletowe” nakazujące korzystanie z toalet publicznych przypisanych tej płci, z którą dana osoba się urodziła (a więc wymierzone w osoby trans). Program rozczarował nawet grupę LGBT działającą w samej Partii Republikańskiej, czyli Log Cabin Republicans. „Frajerzy! Idioci! Smutne!” – ogłoszenie tej treści skierowane do członków swej partii opublikowali Log Cabin Republicans w dzienniku „USA Today”. Dan Savage wezwał grupę do samorozwiązania: Działają już prawie 40 lat (od 1977 r.), próbując zreformować partię, jak widać, bez rezultatu. Hillary Clinton popiera równość małżeńską. Dokładnie – od 18 marca 2013 r., gdy w specjalnym clipie Human Rights Campaign, największej amerykańskiej organizacji LGBT, powiedziała: Amerykanie LGBT to nasi współpracownicy, nasi nauczyciele, żołnierze, przyjaciele i nasi ukochani, nasi najbliżsi. Są obywatelami jak każdy/a z nas i zasługują na równe traktowanie. Dotyczy to również małżeństw. Popieram małżeństwa jednopłciowe. Popieram je osobiście oraz jako polityczka opowiadam się za wprowadzeniem ich do naszego systemu prawnego. Poglądy Hillary w kwestii jednopłciowych małżeństw ewoluowały. Startując do Senatu z Nowego Jorku w 2000 r. Clinton opowiadała się za związkami partnerskimi, ale przeciw małżeństwom i takie stanowisko, podzielane zresztą przez większość wyborców, utrzymywała przez lata. W 2006 r. lekko je zmodyfikowała – wprawdzie wprowadzenie małżeństw jednopłciowych nadal nie stanowiło jej programu, ale gdyby stan Nowy Jork poddał równość małżeńską pod głosowanie, głosowałabym za. W grudniu 2011 r., jako szefowa Departamentu Stanu (odpowiednik MSZ), wygłosiła na forum ONZ słynne przemówienie, które podsumowała słowami: Prawa osób homoseksualnych to prawa człowieka. Od tamtego czasu administracja amerykańska aktywnie wspiera prawa osób LGBT na świecie. W czerwcu 2013 r., gdy Sąd Najwyższy uznał za sprzeczną z konstytucją ustawę DOMA definiującą na poziomie federalnym małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, Hillary i Bill (który w 1996 r. sam podpisał DOMA) Clintonowie wydali wspólne oświadczenie, w którym wyrazili zadowolenie z wyroku Sądu. W kwietniu 2015 r., ogłaszając start w wyborach prezydenckich 2016, Clinton opublikowała pierwszy clip wyborczy, w którym widać było m. in. parę mężczyzn trzymających się za ręce. Jeden z nich mówił: „Latem planujemy ślub”. Dwa miesiące później kandydatka cieszyła się ze wspomnianego już wyroku Sądu Najwyższego legalizującego małżeństwa jednopłciowe na całym terytorium USA. W lipcu br. jej partia przyjęła progresywny program LGBT. Zakłada on m.in. ochronę osób LGBT przed dyskryminacją w przestrzeni publicznej (czyli m.in. brak zgody na „prawo toaletowe”), respektowanie praw osób LGBT, jako oficjalna linia polityki zagranicznej, wzrost funduszy na walkę z przemocą wobec osób trans (szczególnie wobec niebiałych transkobiet – grupy najbardziej narażonej na przemoc), uwzględnianie społeczności LGBT jako grupy obywateli/konsumentów w badaniach statystycznych, przegląd archiwów wojskowych i rewizję zwolnień z armii ze względu na bycie LGBT, przegląd sytuacji transpłciowych imigrantów/ek w miejscach zatrzymań (wg badań spotykają się z przemocą częściej niż inni zatrzymani). Human Rights Campaign oficjalnie poparła Hillary Clinton. Wybory już 8 listopada. Tymczasem proponujemy krótki i siłą rzeczy wybiórczy przegląd 240-letniej historii amerykańskich prezydentur z tęczowej perspektywy.

Więzienie, grzywna, chłosta

Jerzy Waszyngton ma jako prezydent (nr 1, w latach 1789-1797) czystą kartę w sprawach LGBT, natomiast wcześniej, jako generał podczas amerykańskiej wojny o niepodległość (1775-1783) zapisał się niejednoznacznie. Z jednej strony w lutym 1778 r. przyjął do armii prominentnego niemieckiego oficera Friedricha Wilhelma von Steubena, który w swej ojczyźnie był ścigany za homoseksualizm i musiał uciekać. Z drugiej – ledwo miesiąc później o sądzonym za sodomię poruczniku Enslinie, sekretarz Waszyngtona napisał: Generał aprobuje wyrok skazujący, odczuwa obrzydzenie w stosunku do tak ohydnego przestępstwa i nakazuje wydalenie z obozu. Za czasów prezydenta Johna Adamsa (2, 1797-1801) na terenie stolicy kraju, Waszyngtonu, w życie weszła ustawa, która wprowadziła, istniejące już w sąsiednich stanach, kary za homoseksualizm (sodomię): więzienie lub prace publiczne dla wolnych mężczyzn oraz śmierć dla niewolników. O homoseksualnych kobietach prawo nie wspominało. Prezydent Tomasz Jefferson (3, 1801-1809) jeszcze jako gubernator stanu Wirginia, sporządził projekt ustawy, która za homoseksualizm przewidywała kastrację. Był to, jak się zdaje, krok w dobrym kierunku, bo obowiązujące wówczas przepisy skazywały homoseksualistów na śmierć. Ustawa przepadła, ale być może Jeffersona należy i tak uznać za umiarkowanego sojusznika osób LGBT? W odróżnieniu od Williama Henry Harrisona (9, 1841-1841, zmarł na zapalenie płuc miesiąc po objęciu urzędu), który jako gubernator Indiany wprowadził kary za homoseksualizm, zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet: rok do pięciu lat więzienia, 100 do 500 dolarów grzywny, 500 razów chłosty i utratę praw obywatelskich. Za prezydentury Benjamina Harrisona (23, 1889-1893) na terenie Dystryktu Kolumbii, czyli praktycznie miasta Waszyngton, wprowadzono grzywny dla tych, którzy notorycznie źle się prowadzą – nie było wątpliwości, że do „źle prowadzących się” zalicza się homoseksualistów. Za kadencji Williama McKinleya (25, 1897-1901) skreślono słowo „notorycznie”, co dla zainteresowanych oznaczało pogorszenie. Ostatecznie homoseksualne stosunki stały się legalne w całym USA dopiero w 2003 r. w wyniku przełomowego wyroku Sądu Najwyższego (sprawa Lawrence vs. Texas). Gdy wydawano wyrok, „sodomia” figurowała jako przestępstwo jeszcze w 14 stanach.

„Zboczeniec” u prezydenta? „Każda administracja ma ten problem”

Prezydent Woodrow Wilson (28, 1913-1921), podobnie jak Jefferson, chciał dobrze, ale poniósł porażkę. Zawetował ustawę imigracyjną z 1917 r., która zabraniała wstępu do USA wszystkim osobom z „defektami psychicznymi” – a do „defektów psychicznych” oczywiście zaliczano homoseksualizm. Kongres jednak obalił weto. Emigranci, u których odkryto homoseksualizm (w jaki sposób, to już osobny temat) lub sami go ujawnili, dostawali odmowę. Dwight Eisenhower (34, 1953-1961) zaraz na początku prezydentury podpisał okryty złą sławą Dekret 10450 rozszerzający listę zagrożeń bezpieczeństwa narodowego. W myśl dekretu pracownicy zatrudnieni przez administrację federalną (lub pracownicy fi rm prywatnych, które wykonywały zamówienia na rzecz administracji) „podejrzani” o homoseksualizm (lub tacy, którzy sami homoseksualizm deklarowali) podlegali zwolnieniu. Słowo „homoseksualizm” nie występowało w przepisach, ale prezydent wyraził się jasno: Wielu lojalnych Amerykanów z powodu niestabilności, alkoholizmu, homoseksualizmu lub związków z ugrupowaniami komunistycznymi stanowi nieumyślnie zagrożenie bezpieczeństwa narodowego. Dekret na długi czas stał się biblią agentów specjalnych, którzy dokonali czystki na masową skalę. Pracę straciło ponad 10 tys. osób. Wśród nich – Arthur H. Vandenberg Jr. i Frank Kameny. Vandenberg Jr., syn republikańskiego senatora, był współpracownikiem prezydenta w Białym Domu. Został szybko zmuszony, by „ze względów zdrowotnych” zrezygnować z posady. O jego homoseksualizmie poinformował prezydenta najprawdopodobniej J. Edgar Hoover, szef FBI, który miał obsesję na punkcie tropienia życia osobistego ludzi (sam najprawdopodobniej był kryptogejem i pozostawał w związku z Clydem Tolsonem, jednym z dyrektorów FBI). 11 lat później, w 1964 r., Vandenberg Jr. został wyoutowany w artykule „New York Timesa” (nie dosłownie, ale można było wywnioskować, o kogo chodzi i o jaki „zarzut”) oraz przez… samego ówczesnego prezydenta Lyndona Johnsona (o którym za chwilę). Johnson, odnosząc się do afery ze swym współpracownikiem (o której również za chwilę) palnął: Każda administracja ma taki problem. Prasa to wyolbrzymia, piszą, że zarzucam Eisenhowerowi, jakoby miał zboczeńca wśród współpracowników. Nie miałem takich intencji… Chodzi mi tylko o to, że każdy prezydent, jakiego znałem, miał takie problemy. Herbert Hoover z Andrew Mellonem, Roosevelt z Sumnerem Wellesem, Truman z Mattem Connelly i Harrym Dexterem Whitem oraz Eisenhower z Vanderbergiem Juniorem. Vanderberg Jr. popełnił samobójstwo cztery lata później. Astronom Frank Kameny pracował nad wojskowymi mapami amerykańskiej armii. W 1957 r. służby Hoovera wyśledziły, że jest gejem. Został zwolniony. Resztę życia poświęcił walce o prawa LGBT. Był pierwszym, który, bezskutecznie, ale jednak, wniósł pozew o dyskryminację ze względu na orientację seksualną. Zmarł w 2011 r. w wieku 86 lat. A sam dekret 10450 przetrwał lat 20 – do 1973 r.

Mój przyjaciel gej

Prezydentury następców Eisenhowera – Johna F. Kennedy’ego (35, 1961-1963) i Lyndona Johnsona (36, 1963-1968) zapisały się jako czas postępu praw obywatelskich (szczególnie Afroamerykanów/ek). Czy Kennedy i Johnson byliby skłonni interpretować wprowadzane przepisy jako chroniące również osoby LGBT – nie do końca wiadomo. Wiadomo jednak, że najbliższy przyjaciel prezydenta Kennedy’ego, Lem Billings, był gejem. Poznali się jeszcze w szkole. Po zabójstwie prezydenta w 1963 r. szeptano, że to Lem był „najbardziej zrozpaczoną z wdów po prezydencie”. Zainteresowanych odsyłamy do książki Davida Pittsa poświęconej ich relacji – „Jack and Lem”. W 1963 r. Kennedy, zmobilizowany przez czarnych aktywistów, zaproponował ustawę o prawach obywatelskich (koniec segregacji ze względu na kolor skóry). Został zamordowany kilka miesięcy później – ustawę podpisał, niespełna rok po słynnej mowie Martina Luthera Kinga, prezydent Lyndon Johnson. W ostatniej chwili w artykule VII traktującym o zakazie dyskryminacji przez pracodawców, do przesłanek rasowych, etnicznych i religijnych dodano zakaz dyskryminacji płciowej chroniący de facto również osoby transseksualne i, w późniejszej szerszej wykładni, homo- i biseksualne. Jednocześnie prezydent podpisał w 1965 r. ustawę imigracyjną, zgodnie z którą „seksualna dewiacja” (a za taką uznawano homoseksualizm) stanowiła powód do zakazu wstępu. Przy okazji prezydentury Johnsona warto też wspomnieć o Walterze Jenkinsie. Był to jego czołowy doradca, wieloletni współpracownik. Na kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi w 1964 r. (które Johnson wygrał przytłaczającą większością) Jenkins został złapany w toalecie YMCA (Stowarzyszenie Młodych Chrześcijan, o którym the Village People śpiewali lata później swój słynny gejowski hymn) podczas „lubieżnego aktu” z innym mężczyzną. Zapłacił grzywnę i gdyby był zwykłym obywatelem, sprawa zapewne poszłaby w niepamięć. Ale główny doradca kandydata na prezydenta homoseksualistą? To kąsek i dla mediów, i dla kontrkandydata. Zwłaszcza, gdy okazało się, że Jenkins, mąż i ojciec szóstki dzieci, pięć lat wcześniej w tej samej toalecie YMCA został również przyłapany na seksie z mężczyzną. Johnson ponoć nic nie wiedział o jego homoseksualizmie. Błyskawicznie zmusił Jenkinsa do rezygnacji. Po 25 latach współpracy i na dwa tygodnie przed wyborami Jenkins bezszelestnie zniknął. Resztę życia spędził jako księgowy w Teksasie.

Małżeństwa homoseksualne? „To kwestia na rok 2000!”

Prezydent Richard Nixon (37, 1969-1974), jedyny, który ustąpił ze stanowiska (w wyniku afery Watergate), zapytany o małżeństwa homoseksualne, wypalił: Tak daleko pójść nie jestem w stanie. To brzmi jak kwestia na rok 2000! Równość Murzynów i białych – OK. Ale małżeństwa homo – za daleko. Okazuje się, że był i tak optymistą – równość małżeńska stała się w całych Stanach rzeczywistością w 2015 r. Nixon podpisał ustawę zabraniającą płciowej dyskryminacji w edukacji. Podobnie jak Kennedy i Johnson przy kwestii zatrudnienia, nawet chyba nie przypuszczał, że będzie ona używana do ochrony osób LGBT, a tak właśnie się stało. Prezydent Jimmy Carter (39, 1977-1981), identyfikujący się jako „nowonarodzony chrześcijanin”, pokazał, że głęboka religijność nie musi opierać się na homofobii i posługiwać dyskryminującą retoryką. Był pierwszym prezydentem, który jeszcze podczas kampanii wyborczej wezwał do zaprzestania dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Natomiast 26 marca 1977 r. wykonał historyczny krok: zaprosił przedstawicieli społeczności LGBT na pierwsze spotkanie w Białym Domu. Prezydent i jego goście omówili kwestie związane z sytuacją osób homoseksualnych w naszym kraju – brzmiał komunikat. W zeszłym roku 90-letni były prezydent (i laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2002 r.) poparł równość małżeńską: Nigdy nie słyszałem o żadnym słowie lub działaniu Jezusa, które dyskryminowałoby kogokolwiek. Według mnie Jezus poparłby równość małżeńską. Jezus poparłby każdy związek miłosny, który nie krzywdzi osób trzecich. A nie widzę, w jaki sposób małżeństwa jednopłciowe miałyby krzywdzić osoby trzecie. Następca Cartera, Ronald Reagan (40, 1981-1989) zapisał się w historii ruchu LGBT czarnymi literami, ale jeszcze zanim został prezydentem, miał godną odnotowania, pozytywną wypowiedź. Będąc Republikaninem, opowiedział się przeciwko inicjatywie republikańskiego senatora Briggsa z Kalifornii, która zakładała zakaz pracy dla homoseksualnych nauczycieli (to właśnie z tym projektem walczył z sukcesem Harvey Milk). Reagan: Czymkolwiek homoseksualizm jest, nie jest na pewno zakaźną chorobą, jak odra czy coś takiego. Nie można się tego nabawić. Według opinii większości naukowców orientacja seksualna ustala się w bardzo młodym wieku i nauczyciele nie mają na nią wpływu. Jednak stosunek Reagana do kwestii LGBT był naznaczony hipokryzją. Ten były aktor czuł się komfortowo w środowisku gejów i lesbijek – przyjaźnił się na przykład z gwiazdorem Rockiem Hudsonem, który w 1985 r., na kilka miesięcy przed śmiercią, ujawnił, że choruje na AIDS (co wtedy było równoznaczne z homoseksualnym coming outem). Nie przeszkadzało to jednak prezydentowi korzystać z poparcia antygejowskich działaczy religijnej prawicy (jak Jerry Falwell) oraz urzędników administracji pokroju takich osławionych homofobów jak Garry Bauer czy Pat Buchanan. Najważniejszym sprawdzianem intencji równościowych w latach 80. była jednak szalejąca epidemia AIDS. Reagan oblał test na całej linii. Po raz pierwszy wspomniał o AIDS dopiero w 1985 r., gdy ofiar w USA było już ponad 6 tysięcy, cztery lata po zidentyfikowaniu choroby, i to zaledwie w odpowiedzi na jedno z pytań podczas konferencji prasowej. Nawet śmierć Hudsona nie skłoniła prezydenta do zajęcia stanowiska. Dopiero dwa lata później, w 1987 r., wygłosił dłuższe przemówienie. Liczba ofiar AIDS sięgała 20 tysięcy. Niewiele wskazuje na to, by stanowisko prezydenta w sprawie LGBT ewoluowało, odkąd w kampanii prezydenckiej roku 1980 powiedział: Mój krytycyzm wynika stąd, że ruch gej/les nie prosi po prostu o prawa obywatelskie – on prosi o uznanie i akceptację alternatywnego stylu życia, na który, wierzę, że społeczeństwo nie godzi się – tak samo, jak nie godzę się ja. Okazję do drobnej rehabilitacji urzędu prezydenta miał George Bush (41, 1989-1993), który podpisał tzw. Ryan White CARE Act, prawo przewidujące federalne dotacje dla organizacji wspierających chorych na AIDS oraz American With Disabilities Act, prawo zabraniające dyskryminacji z powodu chorób, także AIDS, i nakazujące pracodawcom wspieranie chorych pracowników. Bush podpisał również Hate Crimes Statistics Act – prawo zobowiązujące do zbierania danych o zbrodniach z nienawiści ze względu na m.in. orientację seksualną. Wreszcie, podpisał znowelizowaną ustawę imigracyjną, z której wykreślono „dewiację seksualną” jako powód zakazu wstępu do USA. Jednocześnie, w jednym z wywiadów telewizyjnych prezydent stwierdził, że gdyby jego wnuk/ czka okazał/a się gejem/lesbijką, to nadal kochałby to dziecko, ale powiedziałby, że homoseksualizm nie jest normalny i zniechęcałby do działań na rzecz praw osób homoseksualnych. Opowiedział się również przeciwko małżeństwom jednopłciowym. Zaś w 2013 r., 20 lat po zakończeniu prezydentury, 89-letni Bush był świadkiem na jednopłciowym ślubie swych znajomych Bonnie Clement i Helen Thorgalsen.

Sojusznik z rysą

Wielkie nadzieje wiązane były z prezydenturą Billa Clintona (42, 1993-2001), uznawanego za pierwszego prawdziwego sojusznika osób LGBT na stanowisku prezydenta USA. Jednak jego kadencje z tęczowej perspektywy są mocno niejednoznaczne, a dla działaczy LGBT – rozczarowujące. To za czasów Clintona ustanowiono osławioną zasadę „Don’t Ask, Don’t Tell” w amerykańskiej armii, zgodnie z którą bi- i homoseksualni żołnierze/rki mogli służyć tylko pod warunkiem, że ich orientacja nie wyjdzie na jaw. Dyskryminacja pod rządami DADT (zwolniono ok. 17 tys. osób!) została zlikwidowana dopiero przez prezydenta Obamę. Niemniej zapomina się, że przed DADT obowiązywał w armii całkowity zakaz dla osób bi- i homoseksualnych. Clinton zrobił więc krok do przodu, w ramach (zgniłego) kompromisu z twardogłowymi. W 1996 r., w czasie walki o drugą kadencję, prezydent podpisał Defense of Marriage Act (DOMA), ustawę definiującą małżeństwo na poziomie federalnym jako związek kobiety i mężczyzny. W 2013 r. przepraszał i sam wzywał Sąd Najwyższy do uznania ustawy na niekonstytucyjną: Było to tylko 17 lat temu, a jednak wydaje się tak dawno. Czasy się zmieniły i dziś widzę, jak bardzo ta ustawa nie tylko przyzwala na dyskryminację części obywateli, ale również sama w sobie po prostu ustanawia dyskryminację jako obowiązujące prawo. Jest dla mnie jasne, że DOMA jest sprzeczna z konstytucyjną zasadą równości, wolności i sprawiedliwości. DOMA poszła do kosza. Pozytywy Clintona? To on w czasie 8 lat na urzędzie zatrudnił w swej administracji pierwsze jawne osoby LGBT (ponad 150!), w tym m.in. pierwszego otwarcie homoseksualnego ambasadora Jamesa Hormela. To on jako pierwszy prezydent otrzymał jednoznaczne poparcie od Human Rights Campaign. To on jeszcze jako kandydat na prezydenta i gubernator stanu Arkansas wzywał do wykreślenia sodomii z prawa tego stanu. To on przeznaczył na walkę z AIDS znacznie więcej środków niż jego poprzednicy – i za jego kadencji AIDS przestała być chorobą śmiertelną. Wreszcie, to on ogłosił czerwiec miesiącem praw osób LGBT. Za równością małżeńską Bill Clinton opowiada się od 2009 r. a więc wcześniej niż jego żona Hillary (z tą jednak różnicą, że on jest od 16 lat na politycznej emeryturze, a przed nią być może sam szczyt kariery). Niewiele dobrego powiedzieć można z perspektywy LGBT o prezydenturze George’a W. Busha (43, 2001-2009). W najlepszym wypadku pozostawał obojętny wobec praw LGBT, w najgorszym – aktywnie się im sprzeciwiał. Jeszcze w 1994 r., startując na gubernatora Teksasu, obiecywał, że zawetuje wykreślenie sodomii z listy przestępstw, bo pozostawienie jej tam jest symbolicznym gestem naszych tradycyjnych wartości. (W 2004 r., gdy sodomia została wykreślona, Bush powiedział: Co dorośli robią w swych domach za zgodą jeden drugiego, powinno być tylko ich sprawą). Jako gubernator Teksasu (1995-2000) podpisał prawo definiujące małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, sprzeciwiał się też wszelkim ustawom zrównującym prawa osób hetero i LGBT. W trakcie 8 lat swej prezydentury wprawdzie poparł związki partnerskie, ale jednocześnie występował przeciwko równości małżeńskiej – wniósł nawet (bez sukcesu) poprawkę do Konstytucji definiującą małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. W czasie jednej z prezydenckich debat stwierdził, że nie wie, czy homoseksualizm jest wyborem czy nie. Na sam koniec, w grudniu 2008 r., sprzeciwił się deklaracji ONZ potępiającej przemoc wobec osób LGBT.

Obama, nasz brat

Za czasów żadnego innego prezydenta nie dokonał się taki postęp w kwestiach LGBT, jak za Baracka Obamy (44, 2009-2017), pierwszego Afroamerykanina na tym urzędzie. To za jego kadencji, 26 czerwca 2015 r., Sąd Najwyższy zalegalizował małżeństwa jednopłciowe w całych Stanach (prezydent nie miał wpływu na wyrok, ale miał wpływ na mianowanie sędziów, którzy go wydali). Warto przy tym dodać, że droga Obamy do poparcia równości małżeńskiej miała swe zakręty. W 1996 r., gdy startował do Senatu, był za. Potem przez lata opowiadał się tylko za związkami partnerskimi. W końcu, 9 maja 2012 r., gdy poparcie dla równości małżeńskiej sięgało niemal 50%, Obama oficjalnie poparł ją w wywiadzie telewizyjnym. Słupki wzniosły się powyżej 50% i nie spadły do dziś. Prezydent wyjaśnił, że do ostatecznego „tak” skłoniły go córki, których koleżanki mają rodziców tej samej płci. Prezydent nie miał dobrej odpowiedzi na pytanie, czemu ci rodzice nie mogą wziąć ślubu. Co poza małżeństwami? Obama m.in. podpisał tzw. Matthew Shepard Act, ustawę zrównującą ściganie przestępstw homofobicznych z rasistowskimi (2009), doprowadził do wyeliminowania wspomnianej zasady DADT w armii (2011), powołał urząd Specjalnego Wysłannika Prezydenta ds. LGBTI (2015, został nim Randy Berry, z którym wywiad opublikowaliśmy w „Replice” nr 56). Wykonał też szereg znaczących gestów. Po coming oucie pierwszego zawodnika NBA, Jasona Collinsa, prezydent zadzwonił do niego i pogratulował odwagi. Słynny nowojorski bar Stonewall, w którym zaczął się współczesny ruch LGBT, ustanowił Obama narodowym pomnikiem. Zatrudnił też pierwszą w Białym Domu jawnie transpłciową pracowniczkę (Raffi Freedman-Gurspan). A o nas, osobach LGBT, nie mówi „oni”, tylko „nasi bracia i siostry”.

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce. This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, findings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily reflect those of the United States Department of State.

Tekst z nr 63 / 9-10 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bóg tęczowy albo żaden

Tekst: Ludmiła Makuchowska, Hubert Michalak

Niemal połowa osób LGBT w USA deklaruje brak przynależności do jakiejkolwiek religii. Druga połowa, w której dominują chrześcijanie, nie musi „jakoś godzić” orientacji seksualnej z dyskryminującymi zasadami wiary – może swobodnie wybrać religię, która w pełni ich akceptuje

 

Prezbiteriański kościół w Waszyngtonie z tęczową flagą i napisem „Wszyscy są mile widziani”

 

Często słyszymy, że Amerykanie to bardzo religijny naród. To prawda, ale w ujęciu statystycznym rzecz przestaje być tak oczywista. O ile w Polsce przynależność do religii deklaruje prawie 90% społeczeństwa (niemal wszyscy – do religii katolickiej), to w USA – 77%. Pozostałe 23% to ateiści, agnostycy oraz osoby, które nie chcą identyfikować się z żadną grupą wyznaniową. Oczywiście żarliwość i ekspresja wiary nie mogą zostać ujęte w statystykach.

Prym w USA wiodą protestanci – 46,5% (wśród nich liczne „podgrupy”: baptyści, metodyści, prezbiterianie, luteranie, anglikanie i wiele innych), na drugim miejscu są katolicy (21%), a następnie, dużo dalej – wierni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, czyli mormoni (1,6%), wyznawcy judaizmu (1,9%), innych chrześcijańskich religii (1,7%), islamu (0,9%), buddyzmu (0,7%) i hinduizmu (0,7%).

Już nawet ta najbardziej pobieżna charakterystyka pokazuje, że w USA panuje większa różnorodność religijna niż w Polsce. Ma ona miejsce tak w obrębie samego chrześcijaństwa jak i w spojrzeniu na sprawy LGBT. Chrześcijaństwo w amerykańskim wydaniu wykazuje dużą elastyczność w kwestii stosunku do osób LGBT: spektrum rozciąga się od zupełnego braku akceptacji i haseł w rodzaju „Bóg nienawidzi pedałów” (baptyści z Westboro), do całkowitej akceptacji, włącznie z udzielaniem ślubów parom jednopłciowym (Zjednoczony Kościół Chrystusa).

Opcje chrześcijan LGBT

W Polsce bycie chrześcijaninem LGBT oznacza w praktyce bycie katolikiem LGBT, co z kolei wymaga godzenia wody z ogniem, bo zgodnie z doktryną katolicką gej/lesbijka, by nie grzeszyć, musi żyć w celibacie. Zero seksu, zero miłości – oto katolicka oferta dla osób homoseksualnych. A alternatywa w naszych warunkach jest praktycznie tylko jedna: odrzucenie i religii, i wiary.

W USA bycie chrześcijaninem LGBT nie musi być sprzecznością. Zostałeś wychowany w chrześcijańskiej, homofobicznej religii? Masz wiele opcji do wyboru, a odrzucenie wiary jest tylko jedną z nich. Jeśli wierzysz w chrześcijańskiego Boga, który nie jest homofobem, bez trudu znajdziesz kościoły, które przyjmą cię z otwartymi rękami.

Dane liczbowe mogą być konkretnym obrazem religijności mieszkańców USA definiujących się jako osoby LGBT. Są oni zdecydowanie mniej religijni, niż reszta społeczeństwa. Tylko 53% Amerykanów LGBT deklaruje przynależność do jakiejś religii. Wśród tych, którzy wierzą, aż 63% przyznaje, że na nabożeństwa chodzi „rzadko lub nigdy”. W jakiego Boga wierzą ci Amerykanie LGBT, którzy wierzą? W przeważającej większości w Boga chrześcijańskiego: 35% spośród nich to protestanci, 20% to katolicy, 1% mormoni, a 9% należy do innych kościołów. 2% to Żydzi. Natomiast aż 33% wierzących Amerykanów LGBT wierzy w Boga, ale nieprzyporządkowanego do żadnej religii.

Niemniej ponad 60% wierzących Amerykanów LGBT to chrześcijanie. Jednak ich doświadczenia związane z instytucjami kościelnymi często różnią się od doświadczeń polskich chrześcijan LGBT.

Piętnowanie ludzi za to, kogo kochają, jest grzechem

W waszyngtońskiej katedrze świętych Piotra i Pawła, miejscu uroczystości inauguracyjnych i pogrzebowych prezydentów amerykańskich, doszło w 2013 r. do znamiennego wydarzenia. Wielebny Gary Hall (pastor Kościoła episkopalnego) wygłosił kazanie, w którym powiedział m.in.: Kościół powinien zrobić odważny krok do przodu i nazwać rzeczy po imieniu. Homofobia i heteroseksizm są grzechem. Piętnowanie ludzi za to, kogo kochają, jest grzechem. Szydzenie z ludzi tylko z tego powodu, że ich tożsamość płciowa nie idzie w parze z czyimś światopoglądem, jest grzechem. M.in. dzięki właśnie takim gestom odsetek amerykańskich chrześcijan LGBT nie maleje. Przeciwnie, w l. 2013-2015 zanotowano kilkuprocentowy wzrost, który, warto dodać, nastąpił przy jednoczesnym spadku liczby chrześcijan w całej populacji USA.

Już ponad 5 tys. parafii w USA akceptuje równość małżeńską. W tę politykę wpisują się działania o różnym zakresie, od wystosowywania symbolicznych oświadczeń aż do oficjalnego uznawania równości małżeńskiej i prawa do święceń kapłańskich dla członków mniejszości seksualnych.

Pomiędzy liberalnymi kościołami popierającymi politykę otwartości (np. Zjednoczony Kościół Chrystusa) a tymi najbardziej konserwatywnymi, podtrzymującymi politykę wykluczenia (np. Kościół katolicki i mormoni) – istnieje szeroka gama umiarkowanych kościołów, takich jak Kościół metodystyczny czy Kościół prezbiteriański USA. Te wyznania „środka” szukają kompromisowych rozwiązań, które godziłyby integralność ich przekonań z poszanowaniem godności każdego człowieka. Jednym z nich jest Kościół metodystyczny, który z 7,2 mln wiernych stanowi trzecią największą wspólnotę chrześcijańską w USA. Mimo że oficjalnie sprzeciwia się on równości małżeńskiej i nadawaniu osobom nieheteroseksualnym święceń kapłańskich, to dziś wielu afiliowanych biskupów i pastorów odmawia dyscyplinowania duchownych dających śluby parom jednopłciowym. Inny umiarkowany kościół w Stanach Zjednoczonych – Kościół ewangelicki (ok. 3,7 mln członków) – nie tylko zachęca osoby LGBT do przyłączenia się do wspólnoty, ale też wyraźnie sprzeciwia się dyskryminacji mniejszości seksualnych. Rezerwa ujawnia się także w postawie Kościoła prezbiteriańskiego, liczącego 1,7 mln wiernych. Dla tej wspólnoty pełne zaakceptowanie orientacji homoseksualnej, której istnienie nie było „zamysłem Boga wobec rasy ludzkiej” stałoby w sprzeczności z Pismem Świętym. Z drugiej strony najwyższe ciało ustawodawcze tego Kościoła głosowało w 2015 r. za zalegalizowaniem małżeństw jednopłciowych jednocześnie dając parafiom wolną rękę w kwestii mianowania homoseksualnych pastorów. Związaną z tym Kościołem postacią ikoniczną dla tęczowego ruchu jest Eric Karl Swenson, który w 1996 r. został pierwszym prezbiteriańskim duchownym po operacji korekty płci (co istotne, proces odbył się za wiedzą i z poparciem wiernych) i od tego czasu znany jest jako Erin K. Swenson.

50 lat

Ruch promujący włączanie osób LGBT w ramy instytucji religijnych pojawił się w USA w latach 60., wraz z rewolucją obyczajową, obejmującą emancypację LGBT, i walką o prawa obywatelskie dla czarnej społeczności USA. Powstał z inicjatywy postępowego Kościoła Metodystycznego Glide Memorial, który, zainspirowany przez Martina Luthera Kinga, ustanowił na początku lat 60. radę do spraw religii i osób homoseksualnych. Kilka lat później zaczęły powstawać pierwsze chrześcijańskie organizacje wyznaniowe zrzeszające osoby LGBT, ich rodziny i przyjaciół. Najbardziej rozpoznawalna z nich, Metropolitalna Wspólnota Kościelna, została założona w 1969 r. w Los Angeles przez charyzmatycznego wielebnego Troya Perry’ego. W tym samym czasie na fali protestów ze Stonewall w Nowym Jorku zaczęły pojawiać się kolejne tęczowe kościoły chrześcijańskie. Oprawę obrzędową jednego z nich, Kościoła pw. Umiłowanego Ucznia, stanowiło niecodzienne połączenie praktyk liturgicznych rodem z mszy gotyckich z symboliką gejowskiej emancypacji. Patrick McMullan, jeden z jego członków: Wstręt do samego siebie był plagą w świecie gejowskim lat 70., często znajdując ujście w rozwiązłości seksualnej i nadużywaniu narkotyków. Przekaz ze strony Kościoła pw. Umiłowanego Ucznia opierał się na przekonaniu, że bez względu na to, jak świat zewnętrzny stara się nas zaszufladkować, my, geje i lesbijki, jesteśmy obecni w każdym wymiarze życia społeczeństwa.

Począwszy od lat 70. amerykańskie wspólnoty religijne z tzw. głównego nurtu zaczęły wprowadzać reformy. Najwcześniej, bo już w latach 60., rewolucja przetoczyła się przez Kościół Unitarian Uniwersalistów, który w czasach dzieci kwiatów regularnie patronował spotkaniom różnorodnych grup walczących o równouprawnienie, wśród nich słynnej Mattachine Society, lesbijskiej Daughters of Bilitis czy nieco późniejszego Gay Liberation Front. Ku zdziwieniu hierarchów kościoła użyczenie przestrzeni tym grupom spowodowało napływ nowych wiernych i przyciągnęło na msze niepraktykujące osoby, wcześniej zrażone nietolerancją swych parafii.

W 1972 r. przy pacyfistycznym ruchu kwakrów powstało Towarzystwo Przyjaciół ds. Gejów i Lesbijek. Rok później w Zjednoczonym Kościele Chrystusa pierwszy raz wyświęcono wyoutowanego pastora, Williama R. Jonhsona.

Czas najbardziej przełomowych dla społeczności LGBT wydarzeń w Ameryce to początek XXI w. W maju 2003 r. z upoważnienia biskupa Michaela Inghama i synodu diecezji w New Westminster (Kościół anglikański w Kanadzie) udzielono błogosławieństwa gejowskiej parze z Vancouver. Kilka miesięcy później w USA Gene Robinson, światowej sławy duchowny anglikański i aktywista LGBT, zresztą żyjący wtedy w długoletnim związku partnerskim, został wyświęcony przez episkopat na biskupa stanu New Hampshire. Z kolei w 2009 r. synod generalny, czyli ciało ustawodawcze Kościoła ewangelicko-luterańskiego, oficjalnie zezwolił na nadawanie święceń kapłańskich wyoutowanym pastorom i na udzielanie ślubów parom jednopłciowym. W krok za luteranami trzy lata później największy i najprężniejszy w Ameryce Północnej Kościół prezbiteriański, zrzeszający ok. 3 milionów wiernych, przegłosował istotną zmianę w swojej konstytucji. Na mocy tej poprawki uznano prawo do święceń w funkcji pastora, prezbitera i diakona osobom pozostającym w związkach jednopłciowych. Niedługo po tym, jak w 2012 r. prezydent Barack Obama oświadczył, że popiera równość małżeńską, Kościół episkopalny stał się największą instytucją wyznaniową uznającą związki jednopłciowe (czy pod wpływem prezydenta – nie wiadomo), wprowadzając do oficjalnej liturgii quasi-ślubne nabożeństwo o nazwie „Świadectwo i Błogosławieństwo Życiowego Przymierza”. Natomiast w grudniu 2012 r., zaraz po ponownym wybraniu Obamy na prezydenta, ponad 250 duchownych różnych wyznań ze stanu Illinois wysłało otwarty list poparcia do ustawodawców. Deklarowali w nim, że jako przedstawiciele Kościoła, którego misją jest wzmacnianie wiary i współczucia oraz nieustępliwe krzewienie ideałów sprawiedliwości i równości, uważają, że przyznanie kochającym się parom jednopłciowym prawa do równych szans i odpowiedzialności jest słuszne moralnie.

Mimo wciąż zwiększającej się obecności mniejszości seksualnych w życiu amerykańskich wspólnot religijnych temat nadal budzi kontrowersje. W odpowiedzi na mianowanie w 2003 r. Gene’a Robinsona na biskupa, czterech innych wpływowych członków Kościoła episkopalnego (KE) w USA postanowiło opuścić kościół. Mocą rezolucji uchwalonej w 2015 r. podczas generalnej konwencji KE w Salt Lake City duchowni KE wciąż jednak mają prawo odmówić udzielenia sakramentu małżeństwa osobom LGBT, a biskupi wciąż mogą zakazać takich nabożeństw w swoich diecezjach. To kompromisowe rozwiązanie oznacza, że od listopada 2015 r. ślubów parom jednopłciowym chętnie będą udzielać liberalne parafie w San Francisco czy Nowym Jorku, ale już niekoniecznie gminy w zaściankach takich jak Jacksonville, Arlington czy Omaha.

Pod hasłem „Gay is not OK”

Główną siłę opozycyjną na drodze do równouprawnienia osób LGBT w USA stanowią religijne ruchy konserwatywne. Przynależność do głównych nurtów liberalnych protestantyzmu deklaruje jedynie ok. 15% Amerykanów (jedna trzecia wszystkich protestantów). Katolików jest 21%, a kolejne 25% to centrowi lub tradycjonalistyczni protestanci ewangeliccy. Oficjalna linia obu tych wspólnot to aktywny sprzeciw wobec równości małżeńskiej.

Amerykańscy fundamentaliści z Kościoła ewangelickiego szerzą homofobię nie tylko w kraju, ale i poza jego granicami. Nienawiść, która sączyła się przez lata wojen kulturowych w USA, stała się teraz produktem eksportowym, a potężny zastrzyk finansowy od radykalnych członków Kościoła naciskających na utrzymanie twardego antygejowskiego prawa podłożył fundament pod ten proces. Na lidera ewangelików w Ugandzie wyrósł pastor Scott Lively, przewodniczący Abiding Truth Ministries oraz autor książki pt. „Różowa swastyka”, w której twierdzi, że ruch nazistowski stworzyli homoseksualiści. Ten radykał religijny przemawiał w Ugandzie do elity kraju: prawników, posłów, kadry akademickiej, nauczycieli liceów i liderów chrześcijańskich. Podczas wykładów zapowiadał, że celem przesiąkniętej złem instytucji homoseksualizmu jest rekrutowanie i polowanie na ugandyjskie dzieci. Ugandyjska organizacja Sexual Minorities Uganda złożyła pozew przeciwko pastorowi oskarżając go o zbrodnie przeciw ludzkości. Jeśli dojdzie do procesu, będzie on precedensowy.

Innym przykładem ortodoksyjnego, homofobicznego kościoła jest największa w USA kongregacja protestancka – Południowa Konwencja Baptystów (PKB) (15 mln wiernych). W 1992 r. w jednej z filii tego kościoła w Północnej Karolinie ze wspólnoty zostały wykluczone dwie parafie, które pobłogosławiły związek dwóch mężczyzn, a jawnie homoseksualnemu seminarzyście udzieliły święceń kapłańskich. Był to pierwszy przypadek w historii PKB, gdy kwestie doktrynalne lub moralne pociągnęły za sobą takie konsekwencje.

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci PKB, pastor Robert Jeffres z Dallas, znany ze swojej awersji do gejów, islamu, mormonów i katolików, wygłosił w 2008 r. płomienne kazanie pod symptomatycznym tytułem Gay is not O.K. Stwierdził m.in., że nawet trudno opisać, jak uwłaczające jest bycie osobą homoseksualną. Komentując natomiast poparcie Obamy dla legalizacji małżeństw jednopłciowych, Jeffres powiedział, że kierunek obrany przez prezydenta prowadzi nasz naród w objęcia Antychrysta.

Trzeba jednak przyznać, że za kadencji Richarda Moore’a, który od dwóch lat przewodniczy PKB, podjęto próby złagodzenia stanowiska w sprawie gejów i lesbijek. Przejawem tej odwilży było np. wycofanie się z twierdzenia, że homoseksualność nie istnieje, albo zakwestionowanie terapii naprawczych mających na celu zmianę orientacji seksualnej. Aktywiści krytykują jednak Moore’a za to, że za słowami nie idą czyny. W doktrynie PKB wciąż jest zapisane, że transpłciowość to nierzeczywiste zjawisko. PKB sprzeciwia się jakiejkolwiek ochronie prawnej dla osób LGBT, a jej liderzy wymieniają homoseksualność jednym tchem z cudzołóstwem i pornografią.

Na zmianę wizerunku wspólnoty zapewne nie najlepiej wpływa też działalność powiązanej z PKB ekstremistycznej grupy Baptyści Westboro, znanej z zajadłej homofobii. „Dorobek” tego stowarzyszenia to m.in. zakłócanie ślubów par jednopłciowych (przez organizowanie protestów ze sloganami w rodzaju „pedały zagładą narodów”) i pikietowanie podczas tych rozgrywek NBA, w których grał wyoutowany Jason Collins.

Kościół katolicki w USA, podobnie jak w Polsce, stara się bezpośrednio ingerować w politykę dotyczącą społeczności LGBT. Od 2012 r. wyraźnie wzmocnił przekaz swojej kampanii przeciw legalizacji małżeństw jednopłciowych, zachęcając księży do łączenia w swoich kazaniach homoseksualności z poligamią, poliandrią i aborcją. Sukces zwolenników Proposition 8 (zakaz małżeństw jednopłciowych z 2008 r. – dziś już historyczny, bo od zeszłego roku małżeństwa jednopłciowe są legalne we wszystkich stanach mocą wyroku Sądu Najwyższego) to też w dużej mierze zasługa milionowych wpłat od katolickich i mormońskich osób prywatnych i organizacji. Jednym z takich stowarzyszeń są Rycerze Kolumba, którzy sami siebie określają jako katolicką społeczność skupioną wokół ideałów dobroczynności, jedności i braterstwa. „Rycerze” przekazali na kampanię w kilku stanach ponad 6 mln dolarów.

Generalnie jednak, trochę na przekór oficjalnej doktrynie swojego Kościoła, amerykańskich katolików cechuje umiarkowanie w poglądach na kwestie społeczne. Poziom ich wsparcia dla idei małżeństw jednopłciowych niezmiennie nie odbiega od średniej krajowej. Co więcej, pojawiają się też oznaki działalności dysydenckiej. Przykładem takiej niesubordynacji jest choćby działające przy katolickim kościele św. Mateusza w Baltimore duchowieństwo, które wspiera afirmację różnorodności seksualnej.

W kwestii homoseksualności podejście mormonów (KM) nie różni się wiele od Kościoła katolickiego. Całkowitego zbawienia po śmierci mogą dostąpić tylko złączone węzłem małżeńskim osoby heteroseksualne. Lesbijki i geje powinni, wedle mormońskiego nauczania, albo pozostać całe życie w celibacie, albo wziąć tradycyjny, heteroseksualny ślub. Od osób transpłciowych oczekuje się, że nie poddadzą się procedurze zmiany płci. W 2015 r. mormoni ogłosili, że osoby pozostające w małżeństwach jednopłciowych będą automatycznie uznawane za apostatów, a dzieci takich par nie będą mogły być chrzczone aż do uzyskania pełnoletności. Ogłoszone zmiany wywołały oburzenie opinii publicznej. Zaczęto nawoływać członków społeczności mormońskiej w Salt Lake City do masowego opuszczania wspólnoty Dzieci Bożych. Ku rozczarowaniu wielu wyznawców mormonizmu wieści o nowej polityce wobec osób LGBT pojawiły się kilka lat temu po tym, jak – za na mową specjalistów od PR – wspólnota postanowiła poprawić swój nadszarpnięty wizerunek poprzez wypracowanie kompromisu ze zwolennikami praw LGBT. Jednym z takich chwytów marketingowych miało być np. stworzenie w 2012 strony internetowej promującej zrozumienie i współczucie dla wspólnoty LGBT. (http://mormonsandgays.org/)

Religia i tak hamuje

Temat jest zresztą dużo szerszy i należy go rozpatrywać w kontekście religijności mieszkańców USA w ogóle. Jak podaje „New York Times”, szczególnie w dużych miastach dochodzi do sporów i rozłamów we wspólnotach kościelnych, ponieważ coraz więcej wyoutowanych chrześcijan/ek pragnie brać czynny udział w nabożeństwach kongregacji. Wspierają ich w tym zaprzyjaźnione osoby heteroseksualne, rozżalone zbyt restrykcyjnym podejściem swoich parafii. Według danych Publicznego Instytutu Badań nad Religią w Waszyngtonie, aż 1/3 przedstawicieli pokolenia Y (między 18 a 29 rokiem życia) zdecydowała się opuścić swe tradycyjne wspólnoty wiary ze względu na ich nietolerancyjną postawę wobec osób LGBT.

W innym badaniu zapytano Amerykanów LGBT, jakie wyznania uznają za najmniej przyjazne sobie jako reprezentantom mniejszości właśnie. Niechlubną listę otwiera islam, za nim trzy wyznania chrześcijańskie: mormoni, Kościół katolicki i ewangelicki. Następny na liście jest judaizm i nieewangelickie Kościoły protestanckie. Warto jednak podkreślić, że amerykańskie podejście do wyznawanej wiary jest znacząco inne od tego, do którego przyzwyczailiśmy się w Polsce. Wyznawana religia nie musi być „dziedziczona”. Wiarę traktuje się tam raczej w ramach indywidualnego wyboru i świadomego aktu utożsamienia się z danym Kościołem. Powszechna w Polsce opozycja „katolicyzm albo ateizm” na gruncie amerykańskim miałby raczej formę „katolicyzm albo szereg innych możliwości”. Amerykanie LGBT, którzy odczuwają potrzebę rozwijania swojej duchowości w strukturze wspólnotowej, nie muszą wybierać żadnej z represyjnych wobec nich religii. Mogą dołączyć do postępowych metodystów, anglikan, do Zjednoczonego Kościoła Chrystusa i wielu innych mniejszych czy większych wspólnot.

Ogólnie rzecz biorąc zmiany w krajobrazie religijnym USA mogą potencjalnie doprowadzić do wzrostu akceptacji społecznej dla równych praw obywatelskich wobec osób LGBT. Wyniki ankiety opublikowanej w 2014 r. jasno pokazują wyraźny wzrost poziomu tolerancji we wszystkich przepytywanych grupach (religijnych, politycznych i wiekowych) we wszystkich regionach kraju. Poparcie dla małżeństw jednopłciowych wzrosło o 21% tylko w ostatnim dziesięcioleciu i od czterech lat przekracza 50%. Ponad połowa osób uczęszczających do kościoła nie uważa, że homoseksualność w jakikolwiek sposób kłóci się z ich wiarą. 33% katolików i 38% protestantów tzw. głównego nurtu widzi w homoseksualności grzech, a jednocześnie aż 2/3 tych pierwszych akceptuje adopcję dzieci przez pary jednopłciowe.

Jednak mimo tych optymistycznych danych przekonania religijne niezmiennie pozostają istotnym czynnikiem spowalniającym proces otwierania się na społeczność LGBT. Zilustrować to można prostą proporcją: wśród ewangelików aż 60% wiernych uważa zachowania nieheteronormatywne za niemoralne, wśród ateistów – tylko 11%.

Tylko 53% Amerykanów LGBT deklaruje przynależność do jakiejś religii. Ci, którzy wierzą w Boga, to protestanci (35%), katolicy (20%), Żydzi (2%), mormoni (1%), oraz należący do innych kościołów (9%). Aż 33% wierzących Amerykanów LGBT wierzy w Boga nieprzyporządkowanego do żadnej religii

*Więcej danych statystycznych na temat religijności osób LGBT można odnaleźć na stronach waszyngtońskiego Centrum Badań Pew Research Center.

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce. This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, findings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily reflect those of the United States Department of State.

 

Tekst z nr 61 / 5-6 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Ksiądz na randce ma trudniej

O doświadczeniu bycia duchownym gejem, o znajomości z Tomaszem Terlikowskim i o różnicach między chrześcijaństwem w Polsce i USA z Kazimierzem Bemem, ewangelicko-reformowanym pastorem Zjednoczonego Kościoła Chrystusa w USA rozmawia Marcin Dzierżanowski

 

arch. pryw.

 

Kiedy w swojej parafii ujawniłeś, że jesteś gejem, był szok?

Nie musiałem się ujawniać, kiedy parafianie wybierali mnie na proboszcza, już wiedzieli.

Zostałeś wybrany?

Tak. W Zjednoczonym Kościele Chrystusa, w którym służę, podobnie jak w wielu innych Kościołach protestanckich, kiedy ubiegasz się o urząd pastora, musi cię zatwierdzić cała parafia.

Jak to wygląda?

Najpierw staje się przed specjalną komisją parafialną, odbywa się kilka rozmów kwalifikacyjnych. Przedstawiciele parafian obserwują, jak kandydat odprawia nabożeństwo, słuchają, jak głosi kazania. Jeśli zyska ich akceptację, proponują warunki wokacji.

Czyli?

Szczegółowe zasady pełnienia urzędu pastora, trochę przypominające umowę o pracę. Później trzeba odprawić nabożeństwo i wygłosić kazanie „kandydujące”. Na koniec odbywa się głosowanie wszystkich parafian.

Przeszedłeś te wszystkie etapy?

Oczywiście. Tak więc w czasie głosowania wszyscy wiedzieli, że jestem gejem. Dla niektórych parafian to był problem, niektórzy z tego powodu wstrzymali się od głosu, ale głosów przeciwnych nie było. Nikt też po moim wyborze nie opuścił parafii. Była jedna para, która się akurat wyprowadzała do innej miejscowości, ale jeszcze przez pół roku przyjeżdżała do mnie na nabożeństwo, żebym sobie nie pomyślał, że odeszli przeze mnie.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej w parafii temat orientacji wypłynął?

Byłem singlem, więc powiedzieli mi, że na pewno będę chodził na randki i oni to świetnie rozumieją. Nie ma problemu, ale jak już kogoś sobie znajdę i postanowię z nim zamieszkać, to oni chcieliby o tym wiedzieć wcześniej. No i najlepiej, żebyśmy się jednak potem pobrali.

Bo kościelny ślub pary gejów nie jest problemem?

Żadnym. Pierwsze małżeństwa, które błogosławiłem jako pastor, zawierały zresztą lesbijki. W pewnym momencie nawet żartowałem: „Czy jacyś heterycy w końcu się zdecydują?!”

Powiedz coś o twoim Kościele.

Zjednoczony Kościół Chrystusa należy do rodziny Kościołów ewangelicko-reformowanych, czyli kalwińskich. Ma opinię najbardziej liberalnego w USA. Jednak poszczególne parafie różnią się od siebie, paradoksalnie, ta, w której pracuję, uchodzi za dość tradycyjną.

Zanim trafiłeś do USA, byłeś teologiem protestanckim w Polsce.

Urodziłem się w Łodzi, mój tata jest katolikiem. Ochrzcił mnie, kiedy miałem pięć lat w Kościele katolickim. Kiedy miałem iść do bierzmowania, zbuntowałem się, bo mieliśmy strasznego księdza, który opowiadał jakieś rzeczy dla mnie już wtedy nie do przyjęcia. Ponieważ jednak byłem religijny, mama, która zresztą jest niezwiązana z żadnym Kościołem, poradziła mi, żebym sobie poszukał innego wyznania. Ostatecznie zacząłem chodzić na nabożeństwa do ewangelików reformowanych i tam zostałem konfirmowany. Do dziś formalnie jestem członkiem parafii reformowanej w Łodzi. W 2002 r. wyjechałem na studia do Holandii i zacząłem uczęszczać do angielskojęzycznej parafii reformowanej w Amsterdamie. Po pół roku pastor spytał mnie, czy nie czuję powołania. A ja, że owszem, tylko jest jeden problem.

Orientacja seksualna.

Właśnie. Jego odpowiedź mnie zaskoczyła „Kazik, przecież doskonale wiem o tym od dawna. Pojedź ze mną na spotkanie księży, zobaczysz, ilu wśród nas gejów i lesbijek”.

Lesbijek też?

No, oczywiście, przecież większość Kościołów protestanckich w Europie Zachodniej już od dawna ordynuje na duchownych kobiety.

Miałeś problem z pogodzeniem wiary i seksualności?

Wtedy już nie. Wcześniej miałem, jeszcze na studiach, ale na szczęście w Holandii trafiłem do świetnej pastorki, która pracowała na uniwersytecie. Zrobiła mi mądre studium biblijne, wytłumaczyła, jak w świetle nauki rozumieć poszczególne teksty Pisma Świętego. Zrozumiałem, że to, co wcześniej mówili mi na temat homoseksualizmu księża w Polsce, niekoniecznie jest prawdą.

Później jednak wróciłeś do Polski i udzielałeś się w swoim Kościele oraz na polu ekumenicznym. Pamiętam nawet list otwarty w obronie osób LGBT, który podpisałeś razem z Tomaszem Terlikowskim.

Trudno w to dziś uwierzyć…

Zwłaszcza jak się czyta fragment: „Nie było reakcji biskupów, gdy w Krakowie krzyczano: ≪Pedały do gazu≫, nie było odpowiedzi, gdy w Warszawie wołano: ≪Hitlera na was mało≫, i nie możemy też się doczekać reakcji po demonstracji w Poznaniu, gdy krzyczano: ≪Zrobimy z Wami jak Hitler z Żydami≫.” To był rok 2005, rządy PiS-u, zakazane Marsze Równości.

A we Wrocławiu jeden z księży powiedział, że pedałów trzeba palić na stosie.

Dla uczciwości dodajmy, że był to ks. Rafał Trytek, tradycjonalista spoza Kościoła katolickiego.

Podobnych wypowiedzi było wówczas więcej, ta akurat zaczęła krążyć po internecie. Z Tomkiem Terlikowskim tworzyliśmy właśnie portal „ekumenizm.pl” i pół żartem pół serio zapytałem go: „Mamy to tak zostawić?” A on na to: „masz rację, to skandal, trzeba coś z tym zrobić”. Zaproponowałem napisanie listu otwartego i on się zgodził.

Dziś dla wielu jest ikoną najgorszej twarzy polskiego Kościoła. Trudno uwierzyć, że kiedyś bronił gejów.

Znamy się od dziesięciu lat i od dziesięciu lat absolutnie się ze sobą nie zgadzamy. Ma poglądy, które dla mnie są z kosmosu, on zresztą pewnie myśli to samo o mnie. Ale uważam, że wtedy w tym liście był szczery. To jest w gruncie rzeczy dobry człowiek, w którym telewizja wyzwala jakiś dziwny radykalizm. Kiedyś mu powiedziałem: Tomek, pamiętaj, jak kiedykolwiek mówisz o gejach, to pomyśl, że mówisz o mnie. Miałem wrażenie, że wtedy na jakiś czas przyhamował.

Kościół ewangelicko-reformowany, w którym wtedy byłeś, uchodzi za najbardziej otwarty w Polsce.

Kilka lat temu byłem nawet w grupie teologów, którzy mieli przygotować raport w sprawie podejścia do homoseksualności. Jednak opór, żeby cokolwiek zmienić, był zbyt duży. Ostatecznie nie byliśmy w stanie dojść do jakiejkolwiek konkluzji, więc podałem się do dymisji. Pracowałem także w naszym kościelnym czasopiśmie „Jednota”. W 2005 r. zrobiliśmy świetny numer o seksualności. Do redakcji przyszło wtedy kilkadziesiąt listów, co wcześniej nigdy nam się nie zdarzało. Niestety, dla władz Kościoła tego już było za dużo. Ostatecznie wyrzucono mnie z redakcji, o czym się dowiedziałem z internetu.

Czyli nawet u polskich protestantów nie jest aż tak różowo. Skąd się to bierze?

Z dominacji Kościoła rzymskokatolickiego. Inne Kościoły często boją się mówić, a nawet myśleć samodzielnie. Na to jest jedna rada: oddolny nacisk na duchownych. W Stanach na przykład ludzie otwarcie protestowali przeciwko kościelnej homofobii.

I wymusili zmianę?

Nie wszędzie. Panorama Kościołów chrześcijańskich w USA jest bardzo zróżnicowana. Obok liberalnych Kościołów historycznej reformacji, mamy też całą mozaikę wspólnot późniejszej reformacji, które dosłownie, fundamentalistycznie odczytują Biblię. Dominują one w tzw. Pasie Biblijnym, czyli w południowych stanach USA. Często na ich tle nawet Kościół rzymskokatolicki wydaje się postępowy. Niedaleko mnie, w sąsiednim mieście jest duża parafia baptystów, która głosi, że kobieta nie może być pastorką, a homoseksualizm to ciężki grzech. Ale nie wszyscy parafianie to akceptują, w ostatnich latach nawet kościoły konserwatywne w USA otwierają się na osoby LGBT.

A Kościół katolicki?

Jest ogromnie zróżnicowany. W Bostonie, kiedy ulicami idzie Parada Równości, na miejscowych kościołach protestanckich wiszą tęczowe flagi i biją dzwony. I właśnie w tym mieście jest rzymskokatolicka parafia paulistów, która jest bardzo otwarta na osoby LGBT. Miejscowy biskup doskonale o tym wie, ale przymyka oko. Są nawet księża katoliccy, którzy błogosławią pary jednopłciowe. Nie są to wprawdzie śluby, ale obrzęd błogosławienia obrączek, coś w rodzaju zastępczej ceremonii wprowadzonej po to, żeby się nie narazić na zarzut łamania prawa kanonicznego.

Jak Amerykanie do tego dochodzili?

To był długi proces. Trzeba pamiętać, że emancypacja osób LGBT zaczęła się w tamtejszych Kościołach już w latach 60. Przełomem była epidemia AIDS, która była mentalną rewolucją. Zarówno dla ruchu LGBT, jak i całego społeczeństwa. Wtedy właśnie zaczęto apelować do gejów i lesbijek: Ujawniajcie się! To wiele zmieniło, bo gdy się okazuje, że gej to nie abstrakcyjny człowiek z telewizji, ale wujek, bratanek czy kolega z pracy, myślenie zmienia się radykalnie. Mam koleżankę, która wychowała się w bardzo konserwatywnej rodzinie. Kiedyś napisał do niej kuzyn, który umierał na AIDS. Prosił, żeby go odwiedziła, bo nikt z rodziny nie chce się z nim spotkać. Ona go odwiedziła – i to zmieniło jej podejście do tych spraw. Właśnie takie osobiste historie w tamtym czasie zmieniały ludzi. Wtedy też ludzie zaczęli protestować przeciwko homofobicznym głupotom wypowiadanym z ambony. Przerywali agresywne kazania, krzyczeli, wychodzili z kościoła. Nie ma co ukrywać, że to przemiany społeczne wymusiły też zmianę postaw Kościoła, nie odwrotnie. Dopiero po jakimś czasie przyszła też kolej na refleksję teologiczną w tej sprawie.

Jest jednak opinia, że Kościoły liberalne szybko tracą wiernych. Konserwatywne natomiast nie.

To bardzo rozpowszechniony chwyt publicystyczny, tyle że nieprawdziwy. Prawda jest taka, że w USA od lat 90. wierni odpływają od wszystkich Kościołów chrześcijańskich, także konserwatywnych wspólnot ewangelikalnych. Wiele osób odchodzi także w proteście przeciwko dyskryminacji kobiet czy osób homoseksualnych, sęk w tym, że zwykle są to odejścia ciche, niespektakularne. Inna sprawa, że Kościoły liberalne, takie, jak mój, często przesadzają w drugą stronę. Znajoma teolożka powiedziała mi kiedyś, żebym nie mówił o krzyżu, bo to symbol opresji i przemocy.

Myślę, że wielu czytelników „Repliki” by się z nią zgodziło.

No tak, tyle że nie można być chrześcijaninem, jeśli się zapomni o Jezusie i tym co dla nas uczynił na krzyżu! W naszych Kościołach duży nacisk kładzie się na pracę społeczną, a często zapomina o teologii czy liturgii. Stajemy się taką Partią Demokratyczną przy modlitwie. Staram się z tym walczyć, dlatego wśród duchownych mam opinię młodego, konserwatywnego geja, co mnie bawi.

Zadam ci pytanie, które pewnie słyszałeś tysiąc razy, podobnie zresztą, jak ja. Po co gejowi Pan Bóg?

Po to samo, co każdej innej osobie. W moim przekonaniu – cytuję tutaj zresztą Jana Kalwina – nikt nie zrozumie do końca siebie, jeśli nie pozna Boga, bo tylko znajomość Boga prowadzi do znajomości siebie.

A chrześcijaństwo?

Może zabrzmi to dziwnie, ale w moim przekonaniu tylko chrześcijaństwo pozwala uwierzyć, że Bóg rozumie cierpienie. I to rozumie nie tylko intelektualnie, ale w pełni, fizycznie i psychicznie – bo Chrystus sam je przeżył i w związku z tym odkupił. Dla każdego geja i lesbijki to jest szczególnie ważne, bo większość z nas doświadczyła i doświadcza w życiu jakiejś formy wykluczenia. Chrześcijaństwo pozwala na to cierpienie spojrzeć bez rozpaczy, ale z wiarą. I to może być czymś naprawdę pięknym.

Pozwala się jedynie z tym cierpieniem pogodzić, czy też walczyć z jego przyczynami? Może mieć charakter emancypacyjny?

Nie tylko może, ale wręcz powinna. Skoro w Piśmie Świętym padają słowa „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”, to każdy, kto utrudnia ludziom bycie razem, sprzeciwia się woli bożej. Dlatego kiedy Barack Obama opowiadał się za równością małżeńską osób LGBT, powoływał się właśnie na motywy religijne. Obama był zresztą przez jakiś czas członkiem parafii naszego Kościoła.

W Biblii są też cytaty, mówiąc delikatnie – mniej przyjazne osobom LGBT.

Jezus zawsze powtarzał, że prawo trzeba interpretować przez pryzmat miłości, miłosierdzia i sprawiedliwości.

Czy w pracy duchownego doświadczenie homoseksualności jest przydatne?

Tak, ale zależy, jak się to doświadczenie wykorzysta. Myślę na przykład, że dzięki temu, kim jestem, mam większą zdolność empatii. Ale ważne, żeby nie przesadzać. Mam znajomych pastorów, którzy za każdym razem, gdy wchodzą na ambonę, opowiadają o swojej homoseksualności. Już nawet mnie to zaczyna męczyć. Nie zmienia to faktu, że ujawnienie się jest bardzo potrzebne. Mam parafianina, 70-letni emerytowany wojskowy, hetero do szpiku kości. I kiedyś on mi mówi: „Wiesz, Kazik, odkąd przyszedłeś, łatwiej się nam w rodzinie rozmawia na pewne tematy”. Okazało się, że wnuk jego brata jest gejem, wszyscy o tym od lat wiedzieli, ale nikt nie poruszał tego tematu. No i jak się okazało, że miejscowy proboszcz jest homoseksualny, tabu zostało przełamane. Tak więc bycie gejem pomaga mi w byciu pastorem.

A odwrotnie: bycie pastorem pomaga czasem w byciu gejem?

Oj, nie za bardzo. Na randkach jako ksiądz mam znacznie trudniej. Kiedy mówię, że jestem pastorem, często widzę popłoch w oczach. Jeden pan zapytał mnie nawet, czy molestuję dzieci. Bycie gejem nie gwarantuje braku uprzedzeń. Ale są też miłe sytuacje. Na jednym z pogrzebów siostra zmarłego zaczęła mnie swatać ze swoim wnukiem! (śmiech)

Okazja dobra, jak każda inna.

Robiła to bardzo subtelnie. Najpierw spytała: „A czy pastor jest sam?” A potem: „Bo ja mam bardzo fajnego wnuka…”

Czyli dla parafian jesteś dobrą partią?

Najwyraźniej! (śmiech) Coraz częściej mi mówią, że się za mnie modlą. Żebym w tych trudnych czasach poznał wreszcie jakiegoś miłego, dobrego chrześcijanina. Bo nie jest dobrze, aby człowiek był sam.

 

Tekst z nr 59 / 1-2 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tęczowe najki za różowe okulary

Tekst: Ludmiła Makuchowska

Czyli o tym, jak amerykańskie korporacje budują wizerunek gay-friendly

 

Reklama Allstate. „Te motylki, które czujesz w brzuchu, powinny brać się z miłości, nie ze strachu”.

 

W 2014 r. 111,5 milionów Amerykanów/ek obejrzało pierwszą w historii Super Bowl (doroczny finał ligi amerykańskiego futbolu) reklamę posługującą się obrazem nieheteronormatywnej rodziny. W spocie pojawiło się dwóch mężczyzn o rożnym pochodzeniu etnicznym (prawdziwa para z Teksasu), jeżdżących na rolkach ze swoją córką. Cała reklama miała ukazywać różnorodność amerykańskiego społeczeństwa. W jednominutowej sekwencji postaci reprezentujących rożne grupy etniczne, wyznania i orientacje seksualne, pojawiły się m.in. również muzułmanki w hidżabach czy Żydzi w jarmułkach popijający Coca-Colę. Wszystko przy akompaniamencie pieśni patriotycznej „America the Beautiful” śpiewanej w dziewięciu językach. Jak można się łatwo domyślić, reklama rozpętała na Twitterze i Facebooku kampanię nienawiści, której wydźwięk był mniej więcej taki, że w największe święto sportu, męskości i demokracji Coca-Cola promuje homoseksualizm w języku terrorystów.

Nie tylko Coca-Cola naraziła się ostatnio na protesty konserwatywnych komentatorów. Firma Tiffany rozjuszyła Franklina Grahama, kaznodzieję i ewangelistę zwanego „protestanckim papieżem USA”, który nawołuje wiernych do bojkotu słynnej marki jubilerskiej za fotografię pary mężczyzn w reklamie pierścionków zaręczynowych. O tym, jak skuteczny jest Graham, przekonał się niedawno bank Wells Fargo, z którego po emisji spotu z parą lesbijek adoptujących głuchoniemą dziewczynkę ewangelikalni chrześcijanie wycofali konta oszczędnościowe o łącznej wartości 100 milionów dolarów. Backlash – opór wobec emancypacji mniejszości seksualnych – ze strony chrześcijańskiej prawicy jest nieuniknioną konsekwencją włączania wątków LGBT do marketingu korporacyjnego. Jednak widmo mniej lub bardziej zorganizowanego bojkotu nie zniechęca już największych amerykańskich firm do demonstracyjnego pozyskiwania klienta geja lub, rzadziej, klientki lesbijki. Aby zyskać etykietę gay-friendly, największe koncerny z listy „Fortune” reklamują się więc żarliwie w magazynach gejowskich i na festiwalach Pride. Również w mainstreamowych mediach pojawia się coraz więcej reklam wykorzystujących wizerunek związku homoseksualnego albo nienormatywnej rodziny, np. pary kobiet podróżujących pociągiem z córką (Amtrak), matek lesbijek bawiących się z córkami (J.C. Penny), małżeństwa gejów karmiących syna (Campbell) czy mężczyzn obejmujących się w wirze ślubnego konfetti (Target). Korporacje wypuszczają też na rynek produkty skierowane do homoseksualnego odbiorcy: zorganizowane wycieczki (Hilton, Marriott), czeki osobiste (Pink, Inc.), pakiety ubezpieczeniowe (Allstate), pocztówki, tęczową odzież sportową (Nike), książki (Alyson Publications) i karty kredytowe (Rainbow Visa).

Lojalność, głupcze!

Wydaje się, że przemiany obyczajowe ostatniej dekady – coraz większa widoczność osób LGBT i uzyskanie przez nie równej ochrony prawnej – przeważyły szalę także w sferze korporacyjnej ekonomii. Dzisiaj bardziej opłacalne niż schlebianie tradycjonalistycznym oczekiwaniom grup prawicowych jest po prostu targetowanie dziewięciomilionowej populacji LGBT w Stanach, której siłę nabywczą (określaną w języku marketingu jako „pink money” albo „gay dollars”) szacuje się na ok. 800 miliardów dolarów. Różowe dolary to bardzo cenne dolary, dlatego że bazę konsumencką LGBT cechuje silniejsza lojalność wobec marki – silniejsza, bo budowana na psychologii grupy o ograniczonych prawach obywatelskich. W diagnostyczno- terapeutycznym geście slogany wielu koncernów odwołują się do emocji związanych z wykluczeniem – lęku, stresu mniejszościowego, poczucia zagrożenia. Dobrym przykładem mogą być hasła towarzystwa ubezpieczeniowego Allstate w kampanii wykorzystującej zdjęcia par jednopłciowych trzymających się za rękę na ulicy: „Te motylki, które czujesz w brzuchu, powinny brać się z miłości, nie ze strachu”, „Pokaż, że ona się dla ciebie liczy, i nie licz się z tym, co powiedzą inni”, „Widoczność nie powinna wywoływać w tobie poczucia bezbronności”. Ponadto odkrycie segmentu LGBT jest naturalną konsekwencją procesów rządzących późnym kapitalizmem, wkraczającym w erze korporacyjnej w fazę postmasową, w której marketing niszowy wypiera ogólnokonsumencki model biznesu. Oznacza to, że współczesny rynek bazuje na polityce identyfikacji grup społecznych, wyrażającej się w kolonizowaniu nowych obszarów konsumpcji w oparciu o takie kategorie tożsamościowe jak płeć, rasa i seksualność. Wreszcie zaś XXI-wieczny kapitalizm w demokracjach zachodnich jest sprzężony z nową odmianą liberalizmu politycznego, który, jak pisze Paul Kelly, zasadza się na prymacie równości jednostki, a nie jej wolności. Koncerny kierują więc produkty do nowej klasy SLUMPY (Socially-Liberal, Urban-Minded Professionals, czyli do młodej miejskiej klasy średniej o lewicowych poglądach) w USA i w Europie, dla której tak samo ważne jak produkty czy usługi świadczone przez przedsiębiorstwo są manifestowane przez nie liberalne społecznie wartości.

„Jestem sojuszniczką moich sojuszników”

Odwołując się do wartości właśnie, koncerny próbują wkupić się w łaski społeczności LGBT poprzez sponsorowanie organizacji pozarządowych, inicjatyw i festiwali Pride, a zwłaszcza poprzez sygnowanie Parady Równości swoim logo. Na ten cel wydaje się zresztą niebagatelne sumy, np. jeden z największych sponsorów, bank TD, przeznacza ponad milion dolarów rocznie na finansowanie Parad w dwudziestu stanach. Na tych marszach coraz częściej pojawiają się więc tęczowe logotypy największych międzynarodowych firm, takich jak Absolut Vodka, Google, Coca-Cola, Wells Fargo, AT&T, Ford czy General Motors, a ich pracownicy kroczą na przedzie z rozpostartymi banerami swych korporacji. W ostatnich latach na amerykańskich Paradach Równości panuje wręcz atmosfera promocyjnego festynu: wokół tłumu krążą ciężarówki z butelkami Budweisera przyozdobionymi tęczowymi chorągiewkami, Starbucks rozdaje uczestnikom jogurtowe frappuccino, a na firmowych stoiskach wzdłuż trasy marszu można kupić tęczowe hamburgery z Burger Kinga z hasłem: „Wszyscy jesteśmy tacy sami w środku” (my, hamburgery – też), Redbulla opatrzonego sloganem „Energetyzuj równość” czy przypinki Pride z logo Visy („Akceptacja ma znaczenie” – także akceptacja karty w bankomacie). To utowarowienie Parady Równości, zjawisko, które doczekało się miana „pinkwashing” (przez nawiązanie do słowa „whitewash”, oznaczającego zatuszowanie problemu, wybielenie sprawy) budzi sprzeciw wielu gejów i lesbijek, którzy od dziesięcioleci walczą o widoczność społeczną osób LGBT, a nie o widoczność korporacyjnych marek. Ignorowali nas, kiedy byliśmy uciśnioną i szkalowaną mniejszością. Wtedy nie dało się na nas zarobić – pisze o festiwalu w Toronto krytyk filmowy Robin Wood. Czy to w porządku, że koncerny firmują swoim logo wszystko, co ma symbolizować Pride – naszą krew, nasz pot, nasze łzy? – pyta fotograf Sam Clarke, uczestnik marszu na Manhattanie. Ten sprzeciw jest zrozumiały, jednak znamionuje go skłonność do myślenia o prawach człowieka jak o zawieszonych w pozaekonomicznej próżni zasadach moralnych, zgodnie z którymi do zwycięstwa dochodzi się jedynie drogą bezkompromisowej sprawiedliwości.

Wprawdzie u podłoża koncepcji praw człowieka leży moralny absolutyzm i idealizm, ale trzeba też przypomnieć, że pojęcie wolności obywatelskich jest historycznie i filozoficznie spokrewnione z ideą prawa do posiadania. Sama teoria praw naturalnych Johna Locke’a została wywiedziona ze średniowiecznych debat nad własnością prywatną, a początek ruchu praw człowieka zbiegł się w czasie z wyłonieniem się mieszczaństwa jako osobnej klasy społecznej. Amerykańscy klienci LGBT mają świadomość, że kupowanie określonych dóbr to też aktywność polityczna: Dokonując decyzji o zakupie, zawszę biorę pod uwagę, czy dana firma sponsorowała Paradę. Jestem sojuszniczką moich sojuszników – mówi Missy Toms, rzeczniczka Capital Pride w Waszyngtonie. W badaniach przeprowadzonych przez Opus-Comm 82% respondentów zadeklarowało, że na zakupach wybiera marki określane jako gayfriendly. Czy są oni naiwnymi ofiarami cynizmu wielkich koncernów? Niekoniecznie. Ponieważ kapitalizm korporacyjny jest praktyką kulturową (w rozumieniu F. Jamesona), we współczesnym neoliberalnym państwie wymiana handlowa odbywa się na zasadzie inżynierii zgody. Etos kulturowy współtworzy zatem splot rożnych czynników, tj. prawodawstwa wolności obywatelskich, wzmocnionej roli trzeciego sektora, ekspansji elektronicznych mediów i mechanizmów niszowego rynku. W tym układzie sił międzynarodowe koncerny sytuują się jako strategicznie bardziej postępowe od mainstreamowej kultury z prostego powodu. Chcą sobie zaskarbić przychylność lewicowo zorientowanych przedstawicieli kultury wielkomiejskiej, o których wiadomo, że w mediach społecznościowych będą orędować za przedsiębiorstwami o reputacji gay-friendly. Co istotniejsze, korporacje mają w tej rzeczywistości gospodarczej realny wpływ na polityczną i prawną emancypację osób LGBT. W 2013 r. GLAAD (organizacja LGBT monitorująca amerykańskie media) otrzymało ponadmilionowe dotacje od 5 koncernów amerykańskich: Absolut Vodka, Anheuser-Busch, IBM, MillerCoors i Wells Fargo. Podobnie Human Rights Campaign (największa i najważniejsza amerykańska organizacja LGBT) ma już swych platynowych sponsorów: American Airlines, Citi, Diageo, Microsoft i Nationwide. Nie można też zapomnieć, że kilka miesięcy przed zeszłoroczną legalizacją małżeństw homoseksualnych na całym terytorium USA, aż 379 koncernów i instytucji finansowych wystosowało oficjalny apel do Sądu Najwyższego o wprowadzenie federalnego prawa par jednopłciowych do małżeństwa. Dyskryminacja osób LGBT – przekonywały największe przedsiębiorstwa w USA – jest szkodliwa dla amerykańskiego biznesu.

Super, że jesteś wyoutowany/a

Dyskusyjna pozostaje jeszcze kwestia ideologicznego wymiaru przedstawiania par homoseksualnych w reklamach. Tradycyjna marksistowska krytyka oskarża współczesny rynek marketingowy o to, że zamiast promować akceptację, tworzy jedynie mitologię akceptacji. Niezaprzeczalnie w procesie estetyzowania homoseksualnego ciała w nośnik konsumpcji, reklama w pewnej mierze odbiera temu ciału polityczną podmiotowość. Innymi słowy, osoba homoseksualna według wielkich koncernów to nie ofiara systemowej homofobii, mowy nienawiści i wykluczenia; to nie jednostka nonkonformistyczna genderowo, transpłciowa, nieortodoksyjna w stylu życia, gestach czy ubiorze – ale klon białej, zamożnej osoby heteroseksualnej, modelowy konsument. Współcześnie jednak wydaje się, że polityka tożsamości i reprezentacji osób LGBT w marketingu nie sprowadza się do utowarowiania różnicy seksualnej i neutralizacji inności. Nie tylko dlatego, że drapieżny kapitalizm anektuje coraz to nowe nisze – niepełnosprawność, rasę czy androgynię. W rzeczywistości ekonomicznej, w której zjawiska konsumpcji i reklamy determinują podmiotowość, a recykling obrazów i obecność medialna strukturyzują nowy model produkcji, sama widoczność osób LGBT w reklamie staje się wymownym aktem politycznej emancypacji. Zwłaszcza że tematy coming outu, równouprawnienia i gay pride przenikają dzisiaj do warstwy tekstowej reklam. Na przykład motywem przewodnim kampanii Ray-Ban jest slogan „Nigdy się nie ukrywaj”, Marriott promuje wakacje dla par jednopłciowych hasłem „Bądźcie sobą razem z nami”, natomiast koncept reklamy Millera bazuje na grze słów: „Great to see you out”, co może oznaczać „Super, że wyszedłeś na miasto”, ale również „Super, że jesteś wyoutowany/a”. W pewnym więc sensie przedstawienie homoseksualnych par w reklamie uzyskuje potencjał wykroczenia poza status towaru w stronę medium promowania akceptacji.

Sferą, w której dobitnie unaocznia się wpływ korporacji na sytuację osób LGBT, są prawa pracownicze. Według najnowszego Corporate Equality Index, raportu publikowanego corocznie przez wspomnianą już HRC aż 407 z 500 największych przedsiębiorstw z listy publikowanej przez „Fortune” uzyskało maksymalną notę 100 za implementację przepisów równościowych w miejscu pracy (w 2004 r. takich firm było tylko 56). Trzy czwarte tych firm posiada skodyfikowaną pisemnie politykę niedyskryminacji ze względu na orientację seksualną, dwie piąte oferuje parytetowe świadczenia zdrowotne dla osób LGBT i ich partnerów/ek (a także inne „miękkie świadczenia”, jak np. urlopy rodzicielskie czy urlop okolicznościowy z powodu śmierci partnera/rki), ponad osiem na dziesięć przeprowadza szkolenia dotyczące równości i wrażliwości na inność, a ponad 300 gwarantuje transpłciowym pracownikom pomoc medyczną i psychologiczną w zakresie korekty płci. Reformują się nawet najbardziej zatwardziałe bastiony konserwatyzmu, takie jak niesławny ExxonMobil – jedyna w historii korporacja z ujemną notą od HRC (-25 punktów w 2014 r. i 2015 r.). Ta spółka paliwowa, której etyka biznesu zbudowana została na żarliwym protestantyzmie i w której jeszcze w latach 80. większość spotkań biznesowych rozpoczynano od modlitwy, przez 14 lat z rzędu odmawiała wprowadzenia zapisów antydyskryminacyjnych (wdrożyła je dopiero pod naciskiem dyrektyw prezydenta Obamy i prawa stanowego) i była pierwszą w historii firmą, która po fuzji z innym koncernem (Mobil) unieważniła obowiązującą w niej ochronę prawną grup mniejszościowych. A jednak w najnowszym raporcie ExxonMobil otrzymał 40 punktów od HRC i w czerwcu zeszłego roku po raz pierwszy wydelegował swoich pracowników na Paradę Równości.

Postęp jest bezsprzeczny, ale chyba nie aż tak sensacyjnie zawrotny. Ochrona prawna niekoniecznie przekłada się na tworzenie przyjaznego dla mniejszości seksualnych środowiska pracy. Osoby LGBT są wciąż słabiej reprezentowane na stanowiskach menedżerskich, często pomija się je w awansach. Tylko jeden dyrektor generalny dużego koncernu – Tim Cook z Apple – jest wyoutowanym gejem (osób LBT brak). Według raportu HRC 53% gejów i lesbijek nie ujawnia swojej orientacji w pracy, unika rozmów prywatnych lub zmienia w nich płeć zaimków dotyczących partnertów/ek, a ogromna większość wciąż bywa narażana na obraźliwy język i homofobiczne żarty współpracowników. Natomiast osoby, które swoją orientację ujawniają, czują potrzebę znormalizowania swych zachowań, wartości i stylu życia. Mamy SUVa, dom na przedmieściach, chodzimy do kościoła – różnię się od pozostałych tylko tym, że moja partnerka jest kobietą – pisze respondentka w badaniu Christine Williams. Inkluzywność w środowisku korporacyjnym wpisana jest zatem w pewne określone ramy tolerancji, a prawne przeciwdziałanie dyskryminacji w pewne określone ramy marketingu wizerunkowego. Co więcej, wdrażanie regulacji dotyczących równości najczęściej nie wynika z pobudek humanitarnych, ale prawnych i PR-owych, tzn. z jednoczesnego wprowadzania antydyskryminacyjnego ustawodawstwa stanowego, a także z dyplomatycznych nacisków „miękkiej siły” ze strony prasy i wreszcie z działań naśladowczych, które mają na celu utrzymanie konkurencyjności firmy przez ciągłe unowocześnianie image’u marki.

Wczoraj wróg, dziś przyjaciel?

Kolejny problem polega na tym, że na korporacyjnym rynku niełatwo jest odróżnić przyjaciela od wroga. Na przykład browar Coors Brewing Company, do którego w Europie należą takie marki jak Grolsch, Pilsner Urquell i Staropramen, spółka o wzorcowo liberalnym wizerunku (wielokrotnie nagradzana za stosowanie polityki zapobiegającej wykluczaniu osób LGBT), należy od początku istnienia do ultrakonserwatywnej dynastii o radykalnych zapatrywaniach politycznych. Klan Coorsow nie tylko subsydiował organizacje nawołujące do nienawiści rasowej – ruch nazistowski, grupę The Conservative Caucus popierającą politykę apartheidu czy Ku Klux Klan – ale także wspierał finansowo m.in. Moral Majority, organizację, która agitowała za przymusowym więzieniem homoseksualnych mężczyzn chorych na AIDS, czy grupę Chrześcijańskich Rekonstrukcjonistów, która nawoływała do egzekucji gejów i lesbijek. Joe Coors, prezes zarządu od 1977 r. do 1985 r., był współzałożycielem fundacji Heritage, reakcyjnego think tanku, który zabiegał o zakaz służby osób homoseksualnych w amerykańskiej armii. Przytoczone fakty rodzą pytanie, czy możliwe jest oddzielenie praktyk równościowych obecnych przedsiębiorstw od ich dyskryminacyjnej przeszłości. Gdyby jednak podążać tym torem rozumowania, należałoby podać w wątpliwość jakiekolwiek etyczne wartościowanie działań wspierających prawa LGBT przez korporacje, które jednocześnie przesiedlają rdzenną ludność w Afryce, wprowadzają dwunastogodzinny dzień pracy, delegalizują związki zawodowe, łamią przepisy BHP, bezprawnie składują rakotwórcze odpady, ograniczają dostęp lokalnej ludności do wody pitnej i inwestują w przemysł zbrojeniowy.

Z drugiej strony uwikłanie ruchu emancypacyjnego osób LGBT w struktury i symbole korporacyjnej opresji może być interpretowane nie jako akt etyczny, ale pragmatyczny. Ponieważ, jak zauważa F. Jameson, w postkapitalizmie dominacja jest wpisana w samą strukturę procesu produkcji, nie aktualizuje się ona w wymiarze społecznym – z tego powodu neoliberalny rynek zasadza się na takich symbolicznych wartościach jak osobista wolność i równość. Osoby LGBT coraz skuteczniej walczą o to, by z tego postkapitalistycznego ciasta wykroić należny sobie kawałek. Przynajmniej w USA.

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce. This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, findings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily reflect those of the United States Department of State.

 

Tekst z nr 59 / 1-2 2016.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Queer Black Nation

Biały Dom będzie lawendowy! – obiecywała czarna drag queen Joan Jett Blakk, gdy w 1992 r. zgłaszała swą kandydaturę na urząd prezydenta USA. AfroAmerykanie w społeczności LGBT, LGBT w społeczności afroamerylańskiej – historię ich kultury i emancypacji przedstawia Krystyna Mazur (część I)

 

James Baldwin, mat. pras.

 

W zapierającym dech w piesiach przemówieniu, które nosiło wszelkie znamiona performansu drag, Joan Jett Blakk ogłosiła, że startuje do prezydentury z ramienia Queer Nation. Niesłychanie dystyngowana, w pantoflach na wysokim obcasie, różowych pończochach, czarnej mini i uroczym żakieciku, Joan wyliczyła przewinienia kolejnych amerykańskich prezydentów, po czym zapytała: If a bad actor could be elected president why not a good drag queen? (Jeżeli zły aktor mógł być wybrany prezydentem [Ronald Reagan], to czemu nie dobra drag queen?) Patrząc na jej charyzmę, klasę i sposób, w jaki łaskawe obdziela publiczność uśmiechami, nie można nie zauważyć, że amerykańscy prezydenci mają coś w sobie z drag queen. Joan przystępuje do wyścigu o fotel prezydenta (I’m trowing my wig into the ring! – Rzucam im w twarz perukę!) i obiecuje, że jak zostanie prezydentem, to zwolni cały Senat. Zwolnię wszystkich, których może zwolnić prezydent. Wtedy wy wszyscy – mówi do publiczności – będziecie mieli pracę! Queery do Białego Domu! The White House is not going to be white anymore… It’s going to be lavender! (Biały Dom przestanie być biały… Będzie lawendowy!) CIA będzie skrótem Center for Intelligent Accessories (Centrum Inteligentnych Akcesoriów) a słowo „camp” zostanie przywrócone jako źródłosłów „campaign” (kampania).

Joan Jett Blackk była członkinią legendarnego Pomo Afro Homos, trupy teatralnej z San Francisco, która wystawiała skecze o życiu czarnych gejów, poruszając takie tematy jak rasizm, homofobia czy epidemia AIDS. Grupa zawsze była bardzo kontrowersyjna, wystąpiła jednak w prestiżowym nowojorskim Lincoln Center, co dało jej rodzaj publicznej legitymizacji. Jednocześnie zabroniono im występu na największym amerykańskim festiwalu czarnego teatru.

Pomo Afro Homos są dobrym przykładem amerykańskiej ambiwalencji w stosunku do czarnych nieheteroseksualnych artystów, „problematycznych” zarówno ze względu na rasę, jak i płeć.

Jak się ma czarne do tęczowego?

Afroamerykanie w środowisku LGBT, czy środowisko LGBT w społeczności afroamerykańskiej – różnica sformułowań nie jest tu bynajmniej trywialna – zawsze poddani byli podwójnej opresji: jako reprezentanci mniejszościowej orientacji seksualnej czy tożsamości genderowej oraz jako amerykańska mniejszość rasowa. W tym przypadku podwójna opresja to nie tylko kwestia nałożenia się dwóch rodzajów dyskryminacji, ale ścierania się tych dwóch tożsamości: czarna Ameryka marginalizuje alternatywne seksualności, a społeczność LGBTQ często zapomina o swoich niebiałych członkiniach i członkach. Białe patriarchalne społeczeństwo amerykańskie przez wieki budowało tożsamość w opozycji do czarnych, poprzez odmawianie im prawa do człowieczeństwa. Z kolei większość walk o równouprawnienie prowadzonych przez Afroamerykanów była oparta na budowaniu wizerunku czarnego bojownika o wolność, który marginalizował kobiety i mniejszości seksualne. Widoczne jest to szczególnie w Black Power – separatystycznym ruchu wyzwoleńczym, który zradykalizował dziedzictwo Martina Luthera Kinga – ale też w samym ruchu praw obywatelskich (Civil Rights Movement), który walcząc o prawa obywatelskie wolał unikać antagonizowania amerykańskiego społeczeństwa obecnością homoseksualistów w swoich szrankach.

Ameryka przez wieki utrwalała binarną opozycję pomiędzy bielą a czernią, cywilizacją a dziczą, pięknem i brzydotą, rozumem i ciemnotą, a nawet opozycję pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Historia Afrykanów, przemocą sprowadzonych do USA, to historia walki o równouprawnienie, ale też o równe czy adekwatne postrzeganie. Rasizm trudniej wyplenić z ludzkich umysłów niż z instytucji państwowych. Stąd też czarna społeczność LGBTQ jest bardzo słabo widoczna w amerykańskiej kulturze, badaniach socjologicznych, historiografii.

Tegoroczne wakacje spędziłam częściowo w USA. 4 lipca, w amerykańskie Święto Niepodległości, oglądałam w Nowym Jorku fajerwerki nad East River. Obcy mężczyzna zaczepił mnie w okolicach Christopher Street, czyli w gejowskiej dzielnicy z radosnym powitaniem: „Happy 4th July!” – tutaj święto narodowe rzeczywiście jest celebrowane. Zresztą, są powody do radości: 26 czerwca 2015 r. przejdzie do historii jako data legalizacji małżeństw jednopłciowych w całych Stanach. Jednak podczas gdy Nowy Jork świętował (tęczowych fl ag widać prawie tyle, co flag amerykańskich), na południu płonęły czarne kościoły. Od czasu masakry 17 czerwca w czarnym kościele w Charleston, za którą odpowiedzialny był biały chłopiec z południowego miasteczka, spłonęło ich już osiem. Nie wiadomo jeszcze, jak do tego doszło, ale mówi się o Ku Klux Klanie. Czy Afroamerykanie mają rzeczywiście powód do świętowania?

Czym dla niewolnika jest 4 lipca?

W 75. rocznicę uzyskania niepodległości przez USA, były niewolnik i abolicjonista, Frederick Douglass, wygłosił sławne przemówienie „Czym jest dla niewolnika 4 lipca”, w którym mówi bez ogródek, że wielkie amerykańskie święto nie należy do Czarnych. Sprawiedliwość, wolność, dobrobyt to dziedzictwo zawłaszczone przez Białych. Rzecz jasna od 1852 r., z którego pochodzą słowa Douglasa do roku 2015, w którym USA ma czarnego prezydenta, świat radykalnie się zmienił. Jednak jest to również świat, w którym tzw. czarny kolor skóry automatyczne wystawia na niebezpieczeństwo – począwszy od ataków terrorystycznych w czarnych kościołach, przez „czujność” białych Amerykanów strzegących bezpieczeństwa swoich dzielnic, po brutalność policji, która jest prawie bezkarna, jeżeli chodzi o przemoc wobec ciemnoskórych podejrzanych, często zupełnie bezpodstawnie, o łamanie prawa. Nie ma więc wątpliwości, że prawa mniejszości seksualnych, wywalczone głównie na przestrzeni ostatnich 45 lat, które doprowadziły do wielkiego zwycięstwa 26 czerwca br., wyprzedzają o lata świetlne prawa Afroamerykanów.

Jak nietrudno zgadnąć, najbardziej zagrożeni przemocą, werbalną i fizyczną, są niebiali członkowie i członkinie społeczności LGBTQ, szczególnie ci należący do kategorii „T”. Społeczność ta narzeka też na marginalizację w obrębie grup LGBTQ. A że marginalizacja idzie ramię w ramię z uciszaniem, pokolenia czarnych aktywistów lesbijskich, gejowskich, trans i queer są mało słyszalne. Spróbujmy sobie niektórych z nich przypomnieć. Ta powtórka z historii uświadomi nam również, że ruch LGBTQ w USA ma korzenie o wiele głębsze niż te sięgające do pamiętnych zamieszek w Stonewall w 1969 r. (których bohaterami, nota bene, były głównie czarne drag queens).

Renesans w Harlemie

Choć społeczności nieheteroseksualnych Afroamerykanów powstawały już w połowie XIX w., pierwszym okresem większej widoczności czarnych gejów i lesbijek w USA są lata dwudzieste XX w. Był to czas zarówno większej swobody obyczajowej i przyzwolenia na alternatywne seksualności, jak i rozkwitu czarnej myśli i sztuki, którego przejawem był tzw. „Harlem Renaissance” – renesans czarnej muzyki, malarstwa, rzeźby, fotografii, literatury, filozofii i myśli społecznej. Harlem stał się mekką czarnych artystów. Ten początek współczesnej, wolnej kultury Afroamerykanów był w zasadzie dziełem gejów, lesbijek i osób biseksualnych. Wśród nich był pierwszy wielki teoretyk nowej czarnej tożsamości, Alain Locke, którego antologia „The New Negro” to ważny zbiór nowej czarnej literatury, opatrzony wstępem Locka. Diagnozuje on współczesną Amerykę i transformację, którą kraj przechodzi za sprawą swoich czarnych obywateli. Harlem stał się centrum kultury i rozrywki nie tylko Afroamerykanów. Bywali tam biali artyści i pisarze, wśród nich geje: bogaty patron czarnej sztuki Carl Van Vechten, dramaturg Noel Coward, kompozytor Cole Porter. Nowojorscy hipsterzy lat 20. upatrzyli sobie Harlem jako miejsce nocnej rozrywki, gdzie jeździli pić, słuchać jazzu i szukać przygód erotycznych. Najsławniejszy bal drag queens odbywał się w Harlemie, w Hamilton Lodge (pierwszy „bal-maskaradę” zorganizowano tam już w 1869 roku!).

Te wycieczki – zwane „slumming” (od „slum”, czyli slams) – nosiły znamiona transgresji, przekraczały bowiem świętą granicę pomiędzy białą i czarną Ameryką, ale także tę między normatywną a zakazaną seksualnością. Relacja białych i czarnych (zarówno hetero, jak i homoseksualnych) była tu dość złożona, często stanowiąc mieszankę pożądania, fetyszyzacji i eksploatacji czarnych mieszkańców Harlemu. W „czarnej” dzielnicy, pod osłoną nocy można było uprawiać seks z osobą tej samej płci i często odmiennej rasy, aby w świetle dnia wrócić do białego heteroseksualnego świata. Nie pierwszy raz czarne ciała używane były dla ekspresji zakazanych czy wypartych pragnień. James Baldwin, gej, wielki pisarz następnego pokolenia pisze, że tradycyjnie biała amerykańska kultura pozostawała we własnych oczach „czysta” i nieskażona właśnie poprzez kojarzenie wszystkiego co „brudne”, pożądliwe, zabronione, z czarnym ciałem i lokowanie w nim własnych nieczystych pragnień. Moda na Harlem nie trwała długo. Przez kilkanaście lat bogaci biali Amerykanie inwestowali w afrykańskie rzeźby i czarnych artystów, zostawiali pieniądze w czarnych barach, by potem przenieść się gdzie indziej. Po zapaści giełdowej w 1929 r., wielu artystów związanych z renesansem w Harlemie zostało bez środków do życia.

Jednak Harlem Renaissance jest przede wszystkim okresem bezprecedensowego wybuchu czarnej energii twórczej i powstania czarnej nieheteronormatywnej wspólnoty opartej o poszukiwania artystyczne. W porównaniu z późniejszymi losami czarnej gejowskiej społeczności wystawianej na przemoc i dziesiątkowanej przez AIDS, Harlem Renaissance stworzył społeczność, o której myśli się nie w kategoriach wiktymizacji, a w kategoriach ogromnego twórczego potencjału. Wydał takich artystów jak: Langston Hughes i Countee Cullen – zaliczani do największych poetów amerykańskich; Claude McKay – poeta radykalny politycznie, piszący o linczach i prześladowaniach rasowych; powieściopisarz Wallace Thurmana; rzeźbiarz Richmond Barthé. Homoseksualizmu można się jednak doczytać w ich twórczości tylko w formie kodowanych aluzji. Jedynym pisarzem otwarcie odnoszącym się do gejowskiej seksualności był Bruce Nugent, który napisał pierwsze homoseksualne opowiadanie amerykańskie, „Black Lilies and Jade” („Czarne lilie i nefryt”). Wśród kobiet lesbijską lirykę pisała Angelina Weld Grimké.

Amnezja na czarne lesbijki

Dużo bardziej otwarte i prowokacyjne były teksty piosenek śpiewanych w harlemskich barach, w których królował blues. Pojawia się wiele odniesień do nienormatywnych upodobań seksualnych, zazwyczaj związanych z niekonwencjonalną prezentacją płci: od „sissy men” („ciotowatych mężczyzn”) do „bulldagger women” („butchowatych kobiet”). Gertrude Ma’ Rainey śpiewała o upodobaniu do kobiet w „Prove It on Me Blues”, dodając „ale spróbujcie mi coś dowieść”. W „Sissy Blues” narzekała, że mąż zdradza ją z mężczyzną, niejaką „Miss Kate”. Wielka Bessie Smith, matrona amerykańskiego bluesa, śpiewała z udawanym zdziwieniem, że nie umie rozwikłać zagadki kobiet, które zachowują się jak mężczyźni i szczebioczących mężczyzn zachowujących się jak kobiety. Jeden z bluesów z tego okresu uprasza słuchaczy o nieoburzanie się, kiedy zobaczą dwie kobiety, które spacerują trzymając się za ręce. Gladys Bentley nie tylko śpiewała prowokacyjne teksty, ale też – ubrana we frak i cylinder – otwarcie flirtowała z kobietami z publiczności. Ma’ Rainey zaaresztowano za urządzenie lesbijskiego przyjęcia, na którym przyłapano ją i jej kobiecy chórek w stanie bardzo roznegliżowanym. Z aresztu wykupiła ją Bessie Smith, z którą podobno Ma’ Rainey miała romans.

Jak bardzo progresywne to były czasy, widać na przykładzie Gladys Bentley. Po drugiej wojnie światowej, kiedy kraj stawał się coraz bardziej konserwatywny, obok paranoi antykomunistycznej pojawiła się też paranoja genderowa i seksualna. Bentley została zmuszona do „odwołania” swojej lesbijskiej tożsamości i zaczęła twierdzić, że „wyleczyła” się przy pomocy hormonów. Ta smutna transformacja – w tym przypadku ze wspaniałego butcha o potężnym głosie i niewybrednych dowcipach, w ugrzecznioną panią w sukience – była losem wielu transgresywnych postaci harlemskiego renesansu. Przez dobre pół wieku nikt zresztą nie wspominał o (homo)seksualnym wyzwoleniu Harlemu lat 20., mówiono tylko o jego aspekcie rasowym. Fantastyczną próbą powrotu do tamtych czasów i złożenia hołdu pierwszym queerowym czarnym artystom są dwa filmy: „Looking for Langston” („W poszukiwaniu Langstona”, 1989) Isaaca Juliena i „The Watermelon Woman” („Arbuziarka”, 1996) Cheryl Dunye. Julien montuje archiwalne zdjęcia Harlemu lat 20. i nagrania muzyki i wystąpień poetów z tego okresu, ze współczesnymi fotografiami Roberta Mapplethorpe’a i wierszami Essexa Hemphilla, tworząc rodzaj elegii, nie tylko dla Langstona Hughesa, ale też dla współczesnych ofiar AIDS. Film Dunye natomiast jest przewrotnym pseudo-dokumentem („dunyementem”, jak to sama nazywa), opowiadającym historię poszukiwań archiwalnych dotyczących czarnej lesbijskiej aktorki i śpiewaczki z lat 30. Z napisów końcowych dowiadujemy się (uwaga! jeżeli nie znacie filmu, a planujecie go obejrzeć, nie czytajcie do końca tego zdania!), że cała historia jest fikcją stworzoną na potrzeby filmu. Dunye podkreśla, że historię wymazaną trzeba tworzyć na nowo, z tych szczątków dokumentacji, które są nam dostępne. Historia kobiet, w dodatku czarnych i lesbijek jest szczególnie podatna na zbiorową amnezję.

Wśród instytucji, z których kpi Dunye, odpowiedzialnych za archiwizację tej historii, jest system biblioteczny. Biblioteki publiczne w Stanach stoją na wyjątkowo wysokim poziomie, jednak gdy postać reżyserki w „Arbuziarce”, konfrontując się z kompletnym brakiem informacji na temat swojej bohaterki, udaje się do biblioteki, pan w informacji nawet nie bardzo wie, o czym mowa. Sugeruje, żeby poszła do półki oznaczonej „Afroamerykanie”. Kiedy z kolei pyta o białą reżyserkę, pan w informacji wskazuje jej półkę oznaczoną „Sztuka filmowa”… „Arbuziarka” była nakręcona 20 lat temu, ale czy od tamtego czasu coś się zmieniło? Będąc kilka tygodni temu w Midmanhattan Public Library, największej publicznej bibliotece w Nowym Jorku, postanowiłam przeprowadzić „test Dunye”. Biała i najprawdopodobniej hetero pani w informacji nic nie wiedziała na temat afroamerykańskiej społeczności LGBTQ. Zasugerowała, żebym przejrzała indeks. Próbowała zbyć mnie protekcjonalnymi uwagami („widzę, że dopiero zaczynasz badać ten temat”). Na koniec przeprosiła. Oblała test Dunye.

Baldwina nie zaszantażujesz

Wracając jednak do „zamierzchłej” historii, po pewnym wyciszeniu tematu homoseksualności na początku lat 30., wraca on do amerykańskiej literatury za sprawą czarnego pisarza. W roku 1956 James Baldwin, jeden z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, publikuje powieść „Giovanni’s Room” („Pokój Giovanniego”) – pierwszą amerykańską powieść o gejach.

Ten wielki pisarz, działacz ruchu praw obywatelskich, niedościgniony diagnostyk amerykańskiego społeczeństwa, otwarcie „przyznawał się” do bycia gejem: Sam się „ujawniam”, mówił, więc nie możecie mnie szantażować. Pisał: Każdy odbywa własną podróż. Jeżeli zakochasz się w chłopaku, to zakochasz się w chłopaku. Fakt, że wielu Amerykanów uważa to za chorobę mówi więcej o nich niż o homoseksualności (Everybody’s journey is individual. If you fall in love with a boy, you fall in love with a boy. The fact that many Americans consider it a disease says more about them than it does about homosexuality). Ten mistrz trafnych, zwięzłych, błyskotliwych sformułowań był niedoścignionym analitykiem amerykańskich relacji rasowych; powtarzał: Czarny w Ameryce to forma szaleństwa, które dotyka białych (the Negro-in-America is a form of insanity which overtakes white men). Przypomina, że biały kolor skóry jest niezmiennie znakiem przywileju, który musimy sobie uzmysławiać. Wskazywał też na współzależność rasy i seksualności, rasizmu i homofobii. Ale równocześnie, jeszcze w powieściach pisanych przed Stonewall, kreuje postaci akceptujące swoją seksualność, dla których fakt, że są czarnymi gejami, nie jest źródłem wewnętrznego konfliktu.

Baldwin urodził się w 1924 r., w okresie pełnego rozkwitu harlemskiego renesansu. Zmarł w roku 1987, po zwycięstwach ruchu praw obywatelskich i Stonewall (we Francji, swym „przybranym” kraju, rozgoryczony niezmiennie rasistowską i homofobiczną rzeczywistością amerykańską). Jego życie jest jednak rodzajem pomostu pomiędzy mniej znaną czarną nieheteroseksualną Ameryką początków XX w. a – wydawałoby się całkiem już wyzwoloną – Ameryką dnia dzisiejszego. Ale o tym następnym razem.

 

Dr Krystyna Mazur jest wykładowczynią Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyła studia magisterskie na warszawskiej anglistyce i doktoranckie w Cornell University. Jej doktorat Poetry and Repetition był opublikowany przez Routlege w 2005 r. Jej główne zainteresowania badawcze to poezja, modernistyczna i współczesna literatura transnarodowa oraz teoria queer. Pisze też o literaturze, filmie afro-amerykańskim i literaturze Latino/a.

 

Tekst z nr 57 / 9-10 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

You can play

Z koszykarzem Jasonem Collinsem, pierwszym wyoutowanym gejem w amerykańskiej lidze NBA, rozmawia Mariusz Kurc

 

fot. mat. pras.

 

Wyoutowałeś się publicznie w maju zeszłego roku w magazynie „Sports Illustrated”. Powiedziałeś: Jestem sportowcem, jestem czarny i jestem gejem. I chętnie rozpocznę rozmowę. O jaką rozmowę ci chodziło?  

O tę, która teraz się toczy – osiągnąłem cel – o debatę na temat homofobii w sporcie i na temat osób homoseksualnych w sporcie.

Musiałeś zdawać sobie sprawę, że przecierasz szlaki. Jesteś pierwszym wyoutowanym gejem w NBA. Nie bałeś się?  

Przed rodziną i najbliższymi przyjaciółmi wyoutowałem się latem 2012 r. Dostałem od nich mocne wsparcie. To było bardzo pozytywne doświadczenie, więc pomyślałem: czemu nie pójść dalej? Tym bardziej, że gdy jesteś częścią drużyny w sporcie zespołowym, siedzenie w szafie doskwiera nieprawdopodobnie. Czułem się, jakbym się dusił, teraz cały ciężar spadł mi z pleców.

Czy koledzy z twojej drużyny wiedzieli wcześniej, że jesteś gejem, przed wywiadem ze „Sports?  

Nie. Brooklyn Nets, czyli moja obecna drużyna, jest pierwszą, w której jestem wyoutowany. Do kwietnia zeszłego roku grałem w Boston Celtics. Po zakończeniu mojego 13. sezonu w NBA byłem wolnym strzelcem i właśnie w tym czasie ukazał się wywiad. Porządnie się do niego przygotowałem z moim menadżerem. Zdawałem sobie sprawę, że zapuszczam się w nieznane. Nie wiedziałem, czy po coming oucie podpiszę następny kontrakt. Ryzykowałem całą przyszłość zawodową. Kilka miesięcy wcześniej wyoutował się piłkarz Robbie Rogers, mój przyjaciel – ale on to zrobił już po odejściu na emeryturę, więc to była inna sytuacja. Zresztą mówiłem mu, że to odejście było przedwczesne – i teraz na szczęście wrócił do gry. Zależało mi, by po pierwsze zrobić coming out na moich własnych warunkach, a po drugie – by on miał również społeczne znaczenie.

Udało się. Stałeś się wzorcem dla wielu sportowców. Z gratulacjami zadzwonił do ciebie sam prezydent Obama, Oprah Winfrey zrobiła program z twoją rodziną. W maju br. znalazłeś się wśród 100 najbardziej wpływowych osób na świecie magazynu „Time”. Wywołałeś niezłe zamieszanie.  

W dniu, w którym ukazał się ten comingoutowy wywiad, wiedziałem, że będzie cyrk, więc poszedłem z bratem na cały dzień grać w golfa. Potem stawiłem czoła mediom. Mam proste przesłanie: homoseksualny sportowiec też ma prawo życia zgodnie z tym, kim jest, do życia w prawdzie. Mam sygnały od wielu sportowców, że wyoutowali się w swoich drużynach za moją inspiracją. Jestem z tego dumny. Moimi wzorcami były wyoutowane tenisistki – Martina Navratilowa i Billie Jean King. Kiedy dorastałem, nie miałem wzorców wyoutowanych sportowców mężczyzn, bo ich nie było! A teraz już nie jestem jedynym gejem w czterech głównych ligach USA – w NFL (liga amerykańskiego futbolu – przyp. red.) jest Michael Sam, który niedawno zrobił coming out. Ucieszyłem się również ze słów Tima Hardawaya (byłego zawodnika NBA – przyp. red.), który mnie wsparł. To wspaniale, że jego poglądy się zmieniły.

Wcześniej mówił, że nienawidzi gejów.  

Właśnie. Teraz już by tak nie powiedział.

Spotykasz się z homofobią w Brooklyn Nets?  

Nie, skąd! Moi nowi kumple z drużyny są super. Podobnie trenerzy i menadżerowie. Nie pozwoliliby sobie na homofobię tak samo, jak nie pozwoliliby sobie na rasizm, czy w ogóle na jakiś brak szacunku.

Ale spotkałeś się z homofobią w sporcie.  

Tak. Mój trener z gimnazjum był homofobem. Odliczałem dni do końca szkoły. Nie wyobrażałem sobie życia bez koszykówki, a jednocześnie jego zachowanie było bardzo męczące. Potem w kolejnych drużynach problemem był używany przez kumpli z drużyny język. Pełen homofobicznej, czasem nawet nieświadomej mowy nienawiści. Pewnie nie zdawali sobie sprawy, że słucha ich gej. Tego języka teraz w Brooklyn Nets zupełnie nie ma.

Nie ma żartów o gejach? Nie pytają cię o rożne sprawy związane z homoseksualizmem? Dla nich to musi być też nowa sytuacja: mieć jawnego geja w drużynie.

Jasne, że pytają i jasne, że są żarty. Nie każdy żart o gejach musi być homofobiczny. Moja rodzina uwielbia żartować…Ale wszyscy znają granicę, za która zaczyna się brak szacunku dla drugiego człowieka i jej nie przekraczają.

Niedawno czytałem wywiad z anonimowym niemieckim homoseksualnym piłkarzem. Gdy jego koledzy dowiedzieli się, że jest gejem, demonstracyjnie kąpali się przy nim pod prysznicami w slipach, podczas gdy wcześniej, kiedy nie wiedzieli o jego orientacji, nie mieli problemu z nagością w jego towarzystwie. Co byś miał im do powiedzenia?

Że potrzebują edukacji i rozmowy. To kwestia, która sprowadza się do pytania: czy jesteś dobrym zawodnikiem i czy umiesz grać w zespole? Jeśli oni tak traktują swego kolegę z powodów zupełnie niezwiązanych z jego grą…

Nie spotkałeś się z podobnymi zachowaniami?

Nie, w szatni i pod prysznicami jest bez problemu (śmiech). To w ogóle nieporozumienie. Nie traktuję moich kumpli jak obiekty seksualne i pewnie ten niemiecki piłkarz też nie. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, mamy wspólny cel w grze… Oni są dla mnie jak bracia, nawet potencjalnie nie są chłopakami w sensie romantycznym. Poza tym jeśli czujesz się pewnie i jesteś dumny z tego, kim jesteś, to ta postawa emanuje na cały zespół i wywołuje szacunek. Trzeba homoseksualizm przyjąć na klatę i wtedy inni też nie będą mieli z nim problemu. A nawet jeśli, to będzie to ich problem. Moi rodzice zawsze uczyli mnie, żeby się nie chować za innymi. Jestem czarny, mam 7 stop wzrostu (212 cm – przyp. red) a teraz jeszcze wszyscy wiedzą, ze jestem gejem, więc trudno mi się raczej wtopić w tłum (śmiech). Nie można dać się zastraszyć. Wiem, że bycie gejem jest OK., żyję życiem prawdziwym, moim własnym, a nie fałszywym, na użytek innych. A jak słyszę, że mój „styl życia” jest „grzeszny”, to spokojnie odpowiadam: jestem gejem i jestem chrześcijaninem. Wierzę w Jezusa, który jednoczył ludzi.

Twój brat bliźniak zrobił sobie koszulkę z napisem „I’m the straight one” („Ja jestem ten hetero”).

Jarrod ma żonę, którą poznał jeszcze w liceum, i trojkę dzieci. Gdy byliśmy młodsi, to ja zwykle byłem dla niego tym „Big Brother” – bratem, który pilnuje i chroni, a teraz obserwuję, że on w stosunku do mnie stał się bardziej opiekuńczy. Okazało się, że nie ma żadnego problemu, że jestem gejem, nawet sobie żartuje, jak widać.

W Polsce nie mamy na razie żadnych wyoutowanych profesjonalnych sportowców. Co byś powiedział sportowcom LGBT w Polsce, którzy na razie tkwią w szafie – zachęciłbyś ich do dalszego trenowania? A może powinni raczej wybrać sporty indywidualne, bo w zespołowych homofobii jest więcej?

Nie. Jeśli kochacie daną dyscyplinę, to powinniście trenować. Nie możecie dać się pokonać homofobii. Potrzeba jakiegoś śmiałka, który wystąpi jako pierwszy i powie o sobie. Może to będziesz właśnie ty, drogi Czytelniku? A może ktoś inny. W każdym razie nie jesteście sami – jest cała masa osób LGBT, które kochają sport! Nie rezygnujcie ze swoich pasji. Możecie grać na takich samych zasadach jak wszyscy inni.

 

Tekst z nr 50/7-8 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Ksiądz na randce ma trudniej

ksiadz_Kazimierz_Bem_Replika_LGBT_m„Ksiądz na randce ma trudniej” – o doświadczeniu bycia duchownym gejem, o znajomości z Tomaszem Terlikowskim i o różnicach między chrześcijaństwem w Polsce i USA z Kazimierzem Bemem, ewangelicko-reformowanym pastorem Zjednoczonego Kościoła Chrystusa w USA rozmawia Marcin Dzierżanowski

 

Kiedy w swojej parafii ujawniłeś, że jesteś gejem, był szok?

Nie musiałem się ujawniać, kiedy parafianie wybierali mnie na proboszcza, już wiedzieli.

Zostałeś wybrany?

Tak. W Zjednoczonym Kościele Chrystusa, w którym służę, podobnie jak w wielu innych Kościołach protestanckich, kiedy ubiegasz się o urząd pastora, musi cię zatwierdzić cała parafia.

(…)

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej w parafii temat orientacji wypłynął?

Byłem singlem, więc powiedzieli mi, że na pewno będę chodził na randki i oni to świetnie rozumieją. Nie ma problemu, ale jak już kogoś sobie znajdę i postanowię z nim zamieszkać, to oni chcieliby o tym wiedzieć wcześniej. No i najlepiej, żebyśmy się jednak potem pobrali.

(…)

Czy w pracy duchownego doświadczenie homoseksualności jest przydatne?

Tak, ale zależy, jak się to doświadczenie wykorzysta. Myślę na przykład, że dzięki temu, kim jestem, mam większą zdolność empatii. Ale ważne, żeby nie przesadzać. Mam znajomych pastorów, którzy za każdym razem, gdy wchodzą na ambonę, opowiadają o swojej homoseksualności. Już nawet mnie to zaczyna męczyć. Nie zmienia to faktu, że ujawnienie się jest bardzo potrzebne. Mam parafianina, 70-letni emerytowany wojskowy, hetero do szpiku kości. I kiedyś on mi mówi: „Wiesz, Kazik, odkąd przyszedłeś, łatwiej się nam w rodzinie rozmawia na pewne tematy”. Okazało się, że wnuk jego brata jest gejem, wszyscy o tym od lat wiedzieli, ale nikt nie poruszał tego tematu. No i jak się okazało, że miejscowy proboszcz jest homoseksualny, tabu zostało przełamane. Tak więc bycie gejem pomaga mi w byciu pastorem.

A odwrotnie: bycie pastorem pomaga czasem w byciu gejem?

Oj, nie za bardzo. Na randkach jako ksiądz mam znacznie trudniej. Kiedy mówię, że jestem pastorem, często widzę popłoch w oczach. Jeden pan zapytał mnie nawet, czy molestuję dzieci. Bycie gejem nie gwarantuje braku uprzedzeń. Ale są też miłe sytuacje. Na jednym z pogrzebów siostra zmarłego zaczęła mnie swatać ze swoim wnukiem! (śmiech)

Okazja dobra, jak każda inna.

Robiła to bardzo subtelnie. Najpierw spytała: „A czy pastor jest sam?” A potem: „Bo ja mam bardzo fajnego wnuka…”

 

Cały wywiad do przeczytania w „Replice” nr 59

Foto: archiwum prywatne

spistresci

Tęczowy raport o stanie państwa 2015

LGBT USASerdecznie zapraszamy na doroczną debatę o sytuacji osób LGBTI w USA. Debata odbędzie się 17 grudnia o godzinie 16:00 w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

Podczas debaty zostaną poruszone m. in. następujące tematy:

  • Od 26 czerwca małżeństwa jednopłciowe są legalne na całym terytorium USA – czy w kwestii równości osób hetero i osób LGBT już „pozamiatane”? Jakie są obecnie postulaty ruchu LGBTI?
  • Zasada niedyskryminacji ze względu na orientację seksualną kontra zasada religijnej wolności do… homofobii? Spór w stanie Indiana i głośny przypadek Kim Davis
  • Caitlyn Jenner, Laverne Cox, Chaz Bono – osoby trans zdobywają swe miejsce w przestrzeni publicznej i przy tej okazji pada pytanie: po co w ogóle nam płeć w dokumentach?
  • Czy ustanowienie urzędu Specjalnego Wysłannika ds. LGBTI przez prezydenta Baracka Obamę (został nim Randy W. Berry) to specjalny sygnał administracji USA do reszty świata?
  • Czy jest dobrze, a będzie tylko lepiej, bo jesteśmy „ready for Hillary”? Społeczność LGBTI i wybory prezydenckie 2016

W debacie udział wezmą:
Tomasz Basiuk, Ośrodek Studiów Amerykańskich
Krystyna Mazur, Ośrodek Studiów Amerykańskich
Pamela Wells, amerykańska aktywistka LGBTI mieszkająca i działająca od kilku lat w Polsce, współpracowniczka „Repliki”
oraz Christopher Midura, Radca ds. Kultury i Prasy, Ambasada USA

Prowadzenie: Mariusz Kurc, redaktor naczelny magazynu LGBTI „Replika”

Gdzie: Ośrodek Studiów Amerykańskich, Al. Niepodległości 22, sala 217

Kiedy: czwartek 17.12.2015, godz. 16.00

Wszystkie artykuły z działu LGBT USA zebraliśmy w jednym miejscu. Plik pdf do pobrania z linku poniżej:
Replika – artykuły LGBT USA 2015

Wyoutowany prezenter

10425386_10153641717094994_1473726309824416947_nW sobotę w USA w sprawach LGBT oraz w dziennikarstwie – kolejny “pierwszy raz” – a mianowicie, po raz pierwszy wieczorne wiadomości w jednej z głównych stacji TV poprowadził wyoutowany gej – Thomas Roberts.

Podobno poradził sobie bezbłędnie.

Thomas Roberts ma 43 lata. Publiczny coming out zrobił 9 lat temu – na konferencji Narodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy/ek Gejów i Lesbijek. Krok ten uznano wówczas za “samobójstwo kariery”.

Roberts powiedział wtedy, że przed współpracownikami wyoutował się już wcześniej. “Byłem w szczęśliwym związku, miałem wsparcie rodziny i przyjaciół, nie chciałem marnować więcej życia na tkwienie w szafie. Szafa – tak naprawdę to jest strach – to jakby przeszkoda na drodze do bycia w pełni sobą, albo bycia najlepszą wersją siebie” – tłumaczył. Dziennikarz przyznał również, że rok wcześniej magazyn “People” chciał umieścić go na liście “50 najbardziej seksownych kawalerów do wzięcia”. “Nie zgodziłem się” – mówił Roberts – “bo nie byłem żadnym kawalerem do wzięcia, ale nie wyjaśniłem, dlaczego, bo nie chciałem robić coming outu akurat w “People”.

Thomas Roberts jest od 16 lat w stałym związku z Partickiem D. Abnerem. W 2012 r. w Nowym Jorku wyszedł za niego za mąż.

Po sobotnim debiucie powiedział tylko, że “czuł się zaszczycony”

Wieczorne wiadomości to kolejny krok naprzód, ale przypomnijmy tylko, że Roberts nie jest pierwszym słynnym wyoutowanym dziennikarzem w USA – w ostatnich latach coming outy zrobili m.in. Anderson Cooper (CNN) i Robin Roberts (ABC).

A u nas? Wśród tzw. news anchors, czyli telewizyjnych prezenterów/ek wiadomości na razie wyoutowanych osób LGBT brak.

Thomas Roberts, congratulations!

Foto: Thomas Roberts

Nic kontrowersyjnego

Randy W. BerryRandy W. Berry, Specjalny Wysłannik Departamentu Stanu USA ds. Praw Człowieka Osób LGBTI w wywiadzie Mariusza Kurca.

„Nasza widoczność jest fundamentalną sprawą. Poprzez widoczność burzymy uprzedzenia i przekonania wyrosłe na niewiedzy. Teoretyczne konstrukcje padają pod wpływem poznania żywego człowieka. Nieporozumienia czy lęki wynikają najczęściej z tego, że ludzie nas nie znają. Najprostszą rzeczą, którą można zrobić – to po prostu dać się poznać, powiedzieć o sobie. Stajesz się w ten sposób częścią większego procesu: im więcej osób LGBTI mówi o sobie otwarcie, tym bardziej są one widoczne i budują większą społeczną akceptację – a większa akceptacja ośmiela kolejne osoby do otwartości. I to nie jest tak, że oni nagle odkrywają, że są gejami czy lesbijkami. Zawsze nimi byli, tylko po prostu uznali swą sytuację za na tyle komfortową, by o sobie powiedzieć. (…)

Ja sam praktycznie w każdym publicznym wystąpieniu – czy to jest Jamajka, czy gdzie indziej – wspominam, że mam męża i dwoje dzieci. Nie jestem tylko wyoutowanym gejem, jestem również mężem, ojcem, dyplomatą, mam wiele ról. Jestem multizadniowy, jak każdy.”

Cały wywiad do przeczytania w „Replice” nr 56

Foto: mat. pras.

spistresci